Aktualny czas: 25.11.2017, 06:03 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odpowiedz 
I będziesz ostrzem w ciemności...
Autor Wiadomość
Zangetsu2 Offline
Kapitan
Pirat

*
Liczba postów: 604
Dołączył: 30.07.2009
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
I będziesz ostrzem w ciemności...
Pisać każdy może, trochę lepiej, lub trochę gorzej... co prawda nie leci to dokładnie tak, ale mam nadzieję, że i na tą gałąź przełożymy te słowa. ^^ Dlatego też wsadzę tutaj kawałek tekstu mojego autorstwa. Jakby ktoś zechciał przeczytać te wypociny to będe wdzięczny za wszelkie uwagi, bo wiem jak wiele niedociągnięć i braków mam. Piszę for fun wyłącznie, ale miło by było gdybym pisał znośnie. ^^ Możecie jechać jak po, za przeproszeniem, burej sudze. Big Grin Pozdrawiam.

Żołnierze 4 Armii zmierzali w kierunku granicy nieustannie od już praktycznie dwóch tygodni i nic nie zapowiadało, aby to tępo miało zostać zmniejszone. Sytuacja pomiędzy Królestwem Alnama, a Cesarstwem Dokan stawała się coraz bardziej napięta. Kolejny raz poszło o cła handlowe i naruszenie wytyczonych, przez Traktat Magów, granice. W takiej sytuacji pierwszą decyzją cesarza było oczywiście wzmocnienie najbardziej wysuniętych na zachód garnizonów, a tak doborowe oddziały jak 4 Armia, najlepiej nadawały się odstraszania narwanych żołnierzy i zmuszały do zastanowienia się dwa razy zanim ich tyłek przejdzie na obce terytorium. Prestiż jednak niewiele pomagał kiedy przychodziło się zmierzyć z trudami marszu. Piach pustyni, upał i brak wódki podczas tych niewielu chwil odpoczynku wcale nie pomagały. Sytuacja stawała się powoli napięta i na twarzach wojaków, szczególnie tych młodszych, dało się zauważyć wzmożoną chęć bitki. To też kilku nowych, przyłączonych co dopiero szeregowców, postanowiło spróbować rozładować napięcie skacząc na siebie z pięściami. W cesarskiej armii nie było miejsca na takie pokazy. Powieszenie prowodyrów i kilka dodatkowych chłost wystarczyły, żeby dać dobry przykład.
Po zapadnięciu zmroku i budowie prowizorycznych, acz solidnych umocnień ponad 50 tysięcy ludzi udało się na spoczynek. Pomimo pobytu w obrębie własnych granic, ostrożność nie pozwalała rozbić niechronionego obozu. Dowództwa armii w Cesarstwie zawsze uważały, że lepiej uważać, niż potem żałować. Na twarzach praktycznie każdej osoby malowało się ogromne zmęczenie. Dzisiejszego dnia upał szczególnie dawał się we znaki jednak nie było miejsca na żadne zwolnienia tempa. Rozkaz generała stanowił – Nie mdleć! – toteż nie mdlano.
Keldor obudzony został przez szeregowego o wyjątkowo piskliwym głosie. Z łóżka zwlekał się ciężko i ociężale, co niewątpliwe zawdzięczał stosowi zaległych raportów, które musiał wypełnić. Pomimo nie wyspania nie wydawał się jednak tak zmożony jak pozostali. Był w końcu majorem i 10 lat służby w armii solidnie zahartował jego organizm. W takich momentach zawsze przypominał sobie pacyfikacje dzikich plemion z południa w podobnych warunkach. Tamte wydarzenia nie tylko odcisnęły ślad na jego sile i tężyźnie fizycznej. Pamięć o rzeziach skutecznie potrafiła doprowadzać go do bezsenności w młodzieńczych latach. Koszmary jednak ucichły, a doświadczenie z trudnych terenów pozostało i było jednym z czynników, dla których 28-letni mężczyzna został najmłodszym majorem w historii 4 Armii. Starsi, wyżsi rangą najczęściej przyglądali mu się z ostrożnością, wiedząc, że przyjdzie dzień gry może on ich zastąpić. W szeregach cesarskich wojsk nie liczyło się nazwisko czy pochodzenie. Jedyna karta przetargowa, która miała jakiekolwiek znaczenie nazywała się skuteczność. A z tą Keldor nie miał ostatnimi czasy problemów – wszelkie akcje z udziałem plutonu „Kruków”, któremu przewodził kończyły się zazwyczaj sukcesem. To szybko zapewniło mu absolutną wierność żołnierzy i wnet młody major obrósł legendą. Każdy młodzian przyodziewający mundur prędzej czy później pragnął służyć pod jego rozkazami, nawet pomimo tego, że „Kruki” wysyłane najczęściej były w celach dywersyjnych, szpiegowskich i skrytobójczych na teren przeciwnika. Póki co jednak oddział musiał maszerować razem z armią, której podlegał, co w praktyce oznaczało kompletny brak działania.
Keldor wiedział, że czeka go dzisiaj narada starszych oficerów, których szczerze nienawidził. Nie interesowało go prowadzenie politycznych gierek i walka o stołki, stąd też jego udział w radzie ograniczał się zwykle do siedzenia w kącie i ewentualnych wtrąceń w przypadku podjęcia działań. Wiedział, że nie do końca pasuje w tym towarzystwie. W porównaniu do innych nie miał pod komendą zastępu ludzi, a jedynie swój mały oddział, który miał specjalną pozycję ze względu na przydzielany rodzaj zadań, które najczęściej były po prostu najtrudniejsze, a czasem wręcz ekstremalne. Nie mógł jednak odmówić udziału, był to jeden z tych smutnych obowiązków, których w żaden sposób nie da się ominąć. Kary za niestawienie się mogły być srogie, jak zresztą wszystkie przyznawane przez Cesarstwo. „Sprawiedliwe prawo, to twarde prawo” – takie właśnie zdanie można było najczęściej usłyszeć od przeciętnego urzędnika w państwie.
Po wywleczeniu się z koca podszedł do miski i ochlapał twarz wodą. Popatrzył się w lustro i musiał przyznać, że nawet na niego podróż zaczynała wpływać negatywnie. Jego twarz pokrywała gęsta broda i, z koloru, zaczynała powoli przypominać raka. Przede wszystkim jednak zauważył lekkie znużenie, ciągłe bycie w akcji odzwyczaiło go od tak długich momentów, teoretycznie nudnych. Pomyślał, że przydałoby się doprowadzić do porządku jednak nie miał teraz na to czasu. Podszedł do krzesła, zabrał przewieszony przez nie mundur i wyszedł z namiotu. Z miejsca uderzył go potężny blask Słońca, oślepiając go na moment. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do nowych warunków, zobaczył że w jego stronę zmierza wysoki, atletycznie zbudowany blondyn. Był to Siegfried – stary druh, towarzysz broni i prawdopodobnie najlepszy przyjaciel jakiego Keldor kiedykolwiek miał. Swoje kariery zaczynali w tym samym przydziale, tam też się poznali i od tamtego momentu właściwie zawsze trzymali się razem. Szczęśliwie los najczęściej rzucał ich w tą samą wojenną zawieruchę i co chyba jeszcze szczęśliwsze żaden z nich nie stracił podczas niej głowy. Dlatego też kiedy Keldor dostał nominację na dowódcę „Kruków” nie miał problemu z wyborem swojego zastępcy.
- Witam! Oho, widzę ciężka noc za kolegą? Jakieś specjalne rozrywki? – przywitał się Sieg, ani na chwilę nie pozbywając się z twarzy szerokiego uśmiechu.
- W najbliższym czasie możesz spodziewać się stosu papierów. – odpowiedział Keldor, mierząc wzrokiem przyjaciela. W dalszym ciągu przecierał oczy, które domagały się większej ilości snu. Wspomnienie wypełniania masy, bezsensownej makulatury nadal wywoływało u niego lekki niesmak.
- Dobrze wiemy, że każdy z tych papierów potrzebuje twojego podpisu. Nawet jeśli zawalisz mi nimi cały namiot, to i tak będziesz moim towarzyszem niedoli. – na to major już nie znalazł riposty, dobrze wiedząc, że to prawda. Dwójka zaczęła zmierzać w kierunku dowództwa. Czuć ciągle było wchodzący do butów piach, co jednak specjalnie nie przeszkadzało idącym. Najgorszy był upał.
- Zapowiada się ciężki dzień. Takiego gorącego poranka jeszcze nie było od kiedy wyruszyliśmy. – zwrócił uwagę, rozpinając lekko mundur. Faktycznie temperatura potrafiła zbić z tropu.
- Ta, upał jak w piekle. Chłopcy zaczynają powoli nie wytrzymywać. Są naprawdę mocni i starają się trzymać, ale nawet oni nie dadzą radę. Z tego co się rozejrzałem to masa innych oddziałów już praktycznie niczego sobą nie prezentuje, tak więc i tak jest nieźle. – w głosie Siegfrieda wyraźnie dominowała nuta zmartwienia. Wiadomym było, że dla żołnierzy którymi się zajmował był prawie jak ojciec. Na jego czole widać było kropelki potu, a sam nie oddychał, a raczej dyszał.
- A dowództwo co na to? Mają zamiar coś z tym zrobić?
- Na razie na to nie wygląda, wczoraj kazali jeszcze przyśpieszyć tempo. Rozumiem, że sytuacja jest napięta, ale nie jestem w stanie pojąć dlaczego, aż tak się śpieszą. Nawet jeśli damy radę tam dojść, to mało kto będzie w stanie podnieść broń. – na twarzy Siega malowało się zdenerwowanie.
- Może góra boi się ostatnich plotek? – rzucił Keldor, nie zapominając o ziewnięciu.
- Tych o zapomnianych kultach? Żartujesz? Nikt o zdrowych zmysłach nie może ich wziąć na poważnie. Naprawdę myślisz, że Alnama może nam zagrozić jakimiś przestarzałymi bożkami i zrzucić na nas ogniste deszcze, klątwy i inne chuje muje dzikie węże? – ironia, aż kipiała z każdego wypowiedzianego słowa. – Pozatym nawet jeśli udało im się cokolwiek zrobić, to nasze Zgromadzenie, powinno szybko uciszyć ich magów. Zresztą 20 lat temu już to zrobili i teraz też przydałaby im się nauczka, chociaż wątpię żeby ich groźby wychodziły poza szczanie małych, magicznych skrzatów do dzbana. – skwitował.
- Spokojnie, nie mówię od razu, że to prawda. Ale coś musi być na rzeczy. Generałowi Maximowi wiele można przypisać, ale na pewno nie będzie to bezmyślność. Coś się święci. I to coś poważnego. – zapadała chwila ciszy. Keldor i Sieg przechodzili właśnie obok namiotu medyka. Szybko dało się zauważyć, że z dnia na dzień coraz więcej osób tam przebywa. Przyjmowano już tylko totalnie wycieńczonych, którzy nadawali się jedynie do leżenia. Cała reszta musiała radzić sobie sama, a wszyscy cwaniacy, którzy próbowali symulować, dostali oczywiście niezawodną i zawsze skuteczną chłostę. Przykład podziałał dobrze i przestano się starać o niezasłużone miejsce w „przychodni”.
- Naprawdę myślisz, że tak się forsujemy, bo przestraszyliśmy się jakiś bożków? Przecież wszystkie pomniejsze kulty zostały wyczyszczone prawie dwa wieki temu. – zagadną wreszcie Siegfried.
- Ja nic nie myślę. Na razie czekamy na to co powie nam generał, a potem się zobaczy. – uciął rozmowę Keldor. Od tego momentu zaczęli przemierzać dalszą część drogi w ciszy. Uważni rozglądali się dookoła siebie, żeby sprawdzić jak mają się nastroje ludzi i faktycznie nie było za wesoło. Zmęczenie i pustynna monotonia powodowały dwa zachowania – apatię i frustrację. Ta pierwsza była łatwo zauważalna w godzinach porannych takie jak te. Widać było żołnierzy leżących na kocach, tępo patrzących się w jeden punkt. Trochę dalej siedziała grupa nowych, niechętnie i z wyraźną nudą, grających w karty. Nuda i brak chęci działania były jednak niegroźne, w porównaniu do pojawiającej się najczęściej podczas marszu frustracji. Logika w tym wypadku była prosta – maszerujemy, bo dowództwo kazało. Dowództwo kazało, bo wrogowie są blisko. W takich okolicznościach największym pragnieniem było dorwanie w swoje łapy Alnamczyka i zabicia go, poprzedzając to bonusem w postaci najlepiej wymyślnych mąk. Do granicy jednak był jeszcze kawałek i nie zapowiadało się na żadne, nawet najmniejsze, stracie zbrojne w przeciągu jeszcze następnego tygodnia. I właśnie ta niemożność skrzyżowania mieczy z wrogiem powodowała irytację. Ta musiała być kontrolowana i najlepiej tłumiona w zarodku, bo żołnierze byli beczką prochu, która mogła wybuchnąć od najmniejszej iskry, powodując totalne zamieszanie. Cesarstwo na szczęście miało w swoich szeregach największych specjalistów od powstrzymywania niezdrowych nastrojów, a ci w uspokojenia stosowali najlepiej znaną sobie metodę – żelazną dyscyplinę.
Keldor i Siegfried dochodzili już do ogromnego jak na warunki polowe namiotu dowództwa. Jednak oprócz rozmiaru, nie wyróżniał on się niczym innym od innego, przeciętnego znajdującego się w obozie. Cesarstwo nie było największym zwolennikiem przepychu, a każda z rzeczy miała być przede wszystkim solidna i praktyczna. Do tej pory nie znaleziono jednak żadnego rozwiązania na wszechobecny piach, który cały czas dostawał się do butów powodując jedynie dalsze pogarszanie się humoru. Stąd też Kel i Sieg cieszyli się, że już są na miejscu.
- Chwała Cesarzowi! – krzyknęli od razu po wejściu do pomieszczenia. Po chwili zorientowali się, że wszyscy tzn. generał, dwaj pułkownicy oraz trzech majorów. Keldor był jedynym z tej czwórki, który na spotkania przyprowadzał swojego asystenta, co było jednak akceptowalne.
- Mało brakowało, a byście się panowie spóźnili. Ostrzegam, że takie zachowanie nie będzie tolerowane. – Chłód bijący z tej groźby przynosił lekkie ukojenie zważywszy na niesprzyjające okoliczności natury - Podejdzie bliżej, chcielibyśmy rozpocząć naradę. – powiedział generał Matsen. Ten 67-letni człowiek trzymał się lepiej od niejednego młodzika. Nadal posiadał atletyczną sylwetkę, pomimo upływu lat, a po usłyszeniu jego głębokiego głosu od razu zaczynało się czuć respekt.
Spóźnialscy podeszli bliżej okrągłego stołu, a tam zobaczyli rozłożone mapy, na których postawione już były prowizoryczne figurki, symbolizujące położenie wojsk. Z tego co zauważył Keldor sytuacja z każdym dniem faktycznie stawała się coraz bardziej napięta. Królestwo Alnamy zaczęło kumulować przy granicy naprawdę solidną ilość żołnierzy i młody major pomyślał, że 4 Armia to może być za mało na zatrzymanie przeważających sił przeciwnika. Porozrzucane też były jakieś depesze, krótkie notki przekazywane przez zwiadowców i sądząc po nietęgich minach zebranych nie były to najlepsze informacje.
- Nie jest dobrze. – zaczął generał – Zwiadowcy mówią, że Alnamczycy grupują niepokojąco duże ilości wojsk.
- Nic nowego, przecież właśnie dlatego cały czas idziemy, bo zaczęli gromadzić się przy granicy. – chrząknął jeden z pułkowników, niski, przysadzisty Leonard Berg, którego twarz zdobił charakterystyczny, bujny wąs.
