Aktualny czas: 25.11.2017, 00:10 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odpowiedz 
Flint Freeman - Dziesiąty Załogant
Autor Wiadomość
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,623
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Flint Freeman - Dziesiąty Załogant
To co postanowiłem tutaj zaprezentować, to nie jest stricte fanfik. Można by to po prawdzie przyrównać do artykułów na stronie o One Piece, z opisem danej postaci, jej historii, relacji itd. Z tym, że w tym przypadku mamy do czynienia z postacią własną, zmyśloną. Powstała ona na konkretny konkurs na innym portalu, jakieś już chyba z dwa lata temu. Trzeba było właśnie wymyślić i opisać dziesiątego Słomkowego. Niniejszym powstał ten oto osobnik, o którym dzisiaj sobie przypomniałem i postanowiłem tutaj wrzucić:

Imię i nazwisko: Flint (Furintu, jak to mawiają Japończycy) Freeman

Wiek: 46 lat

Zdolność: Flint używa w walce zazwyczaj dwóch skałkówek albo typowo zbójeckiego topora o nadnormatywnej wielkości, ale pamiętajmy, że ten kolos od dziecka uczył się nieformalnych zasad ulicznej walki - i ma w tej dziedzinie kilkadziesiąt lat doświadczenia. Nie należy się więc dziwić, jeśli w walce użyje on pięści, łokci, nóg, głowy czy przygodnie napotkanego blatu stołu. A przynajmniej nie dziwić się zbyt długo, aby nie zwlekać z ucieczką. W walce jest to bowiem istny taran, dla którego nie zawsze liczy się, czy przed nim jest człowiek, drzewo czy ceglana ściana - zawsze przebije się do przodu.

Przeszłość: Flint nigdy dotąd nie prowadził pirackiego żywota. Całe swoje dotychczasowe, burzliwe życie spędził jako bandyta – Nomen omen pochodził on z tej samej wyspy co Luffy, jednakże opuścił ją jeszcze przed narodzinami młodzika. Był wtedy członkiem bandyckiej grupy z gór, której hersztem był niejaki Marduk, nie znany bliżej czytelnikowi. Dla przeciętnego zjadacza OP informacja ta mogła by znaczyć mniej więcej tyle, że w tej samej bandzie co Flint znajdowali się wtedy również młodzi jeszcze Dadan, Higuma, z czasem także Magra. Z samą Dadan, choć była od niego starsza o parę lat, łączyły go zresztą bardzo ciepłe stosunki - ze strony Flinta być może nawet i z zamiarami matrymonialnymi. W pogłębieniu tych relacji przeszkodziła jednak dalsza, tragiczna przeszłość tego obwiesia.
Dwadzieścia dwa lata temu zniknął z gór Corbo za sprawą poważnego incydentu, kiedy to wszedł w - większy niż zazwyczaj, rzecz jasna - konflikt z lokalnym prawem. Z przyczyn o których nie lubi mówić, a mających coś wspólnego z Dadan, zaatakował on królewskiego posłańca. Po znokautowaniu go jednym ciosem swej pięści, zdołał ciężko zranić dwudziestu żołnierzy króla, zanim został ostatecznie pojmany. Ponoć człowiekowi który odczytywał jego prawa, doszczętnie zgruchotał nos uderzeniem z byka. Owa chwila dzikości ciężko odbiła się jednak na jego życiowych dziejach. Wzbudzając w królu podziw, odrazę i strach swą wielką acz nieokrzesaną siłą, Flint został odesłany do Mariejois w charakterze niewolnika, jako dar dla Błękitnych Smoków. Nigdy już nie zobaczył Dadan ani też Dawn Island z jego ukochanymi górami. Wiedział tylko, że wskutek jego wyczynu siły królestwa Goa planują ostateczne wyniszczenie szajek górskich bandytów, w tym także tą Marduka.


„ Świat w którym żyjemy, popada w ruinę. Dziczeje. Psy obracają się przeciwko swemu panu, wyrodne dzieci podnoszą bluźnierczą rękę na swego ojca. Żyjemy w świecie, w którym najstarsza i najświętsza wartość hierarchii opluwana jest i bezczeszczona przez dzikusów. Niestety, nie umiem odmienić destrukcyjnego kierunku, w którym podąża ludzkość. Ale oni... z pewnością znajdą na nią sposób. To im zawierzam moje własne królestwo, by z ich pomocą zdołało odzyskać dawny porządek...
- Ród Błękitnych Smoków...? Czy ten zbir nie jest zbyt...?
- Złamią go. Nie ma ducha, którego by nie zdołali zniszczyć."


Decyzja o losie Flinta, rozmowa władcy królestwa Goa z wezyrem.


Pomimo swej siły i postury które uczyniłyby go idealnym nabytkiem do służby, nigdy nie okazał się być posłusznym niewolnikiem. Nie odpuszczał Błękitnym Smokom (ani żadnemu ich podwładnemu) żadnego upokorzenia, obelgi czy ciosu. Zawsze gromadził w sobie płynącą z nich złość, aż po którymś razie czara goryczy przelewała się - wypełniając Flinta furią zdolną do wyrywania kajdan i burzenia ścian. Tak upływały mu pierwsze dwa lata niewoli.
Wrodzona niechęć Błękitnych Smoków do niszczenia swej własności była jedynym co powstrzymywało ich od zabicia buntującego się raz za razem wielkoluda. Zamiast tego, po którejś z kolei próbie ucieczki, Flint został wrzucony do najniższego poziomu lochów. Flint w swoim życiu zwiedził jedno czy dwa więzienia od wewnątrz, jednak to było coś całkiem innego, wynoszącego pojęcie okrucieństwa do znacznie wyższej rangi. Odtąd nad złamaniem jego ducha oporu pracowali kaci. Pół roku bezustannych wysiłków oprawców wciąż nie zdołało jednak zniszczyć upartej woli Flinta, aby ujrzeć jeszcze w swym życiu góry Dawn Island.


"Wiem, że prowadziłem żywot grzesznika. Morderca? Złodziej? To ja. Ale wy, służący władcom świata, jesteście o wiele, wiele gorsi. Bo to nie nad wami zlitował się Bóg, obdarzając was wspomnieniem własnego kawałka świata, czystego od tego skażenia, które toczy waszą krew. To nie was obdarzył własnym kawałkiem raju. Dlatego wiem, że kiedy was za wasze grzechy w końcu pochłonie zasłużony ogień zemsty, wypalając te nic nie warte dusze... Ja będę ciągle żył!”

Flint do katów Błękitnych Smoków, powoli zamykając się we wspomnieniu gór Dawn Island.


Ostatecznie zrezygnowano z prób nakłonienia go do posłuszeństwa. Za swą niezłomność został ukarany dożywotnim uwięzieniem w męce. Obdarty ze wszelkiego ubrania, całkiem nagi, został powieszony pod sufitem za ręce. Raz na kilka dni dostawał tylko tyle jadła i picia, by podtrzymało go to przy życiu. Chłód, robactwo i okazjonalne wyżywanie się przez klawiszy smagały jego ciało, wyniszczając je kropla po kropli - lecz on umysłem był już coraz bliżej swoich gór, tam gdzie Marduk i Dadan. Co jakiś czas jedynie furia wytrącała go z katatonii, powodując mniej lub bardziej udane próby pobicia karmiących go bądź bijących strażników.
Po miesiącu od uwięzienia go, nie pamiętał o nim już żaden ze Smoków, lecz dni upływały dalej. To upokorzenie nagiego wiszenia trwało łącznie trzy długie lata.
Aż po upływie tego czasu, gdy zdołał kolejny raz wyrwać się umysłem z marzeń o ojczyźnie i ujrzał przed sobą jakąś postać, wierzgnął mocno zamierzając ją skopać w szale. Ten ktoś jednak bez problemu pochwycił jego bosą stopę i... Po prostu ją pochwycił. Nie uderzył go, nie próbował zmiażdżyć jej w uścisku, nie przejawił żadnej woli agresji. A po chwili szczęknęły opadające kajdany, raz na zawsze znikające jarzmo Flinta. I na jego nagie ciało ktoś narzucił płaszcz zdjęty z własnych ramion.
Był to pierwszy i ostatni raz, kiedy Flint w swym życiu spotkał Fishera Tigera. Ryboluda, który dokonał wyzwolenia wszystkich niewolników w Mariejois.


"Zbyt długo tu jesteś, widzę to w twoich oczach. Odebrali Ci niemalże wszystko, nawet prawo noszenia ubrania... I nikt ich nie powstrzymał. Ale czegoś odebrać Ci nie zdołali i dlatego, choć żyjesz na skraju śmierci, wciąż jesteś wolny. A teraz zabieraj stąd tyłek, i nie pozwól by ktoś kiedykolwiek pomyślał inaczej.”


Fisher Tiger do Flinta Freemana, okrywając go swym płaszczem.

Miło by było móc powiedzieć, że wtedy Flint dokonał swej zemsty na jego oprawcach i wspomógł Tigera w jego heroicznym czynie swą siłą. Ale tak nie było. Flint po tych trzech latach był ledwie cieniem swego dawnego ja, był wręcz kaleką który wymagał pomocy innych uwolnionych ludzi, aby móc się wydostać z tego przeklętego miejsca. Nienawidząc tego w sobie, niemalże od razu po ucieczce rozpoczął prace nad odzyskaniem swej formy. Udało mu się to w pełni, mimo iż z początku miał problemy nawet z poruszaniem rękoma. W swej determinacji stał się silniejszy niż był nim kiedykolwiek wcześniej. Poprzez coraz bardziej intensywne ćwiczenia wytracał powoli swój żal i gniew, pozostawiając jedynie tęsknotę. Nie uważał bowiem, by mógł jeszcze kiedykolwiek powrócić na Dawn Island. Nawet nie z powodu władzy królestwa Goa, która skazałaby go na śmierć gdyby tylko postawił stopę na ich lądzie. Nie, zbyt dobrze znał rozległe tereny wyspy, by dać się znowu złapać tym szubrawcom. Nie, nie powracał do domu, gdyż nie uważał by miał jeszcze do czego wracać. Nie znając żadnych losów górskich band po tym gdy został wywieziony do Mariejois, podejrzewał powodzenie ich eksterminacji, którą planowano po jego napaści na królewskiego posłańca. Silne poczucie winy powodowało u niego strach przed powróceniem w kraj jego dzieciństwa, bał się że to co go trzymało przy życiu w niewoli, teraz może się okazać dla niego miejscem obcym. Powracał więc do niego jedynie w myślach, wiedząc, że w jego pamięci to miejsce zawsze będzie niezmienne. Nie wiedział, że cały ów plan Królestwa Goa był jedną z ich większych porażek militarnych w ciągu ostatniego stulecia, gdyż ta krótka wojna z ukrywającymi się w dziczy bandytami skończyła się ofiarami niemalże tylko po stronie żołnierzy.
Nieświadom tego Flint pozostał więc tam, gdzie zostawili go ludzie uciekający razem z nim z niewoli - traf chciał, że mieszkańcy jednej z pierwszych wysp na Nowym Świecie. Już ta krótka i niebezpieczna podróż umocniła go w przekonaniu, że naprawdę nie lubi morza. Równocześnie jednak dalsze życie w groźnym rejonie podniosło poziom trudności jego morderczego treningu, dając tym samym lepsze rezultaty. Gdy powrócił do zdrowia, zajął się jedynym co tak naprawdę umiał w życiu - rozbojami. Złej sławy dodała mu - śmiesznie niewielka co prawda jak na pirackie standardy Nowego Świata - nagroda wyznaczona za nim jako za zbiegłym i niebezpiecznym niewolnikiem. Wynosi ona dziesięć milionów. (Wkrótce po dostrzeżeniu go ze Słomkowymi jak i po opisanej poniżej akcji, zdecydowano się podnieść ją do 35 milionów beri) Pomimo jednak owej złej sławy, Flint nigdy już nie pozwolił sobie na zabicie człowieka - nie po okrucieństwie, jakiego był świadkiem w trakcie swej niewoli.



Dołączenie do załogi: Moment w którym tak naprawdę poznajemy Flinta, już jako osobę 46-letnią, to jego spotkanie z załogą Słomkowych Kapeluszy. Flint był już wtedy dość szeroko znanym w okolicy rozbójnikiem, charakterystycznym głównie dzięki jego, zaskakującej jak na tą profesję, elegancji ubioru. Załoga Słomkowych, która pojawiła się na wyspie, z początku stała się celem jego napadu. Operując różnymi sztuczkami mylącymi drogę, zdołał rozdzielić ją na trzy grupki. Po okradzeniu wyjątkowo szczęśliwie dla niego złożonego składu pierwszego, to jest Usoppa, Nami i Choppera, spróbował swych sił przeciwko grupie drugiej. Sanji, Robin i Franky okazali się jednak zbyt silni dla niego, zmuszony więc został do odwrotu. Postanowił jednak spróbować okraść jeszcze ostatnią grupkę, na którą składali się Luffy, Zoro i Brook. Auć.
Przebiegu krótkiej potyczki, w której Flint był w stanie jedynie odeprzeć ataki lecz nie atakować, nie ma co tu przytaczać. Za to punktem zwrotnym tej sytuacji okazało się być rozpoznanie przez niego Luffy'ego - jako tego pirackiego dzieciaka, który pochodził z Dawn Island. Nie wiedząc nic więcej o przeszłości Luffy'ego, Flint lekkomyślnie zawsze uważał go za bachora z Goa, więc oprócz typowej niechęci jako do pirata, żywił też do niego wyjątkowo silną odrazę jako do mieszkańca zepsutego królestwa. Sam Luffy natomiast też nigdy nie ukrywał swojej niechęci do górskich bandytów. W pewnym momencie przeszło więc to w porachunki osobiste, mano a mano. Zwłaszcza, że Flint odparł mentalny atak haki Luffy'ego, sposobem z leksza podobnym do tego, w jaki Momonga odparł moc Hancock - w tym przypadku skupiając się mocno na swym marzeniu o górach.
Uznając go więc - mimo pierwszego wrażenia - za godnego siebie przeciwnika, Luffy postanawia walczyć z nim samemu, po męsku. Na pięści.
Byłoby głupotą nawet rozważać, że Flint zdołał wygrać. Przegrał sromotnie, lecz nawet Luffy zmuszony był głośno przyznać, że mogłoby być z nim źle, gdyby nie był z gumy. Dopiero w pełnej goryczy rozmowie pobitego Flinta z Luffym, wyszło na jaw powiązanie tego drugiego z Dadan.

„-Dlaczego nawet tutaj, na drugim krańcu świata, muszę cierpieć z ręki tego pieprzonego królestwa... Odebraliście mi moją ojczyznę, odebraliście mi wolność, zabraliście mi nawet Marduka... i Dadan... A nawet teraz, po tylu latach, przysyłacie tu swojego bachora, żeby mnie upokorzył...
- Hę, co powiedziałeś? Ty znasz Dadan? Jesteś z Dawn Island?!
- Jak miałbym jej nie... Zaraz, chcesz powiedzieć, że ona żyje?!
- Shishishishi! Dadan nie da się nikomu łatwo zabić, nie jest słaba. Wiesz, w końcu u niej się wychowałem.
- Coooooo? To Dadan ma dzieciaka?! Jesteś JEJ bachorem?!
- GDZIE JA TO NIBY POWIEDZIAŁEM, CO?! ODSZCZEKAJ TO!"


Flint i Luffy, chwilę po ich pierwszej walce.

Zszokowany odkryciem, że Dadan którą uważał od dawna za martwą ciągle żyje, Flint z początku po prostu uciekł. Zaciekawiony nim Luffy postanowił go jednak odnaleźć. Doścignął go w wysoko położonej grocie, która okazała się być mieszkaniem Flinta. Kamienne ściany, kilka mocno rustykalnych sprzętów domowych i całkowity brak zbytków dziwnie kontrastowały ze sporymi stosami pieniędzy i kosztowności, upchniętymi w głębi jaskini. Jak się okazuje, był to efekt jego ostatnich kilkunastu lat rozbojów.


"To śmieszne, ale nie zależy mi na pieniądzach. Nie lubię ich. Jeśli nie miało się w życiu nic, naprawdę nic, to wystarczy Ci niewiele, kilka rzeczy, abyś poczuł się bogaty. Po prostu okradanie ludzi to jedyne, co w życiu potrafię robić... więc to robię."


Flint o swojej zgromadzonej fortunie.

W rozmowie jaka się wywiązała, zachęcony opowieściami Luffy'ego o losach z Dawn Island, Flint zdołał rozgadać się na temat swojej przeszłości oraz powodach, dla których wciąż nie powracał do domu. Po wyjawieniu tego spochmurniał, zbyt bojąc się konfrontacji z Dadan by móc powrócić. To zachowanie wzbudziło niesmak w młodym kapitanie. Wyjawiwszy go głośno, zostawił rozwścieczonego Flinta samego z jego rozmyślaniami o słuszności swej decyzji.

"Przez chwilę sądziłem, że mógłbyś dołączyć do mojej załogi. Widzę jednak, że się co do Ciebie myliłem. Nie jesteś wolny."

Luffy do Flinta

Czyniąc długą historię krótką: W tym samym czasie reszta stała się ofiarą pułapki zorganizowanej przez Marines. Było to częściowo winą Flinta - rozbicie załogi na grupy i wyłączenie z gry Usoppa, Nami i Choppera wyjątkowo ułatwiło marynarce osiągnięcie celu. Nie bez strat, lecz z użyciem kariouseki oraz kilku forteli pochwycono ostatecznie całą załogę, która następnego ranka miała zostać przesłana do najbliższej jednostki więziennej. W nocy jednak spętanego siecią z morskiego kamienia Luffy'ego zbudził nagły, cichy jęk strażników. Chwilę później do pomieszczenia wsunął się odziany w czerń, błyskający jedynie białkami oczu w ciemnej nocy Flint, z propozycją dla kapitana Słomkowych.

„-Jesteś chłopakiem z góry Colbo. Nie cierpię tego i tego nie rozumiem, ale muszę Ci pomóc. Przedtem jednak powiem Ci co postanowiłem... Zrobię to - popłynę na twoim statku z powrotem na Dawn Island. Do domu. Do mojego pieprzonego domu. To jest mój jedyny warunek i jedyna zapłata.
- Taa... teraz mi się dużo bardziej podobasz. Zgoda, uwolnij mnie to będziesz mógł z nami płynąć!
- Na moim terenie, w środku nocy, przy tej liczebności? Wystarczy do tego jeden z nas. Uwolnię cię kiedy z nimi skończę.
- Flint, czekaj! Sam nie dasz rady, ich jest...
- Nie obrażaj mnie. Jeśli nie zdołałbym pokonać tej bandy słabeuszy, to znaczyłoby, że nie jestem godny powrotu. A jeśli jednak stracę życie w tej walce... Cóż, to czy wam się udało, będzie mnie już gówno obchodziło."


Rozmowa Flinta z Luffym.

Istotnie, w dość długiej potyczce rodem z filmów akcji ze Stallonem albo Segullem, z tymi wszystkimi eksplozjami i w ogóle, Flint zdołał ostatecznie w pojedynkę pokonać wszystkie zebrane w tym miejscu siły marynarki. Uwolniwszy po wszystkim załogę Słomkowych, zniknął w mroku nocy, zapowiadając swe przybycie o świcie.
Wieść, że rozbójnik który sprawił im tyle problemów, ma teraz towarzyszyć im w drodze przez drugie pół świata, spowodowała wśród Słomkowych spore zamieszanie. Nikt nie uważał, by ktoś taki mógł do nich dołączyć. Luffy przeczekał spokojnie, z typowym dla niego uśmiechem, aż cała załoga skończy swoje krzyki, zanim w końcu sam podzielił się swoimi przemyśleniami.

" Luffy: Rozumiem wasze obawy, ale będę musiał postąpić po swojemu, jeśli mi to wybaczycie. Wujaszek Flint może do nas nie pasuje, ale w gruncie rzeczy jest taki sam jak my. Każdy z nas ma swoje miejsce i ludzi, do których chciałby kiedyś powrócić. Cocoyashi, Syrup, Baratie, Drum, Water 7 czy Mount Reverse... Nawet ja tęsknię za swoją wioską. Spośród nas wszystkich takiego miejsca nie ma chyba tylko...
Sanji, Usopp, Chopper: Zoro, bo nie ma uczuć.
Zoro: CO WY MACIE MNIE ZA POTWORA CZY CO?! I to chyba nie mnie miał tu na myśli...
Nami: Luffy, mówisz o człowieku który nas okradł! Jak możesz wierzyć choćby jednemu jego słowu...?
Zoro: Powiedziała ta, co nas nigdy nie oszwabiła... Jak to z tobą było, co?
Luffy: Wierzę wujaszkowi. Byłem przy tym, gdy wiedział już, że znów zobaczy swój dom. Tego nie da się udawać.
Sanji: Niby czego...?
Luffy: Śmiechu... zmieszanego z łzami."


Słomkowi Kapelusze, o Flincie.

W ten sposób o świcie Flint ostatecznie stanął na pokładzie Thousand Sunny. Można by na tym skończyć tą opowieść, jednakże poprawne zakończenie wymagałoby ode mnie dopowiedzenia jeszcze jednej rzeczy - co stało się z fortuną Flinta. Nie miał on bowiem ze sobą praktycznie niczego, jedynie worek z kilkoma ubraniami. To zdziwiło Nami, która usłyszała już od Luffy'ego o zgromadzonym przez niego majątku.

„ - Forsa? Całą oddałem władzom miasta. To w końcu ich pieniądze, a po tych zniszczeniach które w nocy... Powiedzmy, że im się bardziej przyda. Masz z tym problem?
- O...oddałeś im tak po prostu wszystko? Co do grosza? Taką kupę kasy?! Jak można być takim kretynem?!
- To forsa z kradzieży, smarkulo! Na co Ci ona? Nie cierpię kradzionej forsy.
- Przecież sam ją buchnąłeś!
- ... Ciebie też nie cierpię."


Flint i Nami o pieniądzach z grabieży.

Nagleni nadpływającymi statkami eskortowymi marynarki, Słomkowi Kapelusze odbili od brzegu w dziesięcioosobowym składzie. Czy Flint spełni z nimi swe, zdawałoby się przecież proste, marzenie o spokojnym dożyciu starości w krainie swego dzieciństwa? Czas pokaże. Przed nimi rozciąga się bowiem morze, przy którym wszystkie ich dotychczasowe trudy określane są "Rajem".

"Nie ma już teraz odwrotu. Wygląda na to, że muszę przebyć piekło, aby móc powrócić do Ciebie. Czy gdy to zniosę, pozwolisz mi znów zamieszkać w kraju mej młodości? Czy też może przegnasz mnie, nie pozwalając mi więcej oglądać świata ze szczytów, wsłuchiwać się w odgłosy dżungli w dolinach, poczuć zapachów niesionych przez chłodny wiatr i zasmakować znów mięsa prawdziwego, górskiego niedźwiedzia... Nawet jeśli to zrobisz, i tak będę rad Cię zobaczyć. Proszę, choć obydwoje nie jesteśmy już młodzikami... Poczekaj na mnie jeszcze trochę... Dadan."

Rozmyślenia Flinta w trakcie odbijania od brzegu.


Opis załoganta:


Z zachowaniem wszelkiego szacunku dla jego nacji, i z zapewnieniami iż w tak różnorodnym świecie jak ten wykreowany przez Odę na pewno nikt się nie obraża za mówienie o jego kolorze skóry, pierwszym co nasuwa się przy próbie opisania Flinta są słowa: „Wielki Murzyn”. Całkiem możliwe, że to dlatego, że ma grubo ponad dwa metry wzrostu i skórę barwy hebanu. Nie tylko wzrost jednak jest u niego imponujący, gdyż nie licząc rozbudowanego cyborga Franky’ego, Flint jest zdecydowanie najszerszym w barach członkiem załogi. Pomimo iż swe lata młodości ma za sobą, wśród załogantów cieszy się też stanowczo największą tężyzną fizyczną – co nie przekłada się jednak na jego skuteczność bojową, umieszczając go dopiero pod poziomem tzw. Monster Trio. Inne cechy jego wyglądu to absolutna łysina na głowie, ujawniająca linie zmarszczek na czole, oraz niosący oznaki siwienia, przystrzyżony wokół jego wydatnych ust zarost. Na jego plecach znajduje się ledwo czytelny, bordowy znak niewolników. Pomimo jego słabej widoczności, Flint zawsze ukrywa go pod swym ubraniem.
Jeśli już o ubraniu mowa - Flint jest zdecydowanie eleganckim facetem. Oceniając po wyglądzie, człowiek podejrzewałby go o bycie raczej grubą szychą w marynarce, niż bandytą. Najczęściej zobaczyć go można w czarnym garniturze z czerwoną koszulą i również ciemnym krawatem, lecz tak naprawdę widuje się go w różnych, również mniej formalnych strojach, które zawsze jednak prezentują sobą pewien szyk i elegancję – przypuszczalnie może to być jakaś forma wyparcia i rekompensaty za upokarzające trzy lata, które spędził w nagim uwiezieniu. Łysinę Flinta najczęściej skrywa czarna fedora.
Flint jest zdecydowanie człowiekiem o trudnym charakterze. Nigdy nie był osobą szczególnie społeczną, lecz wydarzenia z przeszłości zdecydowanie odbiły się na jego zachowaniu, oprócz rozwiniętej w sobie namiętności do eliganckich strojów. Ma wyraźne problemy z zaufaniem zarówno wobec innych, jak i wobec siebie, co sprawiło iż mimo powrotu do złodziejskiego fachu, ciągle działał sam - Żadna z poznanych przez niego band nie okazała się wystarczająco dobra w jego mniemaniu. Ani on nie okazał się być odpowiednio dobry dla żadnej innej - wyrzuty sumienia za domniemany los braci i sióstr z bandy Marduka wciąż ciążyły mu na sercu. Załoga Luffy'ego, która zdjęła częściowo ten ciężar, niespodziewanie dla niego samego okazała się być pierwszą grupą do której dołączył w ciągu tych dwudziestu dwu lat, pomimo iż ciężko stwierdzić by lubił kiedykolwiek tą bandę popaprańców.
Jeśli już przy tym jesteśmy - Flint niczego nie lubi. Ponurak taki. Wyjątkiem są tylko jego ojczyste góry, w których się wychował. Całą resztę stopniuje jedynie jako rzeczy za którymi nie przepada, rzeczy których nie lubi oraz rzeczy których nienawidzi. Kilka przykładów:
Nie przepada: Za Luffym i raczej za resztą Słomkowych Kapeluszy, za piwem i panierowanym kurczakiem (jego najmniej nielubiane pożywienie), naturą, szykownymi ciuchami, za Bogiem.
Nie lubi: Piratów, marynarki, rozwydrzonej młodzieży, gadulstwa, muzyki, tchórzy, użytkowników mocy Diabelskiego Owocu, łowców piratów, kucharzy, włamywaczy, milczków, zwierząt, cyborgów, ludzi, syren, ryboludzi, olbrzymów, hałasu, wielkich miast, Brooka.
Nienawidzi: Błękitnych Smoków, Królestwa Goa, pozbawionego treści przepychu.
Choć żadną miarą Flinta nie da się nazwać bogobojnym człowiekiem, to w skrytości ducha jest osobą wierzącą - na swój pokrętny sposób. Ujawnia to w chwilach gdy jest to dla niego wygodne - albo po prostu gdy znajduje się na skraju desperacji, jak to było w trakcie jego tortur. W takich chwilach, gdy z całą potęgą swego głosu zaczyna mówić o Bogu, może kojarzyć się z wyjątkowo żarliwym pastorem któregoś z kościołów afroamerykańskich - niemniej jednak prędzej chyba postrzeliłby się w obydwie ręce, nim zacząłby klaskać i śpiewać o swej miłości do Pana. Jak sam wspomina, zbyt wiele padło miedzy nimi ciężkich słów.

Relacje Flinta z resztą załogi nie należą do łatwych, ale dzięki jego jednolitej niechęci do całego świata, nie wymaga to przynajmniej długiego rozpisywania się. Bezwzględnie jednak jego największa słabość leży w Luffym. Przede wszystkim - widzi w nim rywala. Od czasu ich pierwszej potyczki, nie może znieść faktu, że został pokonany przez dzieciaka. Od tamtej pory wciąż więc trenuje, by mniej więcej raz na każdy tydzień wyzwać go na kolejny pojedynek lania się po mordach. Pomimo intensywnych starań, wciąż i niezmiennie Flint przegrywa. Jak jednak Luffy zauważa z pewną satysfakcją, z każdym miesiącem zwycięstwo kosztuje go coraz to więcej wysiłku. Istnieje jednak także druga strona relacji tej dwójki - wspólne pochodzenie. Rozmowy o Dawn Island i górze Colvo są chyba jedynymi chwilami, w których Flint zapomina o swym ponuractwie i potrafi naprawdę się uśmiechać.

„ - Zerehahah! Górska małpa... Tak, to pasuje do Higumy. Wiedziałem, że się gnojek rozbestwi, jak nie będę go codzienie prał. Ale opowiedz mi coś o Dadan... Dalej ma w sobie to coś, że jak zakręci biodrem to oka z niej spuścić nie można?
- Fuuuj... Wuja, na pewno o tej samej Dadan mówimy?"


Luffy i Flint rozmawiający o ojczyźnie.

Poza tymi rzadkimi chwilami, Flint jednak jest pierwszorzędnym ponurakiem i marudą, który nie przepuści żadnej okazji, żeby się do czegoś przyczepić. Nim załoga zdołała przywyknąć i oswoić się z tą jego cechą charakteru, kosztowało to ją sporo nerwów.

" –Już odpadasz? Wiedziałem, że mocny to ty jesteś tylko w gębie. Jak całe to wasze gówniane pokolenie. Tylko przechwałki, a w majtkach cieńcy!
- Sszekaj nnoo! Sssabije cie! "


Flint i Zoro po konkursie picia.

" - Czego ty dalej tak półnaga biegasz? Wstydu nie masz? To może od razu wyjdź pod latarnię z takim wyglądem, to zarobisz trochę kasy na której Ci tak zależy!
- Słuchaj no, odwal się! Po prostu mi jest ciepło!
- Kuźwa, w listopadzie?
- Grrrr!"


Flint i Nami

„- Kwiatki sadzi. Jak ładnie. Podlewa, ziemię przekopuje i w ogóle. Pewnie jeszcze mówi do nich, głaszcze je i muzykę im puszcza. Phi. Ciota.
- Wal się wuja! Masz jakiś problem czy co?
- Ja? A to ja w kajucie siedzę i do kwiatków gadam? Czas tylko marnujesz, zamiast ćwiczyć! Weź się za siebie, bo z takimi chudymi rączkami to cię żadna nie zechce!
- A..ale ja już przecież..."


Flint i Usopp

„- Nie no ja rozumiem, jedzenie na morzu to ważna rzecz i przyznam, że z tego wszystkiego co gotujesz to kurczak w panierce Ci wychodzi nawet zjadliwie... Ale kiedy ty się w końcu weźmiesz za jakieś MĘSKIE zajęcie...?
- Spier*alaj..."


Flint i Sanji

„- Mały... nie zastanawiałeś się kiedyś, jak twój łeb by wyglądał nad kominkiem? Serio, mam nadzieję że nie umrzesz w ludzkiej postaci, bo te rogi na pewno muszą skończyć na mojej ścianie! Hmmm... w sumie to po co kusić licho, miałem tu gdzieś kozik...
- Luuuuufffyyyy!
- Ha, znowu się rozpłakać? Po dwudziestym razie? Jak bardzo naiwny ty jesteś?
- *chlip* Poczekaj tylko aż zachorujesz! Zobaczysz!"


Flint i Chopper

„ - Ej ale tak serio teraz. Ty musisz mieć jakiś kompleks, co nie? Zdrowemu facetowi wystarczają pięści, do których nie trzeba szukać pilota.
- Ej, staruszku, zaczynasz mi grać na nerwach. Nie doceniasz mojej Suuuupaaa....
- Te gadżety ci jakoś rekompensują inne braki, co nie?
- ...Dobra, będzie w ryło.
- Od Ciebie? A kto ci niby zawiasy rozbuja?"


Flint i Franky

„-A ty czego tak świrujesz znowu, co? Ustatkowałbyś się, wnuków narobił...
- P...przepraszam?
- Ty masz już prawie setkę na karku, a zachowujesz się jak durny nastolatek. Odbiło?! Miejże trochę godności jak już stoisz nad grobem... Znaczy z niego wychodzisz... Znaczy jak to z tobą... Miejże trochę godności!"


Flint i Brook

W zasadzie jedyną osobą do której Flant rzadko znajduje jakieś "ale", gdyż jest to nawet dla niego nieco trudne, jest Nico Robin - kobieta ta raczej powoduje u niego najczęściej zmieszanie, od czasu pewnej krótkiej rozmowy.

„ - A ty co tutaj tak niby... Znaczy... Znowu masz.... Hmmm... I jesteś... Naah, nieważne, możesz iść.
- Fufufu. Dziękuję, Flincie.
- Za co niby?
- Są wśród nas tacy, którzy z pewnością często się zastanawiali, jak to jest mieć ojca. Teraz już to wiemy.
- Yyyyy?!"


Flint i Robin

Tak w gruncie rzeczy bowiem można uprościć relacje Flinta z załogą. Z wyjątkiem Brooka, którego uparł się by traktować jak szurniętego staruszka, traktuje ich trochę po ojcowsku - marudzi, czepia się i narzeka, lecz w głębi serca i gdy myśli że nikt nie widzi, pozwala sobie na troskę o tę bandę. I po pewnym czasie spędzonym z nimi na morzu, wiedział jedno - jakkolwiek by go ta hałastra nie wkurzała, z pewnością nie pozwoli nikomu ich skrzywdzić.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

10.12.2013 02:31
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama