Aktualny czas: 27.05.2018, 15:26 Witaj! (LogowanieRejestracja)

W końcu pojawia się u nas nowy rozdział Op.rozdział 904
Odpowiedz 
Literacki antykwariat - Temat dla każdego
Autor Wiadomość
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,791
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Literacki antykwariat - Temat dla każdego
Sam dobrawszy się do kilku swoich "produkcji" z lat (chwilami bardzo) minionych, doznałem różnych uczuć - rozbawienia, zażenowania... Lecz trochę i dumy, że mimo wszystko udało mi się w jakimś stopniu poprawić swój warsztat. Pomyślałem, że na dobrą sprawę każdy kto dłuższy czas już bawi się w pisanie, ma coś takiego - jakieś stare opowiadania, wiersze, które choć kiedyś zdawały się być niezłe, dziś uświadamiają nam, jaką drogę przeszliśmy od tej pory.

Dlatego wychodzę z inicjatywą: Nie śmiej się sam(a), nam też pokaż Duży uśmiech Choć oczywiście nie musi to wzbudzać śmiechu, a być może wręcz zadziwiać, że dana osoba już kiedyś trzymała poziom. Zachęcam do wzięcia udziału w tym otwarciu osobistych archiwów Duży uśmiech

Zawsze musi być ktoś, kto zacznie. Więc i ja to zrobię. Na początek przerażająco krótki one-shot, o przerażająco bzdurnym tytule. Napisany pod wpływem impulsu dziesięć lat temu ;P. Rzecz o tyle ciekawa jeśli o mnie chodzi, że jest to chyba jedyna proza w moim życiu, w jakiej nie zamieściłem ANI GRAMA humoru.

Przedstawiam:

ZEGAR CZASU

Zegar odmierzał sekundy. Był to jeden z tych wielkich zegarów, ozdabiających ratuszowe wieże, wiec czynił to bezgłośnie. Wyglądał wspaniale. I to wprawiało władze miasteczka w zdumienie. Na konserwację mechanizmu nie wydawali nawet złotówki rocznie. Nie istniał żaden człowiek, który by sie nim zajmował. Mimo to był w idealnym stanie, wskazówki sunęły bezgłośnie niczym popychane precyzyjnym wiatrem. W przeciwieństwie do wielu mu podobnych, zawsze był na chodzie. Ludziom z umysłami co mniej stąpającymi po ziemi, czasami przychodziły do głowy dziwne myśli, kiedy na niego spojrzeli - czy to możliwe żeby zegar dbał sam o siebie? - po czym otrząsali się lekko i ruszali ku przerwanemu zajęciu z ich zycia.

Zegar precyzyjnie, co do sekundy, odmierzył północ. Śliskie tryby wprawiły najcieńsza wskazówkę w ostatni ruch tej doby.
Rozległ się pisk opon.

Drzemał na fotelu, kiedy obudził go telefon. Nim rozbudził się na tyle żeby wymacać lampę, melodia umilkła. Wstał, zrzucając z siebie czytaną książkę, i przeciągnął się. Kiedy podnosił tomik powieści, rozejrzał się uważnie. Wciąż ich nie było? Przecież pewnie nie spał tak krótko...
Sięgnął do kieszeni marynarki, i wydobył z niej komórkę. Przetarł rozespane oczy, zmuszając je aby przeczytały migoczące cyfry. Było już po pierwszej. Było coś nie tak. Ręka mu zadrżała, gdy telefon wszedł w stan wibracji. Kiedy znów zaczął wygrywać melodię, z chwilowym wachaniem odebrał.

Biegł mokrym chodnikiem - ulewa całkowicie zmoczyła jego koszulę, dla której jedyną osłoną była cienka marynarka. Teraz koszula moczyła jego ciało, lecz na to nie zwracał uwagi. Wpadł na ulicę, zatrzymując przejeżdźającą taksówkę.

Ostrzegli go, że to może być szokujący widok. Był.

Było już koło czwartej, kiedy wszedł, czy raczej wsnuł się do domu. Nie zdejmując przemoczonych ubrań, padł na kanapę. Jego wzrok zatrzymał się na rodzinnym zdjęciu stojącym na szafce. Chwycił je, i popatrzywszy na niego przez dłuższa chwilę, w mieszaninie gniewu i rozpaczy rzucił nim o oszkloną gablotę. Ramy opadły zniszczone. Szkło pękło. Tak jak życie jego bliskich.
Nie wiedział ile godzin siedział. Patrzył na zdjęcie. Myślał. Wspominał.

Kiedy się zbudził, było już ciemno. Zerwał się szybko, pełen obaw i nadziei. Zapalił światło, chcąc już krzyczeć ich imiona, przecież one tam są, śpią... Jego wzrok padł na zniszczoną ramę. Powoli złożył się w pół, lądując na fotelu. Zacisnął mocno powieki. Tak nie może być! NIE może!!!
Nie chciał otwierać oczu. Bał się.
Kiedy w końcu rozwarł powieki, wszystko było takie jak wczoraj. Zdjęcie żony i córki stało na szafce. Książka , której zapierające dech w piersiach wątki wydawały mu się teraz takie bez wyrazu, leżała na półce. Spojrzał lękliwie na zegar. Było wpół do dwunastej. Zegarek pokazywał wczorajszą datę.
Wstał i wybiegł z mieszkania, nie dbając nawet o zamknięcie drzwi. Nie wiedział co się stało, i nie chciał tego rozumieć. Biegł przez deszcz, wierząc że zdąży! Zatrzyma tego pijaka, uratuje je! Biegł tak szybko, jak tylko pozwalały mu nogi, i sliskie kamienie. Raz czy dwa potknał się, obijając sobie kościste kolana. Mimo to nie zwalniał. Biegł.
Zegar precyzyjnie, co do sekundy, odmierzył północ. Śliskie tryby wprawiły najcieńsza wskazówkę w ostatni ruch tej doby.
Rozległ się pisk opon.
Padł na kolana. Było tak blisko.
Na bruk kapały krople deszczu, zmieszane z łzami.
Nad jego głową Czas płynął nieubłaganie...

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2016 19:50 przez Szczery. Powód: Poprawiona ortografia)
26.02.2016 18:53
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Rudzish Offline
Kapitan
Redakcja Ohara

*
Liczba postów: 752
Dołączył: 16.02.2011
Skąd: CK
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #2
RE: Literacki antykwariat - Temat dla każdego
To są pogromcy sledzi? Ja chcę pogromców śledzi!!! Big Grin Jak dasz pogromców śledzi to ja dam Atak Glonów Big Grin
26.02.2016 19:51
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,791
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #3
RE: Literacki antykwariat - Temat dla każdego
Pogromców Śledzi nie mam w formie pisemnej, jedynie w zeszytach. Ale mam inne opowiadania ze Śledziem, potem je wrzucę.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

26.02.2016 19:56
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Murgrabia Offline
Taka niedobra ja
Pirat

*
Liczba postów: 3,624
Dołączył: 14.04.2012
Skąd: Biesia Kraina
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #4
RE: Literacki antykwariat - Temat dla każdego
Nie kuś mnie do wyciągania zeszytu, bo oczy mi będą krwawić...

[Obrazek: GwnW5Ko.png]
Sakazuki uczyniło ich braćmi,
Sakazuki braterstwo to przerwał.
26.02.2016 21:55
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,791
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
RE: Literacki antykwariat - Temat dla każdego
A tam, trzeba uzbroić się w odrobinę dystansu do siebie i swojej pracy i umieć spojrzeć na nie z przymrużeniem oka - albo spod przymrużonych oczu, jeśli to komuś pomaga ;P
Tutaj obiecane opowiadanko ze Śledziem, które napisałem dla kumpla który wówczas emigrował do Londynu, a musiało to być koło 2004 roku, więc już dobre dwanaście lat temu.
Śledź to bohater do którego w rysunkach czy lekkiej prozie powracałem wielokrotnie. To taki zmutowany ryboludź, ni to człowiek ni do końca ryba, który stoi na czele jakiegoś bliżej nieokreślonego koncernu zła, mający armię swoich klonów itp. Pewnie wydaje mu się, że jest niczym Lord Voldemort lub Darth Vader, ale dużo bliżej mu stylem do zamordystycznego post-komucha znanego nam ze skeczy o Dyrektorze Zakładu, zawartych w Tygodniku Moralnego Niepokoju:

Spoiler :

Powieść tą dedykuję Emilowi, aby jego podróż do Londynu była szczęśliwsza niż ta tutaj opisana.
Michał Szczerkowski.



„Po prostu hit!”
Polityka- 10/10

„Najlepsze z wydanych dotąd dzieł o Śledziu, głupkowatym czarnym charakterze.”
Times – 9/10

„Ta powieść poraża swoim infantylnym humorem i bezsensownymi scenami przemocy. Musimy chronić swe dzieci przed satanistycznym wpływem Śledzia – wysłannika sił piekielnych. Co prawda nie czytałem żadnej z części, ale i tak to wymysł szatana, szatana w rybim ciele.”
Ojciec Rydzyk, „Radio Maryja” – 1/10


ŚLEDŹ SAM W LONDYNIE

Śledziu siedział jak zwykle w swoim gabinecie. Był to prosty pokój, szklane panoramiczne okno, aluminiowe meble, marmurowe podłogi, szybki komp, barek i zestaw kina domowego. Ot skromny gabinet. W chwili obecnej robił to co w aktach figurowało jako „kontrola wydajności wśród pracowników należących do firmy „Śledź & ska. z ZOO”, czyli przekładając to na praktykę- nic.
Siedział w swoim fotelu, co prawda starego typu, (miał tylko dwadzieścia opcji ) ale wygodnym, gdy usłyszał pukanie do drzwi.
-Nie kupię od ciebie tej glebogryzarki do jasnej śpiączki!- wydarł się, ale umilkł szybko gdy ujrzał że to nie Bogdan wchodzi do gabinetu, biorąc krzyk za zaproszenie. Był to młody Maliniak, zajmujący się w firmie pocztą. Wyglądał na bardzo podekscytowanego. Zwłaszcza w chwilach gdy podskakiwał.
-Szefie, szefie- krzyknął- Wygrał pan!!
-Co znowu?- zdziwił się Śledziu – Ostatni raz coś wygrałem w przedszkolu, gdy z kolegami się założyliśmy który dłużej się będzie nie mył.
-Anglię pan wygrał! Anglię!
-Całą?- zerwał się na równe płetwy Śledziu i rąbnąwszy łbem w lampę przysiadł mimowolnie.
-Nie! Tylko Londyn!- odparł Maliniak.
-Londyn!- Śledziu ponownie się zerwał, i ponownie uderzył a lampę.- Ale co ja z nim zrobię? Będę się użerał z ta całą królową? Ale zaraz, jeżeli obstawić by tam konsulat, czerpać zyski z turystyki, a po zebraniu funduszy wyprodukować tam klony, i zaatakować Anglię od samego jej serca... Maliniak! Podskocz po mapy!
-Nie! Nie! Źle mnie pan zrozumiał! Wygrał pan wycieczkę!- wyjaśnił młody goniec. Śledziu jakby sflaczał.
-Wy.. wycieczkę?- wyjąkał rozczarowany, ale zaraz mu się poszerzyła twarz.
-Hurra! Jadę do Lo...-Śledziu podskoczył z radości i uderzył w lampę, tracąc przytomność.

..........................................................................................................

Śledziu otworzył oczy. Ujrzał nad sobą Maliniaka, kierownika Śledziowych fabryk, Maślińskiego i Rzecznika praw Pracownika, Karpiarza.
- Czy mi się wydaje czy ktoś cos mówił o Londynie?- spytał cicho podnosząc się do pozycji siedzącej. Ktoś mu podał szklankę napełnioną na pół płetwy brandy.
-O! Brandy!- ucieszył się i wypił ją duszkiem. Wstał, odstawił szklankę i odwrócił się do zgromadzonych. – O co chodzi z tym konkursem? Przecież nie brałem udziału w niczym!
-To jeden z tych kuponów z gazet które pan wypełnia dziesiątkami w każdy piątek o szóstej po południu- zauważył Maliniak.
-Aha- inteligentnie odpowiedział Śledziu- Pokaż mi no tą wiadomość z której wynika moja wygrana.
Goniec wręczył mu ją. Była to gładka, żółta kartka, na której napisano niebieskimi literami zaproszenie do Londynu. Śledziu zaczął czytać na głos.
-„ Serdecznie dziękujemy za udział w naszym konkursie z herbatników „Zębołamacz” , i gratulujemy wygranej. Otrzymuje pan nagrodę główną- tygodniową wycieczkę do Londynu ufundowaną przez producenta herbatników „Zębołamacz”. Życzymy miłego pobytu w tym pięknym, pełnym tradycji i historii kraju, i liczymy że podziwiając Big Bena, bądź pijąc herbatkę o piątej, z przyjemnością będzie pan kosztował herbatniki „Zębołamacz”, oraz polecał tą markę przyjaciołom na obcej ziemi ”Chcieliby! To cholerstwo jest takie twarde że nawet zaprzyjaźniona pirania, która się szczyci posiadaniem zębów nie mogła ich zjeść!- wzburzył się Śledziu kończąc czytać. – Maliniak, podskoczcie no do Bogdana, niech spakuje moje walizki. Jadę na tydzień do Londynu!- wypiął pierś- Wiecie że to moja pierwsza wygrana od czasów...
-Wiemy, wiemy- przerwali mu chórem.
-Mówił to szef już dziesiątki razy- wyjaśnił Karpiarz.
Śledziu naburmuszył się. Nadąwszy policzki i marszcząc czoło nakazał im gestem wyjść. Gdy został sam, usiadł w fotelu. Posiedział chwilę, i chwycił za słuchawkę telefonu. Wykręcił numer. Po drugim sygnale ktoś odebrał.
-Halo? Pan Czapicki?- uśmiechnął się Śledziu.

Na odprowadzenie Śledzia na lotnisko, mogli pójść tylko ci, którzy nie byli akurat potrzebni w żadnej z placówek firmy. I chyba okazało się że cała sieć działa dobrze sama, bo przyszli wszyscy. Nawet potężna armia klonów machała mu chusteczkami, powodując opóźnienia samolotów, gdyż piloci nie mogli się przebić przez tłum.
Śledziu miał wygląd Europejczyka. Starannie wyprasowany , ciemny garnitur za cztery stówki, biała nakrochmalona koszula, i gustowny krawat .( Tym razem nie powtórzyła się historia, kiedy to Śledziu jadąc do Brukseli założył krawat w klaunów.) Do tego złoty zegarek, i skórzana aktówka. Włosy miał przeciągnięte lekko żelem.
Wchodząc do samolotu odwrócił się jeszcze i pomachał wszystkim kapeluszem. W końcu, na pół wepchnięty przez jedną, na wpół wciągnięty przez drugą Stewardessę zniknął w czeluściach żelaznego ptaka.
Machali mu jeszcze póki samolot nie zniknął im z oczu. Wszyscy w milczeniu skierowali się ku głównej filii Firmy. Tam Rzecznik Praw Pracownika stanął na skrzynce „pod napięciem”. Skrzynka była tylko mistyfikacją, rzecznik razem z paroma kolegami z pracy trzymali tam trunki do popicia w czasie roboty. Napis skutecznie odstraszał amatorów grzebania.
Wszyscy słuchali ich w milczeniu, jego i Maślińskiego. A mówili mądrze, bo prawili ludowi prostemu o ucisku, o zniewalaniu, o tym ze nawet najlepsi i najdłużej pracujący nie dostawali nigdy premii, o podwyżce nie mówiąc. Mówili o tym, że dzieci innych pracowników w innych miejscach na gwiazdkę dostają z pracy rodziców łakocie, a tymczasem ich latorośle takich luksusów nie mają. Mówili o tym że nie można się nigdy zwolnić, czy na pogrzeb kochanej babuni, czy też na chrzciny dziecka. Tutaj skorzystała Zenona Jonińska, długo mówiąc o tym, jak musiała w dwa dni po porodzie ponownie zjawić się w pracy. Dwaj podżegacze skutecznie rozniecili bunt. Nawet nie musieli rzucać propozycji, tłum sam zadecydował żeby dostać się do ksiąg rachunkowych i innych bezcennych dokumentów, aby zaszantażować Śledzia. Maśliński i Karpiarz uśmiechnęli się do siebie. Wszystko szło po ich myśli.

Śledziu tymczasem się nudził. Podróż była strasznie nudna, i przysparzała mu kłopotów. Kłopotów, bo ciągle ktoś przychodził i się darł, gdy wymyślał jakby tu zabić czas. A wymyślił wiele. Wystawiał tyłek do okna, poszedł do luków bagażowych zobaczyć co mają inni pasażerowie w walizkach, robił sobie kanapki paprząc wszystko miodem, grał w zośkę pomiędzy rzędami, głośno domagał się komputera, podmieniał śpiącym skarpetki, pukał do drzwi kabiny pilotów i udawał że to nie on, rysował wiecznym piórem rozmaite eksplozje, ochlapując przy tym wszystkich i wszystko, robił cos przy mapach różnych miejsc i robiąc notatki śmiał się bardzo głośno i, jak mu się wydawało złowieszczo (co brzmiało jednak jak „He-He-hyyy-hyyy-He-ekh-hyyy!”). Nawet przez parę minut spał, ale musiano go zbudzić bo przez sen opowiadał sprośne dowcipy.
Teraz oglądał sobie w okienku gładką taflę morza. Znowu zaczął przysypiać, bo jakaś staruszka obok, uparcie opowiadała mu co robiła w czasie powstania, w zamian dopytując się, gdzie on służył w czasie wojny. Nagle ujrzał ląd. Był to ląd angielski. Uradowany zaczął pakować składniki do kanapek, kartki, kredki, pióra, mapy, zośkę, procę, kulki, parę skarpetek innych pasażerów(na pamiątkę) i inne rzeczy porozrzucane po całym samolocie. Niedługo potem kazano im zapiąć pasy. Lądowali.
................................................................................................................

Buntownicy szli korytarzami. Niektórzy próbowali przy tym niszczyć sprzęty, ale zaraz dostali po głowach od tych którzy je brali ze sobą. Ci natomiast zostali ukarani przez tych, którzy te sprzęty biurowe wystawiali na akcjach internetowych. W końcu jednak, mimo tych trudności, wszyscy dotarli do biura Śledzia. Drzwi były zamknięte.
-Otworzyć je!- krzyknął Maśliński.
Tłum zgodnie chwycił biednego Maliniaka i zaczął wyważać drzwi jego głową.
...........................................................................................................
-Pewnie spróbują dostać się do mojego gabinetu. Dobrze że kazałem Czapickiemu go zabezpieczyć- pomyślał sobie Śledziu.

.............................................................................................................
Nagle ze szpar pomiędzy drzwiami a framugą zaczęły się wydobywać jakieś opary. Był to potwornie śmierdzący , wyciskający łzy gaz. –
- Odwrót! – krzyknął ktoś i wszyscy poszli za jego przykładem.
- Cholera jasna- syknął Karpiarz do Maślińskiego. – Zabezpieczył się. Wyjdzie na to że trochę się namęczymy.
Nie przewidywał wtedy jak będzie wyglądało to „trochę”.

Śledziu z satysfakcją opuścił samolot, zostawiając w nim niemały bajzel. Na lotnisku wydano mu bagaż. Co prawda nie jego, ale jak się okazało zamiana była bardzo korzystna. Dla jego rzecz jasna. Pogwizdując skierował się ku wyjściu. Nagle jednak wyskoczył w jego kierunku jakiś śniadoskóry młodzieniec, i zderzył się z rybą boleśnie.
-Ou, Ajm, sory, mister fisz!- usłyszał Sledziu w przeprosinach. Mężczyzna pomógł mu wstać i poklepał go po plecach uśmiechając się szeroko.
-Dziwak!- stwierdził Śledź na głos gdy podmiot jego wypowiedzi oddalił się już. Wziął walizkę i już nie gwiżdżąc wyszedł z terminalu, zwracając niemałą uwagę na jakiegoś bruneta, który zachowywał się jakby tu mieszkał.
Śledziu znalazł się na ulicach Londynu. Spojrzał w lewo, spojrzał w prawo.
-O puck!- zdał sobie sprawę że nie zna drogi.
Na szczęście ku niemu wyskoczył jakiś mężczyzna, z tabliczką na której napisane było „Mister Sledz- gosc Zebolamatscha”.
-Aj em jur ges!- zagadał do niego Śledziu.
-Ou, mister Sledz!- ucieszył się mężczyzna – Ja hepi że pana sii, ja pana, od razu poznać...- wskazał mu drogę do samochodu.
Śledziu usadowił się na tylnym siedzeniu. Rozpoczął się jego pobyt w Londynie.

............................................................................................................
-Szwadron, do ataku!- Krzyknął niewyraźnie przez maskę przeciwgazową Karpiarz. „Szwadron” czyli kilku pracowników z szafą biurową, każdy mający maskę, ruszyli na gazujące drzwi, za trzecim uderzeniem drzwi im oddały, wysuwając się energicznie na sprężynie, a potem niewinnie z powrotem się zamykając. Cały „Szwadron” wraz z Karpiarzem, obolały leżał na ziemi.
-Szlag- jęknął Rzecznik.

........................................................................................................

Śledziu jak urzeczony patrzył przez szyby samochodów, na pełne ludzi ulice.
-Mister Sledz je Hepi?- ucieszył się z jego reakcji młody człowiek- Ja em Carlos, z Braziil.
-Miło mi poznać- użył uprzejmości Śledziu i splunął przez okno z obrzydzeniem.
-My jechacz do hotel. Bjutiful hotel! Gud hotel. Super hotel. Preti hotel. Najs hotel...
-Ou, szer ap!- krzyknął zirytowany Śledziu.
Carlos zmarszczył brwi.
-Siur, siur, wy, pipiols z kontynenta, wszystkie jesteście takie niemiue!- wymamrotał i poczuł bardzo silne uderzenie z tyłu głowy. Świeczki mu stanęły w oczach, przez chwilę nie panował nad samochodem. Ta chwila wystarczyła by władować go w jedyne drzewo w okolicy.
-Mnie!? Mnie będziesz wyzywać od siurów, od pipoli? A masz! A masz! – Śledziu płetwą bił Carlosa, wykrzykując. Carlos się odwrócił.

.......................................................................................................

Jóźwiak, wy i wasz szwagier dostaniecie pięć procent z udziałów!- zadecydował Maśliński, oglądając sprowadzony przez Jóźwiaka sprzęt. Była to stara ruska bazooka, sprowadzona od jego szwagra. Tu i ówdzie widać było już korozję, ale ogólnie dało się z niej strzelać.
-Ha! Wysadzimy te drzwi z przyległościami!! – zatarł ręce kierownik. Jóźwiak rozdziawił usta.
-To pan chce tym coś wysadzać? Ale... ale...
Maśliński nachylił się nad nim.
-Ale?- spytał groźnie.
Młody Jóźwiak widział wiele strasznych widoków. Był świadkiem przejechania człowieka przez tramwaj, przejechania człowieka przez pociąg, człowieka wmieszanego w wirnik helikoptera, widział jak jakiś facet w banku odstrzelił głowę kasjerce, a „Martwicę mózgu” oglądał zasłaniając oczy tylko trzy razy.
Jednak to ten widok budził go po tym wszystkim w środku nocy zlanego potem. Żaden inny.
-Gulps- powiedział.