- Tak, ale nikt nie spodziewał się, że ich siły będą aż tak duże – generał wziął jedną z kartek ze stolika – „3 kilometry od granicy 80-100 tysięczna grupa przeciwnika. Wygląda na to, że Alnamczycy nie są sami” – zacytował meldunek generał.
- 100 tysięcy? Przecież to niemożliwe, wiedzielibyśmy o tak dużym ruchu jednostek przeciwnika – z lekkim niedowierzaniem powiedział Siegfried. Na jego twarzy malowała się dziwna mina, ani to ironiczny uśmiech, ani strach, co ostatecznie wyglądało jakby był przygłupem.
- I o ruchu Alnamczyków wiedzieliśmy. Tyle, że zwiadowcy nie monitorowali granic innych krajów. Wiemy przynajmniej z kim jeszcze mamy do czynienia, generale? – zapytał Keldor.
- Żadnych pewnych informacji, ale wydaje się, że muszą to być Sudańczycy. Ani Vikka, ani Belonia nie mogą zmobilizować na szybko takiej ilości ludzi. A Mareńczycy z tego co na razie wiemy nie zawierali żadnych traktatów z Alnamą. – w namiocie zapanował lekki gwar. Poszczególni wojskowi zaczęli wymieniać pomiędzy sobą opinie.
- Na chwilę obecną wydaje mi się, że możemy zachować spokój. Przecież prowadzone są rokowania, a kilka dni drogi za nami mamy posiłki. Nie odważą się przekroczyć granicy. – rzucił na głos jeden z pułkowników.
- Nie możemy być tego tacy pewni. Z tego co na razie można usłyszeć rokowania w stolicy nie idą za dobrze i sprawa jest bliżej zerwania rozmów, niż podpisania jakiegokolwiek porozumienia. – ostudził optymizm Matsen. – Sąsiedzi są poważnie wkurzeni naszym embargiem. Zwykle podkulili ogon i zamiatali do siebie, teraz jednak jest inaczej. Wysuwają żądania i grożą siłą, a każda ich delegacja ma koło siebie przynajmniej 2 magów. – po tych słowach jego mina stała się jeszcze poważniejsza, choć wydawało się to niemożliwe.
- Mają tylko 20 magów w Królestwie i ryzykują przyprowadzaniem ich w paszczę lwa? – z lekkim niedowierzaniem zapytał Sieg.
- Może już ich jest więcej? – rzucił ktoś z obecnych – Może poszukiwania kandydatów było wyjątkowo dobre w ostatnim czasie?
- A może znaleźli jakieś źródło i „produkują” magów szybciej od nas?
- Raczysz chyba żartować majorze! Widzę, że nadal nie zapomniał Pan tych bajeczek z lat młodości i dalej łudzi się jakimiś nadprzyrodzonymi mocami. – Berg nie zapomniał oczywiście skwitować całej wypowiedzi ironicznym uśmieszkiem. Odezwał się nawet stary przyjaciel:
- Kel, daj spokój. Nie mamy żadnych dowodów, że od zakończenia Wojny Żywiołów kiedykolwiek, ktokolwiek miał dostęp do źródeł mocy. Naprawdę myślisz, że coś się zmieniło? – na jego twarzy dało się zauważyć zwiątpienie.
- Niczego nie możemy wykluczyć. Ta nagła pewność siebie musi z czegoś wynikać, a skoro armia Alnamczyków nie wzmocniła się w ostatnim czasie zbyt gwałtownie, musi to być coś innego. Trzeba być przygotowan…
- Raczy major przestać opowiadać takie głupoty! – zdecydowanym i wzburzonym głosem przerwał mu Berg. – Już od kilku dni w naszych oddziałach krążą jakieś zabobonne plotki! Teraz przynajmniej wiemy kto je rozpuszcza! – mały człowiek wyciągnął palec wskazujący przed siebie i wrogo wskazywał nim na Keldora. Cała sytuacja wyglądała z lekka komicznie, bo młody major był młodszy, chudszy, lepiej zbudowany, a przede wszystkim wyższy o dobre kilkanaście centymetrów.
- Siedź już cicho Berg i nie przedłużaj! – stanął w obronie przyjaciela Sieg.
- A to dlaczego? Myślisz, że wszedłeś do tego namiotu i przestałeś być nagle wieśniakiem?
- Ty skurwysynu! – obrażony i zdenerwowany, szybko doskoczył do oponenta i było już gotowy wymierzyć cios kiedy nagle generał huknął zdecydowanie:
- Zamknąć się wreszcie! Jak chcecie zrobić z tego pomieszczenia burdel to won do dziwek i tam się wyżyć! Jeszcze raz taka zrobicie obydwoje tutaj taką scenę, a gorzko tego pożałujecie. Zrozumiano?
- Tak jest! – odpowiedzieli wspólnie i prawie od razu spojrzeli na siebie jakby na chwilę mieli rzucić się sobie do gardeł. Generał Matsen jednak pomimo upływu wieku w dalszym ciągu potrafił wystraszyć nawet najtwardszych i potrafił uspokoić każdego.
- Chciałem porozmawiać nad dalszym planem działań, ale niektórzy zwiadowcy się spóźniają, a jak widzicie dostępne informacje dają dosyć mętny plan działania.– dało się wyczuć lekko nerwowy ton głównodowodzącego. – Dlatego też jedyne co na razie mogę powiedzieć to abyście trzymali swoich żołnierzy w ryzach i zachowali karność. W każdej chwili może dojść do starcia i nie chce żadnych, niepotrzebnych ofiar spowodowanych rozprężeniem. Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno?
- Tak jest! – gremialnie krzyknęło całe towarzystwo.
- Teraz przejdźmy do bieżących spraw w obozie. Jakieś sprawy, raporty? – po tych słowach klasycznie zaczęła się najnudniejsza część spotkania – załatwianie wszystkich obozowych spraw. Praktycznie każdy miał mniejszy lub większy problem, który wymagał jak najpilniejszej uwagi, stąd też wszystko zaczynał się lekko przeciągać. Kiedy wreszcie ostatni z „petentów” został wysłuchany można było zakończyć.
- Rozejść się! – mocnym głosem zagrzmiał generał. Po tych słowach wszyscy obecni w pomieszczeniu natychmiastowo odwrócili się i pośpiesznie zaczęli wracać do swoich przydziałów. Berg i Siegried wymienili jeszcze kilka wrogich spojrzeń, rzucili kilka przekleństw i wyzwisk pod nosem, obyło się jednak bez bójki. Kiedy większość osób zdążyła już opuścić namiot Matsen się odezwał
- Akerman, pozwól jeszcze do mnie na chwilę. – Keldor od razu zainteresowało po co generał go wzywa. Jeżeli nie powiedział do tej pory co się dzieje, chciał to pewnie zachować w tajemnicy, a to oznaczało coś poważnego. Posłusznie obrócił się na pięcie, zawołał i wydał kilka dyspozycji swojemu zastępcy i ruszył z powrotem w kierunku przełożonego.


- Usiądź proszę – Keldor odsunął krzesło i spoczął wygodnie naprzeciw starszego mężczyzny. Przyjrzał się dokładnie jego twarzy. Przy odrobinie wnikliwości można było wywnioskować, że dzieje się coś niedobrego. Co prawda oblicze doświadczonego wojaka, pozostawało jak zwykle zimne, ale uważny rozmówca mógł dostrzec pewne objawy zaniepokojenia. Postanowił jednak nie przejmować inicjatywy i zaczekać, aż dowódca sam ze chce przejść do sedna. Ten był konkretnym człowiekiem i nie musiał czekać za długo.
- Nie jesteś głupi. Zauważyłeś, że coś nie gra, prawda?
- Powiedzmy, że kilka informacji wydaje się interesująca. Pytanie tylko czy jest się czym martwić.
- Chodzi ci pewnie o raporty o zapomnianych wierzeniach i rytuałach, które wracają. W ostatnim czasie było ich dosyć dużo. Dobrze wiem, że w obozie co niektórzy zaczynają o tym mówić i siać przez to panikę.
- I jednej i drugiej sprawie ma pan rację. Istotnie chodziło mi właśnie o tą sprawę, a i nastoje wśród żołnierzy zaczynają być lekko niepokojące. – Keldor odpowiadał całkowicie spokojnym głosem. Nie chciał okazywać nawet najmniejszego zdenerwowania, bo wtedy mógłby odejść z kwitkiem. Naprawdę jednak był coraz bardziej zaniepokojony. Zapadła chwila ciszy. Po chwili generał kontynuował.
- Faktycznie dostajemy informacje, że Alnamczycy wrócili do starych rytuałów. Podobno są one zdolne dawać wyznawcom potężną moc. Moc, która ma obrócić w pył wszelkich wrogów i spowodować, że świat padnie na kolana przed Królestwem. Dwa tygodnie temu gdyby ktoś przyniósł mi taką informację to wyśmiałbym go i kazał wychłostać za tracenie czasu.
- Coś się zmieniło od tego czasu? – z zaciekawieniem zapytał major. Matsen westchnął, wstał i podszedł do sejfu. Po chwili wyciągnął stamtąd kilka kartek papieru. Wyglądały na raporty, dziwne było jednak to, że nie zostały pokazane na spotkaniu dowództwa.
- Oto raporty zwiadowców, którzy dotarli do przygranicznych wiosek. Nie pokazywałem ich, bo bałem się, że mogą wywołać masę niepotrzebnych spekulacji wśród wszystkich żołnierzy. – generał podał cztery kartki papieru i podwładny zaczął je czytać. Sprawa wyglądała dosyć tajemniczo, ale nie nadzwyczaj niepokojąco. Ot całkiem normalna sprawa w czasach napięć, czy wojen. Była sobie mała przygraniczna wioska, na którą napadnięto i wywieziono mieszkańców w głąb obcego kraju jako tanią siłę roboczą. Drugi wariant to masakra mieszkańców i krwawa jatka, połączona najczęściej z przylgnięciem etykietki „przeklęte” jeśli chodzi o miejsce kaźni. Obydwie możliwości były na równi popularne i powszechnie stosowane przez wszystkie strony konfliktu. W tym wypadku Alnamczycy zdecydowali się prawdopodobnie na pierwszy.
- Szczerze mówiąc nie widzę tutaj niczego niezwykłego. Ludzie mieli pecha, że wybrali takie a nie inne miejsce do życia. – powiedział Keldor.
- Doczytaj do końca proszę. – odpowiedział mu przełożony, zapalając papierosa. I faktycznie, ostatnie zdanie wydawało się z tego wszystkiego, w każdym z tych raportów najciekawsze: „ Ani śladu walki. Ludzie jakby po prostu zniknęli.” Wnioski nasuwały się oczywiste.
- Sądzi pan, że to ma jakiś związek z tymi kultami? – jemu samemu od początku nasuwały się takie przypuszczenia jednak wolał je zachować dla siebie. Wydawały się i nadal wydają nieprawdopodobne, wręcz absurdalne.
- Nie wierzę, że przechodzi mi to przez gardło, ale możliwe. Nie oszukujmy się dzieciaku, zbliża się wojna, a ja wolę prowadzić swoich ludzi przeciw wrogowi, którego znam. Wysłaliśmy już kompanię, żeby zbadała tą sprawę. I teraz najlepsze – zgadnij co się stało.
I w tym momencie Keldor chyba pierwszy raz lekko się przestraszył. Zniknięcie wioski to nic wielkiego i można to nawet pominąć, ale wyparowanie 100-osobowego, świetnie wyszkolonego oddziału żołnierzy nie było już takie proste do wytłumaczenia.
- Sugeruje pan, że Alnamczycy bez śladu walki, mogli się pozbyć kompanii? – wydawało się to niedorzeczne jednak dowody wskazywały na takie właśnie rozwiązanie.
- Niczego nie sugeruje, a wyciągam wnioski. Coś jest nie tak Akerman, za dużo tego wszystkiego w ostatnim czasie. Jeżeli ta informacja przecieknie, a my jej nie wyjaśnimy to może zapanować panika, a tego wolałbym uniknąć. – przysłuchując się, młodszy żołnierz zwrócił szczególną uwagę na słowo: „my”. Wygląda na to, że była najwyższa pora przejść do zlecenia. Generał wstał i przez chwilę krążył wokół. Wreszcie się odezwał:
- Ostatnio twoje Kruki są bodajże najlepszą jednostką w 4 Armii. Potrzebuje informacji jak najszybciej i chyba tylko ty na razie będziesz mi je mógł dać. Ruszysz ze swoim plutonem przy granicę i zobaczysz co się dokładnie stało. Konkretnie to udasz się do jednej wioski , bo podobno przeżyli tam jacyś ludzie, a świadkowie mogą być na wagę złota. Liczę na to, że uda ci się zbadać tą sprawę szybko i nie będziemy musieli wysyłać za wami kolejnych ludzi. Zresztą nie jeżeli odział skrytobójczy, do zadań specjalnych nie da rady, to nie wiem kto to zrobi.
- Jak nazywa się ta wioska?
- Luhan. – nazwa wydała się znajoma. W pewnym czasie było dosyć głośno o tym miejscu, kiedy to doszło tam do istnej wojny domowej tyle że na skalę, powiedzmy że, lokalną. W efekcie walk przeżyło tylko kilka osób i osada z miejsca nazwano nawiedzoną z powodu bratobójstwa. Kolejna tak duża sprawa i kolejne „przeklęcie”. Trzeba przyznać, że szczęśliwe i przyjazne miejsce.
- Jeżeli znajdziemy jakiś trop to jakie są dalsze rozkazy? Mamy drążyć sprawę, czy po prostu wrócić i zdać raport? – Keldor miał lekki mętlik w głowie.
- Najlepiej gdybyście wrócili, żeby powiedzieć z czym dokładnie mamy do czynienia. Wiem też, że w polu dzieją się różne rzeczy, więc zostawiam tobie wolną rękę i ufam w twój zdrowy rozsądek. – to zaufanie generała mogło lekko zbić z tropu. Rzadko zdarzało się, aby ktokolwiek dostawał tak dużo swobody pod jego komendą. – Starajcie się jednak unikać wroga, a konfrontacje traktować jako ostateczność. Masz tylko 16 ludzi pod komendą i mimo wszystko wątpię żebyście dali radę z jakimś większym odziałem.
- 16 ludzi? Przepraszam, że przerywam, ale Kruki liczą 15 osób. – Keldor był lekko skonfundowany. Żadna zmiana personalna nie przechodziła bez jego decyzji.
- Przydzieliłem ci jednego maga do składu. Przyda się wam, biorąc pod uwagę cały ten magiczny smrodek wokół tej sprawy.
- Nie chciałbym bym podważać pana decyzji, ale nie wiem czy dobrym pomysłem jest przydzielanie do nas kogoś obcego w tak… nietypowej sprawie. – Keldorowi nie podobało się to. Najpierw sprawa grożąca niechybnie ukróceniem życia, a teraz kompletnie nowy członek ekipy, który może to ukrócanie jeszcze przyśpieszyć. Tym bardziej, że magowie nie byli szczególnie znani ze swojej uprzejmości i skutecznie potrafili rozbić nawet najlepszą atmosferę.
- To dobry pomysł i kropka. Nie mam zamiaru na następny dzień słuchać raportu jak to jakiś Podpalacz przerobił was na popiół. Poza tym to dobry żołnierz, nie wygląda na takiego dupka jak większość magów. – Keldor nie miał innego wyjścia jak pogodzić się z decyzją przełożonego. Spieranie się do niczego by nie zaprowadziło, a wszelkie nieprzyjemności nie były teraz za bardzo potrzebne. – To wszystko. Wyruszacie jeszcze dzisiaj, po zmroku. Nie możemy sobie pozwolić na dalszą stratę czasu. Odmaszerować.
19.01.2012 01:57
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama