No to jak tak czekasz to leci następna. Poprawione i mały dodateczek z Brookiem^^(końcówka)
Nie mogłem się Naj powstrzymać, wiem, że nie o tę część chodził

Dawno nie pisałem i teraz jak poprawiam to sobei wszytko odświeżam chociaż
Cz 3 " Bliska osoba. Przyjaciel czy wróg?"
Kwatera Główna
- Mistrzu Sengoku, mamy kontakt z Kazan!
- Co?! ? głównodowodzący odparł zupełnie zdziwiony. Nie ma co się dziwić. Od czterech godzin tamten rejon nie dawał żadnego znaku życia. Zdecydowanym ruchem podniósł słuchawkę:
- Słucham? ? zapytał z godnością, acz z lekko podenerwowanym głosem.
- Ach, Głów - (trzask)... Tak się cieszę! Tu? (trzask) Volar! Stała się rzecz stra.szsz ? w pośpiechu zaczął meldować jeden z kapitanów, który przeżył masakrę na Kazan.
Niestety sprzęt wyraźnie nawalał. Nie dość, że nie było słychać wyraźnie, to pojawiały się jeszcze zakłócenia. Volar kontynuował:
- Nie mam ..szsz czasu, więc omijając form..szz przejdę do sedna rzeczy. Przeciwnik (trzask) jest jednym z użytkowników Logi, choć..(trzask) boskiego pochodzenia szsz... - niestrudzenie ciągnął ważny raport odważny kapitan. Pomimo problemów technicznych dawało się słyszeć drganie głosu, wskazujące prawdopodobnie strach o własne życie.
- Ale, spokojnie kapitanie. Co się tam dzieje, uspokójcie się!
- Wybaczy pan ale nie mogę! ? wykrzyczał z brakiem należytego szacunku podwładny. - Włada piorunami, (trzask) okręty, zabił nawet...(trzask....)
W tym momencie Sengoku stracił całkowitą łączność z kapitanem. Na twarzy głównodowodzącego pojawiły się kropelki potu, będące oznaką zdenerwowania. Żałował, że nie było mu dane wysłuchać do końca raportu Volar?a. Co więcej, to, co powiedział kapitan, było chaotycznym strzępkiem najważniejszych informacji, co nie pomagało klarownie ocenić sytuację. Sengoku pomimo takiego charakteru wypowiedzi był pewien jednego: Marynarka poniosła duże straty a problem owego "bożka" może być o wiele poważniejszy , niż to początkowo zakładał.
Po chwili odetchnął z ulgą. Przypomniał sobie, iż "zapobiegawczo" wysłał na Kazan jednego z najpotężniejszych swoich ludzi - Akainu. Ale sytuacja wcale nie wyglądała różowo...
Statek Sunny Go.
Minęła godzina od poznania smutnej prawdy przez naszego bohatera.
- Zrobiłem deser lodowy z syropem klonowym! ? Obwieścił wszystkim Sanji, uznając, iż to może pomóc rozładować nostalgiczną atmosferę wokół przybitego Luffy?ego.
Jego przepuszczenia okazały się nad wyraz trafne. O dziwo, nawet Słomiany wyskoczył z kajuty na złamanie karku i to dosłownie (z przejęcia potknął się o stopień?Takie coś to mimo wszystko żadne zagrożenie dla ciała z gumy, toteż szybko wstał i zeskoczył na trawiasty pokład). Wszyscy już się zebrali i zaczęli kosztować cudów kulinarnych Sanjiego. Panowała cisza. Natomiast sam Luffy jadł, jakby to delikatnie określić, ? z brakiem jakichkolwiek zahamowań?. Desery lodowe znikały jedne po drugim. Załoga widząc, iż stan kapitana uległ wyraźnej poprawie, postanowiła delikatnie rozpocząć rozmowę.
- Luffy, rozumiem co czujesz - zaczął zgrabnie i psychologicznie doktor Chopper.
- Tak, współczujemy ci. Wiemy co to za ból ? nie gorzej pociągnęła Nami.
- Dlatego... ? przejął inicjatywę Franky, lecz po chwili przestał, gdyż zaczęła go ogarniać irytacja. Słowa otuchy najwidoczniej nie trafiały tam, gdzie trzeba. Powstawało jednak w tym momencie zasadnicze pytanie. Czy to z powodu przygnębienia po stracie kogoś bliskiego, czy może to te desery lodowe są tegoż stanu przyczyną? Dla załogi widzącej kapitana entuzjastycznie pochłaniającego kolejne porcje lodów, z każdą chwilą stawało się jasne, iż to te desery, niezaprzeczalnie mają z tym coś wspólnego.
- Luffy!!! Słuchasz nas w ogóle?! - zakrzyczeli wszyscy naraz, gdy już wskaźnik dozwolonej irytacji przekroczył swe normy.
- Mmm. Mmłyszę - jak gdyby nic, spojrzał na nich z pełną gębą bitej śmietany i owoców.
- A? lepiej dać sobie spokój - zauważył Chopper, bezradnie kiwając główką.
- Tak, chyba masz rację- wzdychając odparła reszta.
Po trzech minutach.
- Aaaach! Ależ się napchałem! ? Luffy tym zawołaniem obwieścił koniec posiłku. Pewnie gdyby nie bita śmietana, która zapchała mu żołądek, to by się tak szybko tego nie doczekali.
Usopp dodał z lekkim sarkazmem:
- Na pewno więcej nie wejdzie? - wyraźnie sobie lekko szydził z przyjaciela. Nie było to jednak nic złego. Luffy i Usopp często nawzajem sobie dogryzali. To jednak nie wskazywało na osłabienie ich przyjaźni, ona po prostu mniej więcej tak wyglądała.
- Głupi jesteś! ? Nami go spoliczkowała, aż padł na ziemię.
- Dobra - zabrał głos kapitan - Jestem już pełen, więc mogę wam zdradzić mój genialny plan.
Takich słów to i Nostradamus by się nie przewidział. Nikt nie mógł się tego spodzioewać. Zdziwienie totalne. W jednej chwili wszystkim oczy wyszły na zewnątrz.
Brook przerwał tą jakże niezwykłą chwilę, wtrącając, jak to zwykle u niego bywa, swoje trzy grosze w postaci żarciku.
- Ale czad! Też bym tak chciał, ale jest jeden problem. Ponieważ jestem kościotrupem? nie mam oczu! Yohohohohoho?! - W tym momencie zamilkł gdyż Franky, natychmiast się otrząsnął z szoku, który z prezentował mu swymi słowami kapitan i walnął muzyka prosto w jego pusty łeb. Po czym dodał:
- Ty to tak zawsze musisz, nie?!
- Yohohohohoho! - zawtórował Luffy - Co zrobiliście takie miny jakbyście ducha zobaczyli?
Usopp znowu palnął jakaś uwagę:
- Ducha to my widzimy niemal cały czas - ukradkiem spojrzał na Brooka.
Kościotrup od razu zrozumiał, iż Usopp?owi chodziło o niego. Nie czuł się tym jednak urażony i jak to w jego stylu bywa po prostu się zaśmiał swoim zabójczym ? Yohohoho.
- Jesteś świadom, swych słów Luffy? - zapytała z lekką niepewnością Robin.
- Właśnie. Masz plan? Ty? - dodała Nami z niemal identycznym wyrazem twarzy. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Do tej pory żyła przeświadczona, iż umysł Luffy?ego nie skalany jest myślą. Także nie ma co się dziwić jej niedowierzaniu. Zadawała sobie pytanie, czy ten incydent, a raczej smutne wydarzenie, jakim jest śmierć Rudowłosego, mogło go tak diametralnie odmienić.
- A co w tym takiego dziwnego? - powiedział z przekąsem i nutką rozgoryczenia Luffy.
- Nic! - szybko odparła Nami - Po prostu się po tobie tego nie spodziewałam. Przepraszam.
- Nie ważne. Mów, co żeś tam takiego genialnego obmyślił. ? Sanji był wybitnie zaciekawiony dowodem na to, iż mózg Luffy'ego jednak pracuje, w co i on do tej pory powątpiewał. Miał jednak dziwne przeczucie, nie dające mu spokoju. Co najciekawsze było ono ściśle powiązane ze słowami, które miały być za chwilę wypowiedziane. Luffy nie kazał mu długo czekać.
- Chodzi wam o mój plan? Nic trudnego! Wślizgujemy się do Głównej Bazy i? - w tym momencie wstał, oparł jedna nogę na skrzyni i z wyciągnięta do góry ręką i z błyskiem wiary w oczach dokończył - zdobywamy informacje!
Przeczucie Sanjiego nie myliło. Te słowa były dokładnie tym, czego obawiał się nasz kucharz. Więcej. To przerosło jego wyobrażenie.
- Masz na myśli Marieyoe? ? upewnił się Usopp.
- Jep. Jest najważniejsza, więc powinni wiedzieć - odparł Luffy kiwając z przekonaniem głową.
- To, to?- wyszeptała Nami. Nie mogła zebrać słów. Choć była zszokowana, głęboko w sercu czuła ulgę. Koniec końców Luffy się nic nie zmienił.
Robin się lekko uśmiechnęła, po czym wszyscy zaczęli tarzać się po ziemi ze śmiechu.
- No plan jest, że mucha nie siada! ? Usopp miał aż łzy w oczach.
- Bo nie ma na czym! - dodał Franky, ledwo się powstrzymując.
Chwilę się wszyscy pośmiali, po czym nastała cisza.
- To jest ten twój "GENIALNY" plan?! - jak jeden mąż nakrzyczeli na niego.
- No..., kiedy nic innego nie przychodzi mi do głowy... ? Luffy zrobił nietęgą minę. Zupełnie nie rozumiał kontekstu. Był przekonany, iż plan może nie jest perfekcyjny, ale myślał sobie:
Szczegóły, to się jakoś potem dogra i gra muzyka. Tym bardziej więc był zdziwiony i zdegustowany reakcją swych kamratów.
- Nie, nie, nie, nie, nie, nie. O ja głupia. Czego ja się spodziewałam? ? Nami totalnie zanegowała chory wymysł kapitana. Ze spokojem odetchnęła. Po chwili jednak podeszła do niego, złapała go za fraki i z wzrokiem mordercy oraz zębami ala Arlong wykrzyczała:
- Chcesz nas pozabijać durniu?! - Takiego poziomu głupoty to już nie mogła podarować.
- Wejść do najbardziej strzeżonej na świecie bazy? Wślizgnąć się? Do reszty zgłupiałeś?!
Sanji, licząc się ze swoim zdrowiem psychicznym postanowił, zaniechać tłumaczenia.
Na jego szczęście podjął się tej "misji" Chopper. Przedtem jednak poproszono o pomoc Robin i Franky?ego, by wspólnym wysiłkiem odciągnąć rozwścieczoną panią nawigator. W ten sposób ustąpiono pola Chopperowi.
- Luffy - zaczął spokojnie, kręcąc jeszcze z niedowierzania główką - Wiem, że kierujesz się impulsem, ale, ale...TO SAMOBÓJSTWO! ? W jego głowie pojawiło się wyobrażenie takiego ?nie postrzeżonego wślizgnięcia się?, po czym momentalnie się rozpłakał. Pałeczkę przejęła Nami, która już nieco ochłonęła.
- Luffy, postaram ci się to wytłumaczyć jak dwu letniemu dziecku. Marieyoa równa się więcej admirałów jak Aokiji. Z jednym sobie nie dawaliśmy radę, to jak myślisz? Poradzimy sobie z całą bazą? Nawet sama próba ?wtargnięcia? tam przy twoim poziomie głupoty skazana jest na niepowodzenie - wytłumaczyła mu Nami przypominając sobie akcję w G8, jak to "dyskretnie" udawał pomocnika kucharza.
- No?no to, co mam zrobić? - chłopak czuł się kompletnie bezradny.
W tym jednak momencie Zoro, który darował sobie te całą farsę i wrócił na bocianie gniazdo zauważył marynarski statek.
- Ej, ludzie! - wydarł się w ich stronę wychylając głowę przez okno - Mamy towarzystwo!
- Coooo ?!!! ? załogę ogarnęło nieopisane zdziwienie. Oczywiście przy tych bardziej tchórzliwych osobach pojawił się w oczach strach. Franky wyjrzał za burtę i spostrzegł znajomą flagę.
- O jasna cholera! Luffy to twój dziadek!
Zoro szybko zeskoczył z bocianiego gniazda i wyciągnął swe miecze do obrony przed wrogim ostrzałem.
- Co?! ? Luffy chwilę nie zajarzył o co chodzi, jednak po chwili wszystko stało się jasne.
- O! Dziadek! ?W jego głosie dało się wyczuć skrytą radość i ulgę spowodowaną przybyciem bliskiej mu osoby. Tak tego teraz potrzebował. Szczególnie teraz. W jego oczach pojawiły się nawet łzy wzruszenia.
- Wiesz Luffy, on raczej nie przybył powiedzieć ci czegoś w stylu " jak się masz wnusiu" - z pełnym przekonaniem wydedukował Roronoa. Tak naprawdę chciał walczyć. Wszak od zmagań na Thriller Bark nie miał ku temu specjalnie okazji. Myśl o nadchodzącej bitwie rajcowała go i skutecznie podnosiła mu poziom adrenaliny we krwi. Z uśmiechem na ustach czekał na skomasowany atak.
- Och nie. ? Pani nawigator była wyraźnie nie pocieszona takim stanem rzeczy. - Znowu nas czeka grad kul armatnich jak ostatnio - westchnęła ciężko.
- Dawać ich tu! I tak się was nie boimy! - krzyczał Usopp, z dygającymi ze strachu nogami.
- Niech tylko spróbują choćby zadrasnąć mojego Lionka, to im dupy porozsadzam! ? Franky nie żartował. W tym momencie czuł się niczym ojciec broniący swego ukochanego dziecka. Jego obawy z każdą chwilą stawały się jednak coraz bardziej nieuzasadnione. Żaden atak nie następował. W głowach naszych bohaterów zaczęło pojawiać pytanie: czemu marynarski okręt nie podejmuje działań ofensywnych?
- Kurczę, co jest? ? spuścił nieco gardę Zoro.
- A tak się ładnie nastroiłem - wtrącił również gotowy do boju Brook.
- Może rzeczywiście chce się tylko spotkać z Luffym? - Co jak co, ale walka to nie była Chopperowi na rękę. Wszystko, czego teraz pragnął, to albo się gdzieś ukryć, albo by faktycznie Garp był tu tylko w celach czysto wizytacyjnych.
- Głupiś! - Franky czesał sobie gustownie grzebykiem swe włosy. - Nie atakują, by uśpić naszą czujność. Zaraz w nas czymś przywalą! Zobaczycie! - przestał się czesać i przygotował się do wystrzału, z działka, które właśnie aktywował.
- No właśnie! - w Zoro na nowo zawrzała "waleczna" krew.
- Nie byłabym tego taka pewna. - Robin, uważała, iż faktycznie coś jest nie na rzeczy. Było za cicho. To nieco uspokoiło rozdygotanego już z nerwów doktora.
Luffy jak gdyby nic, podbiegł do lewej burty i zaczął się drzeć na całe gardło:
- CZEŚĆ DZIADZIUŚ!!! ZDRÓWKO DOPISUJE?!!!
- ANO, JAKOŚ NIE NARZEKAM!!! - dało się słyszeć z drugiego statku.
Te słowa zupełnie zbiły z tropu Zoro, Brooka i Franky'ego, którzy aż palili się do działania.
- Phi. A tak się podjadałem. ? Szermierz był zawiedziony. Cóż, nie pozostawało mu już nic innego jak przyjąć to do wiadomości i schować swe miecze.
- Włacha! - dodał cyborg. Owszem chciał się trochę rozerwać, ale jednocześnie czuł skrytą gdzieś głęboko ulgę, bowiem nie musiał się już więcej obawiać o swój drogocenny statek. Jednak tym razem chęć walki okazała się większa i z niesmakiem schował swe przygotowane działo.
- Szczerze mówiąc, też miałem nadzieję rozruszać kości. Zwłaszcza...., że jestem TYLKO kośćmi! Yohohohoho!
- Daj już z tym spokój! - zawołał Franky.
Wszyscy, rozczarowani zaczęli iść w stronę kajut.
- Dziadziuś! Wystrzel no kilka kul, bo mi się koledzy nudzą!!
- CO?!!! ? załogę ogarnęła przerażająca wizja.
- Yohohohohoho! - zaśmiał się Brook.
- Yohohohohoho! - powtórzył za nim Luffy.
- Żadnego mi tu " Yohohohohoho" - wydarła się ledwo opanowując nerwy Nami.
Tym czasem na statku dowodzonym przez Garpa, rozgorzała dyskusja.
- Ej, co do mnie powiedział, bo mi się przysnęło ? Garp zapytał ukradkiem najbliżej stojącego od niego podwładnego.
Przy? przysnęło? - odpowiedział z niedowierzaniem podwładny.
- Ano, tak jakoś... - zaśmiał się przesuwając rękę za głową. ? Nieważne. Mówże, bo wyjdę na idiotę!
- A, oczywiście! Powiedzieli, żeby strzelać. Bo im się nudzi czy coś - niepewny swego odparł.
- Nudzi im się?! A to dobre! - zaśmiał się pełną piersią - No to jeszcze zobaczymy! - Uśmiechnął się jak małe dziecko i zaczął rzucać w Słomianych kulami, które miał pod ręką.
Trzeba przyznać, że trochę tego było. " Na wszelki wypadek" stała przy nim platforma wyładowana ponad setką takich. Po chwili posypał się grad kul.
- Aaa! ? Dało się słyszeć przerażający jęk Franky?ego widzącego, jak kula uszkadza prawą burtę. Teraz żałował, że będzie mu dane walczyć.
Natychmiast on i cała reszta przeszli do bezpardonowej obrony. Nami spojrzała w kierunku Luffy'ego i w jednej chwili zrobiła minę diabła. Z wybałuszonymi oczami i charakterystycznym zębościskiem zaczęła się drzeć miotając za fraki kapitanem na prawo i lewo:
- DEBILU!!! COŚ TY NAROBIŁ?!!! Każ staruchowi natychmiast przestać!- Ciągle nim miotała, a jej język przypominał smoka. Z pewnością gdyby tylko jej układ oddechowy na to pozwalał to by zięła ogniem. - Gołymi rękami zabiję!
To był odruch. Nie było mowy o jakimkolwiek panowaniu nad sobą. To prawda, Luffy nie raz wykazał się głupotą ( walizka z pieniędzmi w Water 7) jednak rzadko kiedy, doprowadzał ją do ostateczności. Niemniej ten moment nastąpił właśnie teraz. W tej chwili to nawet Luffy przestraszył się nie na żarty. Teraz to już wyglądała jak diablica z piekła rodem. Na jego szczęście powstrzymali ją Robin i Usopp, bowiem Franky, wykonujący dotychczas ten obowiązek był zajęty obroną. Luffy bez chwili wahania wykorzystał sytuację.
- DZIADEK! STARCZY JUŻ! ? wykrzyczał wystraszony mimiką twarzy Nami.
Ale słowa zupełnie nie trafiały do uszu Garpa, doszczętnie pochłoniętego obrzucaniem niewinnego, "bezbronnego" statku. Sędziwy mężczyzna wyglądał teraz jak dziecko w sklepie z zabawkami. Od staruszka dawał się słyszeć tylko gromki śmiech wywołujący gęsią skórkę.
- I JAK TAM?! DOBRZE SIĘ BAWISZ?! ? śmiejąc się złowieszczo miotał kolejne kule.
- STARCZY JUŻ! ? Luffy bezskutecznie próbował opanować sytuację, a kule świstały mu nad głową. W końcu zauważył, iż ?zwykłe metody porozumiewawcze? do niczego go nie zaprowadzą. Postanowił więc zmienić strategię. Złapał się mocno burty i zarzucił głową do przodu rozciągając ją pod niemal samą twarz dziadka.
- O wnusio! ? Spostrzegł chłopaka, co wcale nie przeszkadzało starszemu panu dalej bawić się w ?radosne bombardowanie?.
- Dziadek starczy już! Znowu mi się oberwie od Nami?
- Kobiety się boisz?! I ty się śmiesz nazywać moim wnukiem?! - Garp się zdenerwował. Czuł się w stu procentach mężczyzną i wychodził z założenia, iż jeśli już, to może być tylko odwrotnie. To kobieta może bać się mężczyzny. Nie znał jednak Nami. Co ważniejsze, nie widział jej demonicznego wyrazu twarzy, bo gdyby potrafił to sobie właściwie wyobrazić, to tak jak każdy rozsądny człowiek, przyznałby wnukowi rację. Luffy miał jeszcze w pamięci widok rozwścieczonej Nami.
- Tej tak! Tak między nami mówiąc, to momentami wygląda bardziej przerażająco niż Oz i Moria razem wzięci. ? Mina Luffy?ego pokazywała jego autentyczne uczucia. Na twarzy malował się nieopisany strach.
- Aż tak? No nie może być. ? Garp z początku nie dowierzał chłopcu. Jako wysoki rangą marines, doskonale wiedział jak wygląda facjata Morii i jakoś trudno było mu sobie wyobrazić z nią jakieś fuzje. W końcu jednak powrócił mu zdrowy rozsądek. Z niesmakiem odwrócił się od platformy.
- Dziękiiiiii! ? podziękował, jednocześnie ?ściągając? z powrotem głowę na Sunny?ego.
- Co, już?! ? zawołał rozczarowany Franky.
- Szkoda fajnie było ? poparł myśl kolegi Zoro.
- Boże, co ja tu robię?? ? Nami z niedowierzania i z bezsilności targała swe włosy. Wyraz twarzy miała zrozpaczony.
- Nic na to nie poradzisz ? odparła Robin skinąwszy głową opartą na dłoni lekko się uśmiechnęła.
Po chwili statek Garpa podpłynął do Sunny Go. Cała załoga Słomianego stała powiedzmy ?nieruchomo? i oczekiwała na gościa. Nic takiego jednak nie następowało.
- Przepraszam, że się wtrącę. Czy ten pan nie powinien już tutaj być? ? odparł z nutką niepokoju w głosie Brook.
- Faktycznie dziwne? - Luffy zrobił lekko skwaszoną, troszkę niezadowoloną minę. ? Ej, co jest dziadek?! Srasz?! ? zapytał jakby to nie było nic wielkiego.
- Luffy! ? Nami nie mogła uwierzyć własnym uszom.
- Właśnie! Sraczka cię dziadu napadła?! ? nie gorzej ujął to Franky.
- No co za chamy! ? Reakcja Nami była natychmiastowa. Jednym uderzeniem upiekła dwie pieczenie na jednym ogniu.
- Panowie ? wtrącił skromnie Brook i kiwając negatywnie palcem odparł - Mówi się ?szanownie walić kupę? ? wypowiadając te słowa minę miał nad wyraz poważną, jakby zwracał kolegom kulturalnie uwagę, jak powinno się mówić.
Nami z początku miała nadzieję, że chociaż ten się zachowa jak na dżentelmena przy
stało.
Może się co do niego myliłam? - pomyślała. Słowa kościotrupa utwierdziły ją jednak w przekonaniu, że to były tylko mrzonki. Tym sposobem i jemu się oberwało.
- Tak czy owak to dziwne, że nikt nie przychodzi - podjął teraz temat nieco z bezpieczniejszej strony Sanji.
Pięć minut wcześniej na marynarskim statku podczas burzliwej dyskusji załogi słomianych na Sunny'm związanej z domniemanymi powodami odwlekanej wizyty gościa.
- Wiceadmirale, jesteśmy na miejscu! ? zameldował usłużnie podwładny.
Gdyby było, to pewnie by mu odpowiedziało echo, ale i to się nie pofatygowało i w ostatecznym rozrachunku dało się słyszeć tylko głuchą ciszę.
- Prze, przepraszam? - delikatnie zapytał pleców Garpa jego zaufany kolega.
Nic się jednak nie działo, a reakcja była dosłownie taka sama, czyli żadna. Z niewielkimi podejrzeniami przeszedł w około spoglądając wreszcie na jego twarz. ? Tak myślałem? Halooo! Wiceadmirale Garp! Budzimy się!
- Aaammm. - Garp ziewając leniwie przetarł oko ? No tak wnusio czeka. ? zapalił cygarko i po chwili wszedł na pokład pirackiego statku.
- Witaj wnusiu! ? Z czystą dobrocią uśmiechnął się do chłopca oddalonego do niego o pięć metrów i rozłożył opiekuńczo ręce by go objąć.
- Siemka ? odparł dokładnie z tej samej odległości skinąwszy ręką w jego stronę w stylu ?no cześć?.
Garp natychmiast podszedł do chłopca i rąbnął go tak, że aż Luffy zarył łbem w podłogę.
- Ajaj, za co? ? masując obolałą głowę odparł zaskoczony chłopak.
- Tyle dziadka nie widziałeś i się nie możesz porządnie przywitać?! Z kochanym dziadziem?! Mimo swych słów Grap nie był wielce zaskoczony taką, a nie inną reakcją swego wnuka. W końcu Luffy?ego znał nie od dzisiaj. Miał jednak nadzieję, iż nalał mu trochę oleju do głowy po wizycie w Water 7. Oczywiście nadzieja matką itd.
- Znowu to samo - westchnęła po cichu załoga.
- Dziadek! ? chłopak podszedł do Garpa chcąc uścisnąć mu dłoń, gdy niespodziewanie otoczyły go troskliwe ramiona dziadka.
- Mój wnusio! ? uścisnął go z całej siły. Nie ma więc co się dziwić, iż Luffy?emu zaczęło brakować powietrza. ? O sorka! ? Zauważył, iż chłopak powoli zaczyna się robić blady. Wypuścił więc go z ?dziadkowego objęcia? i walnął go po męsku na powitanie w plecy. Problem w tym, iż Słomiany od tego uderzenia przebił się przez ścianę do kuchni.
Ups! - odparł wyluzowany Garp i się głośno zaśmiał. Luffy po kilku sekundach powrócił do dziadka.
- No witaj dziadku! ? Powiedział przez zęby i przywalił mu z Raifle w bebechy.
- STARCZY TYCH CZUŁOSTEK!!! ? zareagowała gwałtownie załoga.
- No dobrze. Skoro już tu jestem, to może zaproponujesz mi filiżankę małej czarnej?
- Po co? Kawa jest niedobra. ? Najzwyczajniej w świecie chłopak odparł i wysunął z niesmakiem język.
- Debilu! ? trzasnął go znowu Garp ? To był przykład, przykład! Chodziło mi ? zmienił diametralnie ton głosu - żebyś mnie jakoś ugościł wnusiu - zrobił smutną minę i lekko przetarł dłonią oko. Wyglądało to tak jakby za chwilę miał się rozpłakać.
- A, o to chodziło! No dobra, nie ma sprawy! Sanji, zrób nam coś dobrego!
- Już się robi! ? od razu poszedł do kuchni przygotować herbatę i wyjąć serniczek, który ?na wszelki wypadek? rano przygotował.
Stół nie był zastawiony w szarmandzki czy bijący po oczach swą gracją i pięknem sposób. Nie było nawet obrusu. Pośrodku ułożono dwa serniki. Oprócz tego przed każdym została ustawiona filiżanka z gorącą herbatą z cytrynką lub zwykła mała czarna oraz talerzyk z kawałeczkiem owego ciasta. No dobrze nie okłamujmy się. Jeśli chodzi o takie przypadki jak Luffy to byłby to całkowicie daremny trud, toteż, Sanji, kładąc Słomianemu całe ciasto pod twarz, odgórnie przeznaczył jeden z serników na osobistą konsumpcję kapitana. Garp tak jak i jego wiecznie głodny wnuczek, od razu zabrali się za pałaszowanie słodkości.
- Mmm? myszne! ? z pełną gębą odparł spoglądając na Luffy?ego.
- Mmm mco mie? ? w ten sam sposób chłopak pociągnął ?rozmowę? pałaszując w wielkim zadowoleniu ( przy okazji w mgnieniu oka) przeszło godzinny efekt trudu kucharza.
- Widać, że rodzina - po raz któryś westchnęła bezradnie załoga.
- Ach! - zaczął Brook, jak Filip z przysłowiowej konopi ? Jak ja dawno nie jadłem ciasta? A tak dobrego to już w ogóle nigdy!
- Mmm? ? ( to oczywiście Luffy)
- Na razie lepiej zaniechać prób konwersacji. ? odparła łagodnie Robin i delektowała się deserem.
Jeśli oczywiście można mówić o ?delektowaniu? słysząc wszechobecne mlaskanie ( z lewej Garp z prawej Luffy, więc dawali na obie strony, a i Franky dorzucał do pieca ). Z tego powodu przez trzy minuty nie dało się prowadzić rozmowy. Niektórzy próbowali, ale nie można było nazwać tego konwersacją, taką jak definiuje się w słowniku. Nieubłagane minuty w końcu minęły, a apetyt został zaspokojony. Można więc było wreszcie prowadzić normalną rozmowę.
- Dziadek, a tak w ogóle-
- Beeek!
Odgłos niekulturalnego zachowania rozniósł się po kuchni.
- Przepraszam kapitanie. Zechciej kontynuować.
- Brook ty świnio! ? Nami po chwili wymierzyła kościotrupowi bolesną lekcję dobrych manier.
- Ech ? zmieszał się sytuacją Luffy - to co cię tu dziadku przywiało?
- O właśnie! ? zareagował energicznie Garp. ? Przecież nie po to przebyłem taki szmat drogi! Luffy! Powiem szczerze. Jestem tutaj, bo uważam, że jesteś odpowiednią osobą?
- Do czego? ? zapytał rezolutnie chłopak.
- Cóż? chciałbym, abyś został Shichibukai.