Aktualny czas: 25.09.2017, 13:29 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odcinek 806 PL już na stronie!
Za tydzień godzinny odcinek specjalny!
Odpowiedz 
Dziennik wojownika niebios
Autor Wiadomość
januarus19 Offline
Pirat
Pirat

*
Liczba postów: 277
Dołączył: 29.04.2009
Skąd: Niechlów
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Dziennik wojownika niebios
Jest to opowieść o potworach, wojownikach i bogach. W ogóle nie związana z OP.
Głównym bohaterem jest tu wojownik o imieniu Sensei, który jako jedyny przetrwał bitwę wielkich plemion. Ma on teraz nowy cel, mianowicie odbudowę utraconego kraju, oraz rozsławienie swego największego Boga. Boga Enlila.






Sumerowie wierzyli w czterech bogów stworzycieli:


* Pierwszym bogiem pochodzącym z elementów nieba i ziemi był An ? uznawano go za uosobieniem nieba i królem bogów,
* Bóg Enlil - reprezentował powietrze, miał moc władania ziemią,
* Rodzicielką bogów i ludzi była Nintu (Aruru lub Ninmah),
* Enki był organizatorem życia ziemskiego oraz panem wód.
Nasza osada czciła czciła jednego z największych Bogów jakie kiedykolwiek stępowali na ziemię. Był to Bóg Enlil.Kiedyś za czasów świetności naszej wioski czczony był sam Bóg An - największy ze wszystkich Bogów. Jednak popadliśmy u niego w niełaskę. Osada z powodu wielkiej powodzi straciła wielu wspaniałych wojowników, przez co nie mogliśmy składać odpowiednich danin dla tak wielkiego i wszechmocnego Ana. Zesłał on na nas oraz okoliczne tereny plagę dzikich bestii i zakazał jego czczenia i proszenia o łaski. Jego gniew widać do dziś, gdzie pomiędzy osadami legowiska mają przerażające kreatury. Tylko doświadczeni wojownicy mogą pozwolić sobie na opuszczanie osad.


Rozdział I


Oto historia, która wydarzyła się przed jak to określam wielką wojną plemion. Był to czas odpoczynku i powolnego życia. Każdy z mieszkańców żył na tyle ile pozwalało mu otoczenie i natura. Skupiał się na chwaleniu naszego wielkiego przywódcy dającego nam bezpieczeństwo w postaci ochrony przed kataklizmami. Teren naszej osady nie był ogrodzony, jednak wzdłuż jej granicy wysyłano patrole, z obawy przed dzikimi zwierzętami, potworami czy też prymitywnymi ludami zamieszkującymi pobliską okolicę. Była to bardzo ważna praca, gdyż nie można było starszyźnie przeszkadzać w medytacji. Siedziba rady znajdowała się na głównym placu znajdującym się na środku naszej osady, które inne ludy nazywały ?Dołem Boga?, nazwa jak myślę wywodzi się stąd, że w naszej krainie bardzo rzadko wiał wiatr, jedynie można było poczuć bryzę, kiedy nasz Bóg Enlil zstępował z niebios.
Chciałem udać się do karczmy znajdującej się blisko gildii wojowników, która mieściła się w północnej części mojej wioski, aby się zrelaksować i spotkać się z kowalem, który miał wykuć mi nowy rodzaj broni podpatrzony od plemienia Manui, znajdujących się 3 dni drogi na zachód od nas. Wracałem z patrolu od południowej strony osady, gdy nagle podbiegł do mnie kapłan mówiąc, abym pilnie stawił się u głównego szamana Arumaga. Musiałem przełożyć swoją wizytę w karczmie, choć wiedziałem jaki kowal ma charakter i że później znów będzie ganiał mnie po obrzeżach wioski tylko dlatego, że się spóźniłem. Bardzo tego nie lubił. Idąc w stronę głównego placu do namiotu starszych (okolica wydawała się tak spokojna, że mało się ochotę położyć się na trawie i uciąć sobie szybką drzemkę) w myślach powtarzałem, czego ten kapłan może chcieć ode mnie. Z dala widziałem już duży posąg Enlila i stojącą obok fontannę, razem tworzyło to niesamowity nastrój spokoju i zadumy.
Wszedłem do szałasu. Czułem się jak bym stał w oparach nad gorącymi źródłami. Było bardzo duszno, na środku stało naczynie do wlewania olejków, a wokół niego siedzieli kapłani, powietrze przepełnione było różnego typu zapachami, które ciężko było rozróżnić. Spojrzałem na głównego kapłana. Miał posturę prawdziwego wojownika, znaliśmy się bardzo dobrze, gdyż za młodych lat chodził ze mną na polowania. Przekazywał mi sztukę przetrwania w dziczy. Zastępował mi mojego zaginionego ojca, którego twarzy nawet nie pamiętam. Twarz kapłana była pomarszczona, lecz mimo sędziwego wieku nie wyglądał staro. Ręce choć widać że spracowane, jeśli dostaną topór to nie jednego młodszego wojownika rozpłatały by na pół, zbytnio się przy tym nie męcząc. W końcu był jednym z trzech, którzy obronili naszą wioskę przed najazdem dzikich Kresów kilka lat temu. Tylko on przeżył.
Wychodząc z szałasu miałem mieszane uczucia co do tej misji i czemu na wściekłego trylgota przydzielono mi do niej kowala. Kapłan Arumag powiedział mi o niepokojącym sojuszu, który według naszych zwiadowców właśnie powstał. Odległe prymitywne plemiona łączyły się i tworzyły ze sobą pakty.
Idąc zamyślony zobaczyłem Kowala Matrona. Miał dziwną zaniepokojoną minę, którą rzadko można było u niego dostrzec. Przypomniała mi się scena, gdy wychodziłem z karczmy i widziałem go patrzącego na gwiazdy w zamyśleniu. Teraz wyglądał dokładnie tak samo. Mając jak najlepsze intencje podchodząc w jego stronę i już zamierzałem mówić:
- Witaj, przepraszam, że do ciebie nie przyszedłem, ale...
nagle zobaczyłem zbliżającą się pięść. Było tak mało czasu, że nie zdążyłem zrobić uniku. Był to potężny cios. Uderzył mnie w lewą stronę twarzy tak, że czułem że zaraz urwie mi głowę. Do ust napływała mi gęsta krew, która mieszając się ze śliną lekko się rozrzedziła. Po szybkim, jak na taki cios dojściu do siebie wiedziałem w duchu, że tak to się kończy, w końcu Matron słynął ze swojej porywczości oraz silnego ciosu, którego właśnie doświadczyłem.
- Spóźniłeś się.
- Tak wiem przepraszam, miałem niespodziewane spotkanie.
- Musimy wyruszać jak najprędzej. Wszystko przygotowałem, wyruszamy od razu.
- Od razu ? Skąd ten pośpiech?
- Opowiem ci wszystko w drodze do obozu.
cdn ...






Rozdział II
Nastała druga noc od momentu naszego wyruszenia z wioski. Kierujemy się bezpośrednio na północ do osady Ortanów. Kiedyś była to wioska kupiecka, zajmująca się głównie handlem. Ostatnimi czasy zerwała wszystkie szlaki handlowe i zamknęła swoje granice na obcych przybyszów. Do dziś dnia nie wiadomo co dzieje się w tej osadzie i czemu tak nagle zerwała wszelkie kontakty.
Gdy już miałem kłaść się spać Mahron niespodziewanie rozpoczął rozmowę.
- Wiesz jutro powinniśmy dotrzeć do wioski Ortan, lepiej abyś dobrze się wyspał.
- Właśnie zamierzałem to zrobić, czemu tak nagle z tym wyskakujesz? - powiedziałem z arogancją w głosie.
- Ja... ja myślę, że powinieneś się tego dowiedzieć, zanim dotrzemy do granicy.
Czy on potrafi się normalnie wysławiać? - pomyślałem
- No mów że wreszcie Mahron o co chodzi...
- Chodzi o to....
Nagle z krzaków wyłonił się przed nami wielki ryjec. Był to prawdopodobnie samiec, gdyż samice nie przekraczały 2 metrów wysokości i wyglądał na bardzo rozjuszonego, jak by sama nasza obecność doprowadzała go do szału. Jego ogromna głowa w porównaniu do reszty ciała zdawała się być przyszyta grubą nicią od jakiegoś innego zwierzęcia. Była bardzo nieproporcjonalna. Potężne zęby służyły mu nie do gryzienia, lecz do rozszarpywania ofiar. Mimo swojej postury znałem jego słaby punkt. W końcu byłem strażnikiem granicy i miałem rozległą wiedzę na temat potworów. Tym słabym punktem był tułów. Ryjec nie miał szyi, przez co nie był zwrotny w walce. Zwierze to było dość szybkie jak na swoją masę, jednak jeśli przy pierwszym ataku nie trafi bezpośrednio w cel, można odskakując zrobić szybki unik i zadać śmiertelne cięcie w bok bestii. Widziałem jego wielkie ślepia patrzące prosto na mnie. Kowal stał zaraz za mną. Wiedziałem, że jeśli w porę nie zrobię dostatecznie szybkiego uniku jego zęby wbiją się we mnie z taką łatwością, że przy pierwszym szarpnięciu szczęką złamie mi kręgosłup, rozdzierając mnie przy tym na mniejsze kawałki. Ruszył do ataku. Nacierał na nas z niesłychaną furią. Widząc odpowiedni moment tuż przed kłapnięciem jego paszczy odskoczyłem na bok w stronę mojego posłania, gdzie znajdował się miecz. Kątem oka dostrzegłem, że kowal stoi w miejscu i nie zamierza robić uniku.
Zacząłem krzyczeć - Mahron co ty na Boga wyprawiasz! Unik, zrób unik.
Kompan jakby wyszedł z jakiegoś letargu. Ocknął się, gdy potwór był dosłownie kilkanaście centymetrów od niego. Zobaczyłem jak podnosi się jego lewa ręka i uderza z ogromnym impetem w wielką paszczę ryjca. Uderzenie było tak potężne, że obróciło bestię o 180 stopni pociągając za sobą kowala. Wyglądało to tak, jakby tańcząc robili obrót, lecz strasznie opornie im to wychodziło. Po zrobieniu piruetu i zamienieniu się miejscami odrzuciło ich od siebie na pewną odległość. Paszcza potwora była jednak znów skierowana prosto na kowala. Zaczął nacierać na niego z jeszcze większą złością i rządzą krwi. Chwyciłem swój miecz i wbiegłem pomiędzy nich, atakując niczego niespodziewającego się ryjca. Cięcie było doskonałe, zaczynające się od jego prawego szponu, idąc tułowiem w górę, przeszyło jego gardło i zatrzymało się na jego rdzeniu kręgowym. Pod ciężarem głowa ryjca przekręciła się i wisiała odwrotnie do kierunku reszty jego ciała. Chwilę kiwała się jeszcze na nieprzeciętym kawałku jego rdzenia, by po chwili runąć na ziemię. Przeciąłem tętnicę szyjną, więc krew była wszędzie. Nie tylko ja nią ociekałem. Moje oczy skierowałem na Mahrona, jego zbroja była cała czerwona. Nie dość, że wyglądał jak początkujący malarz, który dorwał się do pierwszego rysunku z takim zapałem, że farba była nawet na jego włosach. Było w tym coś majestatycznego. Stał nieruchomo i patrzył przed siebie. Przez chwilę pomyślałem sobie, że daje to ogromne pole wyobraźni szczególnie w nocnych koszmarach. Tak stał cały we krwi, jednak na jego ubraniu dostrzec można było pourywane ścięgna mięśni potwora, które przy tak potężnym cięciu rozprysnęły we wszystkich kierunkach niczym rozpryskana o ścianę pomarańcza.
- Co ty na Boga wyprawiasz - wykrzyknąłem w złości i zmieszania - Dlaczego nie zrobiłeś uniku?
- Ja... ja przepraszam, odparł speszony
- Uh obiecaj mi, że takie coś się więcej nie powtórzy. Obiecaj mi, że będę mógł na ciebie liczyć w tej misji - powiedziałem na tyle spokojnie na ile zdążyłem się uspokoić.
- Tak wybacz mi zamyśliłem się... Dokończymy tą misję razem i wrócimy żywi do wioski - odparł.
Chwilę tak staliśmy w zamyśle bez ruchu. Wokół nas słychać było odgłosy różnych owadów. Ich dźwięk zdawał się dochodzić prosto z naszej głowy, jak by po tej całej walce domagały się więcej krwi i lepszego widowiska. Ogień w ognisku powoli wygasał. Jego słowa wydawały mi się nieszczere, pozbawione motywacji i chęci do życia jakiej kowal zawsze przejawiał. Nagle zobaczyłem, że z jego lewej ręki cieknie strumień czerwonej mazi. Z początku pomyślałem, że to krew bestii jeszcze po nim ścieka, lecz po dokładniejszym przyglądnięciu się widziałem, że stracił mały palec lewej ręki. Prawdopodobnie było to w momencie zetknięcia się jego dłoni z paszczą potwora i tym przedziwnym piruecie.
- Chodź podejdź do ognia. Opatrzę twoją ranę - odparłem.
- Dobra. Dzięki... - Odrzekł bez entuzjazmu w głosie.
Możliwe,że przez to był taki nie w sosie, lecz coś nie dawało mi spokoju... Coś czego jeszcze się nie spodziewałem i czego spodziewać się nie mogłem.
Nazajutrz przed południem dotarliśmy do granicy Osady Ortanów.
cdn...







Przedstawioną historię pisałem już dość dawno. W sumie została przezemnie pożucona. Więc jak komuś się spodoba to postaram się ją dokończyćTongue

Dzień w którym ludzie przestaną walczyć o życia swoich bliskich, stanie się dniem końca człowieczeństwa.
22.01.2010 16:37
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama