Aktualny czas: 22.10.2018, 03:43 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Na stronie pojawił się zaległy odcinek 856 jak i od razu 857!
Zapraszamy do oglądania i komentowania:)
Odpowiedz 
[fanfik]One Piece: Boska Wieża
Autor Wiadomość
Dahaka Offline
Bosman
Pirat

*
Liczba postów: 387
Dołączył: 15.09.2011
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #1
[fanfik]One Piece: Boska Wieża
(tytul po ang lepiej brzmi <cwaniak>)
No to tak, mam zamiar zasadzić tutaj swojego fanfika, na którego napisanie naszła mnie niesamowicie potężna ochota. Nie będę ukrywał, że nie spodziewam się, że czytać go będą więcej niż max 3 osoby (chociaż posucha w tym dziale taka, że kto wie...), ale mimo wszystko chcę spróbować.
Pierwszy wpis jest taki bardziej wstępny, bo chcę sprawdzić, czy jest ktoś zainteresowany czytaniem moich wypocin. I jako, że chcę, aby ktoś to przeczytał to postanowiłem zapytać was czy wolicie jak poszczególne rozdziały są krótkie, czy długie?
Podejrzewam, że ściany tekstu lubią czytać tylko koneserzy fanfików, a cała reszta woli mniejsze porcje, no ale pewny nie jestem więc pytam.

Póki co napisałem na rozgrzewkę prolog. Powiedzcie o dłuższe powinny być właściwe rozdziały, żeby nie było ani za długo, ani za krótko, a ja się postaram dostosować.
Generalnie to fabuły w prologu wiele nie znajdziecie, a raczej tylko próbkę mojego amatorskiego skilla. Wszelaka krytyka bardzo mile widziana. Ostrzegam, że to moje pierwsze wypociny tego typu, więc mogą nie być najlepsze. Zapraszam! <modli się, żeby ktoś to przeczytał>

Akcja ma miejsce w, jak się może okazać po zakończeniu Dressrossy, kompletnie nielogicznym momencie. Po prostu załóżmy, że po opuszczeniu Dressrosy słomiani olali Lawa, Kinemona i wszystkie inne sprawy i popłynęli sobie byle gdzie Big Grin

Prolog

Był ciepły, przyjemny i spokojny dzień. Załoga Słomkowych Kapeluszy od czasu opuszczenia Dressrossy, po wielu dniach podróży przez Nowy Świat, zaczęła odczuwać znużenie nieprzerwaną żeglugą. Luffy siedząc na dziobie Thousand Sunny i wiercąc się niesamowicie, wyglądał jakiegokolwiek skrawka lądu.
- Rany... Kiedy dobijemy do jakiegoś portu, czy gdziekolwiek...? - zapytał leniwie, mimo że jego ciało wierzgało na wszystkie strony domagając się ruchu.
Kiedy nie dostał odpowiedzi, nieco zeźlony delikatnie wykrzyknął:
- Ej, Nami! Weźże zrób coś, bo nuda!
Nawigatorka leżąc wygodnie na leżaku opalała się w blasku słońca, które dzisiaj było wyjątkowo łagodne.
- Luffy, kiedy wreszcie do cholery zrozumiesz, że nie mogę nic zrobić!? Morze rządzi się swoimi prawami, więc jak dopłyniemy, to dopłyniemy! Ciesz się, że w ogóle dane nam jest spokojnie podróżować na tym przeklętym oceanie! - odpowiedziała, nieco rozdrażniona ciągłym marudzeniem kapitana.
- Bleee, spokojne morze, to nudne morze, a ja nie lubię nudy - bąknął zrezygnowany.
Po kilku chwilach, które wydawały mu się wiecznością, usłyszał nagle krzyk jednego ze swoich kompanów:
- Ej, Luffy, mam dobrą wiadomość!!! - Słomek od razu rozpoznał podekscytowany głos Zoro. Wstał podniecony faktem, że wreszcie coś się dzieje i używając swoich gumowych rąk wystrzelił się do bocianiego gniazda.
- Co tam Zoro, co za wyspę wypatrzyłeś? - spytał podekscytowany, po czym kontynuował spytki z jęzorem wywieszonym na wierzch i oczami pełnymi łez szczęścia. - No co tam jest? Jaka wyspa? Wiosenna? Zimowa? Mała? Duża? Kołowa? Kwadratowa? Ładna? Brzydkkhgghh... - nagle Zoro wetknął mu do buzi butelkę wypełnioną jakimś trunkiem.
- Sam jesteś kołowy kretynie. Zobacz co znalazłem! To sake, które dostaliśmy w prezencie od mieszkańców Dressrosy - rzekł z uśmiechem na twarzy. - Kto by pomyślał, że znajdę jeszcze jedną butelkę. Chcesz łyka?
Wesoła mina towarzysząca Luffy'emu szybko przekręciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Był zły i znudzony do tego stopnia, że w nadziei na nutkę akcji, postanowił jednym szybkim ruchem ręki zwinąć napój szermierzowi i zwiewać gdzie pieprz rośnie.
- Co ty wyprawiasz!? - krzykną zdezorientowany szermierz. - Oddawaj to!
Zdenerwowany rzucił się w pościg za swoim kapitanem.

W kuchni działy się rzeczy niesłychane. Sanji udzielał Chopperowi, Frankiemu i Brookowi podstawowych lekcji kucharstwa. Na wszelki wypadek, gdyby, jak to powiedział, musiał wyruszyć na misję w imię miłości i Robin z Nami zostałby bez odpowiednio przyrządzonego pożywienia.
- Dobra, zacznijmy może od tego, co już potraficie. Ja wyjdę sprawdzić, jak radzą sobie moje kobiety z tą bandą debili, która niewątpliwie uprzykrza im tam życie. Wracam za 5 minut i chcę widzieć jakieś postępy. Sporządźcie najlepszą rzecz, jaką potraficie - powiedział Sanji, po czym odpalił papierosa, otworzył drzwi i zrobił pierwszy krok na zewnątrz. Momentalnie zauważył jak ostrze miecza przelatuje mu przed twarzą rozcinając papierosa w pół.
- Ty cholerna mechogłowa parodio człowieka!!! Przestań wymachiwać tymi patykami, bo zrobisz komuś krzywdę!!! - ryknął Sanji na uganiającego się za Luffym Zoro. Został jednak kompletnie zignorowany. Resztki trunku, z jakimi Luffy biegał po statku, były ostatnimi kroplami Sake na pokładzie, co było sprawą znacznie ważniejszą, niż damskie piski kucharzyny. Zdenerwowany Sanji postanowił wziąć sprawę w swoje ręce i i ruszył w pościg za szermierzem.

Usopp samotnie siedział pod pokładem i kończył właśnie modyfikować swoją procę.
- Uff, nareszcie skończyłem. Nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł wypróbować to cacko - mówił do siebie podekscytowany. Nagle zaburczało mu w brzuchu, więc postanowił zajrzeć do kuchni i coś zjeść. Udał się na górę, a następnie w kierunku świątyni Sanji'ego. Po drodze spostrzegł trójkę swoich kolegów biegających po statku. Rozradowanego Luffy'ego, którego gonił dziko wymachując mieczami Zoro, który zaś był ścigany przez bluzgającego kucharza.
- Historia mojego życia - pomyślał, po czym wszedł do kuchni i ujrzał siedzącego przy stole Brooka pozbawionego jednej nogi, oraz Frankiego, który mieszał coś w kotle.
- Co tam pichcisz? - zapytał Usopp.
- Hm, suuuuper danie specjalne: prowiant na czarną godzinę a'la szop gotowany na udowej kości w zaprawie colowej.
I faktycznie, w czarnym płynie pływał na wpół przytomny, zadowolony z siebie Chopper wtulony w kość udową Brooka.
- Czy wyście oszaleli do końca!!! Dlaczego to robicie??? - zapytał wściekły Usopp próbując wyciągnąć Choppera z kotła.
- Sanji nam kazał coś przygotować, a że kiedyś uważał mnie za wystarczająco apetycznego, aby nazwać zapasowym prowiantem, to pomyśleliśmy, że to będzie dobre i smaczne - odpowiedział słodko i naiwnie Chopper.
Usopp położył go na ziemi i wybiegł z kuchni. Kiedy tylko dostrzegł Sanjiego, od razu zaczął go gonić i wyklinać pod niebiosa, zarzucając domniemaną chęć mordu ich lekarza.

Kilkanaście minut minęło, nim chaotyczna gonitwa po statku w końcu dobiegła finiszu. Luffy dostrzegłszy pojawiający się na horyzoncie ciemny punkt, momentalnie stanął jak wryty. Zoro wykorzystał moment i wyrwał butelkę sake z rąk mentalnie nieobecnego już kapitana. Przystając z boku począł rozkoszować się alkoholem, lecz zanim chociaż łyk wylądował w jego gardle, przed oczami błysnął mu starannie wypastowany but Sanjiego. Uniknął go cudem, a kucharz nie trafiając w swój cel, wtrącił się nogą w plecy Luffy'ego. Obaj upadli, przy okazji pociągając za rękę szermierza, śląc go na deski razem z nimi. Ostatnia butelka trunku wyślizgnęła się mu z dłoni i rozbiła o pokład. Kilka sekund później pojawił się przy nich zdyszany Usopp i rzekł:
- Tyle lat uciekania w popłochu przed wszystkim, a i tak nie jestem w stanie dotrzymać tempa tym potworom...

Robin siedziała nieopodal Nami, jednak nie w słońcu, a pod parasolem. Wciągnięta w lekturę kolejnej historycznej książki, kątem oka dostrzegła delikatną zmianę krajobrazu nieskończonych wód.
- Nami, spójrz - rzekła spokojnie.
Nawigatorka otworzyła oczy i spojrzała na wskazane przez Robin miejsce.
- O rany, co to za dziwadło znowu? - zaskoczył ją widok. - Pamiętam czasy naszych pierwszych kroków na Grand Line. Wydawało mi się, że to co zobaczyłam na tamtych wodach, wychodziło poza granicę wszelakiej logiki, ale tak naprawdę dopiero tutaj przekonałam się, że tym światem nie rządzą żadne zasady. Po prostu je sobie wymyślamy, aby się w tym wszystkim nie pogubić, a wszelakie odstępstwa nazywamy wyjątkami.
Jej refleksje wywołane były majaczącą na horyzoncie wyspą, w centrum której znajdowało się wysokie wzgórze otoczone, na pierwszy rzut oka dość rzadkim, lasem. Elementem niecodziennym były chmury. Obfite, białe obłoki, które lewitowały niewiarygodnie nisko, do tego stopnia, że zakrywały szczyt niewielkiej góry. Wyglądały jak ogromny statek kosmiczny, który przystępuje właśnie do lądowania i ogarnia mrokiem całą wyspę, blokując całkowicie światło słoneczne.
- Czaaaaaaaaaad - odezwał się głos gdzieś z tyłu, a Nami już wiedziała, co ją czeka. Wyrok został podpisany w momencie wypowiedzenia tych słów. Nie pozostało już nic, jak tylko to zaakceptować. Jenak nie mogła tego zrobić. To byłoby wbrew jej naturze, więc dla samej zasady wstała z leżaka, obróciła się i wrzasnęła najgłośniej jak mogła:
- Nawet o tym nie myśl, Luffy!!! To zbyt niebezpieczne!!!
Ale on już nie słuchał, wpadł w trans, z którego nie da się go wyrwać. Nie pozostało już nic, jak tylko dostosować się do tempa gumiaka, gdyż ogarnął go zew nowej przygody.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2014 21:22 przez Dahaka. Powód: Poprawiona ortografia)
22.05.2013 01:27
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
centrino Offline
Majtek
Pirat

*
Liczba postów: 88
Dołączył: 01.04.2012
Skąd: ---
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #2
RE: One Piece: Divine Tower Arc
Bardzo przyjemny fanfik , łatwo się czyta i długość tekstu nie męczy czyli innymi słowy czekam na więcej , bo zapowiada się ciekawie. Pisz dalej Dahaka .
22.05.2013 01:55
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
okiren Offline
Soul Mama
Załoga Nakama

*
Liczba postów: 4,941
Dołączył: 23.11.2011
Skąd: Kanadowo
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #3
RE: One Piece: Divine Tower Arc
Ten zwięzły format mi wyjątkowo odpowiada. Podoba mi się styl wypowiedzi postaci, dobrze dobrany i nie ugrzeczniony na siłę. Plus dialogi brzmią jak autentyczne rozmowy, język tzw. "mówiony", mowa potoczna, a nie piękna poprawna polszczyzna niczym z literatury przełomu XIX/XX wieku. Jakby tak polskie suby wyglądały, to bym na angielskich nie siedziała Tongue

"Sanji udzielał Chopperowi, Frankiemu i Brookowi podstawowych lekcji kucharstwa. Na wszelki wypadek, gdyby, jak to powiedział, "musiał wyruszyć na misję w imię miłości" i Robin z Nami zostałby bez odpowiednio przyrządzonego jedzenia." - to takie w jego stylu, nie zdziwiłabym się jakby kiedyś faktycznie doszło do takiej sytuacji xD Nie podeszło mi jeno, że Chopper poszedł na ochotnika do gara - wątpie, żeby dał się w ten sposób poświęcić Tongue

Fajnie piszesz, dawaj więcej Big Grin

[Obrazek: 6DG0nbv.gif]
22.05.2013 04:21
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Devzan Offline
I own you.
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,893
Dołączył: 15.12.2011
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 20%
Post: #4
RE: One Piece: Divine Tower Arc
No, fik git. Prolog to ta dłuższa, czy krótsza forma? Bo jak na moje to mogłoby to być dłuższe.

[Obrazek: 2BGaS9k.gif]
22.05.2013 15:02
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
okiren Offline
Soul Mama
Załoga Nakama

*
Liczba postów: 4,941
Dołączył: 23.11.2011
Skąd: Kanadowo
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
RE: One Piece: Divine Tower Arc
Prologi z reguły krótsze, ale to pewno nie reguła xP

[Obrazek: 6DG0nbv.gif]
23.05.2013 03:03
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Dahaka Offline
Bosman
Pirat

*
Liczba postów: 387
Dołączył: 15.09.2011
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #6
RE: One Piece: Divine Tower Arc
Prolog jest krótszy Tongue Właście rozdziały będą 1.5x - 2.0x dłuższe. Tak planuje przynajmniej, ale jak będzie to wyjdzie w praniu.

Przy tej akcji z Chopperem wyszedłem z założenia, że nie zdawał sobie sprawy, że to go może zabić xD Taki gag, ale chyba faktycznie przesadziłem.
Rozdział pierwszy wrzucę w przyszłym tygodniu dopiero, bo nie mam neta w domu Sad
24.05.2013 09:21
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Dahaka Offline
Bosman
Pirat

*
Liczba postów: 387
Dołączył: 15.09.2011
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #7
RE: One Piece: Divine Tower Arc
Dobra, wybaczcie za tę zwłokę, ale tak się niefortunnie złożyło, że nie mogłem tego wrzucić wcześniej. Mam nadzieje, że odbiór będzie pozytywny, lub chociaż neutralny Big Grin Nie wiem czy wyszło wystarczająco długo (pewnie nie) ale co tam, ważne, że jest Big Grin

Rozdział 1: Znaki nowej przygody

Załoga Słomianego Kapelusza, wyłączając Choppera, po opuszczeniu statku zebrała się tuż przed wejściem do lasu. Dookoła nie było nic interesującego, stali na pokrytej trawą ziemi, a przed ich twarzami rozpościerał się widok liściastych drzew. Kilkanaście metrów za nimi było tylko spokojne morze i zacumowany przy klifie Thousand Sunny.
- Luffy, zanim przestaniesz kompletnie mnie słuchać, chcę powiedzieć, że nie zamierzam wchodzić na szczyt tej góry - stwierdziła Nami z pełnym przekonaniem.
- Dlaczego? Przecież nisko jest. Ale jak nie, to nie, pójdę z innymi, a ty tu czekaj i nudź się dalej - odparł uszczypliwie.
Usopp wystąpił do przodu i nieco jękliwym głosem powiedział:
- J-ja pójdę z tobą L-Luffy, ż-żaden tajemniczy pagórek na pokrytej mrokiem wyspie, którego szczyt skryty jest p-ponad chmurami, nie jest w stanie mnie p-przestraszyć. M-możesz na mnie liczyć!
Mimo swoich nieco wymuszonych słów, czuł, że cokolwiek znajduje się na górze, nie może być niczym dobrym. Nigdy nie jest, tym bardziej, że Luffy ponownie obrał drogę na najbardziej niebezpieczną wyspę.
- Przeklęty Log Pose, więcej szkód niż pomocy nam to wyrządza... - rzekł do siebie w myślach.
Zoro nie chcąc tracić czasu na niepotrzebne dysputy, wziął sprawy w swoje ręce i zdając się na własny instynkt i znajomość swoich towarzyszy, szybko skonstruował plan działania. Zanim ktokolwiek zdążył zabrać głos, przysiadł wygodnie na trawie i rzekł:
- Cóż, z tego co widzę, to nie wszystkim widzi się wspinaczka, więc może podzielmy się na grupy i każdy niech robi co chce. Ja, Brook, Usopp i Luffy idziemy na górę, Nami i Robin, zgaduję, nie tykają się wysiłku fizycznego, więc mogą pozwiedzać wyspę tu, na dole, chociaż wątpię żeby oprócz drzew znalazły coś ciekawego. Blondasek z uwagi na bycie mięczakiem pójdzie z nimi. Franky zaopiekuje się statkiem i przypilnuje Choppera, który nie czuje się najlepiej. A właśnie, wie ktoś w ogóle co mu jest?
Sanji już miał wpaść w szał wywołany obelgą skierowaną w jego stronę, ale poczuł się odpowiedzialny za los Choppera, więc postanowił zamilknąć. Zamiast niego odpowiedział Franky, puszczając jednocześnie oczko do kucharza, Usoppa i Brooka, co automatycznie skojarzyło im się z Duvalem, bo robił to wyjątkowo pokracznie.
- Nie wiem na co jest chory, ale mogę z nim zostać. I tak miałem zrobić przegląd zewnętrzny Sunny.
- Czy ktoś ma coś przeciw? - zapytał Zoro.
Po chwili milczenia spowodowanej sporym wrażeniem, jakie wywarł swoim zaskakująco dobrze przyjętym przez załogę planem, wszyscy przystali na jego propozycje. Oprócz Brooka.
- Ah, Panie Zoro, ja chyba jednak wolałbym...
Zoro natychmiast mu przerwał surowym spojrzeniem.
- Musisz iść z nami, jesteś mi potrzebny.
Wszyscy spojrzeli zaskoczeni na szermierza, ale po wyrazie jego twarzy wiedzieli, że w sumie chyba lepiej nie pytać o co mu chodzi, więc zebrali się w trzy grupy i wyruszyli w wyznaczonych kierunkach.

Ekipa składająca się z Luffy'ego, Usoppa, Brooka i Zoro wkroczyła do lasu, przyglądając się jak Nami, Robin i skaczący wokół nich Sanji udali się na podróż wzdłuż brzegu. Drużyna Prawdziwych Mężczyzn, jak nazwał ją Zoro, kierowała się do centrum wyspy, a jej celem było podnóże niewielkiej góry. Stamtąd mieli rozpocząć drogę na szczyt.
Luffy i Usopp udali się przodem, gumiak miał parcie na przygodę jak nigdy dotąd, a przyszły król strzelców dawno zapomniał o swoim niepokoju, który towarzyszył jeszcze minuty temu zaprzątał mu głowę. Powodem była niezwykła roślinność, która przewijała się ciągle na drodze do wzgórza. Usopp dostrzegł wiele nowych gatunków roślin, o których nie miał wcześniej pojęcia, więc zafascynowany wizją stworzenia nowych pop green, z wielką ostrożnością zbierał potrzebne mu nasiona, a czasami nawet całe rośliny.
Zoro i Brook trzymali się z tyłu, idąc znacznie wolniejszym tempem.
- Hej Brook - odezwał się szermierz. - Powiedz mi, czujesz coś nienaturalnego?
- Choćbym chciał, to i tak nie mam nosa, aby to zrobić, yohohohoho!!! Skull joke!!! - odparł rozradowany.
Zoro westchnął.
- Pytam na serio. I nie chodzi mi o zapach, a bardziej o... aurę.
- Nie posiadam zbyt silnego haki obserwacji panie Zoro. Myślę, że Luffy będzie ci w stanie pomóc bardziej niż ja.
- Po prostu się skup, dobra? - rzucił surowo.
Brook nieco zdziwiony zrobił, jak kazał mu towarzysz. Nie wiedział czego oczekiwać, ale już po chwili poczuł coś, co spowodowało, że drgnął.
- No i? - Zoro spytał tak, jakby znał już odpowiedź i czekał tylko na potwierdzenie swoich przypuszczeń.
- Miałeś racje, coś tu jest nie tak. Odczuwam chłód, ale nie taki atmosferyczny. To chłód z innego świata... zza bramy życia i śmierci, miejsca z którego czerpię swoje lodowe moce.
- Tak mi się właśnie zdawało. Wiesz może, co to oznacza?
- Wiele rzeczy panie Zoro, zarówno dobrych jak i złych - odpowiedział spokojnym, mrocznym głosem, jakby chciał wywołać w kimś strach. - Ale nie ma się co martwić, zbyt dużo możliwości, aby jednoznacznie stwierdzić. Poczekajmy na rozwój sytuacji, yoho - dodał, widząc, że jego towarzysza nie poruszyły próby stworzenia atmosfery grozy.
Zastanawiając się nad źródłem wspomnianego przez Brooka chłodu, podążali w milczeniu za Luffy'm i Usoppem.

- Panienko Nami, panienko Robin, czy mam przygotować wam coś na ząb? Zabrałem trochę jedzenia ze sobą, aby nigdy nie zabrakło wam sił od braku pożywienia - mówił uradowany Sanji, strojąc głupie miny i pokazując kciuk w górę przed ich twarzami.
- Nie trzeba, ale miło z twojej strony, że się tak o nas troszczysz - odrzekła mu Robin z szerokim uśmiechem.
Sanji widząc łuk na jej twarzy zarumienił się i po kilku chwiejnych krokach w tył, padł na ziemię.
- Czy to... czy to miłość, na której odwzajemnienie tak długo czekałem? - zapytał pełen nadziei.
- Nie, po prostu nie chciałam sprawić ci przykrości miażdżąc twoje serce na sto kawałków i wprowadzać w stan głębokiej depresji, którą zwieńczyłbyś samobójstwem - odpowiedziała chłodno i bez skrupułów Robin, po czym ponownie się uśmiechnęła.
- Nie szkodzi Robinuś. I tak jesteście razem z Namcią moimi oczkami w głowie! - stwierdził przywykły do takich komentarzy Sanji.
Szli tak jeszcze przez kilkanaście minut, kiedy w oddali ich oczom ukazało się coś, co przypominało czarną linę, ciągnącą się z ukrytego pod chmurami szczytu i znikająca za skupiskiem drzew na dole.
- Spójrzcie! Tam coś musi być, może jakieś miasto, albo chociaż mała wioska, cokolwiek! - wykrzyknęła uradowana Nami.
Sanji zebrał się z ziemi i odpowiedział:
- Jeśli pójdziemy dalej brzegiem wyspy, to powinniśmy dotrzeć tam za dwie godziny.
- Chrzanić to, nie będzie szli okrężną drogą - stwierdziła stanowczo nawigatorka. - Idziemy na skróty, przez las. Sanji, ty prowadzisz i czyścisz drogę z wszelakich niedogodności, abym z Robin nie musiała się zbytnio przemęczać.
- Tak jest panienko Nami! - krzyknął blondyn, po czym wdarł się między drzewa i taranował wszystko co stanęło mu na drodze. Nami i Robin spokojnie podążały przygotowaną przez Sanjiego wyniszczoną ścieżką.

Chopper leżał w łóżku. Miał delikatnie poparzoną skórę, ale nie było to nic poważnego. Wystarczyło posmarować zranione miejsca jego niezawodną maścią, aby uśmierzyć całkowicie ból. Problemem były raczej ciągłe zawroty głowy, nudności i ogólne osłabienie, które przykleiły go do łózka na bliżej nieokreślony czas.
Franky był na zewnątrz i doglądał uważnie każdej części Sunny. Nie znalazł żadnych poważnych usterek, więc skupił się sprzątaniu, co z jego wbudowanym odkurzaczem, płynem do mycia drewna, czterema rodzajami ścierek i ręczników, było dość proste.

Brook został sam. Luffy i Usopp wybiegli znacznie naprzód, do tego stopnia, że nie było ich już widać. Zoro stwierdził, że idzie się odlać, ale było to 20 minut temu. Ślad po nim zaginął.
Po chwili samotnego marszu muzyk usłyszał odgłosy śpiewu, kilkadziesiąt metrów na wschód od swojego położenia. Zaciekawiony ruszył w kierunku, z którego dochodziły i po kilkunastu sekundach jego oczom ukazała się mała dziewczynka o jasnych blond włosach splecionych w dwa warkocze. Ubrana w prostą, niebieską sukienkę. Siedziała na pniu i przyglądała się wiewiórkom, które wesoło hasały dookoła drzewa, jednocześnie przyśpiewując, dość niemelodyjnie, nieznaną Brookowi piosenkę.

W splendorze przedzieramy się przez nieba wody,
Zadumani w doskonałości swego rzędu,


- Witaj - przerwał jej Brook.
Dziewczynka nie zareagowała i śpiewała dalej.

Nieświadomi tej jednej, niewielkiej przeszkody,
Ochrzczonej nazwą ludzkiego błędu.


- Yymm... witaj - powtórzył.
Zero reakcji.

Hej ho, radujmy się głośno...

- Hej, mała dziewczynko, dlaczego mnie ignorujesz? - zapytał stanowczo, lecz nie tracąc cierpliwości.
Dziewczę w końcu zareagowało i odwróciło się w kierunku miejsca, z którego dochodził głos. Nikogo nie było.
- Ktoś mnie wołał? - zapytała.
- Tak, ja. Jestem za drzewem. Ostrzegam, że wyglądam dość strasznie, ale nie ma się czego bać. Uwaga, wychodzę! - Powoli wysunął się zza drzewa.
Dziewczynka, jak można się było spodziewać, była zszokowana. Niemniej dla Brooka było w tym zaskoczeniu coś dziwnego. Czuł się, jakby to nie jego wygląd był powodem jej zdziwienia.
- J-Jakim cudem... jak to w ogóle jest możliwe?
- Ano widzisz, to dość długa historia, zjadłem pewien diabelski owoc i wtedy...
- Nie o tym mówię - przerwała mu dziewczynka. - Zresztą nieważne, chodź, muszę przedstawić cię tatusiowi.
Podeszła do niego, bez żadnych oporów złapała za kościstą rękę i ciągnąc go za sobą wbiegła między drzewa.

Luffy i Usopp, po nieco monotonnym dla gumiaka spacerku, dotarli wreszcie na kraniec lasu. Mijając ostatnie drzewa zaczęli dostrzegać podnóże góry, którą widzieli ze statku. Nie wydawała się ona duża, miała na oko z pięćset metrów wysokości. Nie było żadnego widocznego szlaku, po którym można by było dostać się na szczyt, więc czekała ich mniej wygodna, wyboista i skalista droga. Mimo tego nie zapowiadało się to na zbyt trudne zadanie, gdyż przez większość czasu powierzchnia była pochylona pod kątem wystarczającym na swobodną wspinaczkę, bez konieczności wspierania się rękoma. Na wzgórzu dało się dostrzec sporadyczne drzewa oraz kilka jaskiń, lecz cała reszta była zwykłą ziemią, pokrytą delikatnie trawą, lub skałami.
- Wiesz co, Luffy, ja to może jednak podaruję sobie tę wspinaczkę i pozwiedzam dalej las - stwierdził zrezygnowany Usopp.
- Ej, no weźże! Co to za przygoda, kiedy nie ma się u boku żadnego kompana? - zarzucił mu Luffy.
Usopp nie chcąc zawieść kapitana, z lekką niechęcią zmienił zdanie i postanowił kontynuować drogę na szczyt. Spojrzał w górę, aby zobaczyć jak długo zajmie im dojście na miejsce. Niepokoiły go chmury, które skutecznie blokowały światło słoneczne i powodowały delikatny mrok na wyspie. Zawieszone były tak nisko, że miał wrażenie, jakby po zwykłym podskoku dał radę ich dotknąć.
- Co do cholery znajduje się tam, na górze? - zapytał w myślach.
Po chwili obserwacji, po swojej lewej stronie, kilkadziesiąt metrów od nich, dostrzegli jakąś postać. Leżała wygodnie na trawie i spoglądała uważnie na szczyt góry.

Sanji taranując kolejne drzewa dotarł wreszcie do miejsca, w którym nie stały mu już one na drodze. Nie był to jednak cel podróży jego grupy. Przez chwilę, zanim jeszcze przedarł się przez ostatnie dęby, myślał, że to zwykła, zielona polana, niemniej kiedy dotarł, zrozumiał swoją pomyłkę. Ujrzał przed sobą widok zmiażdżonych konarów i resztek drzew, porozrzucanych w nieładzie na ziemi. Niektóre z nich były jeszcze w całości, inne doszczętnie połamane, prezentowały scenę, jak po przejściu tornada. Lecz nie było to dziełem natury, żaden wiatr nie byłby w stanie wyrżnąć tak dużego fragmentu lasu co do joty, jednocześnie pozostawiając resztę nienaruszoną. Przez chwilę przeszło mu na myśl, że ktoś mógł je po prostu wyciąć, ale sceneria była zbyt chaotyczna, aby mogło okazać się to prawdą. Cokolwiek się tu wydarzyło, było nagłe i zmiotło wszystko w jednej chwili. Coś o wielkiej mocy, lub gigantycznym rozmiarze.
- Zaczynałem już podejrzewać, że to będzie pierwsza wyspa, na której nie wpakujemy się w żadne kłopoty, ale to było do przewidzenia. Igła w log pose zbyt mocno drgała, aby wskazywać na spokojne miejsce... Heh, Luffy będzie wniebowzięty - odparł sam do siebie z uśmieszkiem pełnym ekscytacji, po czym zapalił papierosa.

CDN
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.06.2014 20:56 przez Dahaka. Powód: Poprawiona ortografia)
04.06.2013 01:08
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Najuch Offline
Bóg Urlopu
Pirat

*
Liczba postów: 913
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Olsztyn
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #8
RE: One Piece: Divine Tower Arc
Co do długości to warto by rozdział miał przynajmniej 3 strony w wordzie.

Co do treści, to póki co nie mam co ocenić, ale chętnie później napiszę.

Styl masz w porządku, da się czytaćSmile I ciekawi mnie co będzie dalej, a to chyba najważniejsze.

Posłuchaj jak śpiewam i gram:):
http://www.myspace.com/lukaszjedrys
04.06.2013 03:51
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
okiren Offline
Soul Mama
Załoga Nakama

*
Liczba postów: 4,941
Dołączył: 23.11.2011
Skąd: Kanadowo
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #9
RE: One Piece: Divine Tower Arc
Czytam to i widzę oczyma/słyszę "uszyma" wyobraźni Brooka jak mówi te wszystkie swoje kwestie, dobre oddanie postaci Big Grin

Dahaka napisał(a):Zoro stwierdził, że idzie się odlać, ale było to 20 minut temu. Ślad po nim zaginął.
- to takie... jego xD

Scena z dziewczynką nie wiem czemu, ale taka... niepokojąca Tongue W sumie nic się złego nie dzieje, ale mimo wszystko. Pewno dlatego, że dziecko w środku lasu, śpiewa tajemniczą piosenkę - za dużo dżapońskich horrorów mam na koncie xD

Przyczepić się mogę tylko do tego: "przeszło mu na myśl" - przyszło mu na myśl, albo przeszło mu przez myśl... chyba XP

Najuch napisał(a):Co do długości to warto by rozdział miał przynajmniej 3 strony w wordzie.
A mi taka długość odpowiada idealnie TongueP

Fajnie, czekam na więcej. Chcę wiedzieć kto leży pod górką, kim jest dziewczynka i jej tatuś no i co zniszczyło te drzewa Big Grin

[Obrazek: 6DG0nbv.gif]
04.06.2013 14:38
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Dahaka Offline
Bosman
Pirat

*
Liczba postów: 387
Dołączył: 15.09.2011
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #10
RE: One Piece: Divine Tower Arc
Wielkie dzięki wszystkim za komentarze Smile

Jak ktoś to jeszcze czyta, ale nie skomentował, to macie wyjść z ukrycia! Tongue Nie ma nic bardziej motywującego niż komentarz, nawet jak ma się składać z jednego wyrazu xd

Dobra, jedziemy dalej.

Rozdział 2: Lucy

- Co tu się stało do diabła? – spytała przerażona Nami, kiedy razem z Robin dogoniła Sanjiego i zobaczyła spustoszoną polanę.
– Wygląda, na to, że leżało tutaj coś sporego – stwierdziła Robin, a po chwili namysłu uzupełniła – albo walczyło.
– Cóż, nie ma co się w to zagłębiać. Jak spotkamy jakiegoś tubylca, to go wypytamy - stwierdził Sanji, po czym ruszył przed siebie.
– Racja - przytaknęła nawigatorka. - Zresztą, chyba nawet nie chcę wiedzieć, co tu się wydarzyło. Chodźmy już.
Razem z Robin ruszła za kucharzem przez pobojowisko, kontynuując swój spacer.

Usopp i Luffy podeszli do leżącej nieopodal osoby. Postać ujrzawszy, że ktoś się zbliża, spokojnie podniosła się do pozycji siedzącej i czekała aż przybysze podejdą bliżej. Był to mężczyzna, z pewnością wysoki i bardzo dobrze zbudowany, ubrany w białe spodnie podtrzymywane przez czarny, wąski pasek, oraz w białą, luźną koszulę, która rozpięta do połowy ukazywała jego atletyczną klatkę piersiową. Nogi zdobiły czarne, nieco pobrudzone buty, a cały strój wyglądął na ewidentnie mocno wynoszony i pomięty. Twarz miał bladą, obrośniętą delikatnym zarostem. Bogata była w zmarszczki i zęmczona na tyle, że można by przypuszczać, iż ma na karku z pięćdziesiąt lat. Na głowie zaś czarno-białe, idealnie ułożone i przylizane włosy, zaczesane całkowicie do tyłu, z uformowanym malutkim kucykiem*. Wyglądało na to, że każdy włos z osobna ma tylko jeden kolor, jedne były białe, a inne czarne, nigdy siwe, nigdy dwukolorowe. Biła od niego aura osoby starej, doświadczonej w życiu, z wielkim bagażem doświadczeń. Jeśliby nie brać pod uwagę twarzy, wyglądał na nie więcej niż trzydzieści pięć lat.
– Witajcie, co was sprowadza na tę wyspę? – zapytał ospale.
– Jestem Luffy, człowiek który zostanie królem piratów!!! – wykrzyknął dumnie Luffy.
– Nie o to pytałem... - bąknął pod nosem zrezygnowany. - Pirat, mówisz? Poszukiwacz przygód?
– Tak jest! – odpowiedział ucieszony Luffy.
– O, czyli lubisz adrenalinę, co? – odpowiedział uśmiechem.
– Cóż - wtrącił się Usopp. - Naszym mottem jest "nie ważne gdzie, ważne żeby było tam niebezpiecznie". Nie kierujemy się nazwami, a najmocniej drgającą igłą na Log Pose. Właściwie to on się kieruje – wskazał na Luffy'ego - bo reszta chętnie trzymałby się z daleka od takich miejsc.
– Hahaha! – mężczyzna zaśmiał się. – Widzę, że wasz kapitan nie lubi się nudzić.
– Ano, nie lubię - zgodził się gumiak. - Hej staruszku...
– Nie jestem stary - przerwał mu. - Mam 32 lata.
– ... Hej staruszku, co znajduje się na szczycie góry? – zapytał ignorując jego uwagę.
– N-Nie jestem... – znowu bąknął pod nosem, po czym kontynuował rozmowę. – Na górze? Miasto zwane Terra Prometida, ale nie fatygujcie się, żeby tam iść. Jest opuszczone, nic tam nie znajdziecie.
– I tak idziemy! – odparł z przekonaniem uśmiechnięty Luffy.
Usopp wystąpił przed kapitana i zwrócił się do niego.
– Ale po co, skoro nic tam nie ma? Lepiej wróćmy na statek i zjedzmy coś dobrego, napijmy się herbatki i odpocznijmy. Nie ma co się przemęczać i wchodzić na górę, na której nic nie ma, nie uważasz?
– I tak idziemy – powtórzył gumiak ignorując słowa kompana.
– Ale przecież...
– I tak idziemy – przerwał mu uchachany.
Usopp ponownie spróbował się odezwać, lecz nim zdążył otworzyć usta usłyszał ponownie:
– I tak idziemy.
Kłamczuch poddał się załamując ręce.
– Okej, idziemy...
Nieznajomy mężczyzna, z nieco kwaśną miną rzekł do Luffy'ego:
– Jak chcesz, ale ostrzegam, na górze może być bardzo niebezpiecznie.
– Tak jak lubię – odpowiedział gumiak uśmiechając się.
– Lubisz kłaść życie swoje i kompanów na szali? - zapytał zaciekawiony.
– Nie muszę tego robić. Są na tyle silni, że potrafią o siebie zadbać. Nic im nie będzie. Razem zawsze damy radę.
Mężczyzna delikatnie się uśmiechnął.
– Heh... - sapnął. - Widzę, że bardzo w nich wierzysz. Radziłbym uważać, nawet najlepszy przyjaciel może ci wbić nóż w plecy i postawić błahostkę ponad waszą więź. Choćbyś spędził z nimi całe życie i ufał im bezgranicznie, zawsze zachowaj w sobie tę cząstkę niepewności. Jestem pewny, że któregoś dnia uratuje ci ona życie - pouczył Luffy'ego
– Gdybym to zrobił, straciłbym ich szacunek - słomek nie dawał się przekonać. - Nasza siła leży w całkowitym zaufaniu.
– Piękne słowa - pochwalił go szczerze. - Życzę ci, abyś żył z nimi w zgodzie do końca swoich dni, ale jeśli kiedyś je przeklniesz, przypomnij sobie co powiedziałem.
– Nie będzie takiej potrzeby - odpowiedział nieporuszony.
Mężczyzna ponownie się uśmiechnął.
– Uparty jesteś, co?
– Zawsze i wszędzie - na twarzy Luffy'ego pojawił się wyzywający uśmiech.
Usopp wypadł z dialogu, gdyż przypomniał sobie wydarzenia, która miały miejsce na Water 7, kiedy załoga przeżywała wewnętrzne konflikty. Rozważał, czy kiedyś taka sytuacja może się powtórzyć, ale tym razem bez szczęśliwego zakończenia.
– A tam, było minęło – pomyślał i przestał zaprzątać sobie tym głowę.

Podczas ich rozmowy nieopodal z lasu wyszła mała dziewczynka, która ciągnęła za sobą Brooka. Zobaczywszy Luffy'ego, Usoppa i siedzącego przed nimi mężczyznę, zaniepokoiła się i razem z kościotrupem szybko uskoczyła za stojący obok głaz, tak aby ich nie dostrzegli.
– Hej, bez obaw, to moi kompani. – Brook przyjrzał się uważnie swoim przyjaciołom. – I jakiś pan – dodał. – To twój tata?
– Tak, ale nie możemy tam iść – odparła zawiedziona.
– Dlaczego?
– Ach... nieważne - odpowiedziała spuszczając wzrok na ziemię.
Brook widząc, że coś ją gryzie, postanowił nie drążyć tematu.
– Jak się nazywasz? - zapytał.
Dziewczynka rozchmurzyła się, podniosła wzrok i odpowiedziała:
– Lucy.
– Ja jestem Brook. Miło mi cię poznać! – Wyciągnął rękę w geście przywitania.
– Mnie też! – uśmiechnęła się i podała my dłoń. Brook ciągle był zaskoczony tym, że się go w ogóle nie boi. Co więcej, nawet nie ciekawi ją jakim cudem może chodzić i rozmawiać będąc szkieletem.
– To... co teraz zrobimy? - zapytał po chwili.
– Hmm... wiem! - szybko coś wymyśliła. - Wejdziemy na górę!
– Na górę? Nie uważasz, że jesteś trochę za młoda na takie wspinaczki?
– Nie - naburmuszyła się krzyżując ręce na brzuchu. – Jestem starsza niż ci się wydaje!
– Ale czy tak stara jak ja, yohoho? – zapytał jakby sam siebie, po czym znowu przemówił do dziewczynki. – Ile masz lat?
– Piętnaście.
– Że jak!? Wyglądasz na dziewięć, albo dziesięć! – odrzekł donośnie, nieco zdziwiony.
Lucy milczała przez chwilę zamyślona.
– Dobra, mam dziewięć – przyznała mu rację, jakby dla świętego spokoju. – W takim razie postanowione, idziemy do Terry, miasta, które znajduje się na szczycie! Znam tę górę jak własną kieszeń, obierzemy najłatwiejszą drogę. Nic się nie bój szkieletor, ze mną nic ci się nie stanie – rzekła pewna siebie.
– Eee... martwię się bardziej o ciebie...
– No nie panikuj już, idziemy – przerwała mu.
– A mogę ci zadać kilka pytań? - teraz, kiedy humor Lucy się poprawił, chciał dowiedzieć się czegoś o jej relacjach z ojcem, oraz o samej wyspie i jej mieszkańcach. - Jestem trochę zagubiony i już sam nie wiem na czym stoję, yoho!
– Nie! Idziemy fajnie spędzić czas i tyle, nic więcej wiedzieć nie musisz! - spławiła go stanowczo.
– A, szkoda... - poddał się.
Lucy wyjrzała zza głazu, aby sprawdzić czy nikt nie patrzy w ich kierunku i kiedy sytuacja była dogodna, pobiegła razem z Brookiem w kierunku góry.

– Okej, mam dwa bardzo ważne pytania – zaczął Usopp. – Po pierwsze, czemu te chmury wiszą tak nisko? – wskazał palcem na szczyt góry. – I po drugie, skoro znajdujące się tam miasto jest puste, to co ty tu robisz? Są tu gdzieś inni ludzie? Czy...
– Wybacz, ale nie odpowiem na twoje pytania – przerwał mu.
Kamienny wyraz zagościł na twarzy Usoppa, a on sam energicznie mrugał oczami, nieco zakłopotany.
– ... ale jak to?
– Tak to. Nie mam takiej ochoty – odpowiedział i położył się z powrotem na ziemi. – Proszę, dajcie mi już spokój, zmęczyła mnie ta rozmowa.
– Słabiak jesteś - powiedział pogardliwie Luffy. – Idziemy Usopp, nic tu po nas. Więcej nam nie powie, poza tym musi być strasznie słaby, jak się męczy od samego mówienia. Ja mówię cały czas i się nie męcze. Już Buggy jest silniejszy.
Nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Luffy pomaszerował w stronę góry, a Usopp za nim, spoglądając podejrzliwie na leżącego mężczyznę. Zanim odeszli, snajper zadał mu ostatnie pytanie.
– Ej, powiedz chociaż jak masz na imię?
Po kilku sekundach zebrał ciężko jeden, ostatni oddech i odpowiedział:
– Zawebe.

Brook i Lucy rozpoczęli wspinaczkę na szczyt, aczkolwiek trafniejszym określeniem tutaj byłaby spokojna wycieczka. Dziewczynka prowadziła go najłatwiejszym i jednocześnie bardzo mozolnym szlakiem. Szli w zasadzie prawie że poziomo, zygzakiem, w tę i z powrotem, poruszając się dramatycznie powoli ku górze.
– W takim tempie zanim dojdziemy, to będziesz wyglądać jak ja, yohohoho! – zażartował trafnie Brook. – Mówiłaś, że jesteś na tyle duża, że sobie poradzisz.
– Bo jestem. Przecież wchodzimy, tak? Także siedź cicho i podziwiaj widoczki.
– Jak mam cokolwiek podziwiać, jak jesteśmy ledwo dwadzieścia metrów nad miejscem, z którego zaczęliśmy? A łazimy już prawie godzinę!
– Słuchaj, jak tak bardzo chcesz iść krótszą droga, to proszę bardzo! Weź mnie na barana i biegniemy! – powiedziała na pół-serio.
– Aha! Doskonały pomysł – zaczął rozradowany – ale... nie mogę cię unieść, bo nie mam mięśni, yohohohohoho!!! – zażartował ponownie, robiąc przy okazji piruet.
– Czyli jesteś bezużyteczny? – zapytała uszczypliwie, ale przyjacielsko.
– No wiesz co!? – zdziwił się nieco na pokaz. – Zaraz ci pokażę, na co mnie stać!
Brook podniósł dziewczynkę i usadził ją na swoim afro.
– Mówiłeś, że nie masz mięśni i nie możesz mnie utrzymać...
– To jest afro - odpowiedział z iście kamienną powagą.
Lucy zmarszczyła brwi.
– No i co z tego? - zapytała.
– Po prostu Afro - dalej zgrywał poważnego. - Nie kwestionujmy sił, których zrozumienie wykracza poza ludzkie możliwości.
– A... aha... - udała, że rozumie o co chodzi. - No nic, skoro masz taką moc, to dawaj na górę!
– Tak jest, yohohohohoho!!! - krzyknął, po czym zaczął szybko przebierać nogami, rozpoczynając swój flagowy, pokraczny bieg. Wystrzelił jak z procy w kierunku szczytu i zatrzymał się nieco ponad dwieście metrów wyżej. Zdyszany był niesamowicie.
– Nie mam... nie mam już... siły... kompletnie... – mówił łapiąc oddech co wyraz lub dwa.
– Jęczysz jak jakiś słaby, wychudzony staruszek!
– No bo nim jestem!!! Zobacz, sama skóra i kości!!! – podniósł rękę, aby jej pokazać. – ... O rany, zostały już tylko kości!!! – powiedział i padł na czworaka, uderzając pięścią o ziemię. – Same... kości... – mruczał do siebie ze łzami w oczach.
– Przecież od początku taki byłeś... – odparła nieco zażenowana Lucy.
Brook podniósł się błyskawicznie i rzekł:
– Ano tak. W ramach przeprosin za mój błąd, magiczna sztuczka!
Muzyk stanął wyprostowany i opuścił swe ciało swobodnie na pobliską skalną ścianę. Oparty o nią głową, powiedział:
– Kąt sześćdziesiąt stopni, yohohohoho!!! – krzyknął.
– Na pewno dobrze się czujesz? – zapytała zakłopotana Lucy
– Teraz tak, ruszajmy na górę. Prowadź – odpowiedział jakby nic właśnie nie zaszło.
– Ehh, dobra, obieramy znowu łatwą drogę...
– O nie!!! Tylko nie łatwą!!! – krzyknął przerażony.
Wziął dziewczynkę, usadził na głowie i ruszył ponownie.

Dwadzieścia metrów dalej.

– No dobra... może jednak... faktycznie weźmiemy... łatwiejszą drogę... – stękał zmęczony.
– Kretyn... – pomyślała Lucy. - Jesteśmy już około w połowie drogi. Idziemy teraz łatwym szlakiem, pasi?
– Tak jest!
I poszli.

Grupa Sanjiego podążała w milczeniu przez pobojowisko. Nami zauważyła, że Robin, rozglądając się dookoła, marszczy brwi.
– Co jest Robin, zauważyłaś coś? – zapytała zaciekawiona nawigatorka.
– Kształt tego zdemolowanego terenu... – zaczęła. – Nie wydaje mi się przypadkowy.
Sanji i Nami rozejrzeli się dookoła.
– Faktycznie, przypomina to trochę... literę M? – zauważył Sanji
– ... tak, masz rację – odpowiedziała zaintrygowana archeolog.
– Wydaje mi się, że to nie ma żadnego znaczenia Robin, ot czysty przypadek - odpadła nieprzekonana Nami. - Nie dorabiajmy teorii spiskowych tam, gdzie ich nie potrzeba.
– Chyba masz racje... - Robin dała sobie spokój. - Chodźmy, został nam jeszcze kawałek.

Przeszli jeszcze kilkadziesiąt metrów, aż w końcu znowu zawitali między żywe drzewa. Nie minęły jednak dwie minuty, kiedy Sanji zauważył nieopodal dziurę w ziemii o średnicy około trzech metrów.
– Namisia, Robinsia, zobaczcie co znalazłem! – krzyknął uradowany do swoich towarzyszek.
Kiedy podeszły, wszscy razem zajrzeli do środka. Nami i Sanji z początku nie rozpoznali co leży około dwudziestu metrów pod nimi, ale Robin nie miała żadnych wątpliwości.
– T-to przecież poneglyph!!! – krzyknęła z ekscytacją w głosie.
CDN.

* coś takiego jeśli chodzi o fryzurę - http://image.shutterstock.com/display_pi...925063.jpg
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2014 16:35 przez Dahaka. Powód: Poprawiona ortografia)
10.06.2013 17:05
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama