Zatem pora na kolejne WW. Stypiaste nieco wyszło w mojej opinii. I zdrowo przegadane... Ale no nic. Coś za coś... Zaczyna się tandetna intryga

Ale wynikną z niej ciekawe rzeczy.
Redi... Stedi.... GOU!!!!
36. Tai i jego cel. Pierwszy kawałek układanki.
Od dawien dawna w siedzibie światowego rządu nie było takie poruszenia. Wystarczyło kilka słów rzuconych przez główny głośnik i w korytarzu na pierwszym piętrze natychmiast zrobiło się tłoczno. Mark von Ribben stał po środku tego rozgardiaszu i nie mógł uwierzyć w to co zobaczył. Marines, strażnicy... Wszyscy przekrzykiwali się, rozpychali każdy chciał zobaczyć to co w takie osłupienie wprawiło strażnika. I każdy po kolei siadał niemalże na ziemi z szoku.
- Co tu się dzieje do cholery? ? odezwał się tubalnie jeden ze starszych rangą strażników, który właśnie wkroczył w tłum. ? Rozejść się!
- Panie komodorze! ? krzyknął do niego Mark ? Niech pan sam sprawdzi! Ja w to nie wierzę!
Komodor odepchnął kilku ludzi, którzy stali mu na drodze i ruszył przed siebie. Nie spodobała mu się ta niesubordynacja, a nikt go praktycznie nie posłuchał. Jednakże już po chwili zrozumiał dlaczego. Oczy wyszły mu z orbit.
- Czy powiadomiłeś już Gorousei? ? zapytał von Ribbena roztrzęsionym głosem.
- Jeszcze nie.
- To na co czekasz, głąbie?! ? wrzasnął komodor i roześmiał się w głos.
Będzie premia. I dzień wolny od pracy. A może nawet święto państwowe. Z uśmiechem na ustach usiadł po turecku na ziemi mając gdzieś wszystkich wokół, wciąż nie wierzących w to co się stało.
- Usopp, poczekaj! ? zawołała Nami dopadając przyjaciela. ? Co się stało?
Strzelec spojrzał na nią ponurym wzrokiem. Dotknęło ją to natychmiast. Nigdy nie widziała takiego Usoppa.
- Mam dość... Jeżeli to tak ma wyglądać, to biorę szalupę i wracam do Water seven.
- Co?
- Mam już dosyć tego cholernego nowego świata, mimo, że jeszcze nawet do niego nie dopłynęliśmy! Ma się robić coraz ciężej tak? To ja się wypinam! Najpierw Kaneyama i śmierć Franky?ego... Teraz wyspa na której wszyscy są chorzy i pewnie jeden po drugim umierają! Czujecie ten swąd martwych ciał, prawda?!
- Usopp, zamknij się. ? rzucił Sanji. ? gadasz jakbyśmy nie wiadomo gdzie byli. Pozwalasz się zjeść swojemu strachowi.
- To już nie jest strach...
- Grand Line ma różne oblicza. Też się tu nie czuję komfortowo... ? rzekł kucharz ? Ale musimy zachowywać się jak na piratów przystało. Skoro nasz kapitan tutaj jest, to my podążamy za nim. Proste nie?
- Takiego kapitana to sobie w dupę możemy wsadzić... ? warknął długonosy.
Reakcja była natychmiastowa. Sanji w ostatniej sekundzie powstrzymał się, żeby potężnym kopniakiem nie przywrócić przyjaciela do porządku. Chwycił go jednak za ramiona i przywalił go do ściany.
- Coś ty powiedział?! ? wrzasnął mu w twarz. ? Jak możesz nie szanować Luffy?ego?! Po tym co zrobił?!
- Może i zrobił dużo! Ale teraz nas wprowadza w coraz większe gówno! ? krzyknął Usopp.
- Już raz mu się sprzeciwiłeś. Już raz podważyłeś jego autorytet! ? ryknął kucharz ? Pamiętasz co z tego wyszło?!
Strzelec spuścił głowę. Sanji miał rację. Jednakże żadne słowa, ani gesty, żadne wspomnienia nie mogły z jego głowy usunąć bardzo złego przeczucia. Przeczucia, że pakują się w coś, z czego nie tak łatwo będzie wyjść.
- Chłopaki, przestańcie! ? zawołała Nami.
Miała przed oczyma niemalże powtórkę z kłótni na Going Merry. Wiedziała, że Usopp ma nieco inny system wartości, ale nie chciała dopuścić do kolejnej tragedii. Podeszła do nich i rozdzieliła ich delikatnym ruchem.
- Przepraszam, Sanji. ? powiedział strzelec, ale zabrzmiało to beznamiętnie i płytko. Odwrócił się. ? zaczekajmy na Luffy?ego zatem. I niech on decyduje.
Kapitan Kuro uśmiechnął się obłąkańczo patrząc Luffy?emu w oczy. Miał zupełnie inny wyraz twarzy niż wtedy, kiedy walczyli niedaleko Syrup village. Okulary miał zupełnie inne, już nie opadały, nie musiał ich poprawiać, zaś garnitur podarty w wielu miejscach, sprawiał wrażenie, że niejedno już przeszedł. Koszula była niedoprasowana, ale ostrza, zupełnie nowe, błyszczały delikatnie.
- Jesteś... Ty, znam cię! ? wrzasnął Kuro zupełnie nieposkładanie.
Zaczął cicho chichotać ocierając wierzchem dłoni usta.
- Co ty tu robisz! ? krzyknął Luffy poprawiając kapelusz. ? Jakim cudem?!
- Kojarzysz tego pacjenta, meeen? ? mruknął Tai. ? Jesteście hołmis?
Luffy stanął obok murzyna wpatrując się w Kuro i wciąż nie mogąc uwierzyć, że go widzi.
- Walczyłem z nim jakiś czas temu. To cholerny drań... ? odparł Słomiany zaciskając pięści. ? Taki dziwaczny plan ułożył, że niemalże zagarnął cały majątek jednej takiej...
- Ty no... Kuro i rozkminianie floty? Nie przesadzaj... Przecież od hajsu do niczego nie potrzebuje. ? powiedział czarnoskóry. ? To świr!
- Świr? ? zapytał Luffy, ale nie uzyskał już odpowiedzi.
- UWAGA! ? ryknął Tai, już normalnie i zdecydowanym ruchem odepchnął Luffy?ego na bok.
Kuro rzucił się do ataku. Właściwie nie tyle się rzucił, co zniknął. Chwilę potem miejsce, w którym przed sekundą stał pirat zostało zmiecione potężnym uderzeniem pięciu ostrzy. Słomiany zadrżał. Przeciwnik był znacznie szybszy niż wtedy, na East Blue. Ruszał się zupełnie inaczej, zupełnie inaczej się zachowywał.
- Szybki.... Strzał! Pechowy traf! ? wykrzyknął Kuro odwracając się. Z ust toczyła mu się piana.
- Co mu się stało? ? krzyknął Luffy. ? Wtedy był inny!
Tai uśmiechnął się pod nosem.
- Mówiłem ci, że to wariat... Ziomuś, on coś rozkminia na nielegalu, pali pewnie dziwny stuff...
- Jesteś głupi, czy co?
- NIE JA! ON! ? ryknął murzyn, ale po chwili poprawił swoje przeciwsłoneczne okularki. ? Ten koleś... On ma do mnie poważny problemik... A nie chcę dymu w lokalu, nie? A ty, słomka-ziom, masz może teraz chwilę czasu?
- Co? Słomka-ziom? ? Luffy roześmiał się w głos ? dobre! Dobry gość z ciebie! Dołączysz do mojej załogi?
- Jasne, potem słomka. Na razie rozkmiń dla mnie dżoba. ? warknął Tai patrząc jak Kuro zaczyna chodzić na czworakach szykując się do kolejnego ataku.
- Co? Dżoba?!
- To znaczy robotę, nie? ? murzyn ściszył głos do szeptu. ? Na pagórku za miastem znajdziesz drzewo, pod nim masz zakopany plecak, a w nim pierwszorzędną sprawę. Zlukaj go, czy jest i pilnuj... A ja zgubię kolesia.
- Ale czemu? Nie lepiej mu dokopać? ? zapytał Luffy.
- Nie lepiej... Ten gość ma naprawdę krzywe jazdy. Ale szybki jak cholera... Poza tym... ? nie dokończył.
Kuro pojawił się między nimi gotów do zadania ciosu.
Wszystko działo się szybko. Zdecydowanie za szybko jak na czas reakcji Słomianego. Znów Tai uratował mu tyłek odpychając go na bok. Sam gładko ominął ostrza i stanął z boku.
- Ty, Słomka, cienki jesteś... ? rzucił murzyn. ? spadaj stąd, a ja z nim na solo wyskoczę.
- Ale...
- Nie gadaj, tylko leć pod drzewko. Spidem.
Luffy westchnął. Nie było to w jego stylu, ale ten człowiek prosił o pomoc. Popatrzył jeszcze chwilę na skonsternowanego Kuro i wybiegł z gospody. Chwilę potem usłyszał za sobą huk łamanych desek. Czarnoskóry chyba ruszył do akcji.
- Jest Luffy! ? krzyknął Sanji widząc jak kapitan biegnie w ich stronę.
- Zabierajmy się! Drzewo !! ? wrzeszczał Słomiany wymachując rękoma.
Sanji nie zrozumiał ni w ząb. Usopp powitał kapitana nadzwyczaj chłodnym spojrzeniem, ale ten tego ewidentnie nie zauważył, tylko wyminął ich i ruszył biegiem przed siebie. Chwilę po tym jednak zawrócił.
- Nami, gdzie jest drzewo na obrzeżach miasta?
- Co?
- Spotkałem takiego gościa, który chciał bym mu coś stamtąd wygrzebał. Jakiś pagórek za miastem, a na nim drzewo jest.
Nawigator załamała ręce.
- Ale Luffy... o co chodzi? ? zapytała zupełnie nie rozumiejąc sytuacji.
- Gdzie to jest?! ? wrzasnął kapitan raz jeszcze.
- Obejrzyj się idioto, a nie, wydzierasz się na Nami-swan... ? warknął Sanji wyciągając palec i wskazując na spory pagórek, który idealnie było widać z miejsca w którym stali. Na jego szczycie zaś, rósł sobie spokojnie dorodny dąb.
- Idziemy!
- Ale po co!
- IDZIEMY! ? Luffy nic już więcej nie powiedział tylko ruszył przed siebie w stronę pagórka. Reszta zaś, nie mając większego wyjścia, ruszyła za nim.
Wyspa Kotome nie była często odwiedzana. Leżała na uboczu, już po drugiej stronie Red Line i praktycznie żaden z piratów płynący zwyczajną ścieżką na Raftel nie miewał okazji odwiedzić tego miejsca. Jednym z niewielu którym udało się spędzić noc na tej wyspece był sam Gol D. Roger. Była doskonałym miejscem do tego by w ciszy i spokoju spędzić popołudnie, nabrać sił czy też nawet przenocować. Nie była zamieszkana.
Niemniej jednak, ktoś na tej wyspie przebywał. Pomiędzy drzewami, oparty o głaz siedział Kanou kryjąc się w cieniu przed słońcem, które tego dnia prażyło okrutnie.
- Nie jest dobrze Kanou. Aż dwoje z nas pokazało się temu durnemu piratowi ? odezwał się głęboki głos z prawej strony.
- Daj spokój... Nawet nie wiedział z kim ma do czynienia. ? odpowiedział mu ktoś z lewej.
- Will, to ty daj spokój... Lubisz się bawić w te swoje durnoty... ? z tyłu Kanou zabrzmiał trzeci głos ? Po jaką cholerę nauczyłeś go uwalniać haki?
- I tak tego nie opanował... ? odparł głos z lewej strony. ? Jednakże, właśnie dzięki temu udało mu się załatwić Corteza... A przyznacie, że to nam dosyć na rękę, nie?
- Pewnie... ? prychnął sarkastycznie Kanou ? usunęliśmy jednego potwora, stworzyliśmy nowego... Co za różnica?
- To syn Dragona ? mruknął głęboki głos ? nie będzie raczej sprawiać problemów.
- Nie byłbym taki pewien... ? czwarty głos należał do młodzieńca, który właśnie pojawił się obok Kanou i usiadł wygodnie na trawie.
Chłopak był młody, miał na sobie luźny strój podróżny, i rozczochrane czarne włosy. Świecące, granatowe ślepia dodawały jego młodej twarzy niesamowitej ostrości, zaś szerogi uśmiech współgrał z zachowaniem się i poruszaniem.
- Wujku Willu, Kuwa-san, Saberu-san... wyjdźcie do nas! ? zawołał ? mamy przecież rozmawiać. Po to tu przyjechałem.
- Ech... Mój mały dzielny wojownik... ? jęknął Will wychodząc z drzew. ? No panowie koniec tego ?mroku?. Pogadajmy po ludzku.
Nikt się nie odezwał, ani nie poruszył.
- Widzisz, jednak za wcześnie na zmiany... ? powiedział Wuj Will uśmiechając się do młodzieńca ? Ale jeszcze nadejdą czasy, że młodzi przejmą po nas schedę. A ty to wszystko zapoczątkujesz Milo.
- Wujku... ? zawołał chłopak
- Milo... ? zawołał Wuj Will.
Wpadli by sobie w ramiona, gdyby nie Kanou, który głośno odchrząknął. Nie po to tu byli. Rozejrzał się. Było ich pięciu. Brakowało dwójki. A już dawno było po czasie.
- Co z pozostałymi? ? zapytał.
- Byłeś na Kaneyamie i nie załatwiłeś tego, by byli tu wszyscy? ? odezwał się głęboki głos. - Poza tym wiesz, że jeden z siedmiu nie mógł tu przybyć z oczywistych powodów...
- Jak zawsze. ? warknął Milo i odwrócił się do Kanou. ? Co teraz jest problemem?
- Sam słyszałeś. Syn Dragona.
- Nie możesz z nim o tym porozmawiać?
- I zgarnąć po ryju? Nie... trzeba to inaczej załatwić.
- Zabić Luffy?ego, tak? ? Milo uśmiechnął się szeroko zacierając ręce. ? Mogę to zrobić, wujku?
- Jasne. Panowie, zgadzacie się?
-Nastała chwila milczenia, a potem odezwał się głęboki głos.
- Milo... Nie używaj swojej mocy.
- Wiem o tym doskonale.
Młodzieniec roześmiał się w głos, po czym odwrócił się i odszedł. Wreszcie coś się działo. Wreszcie rozprostuje swoje młode, a dawno nie używane kości.
- Luffy, co właściwie tutaj jest? ? zapytała Nami, kiedy Słomiany ile miał sił odgarniał ziemię rękoma.
- Spokojnie. Tai mnie prosił o pomoc. To pomagam.
Załoga była lekko skonsternowana. Byli już przyzwyczajeni do dziwacznych zachowań kapitana, jedynie Usopp stał nieco na uboczu. Widać było, że wciąż jest w paskudnym humorze.
- Kto to jest Tai? Co się stało w tej gospodzie? ? zapytał w końcu siląc się na spokojny głos.
- A nic! Wpadliśmy na Kuro. Ty go Sanji nie znasz, ale my z nim kiedyś walczyliśmy. ? odparł beztrosko Luffy i wrócił do pracy rzucając przez ramię ? A Tai to taki koleś, który ma z nim jakieś problemy.
Nami i Usopp wytrzeszczyli oczy. W pierwszej chwili pomyśleli, że Luffy żartuje, ale zbytnio przyzwyczaili się już do charakteru ich kapitana, by uznać to za dowcip. Poza tym, nawet Słomiany nie rzucał takich tekstów dla zabawy. Kucharz natomiast stał lekko skonsternowany. Jeżeli walczyli z tym kimś zanim on się przyłączył, to skąd on się tu znalazł?
- KOGO SPOTKAŁEŚ?! ? wrzasnęła Nami.
- No Kuro. Tego co chciał Kayę od Usoppa zabić. ? odrzekł Luffy. ? Ale zupełnie mu odbiło. Jak świr się zachowywał...
- I nic...
- Usopp, spokojnie... ? powiedział szybko Sanji.
Wyczuł ciężką atmosferę w powietrzu. Strzelec stał ze spuszczoną głową i ledwo cedził słowa przez zaciśnięte zęby. Był wściekły do granic możliwości.
- I nic... I NIC MI NIE POWIEDZIAŁEŚ?! ? ryknął długonosy, aż wszyscy zadrżeli.
- Sorry Usopp, zapomniałem. ? odparł Luffy uśmiechając się lekko.
Niewiele brakowało a do walki doszłoby po raz drugi. Snajper w ostatniej chwili pohamował gniew i bez słowa odwrócił się. Nikt nie zdążył powiedzieć słowa, kiedy sprintem ruszył do miasta.
Nie słuchał wrzasku Nami i Sanji?ego, którzy prosili go by wrócił. Nie słuchał Luffy?ego, który pytał o co mu chodzi. Po prostu biegł przed siebie. Kapitan Kuro był w tym mieście. Człowiek, który o mały włos nie zniszczyłby wszystkiego co Usopp kochał. Człowiek, którego nienawidził z całego serca. Teraz był silniejszy. Wiele nauczył się od Sogekinga, sam miał znacznie więcej wyposażenia niż wtedy. Mógł w końcu pokazać, że potrafi się zemścić za to co się stało. Nie patrzył przed siebie.
Właśnie przez to zupełnie nie zauważył przeszkody i z całej siły w coś wyrżnął. Jego nos się złożył, zaś sam Usopp wylądował na tyłku z ogromną siłą. Podniósł głowę i zrozumiał, że uderzył nie w coś, tylko w kogoś. W wysokiego czarnoskórego mężczyznę w okularach przeciwsłonecznych.
- Joł, ziom? A ty co odwalasz? ? zapytał murzyn szczerząc się w uśmiechu.
Usopp nie powiedział ani słowa, za to Luffy, który od razu rozpoznał przybysza pomachał do niego.
- Hej!!! Tai! Jak tam, załatwiłeś Kuro?!
- Ty.... nielegal wyszedł? Typas spierniczył...
- Czemu on tak dziwnie mówi? ? zapytał Sanji cicho.
- Spokojnie... To chyba ten Tai, o którym mówił Luffy. ? szepnęła Nami.
Murzyn podniósł jedną ręką Usoppa. Był wyższy od niego o głowę, zaś jego mięśnie prężyły się dość imponująco, więc nie miał problemów, by postawić długonosego do pionu.
- Ty no, zwiał. Dostał plombę i się zwinął... Kulawa akcja, sorry meeen... ? powiedział Tai drapiąc się za głową. ? A te ziomki tutaj, to twoi hołmis?
- Chwila moment... Kuro zwiał? ? zapytał Usopp.
- Ta zwiał. ? Tai minął strzelca i ruszył w górę.
Zerknął w miejsce, gdzie Luffy kopał. Potem zmierzył wzrokiem Sanji?ego i Nami, a potem wystawił do niego pięść.
- Strzała ziomuś, jestem MC Nielegal. A ta dziunia to twoja, czy mogę ją wyhaczyć?
Przez chwilę wszyscy stali w milczeniu, dopóki ich mózgi nie przekonwertowały języka Taia na normalny, a gdy już to się stało Sanji zamiast ?żółwika? potężnym kopniakiem wysłał murzyna na glebę.
- COŚ TY POWIEDZIAŁ?!
- Spoko... Sorry... ? jęknął Tai ? to żarcik był, nie?
- Mało śmieszny... ? mruknęła Nami, ale Luffy śmiał się w głos.
- Dobra, ziomuś, wyciągamy plecak. ? rzekł w końcu czarnoskóry mężczyzna i jednym ruchem odgarnął ziemię w miejscu obok tego, w którym spory lej wykopał Luffy.
Następnym ruchem wyciągnął spory granatowy plecak i otrzepał go z piachu.
- Nie trafiło się, co?
- Dobra... ? rzekł w końcu Usopp zdenerwowany tą bezczynnością.- A teraz ładnie wyśpiewaj co i jak z Kuro, co się dzieje na tej wyspie i co do cholery jest w tym plecaku.
Nami i Sani kiwnęli głowami. Ich też interesowało to, o co w tym wszystkim chodzi. Nawet Luffy przestał się szczerzyć, usiadł na ziemi i zmierzył murzyna ciekawskim spojrzeniem.
- Ty no spoczko... Pinokio się zbulwersił, nie? ? zagadał Tai do Luffy?ego po czym rozsiadł się na ziemi i zaczął mówić. ? Robię małego dżoba kurierskiego. Taki mały nielegal, ale sza na ten temat. Światowy Rząd ma z tym problemy, ale tu nie o to chodzi... gorzej, że moja łódź miała kraksę i dalej nie popłynie. Ugrzęzłem na tej wyspie, gdzie nikt nie chce opylić statku, a hajsu też za dużo nie mam... I ten cały Kuro zczaił co wiozę... I teraz mam problema.
Nastała chwila ciszy.
- Można jaśniej? ? zapytała Nami.
- No jakby to powiedzieć... ? Tai podrapał się po głowie. ? Wiecie, że tu ostry nielegal nie... wszyscy chorują... No i próbowałem to rozkminić nieco... Z nudów... Ale póki co nie bardzo idzie... To co mamy w tym plecaku muszę dowieźć na Wyspę Syren. Tam dostanę za to sporo keszu. No ale ugrzęzłem. I zczaić trzeba co tu się dzieje. Bo ludzie nie chorują bez powodu.
Zanim Luffy się odezwał Sanji już wiedział co powie. Znał kapitana zbyt dobrze. Chyba zatrzymają się na tej wyspie nieco dłużej.
- To zawieziemy cię na wyspę syren! ? zawołał Słomiany uśmiechając się.? Ale najpierw załatwimy sprawę z Kuro i chorobami.
Tai uśmiechnął się ukazując białe jak śnieg zęby.
- Spoczko. Dobre patencicho. ? powiedział. ? Cholerka, mogłem za nim pobiec...
- Luffy... ? odezwał się Usopp. ? Po cholerę nas w to pchasz?
- Sam chciałeś załatwić Kuro? ? zdziwił się Luffy.
- Tak... Ale ta wyspa... Ona jest przygnębiająca... Nie chcę dłużej tu być.
Nami wciągnęła powietrze. Nie zapowiadało się to dobrze.
Luffy zmierzył przyjaciela wzrokiem. Ile to już razy Usopp w ten sposób się tłumaczył. Jego przyjaciel miał w zwyczaju chorować na ?nie-mogę-zejść-na-tą-wyspę?, do tego wszyscy byli przyzwyczajeni. Myślał, że teraz będzie tak samo. Nie wziął jednak poprawki na wydarzenia na Kaneyamie. Usopp zmieniał się w oczach. Tracił rezon, tracił dobry humor. Po śmierci Franky?ego skupił się na szlifowaniu swoich umiejętności stolarskich. Niewidzialna nić porozumienia jaka zawsze była między nimi zaczęła słabnąć. Tego Słomiany zupełnie nie rozumiał, ba, nawet tego jeszcze nie zauważał.
- Spoko! ? powiedział Luffy ? Wyleczymy ich i spadamy.
- Kolejną wyspę chcesz ratować?
- Tak... czy to coś złego?
- Nic... nic złego. ? Usopp się zgarbił, odwrócił i ruszył w dół zbocza.
- Gdzie idziesz? ? zapytała Nami widząc zmartwienie przyjaciela.
- Na statek. Poproszę Choppera o jakieś leki uspokajające. ? odparł długonosy beznamiętnie.
Nie chciał wywoływać kolejnych kłótni. Wiedział, że decyzje Luffy?ego są tak naprawdę niepodważalne, a nie wyobrażał sobie, że sytuacja z Water Seven miałaby się powtórzyć. Za bardzo kochał tą załogę.
- Ty, macie doktora na statku? ? zawołał nagle Tai.
- Tak, a co? ? odparł Sanji również wstając.
Nie chciał, by Usopp szedł sam, więc powoli ruszył za nim.
- Bo chciałbym, żeby coś oblukał. ? murzyn wsadził rękę do kieszeni. ? To wypadło Kuro zza pazuchy podczas walki.
Wyciągnął niewielką szklaną fiolkę z bezbarwną zawiesiną w środku. Niesamowicie cuchnącą.
- Co to jest? ? zapytała Nami zasłaniając nos. Zebrało jej się na wymioty.
- Trucizna. ? odparł Tai ? robi ci gorączkę, rzygasz jak kot i kończysz z gruźlicą...
- Czyli to samo co mają niektórzy z tej wyspy...Znasz się na tym? ? Luffy odsunął się na dwadzieścia metrów odrzucony obrzydliwym zapachem.
- Właśnie niezbyt. Ale wasz doktór może coś rozkminić lepiej.
Kiwnęli głowami. Zeszli z pagórka i ruszyli na Sunny?ego. Zupełnie nie zwrócili uwagi, że ktoś jeszcze słyszał tę rozmowę.
Ciąg dalszy nastąpi
Dramatyczne pytania:
Dlaczego Najuch powrócił do nudnych rozdziałów?
Dlaczego Kuro miał przy sobie truciznę?
Co tak naprawdę dzieje się na ?Chorej Wyspie??
Kim są Milo, Kuwa, Wujek Will i Saberu?
Część 37 to: Break Dance. Mistrz trucizn.