Śledziu tymczasem leżał na bruku. Walizka i aktówka gniotły mu plecy. Za sobą usłyszał śmiech Carlosa i odgłos zapalanego uszkodzonego silnika. Śledziu wstał jak był pewien że brazylijczyk w końcu odjechał. Wstał, otrzepał się i wziął bagaże. Spojrzał przed siebie i uśmiechnął się. Był na miejscu. Dwugwiazdkowy hotel „Śledzisze”.
Wszedł do jasnego, oświetlonego, holu. Podszedł do recepcjii. Nikogo w niej nie było. Użył dzwonka. Przybył jakiś niski hiszpan, ale nie szło się z nim dogadać. W końcu przyszedł właściciel, wysoki, tęgi Anglik, nieco łysiejący, z rzadkimi wąsami . Sledziu pożałował że hiszpan poszedł, bo z tym facetem szło jeszcze oporniej. W końcu jednak dowiedział się rzeczy krótkiej i treściwej.
-Pokoi nie ma!- Stwierdził właściciel.*
-Jak to nie ma? Przecież mam rezerwację! Wygrałem wycieczkę!
-Bardzo mi przykro, ale ludzie którzy płacą gotówką mają pierwszeństwo.
- Eee, czym? - Śledziu zajrzał do słownika. Aaa, manej.
Śledziu westchnął. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni garnituru i.. zamarł w bezruchu. Portfela nie było. Przypomniał sobie tego dziwaka na lotnisku i zaklął w myślach. Chciał zadzwonić z komórki do kogoś z Firmy, ale ta też znikła.
- Mogę skorzystać z telefonu?- zapytał Anglika.
- Oczywiście- wskazał czarny aparat na blacie – Cztery funty.
- Szlag- mruknęła ryba.- Nie pozwoli mi pan zadzwonić na kredyt?
- Co pan sobie myśli?- kierownik hotelu oburzył się – Że można sobie tak bez pieniędzy przybyć do innego kraju?
Śledziu, nie zrozumiał prawie nic, ale odgadł intencje Anglika. Już miał coś wykrzyknąć, ale przypomniał sobie o podmienionej walizce. Otworzył ją i znalazł to czego szukał – super drogą i bajerancką komórę. Już wybierał numer, gdy telefon bipnął krótko i wyłączył się. Bateria była pusta. Śledziu nerwowo przeszukał walizkę- ładowarki tam nie było. Kierownik za nic nie chciał przyjąć jako zapłatę telefon bez ładowarki.
-Aha- zasmucił się Śledziu- To ja... to ja już se pójdę...- i wyszedł.
-Badyl, czemu mu nie powiedziałeś że jest jeszcze parę wolnych pokoi?- spytała żona właściciela wychodząc z zaplecza.
-A bo mi się koleś nie spodobał!


Karpiarz wraz z kilkoma pomniejszymi kierownikami siedział w Sali obrad, będącej teraz ich kwaterą główną. Obmyślali właśnie plan przeforsowania drzwi, kiedy wszedł Maśliński. Nic nie mówiąc usiadł na krześle, odchylił się lekko do tyłu i zaczął masować sobie skronie.
- I co, bazooka podziałała?- spytał uprzejmie rzecznik.
- Nic nie podziałało. Jóźwiak załatwił broń, ale nie wiedział że chcemy coś wysadzać. Pocisków nie ma. Cholera by to wzięła. Macie jakiś plan zapasowy?
- Coś się znajdzie. Wyważyć sam zamek próbowaliśmy, ale zaczęło pryskać kwasem. Kisielski wylądował na oddziale intensywnej terapii, walczy z życiem. Mamy zamiar natomiast je podważyć od boku, żeby nas nie dosięgła ta sprężyna, i w kombinezonach, jakby znowu był jakiś kwas czy gaz.
- O. Dobrze pomyślane- pochwalił kierownik fabryk.

Śledziu wlókł się ulicami nie wiedząc gdzie by się podziać. Było już coraz ciemniej i zimniej.
-Cóż gorzej być nie może- pomyślał sobie, ale w złą godzinę, bo w tym momencie zaczęło padać.
Szedł niemrawo wyobrażając sobie ze przyjdzie mu tu zginąć, gdy potknął się o coś. Był to śpiący żebrak, który zasnął nad swoim kapeluszem. Kapeluszem pełnym banknotów.
„Romku, nie okradniesz biedaka!” – pojawił się mały biały ludek ze skrzydełkami i aureolką.
„Frajer zasnął, to niech ma za swoje!”- przy akompaniamencie pyknięcia pojawiła się mała, rogata czerwona rybka.
„Romuś, opamiętaj się i nie słuchaj tego zramolałego świra rodem z Piekła! To stary pijak, już trzy razy go Bulzebolicja zabierała! I w dodatku jest czerwony, komuch na pewno! ”- Śledziu słyszał białego ludka w swej głowie.
„Co, to potwarz? Tak zamierzasz grać mamisynku? Ja ci pokażę co to zadrzeć z piekielnymi mocami.”- rybka uderzyła ludka- „ A tak w ogóle to skąd to... O ty szpiclu! Dla UB* pracujesz? Światło zdemoralizowanego mroku!!! „- rybka wyczarowała fioletowe błyskawice które osmaliły ludkowi miejsce gdzie blask aureoli nie dochodzi.
„Auu!”- Wydarł się panicznie aniołek. –„To bolało kretynie. Zaraz ci pokażę jak działa gniew boży! Atak zdenerwowanego inkwizytora!!” – zesłał biały blask na diabełka, parząc
go dotkliwie. Obie istoty na dobre zapomniały o Śledziu, który przecierał właśnie płetwami ślepia, i myślał sobie „Zwariowałem”

Szybko jednak pozostawił dwójkę wyimaginowanych posłanników sił wyższych, i spojrzał na kapelusz. W końcu nie wytrzymał. Postanowił ze weźmie tylko kilka funtów, na telefon i coś do zjedzenia. Już sięgał płetwą, uważając by nie zbudzić śpiącego, już zaciskał płetwę na banknotach. Cofnął rękę delikatnie, spojrzał na pieniądze...
Żebrak został obudzony głośnym, wibrującym w głowie okrzykiem
-K***aaaaaa!!!- wydarł się Śledziu. Odrzucił banknoty i poszedł, zostawiając na deszczu moknące podróbki funtów, zadrukowane z jednej strony, mające zachęcić ludzi do wrzucania datków. Obok nich leżały dwa stworzonka. Spalony na węgiel ludzik, i pozbawiona płetw rybka.
Śledziu szedł wkurzony. Było mu zimno, mokro, i w dodatku zaczynało mu burczeć w brzuchu. Wszedł do pierwszej napotkanej kawiarni. Deszcz stukał w szyld „Under Drunk Dog”.

Nie była to miła spelunka, jak na standardy polskich knajp. Było tu pełno gąb za które można by dać wyrok dziesięciu lat, chociaż większość ich właścicieli miała gołębie serca. Śledziu usiadł przy jednym z drewnianych stolików, i obserwując ludzi w rogu, rzucających lotki w tarczę, wyciągnął z aktówki dwie ostatnie kromki chleba, resztkę masła i trochę miodu. Przyszykował sobie tę strawę, zdając sobie sprawę że ludzie się na niego głupio patrzą. Przeżuł spokojnie kanapkę, lecz po jej zjedzeniu był bardziej głodny niż przed chwilą. Wyjął jeszcze termos, i nalał sobie resztkę herbaty.
W tym momencie jakiś wąsaty Anglik, o dobrodusznym wyglądzie karczmarza, postawił przed nim talerz i kufel. Na talerzu parowały ziemniaki z gorącą kiełbaską, a w kuflu pieniło się złociste piwo. Śledziowi zabłyszczały oczy.
-Aj... aj... Aj fenk ju wery macz!- uśmiechnął się do karczmarza, po czym mina mu zrzedła.- Ale..ale ja ...Aj dont hew e manej!
-Polisz men?- upewnił się karczmarz
Śledziu skinął głową.
-To tilko chcem!- wskazał na Śledzia kapelusz, leżący na ławie – Fajne! Dam five funts ekstra! Aj lajk Polisz men, mój syn study in Wroclaw!
Śledziu ucieszył się. Wziął kapelusz i już miał go wręczyć karczmarzowi. I może to skończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie wydarzenia które teraz nastąpiły.
Dość duża grupka w drugim końcu knajpy oglądała w telewizji mecz. Tak się złożyło że był to mecz Liverpool – Wisła Kraków. I w tym momencie, gdy Śledziu dając kapelusz mężczyźnie, spojrzał na ekran, Wisła strzeliła gola.
-Gooool!! Hura!!- Poderwał się Śledziu. Gwar ucichł. Wszyscy patrzyli na niego. Karczmarz szybkim ruchem zabrał talerz i kufel.
-Kiiil fiisz!!- krzyknął ktoś, i wszyscy poszli za jego przykładem. Wśród krzyku Śledziu wziął szybko swoje rzeczy i wybiegł z knajpy, uciekając przed rozwścieczonymi kibicami. Biegł uliczkami, nie starając się nawet omijać kałuży. Rozszalali fanatycy sportowi byli coraz bliżej. Nagle trafił w okolicę, gdzie wszyscy byli karłami. Tak mu się przynajmniej na początku wydawało, jednak szybko okazało się, że ci ludzie klęczeli. Stał zdezorientowany. Kibice wbiegli na plac, i też szybko uklęknęli. Śledziu wyrastał niczym bambus wśród kartofli. Spojrzał na środek placu, gdzie trwała jakaś parada.
-Wszyscy klęczą z powodu jakiś błaznów?- krzyknął kąśliwie, i w tym momencie dopiero spostrzegł królową.

Hugoński wprawnymi rękami, ostrożnie, powoli, wyłamywał łomem drzwi. Kombinezon skutecznie zabezpieczał przed lejącym się kwasem i gazem- w końcu był przystosowany do radioaktywnych fabryk. Jeszcze jeden nacisk.. i.. udało mu się otworzyć zamek. Lekko uchylił drzwi. Znienacka pojawił się wielki młot, który zmiażdżył go doszczętnie.
-Hej!- krzyknął- To bolało!
-TO CZĘSTO BOLI!- usłyszał głos, głos jaki mógł mieć tylko ktoś będący ośmiostopowym szkieletem.

.....................................................................................................................................................
Śledziu leżał na pryczy. Sąd skazał go na siedemdziesiąt pięć funtów grzywny, albo dwa tygodnie odsiadki. Nie dał jednak prawa do telefonu. Co prawda po więziennym obiedzie nie był już głodny ( a raczej po spojrzeniu na niego), ale dwa tygodnie to było dla niego o tydzień za dużo. Dlatego postanowił wypróbować sztuczkę którą oglądał na Discovery , w „Pogromcach Mitów ” Wziął trochę pikantnego sosu więziennego, i obsmarował nim kraty. Przemycił do celi małe radyjko, w miejscu o którym lepiej nie pisać. Rozwalił jego obudowę, i wykorzystując podłączywszy kable do sosu jako przewodnika, rozpoczął żmudną korozję krat.

2 dni później....
Śledziu przypomniał sobie, że radyjko powinno być włączone.

3 dni później...
Śledziu udawał że śpi. Gdy strażnik odszedł, szybko wstał i zdjął koc z okna.
-Dobra- mruknął – Zobaczymy jak się wyżarło.
Otarł kraty z sosu kocem. Kraty były krótsze o połowę. Teraz mógł już je wygiąć. Upewnił się czy nikt nie idzie i pociągnął. Kraty wypadły z lekkim brzęknięciem.
-Sukces!- pisnął cicho z radości i wystawił głowę przez utworzony otwór. Zaklął szpetnie.
Okno znajdowało się dziesięć metrów nad poziomem betonu.

................................................................................................................................................

-Cóż, straciliśmy już paru ludzi, i piętnaście klonów na te drzwi.- zaraportował Karpiarz Maślińskiemu, spod czarnego, lśniącego hełmu, mającego go chronić przed wszędobylskim gazem. Trochę przeciekał, więc rzecznik rzęził jakby miał astmę.
-Trzy setki klonów przodem, trzy setki jedną stroną, i trzy setki drugą!- rozkazał Maśliński.
Jego kombinezon nie wytrzymał natężenia kwasu, i teraz był zbiorem luźnych, szarych szmat, spod których widać mu było tylko szczękę.
-Panie Maśliński?
-Hę?
-Mamy już tylko setkę klonów.

................................................................................................................................................

Następnego dnia cela się otworzyła. Wszedł strażnik i zbudził Śledzia.
-Ju ar fri!- oznajmił ochryple.
-Co? Co? Łot?- Śledziu był zdezorientowany.
-Auer sejnt end czcigodna (nie wiem jak to po angielsu...) Kłin...- strażnik zobaczył minę Śledzia i zlitował się.- Mówiąc krótko, ziomek, nasza zajawkowa i w ogóle zaje.... Królowa zezwala na twoje wypuszczenie, pod warunkiem, kurde balans, że sobie z nią ziomek herbatę wypijesz. Jest tobą ziomek zainteresowana, bo nigdy wcześniej nie widziała żadnej gadającej ryby. Co ona żadnych skrętów nigdy nie jarała?
Ryba szeroko otworzyła otwór gębowy, w niemym zdumieniu. Łzy mu napłynęły do ślepi.
-Rodak!- krzyknął- Rodak na obcej ziemi, i przynosi mi wolność!- rzucił się do obcałowywania młodego ochroniarza.
-Gdzie z płetwami, won!- odepchnął go strażnik, nie wiadomo czemu nie będący zadowolony tymi pieszczotami.- Co sobie myślisz, ziomek, milion Polaków ma w Anglii pracę, ja mam siedzieć jak głupi w kraju? Praca równa się kasa! No, idziemy.
Zaprowadził go do niewielkiego pokoiku, gdzie wydał mu jego rzeczy. Śledziu spojrzał zdziwiony na połamaną i porwaną teczkę, pozbawioną paru akcesorii jak aparat fotograficzny czy komórka. Tu i ówdzie widać było ślady butów.
-Taką dostaliśmy.- Wyjaśnił emigrant bez mrugnięcia okiem, a Śledziu zdecydował że lepiej się nie awanturować. Został wypuszczony, i odesłany do hotelu gdzie miał się jakoś oporządzić przed uroczystą herbatką z Królową.

---------------------------------------------------------------------
Płonęło ognisko. Siedziało przy nim pięć osób, wpatrzonych w widok pomarańczowych języków płomieni strawiających polana. Mieli podkrążone oczy, i ślady poparzeń. Rzecznik z rozkazu Maślińskiego rozkazał zaryglować wszystkie wyjścia i zakazał komukolwiek wychodzić, póki te cholerne drzwi nie zostaną otwarte. A kto znajdzie sposób- otrzyma wszystkie racje żywnościowe z magazynu. Oblężenie trwało już prawie tydzień.
Wśród siedzących przy ognisku, takim jak i wiele innych rozpalanych na terenie głównej filii firmy „ Śledziu & ska z ZOO”, były dwa klony i trzech sztabowych z fabryki przy ul. Płotki Dolly. Nieogolone i zapadłe twarze ludzi w oświetleniu ognia dawały wesoły widok biwakujących ludzi.
Teraz trwała dyskusja naukowa o podgatunkach szczurów.

-Józek, gdzie z łapami, to mój pieprzony szczur w oleju!

Tak, zapasy żywności w fabryce były spore, mięsa nie brakowało. Tu i ówdzie rozlegały się radosne śpiewy przy ogniu.

-Uaauaaauaaaaajć! Idioto, uważaj z tym pogrzebaczeeeEEEAAUĆ!!!

A każdego ranka budziło ich pianie kurów...

-Kur...!
-Kur...!
-Kur...!
-Kurrna! Stasiek, uważaj jak leziesz!

Taak, oblężenie było świetnie zorganizowane, nastroje były wesołe...

-Krzysiek, podaj nóż. Idę se podciąć żyły.

... i wszyscy się dobrze bawili! Wesołe to było oblężenie. Choć bezsensowne.

----------------------------------------------------------------------------

Śledziu obejrzał się w lustrze i stwierdził:
-Wyglądam jak pedał!
Miał na sobie jaskrawożółtą długą koszulę, zapiętą w mankietach, bezrękawkowy sweter w kratkę i szkocką czapeczkę z pomponem. Dziękował komuś tam w górze, że nie musi nosić spodni, gdyż jedyne dostępne były króciutkimi golfowymi spodenkami. Była to zawartość podmienionego bagażu. Jego okazały garnitur po kilku dniach noszenia prześmierdł celą i nie nadawał się na taką imprezę. W końcu odłożył czapkę, i stwierdził ze po ulizaniu czupryny będzie wyglądał trochę lepiej. Jak pomyślał tak uczynił, i zszedł na dół, gdzie czekała już limuzyna. Szofer był miłym człowiekiem, ale nie kapował ani słowa po polsku. Ale znał trochę rosyjski, to z trudem prowadzili luźną konwersację.
Śledziu został przekazany przez szofera dwóm klocom drewna.
-Okej.- powiedział jeden z kloców, i już ryba miała zacząć krzyczeć, ale zobaczyła że to nie żadne drewno tylko ochroniarze. Poprowadzili go do holu, gdzie powitała go niska starsza dama.
Zaczął się horror.

Powróćmy jednak do tej grupki przy jednym z obozowisk.
-Jaki twój? Twoja kolej już była! Teraz ja będę żarł, potem Śledź, Śledź, Janiak i dopiero ty! Obżartuchu.
-Co ty mnie tutaj mamisz! Przed chwilą jadły Śledzie, potem Janiak, teraz ja. Ty jadłeś przed Śledziami!
Janiak, czterdziestodwuletni sztabowy, patrzył na nich w milczeniu. Teoretycznie teraz była jego kolej, ale nie miał ochoty na szczura. Patrzył na kolegów jak wyrywają sobie włochaty przysmak. W tym momencie jak jeden z nich, 39-letni Kuba Haraś, pociągnął go mocniej, drugi, 40-letni Józek Burczyński, puścił znienacka. W efekcie szczur poszybował nad głową Burczyńskiego, i trafił w ścianę, skruszając ją lekko.
Patrzyli się w drobne odłamki jak zahipnotyzowani. Każdemu chodziło po głowie: „Żywność, prawdziwa żywność z magazynu...”
Ruszyli biegiem, potrącając się wzajemnie.

......................................................................................................................................................

Mówiliśmy to już, ale powtórzymy:
Śledziu się nudził.
Dostał małą filiżaneczkę herbaty, dwa biszkopciki mniejsze niż te które dotąd widział, i musiał siedzieć, słuchać królowej i odpowiadać na jej pytania. Był to prawdziwy teleturniej, gdyż nie rozumiał z jej paplaniny ani słowa, więc starał się odgadnąć o co ona mówiła i strzelić odpowiedź. Po minach władczyni odgadywał że nie trafia. Jednak z czasem paplanina zaczęła być coraz bardziej nużąca, już dwa razy Śledziu walnął łbem w stolik.
Otaczali go różni ochroniarze, majordomusi, służący i lokaje, wpatrzeni w stół niewidzącym wzrokiem.
Dookoła gdzie nie spojrzeć był przepych i złocenia.
Ten pałac powoli go denerwował.
Gwoździem do trumny stały się maniery. Lokaj stojący obok niego półgębkiem mu dawał wskazówki.
-Noł mister Fisz, knajf tu hold in left... em..hend?
- Mister Fisz, plis not....
- Mister Fisz, ti-spun jus to....
- Mister Fisz! Tamto, mister fisz siamto...
- Mister fisz, blablabla...
Śledziu nie wytrzymał. Krzyknął na całą gardziel, wstał, ukłonił się królowej, uderzył lokaja i nim ochrona zdążyła zareagować, wyskoczył przez okno. Spadł z dużej wysokości ale na szczęście do sadzawki. Rozkoszował się chwilę wodą, ale już widział kloce... to znaczy ochronę biegnącą ku niemu, więc wyszedł i zaczął uciekać. Przecisnął się przez zamykającą się już bramę, a że był wkurzony, kopnął po drodze jednego z tych futrzaków w czerwonych mundurach. Biegł, biegł, aż zabiegł do Tamizy. Obejrzał się. Kloce nie ustawały. Śledziu westchnął. Spojrzał czy nie ma tu nikogo znajomego i z zamkniętymi oczami odrzucił to, co dawało mu ludzki wygląd. Czuł się teraz paskudnie, jak nie on sam, ale wolał nie płynąć w czymś co będzie mu krępować ruchy. Gdy pogoń dotarła, zdążyła tylko zobaczyć Śledzia, takiego jak go diabeł stworzył, wskakującego do rzeki.
Niedaleko stał starszy mężczyzna, brodaty, na nosie okulary, na głowie kapelusz. Przecierał oczy z niedowierzaniem, gdyż zobaczył właśnie wielką rybę, zdejmującą ubranie i wskakującej do rzeki. Coś mu zaczęło chodzić po głowie, aż w końcu pomysł go trzasnął od wewnętrznej strony mózgu. Tak! W najnowszej książce napisze o rybach, które dostają szansę być ludźmi, ale w końcu tak jak ta ryba, rezygnują z tego!
Terry Pratchett miał dzięki Śledziowi pomysł.
I nie tylko on, bo obok był akurat zjazd Pisarzy i Artystów Wszelakich. Śledziu o tym nie wiedział, ale niedługo w Anglii miał być prawdziwy Boom na ryby.

...............................................................................................................................................

Burczyński wprawnym ruchem potrącił klonowi pojemniki na śmieci pod płetwy, wysuwając się na czoło wyścigu. Janiak przydeptał podnoszącego się klona i zaczął doganiać kolegę.
Biegli korytarzem, w szaleńczym wyścigu do Sali Obrad. Janiak, jako tęższy fizycznie, zbodiczkował Burczyńskiego, ten jednak wgryzł się przeciwnikowi w łydkę. Korzystając z zamieszania, minęli ich Haraś i drugi klon. Haraś starał się zasłonić drogę klonowi, lecz ten przepchnął go bezpretensjonalnie i przeszedł na czoło stawki. Haraś biegł i myślał, jako iż nie należał do gatunku ludzi nie umiejących robić dwóch rzeczy naraz.
Jego oczy spoczęły na miłym zaworze. Wyprzedził na krótko klona, i odkręcił zawór. Klon został buchnięty o ścianę słupem gazu. Krew pociekła z jego roztrzaskanego łba.
Haraś ruszył do przodu, wiedząc że to nie zatrzyma następnych. Istotnie, wyminęli oni przeszkodę, iż zaczęli go doganiać. Drugi klon, wlokący się z tyłu, wyciągnął pistolet i strzelił w plecy Burczyńskiego. Burczyński jednak potknął się o sznurowadło, i padł na Janiaka, oboje upadli na ziemię. Haraś także leżał na ziemi, po otrzymaniu kuli która nie była mu przeznaczona. Przeskoczyli nad stygnącym ciałem.
Janiak już nie prowadził, teraz była to pozycja klona. Obaj sztabowi z fabryki przy ul. Płotki Dolly porozumieli się wzrokiem. Podbiegli bliżej ryby, blokując ją z obu stron. Ryba miała większy rozpęd, wiec gdy niespodziewanie wprowadzili ja na most huty, nie mogąc ani się zatrzymać, ani skręcić, wpadła do rozżarzonego, płynnego żelaza.
Sztabowi spojrzeli jak znika wśród czerwonej stali, nie mogąc nawet krzyknąć. Odetchnęli, spojrzeli na siebie i zaczęli biec do Sali Obrad. Burczyński jednak podłożył nogę Janiakowi. Spotkał go taki sam los, jaki zgotował rybie.
Burczyński jako jedyny w wyścigu biegł jak na skrzydłach. Powoli jednak dochodziło do niego co zrobił. Zabił tych, których uważał za przyjaciół. Dla żywności. Powinien raczej zginąć z głodu niż to zrobić. Na pustym korytarzu osiągnął maksymalną prędkość. Spojrzał na ścianę. Sam sobie wymyślił karę. Postanowił to zrobić. Z oczami pełnymi łez pochylił głowę. Trzasnęło donośnie, gdy uderzył nią w mur. Oddychał jeszcze.
-Kto tak wali w ściany?- Zirytował się Karpiarz wychodząc, i zamarł. W kałuży krwi, leżał sztabowy.
-Ja.. Ja- jęczał.
-Co? Co się stało? - Pochylił się Karpiarz.
-Ja, zabiłem... ściana! Ściana!- i zastygł.
Karpiarz spojrzał na ścianę. Była uszkodzona, tynk z niej opadł.
Zrozumiał.
-Ściana!- krzyknął- My się męczymy z drzwiami, a trzeba było zniszczyć ścianę! Czy musieli zginąć ludzie, by to odkryć? Ej, chłopaki- zwrócił się do dwóch klonów które zwabione krzykami wyszły zza rogu. Wskazał im ciało- Sprzątnijcie ten burdel!

......................................................................................................................................
Dotarł do jakiejś ziemi. Nagle usłyszał dźwięki kobzy.
-O nie, źle skręciłem!- ponownie wskoczył do morza.

.......................................................................................
Przygotowali młoty pneumatyczne. Robota trwała krótko, w pół godziny zrobiono całkiem spory wyłom. Imperator... to znaczy, Maśliński chciałem powiedzieć, wkroczył do gabinetu. Dokumenty leżały na biurku. Śledziu nie popisał się inteligencją.

...................................................................................................................................

-Ziemia! Ziemia!- Ucieszył się i zaczął całować podłoże. W ostatniej chwili odskoczył, by uniknąć stratowania przez owce. Setki owiec. I trzech pijanych tancerzy do tego.
Powrócił do wody.

................................................................................................................................................

-Mam! Mam!- ucieszył się kierownik.- Teraz cała firma należy do mnie!!!
-Zaraz, a my?- zdziwił się Karpiarz.
-Won z mojej firmy! Potrzebowałem tylko taniej siły roboczej! Ochrona- wyrzucić ich!- krzyknął Maśliński. Ale ochrona ani myślała tego zrobić. Krąg wokół niego się zacieśniał.
-Oszukałeś nas!- syknął Karpiarz.- ty skurczybyku!!
Maśliński przełknął głośno ślinę. Za wcześnie się wygadał.

-A więc, proponuje powrót do planu A, czyli zaszantażować Śledzia, co wy na to?
Rozległ się pomruk aprobaty. Ludzie byli w pogodnych nastrojach- publiczne egzekucje zawsze tak działały.
-Śledziu zaraza powinien wrócić z lotniska. Poczekamy tu na niego z papierami świadczącymi o jego własności firmy i... wydusimy z niego ile się da!- Rzecznik pomachał pękiem dokumentów.

...............................................................................................................................................
Śledziu był półprzytomny, gdy morze wyrzuciło go na piasek.
-Polska?- jęknął i wstał. Spojrzał przed siebie. Widok rzucił go na kolana, a raczej miejsce gdzie powinien je mieć.
-Nieee!- krzyknął.- Nieee! Dlaczego? Dlaczegoo??
Przed nim widniała statua wolności.

GAME OVER




Scenariusz: Michał Szczerkowski.
Dialogi: Michał Szczerkowski.

........................................................................................................................................
-Zaraz na pewno przyjdzie...


Reżyseria: Michał Szczerkowski.
Muzyka: Michał Szczerkowski.

.......................................................................................................................................
-Może przyleci następnym samolotem?

Dźwięk: Michał Szczerkowski.
Oświetlenie: Michał Szczerkowski.

.....................................................................................................................................
- Ile można się spóźniać?

W filmie wystąpili:
Śledziu: Michał Szczerkowski.
Karpiarz: Michał Szczerkowski.
Maśliński: Michał Szczerkowski.
Maliniak: Michał Szczerkowski.
Klony: Michał Szczerkowski.
Carlos: Michał Szczerkowski.
Mężczyzna na lotnisku: Michał Szczerkowski.
Badil: Michał Szczerkowski.
Żona Badila: Michał Szczerkowski.
Hiszpan: Michał Szczerkowski.
Kibic 1: Michał Szczerkowski.
Kibic 2: Michał Szczerkowski.
Kibic 3: Michał Szczerkowski.
Reszta kibiców: Michał Szczerkowski.
Karczmarz: Michał Szczerkowski.
Kloc drewna: Michał Szczerkowski.
Kloc drewna 2: Michał Szczerkowski.


.............................................................................................................................................
-Myślicie że on w końcu przyleci?

Królowa: Michał Szczerkowski.
Strażnik: Michał Szczerkowski.
Strażnik 2: Michał Szczerkowski.
Lokaj: Michał Szczerkowski.
Lokaj 2: Michał Szczerkowski.
Lokaj 3: Michał Szczerkowski.
I inni: Michał Szczerkowski.

Wytwórnia: Szczerkowski Film.


Karpiarz był już sam. Wszyscy znudzeni poszli do domów. Śledzia nie było.
Rzecznik spojrzał na trzymane kartki. Mogły mu dać bogactwo, potęgę, sławę...
- A, pieprzyć.- powiedział i rzucił je na biurko. Zgasił światło i wyszedł.


*Dla uproszczenia tę rozmowę autor zapisał po polsku.
**Urząd Boży.
W tekście jest z pewnością dużo błędów, baboli i fragmentów które miałbym ochotę dla zachowania pozorów czystej przyzwoitości poprawić, ale postanowiłem wrzucić go w takiej formie, w jakiej go zastałem.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

26.02.2016 22:23
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,791
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #6
RE: Literacki antykwariat - Temat dla każdego
Czekam na Twój zeszyt, Murgrabia!
A tymczasem znalazłem dzisiaj, w tak zwanem międzyczasie, coś, co napisałem w liceum - zacząłem pisać tak o, z nudów, bez żadnego planu, ot byle co o kumplu z klasy - Kowalu - który lubił te 'gangsta-rap' klimaty, "wigga" i tak dalej. Szybko swoje miejsce w tymże improwizowanym utworze znalazły miejsce inne postacie z mojego licealnego otoczenia (ze mną włącznie). Dane do przeczytania bezpośrednio zainteresowanym, musiało zostać kontynuowane, a całość przybrała charakter gangsterskiej przygody dziejącej się głównie we Wrocławiu, i prawie całkowicie wypełnionej postaciami realnymi (przez co część nawiązań i żartów może być zbyt hermetyczna), choć bardzo mocno wyczuwalna jest też moja ówczesna fascynacja przeczytanym wówczas Ojcem Chrzestnym. Generalnie mam świadomość tego, że nie jest to tak zabawne, jak dla osób które kojarzą "do czego to jest żart", ale może kogoś to zaciekawi, jak w czasach licealnych pisałem Big Grin (Zdecydowanie gorzej, niż dziś Tongue )

Rozdział 1:

Spoiler :
To była jedna z tych ciemnych, pochmurnych nocy, kiedy bez świateł z
ulicznych latarni człowiek stawał się bezradnym ślepcem. Ale nie on, kroczący
po drodze swego życia. Dla niego te ulice nie miały tajemnic, nie musiał
patrzec, by wiedziec gdzie jest. Tu się wychował, tu był jego dom.
Koval szedł po nierównym bruku, z kapturem naciągniętym na oczy. Nie było
ważne dokąd idzie, cel nie był istotny. Ważna była wędrówka, świadomośc że
jest się na Ulicy.
Nie wiadomo dokąd by doprowadziła Kovala dalsza podróż. Może do
jednej z licznych melin, jakie miał na mieście. Może do którejś z jego
niezliczonych kochanek, które odwiedzał wystarczająco rzadko, by zawsze
witały go z otwartymi ramionami. A może znów do granic miasta, granic których
nigdy nie przekroczył. Nie wiadomo gdzie by trafił, gdyby nie niezwykłe
wydarzenie tej nocy.
Jego zwiastunem było całkiem zwyczajne spotkanie. Koval na początku
go nie widział, skupiony na utrzymywaniu balansu w lansiarskim kroku, lecz
chrapliwy głos spowodował że chłopak wyciągnął z ucha słuchawki, wybijające
mu rytm : "Lewa, prawa, klata, lewa, prawa, klata, lewa, prawa...". Odwrócił
się do najbliższej bramy, w stronę z której dochodziły słowa:
-Koval! Koval. Dobrze że Cię widzę. - mówcą był człowiek którego Koval nigdy
nie mógłby zapomniec, a przynajmniej przypomnienie go sobie nie trwałoby
dłużej niż kilka minut. Był to człowiek niegdyś tak bliski Kovalowi, jak
tylko bliski może byc jeden facet drugiemu, nie chcąc dobrac się do jego
dupska. Martin Bąkalovic, jego dawny towarzysz z Ulicy, z którym tworzyli
najlepszy młodociany duet przestępczy w dzielnicy. Poznali się w dośc
dramatycznych okolicznościach. Ojciec Bąkalovica, ukraiński przemytnik,
zginął osłaniając transakcję ojca Kovala. Ten, poczuwszy się winnym
osierocenia kilkuletniego wtedy chłopca, przygarnął go do swej rodziny, gdzie
Martin dorastał aż do osiągnięcia wieku pełnoletności.
-Kim jesteś, białasie? - Koval zawsze rozpoznałby twarz swego przyjaciela,
ale zważywszy że było ciemno jak w dupie u 50 centa, identyfikacja nie
przebiegła poprawnie. - Jak chcesz mnie okraśc to źle trafiłeś! Chłopak
poczuł silne szarpnięcie za przód jego Croppowej bluzy.
-Koval, do cholery, co się z Tobą dzieje? - Martin warknął z oburzeniem -
Kiedyś byłeś człowiekiem pierwsza klasa, zawsze nienagannie czyste, markowe
ciuchy, świeży oddech. Byłeś biedny, ale czysty. A teraz? Śmierdzisz
człowieku, nosisz jakieś szmaty. Stoczyłeś się, Koval!
-Puszczaj, Martin! - Koval rozpoznał już przyjaciela i wyrwał bluzę z jego
rąk - Gówno nie stoczyłem, jak tu szedłem to wypieprzyłem się w kałużę.
-A, chyba że tak. - Martin nie miał powodów by nie ufac temu skejtowi. -
Przypuszczam że masz użyczyc papierosa?
Koval podrapał się po głowie, a właściwie po kapturze.
-Papierosa nie mam, ale mam szlugi jeśli chcesz. - wyciągnął z kieszeni
swoich obwisłych w kroku spodni paczkę tanich fajek i wyciągnął ją w stronę
Bąkalovica.
- Dzięki - trzęsącymi się dłońmi Martin wyciągnął z pudełka trzy papierosy,
ze słowami "na potem" i włożył jednego z nich do ust. Na krótki moment, gdy
go przypalał zapalniczką, płomień oświetlił jego twarz. Zarośniętą, zmęczoną,
otoczoną długimi włosami wystającymi spod czarnej czapki, lecz wciąż była to
twarz jego niemalże brata.
-Dlaczego odszedłeś, Bąkalovic? Razem wciąż trzęślibyśmy tą dzielnicą...
Martin machnął niecierpliwie ręką.
- I co potem, Koval? Nigdy nie pomyślałeś co by się stało gdybym wciąż z tobą
pracował? Byliśmy za skuteczni. Na tyle skuteczni że inne gangi stworzyłyby
sojusz przeciwko nam, a wtedy dupa blada Koval. Uratowałem nam tyłki
odchodząc.
- A, więc to nie dlatego że jestem czarny? - Koval uśmiechnął się szeroko
pod wąsem, najwyraźniej pozbywając się ciążacych mu obaw.
- Nie jesteś czarny, ile razy mam Ci powtarzac? - Martin westchnął - A tak
naprawdę to ja po prostu już rzygałem tym rapem który puszczałeś przez cały
dzień.
- Hip-hop z rana jak śmietana... - burknął obrażony skejt.
- Nigdy nie lubiłem tego białego świństwa - Bąkalovic wzruszył ramionami. -
Nie uwierzysz co mnie właśnie spotkało.
- Hę? - Koval wyciągnął z ucha słuchawki które już zdążył sobie wcisnąc.
Martin namyślił się nad czymś, jakby coś sobie właśnie przypominał.
-Jeśli już o tym mowa, to chyba powinienem kontynuowac to co robiłem zanim
cię spotkałem. A więc... chodu! - pociągnął Kowala za rękę i pobiegł z nim w
ciemną noc. Rozległy się błyski i ciche, kilkakrotne 'puf' kiedy ktoś z
opuszczonej przez nich bramy, oddał strzały z owiniętego czarną taśmą,
pistoletu z tłumikiem.
- Co ty kurwa... - Zaczął Koval, lecz w tym momencie poczuł silne szarpnięcie
za rękę, gdy jego kumpel osunął się na ziemię, oberwawszy którymś z pocisków.
Koniec końców, chłopak wylądował na szorstkim bruku razem z nim, unikając tym
samym kolejnej kuli. Rozejrzał się gorączkowo, w czym pomogło mu światło
padające z najbliższego, parterowego okna, a konkretnie z oglądanej w tym
mieszkaniu telewizji.
"Bogu niech bedą dzięki za niemieckie kanały z pornosami!" pomyślał Koval,
gdyż tylko dzięki tym miarowym błyskom światła zdołał szybko i sprawnie
podnieśc Martina, któremu kula weszła w pośladek, a następnie uciec z nim do
jednej ze znanych mu bram. Tam ukrył rannego kumpla pod schodami, a następnie
zaczął obmyślac plan.
-Okurwaokurwaokurwa! Martin, co robic! - kiedy zauważył że wymyślanie planu
nie powiodło się , wpadł w panikę. W końcu postanowił improwizowac. Wiedział,
że jeśli ktoś był w stanie trafic Martina z tej odległości, to znaczy że mrok
spowodowany zepsuciem latarni nie jest dla niego żadną przeszkodą. Najpewniej
człowiek ten, kimokolwiek był, ma ...
-On ma noktowizor... - rozległ się słaby głos Bąkalovica. "Cholera, czemu
nigdy nie zdażam wyciągnąć wniosków zanim jakiś cwaniak mnie uprzedzi?" - nie
do końca poprawnie gramatycznie pomyślał Koval, lecz powiedział tylko:
-Skąd wiesz?
-Sam mu go sprzedałem...
-Dlatego chce Cię zastrzelic? Kurna, co ty za szajbusów zaopatrzasz?
-Widziałem.. .za dużo. On... widział nas. - w tym momencie Martina opuściła
świadomośc, wraz z upływem krwi.
Koval wiedział że nie ma dużo czasu. Kumpel potrzebował pomocy
medycznej, a zabójca mógł ich zaraz znaleźc, zwłaszcza że istotnie musiał
widziec gdzie uciekli. Wbiegł więc szybko na drugie piętro klatki schodowej i
chwycił ciężką donicę z jakimś karłowatym rodzajem palmy, który i tak
kojarzył mu się tylko z ziołem. Nasłuchując odgłosów kroków, chłopak czekał
skulony pod parapetem. Gdy zdało mu się że strzelec jest w odpowiednim
miejscu, wynurzył się i cisnął donicą za okno.
-Trafiony! - zaśmiał się krótko, słysząc zduszony krzyk. Ku jego przerażeniu,
człowiek ten wciąż miał na tyle przytomności by zacząc przeklinac.
Nie marnując czasu, Koval zbiegł na dół i stanął obok uchylonego
skrzydła bramy. Drzwi zaczęły otwierac się powoli, skrzypiąc zawiasami jak
sama Śmierc stawami. Ledwo w powstałej szczelinie pojawił się ciemny kształt,
skejt zaatakował.
-Chcesz bic murzyna, ty biały rasisto? - krzyknął w twarz niedoszłego
zabójcy.
-Co!? - głos rozbrzmiewał niebotycznym zdumieniem, przez jedną, króciutkę
chwilę napastnik rozglądał się w poszukiwaniu jakichkolwiek afroamerykan, jak
to się teraz modnie mówi. Ta chwila wystarczyła Kovalowi. Chwycił żelazną
klamkę i trzasnął drzwiami, ściskając mordercę pomiędzy ich skrzydłami. Jako
iż niezbyt ufał swojej sile, operację powtarzał wielokrotnie, aż ciało nie
stawiało żadnego oporu przy upadku na ziemię.
Przez chwilę trwał w bezruchu, jakby czekając czy cokolwiek się
stanie. Panowała bezwzględna cisza. Z wciąż mocno bijącym sercem, Koval
wymacał na ścianie kontakt. Wcisnął go, powodując że mała żaróweczka
zawieszona na nagim kablu pod sufitem zaczęła migotac słabym światłem. Koval
spojrzał z obawą na znajdujące się między drzwiami, krępe ciało. Człowiek
leżał twarzą do ziemii, ale oddychał jeszcze. Przez chwilę skejt zwalczył w
sobie chęc ułożenia go w "bezpiecznej pozycji", wyuczonej niegdyś na
Przysposobieniu Obronnym, zamiast tego przewrócił go nogą na plecy i ściągnął
mu noktowizor, ukazując smagłą, poranioną przez niego twarz, otoczoną
ciemnymi włosami. Po krótkim namyśle wyturlał go z powrotem na podwórko,
oparł plecami o bramę i dla lepszego efektu wcisnął mu w łapę jedną z pustych
flaszek, bedących głównym materiałem eksportowym Wrocławskich podwórz.
Wiedział że teraz na pewno przez dłuższy czas nikt nie zwróci na mężczyznę
uwagi.
Żarówka w tym czasie ostatecznie wypaliła się, więc Koval założył
zdobyczny noktowizor. Chwilę zajęło zanim zrobił to jak trzeba, włączył go,
ułamując przy tym jakąś mało znaczną częśc, ale koniec końców jego oczom
ukazał się jasnozielony obraz klatki schodowej.
Podniósł pistolet. Przez chwilę udawał że z niego strzela, wykręcając
rękę jak to mają w zwyczaju czarnoskórzy gangsterzy, z którymi Koval się
często utożsamiał. Potem pomyślał że zostawił właśnie na broni swoje odciski
palców, więc panicznie odrzucił broń od siebie, aż zadudniła na wyjątkowo
dziś niezaszczanej betonowej posadzce. Nie wiedząc iż broń zabezpieczona jest
przed pozostawianiem odcisków warstwą odpowiedniej taśmy, podniósł ją
ostrożnie, wytarł rękawem i nie dotykając jej gołą skórą, odłożył z powrotem.
Następnie wyciągnął Bąkalovica z ukrycia. Podpierając go swym ramieniem,
wywlókł go z powrotem w mrok ulicy, myśląc gorączkowo nad najrozsądniejszą
drogą pomocy rannemu.


Michał był jednym z tych ludzi, którzy codzień marząc o brutalnym
wyrównywaniu rachunków z rzeczywistością, o luksusowym życiu , zbudowanym na
oszustwie, kradzieży i wszelkiej działalności kryminalnej, nigdy nie złamali
prawa.
Dlatego Koval trochę się obawiał iść do niego po pomoc. Ale w sytuacji, gdy
twój tęgi kumpel zwisa ci z ramienia z kulą w tyłku, nie masz ochoty daleko
szukać.
Kiedy zadzwonili dzwonkiem, drzwi otworzyły się niemal natychmiast,
choć tylko na kilka centymetrów. Dalszego dostępu do mieszkania, niczym
archetypowa dziewica cnoty, bronił stalowy łańcuch. W powstałej szczelinie
złowrogo błysnęło skryte za szkłem okularów oko.
-Chłopie, musisz pomóc. Martina dorwał gang szmuglerów narkotyków, bo
sprzedał im 300 kilogramów cukru-pudru zamiast kokainy! - Koval w drodze miał
wystarczająco dużo czasu , aby wymyśleć jakąś historię i samemu w nią
uwierzyć. - Jest ranny, możemy wejść?
Widoczna w szczelinie brew zmarszczyła się, gdy Michał myślał:
"No żesz kurew ich mać, co oni sobie myślą, co ja jakiś hotel jestem czy inne
pieprzone pogotowie? Czy ja mam na drzwiach napisane Dr. Quinn?, no pytam
się? Gówno! Niech idą do swoich domów, niech tam zdychają albo niech ich
policja zabierze!"
Powiedział jednak tylko :
-Jasne, nie ma sprawy. Proszę, wejdźcie.
Drzwi zamknęły się na chwilę i rozległ się szczęk zdejmowanego łańcucha. Po
chwili otworzyły się na pełną szerokość, ukazując niskiego blondyna w
okularach, Michała Schczeriego. Michał był dwudziestopięcioletnim Żydem, czy
też może raczej Polakiem żydowskiego pochodzenia. Nie przeszkadzało mu to
jednak w potwierdzaniu obraźliwego, oklepanego stereotypu i zajmowaniu się
lichwą. Dość niefortunnie, bowiem odzyskiwanie pieniędzy nie było jego mocną
stroną. Kilka razy, w przeszłości Koval i Bąkalovic groźbą lub czynem
nakłonili opornych dłużników młodego Żyda, aby pomyśleli wreszcie o spłacie
długu. Ot, z czystej sympati do Michała, który nigdy nie odmówił im pożyczki
na rozkręcenie jakiegoś nowego przekrętu. Nigdy jednak się o tym nie
dowiedział, nie chwalili mu się bo wiedzieli że nie pochwala takich metod.
Koval wniósł rannego, półprzytomnego kolegę.
-Dzięki, bracie. - uśmiechnął się do Schczeriego - My, czarnuchy, musimy
trzymać się razem.
-Nie jestem żadnym czarnuchem, to jest, afroamerykaninem. Ty też nie, Koval.
W co oberwał? - wskazał ruchem głowy pojękującego Martina.
Skejt bezceremonialnie rzucił Bąkalovica na kanapę, twarzą do dołu, nie
zważając na jego słabe protesty. Miejsce postrzału nie stanowiło już zagadki.
-Zaraz coś na to poradzę - Michał uśmiechnął się z wyraźną ulgą - Na razie
zdejmij mu spodnie, a ja przygotuję co trzeba - i zniknął we wnętrzu swojej
malutkiej kuchni.
"Cholera, to prawda co mówią o dwóch facetach którzy są nieodłączni, że
prędzej czy później jeden drugiemu będzia chciał ściągać gacie" - pomyślał
Koval, kiedy zsuwał Martinowi majtki.
Potem, czekając na Schczeriego, rozejrzał się po pomieszczeniu. Pomimo
później pory, nie wyglądało na to żeby lichwiarz już spał - stół zakrywały
liczne ruloniki monet i nieco mniej liczne pliki banknotów. Najpewniej , gdy
zadzwonili do jego drzwi, zajęty był liczeniem swych pieniędzy.
-Chcę wody! - Zawołał chrapliwie Koval, kiedy w trakcie oglądania obrazu
imitującego akwarium, poczuł, że suszy go pragnienie. Po chwili zjawił się
Schczeri, niosąc mu szklankę kranówy, jakieś gazy czy bandaże, jodynę i miskę
ciepłej wody.
Krwawienie okazało się powierzchowne, w zasadzie dawno już ustało. Rozpoczęło
się na nowo, kiedy wyciągali , na szczęście niezbyt głęboko osadzoną, kulę ,
ale poprzemyciu rany zatamowali je
-Może rzeczywiście powinienem to napisać na swoich drzwiach - mruknął Żyd do
siebie, czując satysfakcję z własnej roboty - No, możesz mu już wciągnąć
majtki.
-Dlaczego ja? - skrzywił się Koval - Mam już dosyć dotykania jego bielizny!
-Ja musiałem grzebać mu w tyłku. To nie należało do naprzyjemniejszych zajęć.
A poza tym to twój przyjaciel.
-Twój także.
-Nie, odkąd orżnął mnie w karty na trzy tysiące. Jeszcze z łapą na sercu
usiłował mi wmówić że to specjalna, Austro-Węgierska wersja pokera, z
pięcioma asami.
-Koooval - szepnął słabo Bąkalovic.
-Nie udawaj! - Schczeri po przypomnieniu sobie karcianego incydentu wciąż był
zirytowany - To nie była wcale taka ciężka rana.
-Koval... proszę, możesz mi dać ostatniego papierosa? - Bąkalovic widać był
innego zdania co do swojego stanu zdrowia. Skejt posłusznie włożył fajkę w
usta Martina i przypalił zapałką. Na twarzy Ukraińca zagościł błogi uśmiech,
który został tam jednak tylko do momentu w którym palący niechcący się
zaciągnął.
-Kooooooooval! - tym razem głos był o wiele mocniejszy, choć z twarzy
wyglądał on coraz słabiej. - Proszę, możesz mi zabrać ostatniego papierosa?
-Sam nie wiesz czego chcesz - marudząc Koval ponownie spełnił prośbę kolegi,
sam zaciągając się niedopalonym szlugiem. - Lepiej powiedz o co chodzi. Czemu
do cholery ktoś chciał Cię zabić?
-O nie! - zaprotestował Schczeri - nie chcę słyszeć ani słowa z tego, to
jakaś brudna sprawa.
-Spokojnie, nic z tych rzeczy. - Zaprotestował ranny. - To nie są żadne
sekrety mafii ani nic takiego. Zostań proszę. - Spojrzał błagalnie na
lichwiarza. Ten, początkowo zrywając się ze swojego miejsca, po krótkim
namyśle usiadł w swoim fotelu, dając sygnał Bąkalovicowi do rozpoczęcia
opowieści.
-Najpierw niech któryś z was założy mi te pieprzone majtki! - Michał dla
świętego spokoju i zachowania przyzwoitości nasunął bieliznę Martina na jego
opatrzony tyłek. -No dobrze. Nie znam nazwiska mężczyzny który chciał mnie
zabić, ale mówią na niego Czarny Voyght.
-Czarny! Nasi! - wydarł się Koval, ale szybko go uciszono.
- Do tego człowieka dotarło że mogę tanio załatwić radziecki sprzęt wojskowy.
Interesowało go nabycie trzech kałasznikovów i noktowizorów.
- Sprzedajesz broń? Ty?! - tym razem to Michał przerwał opowieść - Kto
takiemu młokosowi daje do szmuglowania broń?
Martin machnął niecierpliwie ręką.
-Dopiero co wchodziłem na ten rynek, ale niech mi ręka uschnie jeśli zrobię
to znowu. Jak Boga nie kocham! - słowa te spowodowały grymas na twarzy
Michała, jednak nic już nie powiedział. - Tak czy siak, wszystko było w
porządku. Voyghta zachwyciła jakość mojego sprzętu, bo ja byle czego nie
sprzedaję, a jak sprzedaję to podrasowuję tak żeby być już daleko z
pieniędzmi zanim kupiec się skapnie. No i wszystko było ok, dopóki z pokoju
obok nie wyszedł ten facet...
-Jaki facet? - odezwał się Koval po dłuższej chwili ciszy.
-Dwa tygodnie temu zginął funkcjonariusz policji. I to nie byle posterunkowy
cieć. To był zastępca komendanta rejonowego...Norczyński. Dupę miał umoczoną
jak wszyscy, ale i tak był policjantem, a ktoś go wykończył. Cztery kule w
ten jego opasły brzuch. Jedna w głowę. Potem go jeszcze skopali.
- I dobrze tak, psom. Nic nie robią tylko dzieci z ławek przepędzają albo
podrzucają im dragi! - w Kovalu odezwała się dusza rewolucjonisty.
- I dbają o to żeby Cię byle banda chłystków dla zabawy nie skopała na
śmierć. Policja zawsze jest potrzebna, zresztą pieprzyć to. Ty - zwrócił się
do Ukraińca - Ty lepiej mów skąd znasz takie szczegóły tej sprawy, masz
jakieś kontakty? I co to ma wspólnego z tym całym Voightem czy jak mu tam?
- Ten komisarz... znaczy się zastępca... został zastrzelony przez cyngla
mafii. Bo to nie było przypadkowe morderstwo, on nie zginął bo przyłapał
szajkę na gorącym uczynku, jak podały media. To była egzekucja, w starym,
czystym stylu.
-Zaraz, chcesz powiedzieć że Ty widziałeś jak oni to zrobili? - zdumiał się
Koval.
Martin Bąkalovic kiwnął głową.
- Myślałem że mnie nikt tam nie widział. Nie doniosłem policji, bo nie jestem
takim idiotą. Ale dzisiaj, kiedy podczas transakcji zobaczył mnie ten co
zastrzelił Norczyńskiego... Od razu mnie rozpoznał, musiał mnie skubaniec
jednak zobaczyć. Zaraz powiedział temu Czarnemu że to ja byłem dwa tygodnie
temu na Roosevelta. Ten z miejsca wyciągnął pistolet i... powoli, jakby
wiedział że mu nie ucieknę, zaczął wkręcać tłumik. Spieprzyłem stamtąd od
razu, cud że nie narobiłem w gacie....
-Mówiąc szczerze, narobiłeś.. - Koval miał lepszy widok na tyły Marcina niż
on sam, leżący wciąż na brzuchu.
- Spieprzyłem przecznicę dalej, skitrałem się w bramie i tam natknąłem się na
Kovala. - Martin okazał się być głuchy na wspomnienie o nie do końca czystej
bieliźnie - Potem jak uciekałem z nim jak najdalej od tego miejsca, dorwał
mnie z tej samej bramy, prawie odstrzelił mi tyłek. Potem Koval mnie gdzieś
ciągnął i resztę już znasz.
-Nie do końca, w końcu przecież jakoś to musiałem zdobyć, prawda? - Koval
puknął palcem w noktowizor zdobiący jego czoło. - Martin zemdlał mi w jakiejś
bramie. Ten Czarny widział jak wchodziliśmy do bramy, więc przywaliłem mu z
drugiego piętra donicą. Trzeba przyznać że łeb ma twardy, więc musiałem go
kilkukrotnie przywalić drzwiami zanim się ostatecznie zwalił na ziemię. Potem
przyszedłem z Martinem do Ciebie.
Nie wiedzieć czemu, Koval poczuł że mu nie wierzą. Uśmiechali się ze
sztucznym podziwem, znał to. Znał to spojrzenie z Ulicy, ludzie udają że Cię
podziwiają, choć tak naprawdę śmieją się z Ciebie za plecami. Nigdy wprost,
zbyt się Ciebie boją, Twojego gniewu. Teraz Koval wiedział że cokolwiek zrobi
w przyszłości, będzie musiał udowodnić tym dwóm jak bardzo się mylili.
- Przypadkiem wiem dla kogo pracuje Czarny - Martin ciągnął opowieść - Dla
prawdziwego władcy ponad połowy naszego miasta, dla człowieka bardziej
niebezpiecznego niż trzy dni ćpania bez przerwy. Dla tego samego człowieka
musiał pracować zabójca Norczyńskiego.
Wiedza o tym jest niebezpieczna, bedą chcieli uciszyć każdego, byle tylko
prawda nie wyszła na jaw. Każdy kto o tym wie, skazany jest na śmierć. To
Harzonowicz. - Dokończył całkiem pogodnie.
-Debilu! Nie mów nam tego! - krzyknął Koval rozpaczliwie, lecz było za późno,
powiedzianych słów nie da się cofnąć.
-To jednak sprawa mafii! Pieprzony oszuście znowu mnie oszukałeś! - zaczął
histeryzować Schczeri - Dlaczego do cholery nam to powiedziałeś?
- Żebyście wiedzieli jak bardzo mi współczuć, a poza tym czułem się taki
samotny... teraz jest nas trzech! - powiedział Martin takim tonem, jakby
chodziło o zabawy dziecięcego klubu w trzech muszkieterów.
Koval przestał słuchać kłótni Żyda z Ukraińcem, zamiast tego namyślił
się nad sytuacją. Harzanowicz był niewątpliwie zbyt ciężkim przeciwnikiem dla
nich. Słynny boss cygańskiej mafii, najgroźniejszego ugrupowania we
Wrocławiu. Miał w kieszeni policję, sędziów, magnatów handlowych, nawet
sprzątaczki. Myśl o tym że właśnie stał się jego przeciwnikiem, napełniła
Kovala trwogą.
-Ten Czarny Voyght też jest cyganem? - spytał w zamyśleniu, przerywając
pozostałym sprzeczkę.
-Nie, to akurat Polak. Nazywają go Czarnym od niedawna, odkąd tak mu
pociemniała skóra. Ponoć niedawno wrócił z Turcji, gdzie przez trzy miesiące
tropił jednego gościa zanim go kropnął. Zawzięty jest jak pies ścigający
kaczkę, ale bardziej krwiożerczy.
- To dobrze - Koval kiwnął głową z ulgą - Bo obok mnie mieszka taki groźny
cygan, nie chciałbym żeby się mścił.
Przez parę chwil panowie siedzieli w milczeniu rozmyślając o mściwym narodzie
romskim.
- Co teraz? - pierwszy odezwał się Michał.
- Póki Harzanowicz nie dowie się o tym że my wiemy że to on zabił
Norczyńskiego... jesteśmy bezpieczni. A ja mu tego nie powiem na pewno.
-Ja też nie.
-Ja także nie.
-Ani ja.
Koval uśmiechnął się szeroko do kumpli, gdy nagle zdał sobie sprawę że o ile
pierwszy głos należał do Żyda, a drugi do ukraińca, nie mógł sprecyzować do
kogo należał głos czwarty. Wszyscy, jak na komendę, odwrócili się w stronę
drzwi.
-Nie przeszkadzam? - spytal Czarny Voyght i zamknął drzwi na zasuwę.
-Przeszkadzasz, przeszkadzasz, musisz wyjść! Proszę, niech pan wyjdzie! -
pisnął Schczeri rozpaczliwie, ale przestępca już wkroczył do pokoju.
-Cholera, bedą mnie zabijać a ja leżę w obsranych gaciach na kanapie Żyda, no
zajebiście! - Bąkalovic najwyraźniej przejął się tym, w jakim stanie policja
znajdzie jego zwłoki.
Koval uciszył ich gestem dłoni. Ktoś musiał zachować jasność umysłu.
-Rozumiem że nie ma nadzieji na to żeby ocalić Martina? - spytał
najspokojniej jak potrafił.
-"Niestety" nie - Voyght uśmiechnął się paskudnie, a może po prostu jego
poraniona twarz wyglądała tak w tym świetle. - I wierz mi, Ciebie bym
sprzątnął nawet jakbyś nie dowiedział się tajemnicy Harzanowicza. Żaden gość,
który mi przywalił, nie zdołał zrobić tego drugi raz.
-Cóż, ja Cię waliłem aż nie straciłeś przytomności. - Koval czuł lęk, ale
pewne sprawy wymagały jasnego przedstawienia. - I jeszcze ukradłem
noktowizor.
-Co?! - wydarł się zabójca, po czym szybko dotknął swojej głowy, znajdując
tam tylko ból. - Wiesz ile on mnie kosztował?!
- Coś ty, prawie pół darmo, jedyna taka okazja, towar pierwsza klasa! -
Bąkalovic uznał za stosowne wmieszać się w rozmowę.
Schczeri popatrzył pytająco na Martina, przykładajac rękę do ucha. "Udaje
głuchego, żeby nie wyszło na jaw że wie o zabójstwie Norczyńskiego" -
pomyślał Koval - "Całkiem sprytnie, ale nie nabierze go"
-Co?! - lichwiarz dodał do swojego teatrzyku efekty dźwiękowe. - Co mówiłeś?!
Czarny Voyght momentalnie stał się Voyghtem Czerwonym.
-Przedrzeźniasz mnie?! - chwycił Żyda za szelki i pociągnął mocno chcąc go
podnieść. Zamiast tego wyszedł komiczny efekt zawiśnięcia na napiętych
spodniach. - Gdybyś nie był głuchy to już teraz miałbyś dziurę w mózgu! -
zabójca odetchnął głośno, wypuszczając złość i odłożył Żyda na fotel. Po czym
wymierzył broń w Bąkalovica, a następnie w Kovala.
-Który chce pierwszy oberwać? - Spytał włączając laserowy celownik.
Odpowiedziały mu pospieszne wskazania każdego z nich na drugiego.
- Jak nie chcecie wybrać między sobą, bedę rzucał monetą. - ponieważ wszyscy
milczeli, Voyght westchnął ciężko i wyciągnął portfel z kieszeni. grzebał
przez chwilę w kieszonce z drobniakami, pomrukując cicho : "pięciogroszówka
to za mało, druga, trzecia, skąd ja mam kurwa tyle pięciogroszówek, dziesięć
groszy też... piątki nie dam bo bedą chcieli zaraz pożyczyć i na piwo nie
bedę miał... kurwa, czemu ja nigdy nie mam jednozłotówek?"
Przełykając głośno ślinę, Koval wziął ze stolika zapełnionego pieniędzmi
monetę jednozłotową i podał Czarnemu.
-O, dzięki! Nie muszę oddawać, prawda? - machnął bronią po pomieszczeniu,
zyskując aprobatę wszystkich w nim się znajdujących. - No, to rzucam. Reszka
biorę zasrańca, orzeł to wąsacza. - i wyrzucił monetę wysoko.
Dla Kovala czas jakby wtedy zwolnił. Widział jak moneta wiruje powoli,
wznosząc się ku dawno nie odmalowywanemu sufitowi mieszkania Schczeriego.
Widział jak głowa zabójcy mafii wznosi się ku górze, śledząc złotówkę
wzrokiem. W chwili jak moneta przestała się wznosić, i już miała opaść, jak w
transie uderzył Voyghta z całej siły w szczękę. Nim ten, obróciwszy się wraz
z ciosem , zdążył zareagować, Koval doprawił mu ciosem w nadgarstek,
powodując wytrącenie broni przeciwnikowi.
-Uciekajcie! - krzyknął do przyjaciół, nie wiedząc o tym że Schczeriego już
nie było, a Martin wciągając spodnie właśnie wykuśtykał do marnie
oświetlonego przedpokoju.-Ty gnoju! - wydarł się Voyght, a jego twarz stała się potworną maską
stworzoną z bezgranicznej chęci zemsty. Krew z otwartej właśnie rany na jego
głowie sączyła się po jego policzku, dodatkowo ją oszpecając. - Już kurwa nie
żyjesz! - schylił się pospiesznie, wachając się tylko krótką chwilę
wybierając czy ma podnieść pistolet czy złotówkę. Podniósł oba przedmioty,
lecz Koval nie czekał. Drugi raz by nie miał tyle szczęscia, by rozbroić
Czarnego. Wykonał szybki skok w bok, przeturlał się po fotelu unikając
wystrzelonych kul i odbiwszy się od skórzanej poręczy i tłucząc szklaną szybę
w drobny mak, wyskoczył przez okno w czarną noc. Na Ulicę.
Rozdział 2:
Spoiler :
Dwa tygodnie później. Wrocław. Dochodzi jedenasta wieczór. Pora deszczowa.
Zimno i mokro.

Czarny Voyght siedział przy stole, a chybocząca się lampka oświetlała jego
twarz, zwisając złowróżebnie z sufitu. Był wyraźnie nie w humorze, rzucał pod
nosem maciami, rozglądał się zaczepnie po bywalcach knajpy, siedząc w
zgarbieniu nad swoim kuflem piwa. Spojrzał krzywo na mężczyznę który właśnie
uderzył kijem w bilę, by ta uderzyła w kolejną. Ta skomplikowana reakcja
łańcuchowa doprowadziła do finału w postaci kolejnej kuli wpadającej do łuzy
w bilardowym stole.
-Chce Ci się grać na zarzyganym stole? - spytał Voyght z niejakim
obrzydzeniem.
-Nie wygląda na zarzygany. - grający obdarzył zieloną powierzchnię stołu
przelotnym spojrzeniem.
-To lepiej graj szybko. - poradził Czarny i znów wrócił do swojego browara,
stojącego przed nim na nieco lepkiej ladzie. Nie minęła minuta, gdy usłyszał
charkliwe odgłosy, świadczące o czyjejś nieprawidłowej pracy żołądka, i krzyk
bilardzisty:
- Noż kurwa! Weźcie go wypierdolcie, będzie święty spokój! - Voyght nawet nie
drgnął, wsłuchując się leniwie w odgłosy wytargiwania klienta na zewnątrz
knajpy. On był od innych zadań.
Bilardzista podszedł do lady i, wycierając chustką swoją koszulę, usiadł obok
Czarnego.
- Szefa nie będzie? - mruknął cicho Voyght.
- Na razie nie wychodzi. Musisz to załatwić ze mną. Złapałeś ich już? -
spytał Paolo Coppoli, jedyny włoch w mafii Harzanowicza, z tej racji bedącym
jedynym consigliori z prawdziwego zdarzenia, w funkcjonujących we Wrocławiu
szajkach.
- Nie jest źle. - Czarny wyciagnął z kieszeni czerwone pudełeczko i nasypał
sobie na dłoń proszku o rdzawym kolorze. - Wiem już gdzie się poukrywali,
podostawałem cynki. Dzisiaj za nimi ruszam. - wciągnął nosem leżący na jego
palcu proszek.
- Dlaczego tak późno, Czarny? To już dawno powinna być przeszłość.
- To nie takie łatwe, Paolo. - Czarny smarknął potężnie, wprowadzając proszek
głębiej i uśmiechnął się lekko. - To są szczwane sztuki.
- Mówisz o gościu który sam przyszedł do ludzi chcących go zabić, żeby ubić z
nimi interes na przemycanej broni, o żydowskim lichwiarzu który nawet się nie
upomniał o te dwa tysiące które od półtora roku wisi mu jeden z naszych
ludzi, oraz o ulicznym chłystku który ma napady wiary we własną
afroamerykańskość - zauważył trzeźwo Coppoli - Nie zdają się być zbyt
bystrzy.
- Pamiętasz Turcję, prawda? Zaufaj mi. - członek mafii usypał kolejną rdzawą
ścieżkę na swojej dłoni. Paolo podniósł pudełeczko z lady, czy też raczej
odlepił je, i powąchał ostrożnie.
- Od dawna wciągasz cynamon? - spytał nie okazując żadnych objawów
ciekawości. Odpowiedziało mu krótkie ksztuszenie się rozmówcy i salwa jego
przekleństw.
- Kurwa jego jebana cholerna mać! - stwierdził Czarny gdy skończył już
wiązankę - Znowu mnie nabrali! Ostatnio to sprzedali mi czerwonej papryki.
Coppoli wzruszył ramionami.
- Gówno mnie to obchodzi, Voyght. - ściszył ton, przybliżając twarz Polaka do
swojej - Mają być martwi, czas działa na naszą niekorzyść. Mam nadzieję że to
rozumiesz. - klepnął pieszczotliwie Czarnego po policzku.
- Oczywiście, rozumiem, panie Paolo. - Voyght zdusił w sobie odruch żeby
oddać Coppoliemu. Kilka razy mocniej. - Dziś wpół do dwunastej mam samolot.
- Jest za pięć jedenasta - zauważył z powątpiewaniem w głosie consigliori,
zerkając na swój lśniący, pozłacany zegarek. Działanie dla cygańskiego bossa
ma swoje plusy.
-O kurwa! Cześć! - krzyknął Czarny na całą knajpę, wychylił szybko resztkę
piwa i chwyciwszy swój czarny płaszcz, wbiegł po schodach na górę, do drzwi
wyjściowych.
Coppoli popatrzył chwilę za gościem knajpy, dopóki ten nie zniknął wraz z
trzaśnięciem drzwi. Potem przez chwilę rozważał powrócenie do gry, ale
musiałby umyć stół i znowu robić rewizję wśród gości, jako iż kilka bil
najwyraźniej trafiło do niewłaściwych łuz - tych w kurtkach klientów. Jako iż
nie chciało mu się grać tak bardzo żeby zmusiło go to do podejmowania takich
zdecydowanych działań, po prostu siedział i czekał.
Trwał w tym stanie, dopóki nie podszedł do niego owionięty papierosowym
dymem rom. Usłyszał od niego że można już zamykać, co było dla niego znakiem.
Wydał kilka krótkich komend pracownikom knajpy po czym dokańczywszy bez
pospiechu swojego papierosa, udał się na zaplecze.
Harzanowicz już na niego czekał. Jego opasłe cielsko spoczywało przy
stole, zajadając się potężną porcją ziemniaków z kiełbasą. Tłuste plamy
pokrywały talerz, obrus i koszulę bossa.
- Co tak wolno? - warknął na wchodzącego Consigliori.
- A do czego ma mi się śpieszyć? Do jakiegoś grubasa jedzącego jak świnia?
- Tylko nie jak świnia! - oburzył się cygan, opluwając stół ziemniakami. -
Jak ty mówisz do swojego bossa, zero szacunku!
- Traktuję ludzi tak jak oni traktują mnie. - Paolo spokojnie zajął miejsce
na krześle z boku stołu.
- Przypomnij mi, czemu do cholery Ciebie mianowałem na swego 'consigliori'? -
Harzanowicz łypnął wściekle oczyma na młodego włocha.
- A kogo miałeś wziąć? Voyghta, który najchętniej zabiłby wszystkich ludzi
którzy go wnerwiają? Tomasza "Śmierdziela"? Ariego "Ćpuna"? A poza tym, ja
jedyny mam to we krwi, jestem w końcu Włochem.
Harzanowicz pokiwał głową, uspokoiwszy się w końcu i wróciwszy do posiłku.
- Czarny był? - spytał krótko.
- Był. - odpowiedział Paolo jeszcze krócej.
- I? - tym razem pytanie było jeszcze krótsze. Harzanowicz wygrał pojedynek
małomówności.
Coppoli westchnął. Jak zawsze, kiedy w planach miał dłuższą, nużącą
wypowiedź.
- Jeszcze ich nie dorwał, ale jest w drodze na lotnisko. Twierdzi że zna
miejsca ich pobytu. Jeśli chodzi o zwłokę, jakiej się dopuścił, powołuje się
na swój sukces z Turcji. Ufam, iż pamiętasz o tym wyczynie?
-Jak mógłbym zapomnieć, chwali się tym na okrągło! - warknął Rom grzebiąc
łyżką w ziemniakowej paćce. - Uważa że teraz wszyscy powinniśmy go całować po
rękach! Dwa tygodnie! - ściszył głos - Jak za dwa tygodnie wszyscy trzej nie
bedą martwi... ktoś inny ma dostać zlecenie na cztery osoby.
Paolo kiwnął głową ze zrozumieniem. Wiedząc że nic więcej nie usłyszy od
swojego bossa, Wstał od stołu, zmierzając od wyjścia. Nim nacisnął klamkę,
usłyszał jeszcze głos Harzanowicza.
- Nie podoba mi się jak rozwija się ta sprawa Norczyńskiego... Byłeś dziwnie
nieostrożny, Paolo. - rozsądek nakazywałby oskarżeniom zawisnąć w powietrzu,
pozostawiając je niewypowiedzianymi. Jak jednak Coppoli miewał okazję się
przekonać, boss podziemnego światka nie grzeszył nadmiarem inteligencji. -
Czy ty nie starasz się mi zaszkodzić, Coppoli?
Włoch odwrócił się ze spokojnym uśmiechem.
- A zdołałbym? - ukłonił się zwierzchnikowi z szacunkiem i postanowił
uspokoić jego obawy połechtaniem jego dumy. - Jesteś zbyt przewidujący,
donie. - I wyszedł. Harzanowicz był człowiekiem próżnym, usłyszenie od
włoskiego mafioza tytułu "don" sprawiało że zapominał o wszystkim.
Coppoli istotnie był włochem, nie była to żadna bajka stworzona dla
wywarcia większego wrażenia, jak zagraniczne nazwisko Voyghta. Zawsze
przestrzegał zasady omerta, współpraca z siłami policyjnymi, stawiajacymi
sobie za cel zwalczenie przestępczości, nigdy nie przyszłaby mu na myśl.
Brakowało mu jednak lojalności. Nie do Harzanowicza, którego uważał za
wypachnionego wieprza. Praca w tej mafii była dla niego tylko odskocznią, do
pójścia wyżej.
A wkrótce miało nastąpić owo odbicie.

Czarny Voyght wbiegł na lotnisko niczym płonący człowiek do
miejskiego basenu. Pospiesznie zabrana walizka grzechotała podejrzaną
zawartością, ale nie miał teraz czasu na układanie wszystkiego od nowa.
Wpychając się w kolejkę, dostał się do odprawy biletowej po czym wsunął w
dłoń pracownicy lotniska swój bilet, wraz z banknotem stuzłotowym.
-Pilna sytuacja - zignorował rejwach powstały za jego plecami.
-Pana nazwisko? - spytała kobieta, myślami krążąca wokół właśnie zarobionej
stówki.
Voyght skrzywił się lekko i rozejrzał podejrzliwie.
-Wojtasik - wręcz wyszeptał.
Pracownica wklepała nazwisko do swojego komputera. Po ujrzeniu wyniku
uśmiechnęła się szeroko.
-Pański samolot lada chwila odlatuje... ale dla pana oczywiście to
załatwimy.- Wojtasik, czy też raczej Voyght jak wolał być nazywany, nie
pierwszy raz ruszał za kimś w pościg. Dobry układ z lotniskiem był wart swej
ceny.
Po kilkunastu godzinach spokojnego lotu był już na miejscu. Czekało
go brawurowe dochodzenie, z pewnością mnóśtwo emocjonujacych pościgów,
tropienie zwierzyny uciekającej przed myśliwym... ale najpierw do cholery,
chce zwiedzić te wulkany!
Czarny Voyght, morderca na usługach mafii, ruszył w głąb egzotycznej,
wulkanicznej wysepki, gdzieś na morzu Karaibskim.
Rozdział 3:
Spoiler :
Ostre kawałki tłuczonego szkła rozcięły Kovalowi policzek, zostawiając krwawą smugę. Nie to było jednak jego największym zmartwieniem. Do tego miana Koval mógłby z pewnością nominować fakt, iż zostawiwszy za sobą oświetlony kwadrat okna mieszkania Schczeriego, miał przed sobą tylko pustą przestrzeń. I odległy o kilkanaście metrów, z pewnością twardy chodnik.
-Zdrowaś marioooooo.... - wydając z siebie dźwięki z całą pewnością nie bojowe, Koval nieuchronnie zmierzał ku podłożu. Nim zdążył kontynuować swą modlitwę świeżo nawróconego katolika, nastąpił odgłos głuchego plaśnięcia, często towarzyszący takim nagłym kontaktom z gruntem.
Na Kovala szczęście, ten grunt był ruchomy i stanowił go ładunek miękkiego piasku, przewożonego właśnie w niewielkiej ciężarówce.
Nie mogąc uwierzyć swojemu szczęściu, Koval ukrył się wśród niewielkich wydm piasku, obserwując uważnie rozbite okno, w którym na chwilę mignęła twarz Voyghta. Koval nie wierzył także w trakcie wyskakiwania z ciężarówki kilkanaście kilometrów dalej, tak jak nie wierzył wspinając się z mozołem na dach piętrowej stodoły. Kiedy zeskakując wpadł na jadącą nie wiadomo skąd końską furę z sianem, musiał przyjąć do świadomości że pewne kanony filmów akcji są nieśmiertelne. Uradowany tym faktem Koval wielokrotnie lądował tej nocy na ładunku rozmaitych środków transportu. Zabawa ta jednak straciła swój urok gdy wylądował na ciężarówce z gnojówką i z tą chwilą przyszło opamiętanie. Zrzucając bez żalu uświnioną bluzę, postanowił, po drodze wycierając buty i spodnie o przydrożne drzewa, odwiedzić swojego dłużnika, a przy tym najpotężniejszego dilera zachodniej strony Wrocławia. Postanowił odwiedzić Krzysia.

Stojący w punkcie handlowym Krzysio powitał Kovala z otwartymi ramionami. Po prawdzie mówiąc to aż podniesionymi, jako iż ten dla żartu zaszedł go od tyłu i przystawił wskazujący palec do pleców, wydzierając się "USB, psie!". Przerażenie Krzyśka nie stało się ani trochę mniejsze, gdy zobaczył że zamiast służb specjalnych stoi za nim cieszący się złą sławą Koval.
- Znowu dałeś mi fałszywy towar! - skejt przycisnął oszołomionego dilera do ściany, dysząc mu w twarz. - Patrz na mnie. Co mam z tobą zrobić? Co powinienem... Patrz na mnie mówię! Co powinienem zrobić kiedy przyjaciel mi wbija nóż w plecy? No jak myślisz? Przypadkiem mam tutaj coś co może być tematem naszej rozmowy. - Istotnie, czysty przypadek zadecydował o tym że chwilę wcześniej Koval znalazł na ziemii sprężynowiec, teraz połyskujący delikatnie w świetle odległej latarnii. - Znasz zasadę oko za oko? Myślę że to by wreszcie skończyło spory między nami... Oj, zasmuci się twoja matka, wielce żałość ją ogarnie... - W końcu Koval zmiękł, czując że wystraszył Krzyśka wystarczająco. - Wiesz, jeśli zrobisz mi przysługę, mogę zapomnieć o tym co zrobiłeś. Teraz i wszystkie poprzednie razy. - Schował nóż do tylnej kieszeni spodni i puścił dilera. Ten osunął się bezwładnie na ziemię, ale zaraz poderwał się na równe nogi.
- Oczywiście - wybąkał szczęśliwy z przedłużającego się właśnie życia - Cokolwiek chcesz.
- Załatwiasz mi bilet do jakiegoś ciepłego kraju i trochę forsy na życie. Nie powinno to kosztować Cię wiele więcej niż na Ciebie zmarnowałem. To co, umowa stoi? - wyciągnął w stronę dilera dłoń.

Koval rozkoszował się promieniami gorącego słońca, oświetlającego piaszczyste wybrzeże wulkanicznej, palmowej wysepki. Opalał się leżąc na ręczniku, w myślach wyzywając wąsatego mężczyznę z wypożyczalni leżaków od złodziei oraz najwyraźniej uszkodzonych, istotnych partii ciała męskiego. W końcu podniósł się, rozglądając się ponad ciemnymi okularami nad ciekawszym zajęciem. Zauważył grupkę przyjaźnie wyglądających, całkiem niezłych lasek. Pomyślał że może spróbuje którąś z nich poderwać, ale potem poszedł się taplać w chłodnym morzu i ochota mu przeszła.
O dziwo, nie okazał zdziwienia gdy nagle poczuł silne szarpnięcie pod wodą, któremu towarzyszyło uczucie zniknięcia kąpielówek. Zamiast tego zaczął, nie odwracając się nawet, myśleć. Nie była to sprawa rekina, bo rekin z całą pewnością odgryzłby kąpielówki razem z nogami. Wykluczył też możliwość napaści na tle seksualnym, bo jak dotąd nic go jeszcze nie dotknęło. Nie mógł to być dziecięcy napastnik, bo ratownik był wyczulony jeśli chodzi o nurkujące bachory. Jeśli to był ktoś dorosły a przy tym normalny, to najpewniej znał Kovala. A kto ze znajomych Kovala mógłby się posunąć do takiej zagrywki?
-Martin?! - Koval odwrócił się gwałtownie. Istotnie, machając skradzionymi szortami jak pochody majowe flagami, na wodzie unosił się jego przyjaciel.
-Co ty tu robisz?! - wykrzyknął Koval.
-Pływam. A co nie mogę? Zabronisz mi? - Bąkalovic energicznie machnął dłonią, ochlapując Kovala nieumyślnie.
-Ale.. Jak ty, kiedy, co z...
-Chodźmy na brzeg, pogadamy - I wyszli obaj z wody, wzbudzając powszechną wesołość ludzi na plaży. Koval zdenerwowany na Martina że przez niego pewnie nie zaliczy żadnej z obecnych kobiet, wyrwał mu swoje szorty i założył w pośpiechu. Usiedli przy rzeczach Ukraińca, w cieniu pobliskich palm. Przez chwilę obaj milczeli, wpatrując się w błyski słońca na falach. Przynajmniej w to wpatrywał się Koval, Martin bowiem przyglądał się uważnie dziewczynom w bikini, robiąc telefonem zdjęcia co drugiej z nich.
- Jak długo tu jesteś? - pierwszy przerwał milczenie Koval.
- Jakieś półtora tygodnia.. A ty? - spytał ostrożnie Bąkalovic, na chwilę porzucając ocenianie wymiarów przechodzących plażowiczek.
- Dwunasty dzień.. jeszcze cztery i wracam.
- Mi zostały dwa dni...
Znów zapadła niezręczna cisza, którą dopiero Koval przerwał, mówiąc głośno to o czym myśleli obaj.
- Tu jest kurwa wszystko takie drogie!
- Właśnie! - zawtórował mu Martin. - Widziałeś ile oni tutaj żądają za jednego drinka?
- Co tam drinki, ja ledwie na posiłki mogę sobie pozwolić! A skóra zaraz mi całkiem zejdzie, bo tu w sklepie ceny za olejek takie że na zawał można zejść!
- A za pamiątkę, plastikowy wulkanik który oni tutaj sprzedają to chcą tyle że we Wrocławiu bym taniej z rodziną do KFC poszedł! Gdybym miał jakąś poza Tobą, rzecz jasna. - Uzupełnił szybko - Kurna, człowiek by posiedział dłużej bo miejsce zajebiste, ale co robić, trzeba wracać.
- Czy będzie tam na nas czekał Czarny Voyght, czy nie. - pokiwał głową Koval.
- Właśnie, jak mu uciekłeś? - zainteresował się Martin - Bo my ze Schczerim władowaliśmy się do taksówki za rogiem ,ale ty chyba jeszcze zostałeś w budynku... Myśleliśmy że już Cię załatwił.
- Jakoś sobie dałem radę. Mnie nie tak łatwo zabić. - Odparł chłopak, nie chcąc wdawać się w szczegóły. Wciąż nie lubił sobie przypominać o ciężarówce wyładowanej gnojówką. - Ale Voyght na pewno tam na nas czatuje, to nie jest typ człowieka który daje za wygraną. Schczeri jest tu z Tobą? - zmienił temat.
- Nie, nie mam pojęcia gdzie się zaszył. Ostatni raz widziałem go tamtej nocy. Mówił że jest miejsce gdzie będzie bezpieczny.
-Cholera go tam wie gdzie on się schował...

Michał zastukał osiem razy w potężne drzwi, zabrzęczał złotą dolarówką w umówiony sposób, podał hasło. Drzwi się otwarły. Mijając strażnika z ukrytą bronią, wymienił z nim tajemny uścisk dłoni. Siedząca przy stole, trójdzietna rodzina nie protestowała gdy poprosił ich o odsunięcie się. Wyglądali na raczej znudzonych, gdy, z niemałym wysiłkiem, przesuwał stół, zwijał dywan i podnosił klapę. Chwyciwszy latarkę ze znajdującego się na niej haka, zszedł po krótkiej drabince na dół. Długi, obniżający się korytarz poprzedzielany zbrojonymi drzwiami z hartowanej stali wiódł go do głównej sali, z której odnogi prowadziły do dalszych pomieszczeń bunkra. Przedtem jednak użył swojego klucza wyglądającego jak zwykła karta kredytowa, żeby dostać się do skarbca. Tam, nie bez żalu, zostawił swoje ostatnie zyski z transakcji przejmowania banków światowych. Upewniwszy się czy dobrze zamknął drzwi skarbnicy, udał się w stronę głównej sali, aby prosić Mistrza o azyl.
Ludzie często mówią o spiskowej organizacji Żydowsko-Masońskiej. Ale, na całe szczęście, sami nie dają temu wiary.

Popołudnie Koval i Bąkalovic spędzili razem. Głównie siedzieli na plaży, gapili się na ludzi i gadali, od czasu do czasu idąc trochę popływać. Po skromnym obiedzie postanowili że im też coś od życia się należy i zdecydowali się na zwiedzanie wulkanów. Po krótkim odpoczynku w swoich pokojach hotelowych, spotkali się w holu. Koval pojawił się ubrany w koszulę z krótkimi rękawami, pokrytą jakimiś hip-hopowymi bazgrołami, których nawet starożytni egipcjanie by nie odczytali, w krótkie, dżinsowe spodenki i sandały. Skrzywił się lekko na widok stroju Bąkalovica, który nie ubrał się inaczej niż w letnie, Wrocławskie popołudnie .
- Dalej słuchasz tego czegoś? - skwitował czarno-krwawą koszulkę Martina, nie mając siły komentować jego długich spodni i stóp odzianych w glany.
- Thefuckersów?! Jasne! To zajebisty zespół, mam ich dyskografię, chcesz? Nikt nie gra lepiej od nich!
- Ta... Byłeś na ich koncercie, byli chyba w Polsce w zeszłym roku.
- E, nie chciało mi się...
Gawędząc dotarli do grupy wycieczkowej. Wlokąc się z tyłu, znów wdali się w jakąś mało sensowną dyskusję i nie zwracali na nic uwagi dopóki nie osiągnęli celu swojej podróży.
Wulkan Puci-Puci-Thongo był najmniejszym z obecnych na wyspie, lecz gdy stało się u jego podnóży, wydawał się sięgać nieba. Zarówno Koval i Bąkalovic wyrazili swój niebotyczny zachwyt.
-O kuuuurwaa.... - jękneli równocześnie.
Kontemplowali rozmiary zjawiska jeszcze przez chwilę, nie zwracając uwagi na gadanie przewodniczki. Kovala to nie interesowało, a Martin zwracał uwagę tylko na te kobiety, które były piękne. Wycieczkę dogonili przed wejściem na wykute stopnie. Najwyraźniej czekano aż zejdą poprzedni uczestnicy wyprawy. Koval przez chwilę zastanawiał się czy dalej są składane wulkanom ofiary z ludzi, gdy nagle poczuł mocne szturchnięcie w bok.
-Co, kurwa? - spytał grzecznie Martina.
- Widzisz tego faceta o tam, w pstrokatej koszuli? - Bąkalovicz wskazał kierunek ruchem głowy.
- Tego złamasa w straganie z pamiątkami?
- Nie, tego ciemniejszego. Co właśnie prosi kogoś o zrobienie mu zdjęcia.
- Mówisz o tym co właśnie wydziera się że nie tak się trzyma aparat? Ouć, ale mu przyładował.
- Ekspresowy kurs fotograficzny. Nie przypomina Ci kogoś?
- Wygląda jak... Nie.. Niemożliwe.. Co tutaj miałby robić Czarny Voyght? - spytał Koval drżącym głosem.
- Pewnie jest tutaj dlatego, że jesteśmy tu my... nie słyszałeś o Turcji?
- Każdy w mieście kurwa słyszał o Turcji... chodź, spierdalamy! - rzucił Koval luźną propozycję.
- Dobra. Powoli, nie wzbudźmy podejrzeń. Na trzy. Raz... Dwa...
Nie czekając na "trzy", obaj puścili się galopem w przeciwnym kierunku.

Czarny Voyght, wkurzony na drażniący go coraz bardziej upał, wtargnął do chłodnego holu hotelu. Myśląc że poprawi sobie humor ładnymi zdjęciami, udał się w stronę punktu błyskawicznego wywoływania filmów. Po dziesięciu minutach, podczas których zdążył przekląć obsługę "błyskawicznej" ciemni do czwartego pokolenia wstecz, wyrwał kopertę ze zdjęciami, rzucił banknot na ladę i poszedł do swojego pokoju. Tutaj wziął z lodówki butelkę chłodnego napoju, usiadł na łóżku i , pijąc dużymi łykami, wyciągnął zdjęcia z koperty.
-Kurwa, no i nie wyszło mi.. - voyght wyraził swoje rozczarowanie wyjątkowo dobrze zapowiadającym się zdjęciem. W pewnym momencie jego wzrok padł na inne zdjęcie - to robione przez wyjątkowo durnego tubylca. Przedstawiało poruszoną sylwetkę Czarnego na tle przekrzywionego wulkanu. Jego uwagę przykuły jednak dwie postacie w tle, patrzące ze strachem w stronę obiektywu.
-No to mamy ptaszków... - powiedział cicho, osuszając butelkę jednym haustem. Potem wstał i podszedł spokojnie do swojej walizki. Z niej wyciągnął fragmenty broni, którą powoli, bez zbędnego pośpiechu, zaczął składać.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2018 00:31 przez Szczery.)
26.03.2018 00:21
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,791
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #7
RE: Literacki antykwariat - Temat dla każdego
Rozdział 4:
Spoiler :
Czarny Voyght, czy też Wojtasik jak naprawdę miał na nazwisko, był jeszcze młodym mężczyzną, lecz przy tym doświadczonym już zabójcą. Dlatego wiedział że wsadzenie kolby pistoletu w usta portiera, by powiedział które pokoje zajmują poszukiwani przez niego goście, aby następnie zjawić się pod wskazanymi numerami i wyładować cały magazynek w ciała ofiar i okoliczny sprzęt domowy, nie jest dobrą metodą załatwiania takich spraw.
Mimo to, za każdym razem go korciło by tak zrobić. Jednak praca dla mafijnej rodziny, o ile tak można nazwać bandę cyganów, zobowiązywała do prowadzenia dyskretnych działań.
Wsunął pistolet w ukrytą pod koszulą kaburę. Po pewnym niemiłym wydarzeniu z przeszłości, w którym omal nie stracił pięty, oduczył się chowania broni do spodni. Poskładana już, owinięta ręcznikiem snajperka M40A3 zajmowała bezpieczne miejsce pod łózkiem, czekając na użycie. Czarny Voyght planował dowiedzieć się gdzie znajdują się Koval i Bąkalovic, a następnie kropnąć ich gdzieś po cichu. Jeśli to by się jednak nie powiodło, znalazłby jakieś dogodne miejsce na dachu hotelu, skąd sięgnąłby obu snajperką w trakcie opuszczania budynku. Jednak ten sposób, ze względu na większą możliwość pozostawienia śladów, był o wiele bardziej ryzykowny.
Voyght wyciągnął z szuflady niewielką metalową walizeczkę, połyskującą blaszaną czernią. Otworzył ją siadając na łóżku i postawił na stojącym przed nim stolikiem nocnym. Jego wielokrotnie użyty zestaw kamuflażu, zdolny uczynić go całkiem inną osobą, której nikt nie będzie mógł rozpoznać. Wraz z umiejętnościami wtopienia się w tłum, uczyni go bardziej niewidzialnym od kameleona.
W końcu po półminucie gapienia się w lustro wybrał jedne ze sztucznych wąsów, dokleił je pod swoim nosem i sprawdzając czy dobrze się trzymają, wyszedł z pokoju.

Koval i Bąkalovic właśnie znosili po schodach swoje pospiesznie spakowane bagaże, przygotowane do prędkiej ucieczki, gdy nagle ten pierwszy stanął, blokując drogę Martinowi.
-No idź, czego kurwa stoisz? - Bąkalovic ponaglił kolegę
-Widzisz tego gościa w holu? O tam, tamtego wąsatego?
-Jedyne wąsy które widzę to te twoje - zarechotał głupio Ukrainiec - Czekaj no.. - wychylił się zza swojego kufra, wypchanego głównie przenośnikami pamięci z pornografią. Martinowi ciężko było rozstawać się ze swoją kolekcją. - O którym mówisz?
-No ten taki ciemnawy.
-Obwieszony złotem, wytatuowane łapska, koszulka bez rękawków, krocze na wysokości kolan, krzyczący coś o gliniarzach i jakichś nigga?
- Ten ciemniejszy, durniu!
- O kurna... Wygląda jak... ale po co by mu były wąsy?
- Cholera go wie, może lubi... Spieprzamy od ogrodu, chodź!
Hotel "Volcano" cieszył się dużym powodzeniem - głównie dlatego że stanowił połowę hoteli na wysepce. A jako iż drugi hotel, o wdzięcznej nazwie "La costa" przeżywał ciągłe kłopoty związane z podpalaniami, dewastacjami przez nieznanych chuliganów, nagłymi plagami szczurów, niespodziewanymi kontrolami sanitarnymi i innymi urozmaiceniami skutecznie psującym interes, "Volcano" prosperowało coraz lepiej. Budynek był już kilkukrotnie rozbudowywany, obrastał w tarasy, baseny i system alarmowy , na wypadek gdyby właścicielowi "La costy" się tam coś uroiło.
Jednym z symboli finansowego dobrobytu tego hotelu był nasłoneczniony, oszklony ogród, zawierający starannie wypielęgnowane krzewy, rozmaite kwiaty pnące się ku niebu, wysokie palmy rzucające chłodny cień na wyłożone żwirem alejki, którymi goście często spacerowali przed posiłkami, nabierając apetytu. Wszyscy zawsze chwalili zadbanie ogrodu, różnorodność roślin w nim występujących, świetną kompozycję, nie wiedząc o tym że jedyne co zrobił właściciel "Volcano" to ogrodzenie kawałka dźungli szkłem i wysypania żwiru na udeptanie ścieżek.
Wyjściem do tego właśnie ogrodu próbowali wydostać się Koval i Bąkalovic. Voyght, zajęty wyciąganiem informacji z recepcjonisty, używając na przemian gróźb i obietnic, nie zauważył dwóch postaci skradających się na palcach do bocznego wyjścia, niosąc ciężkie torby. Zapewne Koval i Bąkalovic uciekliby, gdyby nie wspomniany wcześniej przez Martina, czarnoskóry gość hotelu. Ten zauważył koszulę Kovala i zareagował na to głośnym krzykiem:
-Uoooo, Brother! I see u r listenin' to Mutha-Fucka-Neighbour-Robin-Hood! This shit is awesome! Good for u!
Voyght instyktownie odwrócił się w kierunku, do którego machał murzyn. Zobaczył dwa swoje cele, porzucające bagaże i znikające w drzwiach do ogrodu. Próbując wymacać pod ubraniem pistolet, zaczął biec.
-Sons of bitches! - Najwyraźniej i jemu udzielił się amerykański nastrój. Znalazłwszy się w ogrodzie wyszarpnął pistolet i zaczął nasłuchiwać.
- Kurwa, zawsze czarnuchy wszystko spierdolą! - rozległ się zdenerwowany szept z podejrzanie mobilnego krzaka, zmierzającego w stronę wyjścia ze szklarni.
- Co, nagle przestałeś być murzynem? Weź nie udawaj w ogóle, wiem że chciałbyś być jak on! -Odezwał się właściciel drugiej pary stóp, wyrastającej z uciekającego krzewu.
Odgłos wystrzału przyprowadził skłóconych uciekninierów do porządku, powodując, że wybiegli oni spomiedzy liści, zapominając o swym kamuflażu. Czarny deptał im po piętach, starając się w biegu wycelować do dwóch, zygzakujących sylwetek. Jako iż nie było to łatwe, pościg po alejkach trwał dłuższą chwilę. To spowodowało że Voyght musiał zwolnić, chcąc złapać oddech. Tymczasem Martin, jako pierwszy dopadł drzwi.
- Jaaaa pierdolę, zamknięte! - Szarpnął potężnie oszklonym wyjściem, lecz bez skutku.
- Odsuń się! - nie czekając aż kolega wykona polecenie, Koval natarł ramieniem na szkło, pamiętając swój wyczyn z Wrocławia. Cóż, Schczeri, wstawiający szyby w swoje okna, nie musiał obawiać się zemsty właściciela "La Costa". W przeciwieństwie do właściciela "Volcano", który postanowił że dobrą formą obrony, będzie szkło kuloodporne.
- O kurwa... - Koval osunął się na podłogę, ocierając ramię.
- Idzie tu! - krzyknął Martin, zauważając między palmami sylwetkę nadchodzącego mordercy. - Co teraz Koval, jesteśmy w dupie!
- Może jeszcze nie! Patrz! - Koval wskazał otwór wentylacyjny, składający się z kilku uniesionych szyb w suficie szklarni. - Dawaj, na drzewo! - Dając przykład koledze, Koval objął dłońmi i nogami pień palmy, i zaczął wspinać się w kierunku otworu. Na sąsiednie drzewo zaczął wspinać się Bąkalovic. Voyght, który znalazł się już pod nimi, miał wystrzelić, gdy przeskodziły mu w tym spadające kokosy, rzucane przez Kovala. Robiąc uniki, przeżył lekką konsternację, gdy wraz z kokosami zaczęły spadać banany.
-Banana Bomb! Bananas! A thousend of them! Nice try, Guybrush, but no banana! Ring-rang, Banana phone! - rzucając po kolei wszystkimi znanymi sobie cytatami dotyczącymi bananów, Martin dzielnie prowadził atak z góry, wykorzystując do tego owoce rosnące na jego palmie.
-Debilu, nie rzucaj tego! Spierdalaj, ja go zatrzymam! - bohatersko krzyknął Koval, nie przerywając natarcia. Gdy ujrzał że Ukrainiec znalazł się już, względnie bezpieczny, na dachu, sam wsunął się przez otwór, zatrzaskując po kolei wszystkie szyby.
Czarny nie zastanawiał się długo. Owszem, został zamknięty w ogrodzie otoczonym szkłem kuloodpornym, podczas gdy jego dwie ofiary zsuwały się po stoku dachu na ziemię, by mu uciec.
Wiedział że z specjalnie zbrojonym szkłem nie wygra. Dlatego zdecydował się zniszczyć nie szyby, a stalową konstrukcję. Uderzył parę razy w krawędzie ramy kolbą pistoletu, po czym wygiął ją rękoma. Zgodnie z jego oczekiwaniami, szyba wysunęła się spomiędzy ich, lądujac z brzękiem na ziemii. W tym momencie Koval i Bąkalovicz przestali robić głupie miny w stronę Voyghta, zajmując się zamiast tego ucieczką.
- Dzieci! - Ucieszył się Koval. Istotnie, kilkadziesiąt metrów przed nimi znajdowała się spora grupka małolatów.
- Kurna, wiedziałem że z Ciebie pedofil, ale w takiej chwili? - sapnął biegnący obok Martin.
- Dobra, zamknij się. Jak są dzieci, to znaczy że można im rąbnąć rowery albo coś takiego!
Istotnie, każda z osób w grupie dysponowała jakimś środkiem transportu. Nie wypowiadając standartowej formułki w stylu "Tylko pożyczam!", Koval rąbnął deskorolkę, a Martin rower. Młodzież też standartowa nie była. Zamiast zwyczajowo biadolić "Hej, to nasze, ojej, co my zrobimy", zaczęto lżyć uciekających takim słownictwem, że nie trzeba było być sfrustrowanym emerytem aby się oburzyć. Dodatkowo grupa nieletnich okazała się być całkiem zorganizowana. Czworo z nich, przez tą szaloną modę ciężko byłoby ustalić ich płeć, ruszyło w pościg, jedno z nich właśnie wzywało policję, pozostała piątka zajęła się nadbiegającym Voyghtem.
- Dzieciaki, dawać jakiś rower! Albo najlepiej rikszę! - Czarny otarł ręką pot z czoła. Dzieci nie rozumiały po polsku, ani po turecku, jednak wyciągane chciwie łapska Czarnego zdradzały jego intencje i wzbudzały gniew, zwłaszcza że młodzież była w tym wieku, w którym nawet miska budyniu potrafi wyprowadzić człowieka z równowagi. Zaczęto krzyczeć na przestępcę, po chwili nawet go szturchać bojowo. Gdy wydało się że dzierży on broń, w ręce kogoś mignął gaz łzawiący. Na taką stratę czasu Voyght nie mógł sobie pozwolić. Brutalnie odepchnął wyrostka z gazem, doprawiając mu z kolby pistoletu. Przedzierajac się przez żywy mur, wskoczył na porzucony rower i udał się w dalszy pościg.
Tymczasem oddalony już o dobre kilkaset metrów Bąkalovic zauważył, że stracił towarzystwo Kovala. Nie przerywając pedałowania, obrócił się w poszukiwaniu kumpla. Zauważył go wciąż biegnącego - piasek nijak nie nadawał się do skateboardingu - oraz właśnie otaczanego przez czwórkę wyrostków. Nie namyślajac się, Martin zawrócił ostro i zaczął wracać w stronę przyjaciela w potrzebie. Wjechał pomiędzy atakujących, od razu zrzucając jednego z nich z siodła.
Martin zszedł ze swojego, a przynajmniej chwilowo przywłaszczonego, roweru. Spojrzał groźnie na trójkę młokosów, zaciskajacych bojowo pięści, oraz jednego starającego się wypluć z ust piasek. Możliwe, że też bojowo.
Zaatakowali jak hieny. Równocześnie, wszyscy czterej naraz, rzucając się na jeden cel - Bąkalovicza. Ten, zaprawiony w bójkach na Wrocławskich ulicach, zręcznie uniknął pierwszego ciosu, wykonując szybki skłon, i wyrżnął atakującego od dołu w szczękę. Niestety, nie trafił wystarczająco celnie by powalić przeciwnika. Za drugim razem już nie miał tyle szczęścia, obrywając od dzieciaka w kolorowych klapkach prosto w splot słoneczny. Starając się przezwyciężyć paraliżujący ból, zdołał szybkim ruchem łokcia powalić kolejnego dzieciaka.
Nie ma chyba osoby na tym świecie, która nie zgodziłaby się z tezą, że dzieci są przyszłością tego świata. Poza samymi dziećmi, rzecz jasna. Przyszłość ta rysuje się w różnych barwach, zależnie od tego na jakie latorośle akurat natrafiamy. Może to być świat ulegający dynamicznemu postępowi, działający przy tym zgodnie z prawami ekologii i sprawiający że cywilizacja ludzka staje się spełnieniem snów. Może to być też przyszłość zgoła odmienna - wspomniana cywilizacja może zostać zniszczona przez coraz większe rozluźnienie obyczajów, przez narastającą z pokolenia na pokolenie głupotę, przez brak jedności i wspólnoty.
Niezaleznie od tego, jaką przyszłość oferuje nam młodzież, staramy się ją wciąż kształtować na wymarzony przez nas tor. Poprzed edukację, która pozwala na delikatne kierowanie czynami dzieci. Tak, każda z lekcji, jaką od nas otrzymują nasze pociechy, pozwala na zmianę przyszłości w taką, jakiej pragniemy.
Lekcja jaką Koval zamierzał przekazać młodym gniewnym, brzmiała: "Nigdy w walce nie zapominaj o gościu, mającym pod ręką metalową pompkę rowerową"*.
Najpierw zdzielił nią tego, który właśnie zamierzał kopnąć Martina. Gdy obok Bąkalovica zrobiło się miejsce, zostawione przez upadającego nastolatka, mógł wykorzystać je do uniku i wprowadzenia ciosu prosto między oczy kolejnego z młodych gniewnych. Pozostałych dwóch pomyślało o ucieczce, jednak za późno. Ten, który dostał na początku w szczękę, został skutecznie unieszkodliwony Kowalowym ciosem z pompki. Drugi natomiast, przy akompaniamencie głuchego pyknięcia, padł na pasek z piersią rozerwaną wychodzącą kulą.
-Kurwa! - warknął Voyght, starając się jedną ręką celować, a drugą trzymać kierownicę - Ten rower strasznie zygzakuje!
-Chodu! - wrzasnął Kowal, czułe podziękowania zostawiając na później. Wsiedli szybko z Martinem na jeden rower i pospiesznie się oddalili. Ścigający ich Czarny przejechał po trupie chłopaka, którego krew zdążyła już zabarwić piasek.
-Dawaj na wiochę! - chcąc uczynić proponowany kierunek bardziej precyzyjnym, Kowal wskazał betonowe miasteczko, zbudowane w czasach gdy mieszkańcy wyspy uważali ten styl za atrakcyjny. Miało to miejsce w zeszłym roku, i już zdążyli znienawidzić swoich szarych klocków.
-Rozdzielamy się! - Wciąż dzierżący deskorolkę Kowal zeskoczył z roweru, w powietrzu dobywając swojego środku lokomocji.
Deskorolka była cała czarna, z wyjątkiem tych fragmentów, na których widniały malunki płomieni. Kowal miał dwie koncepcje, czemu płomienne rysunki miały służyć. Jeśli dzieciak, któremu rąbnął deskę, był jeszcze w podstawówce - aby uczynić deskorolkę szybszą. Jeśli w gimnazjum - Żeby wyrywać na nia koleżanki.
Na twardej, brukowanej powierzchni, Kowal był już nie do zatrzymania. Lawirował pomiędzy ludźmi, zwierzętami, latarniami i palmami z prędkością czyniącą wszystko obok rozmazaną plamą. Obrócił się lekko, stwierdzając że Voyghta nigdzie nie ma. Zauważył go w chwili, gdy odwrócił głowę z powrotem, lecz było na to już za późno. Voyght, który korzystając ze skrótu znalazł się na ulicy wcześniej, kopnął z rozmachem prosto w deskorolkę Kowala, dla którego świat stał się nagle rozpędzonym pasem betonu, niosącym z sobą nie mający końca ból, a następnie ciemność.

Bąkalovic, upewniwszy się że zgubił Voyghta, wyhamował. Niepokoiło go to wszystko coraz bardziej. Czuł że z chęcią by zapalił dla uspokojenia nerwów, choć może bez palenia. Rozejrzał się czujnie. Kilku ludzi szło ulicą, patrząc na niego podejrzliwie lecz nigdzie nie widział Czarnego. Ani śladu zabójcy. Powoli, wciąż starając się zachować czujność, zaczął jechać dalej, w górę drogi, prowadzącej przez spore wzniesienie. Wytężając mięsnie coraz bardziej, w końcu dotarł do samego szczytu wzgórza, gotowy na przyjemny zjazd z górki. To co jednak wyłoniło się z niewidocznego szczytu, do przyjemnych widoków nie należało. Bąkalovic nie zdążył zrobić nic, ani zawrócić, ani wyminąć Voyghta. Dostawszy w głowę kolbą pistoletu, spadł z roweru i potoczył się z powrotem w dół ulicy, tracąc przytomność.

Voyght wsunął się w boczną uliczkę, ciągnąc za sobą owiniętych buchniętym dywanem, nieprzytomnych Kovala i Martina. Syreny policyjne wyły coraz głośniej. "Kurwa" - Zaczął swoją myśl standartowym wstępem -"że ten dzieciak musiał się nawinąć..Do tego chyba nie ma tu z nimi tego trzeciego, więc nie mogę ich kropnąć... Kuuurwa!"
Wyciagnął z kieszenit worek, w którym znajdowały się jego portfel, odtwarzacz mp5 i komórka. Wyciągnął to ostatnie i wprowadził numer.
-Carlos, robi się gorąco! - powiedział po angielsku grobowym tonem.
Pół godziny później, Czarny Voyght, zabójca na usługach mafii, jechał już z prędkością 110 kilometrów na godzinę, w kierunku prywatnego, ukrytego lotniska, służącego tutejszym przemytnikom. Ładunek sporej skrzyni, znajdującej się na platformie pick-upa, stanowiło dwóch ludzi, ale póki byli żywi, łapówka nie powinna być zbyt wysoka. Voyghta czekała teraz długa podróż do Polski, w czasie której będzie mógł odpocząć, mając w planach szczegółowe przesłuchanie schwytanych przeciwników, natychmiast po wylądowaniu.

Kowal ocknął się nagle, czując ból w każdym miejscu swego ciała. Nie widział niczego, w nieprzeniknionej ciemności. Czuł że coś ciężkiego i miękkiego go przygniata, najpewniej czyjeś ciało. On sam nie mógł się ruszyć, czując mocne pęty na nadgarstkach i kostkach. Szarpnął się desperacko kilka razy, jednak nie był w stanie się uwolnić. Sytuacja go przeraziła, zaczął krzyczeć histerycznie, nie mogąc znieść swej niemocy. Zaczął wołać imię swego przyjaciela, Bąkalovica, wiedząc że to on musi leżeć razem z nim w ciasnym, ciemnym wiezieniu. Nikt mu nie odpowiedział, Koval nie był nawet w stanie stwierdzić czy leżący obok niego Martin jeszcze oddycha. Łzy same napłynęły mu do oczu, gdy bezsilnie opadł z powrotem na twarde deski. Wiedział że to będzie już koniec, że w końcu opuściło go szczęście, stracił opiekę Boga. Że w końcu to Czarny Voyght zyskał jego łaskę. Koval długo w myślach obwiniał się za to że pozwolił na to by złapali jego i Bąkalovica. Uważał sam o sobie że zasłużył na śmierć, najpewniej szykowaną już przez Harzanowicza. Czuł że coś złego już w nim umarło, że czegoś go to wszystko nauczyło, sprawiło że się zmienił. Równocześnie jednak opuściła go całkowicie wola walki, myślał tylko o tym, że już nigdy nie będzie miał okazji by poznać swą nową naturę.

* Uczestnicy tej lekcji, zapamiętali ją. Gdy trzy lata później jeden z turystów, młody, ambitny chłopak imieniem Malik Borner chciał wykorzystać pompkę rowerową do obrony przed młodocianym gangiem motocyklowym, został brutalnie i bezlitośnie pobity. Zmarł tej samej nocy, w szpitalu. Spowodowało to zmiany na kartach niezapisanej jeszcze historii. Otóż gdyby Borner nie zginął, stałby się dwadzieścia lat później jedną z najważniejszych osób w środowisku naukowym. Po piętnastu latach ciężkiej pracy, stworzyłby lek pozwalający uniknąć wkrótce najbardziej śmiercionośnej zarazy w historii ludzkości, wybijającej ponad 78 % światowej cywilizacji. Cóż, nigdy nie wiemy do czego zostaną wykorzystane nasze lekcje, ani jakie bedą miały konsekwencje.
Rozdział 5 - najdłuższy i najostatniejszy!
[spoiler]

UWAGA! OSTRY JĘZYK! ZASŁOŃ DZIECKU USZY!

- Wierzę we Wrocław. Wrocław, który pozwolił mi zbić fortunę na kradzionych perfumach. Wraz z rodziną, przybyłem tutaj ze Słowacji, licząc na lepsze życie, które Wrocław mógł mi dać. Dlatego córkę wychowywałem po polsku. Zagwarantowałem jej wolność, lecz miała nigdy nie splamić honoru rodziny. Pracowała, nosiła spodnie. Cierpliwie to znosiłem. Znalazła sobie chłopaka, który nie był Romem. Chodziła z nim do kina, na Wyspę, zostawała u niego do późna. Też nie protestowałem. Dwa miesiące temu, jechała tramwajem z nim i z jego kolegą. Jak to Polacy, byli pijani, ją też spoili Żubrówką. Chcieli ją wykorzystać, lecz dzielnie walczyła, broniła się. Chroniła swej cnoty, swego honoru. Więc ją zaczęli bić, jak zwierzęta, dopóki motorniczy nie wysiadł z kabiny z przekładnią w ręku. Gdy pojechałem do szpitala, z początku w ogóle nie mogłem jej znaleźć, nikt z personelu nie wiedział nic o niej, taki mieli burdel. W końcu ją zobaczyłem. Miała złamany nos, jej szczęka była zadrutowana. Z bólu nie mogła nawet płakać. Może nie była nigdy za piękna, lecz teraz oszpecili ją całkowicie. Ale wytrzymałem. Bo była miłością mojego życia. Jako porządny obywatel, podszedłem do najbliższego policjanta, prosząc o wymierzenie sprawiedliwości. Usłyszałem jednak tylko "spierdalaj, cyganie". Stałem tam jak głupiec. Ci dwaj też tam byli, rzucili we mnie butelką po piwie. Wtedy powiedziałem żonie - sprawiedliwość wymierzy nam Paolo Coppoli!
Przemawiajacy, podstarzały rom z wąsikiem, pociągnął nosem i zamilkł, solidnie pociagając z podanego mu kieliszka. Nastąpiła długa chwila ciszy. W końcu cygan, z zachowaniem całego szacunku, trącił lekko Coppoliego, który głową i ramionami leżał na biurku. Pod wpływem szturchnięcia Paolo drgnął lekko, przebudziwszy się z drzemki. Powoli wyprostował się, ziewając dłuższą chwilę.
- Co mówiłeś? - spytał niechętnie.
- Coppoli, proszę, moja córka...
- A, tak tak... Powiedz mi, Bonarowicz, dlaczego przyszedłeś tak od razu do mnie? Co mnie ma niby obchodzić twoja puszczalska córka? Co ja jestem, Bóg żeby się do mnie o pomoc modlić?
- Jeśli nie ty, nikt mi nie pomoże, wiemy z żoną że tylko ty masz wystarczającą władzę...
- Zamknij jadaczkę. - Nakazał surowo włoch - Nie wiem kto Ci opowiada takie bzdury, ale ja jestem tylko consiegliori Harzanowicza. Jeśli potrzebujesz pomocy, idź do niego.. i daj mi spać u licha... - Coppoli znów skrył twarz w opartych o blat ramionach, dając znak że temat został zamknięty. Gdy tylko za urażonym romem zamknęły się drzwi, włoch mruknął do swojego przydupasa, Karola:
- Niech ktoś od Ciebie go kropnie zanim zacznie mieleć ozorem - podwładny bez słowa wyszedł wydać dalsze rozkazy. Paolo westchnął ciężko. Nie chciał robić temu staremu Bonarowiczowi, ale niestety musiał. Gdyby do Harzanowicza przedwcześnie dotarły plotki o prawdziwej władzy, sprawywanej w mieście przez jego consigliori, plan Coppoliego runąłby w gruzach.
Usłyszał ciężkie kroki na schodach. Uniósł w zdziwieniu brwi. Nie spodziewał się, że Czarny wróci tak prędko. Pytanie czy wraca z tarczą, czy bez tarczy. Czy jakoś tak. Paolo usiadł wygodniej w swoim fotelu, opierając się o jego poręcze i czekał aż drzwi się otworzą.
Otworzyły się tak nagle i tak szeroko, że stojący obok nich ochroniarz Coppoliego zemdlał, w wyniku niefortunnego kontaktu z tymi drzwiami, krótko przed utratą przytomności wypełniającymi mu cały świat. Coppoli zignorował fatalne maniery Voyghta, który dodatkowo trzasnął drzwiami przy ich zamykaniu. Nie bawiąc się w zbędne powitania, Paolo od razu przeszedł do rzeczy.
- Załatwiłeś to? - jego beznamiętny głos wskazywałby bardziej na upewnienie się w sprawie kupna kartofli, niż morderstwa ludzi. Voyght jednak wiedział o co pyta consigliori.
- Dorwałem dwóch z nich. Martina Bąkalovica i Łukasza K, pseudonim "Koval". Ten trzeci... żyd... no widzisz... - Czarny Voyght zawahał się, na bardzo krótką chwilę - O właśnie, znasz to? Jak się nazywa samochód żyda? No wiesz? Nie? To mówię, to jest...
W tym momencie ręka Coppoliego wystrzeliłą do przodu, chwytając Voyghta za krawędź jego płaszcza i przeciągając do siebie. W ciągu tego krótkiego lotu, Czarny zdążył się zdziwić tą szybką, nagłą i niesamowicie męczącą jak na Coppoliego reakcją - dopóki nie zauważył na blacie biurka szklanki do połowy zapełnionej whiskey. Wtedy zrozumiał przyczyny tej żywiołowości.
-Streszczaj się, kurwa! - wycedził przez zęby Coppoli i puścił zabójcę.
- Nie ma Żyda, Michała Schczeriego. Ale pozostałych mam żywcem! - rzucił szybko, bojąc się wybuchu złości u wypitego Coppoliego. - Można ich torturować. - dodał już spokojniej.
Coppoli przez dłuższą chwilę kiwał głową nic nie mówiąc. W końcu jakby się ocknął z namysłu.
- Dobra, powiem o tym szefowi, a ty rób swoje. Tylko lepiej żeby mówili prędko. No, idź już, bo gejowsko razem wyglądamy. - Paolo odprawił Voyghta gestem dłoni, z czego ten skorzystał z ulgą.
Gdy Czarny wyszedł, Coppoli podszedł do okna. Każdy normalny człowiek by tam zobaczył Wrocław - szarobury zbiór kamienic, zamieszkany przez cyganów, złodziei, pijaków - no i oczywiściemieszanki wszystkich tych trzech gatunków. On jednak widział Wrocław - swoje przyszłe królestwo.
Już pora, by iść z Harzanowiczem na spotkanie wszystkich Pięciu Rodzin. Spotkanie bossów.

Gdy Koval się ocknął, był już innym człowiekiem. Brak mu było dawnej radości z każdej sekundy życia, beztroski i młodzieńczego entuzjazmu. Nowy Koval był człowiekiem, dla którego każda rzecz miała nowy, poważniejszy wymiar. Nic dla niego nie było takie jak przedtem, przestał widzieć świat w czarno-białych barwach. Wszystko dla niego miało teraz różne odcienie czerni, nic na tym świecie nie istniało, co mogłoby zostać przez niego okrzyknięte dobrym. Nowy Koval, stracił całą wiarę i nadzieję.
No, i był przywiązany do krzesła.
- Co się tu kurwa dzieje? - krzyknął agresywnie, próbując rozerwać krępujące go sznury, niestety bezskutecznie.
- Właśnie! Hańba! U-zu-rpator, U-zu-rpator! - Bąkalovic, przywiązany do drugiego krzesła, też dopiero co się zbudził, ale już zdążył wmieszać się w temat. Przestał, kiedy poczuł że jego kumpel przestał się szamotać, zwisając bezładnie na krześle za jego plecami.
- To koniec, Martin. Dopadła nas mafia Harzanowicza, więc nie damy rady już uciec. Przykro mi, że Cię w to wszystko wplątałem. - Martin dyskretnie przemilczał fakt, że tak naprawdę to on wplątał w to Kovala - Na mnie jest za późno... Ale bedę starał się ze wszelkich sił uratować choć Ciebie.
- Och, Łukasz - wzruszył się Bąkalovic - Przecież wiesz dobrze, że obaj jesteśmy w ciężkiej dupie i żaden z nas nie przeżyje.
Dalszą rozmowę przerwało im gwałtowne otwarcie się drzwi. Obydwaj odwrócili się w tą stronę, aby ujrzeć zdyszanego, wściekłego Voyghta. Gdy wszedł, za jego plecami pojawiło się także dwóch cyganów, którzy obstawili wyjście.
-No, kurwa! - zaczął rozmowę Czarny - Jesteście obaj w ciężkiej dupie i żaden z was nie przeżyje!- Koval nie mógł zobaczyć twarzy znajdującego sie za jego plecami Martina, ale był pewien że wyraża "A nie mówiłem?". - Zostaliście schwytani przez Czarnego Voyghta, człowieka o niewiarygodnym sprycie, o IQ równym 132!
- Robiłeś ten internetowy test? - zdziwił się Koval - Byłem pewien że nie ma idiotów którzy wydadzą na to kasę. - Wiedział, że najlepiej dla niego byłoby powstrzymać się od powiedzenia tych słów, lecz było mu już obojętne co mu zrobi Voyght. A zrobił tyle że zrobił się czerwony i zamachnął się na Kovala, nie trafiwszy go jednak.
-Kurwa! - skomentował swoje niepowodzenie Czarny, po czym ponowił próbę, tym razem trafiając więżnia otwartą dłonią w twarz. - Słuchać mnie, a nie gadać!
- No to mów wreszcie, a nie się wkurwiasz nie wiadomo o co! - zniecierpliwił się Bąkalovic, jakby dając do zrozumienia że ma dziś jeszcze wiele mafijnych, zakurzonych piwnic do zwiedzenia w charakterze więżnia.
- Powinienem was zabić na miejscu... Powinniście już być martwi.. Ale jednak jesteście tutaj, denerwując mnie za każdym razem jak na was spojrzę. Spytacie, po jaką kurwę?
- Po jaką kurwę? - posłusznie i jednocześnie spytali obaj przyjaciele.
- Zamknać się, ja tu mówię! - zabójca, korzystajac z tego że jego ofiary są związane, uderzył każdego z nich. - A dlatego, że nie było z wami tej żydziny, Schczeriego... A propo, wiecie jak się nazywa samochód Żyda? Nie?
- Nie żartuj sobie z Żydów! - warknął Koval - Ja jestem Żydem, nie słyszałeś nigdy o Mosze-Kowalińskich?
To zbiło Voyghta z tropu tak, że zapomniał nawet ukarać wypowiedź bez pozwolenia.
- Przepraszam...- wybąkał cicho - W każdym razie.. tego... Muszę wiedzieć gdzie ten Ży... semita... - poprawił się ostrożnie, spoglądając na wciąż skrzywionego Łukasza - Się ukrył. Jak wy mi tego nie powiecie, i tak go znajdę. Z tym że nieco później i o wiele dla was boleśniej. - Aby wzmocnić swoją wypowiedź strzelił stawami w dłoni, po czym podniósł ze znajdującego się tu stołu dwa przedmioty - młotek i kilkucentymetrowy, zardzewiały gwóźdź.
- A tam, rękę przeboleję. - wzruszył ramionami Bąkalovic.
- A to dobrze. - zgodził się Czarny - Z tym że ja nie zamierzałem tego wbijać w rękę. - Uśmiech jaki pojawił się na twarzy Voyghta był tak znaczący, że obydwaj związani się wzdrygnęli.
- No dobra, powiem wszystko co wiem! - powiedział pospiesznie Martin, lecz został zagłuszony przez Kovala.
- Nigdy! Z dumą poświęcę swoje czterdzieści pięć milimetrów aby ocalić mojego czarnego brata! - wykrzyknął zdesperowany Koval. - W dupę se wsadź te gwoździe, nic nie powiem!
Voyght przez chwilę patrzył na Kovala z namysłem, obracając gwóźdż między palcami. Przestał, kiedy się skaleczył.
- Przynieś ktoś kurwa jakieś procenty, to jest zardzewiałe! Tężca dostanę! - wydarł sie, wstawiając co trzecie słowo "kurwę". Tak, po "kurwa" też.
Kilka minut później Voyght, po zdenzyfekowaniu palca i na tak zwanej pełnej kurwie, wydał komendę cyganom.
-Weźcie najpierw Bąkalovica. - Obaj cyganie posłusznie ruszyli w stronę Bąkalovica, odwiązując go z krzesła i mocno go trzymając prowadząc do stołu.
- Nie, kurwa, nie! Zostawcie mnie, ja przecież powiem! Ja poooooowieeeem! - Nie zważając na żadne jego słowa, romowie zaczęli majstrować przy pasku Martina.
-Masz coś do powiedzenia? - O dziwo, Voyght zadał to pytanie Kovalowi, bacznie obserwując jego twarz.
Romowie nie zdążyli, dzięki Bogu, uwolnić Bąkalovicowego interesu, gdy rozległ się głos Kovala.
-Przestańcie! Bedę mówił! - po usłyszeniu tych słów, Voyght skinął głową, a Martin został z powrotem posadzony na krześle i mocno doń przywiązany.
-Co to kurwa ma być? Mówię cały czas że będę mówił, ale dopiero tylko jak on to mówi to rezygnujecie z dziurawienia mi kutasa, tak? - mamrotał Bąkalovic, podczas gdy jeden z cyganów właśnie zakładał jakiś żeglarski węzeł, którego nie można oczywiście odwiązać żadnym sposobem, poza zwykłym pociągnięciem za jeden z dwóch końców. Zgadnięcie o który koniec chodzi, nie powinno trwać dłużej niż dwie próby. Trzy, dla średnio rozgarniętej tchórzofretki.
- A więc... - Voyght podszedł do Kovala - Posłuchajmy pana Kowalińskiego.

Na spotkanie Pięciu Rodzin, przybyły głowy.. cóż... dokładnie pięciu rodzin. Jako pierwszy w lokalu Deuteronomium, poza oczywiście gospodarzem w postaci Harzanowicza, pojawił się Iwan Walkov - dostojny, brodaty mężczyzna, szef trzeciego największego ugrupowania przestępczego na terenie Wrocławia. Jego mafia, prosperująca na terenie Starego Miasta, zajmowała się szeroko rozumianą prostytucją, w niektórych przykrych przypadkach nawet osobiście. Dodatkowo trzymała w garści cały handel na dworcu Świebodzkim, posiadała także nielegalne kluby walki.
Niedługo po nim zjawił się trzydziestoparo letni, blondwłosy Polak - Michał Długoręba. Przewodził on mafii mającej dwie trzecie udziałów w miejscowym hazardzie, dodatkowo także czerpiącej dochody z wszystkich bud ze striptizem w mieście. Tak jest, wszystkich dwóch. Drużyna harcerska której był honorowym członkiem, była natomiast przykrywką do tworzenia obozów treningowych dla lokalnych bojówek terrorystycznych. Jednocześnie drzwiczki swojego podrasowanego malucha zatrzasnął człowiek znany pod ksywą "Windykator", bedący przywódcą najsłabszej zorganizowanej grupy przestępczej we Wrocławiu. Cóż, była to bardziej zwyczajna zbieranina agresywnych złodziei i handlarzy narkotykami, których rejonem był niesławny Trójkąt. Nie było wśród nich nikogo, kto nie miałby już w papierach odsiadki. Sam Windykator, ogolony prawie do zera osiłek , miał osiem wyroków, w tym jeden za sam wygląd.
Ostatni przybyły, był wysokim, posiwiałym Włochem, z czarnym, wąskim wąsem. Zajął swoje miejsce bez pośpiechu, wiedząc że bez niego nie rozpoczną dyskusji. Nazywał się Marco Cołbucco, jego rodzina była drugą najsilniejszą mafią we Wrocławiu, nie znajdujac się wcale wiele za Harzanowiczem. Rodzina ta miała swoje udziały w hazardzie, prostytucji, kradzieżach i produkcji podrabianych alkoholi, jednak majątku i prestiżu Cołbucco dorobił się legalnie, dzięki swoim restauracjom i pizzeriom, działającym natomiast w sposób półlegalny*.
Zarówno Coppoli jak i Cołbucco, nie zajmowali swoich stanowisk w prawdziwej, sycylijskiej mafii, jakby tego chcieli. Obydwaj jednak z pewnością czuliby się bardziej komfortowo, wiedząc że ich najbliższy partner w przestępczych interesach również zna i przestrzega prawdziwych, włoskich zasad. Dlatego też każdy, nawet Windykator, sądził że jeżeli Coppoli zdradzi kiedykolwiek Harzanowicza, chcąc przeniknąć do innej grupy, skontaktuje się z Cołbuccem.
Dlatego właśnie Windykator, gdy podczas krótkiej przerwy w obradach Rodzin spotkał się z propozycją Coppoliego, zareagował głośnym "O kurwa!".

- I co o tym myślisz? - Spytał Windykator swojego doradcy i ochroniarza w jednym, napakowanego skejta o ksywie "Hobbit", na codzień pilnującego kilku dziwek, zajmujących się klientami na terenie Trójkąta.
- Nie no, ja bym się kurwa z nim nie pałooował, za dużo sobie pozwala, weź mu jebnij, będzie spokój. - Hobbit wykonał parę ciosów w powietrzu, najwyraźniej pokazując jak by jebnął i jaki spokój by osiągnął.
- To naprawdę niezła propozycja... - rozważył ostrożnie Windykator, bawiąc się nerwowo swym łańcuchem.
- No to co, nie będzie frajer nam mówił co mamy robić! - Hobbit właśnie pokazał jak by wyprowadził kopniak prosto w głowę frajera, ale zaczęto wchodzić do sali, gdzie zastawiony stół już czekał na przywódców Rodzin, oferując omówienie dalszych spraw przy solidnym posiłku. Potrawy pochodziły z restauracji Cołbucca, jednak nikt nie obawiał się otrucia - każdy przywódca bałby się o los swoich mafijnych przyjaciół, pozostawionych w rękach żołnierzy innej mafi, zajmującej się w zasadzie tylko tanią pornografią i sowicie opłacaną mediacją . Zasada była prosta - jeśli bossowi mafi A spadnie włos z głowy, z głową razem - wszyscy zakładnicy mafi A giną. Był to najuczciwszy i najbezpieczniejszy sposób uniknięcia zamachów na tym spotkaniu.
Marco Cołbucco jako pierwszy przerwał grzecznościową rozmowę**, z powrotem powracając do tematu, dla którego wszyscy obecni tutaj się zebrali. Chodziło mianowicie o krótkotrwałą wojnę pomiędzy dwiema najsilniejszymi Rodzinami, mającą swój początek tydzień temu i, wedle oczekiwań zebranych, dobiegającą końca. Nikt, nawet sam Harzanowicz, od którego mafii zaczęły się porachunki między gangami, nie podejrzewał że cała ta sytuacja została dokładnie zaplanowana przez Coppoliego, aby ten mógł bez podejrzeń spotkać się z przedstawicielami innych Rodzin.
- Czemu sprawy musiały zajść tak daleko? - spytał Cołbucco, po czym smutnym głosem sam sobie odpowiedział - Nie wiem. Ale źle się stało i całkowicie niepotrzebnie. Harzanowicz stracił ciotkę, jedną z wielu rzecz jasna i przy tym mało lubianą przez resztę rodziny, lecz jednak to ciotka. Ja natomiast straciłem mojego ulubionego fryzjera. Jeśli już o tym mowa, musimy jednak zacząć skuteczniej szkolić strzelców, to może zaczną trafiać w wyznaczone cele. W każdym razie jesteśmy kwita. Jeśli Harzanowicz się zgodzi, to niech wszystko zostanie jak dawniej. Odrzućmy te spory, aby móc dalej żyć obok siebie, dzieląc się razem tym tortem, jakim dla nas jest Wrocław. Wszystkich pięć Rodzin, na pięciu dzielnicach.
Odpowiedzią na przemowę Cołbucca była dłuższa cisza, jako iż Marco przez cały czas bełkotał z ustami pełnymi ravioli.
- Dobra, ktoś go zrozumiał? -Spytał Harzanowicz, ocierając rękawem usta z sosu .
- Ja nie. - odpowiedział Walkov.
- W ogóle. - odparł Długoręba.
- Coś tam piąte przez dziesiąte. - wymamrotał zamyślony Windykator.
- Ja też nie - Harzanowicz skinął głową - Proponuję więc chuja olać i po prostu zapomnieć o urazach i pozostawić wszystko jak dawniej. Mamy jeszcze jakieś sprawy do omówienia?
Ktoś wystąpił z kwestią handlu narkotykami. Nic specjalnego, przedstawiciel mafii Psiego Pola, Długoręba, chciał zaprzestać działania w interesie narkotykowym, lecz logiczne argumenty reszty sprawiły że zaniechał swoich działań.

Dwa piętra niżej i kilka kilometrów dalej, Czarny Voyght właśnie się załamywał, chowając twarz w dłoniach. Po chwili intensywnego wydalania z siebie powietrza, uspokoił się wystarczająco by wrócić do przesłuchiwania Kovala.
- Powoli i od początku. - poprosił słabym głosem. - Gdzie jest Schczeri?
- No czego ty kurwa nie rozumiesz?! - zbulwersował się Koval - Mówię ci przecież że jak moneta spadła to on znikł i miał taksówkę, a potem Bąkalovic nie wiedział, jak ściągał mi gacie w morzu Karaibskim, co to myślałem czy nie rekin był, a tam w ogóle sprzedawca leżaków stał! Co ty, jakiś nienormalny jesteś?
- Jeeezuuuu - dłonie Czarnego na przemian zaciskały się wściekle i opadały bezsilnie. - Jaką kurwa taksówkę, i jakie leżaki?
- No mówię Ci czwarty raz, weź ty nie słuchasz w ogóle! - Koval zaczynał być coraz bardziej wściekły. - No ta złotówka Schczeriego, co to piątkę tylko miałeś, no i wtedy ja mówię 'uciekajcie', ja skaczę w piasek a ich nie ma, potem Martina widziałem jak te leżaki były, w ogóle nie wiedziałem że on taki żartowniś!
Kolejna wypowiedź Łukasza sprawiła że Czarny nie miał już nawet siły podnieść się ze stołu, o który się opierał.
- Dobra, przesłuchajmy drugiego - westchnął, zrezygnowany.
- Ach, tak! Teraz to chcą mnie słuchać! A jak ja proponowałem to tylko " Wbij mu! Wbij mu!" A gówno, słowem się nie odezwę, ni chuja! - gwałtownie zaprotestował Bąkalovic, po czym ostentacyjnie odwrócił głowę od mafiozów.
- Ja już kurwa nie mam siły... niech posiedzą tutaj o głodzie, jutro się do nich przyjdzie - machnął ręką lekceważąco. - Idziemy, zgaście światło.
Jak zarządził, tak uczynili. Wyszli, przedtem czyniąc piwnicę całkowicie ciemną.
- Ej, no ale o co im chodziło, przecież wszystko powiedziałem? - wyraził zdumienie Koval.
- A nie wiem, pierdolnięci oni jacyś. Dobranoc. - Bąkalovic oparł się na krześle najwygodniej jak tylko mógł bedąc do niego przywiązanym, po czym najwyraźniej zaczął zasypiać.
- Cicho, słuchaj! - Koval trącił głowę Bąkalovica swoją, co na pewno nie pomogło osiągnąć ciszy.
- Co jest, kurwa?! - wydarł się Martin, po czym zaczął nasłuchiwać. Oboje słyszeli to samo - dziwny brzęk, z głuchym pogłosem. Do tego jakieś chlupnięcia. Dźwięki dochodziły stłumione, jakby spod ziemi. I najwyraźniej tak właśnie było.
- Co to może być? - spytał Martin.
- Nie mam pojęcia... może tu jacyś murzyni uran kopią?
- Zwariowałeś, we Wrocławiu? To chyba prędzej by węgla szukali, czy gazu... Zresztą skończ z tymi murzynami.
- No to jak nie murzyni to co to jest, cwaniaczku? - spytał Koval zły na odrzucenie jego wersji wydarzeń.
- To brzmi jak jakiś.... potwór! - Bąkalovicowi nagle przed oczami pojawiły się wszystkie trash-metalowe teledyski jakie oglądał. Chyba nie zobaczy nic gorszego od występujących w nich artystów... ale co jeśli zobaczy właśnie ich?
- Jest coraz głośniej...
- Zaraz nas wszystkich pożre i wydali! - Martin wykazał się niesłychanym przewidywaniem, jeśli chodzi o przechodzenie przez układ pokarmowy.
- Słyszysz? - Teraz już nawet Koval zaczął się lekko trząść, starając się cokolwiek wypatrzyć w mroku. - Jest dokładnie pod nami...
- Zaraz wyskoczy i zacznie śpiewać o szatanie! - krzyknął przestraszony Martin.
Tuż obok nich podniósł się żelazny właz i w powstałym otworze pojawiła się czyjaś głowa.
- Kto, Jack Black? - spytał Schczeri.

Mrok powoli zajmował miejsce światła, odchodzącego wraz ze słońcem. Zamiast niego błyszczeć zaczynał księżyc w pełni, nadający miastu delikatny poblask.
Oczywiście byłby to delikatny poblask, gdyby nie to, że ktoś wreszcie naprawił te pieprzone latarnie i teraz miasto waliło po oczach lampami dającymi ostre, żółte światło.
Tak czy siak, była to dla Coppoliego najpiękniejsza noc którą miał okazję ujrzeć.
Noc, w którą rozstrzygnie się wszystko.
Noc, która po tak długim czasie, da mu władzę.
Jak zwykle nie spiesząc się, Paolo odszedł od okna, rozświetlającego skryty w mroku pokój, zdjął z wieszaka swoją marynarkę i ją założył. Wziął jeszcze płaszcz, bo noc, jakkolwiek by się nie zapowiadała, wyglądała na chłodną. Otworzył drzwi swojego gabinetu, wpuszczając do środka snop mocnego światła. Stał przez chwilę w drzwiach, patrząc jeszcze na wnętrze. Kiedy tu wróci, nie będzie tym samym człowiekiem.
Będzie człowiekiem, którego słów będzie słuchał każdy przestępca w tym mieście.

Schczeri rozwiązał węzeł, wiążący naszych bohaterów z krzesłami, po pierwszym podejściu. Nie oznacza to, że od razu pociągnął właściwy koniec sznura. Oznacza to, że pociągnął zły koniec, zirytował się i rozciął linkę nożem.
- Wreszcie! - ucieszył się Bąkalovic, niepewnie stając na własne nogi. - Już myślałem, że zginiemy.
- Zginiemy i tak, nie damy sobie rady przeciwko całej mafii Harzanowicza - pesymistycznie zauważył Koval, rozcierając sobie obolałe nadgarstki. - JUż raz próbowaliśmy uciekać, a i tak nas dopadli.
- Drugi raz będziemy sprytniejsi, oszukamy tego całego Voyghta! - w Bąkalovicu odezwała się dusza nonkonformisty - Trzeba próbować!
- Byliśmy aż na Karaibach, a i tak nas znalazł! Przed nim nie da się uciec! Pamiętaj o turcji!
- Małe "Dziękuję" by nie było złe... - mruknął Schczeri, po czym już głośniej wtrącił - Byliście aż na Karaibach i was złapał? To naprawdę nie uciekniecie przed nlim, facet może być wszędzie!
- Oj, bo ty nie wiesz o co chodzi, Ciebie tam nie było! - Bąkalovic był zły że Michał go nie poparł w dyskusji - A w ogóle to gdzie ty się podziewałeś i co tutaj robisz?
- Gdzie ja się ukryłem, to jest moja prywatna sprawa - Michał zmarkotniał - A przybyłem tutaj was uratować. Tak się składa, że dysponuję znajomością przejść w kanałach, a że widziałem jak Voyght wchodzi do tego budynku...
- Wlazłeś do kanałów i przybyłeś nam z pomocą. - dokończył Koval. - Dzięki. Masz jakiś plan?
- Tak, tą samą drogą możemy wyjść daleko poza teren centrum. - snop światła z latarki Schczeriego zaczął pełzać po betonowej powierzchni podłogi. - Gdzie ja położyłem klucz?
- Jaki znowu klucz? - spytał Martin, pełen złych obaw.
- No taka metalowa wajcha, do otwierania włazów... Co to bez niego się... nie...
- Nie miałeś nic takiego, durniu! - Koval też zdradzał oznaki podenerwowania.
- Ale jaja... - cichutko powiedział Michał - Musiał zostać na dole... a ja zasunąłem właz...
Koval i Bąkalovic równocześnie spojrzeli na siebie nawzajem, na Schczeriego, krzyknęli głośno "Debilu" po czym rzucili się w stronę klapy, przepychając się w staraniach jej otworzenia.
- Mam to mam to, prawie... Trzymaj to kurna!
- Weź z tamtej strony naciśnij!
- Czekaj, ja tutaj próbuję ciągnąć.
- Kurwa, nie ciągnij, to moja ręka!
- To nie pchaj jej tutaj, jak ja próbuję, dobra?
Dopiero gdy zapaliła się żarówka, zapalona kontaktem z drugiej strony zamkniętych drzwi, obydwaj zauważyli, że ich wrzaski musiały kogoś ściągnąć. Słyszeli jakieś romskie złorzeczenie, gdy Schczeri znów wyciągnął nóż i uciszając kompanów gestem, zakradł się za drzwi.
Kolejne wydarzenia, które nastąpiły po paru minutach ciągłego stuku klucza w powierzchnię o zasięgu metra wokół zamka, były dosyć nieprzewidziane. Drzwi otworzyły się gwałtownie, gdy do środka, przewracając się przy tym i upadając jeden na drugiego, wpadło dwóch cyganów. Na widok Michała z nożem, jeden z nich krzyknął coś po swojemu, po czym obydwaj rzucli swojską, wrocławską "Kurwę". Próbowali wstać, jeden z nich nawet wyciągnąć broń, jednak każda z tych czynności zdawała się być dla nich niewykonalną.
- No co tak kurwa stoisz, dźgnij go, dawaj! - w końcu nie wytrzymał Koval, widząc jak żyd bezczynnie patrzy na cyganów.
- Co? Ja? - wybąkał młody lichwiarz - Ja nigdy nikogo... oni przecież leżą, jak mogę bić leżącego?
Bąkalovic westchnął teatralnie, najwyraźniej nie zadowolony z postawy Schczeriego, po czym starannie wybrał jedną ze starych desek, pokrywających zagracony kąt piwnicy i przy jej pomocy ogłuszył dwoma ciosami obu romów.
- Spici - Bąkalovic pokiwał głową z miną znawcy. - Sądząc po charakterystycznym zapachu i kącie rozstawu ramion przy próbie podniesienia się z czworaków, użyli do tego Leśnego Dzbana. Na pewno nie Komandosa, bo wtedy by bardziej poszło nogi, ale możliwe że pili też wódkę.
- A ty skąd niby się tak znasz? - skrzywił się Michał, za każdym razem gdy słyszał coś o tej brzydkiej rzeczy na "a".
- Głupcze... - Martin wyprostował się dumnie, a wiejący nie wiadomo skąd wiatr rozwiał mu włosy - Mówisz do człowieka, który dwa lata żył na Wyspie Słodowej.
- No i? Wielka mi rzecz, kupa piachu, żelastwa po dawnym placu zabaw i meneli. - Schczeri jak zwykle miał tendecję do wypowiadania się na obce mu tematy.
- Michał, ty weź idź bo...
- I gong! - Koval, widząc nadciągające burzowe chmury, zwiastujące długą i totalnie bezsensowną kłótnię, wolał temu zapobiec. - Chcieliście ponoć spieprzać? Właśnie mamy okazję.
Michał i Martin kiwnęli głowami. Bąkalovic poszedł przodem, tyły zamykał Koval. Przeszli przez drzwi, które Schczeri za sobą zamknął, upewniajac się przy tym czy światło jest zgaszone, wcześniej oczywiście zasuwając krzesła i odkładając deskę na jej miejsce. Weszli po schodach na górę, dochodząc do przestronnego korytarza.
- Co to właściwie za budynek? - spytał Koval Michała, rozglądając się czujnie po opustoszałych wnętrzach.
- Tu kiedyś była rzeźnia, oczywiście zanim tutaj były magazyny sprzętu AGD, ale jeszcze wcześniej to tutaj była jakaś spółka transportowa, a w czasie wojny....
- Dobra, pucuj się, chcę wiedzieć co jest teraz, a nie co było za Napoeolona.
- Teraz? W zasadzie nic, najprawdopodobniej prywatna melina.
- Na popijawy? - Spytał cicho Bąkalovic, stojąc przy jakichś uchylonych drzwiach.
- Możliwe. - odpowiedział Michał. - Czemu pytasz?
- Bo Voyght właśnie siedzi i chleje. O, teraz wciąga tabakę.
W ciągu dwóch sekund Michał i Koval dopadli szczeliny w drzwiach.
- Tak z łapy? Tak niehigienicznie? - skrzywił się Schczeri.
- A skąd ma wciągać, z tego stołu? - krytycznie spytał Bąkalovic.
Obaj spojrzeli na stół, przy którym najwyraźniej odbywała się trwająca dotąd libacja. Oprócz rozmaitej maści butelek i szklanek rozmiaru małych wiader, znajdowały się tam substancje, które w normalnie funkcjonującym organiźmie nie powinny oglądać światła dziennego.
- Ręka wygląda w porządku. - stwierdził Schczeri z przekonaniem.
- Chodźcie lepiej, bo nas zobaczy. Ale się zakuuuurwił! - Koval powiedział to najwyraźniej głośniej niż zamierzał, bo w tej chwili Voyght odwrócił się gwałtownie, patrząc prosto na podglądającą go trójkę.
- O kurwa! - powiedzieli to wszyscy czterej, każdy w innym tempie i intonacji.
- Wyyy! - Ryknął Czarny, odpychając od siebie stół, robiąc sobie miejsce do wstania. Butelki potoczyły się po stole, jedna z nich rozprysła się przy uderzeniu o podłogę. Zerwał się z krzesła najprędzej jak tylko mógł bedąc pijanym, po czym powiewając zwisającą mu na słuchawkach mp5, ruszył za uciekającymi, którzy dopadli najbliższych drzwi, wyglądajacych na wyjściowe.
- Zamknięte, psiamać! - Jęknął Schczeri, próbując się mocować ze sztabami.
- Nie ma czasu, tędy! - Łukasz wskazał schody prowadzące na wyższe piętra budynku. Puścili się po nich pędem, ścigani przez całkiem szybko się poruszającego Voyghta, jak na pijaną osobę o jego aparycji. Piętro jednak nie zaspokoiło ich oczekiwań - wszelkie dalsze przejścia były zamknięte, niektóre nawet zamurowane. Na powrót schodami nie było już szans - zostały zablokowane przez ryczącego Czarnego, wymachującego swoim pistoletem.
- Tędy! - Schczeri wskazał na otwarte okno, wyziębiające już i tak chłodne wnętrze budynku.
- Znoowu? - skrzywił się Koval, ale posłusznie wyskoczył przez okno, znikajac prędko za parapetem.
- W porządku.... nic mi nie jest... - odezwał się zaraz potem z poziomu gruntu. Tym razem jakoś żadna ciężarówka nie chciała tędy jechać.
- Chodziło mi o spuszczenie się po latarni! - przechylający się przez parapet Michał wskazał
wysoką latarnię, odległą od okna o kilkadziesiąt centymetrów. Zjechał po niej ostrożnie, robiąc miejsce Bąkalovicowi.
- Ja pierdolę! - Bąkalovic, gdy już zjechał na dół, miał na twarzy mieszankę złości i strachu.
- Coooo jest? - spytał Koval, wciąż lekko oszołomiony upadkiem.
- Buta mi ukradł! - Bąkalovic wskazał w górę. Istotnie, w opuszczonym przez nich przez chwilę oknie, Voyght groził im przy użyciu Martinowego trampka, którym ostatecznie cisnął w nich, po czym zniknął.
- Za nogę mnie złapał i zostało... - Bąkalovic podkuśtykał do swojego buta, zakładając go pospiesznie.
- Bierz Kovala i chodźmy. Chyba nie za dobrze z nim...
Koval właśnie leżał na cienkiej warstwie śniegu, znajdującym się tu po poprzedniej, zimowej nocy, machając ochoczo rękoma i nogami.
- Patrzcie! - zawołał wesoło - Robię pajaca na koksie, taki ze mnie gangsta!
Podnieśli go szybko i wspierajacego się na ich ramionach, zaczęli prowadzić w najkorzystniejszą drogę do ucieczki - przed siebie. Gdy akurat mijali wrota opuszczonego przez nich budynku, te zostały wyważone silnym uderzeniem, które dosłownie wyrwało je z zawiasów.
- Kuurwa! - krzyknął w noc Czarny Voyght, dysząc ciężko. Ten widok podziałał nawet na Kovala, wyrywając go z oszołomienia. Wszyscy trzej ruszyli do przodu takim pędem, jakby zobaczyli samego diabła.
I tak istotnie było.

W nieco innej części Wrocławia, szło obok siebie dwóch mężczyzn. Jeden z nich, oczywiście, starał się utrzymać odpowiednią odległość między nimi, aby nie zostać uznanym za geja. Drugi natomiast, większy i grubszy, myślał tylko o tym, dlaczego jego Consiegliori go ciąga po nocy po jakichś ciemnych uliczkach, nie mówiąc nawet dokąd idą.
Boss najpotężniejszej mafii w mieście, to osoba która powinna się odznaczać dużym doświadczeniem, sprytem i umiejętnością przewidywania.
Harzanowicz naprawdę nie zasłużył na to stanowisko.
Mówiąc szczerze, to po prostu wygrał je kiedyś w kości.
Podejrzenia zaczęły świtać w wypalonej tanią wódką głowie, dopiero gdy Coppoli kazał mu poczekać, a sam zniknął w jakiejś bramie. Wtedy dopiero Harzanowicz pomyślał, że może ktoś, komu dotąd zawierzał życie, kogo obdarzał zaufaniem, jest zdolny aby go zdradzić.
Istnieje pewne powiedzenie, które mówi "Polak mądry po szkodzie".
Do Harzanowicza pasowało by zapewne "Cygan mądry dziesięć sekund przed szkodą", bo tyle dokładnie czasu minęło od chwili gdy zdał on sobie sprawę z sytuacji, do chwili naciśnięcia spustu. Człowiek odznaczajacy się dużym refleksem może uniknął by tej kuli, lecz nie ktoś, kto od kilku lat pasie się na złodziejskiej pensji, obżerając się na potęgę. Pierwsza kula trafiła Harzanowicza w wzdęte cielsko. Podobnie jak cztery kolejne, które zostały wystrzelone, nim rom padł na bruk, obryzgując go własną krwią.
Coppoli wyszedł z bramy, zapinając rozporek, po czym powoli podszedł do Harzanowicza.
- Jak tam? - spytał cygana, jak gdyby nigdy nic.
- Po... poomścisz? - wycharczał krwawo Harzanowicz, chwytając Włocha za nogawkę spodni. Jeśli przed śmiercią nie nagrzeszył wystarczająco, to na pewno tą naiwnością załatwił sobie miejscówkę w największym kotle, jaki diabli znajdą.
- Oczywiście. - Odparł Paolo chłodno, patrząc Harzanowiczowi prosto w twarz. Na tej twarzy, pojawił się słaby uśmiech.
Z tym uśmiechem na twarzy, zmarł Harzanowicz - boss cygańskiej mafii.
- I co Hobbit? Mówiłem że nas nie ochuja! - rozległ się głos zza najbliższego, betonowego śmietnika.
- Witam, panie Windykator. A także panie Hobbicie. I cała reszta też może wyjść, jestem sam. - Coppoli z ulgą odwrócił wzrok od ciała. - Wedle umowy.
Pierwszy z cienia wysunął się ogolony na łyso zbir o oczach szaleńca. Ściskał on w ręku jakiś powojenny sześciostrzałowiec, zapewne z czwartej ręki. Zbliżył się on do martwego roma, mierząc w niego nerwowo. Miał jeszcze jedną kulę.
- Jakżeś martwy, to czego się jeszcze, kurwa ,cieszysz? - krzyknął piskliwie, zaczynając naciskać spust.
- Starczy. - surowo stwierdził Coppoli.
- Ma rację, Edi. Zostaw sobie tą kulę. - odezwał się Windykator, wynurzając się z mroku za śmietnikiem. Za nim szedł ponuro wpatrzony w Paola Hobbit. Zza dwóch najbliższych rogów wynurzyli się kolejni członkowie gangu.
Coppoli podejrzewał, że taka słaba szajka jak ta, nie może mieć więcej niż pięćdziesięciu członków. Wiedział też, że Windykator zbyt będzie się obawiał zarówno pułapki, jak i niekompetentnego działania, by pozwolić iść tylko zabójcy. Coppoli sądził, wiedząc że tego typu gangi brak wyszkolenia nadrabiają zmasowanym atakiem, że Windykator weźmie ze sobą przynajmniej połowę ze swojej mafii.
Grupa Windykatora liczyła sobie trzydzieści osób. Tej nocy, na tym podwórzu, znajdywało się dwudziestu dziewięciu z nich - ten który żałował, że nie może zwolnić się w pracy w osiedlowym markecie, aby przyjść razem z resztą chłopaków, miał przestać żałować już następnego ranka, gdy dojdą do niego wieści.
- Nie spodziewaliście się chyba że przybędę tu z całym szwadronem cyganerii? - spytał Coppoli z lekkim uśmiechem na ustach.
- Co było, to nieważne. Witamy w naszej drużynie - Windykator wyciągnął rękę w stronę Włocha.
- Z chęcią pomogę wam zajść wysoko. - Coppoli uśmiechnął się szczerze, przyjmując uścisk dłoni. Ruszył wraz z roześmianą grupą w jakimś obranym przez nich kierunku. O ile mógł ocenić, ekwipunek bojowy gangu nie był znaczący - kije bejsbolowe, kastety, nawet kilka siekier. Najprawdopodobniej, poza Edim, pistolety mógł mieć Windykator i jeszcze dwóch członków jego gangu, którym kolby wystawały ze spodni.
"Idioci. Jak mogliśmy dopuścić do obrad kogoś takiego?" zdumiał się Coppoli w myślach, po czym starannie zaczął liczyć kroki. Kiedy naliczył ich czterdzieści pięć, szepnął do Windykatora:
- Niebo jest wystarczająco wysoko, jak dla was? - I równo z pięćdziesiątym krokiem wyrwał się spod ręki Windykatora, obejmującego go przyjaźnie, i wyprowadził cios łokciem w żołądek. Nim dresiarnia zdążyła zareagować, dał nura w najbliższą bramę. A potem było już dla nich za późno. Na ulicy pojawiły się dwa, jadące z naprzeciw żuki, w których oknach pojawiły się płomienie wystrzeliwanych z szybką prędkością kul. Gdy kilkunastu zbirów padło, obrywając ciężko, oba samochody gwałtownie zawróciły i zachamowały. Tylne drzwi żuków się otworzyły, wypuszczając kilkunastu uzbrojonych w broń palną cyganów. Kilku co sprytniejszych dresów zaczęło uciekać, lecz kule dopadły ich jako pierwszych. Reszta zareagowała jedyną im znaną formą ataku - masową szarżą. Skończyło się to dla nich tragicznie. Wszyscy zginęli od razu, jedynie Hobbit zdołał dotrzeć do lini ataku, z tylko jedną raną postrzałową w lewej ręce. Nacierając agresywnie uderzył pięścią jednego z cyganów, prosto w szczękę, wykorzystując rozpęd do dodatkowego kopnięcia go z półobrotu. Była to ostatnia rzecz, jaką uczynił w swoim życiu, wściekli cyganie rozszarpali go kolejnymi strzałami. Ten, którego dopadł członek bandy Windykatora, był martwy. Nie było jednak czasu na rozpaczanie. Nim dym zdążył się rozwiać, Żuki wraz z wszystkimi cyganami i Coppolim w środku, już jechały do najbliższej dziupli należącej jeszcze przed półgodziną do Harzanowicza.
- Świetna robota, panowie. - Paolo spojrzał na zegarek. - Szybka zmiana wozów i spotykamy się w kolejnym punkcie tego wieczoru. Bedę w klubie Bada-Brzdąk.

Klub Bada-Brzdąk był największym klubem ze striptizem we Wrocławiu. I jednym z dwóch, oczywiście, tak więc nie musiał być wcale specjalnie wielki, żeby być tym największym. O rozmiarach tego lokalu najlepiej świadczył fakt, iż sprzątaczka nie przestała czuć urazy do menedżera klubu, Długoręby, o to że zmienił jej komórkę na miotły na przebieralnię ( Czy też raczej ubieralnię, z racji miejsca w jakim się znajdowała) dla pracujących tu dziewczyn. Sam klub składał się z wąskiego baru i niewiele szerszej platformy, na której o każdej porze dnia i nocy produkowały się Polki, Rosjanki i Ukrainki, pragnące zarobić pieniądze za pokazywanie swojego ciała, a w jednym ekstremalnym przypadku, na grożeniu że pokaże się swoje ciało, jeśli zaraz nie zbierze się tutaj spora sumka. W kącie zadymionej salki znajdowały się trzy stoliki.
Przy jednym z nich znajdował się Michał Długoręba, stukający nerwowo palcami w blat czarnego stolika. Jego oczy błądziły czujnie po sali, wypatrując czegokolwiek podejrzanego. W pewnym momencie natrafiły na wejście, w którym właśnie zjawił się Coppoli. Wedle otrzymanych wskazówek, bramkarze przy wejściu dokładnie go obszukali. Gdy nie znaleźli przy nim nic podejrzanego, skierowali go do stolika menedżera klubu. W połowie drogi Coppoliego, Długorębie widok przesłoniła Krystyna, zarabiajaca tutaj jako sprzątaczka, występując też jako wspomniany wyżej "ekstremalny przypadek". Spryskała stolik Długoręby jakąś mocno alkoholową cieczą, po czym zaczęła go intensywnie przecierać szmatą, od góry, po bokach i od dołu.
- Gdzie mi się pani tu wpierdala! - zirytował się menedżer klubu - Ile razy mówiłem żeby sprzątać po zamknięciu lokalu!
- W całodobowej knajpie , ale wymyślił! - parsknęła sprzątaczka, lecz posłusznie zarzuciła sobie szmatę na ramię i odeszła. Tymczasem Coppoli nadszedł i usiadł naprzeciwko bossa jednej z Wrocławskich mafii.
- Plan się sprawdził? - spytał Długoręba, udając pozorne zainteresowanie występem, w rzeczywistości jednak chłonąc każde słowo Włocha.
- W stu procentach. Harzanowicz martwy. Windykator też już nigdy nie będzie przeszkadzał Ci w prowadzeniu interesów.
- Dzięki Bogu... ta jego zwierzęca polityka jaką prowadził... Wiele razy mi wchodził w drogę, cieszę się, że już po nim. Napijesz się czegoś, na koszt firmy?
- Jestem zmuszony odmówić, myślę że czeka mnie dzisiaj jeszcze dużo pracy.
- Co ty pieprzysz, teraz to ja Cię tak ustawię! - Długoręba machnął ręką ponad głową, najwyraźniej sugerując jak bardzo Coppoli będzie ustawiony i dokąd będzie miał wszystkiego. - Nie było żadnych problemów?
- Żartujesz? Przyszli chyba wszyscy z jego bandy, kretyni. Ta mafia już praktycznie nie istnieje. Możemy zająć się naszymi wspólnymi sprawami.
- Dobrze. - Michał pokiwał głową i spojrzał Coppoliemu w oczy. - Jeśli weźmiesz na siebie wszelkie kłopoty związane z dzisiejszą nocą... dwadzieścia procent naszych udziałów, będzie Twoje.
Coppoli przechylił się lekko na krześle, udając głęboki namysł. Gdy już powrócił do normalnej pozycji, to jest pochylenia się nad stołem, powiedział:
- Myślałem raczej o stu procentach tego, co przetrwa najbliższą godzinę.
Długoręba z początku nie zrozumiał. Zrozumiał dopiero wtedy, gdy usłyszał pod stołem szczęk odblokowywanego zamka, niesłyszalny dla nikogo innego, z powodu głośnej muzyki, towarzyszącej występom striptizerek.
- Jak ty... - zaczął, lecz w tej chwili już zrozumiał. Wiedział że sala była kilka razy dokładnie sprawdzona, Coppoli przeszukany został równie rzetelnie. Nie było żadnych szans na podrzucenie broni do stolika. Ludziom, którzy wykonywali te czynności, Długoręba ufał bezgranicznie.
Od góry.
Po bokach.
I od dołu.
"Trzeba było zostawić tej starej wariatce tą jej komórkę" - pomyślał smutno, wiedząc mniej więcej co wydarzy się w kolejnych minutach. Opanował chęć spojrzenia pod stół, aby zobaczyć pistolet przyciskany do jego podbrzusza.
- Dokładnie w tej chwili twoje kasyna i zakłady bukmacherskie są przejmowane przez naszych chłopaków. Dilerzy zostaną zabici, fabryczki amfetaminy zniszczone. Za dziesięć minut spłonie twój drugi klub, ten natomiast zostanie spalony jutro. Jedyne co zostanie z wpływów twojej mafii, to ten wasz obóz terrorystyczny... Twój poplecznik, Jacob Borys, poszedł z nami na ugodę, więc w zamian za comiesięczny procent zostawimy to w jego rękach. Ale nie będziecie już dla nas zagrożeniem. Zwłaszcza nie ty. - Głos Coppoliego był jak zwykle spokojny, żeby nie powiedzieć "przymulony", lecz wewnątrz Paolo dosłownie skręcał się z nerwów. Pożałował że odmówił przyjęcia drinka, ale nie było na to czasu. - Za chwilę włożę broń do kieszeni. Wyjdziemy stąd razem. Bedę stał blisko Ciebie, gotowy wypalić Ci w bebechy w każdej chwili. Z tej odległości będzie to strzał zabójczy. Jeśli wykonasz jakieś działanie, mogące mi zaszkodzić, pewnie skończę martwy. Nie bedę miał więc nic do stracenia, wykonując tak mało męczące zajęcie jak naciśnięcie spustu. Licz się z tym.
Michał pokiwał głową. Dopił szybko swojego drinka, czując potworną suchość w ustach. Wstał powoli, nie spuszczając wzroku z Paola. Przeszli razem przez drzwi prowadzące na ulicę. Długoręba surowo nakazał wszystkim zostać na miejscu, lecz Coppoli i tak wiedział, że ktoś zostanie wysłany za szefem.
Szli przez parę minut, w całkowitym milczeniu, Długoręba nieco przed Coppolim. Gdy dotarli do ciemnego parku, Coppoli nakazał Polakowi się zatrzymać. Sam stanął naprzeciw Długoręby, nie spuszczając z niego oka.
- Harzanowicz, Windykator, kto będzie po mnie? Walkov, Cołbucci? Na którymś z nich się natniesz, to pewne. - zaczął rozmowę szef Psiego Pola.
- Cóż, nie naciąłem się na tobie, a co będzie dalej to nie Twoje zmartwienie. - westchnął Coppoli, najwyraźniej niezadowolony że ma przed sobą tyle roboty.
W tym momencie rozległ się strzał. Długoręba skurczył się w sobie odruchowo, sądząc że kula dosięgnie jego. Był to jednak strzał odległy, o przynajmniej kilkadziesiąt metrów. Od razu po pierwszym huku, pojawił się drugi i tak samo zniknął w ciszy bloków.
Był to znak dla Coppoliego, że obstawa Długoręby została wyeliminowana.
- Masz teraz dwie możliwości. - przemówił Włoch ponurym głosem, wyciągając z kieszeni płaszcza pistolet z tłumikiem. - Możesz zginąć jak pies, błagając o każdą sekundę życia. Możesz też zginąć jak na mężczyznę przystało.
Długoręba wyprostował się dumnie, gotowy na przyjęcie kuli.
- Strzelaj. - powiedział - Nic więcej nie mam Ci do powiedzenia.
- Wierz mi, to nic osobistego, tylko biznes. Zawsze cię lubiłem. - powiedział Coppoli po chwili milczenia, po czym oddał strzał.
Piętnaście sekund później pojawił się nieoznakowany mercedes, do którego Paolo wsiadł, ocierajac czoło.
- Nigdy więcej nie zamierzam wykonywać takiej harówy sam. Jedźmy. - nakazał kierowcy. Ten wiedział dokładnie, gdzie mają się kierować.
Na owianą złą sławą, BNZ-tę.

Premislav Walkov był sprytniejszy od swoich poprzedników w planach Coppoliego. Już wcześniej zamierzał przyjść na spotkanie z Paolem w towarzystwie uzbrojonych po zęby podwładnych. Gdy tylko doszły go wieści o śmierci Windykatora, stwierdził, że z Coppolim w żadne układy wejść mu nie wolno, powinno się natomiast go zabić, póki jest na to czas. Dlatego podwórze pomiędzy Barycką, Ledóchowskiego, Prusa i Pestalozziego zostało obstawione dwoma tuzinami doborowych żołnierzy Walkova, będącymi niejednokrotnie zwycięzcami w organizowanych przez jego mafię, podziemnych walkach. Według Walkova, to miało wystarczyć do zlikwidowania niczego nie podejrzewającego Coppoliego i jego obstawy.
Co

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2018 00:38 przez Szczery.)
26.03.2018 00:33
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama