Aktualny czas: 19.11.2017, 19:32 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Z mniejszym ale wciąż poślizgiem przedstawiamy: Rozdział 884 PL
Odpowiedz 
FanFiction, którego przeznaczeniem było pozostać bez tytułu.
Autor Wiadomość
Jaquelle Offline
Gość
Pirat

*
Liczba postów: 2
Dołączył: 15.03.2016
Skąd: Poznań
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
FanFiction, którego przeznaczeniem było pozostać bez tytułu.
Na początek, to mój pierwszy post na tym forum, także witam wszystkich forumowiczów. Heart
Przyznam, że wiele czasu zajęło mi zabranie się do napisania opowiadania w uniwersum One Piece. Zawsze miałam coś bardziej interesującego do roboty, jak wciąganie odcinków tego wspaniałego Anime. Nieważne. Jeżeli ktoś zacznie to czytać, niech wie jedno: jestem amatorką i nadal się uczę. Mogę popełniać błędy, może pojawić się coś nielogicznego. Dlatego proszę w komentarzach o krytykę, abym mogła się dalej rozwinąć.
Opowieść może w przyszłości zawierać brutalne wątki, jednak spokojnie mogą ją czytać osoby niepełnoletnie. Mam nadzieję, że nie zniszczę nikomu psychiki swoimi "wspaniałymi pomysłami'.

Rozdział Pierwszy:

Grand Line. Ponoć najniebezpieczniejszy ocean. Miejsce, w którym piraci uparcie gonią za swoimi marzeniami. Będąc w gotowości do poświęcenia wszystkiego. To tutaj, panujący na morzach bandyci, przekonują się o różnicach pomiędzy nimi, a przeciwnikami. Prawdziwe cele, lojalność – to właśnie w tym miejscu, pod wpływem chwili, ludzie dowiadują się, kto jest ich sojusznikiem, a kto wrogiem. Grand Line jest w końcu turniejem.. Nie każdemu dane będzie dojść na koniec i zgarnąć nagrodę. Jedni odpadną na starcie, inni w połowie, a kolejni stracą cenne życie na sam koniec.
Na jednej z wielu wysp Grand Line, Świętej Ziemi Mariejois, postawiony został wyróżniający się – na tle innych - budynek. Kapitan załogi piratów– Ryusaki Kyoji – został zaproszony do tego miejsca, jak równy z równym. Chłopak brał pod uwagę, że prędzej czy później będzie dane mu odwiedzić tę placówkę. Pokonał w końcu – i dostarczył – jednego z groźniejszych przestępców Nowego Świata, za którego wyznaczona nagroda była przynajmniej dwa razy większa od niego. Nic nie mógł poradzić na mimowolny uśmiech, który wpłynął na jego usta, kiedy wychodził z budynku z ogromnym workiem monet i zapewnioną posadą Shichibukai. Rząd musiał być naprawdę zdesperowany, skoro na miejsce niejakiego Jinbe’a zdecydował się właśnie na niego. Zdołał nawet załatwić sobie wizytę w Impel Down. Chciał na własne oczy, przekonać się o rzekomej potędze swojego poprzednika. Zabawne, że jedyna kobieta Shichibukai – Boa Hancock wpadła na pomysł odwiedzenia największego więzienia na świecie. W tym wypadku ze względu na pirata Białobrodego, który dziwnym przypadkiem, akurat dzielił cele z ryboludem. Będzie interesująco. Pozna samą Cesarzową Piratów, uważaną za najpiękniejszą kobietę świata.
Dziewiętnastolatek w końcu postawił nogę na statku. Nie był on wielkich rozmiarów, ale do najmniejszych również nie należał. Wykonywał swoje zadanie przyzwoicie. Prowadził załogę od jednej wyspy do drugiej.
Niestety, wszystko się skończyło.Stracił wielu cennych towarzyszy. Nowy Świat przerastał ich możliwości. Jako kapitan, nie zdołał nikogo uratować. Nic nie mógł zrobić, kiedy wrzucono go do morza. Było po wszystkim, kiedy dwóch pozostałych przy życiu załogantów zdołało go uratować.. Tak, zostało ich zaledwie trzech. Przyszłość piratów Ryuzaki’ego stanęła pod znakiem zapytania. Zdołali odnaleźć przeciwników, którzy brutalnie zadecydowali o ich losie. Oczywiście, Kyoji pomścił martwych przyjaciół. Zajęło mu to trzy miesiące. Jedyne co błękitnowłosemu pozostało, to dostarczenie przeciwnika odpowiedniej konstytucji.
Złapał się za głowę. Nie potrafił tak po prostu zapomnieć. Prędzej czy póżniej, złe wspomnienia wracają. Jego załoba trwała stanowczo za długo. Czy towarzysze byliby dumni z podjętych przez niego decyzji?
- Kapitanie? - niepewny żeński głos, odwrócił jego uwagę. Spojrzał na właścicielkę, obdarzając ją chłodnym spojrzeniem. Foltray D. Eveline. Osiemnastoletnia, krwistowłosa dziewczyna, na statku pełniąca funkcje snajpera. Dawna mieszkanka South Blue, której spojrzenie zza lazurowych tęczówek przenikało człowieka. Tak, jakby wiedziała wszystko o wszystkich.
- Nie nazywaj mnie tak! Nie rozumiesz tego? Nasza załoga nie istnieje! To, co wspólnie przeżyliśmy jest bez znaczenia! Zostałem Shichibukai, rozumiesz to? – wykrzyknął w jej kierunku. Chciał wyładować swoją złość, frustracje na Eveline. Czemu była winna? Nie wiedział.
Czerwonowłosa odskoczyła, zaskoczona zachowaniem przywódcy. Nie przypominała sobie, aby dziewiętnastolatek kiedykolwiek podniósł na nią głos. Kiedy kierował się w kierunku budynku rządu, wydawać się mogło, że wrócił dawny Kyoji. Niebieskowłosy mężczyzna z tajemniczym uśmiechem na ustach. Z granatowymi oczami, w których dostrzec można było głębie oceanu.
- Hej, hej – co cię ugryzło, kapitanie? Ile można się użalać? Proszę, uspokój się. Zostałeś Shichibukai, tak? Moje gratulacje. Nie użalaj się, proszę. Świętujmy, róbmy na co mamy ochotę! Wszystkim nam ciężko, ale najwyższy czas się z tym pogodzić. ICH już nie ma.– lekarz zawitał na pokładzie, zajadając w spokoju kuleczki ryżowe. Foltray D. Negart. Starszy brat Eveline. Brązowowłosy dwudziesto-trzy latek ze szmaragdowymi tęczówkami. Mimo, iż użytkownik logii – urodzony medyk, jak i szermierz w jednym. Mimo swojej potęgi, rząd nie zauważył jego istnienia i zarówno za jego głowę, jak i siostry nie wystawiono żadnej nagrody. Człowiek o wspaniałej charyzmie i niesamowitym lenistwie. Chciwy i cholernie ambitny.
- Nie wiem co powiedzieć – zaczął Kyoji, nerwowo spoglądając na poddanego. – Cała sytuacja jest po prostu zbyt skomplikowana. Moźliwe, że się nad sobą użalam. Nie sądzę, żeby załoga była dumna z poczynionych przeze mnie kroków. Nigdy ich nie zapomnę. Uśmiechu na ich twarzach, wspólnych wypraw, poszukiwań skarbów– odparł kapitan, uśmiechając się smutno.
- Jeśli ci to pomoże, to w porządku. Poradzimy sobie, we trójkę, panie Shichibukai. Jaki jest nasz następny cel? Kto zostanie naszym kolejnym towarzyszem? Czy po tych trzech miesiącach, jesteśmy już w stanie myśleć o nowych członkach? – zapytała dziewczyna, z zaciekawieniem podejmując temat. Odgarnęła opadający kosmyk włosów, po czym spojrzała na wyjątkowo błękitne tego dnia niebo.
- Naszym celem jest Impel Down. Dzięki mojej pozycji, udało mi się załatwić wejście dla naszej trójki. Zaraz po tym, będziemy musieli płynąć na Marineford. Wojna z Białobrodym się zbliża wielkimi krokami, a egzekucja musi przebiec bezbłędnie. Przez zaledwie godzinę, zostałem wtajemniczony w wiele spraw, o których dotychczas nie miałem pojęcia. Tym razem, ochronię was.– uśmiechnął się.
- Dlaczego akurat wybieramy się do więzienia, Kapitanie? To dosyć straszne miejsce. Dziwię się, że dostałeś zgodę na jego zwiedzenie. Światowy Rząd nie może mieć takiego zaufania do twojej osoby –zauważył medyk, wzdychając.
- Interesuje mnie jedna osoba, która mogłaby przyłączyć się do nas. Rybolud Jinbe, były Władca Mórz przetrzymywany w więzieniu na najniższym piętrze. Zostałem wybrany na jego zastępstwo. Chciałbym przekonać się o jego sile. Może nawet uda się z załatwieniem jego miejsca w załodze? Czego by się nie oddało, byle tylko uwolnić się z piekła? Cóż, przypuszczam, że każdy na jego miejscu podziękowałby za propozycje. Nie mogę jednak lekceważyć pirata, za którego nagroda wynosi dwieście pięćdziesiąt milionów beli. Została wystawiona na długo przed zostaniem Shichibukai. Może być niezwykle potężnym sojusznikiem. Bądż wrogiem – mruknął pod nosem.
- Właściwie to jak chcecie się dostać do Impel Down?... – przypomniał sobie Negart, przerywając niezręczną ciszę – Nie wiem jak wy, ale jako najstarsza osoba tu obecna, nie znam drogi do takiego miejsca – na statku usłyszeć można było głębokie westchnienie snajperki. Czy zabaweczki typu Eternal Pose zabiorą ich do celu wyznaczonego przez ich kapitana? Szczerze wątpiła.
- Zabierzemy się ze statkiem Marynarzy, który przewozi samą Cesarzową Piratów. Przecież to powinno być oczywiste! Tak trudno wysilić szare komórki? – fuknął.
- Gdzie w takim razie jest ten statek? Jakoś nie potrafię dostrzec tutaj żadnego, z wyjątkiem tego, należącego do nas – przerwała Eveline, nieco poirytowana zachowaniem chłopaka. Kyoji przez długi czas nie odpowiedział na zadane pytanie. Rozglądał się w każdą stronę, szukając jakiś znaków obecności. No tak, jak miał przyznać się do tego, że zapomniał o tym istotnym szczególe? Porażka. Pozostało im czekać na cud i ewentualne zjawienie się po wspaniałą osobistość.
- Nie jesteś zbyt dobrym kapitanem, Kyoji. To nie pierwszy raz, kiedy twoje słabe zorganizowanie sprowadza na nas kłopoty. Przypomnij sobie moje słowa. Zgodziłem się podjąć tą podróż, wyłącznie dlatego, że uważałem was za załogę, która pomoże mi w spełnieniu mojego celu – mruknął szermierz. Jak zwykle, musiał wtrącić cenne trzy grosze. Mimo, iż czasami były po prostu nie na miejscu.
Towarzysze nie czuli dalszej potrzeby rozmowy. Bez słowa wrócili do swoich kajut, by zająć się swoimi obowiązkami. Kyoji, ewentualną strategią. Eveline, treningiem, z kolei Negart zdecydował się poświęcić chwilę na krótką drzemkę.
***
Noce na statku potrafiły być naprawdę chłodne i nieprzyjemne. Eveline, która podstępem dała wrobić się w patrolowanie okolicy, siedziała niezadowolona, nie przywiązując uwagi do zleconego obowiązku. Jej krwiste włosy lśniły w blasku księżyca, rozwiane przez lekki powiew wiatru. W lazurowych oczach widać było wyraźne zmęczenie. Wiedziała jednak, że zaśnięcie miałoby nieprzyjemne skutki. Nie mogłaby spojrzeć w oczy chłopakom, gdyby rankiem - przez jej lenistwo - okazałoby się, że zostali okradzeni przez nowicjuszy, od których roiło się na Archipelagu Sabaody. Aby umilić sobie mało interesującą noc, postanowiła wziąć resztki z lodówki i zjeść skromny posiłek.
Wnet, przyglądając się wzburzonemu oceanowi, zauważyła wyłaniający się zza fal statek. Posiadał godło Marynarzy, a sam nie należał do przeciętnych rozmiarów. Ogromny, jak na zwykły okręt. Co więcej, płynął w ich kierunku. W zastraszającym tempie, tak jakby zamierzał odciąć im wszelką drogę ucieczki. Eveline poderwała się z siedzenia, zastanawiając się, o co może chodzić. Jakaś sprawa do Kyoji’ego? Może powinna go obudzić. Tak, to dobre rozwiązanie. Zrobiła kilka kroków w tył. Poczuła za sobą obecność. Nieznana aura, zupełnie niepodobna do tej otaczającej Negart’a i Kyoji’ego. Czuła się jak bohaterka słabej powieści dramatycznej. Dreszcze przebiegły jej po plecach. Zebrała się jednak na odwagę i spojrzała prosto w oczy przeciwnika.
Ukazał jej się mężczyzna ubrany w biały płaszcz z przymocowanymi dwoma oznakami. Posiadał ciemne włosy, ułożone w irokeza. Przy udzie przywiązaną miał pochwę, a w niej srebrzysty miecz. Wyglądał na osobę inteligentną, która doświadczyła wiele trudów życia. Prawdopodobnie jeden z silniejszych marynarzy.
- Poszukuje kapitana tego statku, Ryusaki’ego Kyoji’ego. Poinformowano mnie o jego prośbie w stronę Globalnego Rządu. Nasz okręt zmierza w kierunku Impel Down, więzienia, któremu Nowy Shichibukai zdecydował złożyć wizytę. Naszym obowiązkiem, choć uciążliwym, jest bezpiecznie dostarczenie go na miejsce – postać najwyraźniej nie zamierzała owijać w bawełnę. Dobre podejście – oceniła osiemnastolatka, mrużąc niebezpiecznie oczy.
- Przydałoby się obudzić Kyoji’ego – odpowiedziała niechętnie, z trudem powstrzymując się od ziewnięcia. Nie miała nastroju do beztroskich pogaduszek z Marynarzami. Nie byli sojusznikami. To nie miało prawa zmienić się z dnia na dzień. Potrzebowali czasu, aby przyswoić się do myśli, że nie będą już gonieni przez rycerzy pseudo-sprawiedliwości.
- To nie będzie koniecznie. Jestem niezmiernie uradowany faktem, że moje plany nie zakończyły się jednak fiaskiem. Miło mi pana poznać, Vice-admirale. Liczę na długą i owocną współpracę. Zabiorę ze sobą mojego zaufanego towarzysza, Negart’a. Nie powinno być z tym problemów, czyż nie? – chaotyczna wypowiedź przybysza, całkowicie wytrąciła z równowagi Eveline, która kompletnie nie spodziewała się usłyszeć tej kwesti z ust swojego kapitana. Całkowicie nie pasowała do jego charakteru. Czyżby chciał nieco pobawić się emocjami stojącego przed nimi człowieka? Bardzo prawdopodobne.
- Nieważne. Po prostu się pospieszcie. Nie mamy czasu na takie błahostki. Tutaj liczy się każda minuta. Wsiadać na statek – huknął, na co Kyoji serdecznie się zaśmiał. Pozostało tylko poczekać na Negart’a, który zapewne rozżalony przebiera się w stosowną odzież. Na tym statku panowało stosunkowo niewiele zasad. Jedną z najważniejszych była ta, zabraniająca budzić brązowowłosego użytkownika Logii, który po wstaniu zachowywał się zupełnie inaczej, niż normalnie. Potrzebował czasu, aby na nowo zacząć być tym samym, aroganckim mężczyzną. Dlatego właśnie, kiedy przed jego stopami pojawiła się kałuża wody, która po chwili zamieniła się w ociekającego cieczą lekarza, wstrzymał oddech, czekając na dalszy bieg wydarzeń.
Szatyn, zachowywał się jednak podejrzanie spokojnie. Zaczął iść w kierunku okrętu, a na jego twarzy nie gościła żadna z emocji. Nim jednak właściciel granatowych tęczówek się spostrzegł, ostrze miecza poddanego było wymierzone w klatkę piersiową zastępcy admirała. Jego humory potrafiły być naprawdę denerwujące, jak i przewidywalne zarazem. Wystarczył jeden rozkaz, aby mężczyzna opuścił miecz i wróćiła jego dawna osobowość. Doprawdy, jak to moźliwe, że ten zachowuje się tak lekkomyślnie kiedy tylko mu się podoba, a potem – przez jedno słowo – nagle wraca do siebie? Był naprawdę dosyć tajemniczą osobą i Kyoji wiedział o tym, rekrutując go do swojej załogi, jako jednego z pierwszych.
Były mieszkaniec South Blue był cholernie potężny. Szkolił się na szermierza, ale los dodatkowo pokarał go owocem Logii. Jako chirurg sprawował się wyśmienicie, często ratując życie załogi. Gdyby nie jego pomocna ręka, ich żywot zakończyłby się znacznie szybciej. On i Catherine (jego zastępczyni, za której głowę wyznaczono nagrodę w postaci stu pięćdziesięciu milionów beri) całkiem przypadkowo znaleźli się na wyspie Negart’a. Oboje pochodzili z Grand Line, on z kolei z South Blue. Do dzisiaj dziękował losowi, dzięki któremu dane było im się spotkać. O dwudziesto-trzy latku można było śmiało powiedzieć, że jest kompletnym przeciwieństwem swojej młodszej siostry – Foltray D. Eveline.
Osiemnastolatka odziedziczyła po rodzinie urok osobisty. Nie była taką perfekcjonistką, jak brązowowłosy, ledwie radziła sobie ze zwykłymi bandytami. Na zamieszkanej przez nią wyspie, nie pojawiła się żadna żywa legenda. Jej marzeniem było to zmienić, samemu zapisać się w historii i przynieść dumę rodzinnemu oceanowi. Nic jednak nie mogła poradzić, na jej kompletny brak talentu do walk i pojedynków. Kiedy Kyoji przybył, zobaczył życiową niedojdę. Wraz ze wzrostem czasu, słaba dziewczyna rozwijała się na jego oczach, szkoląc się w używaniu broni palnej. Koniec końców, wylądowała u niego.
- Rozumiesz co mówię, kapitanie? – brutalnie przywrócono go do rzeczywistości. Rozglądnął się zorientowany, szukając źródła głosu, którym okazała się – o ironio – wspomniana Eveline.
-Zamyśliłem się – odpowiedział, zgodnie z prawdą. Czerwonowłosa głęboko westchnęła.
- Mniejsza z tym. Nie musicie martwić się o statek. Odpowiednio się nim zaopiekuje. Mam nadzieje spotkać jakiś nowicjuszy, których zaciekawi kradzież naszego okrętu. Z przyjemnością trochę się z nimi pobawię – pomachała, najzwyczajniej na świecie wkraczając do kajuty. Nie mieli innego wyjścia, aniżeli zaufać najmłodszej towarzyszce. Obawiali się. I to bardzo. Eveline potrafiła być zaskakująco nieprzewidywalna jak na pospolitą dziewczynę.
Nie okazując jednak nuty zwątpienia, wkroczyli na pokład. Tuż za nimi wszedł zastępca admirała. Marynarze przygotowani byli do odpływu w każdej chwili. Nie minęło wiele czasu, a znany im statek zniknął z ich pola widzenia. Zaprowadzono ich do wspólnej kajuty, która pomimo tego, że przeznaczona była wyłącznie dla jednej osoby, prezentowała się naprawdę niesamowicie. Problemem wydawał się fakt, iż postawiono pojedyncze jednoosobowe łóżko. Któryś z nich będzie skazany na spędzenie nocy na chłodnej posadzce i żaden nie wyrażał ku temu chęci.
- Jestem twoim kapitaniem, Foltray. Myślisz, że kto tu komu wydaje rozkazy? Należe do cholernych Shichibukai, a zapewniony wstęp mamy dzięki MNIE, nie TOBIE. Skoro już rozumiesz, to złaż PROSZĘ z mojego miejsca – Negart, któremu najwyraźniej zabrakło argumentów, z miną zbitego psa, rozsiadł się przy oknie, mamrocząc nieznanego pochodzenia obelgi, najwyraźniej skierowane w kierunku młodszego przełożonego.
- Obok naszej, znajduje się kajuta Cesarzowej Piratów, nie? – szatyn podjął temat, zniechęcony ciężką atmosferą.
- Do czego zmierzasz? – granatowe tęczówki dziewiętnastolatka uwaźnie badały siedzącego przed nim mężczyznę.
- Słyszę stamtąd męski głos.. nie, nie mogę powiedzieć, że jest on w pełni dojrzały, ale z pewnością należy do osobnika naszej płci. Ciekawe z kim Shichibukai-dono rozmawia. To lekko niepokojące –zauważył, ziewając – Zresztą, to nie nasza sprawa. Chodźmy już spać. Chcę mieć niemiłe wspomnienia już za sobą– dodał, przymykając powieki. Kyoji zgodził się z osobnikiem, krótkim skinieniem głowy. Kiedy jednak głosy stały się na tyle irytujące, iż chłopak nie mógł nawet zmrużyć oka, postanowił się przebrać i osobiście sprawdzić, co jest źródłem hałasu. Dla pewności, zabrał ze sobą swój miecz, Nagamaki. Broń ta wyglądem nie różniła się od pospolitej katany. Jedyną znaczną różnicą, była ciemna, dłuższa rękojeść. Dla Kyoji’ego ostrze to można było zaliczyć do ostrzejszych i dających lepszy efekt od pospolitej katany, używanej przez medyka. Trudno było jednak zaprzeczyć temu, że jego umiejętności – jako szermierza – były dosyć skromne, w porównaniu do Negart’a.
Będąc gotowym, wyszedł z pomieszczenia, starając się nie obudzić załoganta. Stanął przy odpowiednich drzwiach. Nie zamierzał bawić się w pukanie. Zawsze wybierał efektywne wejście. Nie zamierzał stronić od tej zasady. Uśmiechnął się do siebie tak, jakby brał udział w interesującej zabawie. Kyoji najzwyczajniej dobył Nagamaki, zostawiając na drzwiach niezapomnianą pamiątkę w postaci „wyciętego” iksa. Co miało zostać zniszczone, pożegnało się już żywotem. Już nic materialnego nie stało na przeszkodzie wejścia do pomieszczenia. Wkroczył. To, co zobaczył niekoniecznie było tym, co jego oczy zarejestrować chciały
***

- To było wyśmienite! – kapitan Słomianych Kapeluszy z szerokim bananem na twarzy, podsumował prawdopodobnie ostatni, spożyty na tym statku posiłek.
- L-Luffy! Czyżbyś zapomniał, że jesteś pasażerem na gapę? – zaniepokojony głos Hancock rozbiegł się po kajucie. Kobieta wiedziała, że jeśli czarnowłosy, nadal nie będzie się przejmować ewentualnym nakryciem, może to sporo kosztować ich wycieczkę. Jak jednak miała zwrócić mu uwagę? Nie mogła nic poradzić na słodycz siedemnastolatka – zwłaszcza, kiedy ten miał w całości napchane policzki. Czy żona miała prawo zwracać uwagę swojemu mężowi? Nigdy nie miała okazji do głębszego zastanowienia się nad tą sprawą, jako, iż wyjście za mąż nijak miało się do jej planów na dalsze życie. Odpowiedział jej głośny śmiech. Radosny, jednak zbytnio hałaśliwy. Co miała począć? Dotrwają do końca podróży?
W tej chwili, jakby odpowiadając na jej pytanie, drzwi zostały wywalone z zawiasów. Resztki przedmiotu, poturlały się pod jej nogi. Co się działo? Nie potrafili tego zrozumieć. Wszystko to, było zbyt szybkie. Bez żadnego ostrzeżenia, pukania, słów – tak po prostu, drzwi już nie było. Na ich miejscu stał młody mężczyzna. Właściciel granatowych oczów, wpatrzonych prosto w ich dwójkę, wyglądał całkiem zwyczajnie. Miał krótkie, błękitne włosy, zaś odcień jego skóry należał do wyjątkowo bladych. Ubrany był w ciemną bluzę i nie wyróżniające się, granatowe spodnie. Na szyi zawieszoną miał chustę. Całość dopełniał długi płaszcz, dodający nutki tajemniczości przybyszowi.
- Skoro udało mi się zrobić efektowne wejście, trzeba teraz wszystko odwrócić. Brakuje mi tu jeszcze stada pałesających się rycerzy sprawiedliwości - Kyoji zaczął stawiać kroki, w kierunku zniszczonego przedmiotu. Hancock, najwyraźniej odebrała to w inny sposób. Stanęła przed Luffy’m, ochraniając go przed niebezpieczeństwem ze strony nieznajomego. Nieznajomy zaciekawiony reakcją, przystanął. Cesarzowa ułożyła palce w znak serca. Zamierzała zaatakować? Czy zrobił coś co rozgniewało Shichibukai? Przygotował się do obrony. Nie znał umiejętności kobiety. Z pewnością jej status nie był nadany ze względu na urodę, której wyłącznie ślepy mógłby odmówić.
- Nie pozwolę ci zbliżyć się do Luffy’ego, mężczyzno! Merro Merro Mellow! – wystrzeliła w jego kierunku wiązkę światła. Energia przeniknęła przez jego ciało. Poczuł się lekko dziwnie, ale ostatecznie nic się nie wydarzyło. Czarnowłosa ponowiła atak. I znowu. Jeszcze raz. Pokręcona strategia. Zastanowił się przez chwilę. Czy Cesarzowa nie powiedziała czasami „Luffy”? Obiło mu się to imię o uszy. Zerknięcie na niego tylko dopełniło to uczucie. Próbował przypomnieć sobie wszelkie nagłówki gazet, w których mógłby usłyszeć o tym człowieku. Musiał być wyjętym spod prawa piratem. Tylko to tłumaczyłoby przerażenie, które dojrzał na twarzy użytkowniczki diabelskiego owocu. Jak się tu dostał? Czego chciał? Co go łączyło z Shichibukai?
Zignorował pytania czarnowłosej, dotyczące tego, dlaczego to na kolejną osobę nie działa jej umiejętność. Sam tego nie rozumiał i pojąć nie chciał. Zainteresował go z kolei osobnik, ze słomianym kapeluszem, zasłaniającym oczy. Nie potrafił odczytać emocji z jego twarzy, ale zaczął mu się podobać.
- Kim ty tak naprawdę jesteś? – zapytał Ryusaki, z zaciekawieniem obserwując uparcie chronionego przez kobietę bruneta.
- Monkey D. Luffy. Człowiek, który zostanie Królem Piratów – krótka odpowiedź, nieco zbiła z tropu niebieskowłosego. Nie dał jednak tego po sobie poznać, spokojnie kontynuując dialog.
- D? Jestem zaskoczony. Dwaj moi załoganci, również mają zagadkowe „D”. Ciekawe, co naprawdę znaczy ta zagadkowa litera. Nie uważasz? – kleknął przy pozostałościach drzwi. Efektywne wejście już zrobił, teraz trzeba było zatrzeć ślady.
- Nichi Nichi no Gyakuten – szepnął, zadowolony obserwując efekty. Drewno zaczęło łączyć się ze sobą tak, aby chwilę potem, jak gdyby była to rzecz zupełnie normalna, stać się na powrót przedmiotem, którym miało być od początku. Fragmenty wzleciały w powietrze tak, aby na nowo zawisnąć w zawiasach. Odetchnął z ulgą. Nic już im nie zagrażało i mogli dokończyć konwersację. Spoglądnął na towarzyszy, na twarzach których gościły sprzeczne emocje. Mina Hancock wyraża szok i zdumienie z kolei Luffy został całkowicie oczarowany przez zdolność Kyoji’ego.
- Wyglądasz interesująco! – zawołał siedemnastolatek z entuzjazmem. Z pewnością, gdzieś obiło mu się o twarz jego nazwisko. Westchnął głęboko. Nie słynął z pamięci do twarzy czy imion. Musiałby zajrzeć go gazety, aby się czegoś domyślić.
- Jestem tylko zwyczajnym piratem, użytkownikiem owocu Nichi Nichi no Mi. Nie ma czym zachwycać. Nazywam się Ryusaki Kyoji. Mianowano mnie dzisiaj na Shichibukai. Płynę do Impel Down, w celu poznania byłego Władcy Mórz, Jinbe. Nigdy jeszcze nie widziałem Ryboluda. Nieważne. Mógłbyś podać mi cenę swojej głowy? Z pewnością widziałem cię na jednym z listów gończych. Gdybym zgarnął trochę beli, rozbudowałbym mój statek – odparł na jednym wydechu, wstając z posadzki.
- Nichi Nichi no Mi? Ryusaki Kyoji....? – Cesarzowa zamarła, uświadamiając sobie, kim tak naprawdę jest przybysz – Odsuń się od niego, Luffy! Ten człowiek jest niebezpieczny! Syn naukowców, pracujących dla Światowego Rządu. Torturował ogromną ilość istnień, dla czystej przyjemności.– brunet odskoczył, zaskoczony słowami kobiety.
- Słyszałaś o mnie? Czuje się zaszczycony. Niestety, twoje informacje są błędne. Nikogo nie zraniłem dla przyjemności. Liczyło się przetrwanie. Polowałem na piratów, ale z takiego samego powodu, co Łowcy Głów. Trzeba zarabiać, aby przeżyć– odpowiedział chłodno - Skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, może zaczniemy naszą znajomość od początku? Chciałem poznać drugą Królewską Shichibukai. Twojego przyjaciela również – dodał, uśmiechając się tak, jakby poprzednie słowa nie miały miejsca. Rozsiadł się wygodnie na miejscu, nie tak dawno zajmowanym przez Słomianego Kapelusza.
-To jak? Ile wyznaczono za twą głowę?– mruknął, spoglądając na niego. Gestem zaprosił towarzyszy na kanapę. Hancock nie wykazywała żadnych oznak na to, że zamierza usiąść obok mężczyzny. Luffy z kolei, zrobił to, wesoło się śmiejąc. Nie zdawał sobie sprawy z wiszącej nad nimi atmosfery. Jak dziecko. Słodkie, niczego nieświadome biedactwo.
- Trzysta milionów beli – odpowiedział tak, jak gdyby wspominał o panującej pogodzie.
- Proszę, proszę. Dosyć wysoka nagroda, jak na pirata z pierwszej połowy Grand Line. Moje gratulacje. Musiałeś zrobić coś naprawdę wstrząsającego. Może powinienem się ciebie w tej chwili pozbyć? – niezręczna cisza wywołała na jego twarzy uśmiech – Spokojnie, tylko żartowałem, Luffy-kun. Nie chciałbym robić sobie z Władczyni Mórz wroga.W jakim celu taki osobnik jak ty wybiera się do Impel Down? To nie jest bezpieczne miejsce, powinieneś mi wierzyć.
Czarnowłosa, która ponowiła próbę, wreszcie poddała się. Spojrzała na chłopaka z góry, mierząc go bezlitosnym spojrzeniem. Wiedziała, że w razie niekontrolowanego ruchu ze strony Shichibukai będzie mogła go powstrzymać kopnięciem, bądź wzbudzeniem w nim żądzy. Nie pozwoli mu na skrzywdzenie Luffy’ego. Jej drugiej połówki. Nie, męża. Wszyscy mężczyźni (oczywiście z wyjątkiem Słomianego) byli tacy sami – niegodni zaufania.
Brunet– jak to na niego przystało – zaczął opowiadać o chęci uratowaniu swojego brata. Użytkownik owocu Nichi Nichi no Mi przysłuchiwał się krótko po to, by na sam koniec zaśmiać się, co wzburzyło Hancock, która już szykowała się do wygłoszenia monologu. Nie zdołała jednak wyrazić na głos swojej opinii.
- Przepraszam, przepraszam, Luffy-kun. Jak już mówiłem, to niemoźliwe. Musiałbyś mieć spory łut szczęścia, żeby się tam dostać. Ewentualnie, małej pomocy mojego owocu, Nichi Nichi no Mi. Wiesz, mimo, że Paramecia, nie wymieniłbym go na żaden inny. Potrafię kontrolować czas. Zatrzymać go, cofnąć go dla danego przedmiotu, bądź samemu przenieść się o kilka godzin. To wspaniała umiejętność. Pomogę ci. Co ty na to, Luffy-kun? – kapitan Słomianych Kapeluszy już zamierzał przystanąć na niespodziewaną propozycje, kiedy niespodziewanie Cesarzowa złapała go za ramię, rumieniąc się przy tym nieznacznie.
- Zastanów się przez chwilę, Luffy. Dlaczego Shichibukai miałby udzielić ci pomocy? Co przez to osiągnię? – zapytała.
- Mój cel? To proste. Gdyby twój brat, Portgas D. Ace nie gonił za Czarnobrodym w poszukiwaniu zemsty, nie zostałby zesłany do więzienia. Wtedy z kolei Jinbe nie zrzekłby się swojego miejsca i nie skończyłby w Impel Down. Chcę ryboluda w swojej załodze, a gdyby ten nadal był Władcą Mórz utrudniłoby mi to zadanie. Będę potrzebował pomocy z wydostaniem Jinbe’a. Jeden więzień więcej nic tu nie zmieni. To jak, Słomiany? Będziemy współpracować? – na twarzy czarnowłosego zawitał szeroki uśmiech. Znak, że kapitan Słomianych Kapeluszy wyraził zgodę.
- Co z tobą, Boa Hancock? Połączymy siły? – wyciągnął dłoń. Jego oczy uparcie wpatrywały się w jej, jakby chciały zmusić ją do działania. Doskonale zdawały sobie sprawę, z wyboru kobiety. Mimo wszystko, należała do osób o prostym, lecz niepozbawionym dumy charakterze.
- Tylko i wyłącznie ze względu na Luffy’ego. Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele, mężczyzno – rzekła. Postąpiła wbrew sobie? Nie. Tak naprawdę nigdy nie znał jej osobowości.
- W takim razie – zrobił krótką przerwę – wszystko ustalone. Kiedy pozbędziemy się kajdanków z Kairouseki użyję swojej umiejętności. Zatrzymam czas dla przestrzeni, uzyskamy cenne dwanaście minut. Nie mogę zapewnić, że zdołamy w tym czasie uciec. Nie. To niemożliwe. Trzeba też brać pod uwagę to, że Shichibukai uwalniający więżniów nie będzie mile widziany. Jeśli coś pójdzie nie tak, możesz stracić swój status, Boa Hancock. Dlatego właśnie zwalimy całą winę na Słomianego. Masz coś przeciwko, Luffy-kun? – po usłyszeniu zaprzeczającej odpowiedzi, posiadacz niebieskich włosów pokiwał zadowolony głową.
Szykował się do wyjścia. Rano, Portgas D. Ace odpłynie statkiem na Marineford. Oczywiście, najważniejszym celem było złożenie propozycji Jinbe i ewentualna próba odbicia go.
Plany jednak szybko się zniszczyły, kiedy usłyszeli pukanie. Człowiek, nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka, zamykając drzwi.
Na twarzy Negart’a pojawił się grymas, kiedy doszło do niego, co uczynił. W niczym nie przypominał swojego kapitana.Nie przepadał za byciem w centrum uwagi. Wolał spędzać czas we własnym zaciszu, pogłębiając wiedzę z różnych dziedzin.
Kiedy ten skierował kroki w kierunku dowódcy, Hancock zasłoniła Luffy’ego. Ponownie ułożyła dłonie w znak serca. Zapewne przybysz zostałby zamieniony w marmurowy posąg, gdyby nie interwencja Kyoji’ego.Chłopak stanął przed poddanym, spoglądając na Cesarzową.
-Wystarczy. Negart nie jest naszym wrogiem. To medyk z mojej załogi. Przybył tutaj ze mną.
- Skoro tak, to w porządku – beztroski głos Luffy’ego wprawił w zachwyt Hancock, która zarumieniła się. Ignorując dumę.To w końcu był ON. Wybranek serca. Dlaczego miałoby ją obchodzić zdanie dwójki piratów? Wystarczył jeden uśmiech, aby zapomniała o wszystkim.
- Dlaczego przyszedłeś, Negart? Coś cię zaniepokoiło? – zadał pytanie, rozkoszując się chwilą ciszy. Poddany najwyraźniej myślał nad właściwym doborem słów.
Kyoji, aby go nie popędzać rozsiadł się z powrotem na wygodnej kanapie, której mógł pozazdrościć. Mimo, że i tak robiła wrażenie, jego kabina urządzano była dosyć marnie w porównaniu do pokoju Cesarzowej.Nic jednak nie mógł poradzić na to, że – mimo wszystko – okazał się dojść niespodziewanym gościem na statku Marynarzy. Dlaczego Shichibukai miałby odwiedzić więzienie? Kilka godzin temu zapewne sam zadawałby sobie to pytanie, w towarzystwie przyjaciół. Towarzyszy, po których pozostały wyłącznie fotografie.
Teraz nie mógł zaprzepaścić tej szansy. Wystarczyła zemsta na jednym z piratów, aby został Władcą Mórz. Nie osiągnąłby tego bez załogi. Zdawał sobie z tego sprawę. Dlatego właśnie zrobił pożytek ze swojej posady. Dzięki ryboludowi będzie mógł skuteczniej ochronić swoich przyjaciół. To było najbardziej istotne.
- Od czego powinienem zacząć? – tu zrobił przerwę, zamyślając się – Po pierwsze: Momonga zaczyna być podejrzliwy. Jeśli dalej będziecie tacy hałaśliwy, nie skończy się na zwykłym pukaniu w drzwi. Przecież to podstawy ostrożności, rany. No, ale czego to powinienem spodziewać się po kapitanie? Nikt nie naruszy jego osobowości, a wierzcie mi – wcale nie jest tak poważną osobą, na jaką stara się wyglądać – w tym momencie uśmiechnął się w jego kierunku – Nie powiem, że go za to nie lubię. Nieważne. Przejdźmy dalej. Czy naprawdę uważacie, że Luffy-san przez cały czas będzie ukrywać się w płaszczu Cesarzowej? To nie jest dobry pomysł. Dokładniej ją przeszukają. Tak, wiem. O wszystkim. Trudno nie słyszeć. Kajuty mają doprawdy małą warstwę oddzielającej ściany. Luffy-san będzie skazany na siebie. To znaczy, że może zostać odkryty. Gdyby jednak lider narysował mapę tego miejsca wraz z ominięciem ewentualnych pułapek, Słomiany Kapelusz miałby ułatwione zadanie. – skończył monolog, kaszląc. Jego gardło nie było stworzone do dłuższych wypowiedzi. Całość wolał streszczać w trzech zdaniach. Gdyby mógł zrobić tak każdym razem, jego życie stałoby się łatwiejsze. Mniej kłopotliwe.
- Nie jestem kartografem! Dlaczego miałbym mieć doświadczenie w takich rzeczach?! – uspokoił się, po czym kontynuował – spokojniejszym tonem. – Oczywiście, mogę powiedzieć Słomianemu jakich miejsc unikać i jak najszybciej dostać się na coraz niższe poziomy. To nie stanowi dla mnie problemu. W końcu byłem tam wiele razy...– rzekł, zagłębiając się we wspomnieniach.
Czarnowłosy siedemnastolatek włożył z powrotem charakterystyczny dla niego Słomiany Kapelusz, prezent od czerwonowłosego Shanks’a. Jeżeli istniała choćby najmniejsza szansa na to, że ocali Ace, nawet nie musiał się zastanawiać. Nie. On to zrobi. Z pewnością go ocali. Bez względu na koszt. Jego odpowiedź była oczywista. Pozostawało czekać na rezultaty wizyty w Impel Down.

Na koniec dodam tylko, że chciałabym, aby rozdziały takiej długości pojawiały się dwa razy w miesiącu. Mam nadzieję, że się udaSmile.
19.03.2016 17:37
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama