Aktualny czas: 14.12.2017, 16:56 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odpowiedz 
Cierpienia 'Młodego' Dracule'a
Autor Wiadomość
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,642
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Cierpienia 'Młodego' Dracule'a
Na początku pragnę podkreślić, że niniejsza twórczość powinna być traktowana jak najbardziej z przymrużeniem oka. Sam jestem przeciwnikiem zaistnienia przedstawionej tutaj sytuacji, lecz niestety dostrzegam jej prawdopodobieństwo ^^' Cóż, oby Oda poszedł inną drogą ;]
No nic, enjoy! (albo i nie...)

Edit: Evendell słusznie zwróciła mi uwagę na jeden błąd - mianowicie zapomniałem, że Perona lewituje tylko poza swoim ciałem. Cóż, mogę chyba jedynie prosić Was, byście spróbowali pominąć ten chwilowy brak logiki ^^'

Cierpienia Młodego Dracule'a - część pierwsza z dwóch

Ogień płonął swobodnie w kominku, rzucając słaby blask na ciemne, chłodne wnętrze komnaty. Nie był to bynajmniej wesoło trzaskający płomień, kojarzony z ogniskiem, pieśniami, czy choćby nawet ciepłem. Były to niewielkie pozostałości ognia rozpalonego przed godziną przez Peronę, których to pozostałości Mihawk, ceniąc sobie mrok i chłód w jego domostwie, nie zamierzał podsycać.
Sam Dracule siedział w wysokim fotelu, pogrążony w swych myślach. Słaby poblask ognia rozświetlał jego twarz wystarczająco, by ktoś dobrze go znający, mógł spostrzec na niej objawy wewnętrznej walki. Jednak Perona, siedząca blisko kominka i skrobiąca coś w skupieniu na kartce papieru, nie zdawała się zwracać na to żadnej uwagi.
- Hej, Drakuś! - odezwała się nagle, burząc piękny nastrój ponurej ciszy - Jaki byś dał rym do "Co płatkami czarnej róży szeleści" ?
- "Żołądka zaraz dostanę boleści" - mruknął niechętnie Mihawk, po czym dodał nieco głośniej - Ile razy Ci mówiłem, żebyś mnie tak nie nazywała? I po raz ostatni powtarzam, nie mam zamiaru wysłuchiwać Tych twoich smętnych poezji.
- Hej, nie bądź taki! - zapiszczała różowowłosa miłośniczka taniej poezji, i wzbiła się w powietrze. To była kolejna cecha, która denerwowała pana tego zamku. Nie osiągnąłby bowiem tytułu najlepszego szermierza na świecie, gdyby ignorował ważną rolę czujnego nasłuchiwania kroków potencjalnego przeciwnika. Wkurzało go, kiedy Perona, dzięki swej dziwacznej mocy owocu, pojawiała się za jego plecami bez żadnego szelestu. - Znowu jesteś dzisiaj jakiś niemiły. Idę spać! - wykrzyknęła, odlatując w stronę swojej sypialni, najwyraźniej licząc na to, że Mihawk pójdzie za nią. Jednak w ślad za nią, niosąc jej ołówki i kredki, podążył jedynie jeden z duszków. Dracule szczerze nienawidził tego cholerstwa. Nie tak w jego mniemaniu powinny wyglądać porządne, szanujące się duchy.
Po kilkunastu minutach wpatrywania się w dogasające płomienie, Hawkeye najwyraźniej podjął decyzję. Opróżnił swój kielich z winem i grzmotnął ciężko jego czarą o kant stołu. Głuchy brzęk poniósł się echem po całym zamku. Kiedy ze strony sypialni Perony nie dobiegł do Mihawka żaden urażony wrzask nakazujący mu ciszę, zyskał pewność, że jego lokatorka już twardo śpi i do rana nic nie zdoła jej zbudzić. Wstał więc i ruszył w kierunku wschodniej ściany jadalni. Odgarnął dłonią jeden z gobelinów, pozornie nie różniący się niczym od pozostałych resztek dawnego wystroju. Z ukrytej pod nim, wąskiej wnęki wysunął sporej wielkości, czarne Den Den Mushi. Jakby w ostatniej chwili jeszcze się wahając, uniósł słuchawkę. Nie musiał wybierać numeru, ten ślimakofon służył mu do komunikacji z tylko jedną osobą na tym świecie. Z jego jedynym przyjacielem.
- Hę? Co jest? - Z ust ślimaka rozległ się zaspany głos jednego z czterech Yonkou. Głos Rudowłosego Shanksa. - To ty, Hawkeye?
- Ja. - potwierdził krótko Mihawk, po czym wychrypiał - Sam jesteś? Chcę Ci coś powiedzieć, Shanks.
- Czekaj, czekaj! - głos pirata wyraźnie się ożywił - Niech zgadnę, ten cały Zoro dał ci wycisk, tak? Koniec legendy niepokonanego Dracule Mihawka?
- Nie bredź. Tego średniej klasy szermierzyny tu już nie ma, odpłynął. Chyba nie myślałeś, że będę go trzymał przy sobie w nieskończoność... - mruknął Hawkeye w odpowiedzi i szybkim rzutem oka na korytarz upewnił się, czy nie nadchodzi Perona - Ale zaczynamy zbliżać się do tematu. Pamiętasz tą Peronę, o której Ci mówiłem?
Po drugiej stronie połączenia zapanowała chwilowa cisza, poświęcona zapewne na przypominanie sobie, o kogo u diabła tu chodzi.
- Aaach, Perona! - wykrzyknął nagle ślimakofon głosem Rudowłosego - Ta pyskata siksa, tak? Co z nią, nie popłynęła z tym rębajłem od Luffy'ego?
- Właśnie nie do końca, tak jakby wciąż tu mieszka i... - zaczął Mihawk, po czym westchnął niechętnie - Jakby Ci to... zapraszam Cię na nasz ślub.
Wypowiedziawszy te słowa, Dracule odsunął się gwałtownie od Den Den Mushi. Przecucie go nie myliło, bowiem niemalże natychmiast zamek wypełnił się ogłuszająco głośnym rechotem Shanksa.
- No chyba jaja sobie robisz! Zaobrączkowałeś się? - Zdołał z siebie wyrzucić Rudowłosy, pomiędzy kolejnymi salwami rubasznego śmiechu, słuchając którego , Mihawk miał ochotę rąbnąć ślimakofonem o ścianę.
- Cicho, durniu, bo ją obudzisz! I pamiętaj, nikomu ani słowa... - zamiast tego syknął do słuchawki, lecz było już za późno. Po drugiej stronie połączenia dało się słyszeć stłumiony głos Shanksa, jakby ten nakrył mikrofon swego Den Den Mushi wnętrzem dłoni:
- Chłopaki! Słyszeliście jakie jaja? Stary Mihawk się żeni! Tak, wiem, to komiczne! Hej, Lucky, rusz no tyłek i ściągnij Yasoppa z wachty, niech też się chłop pośmieje! I obudź Beckmanna, Dzisiaj chlejemy za szczęście młodej pary!
Mihawkowi nie drgnęła nawet powieka, jednakże jego dłoń, zaciskająca się coraz bardziej na słuchawce, zdradzała jego irytację.
- Skończyliście już? - warknął w pewnym momencie, kiedy odgłos śmiechu z kilkunastu gardeł zaczął przycichać.
- Tak... albo czekaj jeszcze chwilę... - Shanks pochichotał jeszcze przez kilkanaście sekund, po czym odetchnąwszy głęboko, powrócił do swego poważnego tonu - Wybacz stary, to było silniejsze ode mnie. Gratuluję i szczerze się cieszę razem z Tobą, naprawdę. Ale nie wspominałeś, że się zakochałeś.
- A kto tu mówi o miłości? - odparł Dracule, zbijając rozmówcę na chwilę z tropu.
- Jak to? To czemu się jej oświadczyłeś? - odparł zdziwiony przyjaciel.
- Czasem nie wydaje się być taka zła... - Mihawk wzruszył ramionami, i zanim zdążył ugryźć się w język, dodał: - I właściwie, to ona to zaproponowała.
- Nie gadaj! Baba Cię poprosiła o rękę? - to zaowocowało kolejnym niepowstrzymanym napadem śmiechu u Shanksa.
- Mnie przynajmniej miała o co prosić. - burknął zdenerwowany Mihawk, lecz to jedynie na kilka sekund zatrzymało rechot. Uznawszy, że na chwilę obecną nie ma już o czym rozmawiać, Mihawk odłożył słuchawkę i na powrót ukrył swe Den Den Mushi. Śmiech Shanksa jeszcze przez chwilę niósł się echem po kolejnych piętrach zamczyska.
- Dracule? - rozległ się głos zaspanej Perony, która ubrana w koszulę nocną, wfrunęła powoli do komnaty. - Co to za hałasy?
"No tak, musiała się zołza obudzić..." - pomyślał Hawkeye, mierząc ją niechętnym spojrzeniem, odnajdując w niej jedyne źródło jego upokorzenia. Powstrzymawszy jednak język, rzucił jedynie:
- Nic takiego. Idź spać. - po czym, nie chcąc słuchać jej nieodzownego narzekania o wyjaśnienia, ubrał się pospiesznie i chwycił swój miecz. Musiał odreagować treningiem, a wolałby uniknąć demolki zamku, który i tak trzymał się na słowo honoru. - Wychodzę - rzucił krótko i ruszył w swój ukochany, mroźny mrok nocy, który, i za to mu chwała, z całą pewnością nie zawierał w sobie absolutnie nic różowego.


Po paru godzinach ćwiczeń, Dracule był w dużo lepszym nastroju. Niemalże zapomniał o reakcji Shanksa i był już w stanie nieco cieplej myśleć o swej... ta myśl ciągle była dla niego czymś nowym... narzeczonej. Zwłaszcza, że gdy powrócił nad ranem do zamku, na stole w jadalni czekało już na niego pożywne śniadanie i kubek gorącej kawy. To musiał przyznać Peronie, między kęsem smakowitego jadła i łykiem pobudzającego napitku, że choć była krnąbna i niemożliwym było skłonić ją do wykonywania poleceń, to gdy sama postanowiła coś zrobić dla innych, robiła to najlepiej jak tylko umiała.
Mihawk byłby pierwszym, który przyzna, że Perona jest nieznośna i irytująca. I za to po prawdzie ją lubił. Większość ludzi na tym świecie go zwyczajnie nudziła, nie wybijając się niczym spośród szarego, bezbarwnego tłumu słabeuszy. W przeciwieństwie do nich, o Peronie mógłby powiedzieć wiele - że jest apodyktyczna, rozwydrzona, dziwacznie się ubiera, oraz że przypuszczalnie ma jakiś niezdrowy fetysz do pluszaków i jaskrawego koloru różowego. Ale to namnożenie wad czyniło ją interesującym przeciwnikiem do kłótni. A wkrótce potem nasilenie agresji między nimi sprawiło, że polubił jej silną osobowość, która w końcu nie była mu aż tak znowu obca. Koniec końców, przestało mu nawet przeszkadzać, że u niego mieszka. Wtedy doszedł do wniosku, że może istotnie do siebie pasują, jak od pewnego czasu Perona starała mu się wmówić.
Kończył już posiłek, gdy usłyszał stukot jej ciężkich butów o kamienną posadzkę. "Przynajmniej raz przylazła jak człowiek" - pomyślał, nie odwracając głowy.
- Jesteś już... Widziałam przez okno, że wracasz. - powiedziała Perona i pochyliwszy się nad poręczą fotela, przytuliła czule Mihawka.
- Mówiłem Ci już, żebyś mnie nie traktowała jak jedną ze swoich dziwacznych przytulanek. - Hawkeye odsunął się nieznacznie, patrząc srogo na wielkookie oblicze dziewczyny. Jednak po kolejnym kęsie przygotowanego mu przez nią posiłku, dodał łagodniej - Jeśli chodzi o wczorajsze... Zapraszałem Shanksa na nasz ślub.
- Oooo! - zaciekawiła się Perona, zdoławszy nawet zignorować odsunięcie się Hawkeya - Więc przypłynie? To dobrze, powinieneś mieć przyjaciela na swym ślubie... I nie trzeba będzie używać moich duszków w charakterze świadka, horhorohorohoro! - zachichotała, niemalże powodując udławienie się Mihawka kawałkiem mięsa. Jej śmiech był jedną z tych wad, których zaakceptowanie ciągle się nie powiodło.
- A więc twoi goście będą mogli się zjawić... - dodała z nutką wyrzutów w swym drugim, dużo mniej słodszym głosie. Dracule westchnął niezauważalnie i odłożył sztućce z głośnym brzękiem. Wizja spokojnego śniadania spędzonego w przyjaznej atmosferze była oczywiście zbyt piękną, by Perona mogła jej nie zniszczyć.
- Ile razy mam powtarzać? Nie wypłynę szukać Morii. - Odparł spokojnie, lecz stanowczo - Daj mi spokój. Przecież nie wiadomo nawet, czy wciąż żyje. Ostatnia wiadomość od tego Szlaloma pochodzi sprzed roku i jeśli prawdą jest co pisał, to najprawdopodobniej Morię już ktoś odnalazł i wykończył... - przeczucie podpowiadało mu, by tego nie robić, zignorował je jednak i dodał - Oczywiście, gdyby to było takie proste, nie miałbym nic przeciwko aby przypłynęli na...
Urwał, w momencie gdy Perona podsunęła mu pod nos kopertę. Powinien był zaufać swemu przeczuciu.
- Od Absaloma, głuptasku! - zaszczebiotała nagle bardzo (za bardzo, jak na gust Hawkeya) ucieszona dziewczyna - Przyszła dziś rano, zdołali wysłać nietoperza! Ciągle żyją i chcą przypłynąć się ze mną zobaczyć! Biegnę odpisać, że się zgodziłeś! Dziękuję, Drakusiu! - odleciała uradowana, zostawiając Mihawka który nagle poczuł się jakby przez jego ciało przefrunął jeden z tych negatywnych duchów Perony.
"Co ja najlepszego narobiłem!" pomyślał, w jednej chwili żałując całego swego życia, które przywiodło go do tego punktu. Już samo zaproszenie Shanksa, który przypłynie zapewne ze swą wierną załogą, przyszło Draculowi z trudem, ze względu na jego uwielbienie do samotności. A ich przynajmniej lubił. A teraz ma sobie dać jeszcze sprowadzić do domu Morię z jego kolesiami?
Jeśli nazwać funkcję Schichibukai pracą Mihawka, to Gecko stanowczo odgrywał w niej rolę gościa, którego nikt nie lubi. Wspólne mieszkanie z nim, choćby tylko na czas ślubu, wydawało się być koszmarem.
- Proszę... - szepnął w nieokreślonym kierunku - Ktokolwiek próbuje wykończyć tą poczwarę... Niech w końcu mu się to uda!


Trzeba przyznać, że kolejne dni nie były takie złe. Kłócili się ze sobą, a jakże, jednak nie było to nic więcej, jak zwykłe sprzeczki, wypełniające im wspólne, codzienne życie. Tym większym szokiem okazała się dla Mihawka przekazana mu przy kolacji wieść, że nazajutrz przybędzie Gecko Moria.
- Jak z dzieckiem... - mruknęła Perona, fachowo chwytając narzeczonego i uciskiem na przeponę pomagając mu uporać się z kawałkiem strawy, który utkwił mu w przełyku - Co ty masz do Morii-samy, co? Był dla mnie niczym ojciec, więc nie powinieneś być taki wredny ilekroć go wspomnę!
- Bo to warchoł, obżartuch, chwalipięta, leń i łajdak który poczucia humoru i podstaw stylu uczył się od swoich trupów! - chciał odpowiedzieć Dracule, lecz jedyne co z siebie wydyszał po odzyskaniu tchu to: - A czy ja coś mówię...?
No tak, Gecko! A już prawie zdążył zapomnieć o tym pokręconym Schichibukai! Hawkeye zaczynał się do tego powoli przyzwyczajać, że ilekroć życie z Peroną mu się wyda nawet przyjemne, tylekroć wypłynie jakaś kolejna, psująca wszystko kwestia. Kwestia sprawiająca by pożałował, że jeszcze nie zepchnął swej dziewczyny z urwiska. Choć i tak nic by się jej nie stało, skoro może lewitować. Szlag, kolejne piękne marzenie zrujnowane...
Chcąc nie chcąc, następnego dnia Dracule ubrał swe najlepsze ubranie (czyli to co zawsze, nie należał do osób pokazujących się ludziom w byle czym) i wraz z Peroną udali się na wybrzeże, by powitać tak zwanych krewnych panny młodej. Choć między nią a tą bandą pokrak nie zachodziło żadne pokrewieństwo, uparła się, że Moria i jego poplecznicy to jej jedyna pozostała przy życiu rodzina, i tak powinni być traktowani na czas ich wizyty. I tak, na tratwie skrytej mocą Szaloma czy jak mu tam było, zjawili się papcio Gecko, wujaszek Hogback i sam rzeczony kuzyn Sz...Absalom. Najgorszym był jednak fakt, do ilu tragicznie złych żartów Morii przyczyniła się ta sytuacja.
- Rodzinka przyjechała, otwierać kredensy! - zawołał Gecko, gdy tylko zniknęła osłona niewidzialności - No dobra, gdzie jest ten kawaler który skradł serce mojej córki, co? - Moria wyszczerzył swe ostre zębiska, zsiadając z tratwy i wyjątkowo miernie udając, że dopiero teraz zauważył Hawkeya - Ty? W takim wieku? Ależ człowieku, spójrz na siebie! Mógłbyś być jej ojcem! Wstyd! Kiiishishishishi!
- Daruj sobie Gecko - odparł Mihawk, odwracając się i ruszając w stronę zamku - Jeśli chcecie wejść do środka, to tędy. Jeśli nie... Nie obchodzi mnie to, naprawdę.
- No no, Perona, nieźle wyrosłaś przez te... Ile to minęło? - zamruczał z namysłem Absalom, który Hawkeyowi od razu się nie spodobał. Po części przez ten dziwaczny, lwi pysk zastępujący owemu delikwentowi część twarzy. Dracule rozważał nawet, czy nie uciąć mu głowy i nie powiesić na ścianie, jako dziwaczne trofeum zwycięstwa człowieka nad bestią.
- Będzie przeszło dwa lata! Sporo opowieści do posnucia przy kominku - krzyknął do nich kolejny popapraniec, Hogback, który jako pierwszy podążył za gospodarzem. Co trochę martwiło Mihawka, który na widok jego dziwacznego, bardziej odsłaniającego niż cokolwiek skrywającego, skórzano-nylonowego kostiumu , nabrał stanowczego uprzedzenia do tego człowieka. Postanowił dla pewności spytać później na uboczu Peronę o jego możliwe dewiacje, woląc z góry uniknąć ewentualnych niespodzianek.
Jednak nawet Ci dwaj w kategorii bycia irytującymi, podejrzanymi typami, nie mogli równać się ze spaślakiem Morią i jego fatalnym poczuciem humoru.
- Wyluzuj Hawkeye, nie jesteśmy w pracy! No i więcej szacunku, drogi zięciu! - zawołał, ruszając wraz z resztą towarzystwa do zamczyska - Bo jeszcze uznam, że nie jesteś wystarczająco dobry dla mojej córeczki!
Zawtórował mu chór ś... nie, tego Mihawk nie mógł nazwać śmiechem. Nikt ze zdrową przeponą nie wydawałby z siebie Fosfosfosfos, nikt pamiętający o regularnym przełykaniu śliny nie brzmiałby jak kiishishishi, z całą pewnością nikt nie chichotałby horohorohoro w sposób czysto naturalny... O dziwo, jedynie dziwak z pyskiem zwierzęcia brzmiał jak człowiek, ale i ten Mihawka wkurzał. Całość dźwięków wydawanych przez tą zbieraninę działała tak wysoce drażniąco na przywykły do błogiej ciszy narząd słuchu Hawkeye'a, że szermierz niemal automatycznie stanął i pochwycił rękojeść swego przewieszonego przez plecy miecza.
"Mogę jeszcze ich wypędzić, mogę powrócić do swego przyjemnego, cichego, samotnego życia. Zrobię to, tu i teraz, zanim zrujnuję sobie życie." - szepnęło doń z głębi ducha coś, co zaczynał określać przeszłym "ja". Lecz nawet część Mihawka, która tęskniła za dawnymi czasami, musiała ustąpić przed obietnicą wygody i komfortów, jakie niesie ze sobą koniec ze stylem życia podstarzałego kawalera. Poczuł, jak Perona chwyta go za rękę.
- Nic ci nie jest, Drakuś? - spytała, po czym nie będąc bez tego sobą, dodała oskarżycielskim tonem - Chyba nie zamierzasz symulować choroby tylko dlatego, że do mnie raz ktoś przypłynął, co?
Mihawk nawet nie skomentował tego zdrobnienia ani rzuconych oskarżeń. Jedynie puścił rękojeść swej broni i odparł cicho:
- Nie, wszystko w porządku. Chodźmy. - ruszyli razem, a w ślad za nimi reszta załogi owianego złą sławą Thriller Bark.
Nie było w porządku, nic a nic!


Wbrew oczekiwaniom Mihawka, w domostwie wcale nie zapanowała od tej pory nieprzyjemna, napięta atmosfera - wręcz przeciwnie, wszyscy gromadzili się wygodnie przy wesoło huczącym ogniu w kominku, śmiali się, dokazywali i opowiadali różne historie.
Jedynym nieprzyjemnym i napiętym czynnikiem tej sytuacji, był sam Dracule, który ze swego fotela u szczytu stołu, z narastającą niechęcią obserwował głośną gromadę . Z całej siły próbował zignorować obecność Morii, nie jest jednak łatwo uczynić to z głośną, rechoczącą co chwila, rogatą masą tłuszczu wypełniającą swym cielskiem pół komnaty.
- No i wtedy pomyślałem, jestem Władcą Cienii, do jasnej cholery! Skoro mogę w stopniu wręcz mistrzowskim panować nad cieniem, czemu więc nie użyć Bat Trick do przesyłu wiadomości? - Gecko oparty wygodnie i ścianę, grzał swoje karyplowate nóżki w cieple kominka. Reszta załogi Thriller Bark siedziała wokół nich, słuchając opowieści wielkoluda, bądź uzupełniając je własnymi.
- Ale Moria-sama, nie powiedziałeś jeszcze, skąd macie te rany! - zawołała z troską Perona, wskazując obandażowaną głowę swego, szlag by go, "tatuśka". Tym samym powodując u Mihawka podziw, nie sądził bowiem, że ktokolwiek może się wyrażać troskliwie o takim wynaturzonym stworze, jak Moria.
Reakcja niechcianych gości Mihawka była niespodziewana i interesująca. Hogback bowiem zapiszczał przeraźliwie, cofając się z pozycji siedzącej o kilka metrów, Absalom stracił kontrolę zarówno nad emocjami jak i nad swą niewidzialnością, która na przemian to skrywała to ujawniała poszczególne części jego ciała... Sam Gecko natomiast zbladł gwałtownie z przybrudzonej szarości do śnieżnej bieli i zaczął dygotać z wyrazem paniki na swym wężowatym obliczu. Najwyraźniej Peronie udało się poruszyć w wyjątkowo drażliwy temat.
- Oho... - Dracule uśmiechnął się nieznacznie - Widzę, że wreszcie zaczynacie przechodzić do ciekawych historii.
- Hawkeye! - Moria obrócił swe oblicze ku szermierzowi, nie rezygnując wciąż ze swego wystraszonego grymasu - Musisz o czymś wiedzieć! Kuma... Bartholomew Kuma.. Zamienił się w istnego diabła!
- O czym ty gadasz, człowieku...? - spytał Mihawk, zanim zdążył ugryźć się w język. Czuł, że nazwanie Gecko człowiekiem jest zbytecznym aktem łaski.
- Ponieważ to on odesłał tutaj Peronę, chcieliśmy prosić go o pomoc w dotarciu tutaj! - dało się usłyszeć głos Absaloma, który w końcu uporawszy się ze swymi problemami, przyjął trwale niewidzialną postać.
- To był błąd, błąd! - odezwał się Hogback z ciemnego kąta, gdzie kołysał się miarowo. Najwyraźniej nie zniósł najlepiej tych wydarzeń.
- W końcu udało nam się na niego natrafić... Sądziłem, że pomoże mi po starej znajomości... - westchnął zrezygnowany Moria, ignorując uwagę Mihawka, że po starej znajomości to należy mu się jedynie stryczek, o ile ktoś znajdzie wystarczająco mocną gałąź - Jestem pewien, że to był stary Bartie, nie jedna z tych przeklętych maszyn... Ale zareagował tak samo jak te diabelstwa! Gdy tylko nas zobaczył...- Moria przełknął ślinę, co z pewnych oczywistych powodów potrwało dość długo - zaczęło się piekło!
- Powinieneś skorzystać z okazji i przywyknąć - rzucił złośliwie Mihawk, lecz bez większego przekonania, zainteresowała go bowiem opowieść tego ex-shichibukai.
- Zaatakował nas, bez ostrzeżenia nas zaatakował! Wszędzie migające, zabójcze światła, lasery, gdzieś zaczął się pożar.. A ja zostałem ciężko zraniony... - głos Morii wzniósł się patetycznie na tyle, na ile pozwalała mu jego naturalna skrzekliwość - Wiedząc, że umieram z ręki byłego przyjaciela, przy życiu podtrzymywała mnie tylko świadomość, że mój wierny współpracownik Hogback, lekarz cudotwórca, dla którego nie ma beznadziejnych przypadków, zdoła mnie wyciągnąć z otchłani śmierci...
- I wtedy właśnie trafił mnie laser i straciłem przytomność - wyjęczał Hogback z ciemnych otchłani kąta.
- Ooooj! I co? I co? Jak udało wam się uciec? - zawołała Perona, w ekscytacji podlatując w górę.
- W zasadzie, to zasługa Absaloma... - przyznał Moria - gdyby nie rzucił się nam na pomoc i ukrył przed wzrokiem Kumy, z pewnością byśmy zginęli. Kiedy zniknęliśmy... Kuma po prostu odszedł. To było w tym wszystkim najdziwniejsze.
- No no, przedarł się przez to piekło by ratować przyjaciół... więc na Absaloma-samę jednak można liczyć! - Perona pokiwała głową z uznaniem - Jednak nie jest taki do niczego, jak mogłoby się wydawać po zawaleniu sprawy ze Słomianymi.
- Nie rób z siebie lepszej, sama dałaś się pokonać najsłabszemu z nich! - warknął w odpowiedzi lwiolicy mężczyzna, którego aktualne położenie zdradzał jedynie wiszący w powietrzu rumieniec, oblewający jego niewidoczną twarz. Sam Absalom zamigotał i pojawił się jednak po chwili, wraz z resztą zebranych odwracając się w stronę Mihawka, źródła głośnego parsknięcia.
- Naprawdę, Moria, nie sądziłem, że nawet ty byłbyś do tego zdolny. - Dracule pokręcił głową z niedowierzaniem - Jak zdołałeś zapomnieć, że Kuma z rozkazu rządu utracił swą wolną wolę i został zmodyfikowany na kolejnego Pacyfistę? Jak bardzo bezdusznym trzeba być, by zapomnieć o czymś takim?
- Hęęęę? - na podłużnym obliczu Morii rysowało się czyste zdumienie - Przerobili Bartiego? Kiedy? Dlaczego?!
- Byłeś przecież wtedy jeszcze Shichibukai. Mówiono o tym na naradzie przed Bitwą w Marineford... Już wtedy Kuma nie był sobą, nie pamiętasz? - Mihawk zaczynał mieć poważne podejrzenia, że blizna na czole Gecko jest pamiątką po zaawansowanej lobotomii. - No, może gdybyś więcej słuchał, zamiast żalić się na innych i na swą sytuację...
- A faktycznie, cichy jakiś wtedy był... - Moria na powrót rozłożył się wygodnie, zanurzając się w morzu wspomnień - Marineford... To były czasy. Krew, cierpienie, wybałuszone oczy umierających, eksplozje, wywalane flaki, śmierć.. I ciała, tyle możliwości... Po prostu raj! Dopóki ten gnój Flaming nie zamienił go w piekło... - Gecko skrzywił się z niesmakiem. To jedno trzeba było przyznać temu wielkoludowi, że kiedy jakiejś emocji udało się już dostać na szczyt tego cielska, to rozgaszczała się na jego twarzy całkowicie, zamieniając ją w dziwaczną, ekspresyjną maskę danego uczucia. W tym momencie Mihawk miał więc okazję zobaczyć najczystsze wyrażenie stuprocentowego zniesmaczenia. Szybko ustąpiło ono jednak pod wpływem tego obrzydliwie groteskowego uśmiechu Morii - Pamiętasz Marineford, Hawkeye? Jak walczyliśmy razem z tymi piratami, hę?
- Jeśli masz zamiar wzbudzić u mnie wrażenie wspólnoty z Tobą za pomocą sentymentalnych wspomnień, po to abym wstawił się do Światowego Rządu w Twojej sprawie... to odpuść sobie. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. - Mihawk wstał i ruszył ku wyjściu z komnaty - Idę spać, więc uciszcie się z łaski swojej.
- Śpij śpij - Moria wzruszył ramionami, nie dając po sobie poznać, że został przejrzany - My sobie jeszcze trochę tu z Peronką pogawędzimy.
- No dobra! - Absalom zatarł ręce z uciechy, gdy tylko ucichły kroki Hawkeye'a - Jak tego Twojego ponuraka nie ma, można przejść do rozmowy o posagu. No, pochwal się, ile dostaniemy?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo tego będziemy potrzebować! Zycie wyjętego spod prawa nie jest tanie! - powiedział Hogback, przysuwając się na powrót do ognia, po czym dodał ponuro - Nawet, jeśli jest się nim tylko dlatego, że Moria nie pozwala nam odejść...
- Przecież ciągle jestem waszym kapitanem! A może nie...? - Moria ani na chwilę nie przestał się szczerzyć, lecz coś w jego spojrzeniu zamieniło ten uśmiech w groźbę. Hogback zaprzestał dalszych pretensji. - No Perona, po ile wyjdzie na łba?
- S..Słucham? - różowowłosa lolita nie kryła oburzenia - Że niby... Drakuś... Ma płacić wam? Skąd wam się to ubzdurało?
- W sumie... - niski głos Hogbacka powoli przeradzał się w skrzekliwy pisk, typowy dla niego w sytuacjach uniesienia - kiedy ona tak mówi, to wydaje mi się, że to chyba faktycznie to na odwrót... To rodzina panny młodej daje w posagu coś dla męża... Szlag by to!
- Czyli nie będzie żadnej kasy? I jeszcze mamy się wykosztowywać? - Absalom uderzył wściekle pięścią w kamienną ścianę, krusząc przy tym jej fragment - I po co nam było tu przyjeżdżać!
- Że co?! - osoba o tak kłótliwej osobowości jak Perona, nie była w stanie przemilczeć tej wypowiedzi.
- Spokojnie, i tak nie jest źle, tu nas przynajmniej na razie nikt nie będzie szukał - Moria wciąż nie tracił humoru, pozwalając aby to inni się martwili za niego - Wyluzujcie panowie, w końcu to ślub Perony-chan. Nie psujcie jej tej uroczystości. A co do posagu, to jestem pewien, że z Hogbackiem coś zdołamy... wykombinować, kishishishi - zachichotał po swojemu, poklepując nieznacznie swój bagaż, w którym coś bezustannie się lekko poruszało - A właśnie, Perona, nie wiesz czy ta gnijąca sterta małp w ogrodzie ma jakiegoś właściciela?


Po kilku kolejnych dniach, spędzonych przez Mihawka głównie na treningach z dala od zamku, przez Peronę zaś na narzekaniu na narzeczonego oraz "spiskowaniu", jak on określał planowanie wesela, w końcu nadszedł ten dzień. Dzień, który do końca życia miał połączyć ich losy nierozerwalnym węzłem małżeńskim...
Od samego początku, nie był to dzień łatwy. Z przyjęciem dostawy potraw i napitku (zwłaszcza tego drugiego, biorąc pod uwagę, że miała zjawić się załoga Shanksa) Mihawk jakoś się uporał, zdołał także przezwyciężyć problemy wynikające z nadmiernej żarłoczności Morii, który nie mógł powstrzymać się przed skosztowaniem wszystkiego "po trochu". Kiedy już bezpiecznie zamknięto na klucz, to co ocalało z pogromu i postawiono pod drzwiami straże w postaci duszków Perony, Dracule mógł zająć się kolejnym problemem - przypłynięciem księdza.
Faktem jest, że Dracule Mihawk nie był osobą szczególnie pobożną. Kiedy bowiem nie przebywał w swym zamczysku, odbywał morskie podróże, nie zapuszczając się niepotrzebnie wgłąb żadnego lądu. Jego styczność z panującymi więc na lądach wyznaniami była niewielka - to morskim prawom i wierzeniom Mihawk bardziej byłby skłonny powierzyć swą duszę. Oczywiście, gdyby zechciał zawierzyć czemukolwiek innemu niż jego własne umiejętności. Spotkanie więc z przedstawicielem jednego z najliczniejszych wyznań świata - monoteicznej religii wywodzącej się z krańców East Blue - było dla Mihawka wydarzeniem równie interesującym, co irytującym.
Krótko mówiąc, przybyły kapłan najzwyczajniej nienawidził Dracule'a. Oraz, jak podejrzewał Mihawk, całej pirackiej społeczności, dla której oddawanie czci mesjaszowi z East Blue leżało dużo niżej w hierarchii wartości, niż wszelkie dobra doczesne. Zgorzkniały, ubrany w czerń starzec, o pożółkłej i pomarszczonej twarzy, skrywanej przez cień kapelusza o płaskim rondzie, ani razu nie zwrócił się do Mihawka po imieniu, obdarzając go za to całym szeregiem nowych pseudonimów. Najczęściej padały słowa "bezbożnik" czy "niewierny", lecz kapłan nie bał się użyć także takich określeń jak " nieczysty chciwiec", "sługa sił diabelskich", czy też dość oryginalne "kontynuator rzezi Herodowej". Podobnie jak ochoczo przyjęta łapówka, w ogóle nie pomagało zapewnienie, że obecnie Mihawk działa na rzecz Światowego Rządu, z tym bowiem sługa boży najwyraźniej też miał na pieńku. O ile Mihawk zdołał wyłowić poprawny sens z gniewnego potoku słów i tryskającej śliny, to konflikt ten wynikł z powodu jakiegoś krzyża. Ksiądz dużo milszy okazał się być dla Perony, nazywając ją "zagubionym dziecięciem bożym", lecz tylko do chwili gdy wyszła na jaw jej dawna przynależność do załogi Morii. Wtedy dość szybko została zdegradowana do miana "dziwki szatana" i "jawnogrzesznicy". Powrotowi do starych, sprawdzonych tradycji robienia męczenników z męczących kapłanów, zapobiegło wczłapanie się do pokoju Morii, który chciał ubłagać Peronę o odwołanie strażników spod spiżarni.
Choć Mihawk poważnie żałował sprowadzenia tutaj tego głośnego i agresywnego starca, to w tej jednej chwili był skłonny stwierdzić, że widok ten wart był kilku chwil irytacji. Obydwaj, kapłan i Gecko Moria, spojrzeli na siebie równocześnie. Kapłan z otwartymi szeroko oczyma wyciągnął palec ku szpiczastej głowie wielkoluda, a jego podbródek zaczął drżeć nerwowo. Morii, którego (z pewnych oczywistych przyczyn) podbródek nie był w stanie uczynić czegokolwiek, szaleńczo zatrzęsła się szyja, kiedy jego wzrok padł na księgę, dzierżoną przez małą, odzianą na czarno postać. Zadziałała siła skojarzeń i coś w głowie ex-shichibukai zaskoczyło, otwierając całą gamę złych, odepchniętych wspomnień z niedawnych wydarzeń z Kumą.
- Biiibliaaa! - zawył szaleńczo Moria, panikując jakby sama obecność tego starodruku miała sprawić, że kapłan zaraz wystrzeli laserami z rąk i ust. Ta niezrozumiała dla sługi bożego reakcja na pismo święte, jedynie utwierdziła starca w widzianym przez niego ujęciu rzeczywistości, stworzonym przez wtargnięcie ogromnej, rogatej istoty.
- Szatan, matko boska, prawdziwy szatan! - ksiądz nerwowo przewertował świętą księgę, jakby szukając tam odpowiedzi na pytanie, co zrobić gdy stanie przed Tobą piekielna istota w kraciastych portkach. Jednakże Gecko nie czekał już na żadną reakcję, zamiast tego znikając z wrzaskiem w głębi korytarza. Znalazłwszy jakąś mniej bądź bardziej stosowną do odprawiania demona sentencję, świątobliwy mąż puścił się za nim w pościg, w połowie pokoju jeszcze dobywając wody święconej z zakamarków swej szaty. - Czekajże! Niechaj światło wszechpotężne mrok twej duszy wypali!
- No wiesz, jesteś okropny! - pożaliła się Perona. Własnie sypał się najważniejszy dzień w jej życiu, więc rechot jaki na widok tej sceny dobył się z gardzieli Mihawka, podziałał jej na nerwy. Samemu Hawkeye'owi za to wyraźnie poprawił się humor, gdy dwa z jego problemów właśnie dały mu spokój, zamiast tego ścigając się wzajemnie po korytarzach zamczyska. Długo jednak ten spokój nie potrwał, gdyż rozzeźlona nagle Perona (sama będąc ubraną w suknię, która dla Mihawka wyglądała na zrobioną z samych ozdób, falban i koronek) uznała, że Mihawk koniecznie musi przywdziać stosowniejszy ubiór na swój własny ślub. Dracule niezbyt rozumiał co złego jest w jego wyjściowej koszuli, która będąc dla niego wystarczająco szykownym ubraniem aby móc pokazać się w niej ludziom, była więc naturalnie odpowiednia także do dowolnej uroczystości. Mimo to zmuszony był spędzić w garderobie godzinę na dyskusji z Peroną. Ostatecznie kompromisowo udało im się zdecydować na garniturowe spodnie i czarną koszulę. Spór o niedopięty górny guzik trwał cały czas.
- Hej, Dracule! - odezwał się nagle podekscytowanym głosem Absalom, pojawiając się znienacka w pokoju, co przyprawiło Mihawka o ciarki. Czy on był tutaj już po, czy jeszcze ZANIM Mihawk się przebierał? - Przypłynęli tu jacyś ludzie! To chyba... załoga Rudowłosego Shanksa!
- No, są nareszcie! - ze spokojem, który dodatkowo zaszokował Absaloma, Perona uśmiechnęła się , zapinając guzik koszuli Mihawka - Tylko nie zrób mi znowu wstydu przed Twymi przyjaciółmi!
- Słucham? - zdziwił się Hawkeye, odpinając na powrót niewygodny kołnierzyk i kierując się z Peroną ku głównej sali - To chyba ja Tobie powinienem to powiedzieć...
Nawet nie okazał zdziwienia, kiedy ujrzał, że Shanks z załogą już zajęli się wyładowaniem na stół jedzenia i wytoczeniem beczek. Jakoś żadne drzwi nie pozostawały zamknięte długo przed Rudowłosym.
- Weźcie dosuńcie jeszcze ze dwa stoły, powinny być jakieś na piętrach! Szybciej chłopaki, chcę się wreszcie napić z Hawkeyem! - pirat rzucił do swoich załogantów, siedząc na fotelu Mihawka i bujając się na nim lekko. Czy z nudów, czy z powodu jak zwykle wysokiej zawartości alkoholu w organiźmie, tego Dracule nie wiedział; zwłaszcza, że nawet w tej chwili gość raczył się jakimś trunkiem z wysokiego, drewnianego kufla. To, co autentycznie zdumiało Mihawka, to elegancki ubiór Rudowłosego. Co w ogólnym rozrachunku znaczyło nie tyle odświętny krój, co fakt, że żaden element jego garderoby nie był jeszcze pognieciony ani pochlapany winem.
- Witaj, MIhawk! - uśmiechnął się niosący skrzynkę z wódką Beckmann, który jako pierwszy zauważył Dracule'a i Peronę.
- Hej, o wilku mowa! - Shanks najwyraźniej też dopiero teraz zauważył ich obecność, zerwał się bowiem na równe nogi i wyszedł naprzeciwko gospodarzom - Hawkeye! Kupę czasu Cię nie widziałem! Co u Ciebie?
- To co widać... - Mihawk wskazał swą narzeczoną, która zwieszała mu się z ramienia. Dosłownie, gdyż jej nogi lewitowały swobodnie gdzieś kilka cali nad podłogą - To właśnie jest Perona.
- Pe... rona? - spytał niepewnie yonkou, kierując swój zamglony wzrok na dziewczynę. Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę ,jakby dopiero przypominając sobie okoliczności towarzyszące imprezie, którą to przerwę w rozmowie Perona wykorzystała aby zapiąć górny guzik koszuli Mihawka. Nagłemu powrotowi pamięci Shanksa towarzyszył równie nagły wybuch krótkiego śmiechu. - Ach tak, Perona! Panna młoda! Ta mała, co zaciągnęła Hawkeye'a do ołtarza!
Po tym okrzyku wokół Perony zrobiło się tłoczno, przyjaciele Rudowłosego porzucili swe zajęcia i zgromadzili się wokół Perony, poznając przyszłą żonę swego przyjaciela. Dracule natomiast poczuł kopnięcie w kostkę. Gdy się odwrócił, zobaczył, że za nim stoi Shanks z dwoma kuflami w ręce, dając mu kiwnięciem głowy znak, by oddalili się kawałek. Mężczyzna z wdzięcznością przyjął trunek i skorzystał z kolejnej okazji aby odpiąć ten cholerny guzik.
- I jak nastroje przed ślubem? - spytał Shanks bez cienia drwiny w głosie, kiedy już wyszli na korytarz. Mihawk, któremu nagle do głowy zaczęły przychodzić nieprzystojne słowa, postanowił przed udzieleniem odpowiedzi łyknąć mocnego wina o korzennym zapachu.
- Źle - odparł już nieco spokojniejszy, ocierając wąs z kropel napitku - Ale dalej chcę się żenić... chyba... tak myślę... Nie wiem. - spojrzał bezradnie na przyjaciela.
- Niepotrzebnie masz wątpliwości, Hawkeye. - Rudowłosy poklepał największego szermierza świata po ramieniu, co wiązało się z uprzednią koniecznością chwycenia kufla kolanami - Nawet, jeśli nie jest idealna, to kto jest? Jeśli przed tym całym ślubnym zamieszaniem sądziłeś, że do Ciebie pasuje i nie miałeś nic przeciwko spędzeniu z nią reszty swego życia, to czemu masz zmieniać zdanie teraz?
- Cóż... jak nic się nie dzieje i jesteśmy tylko we dwoje, to naprawdę dobrze mi się żyje. - przyznał Mihawk, podczas gdy Shanks przerwał wypowiedź kolejnym podejściem do osuszenia kufla.
- Pamiętaj w jakich teraz żyjemy czasach, Dracule - dodał yonkou, gdy w jego naczyniu pozostała już mniej niż połowa wina - Cholernie dobrze by było, jakbyś dla odmiany miał z kim je przetrwać. To porządna dziewczyna, która dobrze się Tobą zajmie.
- Tak, chyba masz rację - odparł Hawkeye, patrząc w na pół przejrzyste głębie wina w swoim kubku.
- Rozchmurz się i napijmy się za twoje nowe, lepsze życie! Kampai! - zawołał wesoło Shanks, obdarzając Mihawka życzliwym uśmiechem i stukając się z nim kuflami. Nim jednak zdążyli się napić, na korytarzu zjawiła się Perona. Znowu,lewitując, szlag by to...
- Ach, tu się schowaliście! - krzyknęła, oskarżycielskim gestem wskazując Mihawka i wyszarpując im obydwu naczynia z rąk- Nie zamierzałeś się chyba upić w dzień naszego ślubu, co? Na to na pewno nie zamierzam Ci pozwalać. I znajdź kapłana, jak wszyscy są to weźmy już wreszcie ten ślub. Bo w tempie jakie ma tamten paskudny grubas, może nie wystarczyć jedzenia na wesele!
I powróciła do komnaty, tym razem dla odmiany tupiąc stanowczo swymi odświętnymi, białymi glanami. Znowu zostawiając narzeczonego z zapiętym guzikiem. Mihawk podążył za nią wściekle wzrokiem, po czym odwrócił się z powrotem ku przyjaznemu obliczu Shanksa.
Które teraz nie było ani trochę przyjazne, prezentując jedynie lodowatą wrogość. Żaden z nich nie przerwał tej wymiany spojrzeń, nawet gdy tuż obok nich przebiegli z głośnymi wrzaskami Moria i zdyszany ksiądz. W powietrzu aż iskrzyło od siły woli, jaką mimowolnie uwalniał yonkou. To było naprawdę dobre wino.
- Z kim Ty do diabła się żenisz, Hawkeye?! - wysyczał wściekle przez zęby Shanks - Bez jaj, marnujesz sobie życie dla... dla... dla takiego czegoś?
- To porządna dziewczyna, która dobrze się mną zajmie - warknął Mihawk - A teraz wybacz, zdaje się, że muszę złapać tamtego kapłana.
W końcu udało się ściągnąć księdza z powrotem ku jego obowiązkom. Pomocą w odwróceniu jego uwagi od Morii okazały się być użyteczne pomoce Absaloma, którego Mihawk bezceremonialnie wyciągnął za wąsy z pokoju Perony, która właśnie zwierzała mu się z alkoholizmu jej narzeczonego.
- Puśćże, cholera! - wyjęczał lwiopaszczy osobnik, dla dobra swych kocich wąsów drepcząc tuż obok kroczącego szeroko szermierza, który równocześnie po raz kolejny rozpinał kołnierzyk koszuli.
- Zaraz tędy przebiegnie twój pan, Gecko Moria. Masz mu pomóc się ukryć przed tym księżulem. Jasne? - Hawkeye puścił mężczyznę, pozwalając mu rozwiać się w mroku korytarza. Po chwili istotnie dało się usłyszeć nadbiegającego Morię, lecz ledwo minął on załom korytarza, Absalom użyczył mu swej niewidzialności. Wypadający zza rogu z jakimś nowym, świętym zaklęciem ksiądz, mógł już tylko stanąć bezradnie i ledwo rzęzić. Mihawkowi udało się więc zaciągnąć zdyszanego, wycieńczonego i wykrzykującego co chwila jakieś łacińskie egzorcyzmy kapłana do głównej sali, gdzie za nakrytymi już stołami, pod oknem, utworzony zostal niewielki ołtarz. Pożytek z sytuacji był choć taki, że starzec nie miał już siły osądzać państwa młodych, zamiast tego zajmując się tym, po co tu przybył.
- Jak ty wyglądasz... - Perona z dezaprobatą zapięła Mihawkowi kołnierzyk, podczas gdy kapłan łapczliwie łapiąc oddech, rozpoczynał zwyczajową ceremonię. Mihawk już miał zamiar powiedzieć, że lepiej od niej, lecz kolejne nagłe wydarzenie powstrzymało nadciągającą wymianę nieuprzejmości.
Dokładkie w chwili gdy kapłan wypowiedział formułkę " Jeśli ktokolwiek zna powody, dla których małżeństwo nie może zostać zawarte niech wypowie je teraz, bądź zamilknie na wieki", głośny hałas sprawił, że wszyscy odwrócili się w stronę wyjścia. Wraz z hukiem otwieranych wrót do pomieszczenia wtargnął niesamowicie silny smród zgnilizny. Tuż za nim, równo krok za krokiem, wsunęła się do komnaty niewielka armia paskudnych, z pewnością nieżywych już stworzeń. Z pożółkłych, szerokich kości stanowiących większość ich ciał, gdzieniegdzie zwisały całe płaty mięsa czy skóry, wokół których bezustannie wirowały zastępy much. Wszystkie stwory dysponowały jakąś bronią, co niektórym kołysały się na szkieletach przerdzewiałe fragmenty pancerzy. Dracule nie miał wątpliwości co do tożsamości tych paskudnych, potępionych stworzeń, były to bez wątpienia resztki ubitych swego czasu pawianów. Moria! Co ten łajdak chce osiągnąć? Powstrzymać ślub? Ale Gecko przecież nie miał dziś kiedy sprowadzić tu tych kościei, Absaloma też widział w innych miejscach. Za to cały dzień nie widział...
- Fooosfosfosfosfooos! - zaśmiał się piskliwie Hogback, wtargnąwszy na ślub razem z zastępem martwych małpiszonów - Wszystkiego najlepszego, Dracule!
No tak, Hogback. Ledwo spuścić kogoś z oczu, a zaraz organizuje Ci zamach na Twoim własnym ślubie!
- Wygląda na to, że ktoś chce wam przeszkodzić. - odezwał się Shanks, stając z obnażonym mieczem tuż obok Mihawka - Cel światły, ale tak wejść bez zaproszenia... Załatwię je.
- Nie! - będąc głuchym na protesty Perony, Mihawk zatrzymał przyjaciela dłonią - Nie potrzebuję pomocy kaleki. Sam sobie z tym poradzę.
Zerwał z szyi swój sztylet i rzucił się w tłum nieumarłych. Nie wykańczał ich wszystkich od razu, jednym cięciem. Nie, wyładowywał swe złe emocje w tańcu śmierci, bawiąc się życiem każdego z przeciwników osobno, wirując między nimi przy akompaniamencie trzasku łamanych kości zamieniających się w pył, oraz gardłowych ryków truposzy, przemocą zmuszanych do powrotu w nicość...
- Tego chciałeś, Moria? - krzyknął, roztrzaskując czaszkę kolejnego pawiana i przechodząc w płynne cięcie na poziomie mostka następnego, będącego już ostatnim - Absalom, Hogback! Zadowoleni jesteście?
- To ty nam powiedz, debilu! - rozległ się znikąd głos Absaloma - Właśnie rozwaliłeś sobie swój prezent ślubny.
- Prezent ślubny? - zdziwił się ktoś głośno, chyba Yasopp - A jaki pożytek ze śmierdzących zwłok?
- Spory, jeśli mają cienie wyśmienitych żołnierzy i lokai, starannie wyselekcjonowane przez pana Morię! - burknął Hogback - Miałeś mieć oddział wiernych sług, ale jak wolałeś się na nich wyżyć...
- Czemu ty zawsze musisz wszystko psuć? - płaczliwym tonem wykrzyczała do Hawkeye'a Perona, łypiąc przy tym wściekle na Shanksa, który się zataczał ze śmiechu.
Mihawk miał dość tego dnia. Przed nim krzyczała na niego jego własna prawie-żona, przyjaciel wyśmiewał w najlepsze, u jego stóp rozlegały się jęki zniszczonych zombie, ukryty przez Absaloma Moria zjawił się ze swoim irytującym kishishishi, podczas gdy jego podwładni również krzyczeli coś z niezadowoleniem, ze strony stołów rozległa się dyskusja na temat przedwczesnego wychlania całej butli sake będącej prezentem ślubnym... Z tego całego zgiełku Dracule zdołał wyłapać jedno zdanie, którego postanowił się uchwycić całą myślą. Zdanie to, wypowiedziane przez wciąż kontynuującego księdza, brzmiało:
- Więc czy Ty, Dracule (bezbożnik!) Mihawk, decydujesz się obrać sobie za żonę tą oto jawno... Peronę, ślubując jej miłość i wierność aż do końca żywota?
- Tak, do jasnej cholery, tak! - niemalże krzyknął, wstępując znów przed ołtarz i urywając szarpnięciem już nie jeden, ale trzy guziki swej koszuli. Pochwycił swą małżonkę i w połowie jej zdania obdarzył ją długim, ślubnym pocałunkiem.
Na domiar złego, jak się okazało, jego żona beznadziejnie całuje.

Koniec części pierwszej, lecz nie ostatniej.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.02.2013 11:57 przez Szczery.)
29.09.2010 13:36
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,721
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #2
RE: Cierpienia 'Młodego' Dracule'a
Choroba, czytam to z mieszanymi uczuciami. Błędów zauważyłam niewiele, bardziej irytują mnie wstawki OOC...

Cytat:i... - zaczął Mihawk, po czym westchnął niechętnie - Jakby Ci to... zapraszam Cię na nasz ślub.
Bardzo nie-Mihawk.
Cytat:- Wychodzę - rzucił krótko i ruszył w swój ukochany, mroźny mrok nocy, który, i za to mu chwała, z całą pewnością nie zawierał w sobie absolutnie nic różowego.
Bardzo Mihawk XD
Znaczy, serio, o ile spokojnie mogę sobie wyobrazić tę parę bzykającą się na lewo i prawo w różnych częściach zamku, o tyle... Ślub? Doprawdy? I co jeszcze, może huczne weselisko z załogą Shanksa? >.>' Ja wierzę, że ci dwaj są przyjaciółmi (pewnie pokroju Zoro-Sanji), ale nie umiem sobie wyobrazić Mihawka, który zaprasza ludzi na swój ŚLUB =.= to zbyt nierealne >.>" (już prędzej - że Perona wszystko po cichu zorganizuje, a o zgodę na ślub by mu truła zadek przez długie tygodnie (koleś wygląda mi na takiego, co ma świętą cierpliwość))

Ale w sumie jestem dopiero na początku, może się jakoś rozkręci...

[Obrazek: 66HHUfX.png]
29.09.2010 15:40
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,642
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #3
RE: Cierpienia 'Młodego' Dracule'a
I dlatego nigdy nie napiszę poważnego fika z Odowskimi postaciami jako głównymi bohaterami. Zbyt ciężko oddać realny charakter danej postaci Smile

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

29.09.2010 16:18
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
BlackKuma Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,093
Dołączył: 31.03.2009
Skąd: Świebodzin
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #4
RE: Cierpienia 'Młodego' Dracule'a
Sam fik bardzo mi się spodobał. Ciekawe motywy no i jak przystało na Szczerego dobry humorBig Grin
Co prawda nie oddałeś Mihawka do końca takiego jaki powinien być, ale... w sumie mieliśmy niewiele okazji, aby poznać go bliżej, wiec moim zdaniem u takich postaci pewne odchyły są do przyjęcia.
Trenuj Szczery, znaczy pisz takie fiki częściej, a w końcu dojdziesz do wprawySmile

.........._............_...........
........IOI'.'.'.'.'.'.'.IOI.........
........ \.'.'.'.'.'.'.'.'.'./..........
........".'.'.'.'.'.'.'.'.'.'.'"...........
........"""[!!!!] [!!!!]"""...........
.....""""" ...../..\....""""""........
...."""""" ..______..""""""".......
...""""""" .....__.....""""""""......
..""""""""\________/"""""""""...
29.09.2010 23:21
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Brandy Offline
Szczur Lądowy
Pirat

*
Liczba postów: 33
Dołączył: 12.04.2010
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
RE: Cierpienia 'Młodego' Dracule'a
Jeden z najlepszych fików, świetne opisy. Można by się czepiać pierdół ale w komediowym fanfiku niekanoniczność aż tak bardzo nie odrzuca.
Fragment o błyskawicznej zmianie nastawienia czerwonowłosego w stosunku do Perony z powodu wymuszonej abstynencji - bezcenny. :> Nie mówiąc już o shatan Mhorii.

[Obrazek: Johny_Sanji.jpg?t=1293992213]
07.10.2010 20:57
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,642
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #6
RE: Cierpienia 'Młodego' Dracule'a
Dziękuję za tak pozytywną opinię Smile Co do opisów to trochę bym się podoczepiał (coś mi zaczyna na nerwy działać styl, który mi się wytworzył) Tongue W ten weekend planuję zacząć drugą część, może mi się uda do końca przyszłego tygodnia wrzucić tutaj Smile

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

08.10.2010 01:20
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Nighty Offline
Majtek
Pirat

*
Liczba postów: 96
Dołączył: 02.05.2011
Skąd: Łódź
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #7
RE: Cierpienia 'Młodego' Dracule'a [SPOILERY]
Naprawdę jestem zachwycona. Może sam pomysł nie przypadł mi do gustu (Mihawk i Perona? Ja bym tak nie skrzywdziła Sokolookiego Big Grin), jednak dzięki Twojemu wykonaniu, bez problemu przebrnęłam przez całe opowiadanie. Mnóstwo humorystycznych fragmentów, genialne opisy uczuć Mihawka, dialogi na poziomie... Praktycznie widać same plus, ale, żeby nie było tak pięknie i kolorowo, dostrzegłam kilka pojedynczych wad. Po pierwsze w niektórych momentach akcja się strasznie dłuży. W większości sytuacji ludzie stosują za dużo dialogów, a za mało opisów, tutaj wydaje mi się, że jest na odwrót. Uważam, że pojedyncze sytuacje powinny być zwięźlej opisane, dzięki czemu akcja poszłaby do przodu.
I taka druga uwaga, w opowiadaniach zaimki osobowe (ty, ci, tobie) pisze się małą literą Wink Zapomniałam Ci to napisać przy Twoim drugim fancifku, który czytałam Big Grin

Ach, te reakcje Shanksa były świetne Big Grin Szczególnie wtedy, kiedy śmiał się, gdy Mihawk zaprosił go na ślub. Tak samo te wszystkie komentarze Dracule'a dotyczące Morii. Kocham za nie Twojego Mihawka, chociaż na końcu miałam nadzieję, że w końcu się wkurzy i powie "nie". No cóż, będzie musiał się męczyć z Peroną, która nie umie całować (to też jest genialne zakończenie xD Swoją drogą ciekawe z kim już całował się Mihawk, skoro uważa, że ona jest dla niego za słaba Tongue).
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.05.2011 19:00 przez Nighty.)
03.05.2011 18:58
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,642
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #8
RE: Cierpienia 'Młodego' Dracule'a
Yyyy... 0_o Dzięki za tak pozytywną opinię, serio Big Grin Ale to mi przypomniało, że nie wrzuciłem tutaj drugiej części, mimo iż już od paru miesięcy takowa istnieje ^^' A co do pomysłu... Też go nie lubię ^^' Na poważnie to nigdy bym takiego pairingu nie obmyślił Tongue

No dobra, to zarzucę drugą część, bo w sumie - czemu nie?

Cierpienia Młodego Dracule'a - Część druga i ostatnia.

Nad Grand Line znów powoli wzeszło słońce. Ukazując się niespiesznie na nieboskłonie, hojnie obdarzało swymi promieniami kolejne wyspy i krainy, budząc je delikatnie ze snu. Będąc siłą natury, obce mu było zjawisko niesprawiedliwości - każdej zagrodzie i każdemu domostwu, każdej dolinie i wyżynie, słońce dawało szansę na kolejny, jasny poranek. Sol lucet omnibus.
No, może nie do końca omnibus. Kiedy bowiem już miało zjawić się nad pozostałościami królestwa Shikkearu, weszło w gwałtowny zakręt, łamiąc wszelkie zasady fizyki i logiki. Pozostawiło tym samym zamek Hawkeye'a w rozkosznie chłodnym półmroku. Tu słońce często nie dochodziło. Dlaczego? Tu zdania były podzielone. Niektórzy uważali, że na miejsce to została rzucona niegdyś groźna, tajemna klątwa, przez którą światło słoneczne nigdy już miało nie nawiedzić tego miejsca. Inni zaś po prostu określali tą klątwę jako Dracule Mihawk.
Fakt, ze okresy obecności owego Shichibukai na wyspie pokrywały się z czasem tego osobliwego mroku, zdawał się pasować do tej teorii. Tak wiec również i teraz, gdy Dracule zbudził się wczesnym rankiem, za szczelnie zasuniętymi kotarami jego sypialni panowało cos, co nawet przez najwybitniejszych przedstawicieli optymizmu mogłoby zostać nazwane najwyżej "pobladłą szarością".
Mihawk wstał, pozostawiając tym samym puste lóżko. Dziś znów Perona z nim nie spala. Po wczorajszej kłótni, oczywiście spowodowanej kolejnymi wybrykami przyjaciół rózowowłosej, stwierdziła że ma spać na kanapie. Już samo to skłoniło Dracule'a do stwierdzenia, że jego małżonka jest niespełna rozumu. Spać na kanapie, jakkolwiek stylowa i staroświecka by nie była, w zamku z sześcioma sypialniami? Gdy zauważył głośno ten fakt, podkreślając przy tym, że on nie zamierza się ruszać ze swojego miejsca, Perona sama się wyniosła. Mihawkowi to w zupełności odpowiadało - przynajmniej mógł się wyspać jak człowiek, bez zbytecznego przecież przytulania się, ani czego gorszego.
Okrywszy się szlafrokiem barwy tak ciemnej czerwieni, że był praktycznie czarny, mężczyzna wyszedł na korytarz. Posnuł się w stronę najbliższej łazienki, pragnąc umyć zęby i zażyć gorącej kąpieli. Gdy jednak otworzył drzwi do niej prowadzące, szybko przypomniał sobie, że stała się ona ostatnio laboratorium Hogbacka. Przeprowadzał on w niej swoje chemiczne eksperymenty nad nowym środkiem konserwacji zwłok. Shichibukai szybko zatrzasnął drzwi na powrót, uniemożliwiając tym samym wydostanie się na zewnątrz eksplozji, która ułamek sekundy później wstrząsnęła całym pomieszczeniem. Głuchy huk zmieszał się z wrzaskiem szalonego doktora. Odnotowując w pamięci, aby później skopać za to Hogbackowi tyłek, Mihawk udał się wiec do kuchni. Zastany tam widok nie poprawili mu jednak humoru.
Siedząc przy stole Mihawka, pijąc jego kawę z jego filiżanek (przy czym liczba mnoga nie jest tutaj pomyłką), wsuwając jeden za drugim paczki Mihawka z jego zapasów, z jego talerza i czytając jego gazetę, Gecko Moriah absolutnie nie czul żadnych oporów przed swobodnym i głośnym zachowaniem.
- Doberek, Hawkeye... A to w dupę kopane urzędasy! - odkąd uzyskał na swoja głowę wyrok śmierci, Moriah wyraźnie stal się przeciwnikiem Światowego Rządu, co okazywał przy nawet najbłahszej przyczynie - Znowu podwyżki cen chcą wprowadzić! A kiedy płace zwiększą, pytam ja się?
- Tak, jakby płacenie za cokolwiek ciebie dotyczyło - odparł Mihawk, patrząc niechętnie na smętne resztki wyłamanych drzwi lodówki, znów totalnie ogołoconej. Tym razem nawet łańcuchy z Kariouseki i tytanu nie powstrzymały żarłocznego Gecko przed nocnym podjadaniem. A zapewne także porannym, popołudniowym i wieczornym. - A propos, kiedy zaczniesz zarabiać jakieś pieniądze?
- Jakby ktoś miał dać zarobić takiemu wyrzutkowi społecznemu jak ja, to z pewnością ta fucha byłaby już dawno zajęta!- przerzucając kolejne arkusze gazety odparł ex-shichibukai, co wyraźnie zdradzało, ze dotąd nawet nie myślał aby spojrzeć na stronę z propozycjami pracy.
- Tak? A to ogłoszenie tutaj? - Dracule spojrzał na gazetę przez nadgarstek Moriaha (z racji oczywistego faktu, że przez ramię by nie zdołał) i wskazał jedno ogłoszenie - "Silnych mężczyzn w każdej liczbie najmę do pracy przy załadunku. Mile widziani byli skazańcy i poszukiwani, którzy nie maja możliwości nająć się do pracy legalnej, aby dało się orżnąć ich na wypłatach". Jak dla mnie brzmi uczciwie. - Skłamał po chwili.
- Taak, akurat! - Moriah rozejrzał się w sposób godny najwybitniejszych paranoików i popukał się znacząco w bok nosa, po czym ściszył glos do teatralnego szeptu - Już ja znam takie ogłoszenia! To pułapka rządu, żeby mnie stad w końcu wykurzyć!
- Rozumiem - Mihawk nie przejawiał dalszej chęci kłótni z przyszywanym teściem. Tym zajmował się już przez cały ostatni miesiąc, będący przy tym jego miesiącem miodowym. Żadne argumenty Dracule'a nie trafiały do tego tłuściocha. Tak samo zresztą jak i do małżonki Mihawka, która wytrwale upierała się aby pomagać jej przyjaciołom póki nie staną na nogi. Co najwyraźniej oznaczało płacenie za ich utrzymanie aż do ich śmierci. Co Mihawk zresztą dawno by przyspieszył, gdyby nie było to równoznaczne z niewyobrażalną awanturą ze strony Perony i przypuszczalnym rozwodem. Jedyne co pocieszało go w tych trudnych czasach to fakt, że Moriah nie jest żonaty. Ciężko by mu było wyobrazić sobie teściową, która jest gorsza od teścia.
Sądząc po opłakanym stanie lodówki i kredensów, w których zostały tylko paczka przeterminowanego makaronu, brukselka i puszka ananasa z której otwarciem Gecko sobie nie poradził, Hawkeye nie miał co liczyć na śniadanie. Zresztą, już sam widok szaroskórego wielkoluda odbierał mu na dobre apetyt. Postanowił wiec zamiast cokolwiek jeść, udać się do łazienki na parterze i tam się odświeżyć.
Pod drzwiami natknął się na Peronę, która wyraźnie podążała w tym samym kierunku co on. Dracule jednak okazał się być szybszy i wcisnął się do wnętrza przed nią i zamknął drzwi, nawet nie siląc się na wymyślanie jakiejś wymówki. Nie marnując czasu zignorował swą drugą połowę dobijającą się wściekle do drzwi, odkręcił kurek z gorącą wodą i zrzucił z siebie ubranie. Pogrążony w, a jakże by inaczej, ponurych myślach dość późno usłyszał czyjś przyspieszony jakby w panice oddech. Z prędkością godną mocy bojowej admirała Kizaru, wysunął dłoń w stronę źródła odgłosów. Tak jak się spodziewał, jego ręka pochwyciła czyjś niewidoczny, kudłaty pysk.
- Tego już za wiele - powiedział chłodno, coraz mocniej zaciskając dłoń i nie zważając na czyjeś ręce próbujące go w panice odepchnąć. Zamiast tego pchnął silnie niewidoczną postać w stronę drzwi. W trakcie tego krótkiego lotu zjawa na powrót stała się widzialna. Nie było to żadnym zaskoczeniem, że osobą która wyłamała sobą drzwi, omal nie trafiając przy tym stojącej pod nimi Perony, był Absalom.
"Mam już dosyć" pomyślał Mihawk zanurzając się w gorącą kąpiel, ignorując tym samym zamieszanie pod resztkami drzwi "Pora wreszcie coś z tym zrobić"



Jeszcze tego samego dnia wsiadł na swoją lodź i udał się w kolejny korsarski kurs. O pretekst nie było trudno - czymś trzeba było zapełnić półki opustoszone przez niby-to-teścia. Tym razem przyświecał mu jednak dodatkowy cel - znaleźć sposób na rozwiązanie swoich kłopotów z drażniącymi gośćmi.
Z zyskaniem zapasów żywności nie było żadnych problemów. Wystarczyło podryfować zaledwie przez godzinę, żeby natknąć się na kolejny statek jakichś żółtodziobów. Dwa machnięcia mieczem później, za łódka Shichibukai unosiła się przywiązana do niej tratwa załadowana ocalałymi żywnością i napojami. Teraz, nie mając już na głowie tak trywialnych błahostek, Shichibukai mógł oddać się krótkiej sjeście, poprzedzonej namysłem co przedsięwziąć w sprawie Gecko i reszty. Danie cynku rządowi niestety nie wchodziło już w grę. Ci na górze mieli przykre nawyki, jeśli chodzi o sposoby rozwiązywania kłopotliwych spraw - zazwyczaj zabijali każdego na świecie, kto o nich wiedział. A po takim czasie wspólnego mieszkania z załogą poszukiwanego pirata, Mihawk z pewnością mylnie zostałby uznany za ich wspólnika. To zaś by przyniosło nieprzyjemne skutki - z których jakoś najbardziej przerażała go wizja samego uznania go za ich wspólnika. To byłoby nie do zniesienia i pozbawione wszelkiego stylu. Musiał wiec znaleźć inny sposób. Choćby i najbardziej niedorzeczny, liczyła się tylko skuteczność.

Poszukiwania tego miejsca nie trwały długo. Nic tak nie cieszy przedsiębiorcy, jak wkopanie w niewygodną sytuację nielubianego konkurenta. Zasada działania była prosta - pytając o to kto z branży jest najgorszy, Mihawk udawał się pod wskazany adres, gdzie pytał o to samo. Zadając umiejętnie pytania, wspierane czasem to brzękiem monet to znowu błyskiem klingi, Mihawk zdołał odnaleźć miejsce znajdujące się na samym końcu długiego łańcucha wzajemnej nienawiści i pogardy pośród dostawców żywności na tej wyspie. Wiedział, ze to tu. Mówił mu o tym smród, mówiły mu o tym smętne resztki dawnych obróż i kagańców, mówiły mu o tym wystawiane w okolicy porcje psiej karmy. Znalazł najpodlejszą rzeźnię na wyspie. Naciągnął mocniej kaptur, który chronił go przed zbędnymi w tej sytuacji zachowaniami z serii 'To on? Nie no cos ty... Ale wygląda jak on! To on! Co tu robi Shichibukai? Lepiej stad spieprzajmy!'. Nie żeby sprawiały mu one jakąkolwiek przykrość - dziś jednak wołał nie rzucać się zbytnio w oczy. Przezornie obiecując sobie by nie oddychać głęboko powietrzem podejrzanego wnętrza, Dracule wszedł do rzeźni.
By opowiedzieć wszystko o Mihawku, należałoby mieć znacznie więcej czasu na spisanie tej historii - tak co najmniej pół Żywota. Drugie tyle, by zdecydować co z tego jest prawdą, co zaś jedynie krążącymi po świecie plotkami. Jedna rzecz jednak można o nim powiedzieć z cala pewnością. Jest najlepszym szermierzem świata. No dobrze, dwie rzeczy - jest najlepszym szermierzem świata i człowiekiem o wyrafinowanym stylu. Chciałem powiedzieć, to jest napisać, trzy rzeczy - jest najlepszym szermierzem świata, człowiekiem o wyrafinowanym stylu, a przydomek Jastrzebiooki zawdzięcza swemu żółtemu, przenikliwemu spojrzeniu... Hmmm... No dobra. Wiele rzeczy można powiedzieć o Mihawku z cala pewnością. Ta jednak, o która tu chodzi to... Jest diabelnie dobry w efektownych wejściach. Praktycznie niemożliwym wiec było, aby osoba o jego statusie i porażającej aurze, mogła zjawić się gdziekolwiek dyskretnie, by nie powiedzieć - chyłkiem. Mimo więc, iż Dracule naprawdę się starał nie wzbudzać zbyt wielkiego zainteresowania, dla wszechświata było to zbyt mało aby zmienić odwieczne prawa Logiki Narracyjnej Mihawka. Ledwo skrzypnęły otwierane drzwi, twe wnętrzu rzeźni ustały wszelkie odgłosy pracy i wymienianych uwag. Wszystkie cztery obecne tu pary oczu zwróciły się ku niemu, a następnie trzy z nich natychmiast postarały się patrzeć gdziekolwiek indziej, starając się sprawiać wrażenie, jakby nigdy nie spojrzały na groźnego przybysza, w obawie o nieopatrzne zwrócenie na siebie jego uwagi. W powietrzu wisiała zgroza towarzysząca szermierzowi przez niemalże cale życie. Jedynie stojący za ladą, pomarszczony starzec o łysej głowie z orlim nosem i kudłatymi brwiami, zdawał się nie przejmować niespodziewanym gościem. Po jednym, fachowym spojrzeniu na ponura twarz Mihawka, odesłał swoich pracowników na zaplecze skinieniem głowy.
- Pan Christian 'Swinie' Todd, jak sądzę - zwrócił się Mihawk do starca, gdy młodzi rzeźnicy z mgnieniem ulgi w ich oczach już znaleźli się na tyłach budynku ( po pewnych typowo slapstickowych komplikacjach, gdy trzech szerokich mężczyzn próbowało naraz przecisnąć się przez framugę jednych drzwi, pozostawiając je w efekcie znacznie szerszymi, niż były pierwotnie).
- Widzę, ze rozmawiał pan już z innymi rzeźnikami w mieście - odparł pan Todd, niespiesznie zakładając okulary w cienkiej oprawce na swój nos i przeglądając rozłożone na ladzie rachunki - Wie pan, zawsze uważają to za zabawne, dawać mi ironiczne przezwisko ponieważ jako jedyny nie używam prawdziwej wieprzowiny. Dziwi mnie czemu wiec sami siebie nie nazwa Tommy ' Higiena' Voyght i Cons 'Data ważności' Tare. Ha, ja przynajmniej nie wciskam klientom zepsutego mięsa. Chyba, ze sobie tego zażyczą, rzecz jasna.
- Cóż... Interes handlu psim mięsem dobrze się toczy? - ostrożnie spytał Dracule. Choć starzec wzbudzał w nim pogardę, był tez na swój sposób interesujący, ze swoim wyraźnie silnym charakterem i rezonem niesłabnącym nawet w obecności jednego z Shichibukai. Takich ludzi spodziewał się widzieć raczej wśród elity niesłabnącego konfliktu miedzy piratami i marynarką, niż w skromnym sklepie rzeźnickim. Zaskakujący był tez całkowity brak zakłopotania na szczerym obliczu pana Todda.
- Och, da się przeżyć, ale wcześniej bywało lepiej - rzeźnik spojrzał prosto w przenikliwe oczy Mihawka i ku zaskoczeniu szermierza żaden mięsień na twarzy ani mu drgnął - Wie pan, kiedyś to pies miał być duży i agresywny, taki typ był pożądany to i pełno się ich widziało. Takie wilczury na przykład. Było nad czym pracować... a teraz wszędzie modne się robią te małe rasy, wie pan, noszone w torebkach dam. Niewiele z takich mogę zrobić, psia ich mac! - zakończył wyjątkowo trafnie, po czym schylił głowę spoglądając na Mihawka sponad swych szkieł - No, nie przyszedł tu pan pytać o szynkę. Mam wziąć hak czy to cos z czym poradzę sobie na miejscu?
Choć twarz Mihawka nie zmieniła swego typowego dla niego wyrazu, jego milczenie go zdradziło. Był zbity z tropu. Pan Todd najwyraźniej był człowiekiem wielu niespodzianek.
- Każdy ważniak który tu przychodzi udając ze nie jest tym kim jest, ma ten sam problem. - rzucił uspokajająco starzec, uśmiechając się zestawem pożółkłych zębów - Maja coś... powiedzmy, ze większego od psa, czego chcą się pilnie pozbyć. Zdziwiłbyś się pan, jak często ludzi spotykają zabawne przypadki. Wtedy przydaje się ja, z moim korzystnym dla obu stron re-cyk-lingiem - wypowiadając ostatnie słowo powoli, jak dopiero niedawno zapamiętaną formułę, pan Todd złożył rachunki i wybrał jeden z wiszących za nim, rzeźnickich haków na łańcuchach. Nie przestając mówić, spokojnie podszedł do wieszaka i założył swój płaszcz. - Kojarzysz pan Capone Bege? Taki żółtodziób, ale nieźle dawał mi zarobić, właśnie na tym ze pozbywałem się jego... śmieci. Dopóki cwaniak sam nie dorobił się Diabelskiego Owocu, ha! Teraz każde ciało może przenieść pod płaszczem , skubany! No, ale pora w drogę, bo akurat miałem składać zamówienie na wołowinę i parę wieprzków. Wiadomo, nie lubię oszukiwać ludzi, ale kiepski tydzień mieliśmy. Chłopcy, wychodzę!
- Jak to, sprzedaje pan również... akceptowalne mięso? - spytał Dracule gdy znaleźli się na drodze ku przystani. Rzadko miał okazje porozmawiać z kimś kto go był w stanie autentycznie zaciekawić. Może dlatego, ze rzadko miał okazje i ochotę rozmawiać z kimkolwiek.
- Ludzie żrą mięcho jak opętani... A pan myślisz, ze sprzedaję podejrzane mięso złapane na ulicy bo interes źle idzie? I człowiek o takim ostrym umyśle jak pan nie widzi niczego podejrzanego w tym, ze wszyscy jakoś wiedza o moim sklepie? - na twarzy starca wykwitł kolejny uśmiech, tym razem jednak znacznie przebieglejszy - Słuchaj pan, na każdej wyspie znajdzie się taka miejska legenda o rzeźniku co wciskał klientom mięso z psów, kotów i ludzi, prawda? I wyobraź pan sobie, ze człowiek z głupiej ciekawości jest w stanie zeżreć wszystko, żeby tylko sprawdzić, czy plotka była prawdziwa. Ja po prostu znalazłem swoją niszę. Daje ludziom to, czego chcą... No, oprócz kotów. Szkoda mi kotów. Lubię koty. - dodał szybko z roztargnieniem - I wierz mi pan, ze mogę sobie pozwolić na to by sprzedawać swoje wyroby tylko tym, którzy dokładnie wiedza o co w tym chodzi, a i tak jakoś uda mi się wyjść na plus. No, to z czym mamy do czynienia w tym przypadku?
- Chodzi o cos... dużo większego od psa. Obawiam się, ze ten hak może się okazać niewystarczający.
- Oho... - starzec zagwizdał cicho - wreszcie jakiś uśmiech losu. Rybolud, być może? Myślałem o otworzeniu stoiska rybnego...
- Nie. Chodzi o... Mihawk rzucił ostrożne spojrzenie na ulice. Spowodowało to zniknięcie z niej każdej żywej osoby w zasięgu kilkunastu metrów. Mało kto lubi znajdować się pod spojrzeniem Mihawka. - To Gecko Moriah. Chce się go pozbyć, ale zwłoki musza zniknąć natychmiast, inaczej... - Dracule zawahał się i uznał, ze prędzej zginie niż powie, ze żona go zabije, gdy przyłapie go nad martwym ciałem jej byłego kapitana - mogą pojawić się komplikacje których nie chcę.
Pan Todd stanął jak wryty w ziemie, z grymasem obrzydzenia na swej twarzy.
- Grubas Gecko? Pan chyba żartujesz! Ten Shichibukai?
- Spokojnie, to ja zamierzam się z nim zmierzyć - Mihawk uśmiechnąłby się na myśl o chwili gdy utnie Moriahowi głowę, gdyby nie fakt, że generalnie unikał uśmiechania się jako takiego.
- Nie o to chodzi - starzec splunął z wyraźnym niesmakiem - Po prostu tego nikt nie kupi! Ja widziałem jego zdjęcia. Takie szare mięso za nic nie zejdzie bez porządnego wyszorowania, a ja nie jestem typem człowieka który w ten sposób rżnie klientów, spróbuj pan u Voyghta albo Tare'a. Na Boga, ten spaślak nie nada się nawet na paprykarz grandlinski! Co do mojego odbiorcy organów, to wątpię by ktokolwiek się skusił na tak otłuszczoną wątrobę... Przykro mi, Gecko Moriah po prostu się nie sprzeda, nawet jakbym do niego dopłacał! Zapomnij pan.
I parskając wzgardliwie, pan Todd odwrócił się i szybkim krokiem skręcił z powrotem w zaułek prowadzący do jego sklepu, ignorując ostateczne namowy Mihawka, żeby zabrał chociaż Absaloma. Najwyraźniej nawet wizja kilku rodzajów egzotycznego mięsa w jednym ciele nie skłoniła starca do sprzedaży towarów z załogi Thriller Bark. Zrezygnowany Dracule zsunął z głowy kaptur. Plan A zawiódł, a według słów starca, także plan B polegający na sprzedaży Moriaha na czarnym rynku organów, albo chociażby studentom medycyny. Pozostał wiec najbardziej ryzykowany plan. Plan C.


Mihawk mógł z daleka ocenić zamieszanie, jakie spowodowało na murach twierdzy jego zjawienie się na horyzoncie, na tle wschodzącego właśnie słońca. Zimny wiatr smagał go silnie, łopocząc jego peleryną, gdy niewzruszony szedł skalistym, mroźnym pustkowiem prosto ku swemu celowi. Główna baza spiskowców, osadzona na wyspie Baltigo. Niełatwo było znaleźć to miejsce, lecz świadomość samego bycia tutaj była wystarczającym wynagrodzeniem. W tej chwili jednak nie obchodziło go nic więcej, niż zdobycie twierdzy i dotarcie (możliwie po trupach) na sam szczyt hierarchii, do przywódcy Rewolucjonistów. Zamierzał stanąć oko w oko z Monkey D. Dragonem.
W pewnej chwili jego spokojny krok zwolnił i ustał. Mihawk uniósłszy dopiero teraz swa głowę odsłonił swe ponure oblicze skrywane pod rondem kapelusza. Spojrzał na szykującą się do walki grupę rewolucjonistów zajmującą stanowiska na murach budowli. Uznał, ze odległość jest wystarczająca jak na początek. Słysząc wystrzały i świsty pierwszych pocisków, powoli wysunął swój miecz z płóciennych uchwytów jego płaszcza. Bez trudu rozciął nadchodzące w jego stronę kule armatnie, ignorując dochodzące go zza pleców eksplozje ich poszatkowanych części. Koncentrując się z zamkniętymi oczyma na tym cieciu, zmagazynował w nim siłę wszystkich mięśni. Po chwili skupienia wprawił ostrze w ruch, tworząc świetliste, jasnozielone cięcie sunące po skale ze znaczna prędkością ku budowli. Słyszał krzyki zeskakujących z blank żołnierzy, a następnie rumor kamieni ustępujących pod siła ataku. Otworzył oczy. Tak jak planował, stworzył jedynie otwór w zewnętrznym murze twierdzy. Otwór, stanowiący niemalże polowe całego muru, jednakże to nie było jego zmartwienie. Zyskując możliwość dostania się do wnętrza, ruszył naprzód a wiatr, świst kul i odgłosy walki zmieszały się w jeden, znany mu dokładnie ryk.

- Przepuść mnie. Jestem tu by zobaczyć Dragona. - powiedział kilka minut później, gdy na drodze w opustoszałym już korytarzu stanęła znana mu poniekąd postać. Wielkogłowe ciało, wbite w obrzydliwie obcisłe, lateksowe wdzianko, makijaż którego nałożenie wymagało zapewne wynajęcia ekipy remontowej i wielkie, niebieskie afro zwieńczone korona będącą jeszcze większym bezguściem, niż ta którą zwykła szpanować Perona. Widział już go... ja...? Widział już TO w Marineford, ponad dwa lata temu. Ivankow. Ciężko było to zapomnieć, pomimo usilnych starań Mihawka.
- No cóż... - przerażające, transseksualne monstrum cofnęło się jakby z zamiarem przepuszczenia Shichibukai - Wygląda na to, że nie mam innego wyjścia jak tylko pozwolić Ci... Ze mną walczyć! Iiiiiihaaa! - z głośnym krzykiem Ivankow natarło w nagłym ataku na Mihawka, w biegu wysuwając dziwaczne szpony ze swych pokrytych rękawiczkami dłoni.
- Wiec jesteś wystarczająco mocny by próbować się ze mną mierzyć samodzielnie. To znaczy, ze jestem już blisko. - uznał Mihawk, uchylając się przed kopnięciem okama i wzmacniając uchwyt na rękojeści miecza.
- Dracule Mihawk! - rozległ się donośny glos, w chwili gdy obaj mieli zewrzeć się - Mihawk nienawidził się za użycie w myślach tego słowa przy tym Stanowczo-Nie-Slodkim-Tranwestycie - w ataku. Jak się okazało, dochodził z mrocznej głębi korytarza, wraz ze stukiem ciężkich butów. Mihawk wsunął bron na plecy i obydwaj walczący zwrócili się twarzami w kierunku z którego dochodził glos.
- Przyszedłeś tu po mnie, prawda? - wysuwając się z cienia, przybysz okazał się nikim innym tylko samym Dragonem. Jego wytatuażowana twarz wykrzywiona była w szyderczym, ponurym uśmiechu, gdy lider światowych rewolucji stanął i uniósł szeroko swe kościste, na pozór bezbronne dłonie - Wiec stoję tu przed Tobą, spróbuj odebrać mi moja głowę, jeśli starczy Ci odwagi.
Za plecami Dragona zjawiło się kilkunastu innych ludzi, z twarzami skrytymi w cieniach nakryć głowy, z których zresztą każde było dziwaczniejsze od poprzedniego. Mihawk spojrzał katem oka za siebie. Ivankow dalej za nim stało, dołączało tez właśnie do niego kilku kolejnych rewolucjonistów.
- Wiem, czego chcesz. - wznowił Dragon - Mano a mano. I zapewniam Cię, Dracule Mihawk, że jako Shichibukai na to zasługujesz. Jeden z siedmiu najsilniejszych piratów zaprzedających swe umiejętności dla Światowego Rządu... - Dragon zmierzył go nieco dłuższym spojrzeniem, niż Mihawk uznałby to za komfortowe - Myślałem, ze będziesz wyższy.
- Nie jestem tu... - zaczął Dracule z trudem ignorując ostatnią uwagę, lecz rewolucjonista znów wszedł mu w słowo, rozpoczynając kolejną natchnioną mowę.
- Stoimy tu naprzeciwko siebie, obydwaj owiani legenda! - Dragon ciągnął swe wzniosłe wywody, podkreślając je nie mniej wzniosłą gestykulacją. Najwyraźniej czul się w tej dramatycznej sytuacji jak ryba w wodzie - Ale zapewniam Cię, ze moja legenda jeszcze się tu nie zakończy. Nie dziś.
- Słuchaj... - warknął Mihawk, lecz nie zdołał przebić się przez patetyczna przemowę Dragona.
- Nie wiem czym się kierowałeś przychodząc tu samotnie lecz wiedz, ze tu Cię spotka twój kres, zimny piasek Baltigo pokryje wkrótce twe kości, a światowa rewolucja uczyni kolejny krok ku wyzwoleniu ludności ze stalowych objęć imperium zbudowanego na fałszu i... hę, co jest? - Dragon wyraźnie zdziwiony spojrzał za siebie, gdzie rozgorączkowany podwładny starał się zwrócić jego uwagę na cos przed nimi. Dragon odwrócił tam wzrok akurat w porę by zobaczyć, jak zniecierpliwiony Mihawk sięga znów po swój miecz. - Już? Skończyłeś? - upewnił się Shichibukai, kiedy Dragon umilkł z ponura mina - Słuchaj, nie przyszedłem tutaj w pojedynkę wykańczać rewolucji. Gdyby to miało być takie proste, zrobiłbym to już dawno temu. - Mihawk zauważył wzgardliwe prychniecie rozmówcy, lecz z rozmysłem je zignorował - Jestem tu by zaproponować wam... moc jednego z Shichibukai.
- Szukasz pracy... i rozwalasz mi mury, kaleczysz ludzi, stawiasz wszystkich w stan bojowy? - na obliczu Dragona wściekłość mieszała się ze zdumieniem - A nie mogłeś... no nie wiem, kuźwa, zapukać?
- To był najprostszy sposób by się do Ciebie dostać. - odparł Mihawk, po czym dodał po chwili namysłu - No, może poza daniem się złapać i zawlec w łańcuchach, ale mój sposób bardziej mi się podoba.
Gdyby posępne spojrzenie potrafiło zabijać, Dragon właśnie uczyniłby z Perony młodą wdowę. Mimo to pozwolił Mihawkowi podążyć za sobą do jednego z pokoi. Dracule nie mógł nie zauważyć, ze był to pokój stworzony do przesłuchań i nie czuł się z tym komfortowo, nawet jeśli nikt nie wymagał od niego, aby zajął miejsce na stanowisku dla odwiedzających. Ciemnym od starej krwi, żelaznym fotelu, ze stalowymi, unieruchamiającymi przesłuchiwanego obręczami.
- Twierdzisz, ze chcesz stać się jednym z nas? - spytał Dragon z tonem w pełni uzasadnionej podejrzliwości, kiedy zostali w nieco szczuplejszym gronie. Mihawk nie mógł nie zauważyć (a raczej nie mógłby, gdyby okazał choć trochę zainteresowania) ze najwyraźniej Dragon odczuwa lekką ulgę. Nigdy nie wiadomo było, ile strat może poczynić osaczony Shichibukai.
- Skądże znowu. - zaprotestował spokojnie Hawkeye - Nigdy nie popierałem tego co robisz i nie zacznę. Zawsze uważałem, ze robisz więcej chaosu niż pożytku. Jednak to co chce zrobić może nam przynieść obustronne korzyści...
- Chcesz nam wcisnąć Gecko Moriaha - odparł spokojnie Dragon, czym zasłużył sobie na zdumione uniesienie brwi przez Shichibukai - Od dawna wiemy, ze przebywa z Tobą i nie powiem, ciekaw byłem tego, ile z nim wytrzymasz. Nie spodziewałem się jednak, ze będziesz chciał go włączyć do nas.
- Jesteście straszni. - odparł Mihawk, człowiek którego bal się niemalże każdy pirat świata - Rząd szuka go jak opętany nie znajdując nawet śladu, a wy tak po prostu wszystko o nim wiecie?
- Nie, nie jesteśmy w stanie wiedzieć wszystkiego. Nie wiemy na przykład, jakie nastawienie ma Moriah wobec nas i wobec Światowego Rządu. Co powiesz, Mihawk? - Dragon oparł się o blat biurka obiema dłońmi - Słynne umiejętności jego i jego popleczników były by dla nas użyteczne, choć przyznaje ze są nieco paskudne. Ale czy Gecko Moriah ma w sobie choćby iskrę ducha rewolucji?
- Nie jestem pewien czy was popiera... - odparł Hawkeye, gładząc się z namysłem po bródce - Ale jeśli szukacie buta który chętnie kopnie rządowy tyłek, to Moriah ma całkiem dużą stopę... I z chęcią jej użyczy. Tylko będziecie nim musieli trochę potrząsnąć...
- A potem w dwójkę mi tu połowę oddziału wykończycie. - Dragon spojrzał spode łba na rozmówcę i trzeba przyznać, ze fizjonomie miał wręcz stworzona do tego rodzaju mimiki - Masz cos, co udowodni nam jego nastawienie?
Mihawk był na to przygotowany. Dźwiękowy Dial, znaleziony niegdyś przez niego w ładowni opuszczonego, roztrzaskanego statku, przyjemnie ciążył mu w kieszeni. Wystarczyło jedno pstrykniecie przyciskiem, aby pokój wypełnił się charakterystycznym głosem Moriaha, nagranym podczas jego codziennego, porannego narzekania na rząd.
Wystarczyło.


Plan był całkiem prosty. Oddział rewolucjonistów miał wpaść, pochwycić Gecko z załogą i z tak porwanym inwentarzem bezzwłocznie wypłynąć. Rola Mihawka było udawanie, ze nie ma z tym nic wspólnego, przynajmniej dopóki wszystko idzie dobrze. Miał szczera nadzieje, ze pójdzie dobrze. Wołałby nie brać udziału w całym zamieszaniu, bo ani nie ufał podejrzanym typom Dragona, ani nie chciał by cos go z tą sprawą łączyło na oczach Perony.
Kiedy jego małżonka stwierdziła, ze cos się chyba dzieje na dworze, opryskliwie poleciła Mihawkowi by to sprawdził. Normalnie odpowiedziałby, żeby sama sobie poszła to sprawdzać, ale teraz ruszył do okna już po chwili udawanego zwlekania. Ciekaw był jak toczą się sprawy, wiec i bez narzekania Perony z pewnością by to sprawdził.
Widok był z cala pewnością niecodzienny. Na dziedzińcu zamku kilku uzbrojonych ludzi wymieniało ogień z Absalomem i paroma ożywionymi truposzami Hogbacka, dwóch wiązało samego doktorka który chyba zemdlał, a kilkunastu innych rewolucjonistów właśnie walczyło z szarpiącym się wielkoludem. Każdy z nich trzymał w dłoniach coś, co wyglądało na stalową linę, którą starał się mocno zakotwiczyć w ziemi, co utrudniał wierzgający Moriah. Ciężko go było za to winić - pierwsza celnie zarzucona pętla zaciskała się na jego wężowej szyi i najwyraźniej doprowadziło to do powalenia go na ziemie. Każda kolejna lina, a tych przybywało wraz z kolejnymi przeciwnikami, służyła spętaniu ex-shichibukai. Już teraz tworzyły pokaźną siec oplatającą go ciasno. Jednak wściekły Moriah w pewnej chwili zdołał uwolnić swa rękę szybkim szarpnięciem, po to by natychmiast po tym wyrwać wszystkie pozostałe liny i ruszyć do natarcia.
- Drakuś, co tam się wyrabia u licha? - Spytała Perona, zdziwiona hałasem oraz skupieniem w jakim Mihawk patrzył przez szybę.
- Nic takiego. Nie patrz tam, nie ma tam nic słodkiego! - Zbył ją machnięciem ręki, nie odwracając wzroku. Stanowczo mówił prawdę. Nie było absolutnie nic słodkiego w widoku grubego, szaroskórego wielkoluda, urywającego nogę jednemu z rewolucjonistów. No nie, a teraz użył Bat Trick... Co się musiało dziać przez te dwa lata, że Moriah nauczył się samemu walczyć? No tak... Wygląda na to, że bez pomocy Hawkeye'a się nie obędzie...
- Odsuń się, chcę to zobaczyć i tak. - Pomimo usilnych starań Mihawka, by zasłonić sobą cały widok, nie udało mu się uczynić tej sztuki z wysokim, gotyckim oknem i już po chwili Perona tkwiła przylepiona do szyby, z oczami jeszcze szerzej otwartymi niż zazwyczaj. Najwyraźniej zastygła z trwogi, ale w końcu jak długo mógł trwać ten szczęśliwy stan? Pozostało mu więc tylko grać dalej i zaimprowizować.
- Och spójrz kochanie, cóż się tam wyrabia! - Wykrzyknął dramatycznie za jej plecami, rozglądając się za czymś w pobliżu, co nadałoby dłoni przyjemnego ciężaru. Warunki te spełnił pozłacany świecznik stojący na półce gabloty. Podrzucił go kilkukrotnie dla ocenienia wagi i zacisnął na nim mocniej dłoń - Jakieś zbiry zaatakowały Moriaha! To straszne! Ach, a teraz są i tutaj! - Kończąc ten słaby pokaz aktorstwa melodramatycznego, z głuchym brzękiem opuścił świecznik na głowę swej żony, odbierając jej tym samym świadomość. Cóż, sama go do tego zmusiła, prawda? Teraz mógł bez przeszkód zająć się pomocą amatorom w załatwieniu brudnej roboty, prawda? W końcu już od dawna chciał dać teściowi po mordzie, prawda?
Prawda.

Godzinę później, gdy Perona doszła do siebie w swoim łóżku, było już po wszystkim. Spętani linami z kariouseki Moriah i Absalom oraz owinięty liną Hogback zostali załadowani na statek rewolucjonistów, który powiedzie ich przed oblicze Dragona. A wtedy pewnie przekonają się, że bardziej opłaca się wyładowywać swą frustrację na komórki rządowe pracując dla niego, niż samotnie. Może dlatego, że wtedy ma się niepowtarzalną okazję zachować wszystkie członki przymocowane do ciała, przy odrobinie szczęścia nawet w ich pierwotnym miejscu.
Mihawk siedział właśnie w fotelu rozkoszując się błogą, tak już dawno nie zaznawaną ciszą i stosunkową samotnością. Ze sjesty przebudził go cichy jęk przebudzającej się Perony z pokoju obok. Kiedy znalazł się tam po chwili, siedziała już najwyraźniej zdezorientowana i zaniepokojona, macając się po obandażowanej głowie. Mihawk opatrzył ja, bo wiedział że powinien czuć się podle i mieć wyrzuty sumienia za zranienie ukochanej. Nie pomagał fakt, ze wcale tego nie czul. Może po prostu Perona o kilka razy za dużo usiłowała rzucać w niego ciężkimi przedmiotami, kiedy się kłócili.
- To byli rewolucjoniści od Monkey D. Dragona - zaczął, gdy tylko Perona otworzyła usta by cos powiedzieć - Nie wiem jak, ale dowiedzieli się o Gecko i porwali go. Ogłuszyli Cię, a potem zabrali się za mnie, niestety nie zdołałem ich odeprzeć i również poległem. Kiedy się ocknąłem, spróbowałem mu pomoc, ale tych dzikusów było zbyt wielu. Próbowałem ich ścigać, niestety mieli zbyt szybki statek. Przykro mi.
Patrzył na nią, bez cienia emocji, jak gdyby spojrzeniem mówiąc jej ' Myślisz, ze kłamię, ze bezczelnie łżę Ci w żywe oczy? Chcesz to powiedzieć głośno? Spróbuj, bo i tak mi nigdy nic nie udowodnisz... '. Po dłuższej chwili tego spojrzenia Perona dala za wygrana i najwyraźniej kupiła ta wersje.
- Hogback... i Absalom... oni również...? - spytała cicho.
- Cały kram. - odparł i aby poprawić jej humor, dodał - Ale walczyli dzielnie.
Było to kolejne kłamstwo. Choć nie da się zaprzeczyć, ze przyparty do muru Moriah wykrzesał z siebie ogromne pokłady siły i odwagi, to jednak jego załogantom znacznie tego brakowało. Hogback, jak się okazało, zemdlał z samego strachu. Absaloma zaś Dracule na własne oczy niewidział jak ten zniknął i próbował w ten sposób uciec. Na jego nieszczęście droga którą do tego wybrał, wciąż była pełna mniej lub bardziej napiętych lin, które ciągnął za sobą Gecko. Złapali go już po drugim upadku spowodowanym nagłym podcięciem mu nóg. Zwłaszcza, ze towarzyszyły im głośne przekleństwa.
- Połóż się jeszcze, nieźle oberwałaś. - Mihawk w końcu poczuł lekkie ukłucie sumienia, gdyż znal sile swojej ręki, lecz szybko zbył je wspomnieniami koszmaru życia z Gecko. Jak to się mówi... Cel uświęca środki? Ruszając do drzwi spojrzał jeszcze na nią - Nie martw się. Jeśli tylko Moriah ma odrobinę rozumu, na pewno dogadają się z Dragonem i przeżyje.
Wsunął się w chłodny mrok korytarza. Nie planował być tak okrutny. Dopiero głośny wybuch płaczu Perony uświadomił mu, co właśnie powiedział. Ale to już był koniec, ostatni wystrzał w tej ciężkiej bitwie. Nareszcie. Wygrał.


Następne tygodnie upłynęły im nad wyraz przyjemnie, kiedy w końcu mogli w spokoju cieszyć się swoim towarzystwem. Perona nawet długo nie rozpaczała po swojej upierdliwej pseudo-rodzince. Na pewno pomógł w tym fakt, ze po trzech dniach pojawił się krotki list, w którym Moriah zapewniał że żyją, ale jako iż dołączyli do pewnej organizacji, od tej pory musza zerwać z nimi wszelkie kontakty. Oczywiście Dracule nie mógł liczyć na tak sprzyjający zbieg okoliczności jak korespondencja od świeżo upieczonego rewolucjonisty, wiec musiał sam ja sfabrykować. Najwyraźniej zrobił na kartce wielkości stołu wystarczająco dużo kleksów, byków i tłustych plam z kurczaka, bo dziewczyna natychmiast uznała ta wiadomość za autentyczna.
Wszystko układało się tak, jak zapragnął tego Mihawk. Toczyli wspólnie swe słodkie życie od pyskówki do pyskówki, odnajdując swe towarzystwo w miarę akceptowalnym, co dla osób tak aspołecznych jak oni było wręcz równowarte gejzerom buchającej namiętności. Spędzali razem chwile w posępnych cieniach zamku Shikkearu, w oblanych księżycowym blaskiem głębiach lasu, na ponurych cmentarzyskach pełnych bezimiennych grobowców, na pradawnych miejscach bitew, na ruinach przypominających o upadłych i potępionych cywilizacjach... Kłócili się we wszystkich tych romantycznych miejscach wyspy i Mihawk nieraz odczul, ze Perona jest właśnie tą dziewczyna, z która może kłócić się bez końca i na wszystkie tematy. I nawet zimny Dracule musiał odrobinę zacząć roztajać. Raz nawet, wciąż mając w pamięci swój haniebny wyczyn zadanego od tylu ciosu kobiecie, umyślnie nie uchylił się gdy Perona po raz kolejny postanowiła wzmacniać swoje argumenty pociskami balistycznymi z tego co jej wpadnie pod rękę. Los zechciał ze był to ciężki, stary zegar stojący na kominku. Uderzenie nim w głowę sprawiło, ze słynne, jastrzębie oczy przez pół godziny uparcie zezowały jakby chciały obejrzeć wnętrze nosa Mihawka, lecz uczucie to wkrótce minęło, podobnie jak ukrywane nawet przed nim samym wyrzuty sumienia.
I w takim sielankowym nastroju, trafiła Mihawka wieść przekazana mu przez roztrzęsioną małżonkę, najwyraźniej niepewną czego oczekiwać po reakcji tak zwanego ukochanego. Dracule 'Hawkeye' Mihawk, miał wkrótce stać się ojcem nowego życia na świecie. Obawy Perony były bezpodstawne - choć zaskakiwało to nawet jego samego, wiadomość ta przepełniła go radością o jaką nigdy by się nie podejrzewał.
Jak to zwykle bywa z tego typu ojcami, Mihawk zaczął coraz częściej wyruszać na swe korsarskie wyprawy, bezwzględnie niszcząc każdą napotkaną jednostkę której maszt wieńczył Jolly Roger. Bo jeśli nie on, to kto uczyni ten świat bezpiecznym dla jego potomstwa? Tak wiec kolejni łajdacy ginęli pod ostrzem troskliwego ojca rodziny, a ich lupy zapełniały domowy skarbiec, pokrywając koszty przygotowań na nadejście nowego życia. Odnowienie pokoju dla dziecka i przyozdobienie go rozmaitymi gotyckimi symbolami, kupno uroczego, czarnego jak noc łóżeczka, grzechotki w kształcie czaszek, ubranka godne Burtonowskich bohaterów, butelki, smoczki, kocyki, zasypka, śliniaczki, jedzenie, nawet fundusz na studia. Im bliżej było do porodu, tym bardziej Mihawk i Perona starali się by wszystko było gotowe na jego nadejście. Aż w końcu, po kilku miesiącach, nadszedł dzień rozwiązania...


Mihawk krążył powoli po pokoju. Nie musiał wyrywać sobie włosów, zgrzytać zębami, obgryzać paznokci, czy wypalać jednego papierosa za drugim, aby okazać swoje zdenerwowanie. Nie, Mihawk krążył i to musiało wystarczyć wszystkim którzy chcieliby zobaczyć Shichibukai zestresowanego.
Nawet stąd był w stanie usłyszeć odgłosy porodu odbywającego się piętro niżej. Najwyraźniej sprawy nie szły tak prosto, jak można to było sobie wyobrazić przy odrobinie braku wyobraźni. W zasadzie Dracule przyłapał się na tym że kompletnie nie miał pojęcia co tam się może dziać. Wciąż dobiegały go krzyki żony oraz - najwyraźniej nie mniej cierpiących kiedy znajda się pod zasięgiem dłoni Perony - akuszerek.
- No co wyyyyyy wyrabiacie, nawet porodu nie możecie odebrać, łajzy niemyte? - kolejny dziwny, porodowy wrzask rozdarł ciszę zamku, sprawiając że Mihawk chciałby go jak najprędzej zapomnieć - A macie! Ne..Negative Hollow!
Kolejnym dźwiękiem, jaki dane było usłyszeć Hawkeyowi, był stuk ciał osuwających się na kolana.
- I ja chcę witać nowe dzieci na tym świecie? To ja powinnam się nie narodzić! - tyle zdołał wyłowić z lamentu kobiet.
Westchnął jedynie cicho, zdając sobie w pełni sprawę że na nic się tu nie przyda ani jego status Shichibukai, ani tytuł najlepszego szermierza na świecie. Pozostało mu tylko czekać.
Kiedy po kolejnej półgodzinie nastała kilkuminutowa cisza, Mihawk zaryzykował i zszedł na dół. Zastał Peronę śpiącą na łóżku, z niewielkim zawiniątkiem przytulonym do swej piersi. Jedna z pogrążonych wciąż w lekkiej depresji położnych wysuwała je właśnie z jej objęć, gdy zauważyła pana domu. Podała mu wiec tobołek, który ku zaskoczeniu Mihawka, okazał się być żywy, a następnie smęcąc coś o byciu mniej wartą niż przecięta pępowina, odeszła wraz z drugą akuszerką.
Dracule Mihawk miał zasłużoną opinie człowieka niewzruszonego i opanowanego. Teraz jednak drżały mu ręce, kiedy z beciku wysunęła się malutka raczka, wyciągnięta w jego stronę, a nieco wyżej zza materiału błysnęły małe oczka wpatrzone w żółtookie oblicze Mihawka. Uśmiechając się ze wzruszeniem Dracule delikatnie odgarnął resztę tkaniny z twarzy dziecka i spojrzał w...
Co do kur...?!
W tej chwili do Mihawka powróciły wszystkie wspomnienia, na które nie zwracał wcześniej uwagi. Zawsze kręcący się wokół Perony Absalom, kiedy obrażała się na Dracule'a. Wywlekanie go kilkukrotnie z łazienki, tej z której zawsze korzystała dziewczyna. Odgłosy rozmowy z jej sypialni, kiedy była tam sama... Czy mógł być aż tak głupi?
Jeszcze raz spojrzał na twarz dziecka. Nie, problemem nie była nawet ta jasna czuprynka, wyrastająca na czubku dużej główki niemowlęcia. Stanowczo większym zmartwieniem dla Mihawka był maleńki, lwi pyszczek który się właśnie do niego uśmiechał.
Wzdychając ciężko Mihawk starannie odłożył dziecko do jego łóżeczka. Nie potrafił zmusić się do nienawiści na to... stworzenie. W końcu nie miało w sobie winy - Odwrócił się w stronę śpiącej na łóżku Perony - No tak, znal kogoś, kto miał jej za to aż nadto.
Nie chciał z nią o tym rozmawiać. Nie było już o czym. Zamknął starannie drzwi na klucz i rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok padł na jeden z miękkich ręczników. Nada się jak ulał.
Niewiele pamiętał potem z tych kilku minut, gdy zalała go fala gniewu . Jedyne co był w stanie wspomnieć, to swoją myśl gdy owijał krańce ręcznika na swych dłoniach, tworząc wygodną do zarzucenia na szyje pętlę. Pomyślał sobie wtedy o tym, ze wkrótce znowu zadzwoni do Shanksa by zaprosić go na uroczystość, w której uwaga będzie skupiała się na Peronie. Tylko ze tym razem - przyjemna myśl - to on będzie tym który będzie mógł się śmiać. Długo, obłąkańczo śmiać.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.02.2013 11:57 przez Szczery.)
03.05.2011 19:46
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Nighty Offline
Majtek
Pirat

*
Liczba postów: 96
Dołączył: 02.05.2011
Skąd: Łódź
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #9
RE: Cierpienia 'Młodego' Dracule'a [SPOILERY]
oO Co to za zakończenie? W pierwszej chwili nawet spodobał mi się ten nagły zwrot akcji, w końcu, kto by pomyślał, że jednak Mihawk nie okaże się ojcem malucha, ale potem...? Nie lubię Perony, ale żeby posunąć się aż tak daleko?

Po za tym, z przykrością muszę stwierdzić, że drugi rozdział wyszedł dość słabo na tle pierwszego. Nie chodzi tutaj o to, że nagle przestałeś umieć pisać (to jest raczej nierealne!), po prostu cała akcja zaczęła się nieco dłużyć. Wątek z rzeźnikiem nie przypadł mi do gustu, już dużo lepiej było wtedy, kiedy wplątałeś Dragona do planu "Pozbycie się Morii".
Może ogólnie zaczął mnie denerwować Dracule i stąd cały problem? Stał się taki... Okrutny (Ale czy ja mogę się wypowiadać? Z pewnością, gdybym miała takiego Morię i całą jego bandę koło siebie, to nawet ja chciałabym się ich pozbyć za wszelką cenę. Dosłownie).

Podsumowując wszystko, co napisałam do tej pory, uważam, że pisać umiesz, jednak powinieneś wykazać się w czymś bardziej... Optymistycznym? Myślę, że to dobre słowo, ponieważ ślub Mihawka i Perony to jedna wielka pomyłka (z taką różową lalą, która jeszcze dodatkowo ma taką, a nie inną "rodzinę", nikt o zdrowych zmysłach by nie wytrzymał) Big Grin
05.05.2011 19:22
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,642
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #10
RE: Cierpienia 'Młodego' Dracule'a [SPOILERY]
Niesmaczny wątek z rzeźnikiem jest o dziwo jednym z moich ulubionych, ale rozumiem. Nie jesteś pierwszą osobą, która w tym momencie stwierdziła zbytnie przeciągnięcie akcji. Chyba po prostu przeszedłem za bardzo w tym momencie na tempo np. książkowe, zamiast na fikowe (stąd nienaturalny rozrost tej sceny na tle innych).
Co do zakończenia... Ono było wpisane w fabułę od samego początku ;d Całość powstała na podstawie mojego nierozważnego posta w temacie na innym forum, które opisało hipotetyczną sytuację małżeństwa tej dwójki. Zakończenie to znalazło się tam już wtedy, więc nie chciałem z niego rezygnować. Wiem, drastyczne, okrutne i niesmaczne - ale zdecydowałem, że skoro już postanowiłem, to do takiej sceny doprowadzę.

Dzięki za poświęcenie swojego czasu na przeczytanie owego dziwadła Smile Na optymistyczne rzeczy ciężko liczyć, bo jestem niepoprawnym pesymistą xD Ale może coś z innych moich prac przypadnie bardziej do gustu ;p (Reklamiarz cholerny!)

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

05.05.2011 23:08
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama