Aktualny czas: 25.09.2017, 09:59 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odcinek 806 PL już na stronie!
Za tydzień godzinny odcinek specjalny!
Odpowiedz 
Literacki antykwariat - Temat dla każdego
Autor Wiadomość
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,464
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Literacki antykwariat - Temat dla każdego
Sam dobrawszy się do kilku swoich "produkcji" z lat (chwilami bardzo) minionych, doznałem różnych uczuć - rozbawienia, zażenowania... Lecz trochę i dumy, że mimo wszystko udało mi się w jakimś stopniu poprawić swój warsztat. Pomyślałem, że na dobrą sprawę każdy kto dłuższy czas już bawi się w pisanie, ma coś takiego - jakieś stare opowiadania, wiersze, które choć kiedyś zdawały się być niezłe, dziś uświadamiają nam, jaką drogę przeszliśmy od tej pory.

Dlatego wychodzę z inicjatywą: Nie śmiej się sam(a), nam też pokaż Duży uśmiech Choć oczywiście nie musi to wzbudzać śmiechu, a być może wręcz zadziwiać, że dana osoba już kiedyś trzymała poziom. Zachęcam do wzięcia udziału w tym otwarciu osobistych archiwów Duży uśmiech

Zawsze musi być ktoś, kto zacznie. Więc i ja to zrobię. Na początek przerażająco krótki one-shot, o przerażająco bzdurnym tytule. Napisany pod wpływem impulsu dziesięć lat temu ;P. Rzecz o tyle ciekawa jeśli o mnie chodzi, że jest to chyba jedyna proza w moim życiu, w jakiej nie zamieściłem ANI GRAMA humoru.

Przedstawiam:

ZEGAR CZASU

Zegar odmierzał sekundy. Był to jeden z tych wielkich zegarów, ozdabiających ratuszowe wieże, wiec czynił to bezgłośnie. Wyglądał wspaniale. I to wprawiało władze miasteczka w zdumienie. Na konserwację mechanizmu nie wydawali nawet złotówki rocznie. Nie istniał żaden człowiek, który by sie nim zajmował. Mimo to był w idealnym stanie, wskazówki sunęły bezgłośnie niczym popychane precyzyjnym wiatrem. W przeciwieństwie do wielu mu podobnych, zawsze był na chodzie. Ludziom z umysłami co mniej stąpającymi po ziemi, czasami przychodziły do głowy dziwne myśli, kiedy na niego spojrzeli - czy to możliwe żeby zegar dbał sam o siebie? - po czym otrząsali się lekko i ruszali ku przerwanemu zajęciu z ich zycia.

Zegar precyzyjnie, co do sekundy, odmierzył północ. Śliskie tryby wprawiły najcieńsza wskazówkę w ostatni ruch tej doby.
Rozległ się pisk opon.

Drzemał na fotelu, kiedy obudził go telefon. Nim rozbudził się na tyle żeby wymacać lampę, melodia umilkła. Wstał, zrzucając z siebie czytaną książkę, i przeciągnął się. Kiedy podnosił tomik powieści, rozejrzał się uważnie. Wciąż ich nie było? Przecież pewnie nie spał tak krótko...
Sięgnął do kieszeni marynarki, i wydobył z niej komórkę. Przetarł rozespane oczy, zmuszając je aby przeczytały migoczące cyfry. Było już po pierwszej. Było coś nie tak. Ręka mu zadrżała, gdy telefon wszedł w stan wibracji. Kiedy znów zaczął wygrywać melodię, z chwilowym wachaniem odebrał.

Biegł mokrym chodnikiem - ulewa całkowicie zmoczyła jego koszulę, dla której jedyną osłoną była cienka marynarka. Teraz koszula moczyła jego ciało, lecz na to nie zwracał uwagi. Wpadł na ulicę, zatrzymując przejeżdźającą taksówkę.

Ostrzegli go, że to może być szokujący widok. Był.

Było już koło czwartej, kiedy wszedł, czy raczej wsnuł się do domu. Nie zdejmując przemoczonych ubrań, padł na kanapę. Jego wzrok zatrzymał się na rodzinnym zdjęciu stojącym na szafce. Chwycił je, i popatrzywszy na niego przez dłuższa chwilę, w mieszaninie gniewu i rozpaczy rzucił nim o oszkloną gablotę. Ramy opadły zniszczone. Szkło pękło. Tak jak życie jego bliskich.
Nie wiedział ile godzin siedział. Patrzył na zdjęcie. Myślał. Wspominał.

Kiedy się zbudził, było już ciemno. Zerwał się szybko, pełen obaw i nadziei. Zapalił światło, chcąc już krzyczeć ich imiona, przecież one tam są, śpią... Jego wzrok padł na zniszczoną ramę. Powoli złożył się w pół, lądując na fotelu. Zacisnął mocno powieki. Tak nie może być! NIE może!!!
Nie chciał otwierać oczu. Bał się.
Kiedy w końcu rozwarł powieki, wszystko było takie jak wczoraj. Zdjęcie żony i córki stało na szafce. Książka , której zapierające dech w piersiach wątki wydawały mu się teraz takie bez wyrazu, leżała na półce. Spojrzał lękliwie na zegar. Było wpół do dwunastej. Zegarek pokazywał wczorajszą datę.
Wstał i wybiegł z mieszkania, nie dbając nawet o zamknięcie drzwi. Nie wiedział co się stało, i nie chciał tego rozumieć. Biegł przez deszcz, wierząc że zdąży! Zatrzyma tego pijaka, uratuje je! Biegł tak szybko, jak tylko pozwalały mu nogi, i sliskie kamienie. Raz czy dwa potknał się, obijając sobie kościste kolana. Mimo to nie zwalniał. Biegł.
Zegar precyzyjnie, co do sekundy, odmierzył północ. Śliskie tryby wprawiły najcieńsza wskazówkę w ostatni ruch tej doby.
Rozległ się pisk opon.
Padł na kolana. Było tak blisko.
Na bruk kapały krople deszczu, zmieszane z łzami.
Nad jego głową Czas płynął nieubłaganie...

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2016 19:50 przez Szczery. Powód: Poprawiona ortografia)
26.02.2016 18:53
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Rudzish Offline
Kapitan
Redakcja Ohara

*
Liczba postów: 689
Dołączył: 16.02.2011
Skąd: CK
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #2
RE: Literacki antykwariat - Temat dla każdego
To są pogromcy sledzi? Ja chcę pogromców śledzi!!! Big Grin Jak dasz pogromców śledzi to ja dam Atak Glonów Big Grin
26.02.2016 19:51
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,464
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #3
RE: Literacki antykwariat - Temat dla każdego
Pogromców Śledzi nie mam w formie pisemnej, jedynie w zeszytach. Ale mam inne opowiadania ze Śledziem, potem je wrzucę.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

26.02.2016 19:56
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Murgrabia Offline
Taka niedobra ja
Admirał

*
Liczba postów: 3,457
Dołączył: 14.04.2012
Skąd: Biesia Kraina
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #4
RE: Literacki antykwariat - Temat dla każdego
Nie kuś mnie do wyciągania zeszytu, bo oczy mi będą krwawić...

[Obrazek: GwnW5Ko.png]
Sakazuki uczyniło ich braćmi,
Sakazuki braterstwo to przerwał.
26.02.2016 21:55
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,464
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
RE: Literacki antykwariat - Temat dla każdego
A tam, trzeba uzbroić się w odrobinę dystansu do siebie i swojej pracy i umieć spojrzeć na nie z przymrużeniem oka - albo spod przymrużonych oczu, jeśli to komuś pomaga ;P
Tutaj obiecane opowiadanko ze Śledziem, które napisałem dla kumpla który wówczas emigrował do Londynu, a musiało to być koło 2004 roku, więc już dobre dwanaście lat temu.
Śledź to bohater do którego w rysunkach czy lekkiej prozie powracałem wielokrotnie. To taki zmutowany ryboludź, ni to człowiek ni do końca ryba, który stoi na czele jakiegoś bliżej nieokreślonego koncernu zła, mający armię swoich klonów itp. Pewnie wydaje mu się, że jest niczym Lord Voldemort lub Darth Vader, ale dużo bliżej mu stylem do zamordystycznego post-komucha znanego nam ze skeczy o Dyrektorze Zakładu, zawartych w Tygodniku Moralnego Niepokoju:

Spoiler :

Powieść tą dedykuję Emilowi, aby jego podróż do Londynu była szczęśliwsza niż ta tutaj opisana.
Michał Szczerkowski.



„Po prostu hit!”
Polityka- 10/10

„Najlepsze z wydanych dotąd dzieł o Śledziu, głupkowatym czarnym charakterze.”
Times – 9/10

„Ta powieść poraża swoim infantylnym humorem i bezsensownymi scenami przemocy. Musimy chronić swe dzieci przed satanistycznym wpływem Śledzia – wysłannika sił piekielnych. Co prawda nie czytałem żadnej z części, ale i tak to wymysł szatana, szatana w rybim ciele.”
Ojciec Rydzyk, „Radio Maryja” – 1/10


ŚLEDŹ SAM W LONDYNIE

Śledziu siedział jak zwykle w swoim gabinecie. Był to prosty pokój, szklane panoramiczne okno, aluminiowe meble, marmurowe podłogi, szybki komp, barek i zestaw kina domowego. Ot skromny gabinet. W chwili obecnej robił to co w aktach figurowało jako „kontrola wydajności wśród pracowników należących do firmy „Śledź & ska. z ZOO”, czyli przekładając to na praktykę- nic.
Siedział w swoim fotelu, co prawda starego typu, (miał tylko dwadzieścia opcji ) ale wygodnym, gdy usłyszał pukanie do drzwi.
-Nie kupię od ciebie tej glebogryzarki do jasnej śpiączki!- wydarł się, ale umilkł szybko gdy ujrzał że to nie Bogdan wchodzi do gabinetu, biorąc krzyk za zaproszenie. Był to młody Maliniak, zajmujący się w firmie pocztą. Wyglądał na bardzo podekscytowanego. Zwłaszcza w chwilach gdy podskakiwał.
-Szefie, szefie- krzyknął- Wygrał pan!!
-Co znowu?- zdziwił się Śledziu – Ostatni raz coś wygrałem w przedszkolu, gdy z kolegami się założyliśmy który dłużej się będzie nie mył.
-Anglię pan wygrał! Anglię!
-Całą?- zerwał się na równe płetwy Śledziu i rąbnąwszy łbem w lampę przysiadł mimowolnie.
-Nie! Tylko Londyn!- odparł Maliniak.
-Londyn!- Śledziu ponownie się zerwał, i ponownie uderzył a lampę.- Ale co ja z nim zrobię? Będę się użerał z ta całą królową? Ale zaraz, jeżeli obstawić by tam konsulat, czerpać zyski z turystyki, a po zebraniu funduszy wyprodukować tam klony, i zaatakować Anglię od samego jej serca... Maliniak! Podskocz po mapy!
-Nie! Nie! Źle mnie pan zrozumiał! Wygrał pan wycieczkę!- wyjaśnił młody goniec. Śledziu jakby sflaczał.
-Wy.. wycieczkę?- wyjąkał rozczarowany, ale zaraz mu się poszerzyła twarz.
-Hurra! Jadę do Lo...-Śledziu podskoczył z radości i uderzył w lampę, tracąc przytomność.

..........................................................................................................

Śledziu otworzył oczy. Ujrzał nad sobą Maliniaka, kierownika Śledziowych fabryk, Maślińskiego i Rzecznika praw Pracownika, Karpiarza.
- Czy mi się wydaje czy ktoś cos mówił o Londynie?- spytał cicho podnosząc się do pozycji siedzącej. Ktoś mu podał szklankę napełnioną na pół płetwy brandy.
-O! Brandy!- ucieszył się i wypił ją duszkiem. Wstał, odstawił szklankę i odwrócił się do zgromadzonych. – O co chodzi z tym konkursem? Przecież nie brałem udziału w niczym!
-To jeden z tych kuponów z gazet które pan wypełnia dziesiątkami w każdy piątek o szóstej po południu- zauważył Maliniak.
-Aha- inteligentnie odpowiedział Śledziu- Pokaż mi no tą wiadomość z której wynika moja wygrana.
Goniec wręczył mu ją. Była to gładka, żółta kartka, na której napisano niebieskimi literami zaproszenie do Londynu. Śledziu zaczął czytać na głos.
-„ Serdecznie dziękujemy za udział w naszym konkursie z herbatników „Zębołamacz” , i gratulujemy wygranej. Otrzymuje pan nagrodę główną- tygodniową wycieczkę do Londynu ufundowaną przez producenta herbatników „Zębołamacz”. Życzymy miłego pobytu w tym pięknym, pełnym tradycji i historii kraju, i liczymy że podziwiając Big Bena, bądź pijąc herbatkę o piątej, z przyjemnością będzie pan kosztował herbatniki „Zębołamacz”, oraz polecał tą markę przyjaciołom na obcej ziemi ”Chcieliby! To cholerstwo jest takie twarde że nawet zaprzyjaźniona pirania, która się szczyci posiadaniem zębów nie mogła ich zjeść!- wzburzył się Śledziu kończąc czytać. – Maliniak, podskoczcie no do Bogdana, niech spakuje moje walizki. Jadę na tydzień do Londynu!- wypiął pierś- Wiecie że to moja pierwsza wygrana od czasów...
-Wiemy, wiemy- przerwali mu chórem.
-Mówił to szef już dziesiątki razy- wyjaśnił Karpiarz.
Śledziu naburmuszył się. Nadąwszy policzki i marszcząc czoło nakazał im gestem wyjść. Gdy został sam, usiadł w fotelu. Posiedział chwilę, i chwycił za słuchawkę telefonu. Wykręcił numer. Po drugim sygnale ktoś odebrał.
-Halo? Pan Czapicki?- uśmiechnął się Śledziu.

Na odprowadzenie Śledzia na lotnisko, mogli pójść tylko ci, którzy nie byli akurat potrzebni w żadnej z placówek firmy. I chyba okazało się że cała sieć działa dobrze sama, bo przyszli wszyscy. Nawet potężna armia klonów machała mu chusteczkami, powodując opóźnienia samolotów, gdyż piloci nie mogli się przebić przez tłum.
Śledziu miał wygląd Europejczyka. Starannie wyprasowany , ciemny garnitur za cztery stówki, biała nakrochmalona koszula, i gustowny krawat .( Tym razem nie powtórzyła się historia, kiedy to Śledziu jadąc do Brukseli założył krawat w klaunów.) Do tego złoty zegarek, i skórzana aktówka. Włosy miał przeciągnięte lekko żelem.
Wchodząc do samolotu odwrócił się jeszcze i pomachał wszystkim kapeluszem. W końcu, na pół wepchnięty przez jedną, na wpół wciągnięty przez drugą Stewardessę zniknął w czeluściach żelaznego ptaka.
Machali mu jeszcze póki samolot nie zniknął im z oczu. Wszyscy w milczeniu skierowali się ku głównej filii Firmy. Tam Rzecznik Praw Pracownika stanął na skrzynce „pod napięciem”. Skrzynka była tylko mistyfikacją, rzecznik razem z paroma kolegami z pracy trzymali tam trunki do popicia w czasie roboty. Napis skutecznie odstraszał amatorów grzebania.
Wszyscy słuchali ich w milczeniu, jego i Maślińskiego. A mówili mądrze, bo prawili ludowi prostemu o ucisku, o zniewalaniu, o tym ze nawet najlepsi i najdłużej pracujący nie dostawali nigdy premii, o podwyżce nie mówiąc. Mówili o tym, że dzieci innych pracowników w innych miejscach na gwiazdkę dostają z pracy rodziców łakocie, a tymczasem ich latorośle takich luksusów nie mają. Mówili o tym że nie można się nigdy zwolnić, czy na pogrzeb kochanej babuni, czy też na chrzciny dziecka. Tutaj skorzystała Zenona Jonińska, długo mówiąc o tym, jak musiała w dwa dni po porodzie ponownie zjawić się w pracy. Dwaj podżegacze skutecznie rozniecili bunt. Nawet nie musieli rzucać propozycji, tłum sam zadecydował żeby dostać się do ksiąg rachunkowych i innych bezcennych dokumentów, aby zaszantażować Śledzia. Maśliński i Karpiarz uśmiechnęli się do siebie. Wszystko szło po ich myśli.

Śledziu tymczasem się nudził. Podróż była strasznie nudna, i przysparzała mu kłopotów. Kłopotów, bo ciągle ktoś przychodził i się darł, gdy wymyślał jakby tu zabić czas. A wymyślił wiele. Wystawiał tyłek do okna, poszedł do luków bagażowych zobaczyć co mają inni pasażerowie w walizkach, robił sobie kanapki paprząc wszystko miodem, grał w zośkę pomiędzy rzędami, głośno domagał się komputera, podmieniał śpiącym skarpetki, pukał do drzwi kabiny pilotów i udawał że to nie on, rysował wiecznym piórem rozmaite eksplozje, ochlapując przy tym wszystkich i wszystko, robił cos przy mapach różnych miejsc i robiąc notatki śmiał się bardzo głośno i, jak mu się wydawało złowieszczo (co brzmiało jednak jak „He-He-hyyy-hyyy-He-ekh-hyyy!”). Nawet przez parę minut spał, ale musiano go zbudzić bo przez sen opowiadał sprośne dowcipy.
Teraz oglądał sobie w okienku gładką taflę morza. Znowu zaczął przysypiać, bo jakaś staruszka obok, uparcie opowiadała mu co robiła w czasie powstania, w zamian dopytując się, gdzie on służył w czasie wojny. Nagle ujrzał ląd. Był to ląd angielski. Uradowany zaczął pakować składniki do kanapek, kartki, kredki, pióra, mapy, zośkę, procę, kulki, parę skarpetek innych pasażerów(na pamiątkę) i inne rzeczy porozrzucane po całym samolocie. Niedługo potem kazano im zapiąć pasy. Lądowali.
................................................................................................................

Buntownicy szli korytarzami. Niektórzy próbowali przy tym niszczyć sprzęty, ale zaraz dostali po głowach od tych którzy je brali ze sobą. Ci natomiast zostali ukarani przez tych, którzy te sprzęty biurowe wystawiali na akcjach internetowych. W końcu jednak, mimo tych trudności, wszyscy dotarli do biura Śledzia. Drzwi były zamknięte.
-Otworzyć je!- krzyknął Maśliński.
Tłum zgodnie chwycił biednego Maliniaka i zaczął wyważać drzwi jego głową.
...........................................................................................................
-Pewnie spróbują dostać się do mojego gabinetu. Dobrze że kazałem Czapickiemu go zabezpieczyć- pomyślał sobie Śledziu.

.............................................................................................................
Nagle ze szpar pomiędzy drzwiami a framugą zaczęły się wydobywać jakieś opary. Był to potwornie śmierdzący , wyciskający łzy gaz. –
- Odwrót! – krzyknął ktoś i wszyscy poszli za jego przykładem.
- Cholera jasna- syknął Karpiarz do Maślińskiego. – Zabezpieczył się. Wyjdzie na to że trochę się namęczymy.
Nie przewidywał wtedy jak będzie wyglądało to „trochę”.

Śledziu z satysfakcją opuścił samolot, zostawiając w nim niemały bajzel. Na lotnisku wydano mu bagaż. Co prawda nie jego, ale jak się okazało zamiana była bardzo korzystna. Dla jego rzecz jasna. Pogwizdując skierował się ku wyjściu. Nagle jednak wyskoczył w jego kierunku jakiś śniadoskóry młodzieniec, i zderzył się z rybą boleśnie.
-Ou, Ajm, sory, mister fisz!- usłyszał Sledziu w przeprosinach. Mężczyzna pomógł mu wstać i poklepał go po plecach uśmiechając się szeroko.
-Dziwak!- stwierdził Śledź na głos gdy podmiot jego wypowiedzi oddalił się już. Wziął walizkę i już nie gwiżdżąc wyszedł z terminalu, zwracając niemałą uwagę na jakiegoś bruneta, który zachowywał się jakby tu mieszkał.
Śledziu znalazł się na ulicach Londynu. Spojrzał w lewo, spojrzał w prawo.
-O puck!- zdał sobie sprawę że nie zna drogi.
Na szczęście ku niemu wyskoczył jakiś mężczyzna, z tabliczką na której napisane było „Mister Sledz- gosc Zebolamatscha”.
-Aj em jur ges!- zagadał do niego Śledziu.
-Ou, mister Sledz!- ucieszył się mężczyzna – Ja hepi że pana sii, ja pana, od razu poznać...- wskazał mu drogę do samochodu.
Śledziu usadowił się na tylnym siedzeniu. Rozpoczął się jego pobyt w Londynie.

............................................................................................................
-Szwadron, do ataku!- Krzyknął niewyraźnie przez maskę przeciwgazową Karpiarz. „Szwadron” czyli kilku pracowników z szafą biurową, każdy mający maskę, ruszyli na gazujące drzwi, za trzecim uderzeniem drzwi im oddały, wysuwając się energicznie na sprężynie, a potem niewinnie z powrotem się zamykając. Cały „Szwadron” wraz z Karpiarzem, obolały leżał na ziemi.
-Szlag- jęknął Rzecznik.

........................................................................................................

Śledziu jak urzeczony patrzył przez szyby samochodów, na pełne ludzi ulice.
-Mister Sledz je Hepi?- ucieszył się z jego reakcji młody człowiek- Ja em Carlos, z Braziil.
-Miło mi poznać- użył uprzejmości Śledziu i splunął przez okno z obrzydzeniem.
-My jechacz do hotel. Bjutiful hotel! Gud hotel. Super hotel. Preti hotel. Najs hotel...
-Ou, szer ap!- krzyknął zirytowany Śledziu.
Carlos zmarszczył brwi.
-Siur, siur, wy, pipiols z kontynenta, wszystkie jesteście takie niemiue!- wymamrotał i poczuł bardzo silne uderzenie z tyłu głowy. Świeczki mu stanęły w oczach, przez chwilę nie panował nad samochodem. Ta chwila wystarczyła by władować go w jedyne drzewo w okolicy.
-Mnie!? Mnie będziesz wyzywać od siurów, od pipoli? A masz! A masz! – Śledziu płetwą bił Carlosa, wykrzykując. Carlos się odwrócił.

.......................................................................................................

Jóźwiak, wy i wasz szwagier dostaniecie pięć procent z udziałów!- zadecydował Maśliński, oglądając sprowadzony przez Jóźwiaka sprzęt. Była to stara ruska bazooka, sprowadzona od jego szwagra. Tu i ówdzie widać było już korozję, ale ogólnie dało się z niej strzelać.
-Ha! Wysadzimy te drzwi z przyległościami!! – zatarł ręce kierownik. Jóźwiak rozdziawił usta.
-To pan chce tym coś wysadzać? Ale... ale...
Maśliński nachylił się nad nim.
-Ale?- spytał groźnie.
Młody Jóźwiak widział wiele strasznych widoków. Był świadkiem przejechania człowieka przez tramwaj, przejechania człowieka przez pociąg, człowieka wmieszanego w wirnik helikoptera, widział jak jakiś facet w banku odstrzelił głowę kasjerce, a „Martwicę mózgu” oglądał zasłaniając oczy tylko trzy razy.
Jednak to ten widok budził go po tym wszystkim w środku nocy zlanego potem. Żaden inny.
-Gulps- powiedział.


Śledziu tymczasem leżał na bruku. Walizka i aktówka gniotły mu plecy. Za sobą usłyszał śmiech Carlosa i odgłos zapalanego uszkodzonego silnika. Śledziu wstał jak był pewien że brazylijczyk w końcu odjechał. Wstał, otrzepał się i wziął bagaże. Spojrzał przed siebie i uśmiechnął się. Był na miejscu. Dwugwiazdkowy hotel „Śledzisze”.
Wszedł do jasnego, oświetlonego, holu. Podszedł do recepcjii. Nikogo w niej nie było. Użył dzwonka. Przybył jakiś niski hiszpan, ale nie szło się z nim dogadać. W końcu przyszedł właściciel, wysoki, tęgi Anglik, nieco łysiejący, z rzadkimi wąsami . Sledziu pożałował że hiszpan poszedł, bo z tym facetem szło jeszcze oporniej. W końcu jednak dowiedział się rzeczy krótkiej i treściwej.
-Pokoi nie ma!- Stwierdził właściciel.*
-Jak to nie ma? Przecież mam rezerwację! Wygrałem wycieczkę!
-Bardzo mi przykro, ale ludzie którzy płacą gotówką mają pierwszeństwo.
- Eee, czym? - Śledziu zajrzał do słownika. Aaa, manej.
Śledziu westchnął. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni garnituru i.. zamarł w bezruchu. Portfela nie było. Przypomniał sobie tego dziwaka na lotnisku i zaklął w myślach. Chciał zadzwonić z komórki do kogoś z Firmy, ale ta też znikła.
- Mogę skorzystać z telefonu?- zapytał Anglika.
- Oczywiście- wskazał czarny aparat na blacie – Cztery funty.
- Szlag- mruknęła ryba.- Nie pozwoli mi pan zadzwonić na kredyt?
- Co pan sobie myśli?- kierownik hotelu oburzył się – Że można sobie tak bez pieniędzy przybyć do innego kraju?
Śledziu, nie zrozumiał prawie nic, ale odgadł intencje Anglika. Już miał coś wykrzyknąć, ale przypomniał sobie o podmienionej walizce. Otworzył ją i znalazł to czego szukał – super drogą i bajerancką komórę. Już wybierał numer, gdy telefon bipnął krótko i wyłączył się. Bateria była pusta. Śledziu nerwowo przeszukał walizkę- ładowarki tam nie było. Kierownik za nic nie chciał przyjąć jako zapłatę telefon bez ładowarki.
-Aha- zasmucił się Śledziu- To ja... to ja już se pójdę...- i wyszedł.
-Badyl, czemu mu nie powiedziałeś że jest jeszcze parę wolnych pokoi?- spytała żona właściciela wychodząc z zaplecza.
-A bo mi się koleś nie spodobał!


Karpiarz wraz z kilkoma pomniejszymi kierownikami siedział w Sali obrad, będącej teraz ich kwaterą główną. Obmyślali właśnie plan przeforsowania drzwi, kiedy wszedł Maśliński. Nic nie mówiąc usiadł na krześle, odchylił się lekko do tyłu i zaczął masować sobie skronie.
- I co, bazooka podziałała?- spytał uprzejmie rzecznik.
- Nic nie podziałało. Jóźwiak załatwił broń, ale nie wiedział że chcemy coś wysadzać. Pocisków nie ma. Cholera by to wzięła. Macie jakiś plan zapasowy?
- Coś się znajdzie. Wyważyć sam zamek próbowaliśmy, ale zaczęło pryskać kwasem. Kisielski wylądował na oddziale intensywnej terapii, walczy z życiem. Mamy zamiar natomiast je podważyć od boku, żeby nas nie dosięgła ta sprężyna, i w kombinezonach, jakby znowu był jakiś kwas czy gaz.
- O. Dobrze pomyślane- pochwalił kierownik fabryk.

Śledziu wlókł się ulicami nie wiedząc gdzie by się podziać. Było już coraz ciemniej i zimniej.
-Cóż gorzej być nie może- pomyślał sobie, ale w złą godzinę, bo w tym momencie zaczęło padać.
Szedł niemrawo wyobrażając sobie ze przyjdzie mu tu zginąć, gdy potknął się o coś. Był to śpiący żebrak, który zasnął nad swoim kapeluszem. Kapeluszem pełnym banknotów.
„Romku, nie okradniesz biedaka!” – pojawił się mały biały ludek ze skrzydełkami i aureolką.
„Frajer zasnął, to niech ma za swoje!”- przy akompaniamencie pyknięcia pojawiła się mała, rogata czerwona rybka.
„Romuś, opamiętaj się i nie słuchaj tego zramolałego świra rodem z Piekła! To stary pijak, już trzy razy go Bulzebolicja zabierała! I w dodatku jest czerwony, komuch na pewno! ”- Śledziu słyszał białego ludka w swej głowie.
„Co, to potwarz? Tak zamierzasz grać mamisynku? Ja ci pokażę co to zadrzeć z piekielnymi mocami.”- rybka uderzyła ludka- „ A tak w ogóle to skąd to... O ty szpiclu! Dla UB* pracujesz? Światło zdemoralizowanego mroku!!! „- rybka wyczarowała fioletowe błyskawice które osmaliły ludkowi miejsce gdzie blask aureoli nie dochodzi.
„Auu!”- Wydarł się panicznie aniołek. –„To bolało kretynie. Zaraz ci pokażę jak działa gniew boży! Atak zdenerwowanego inkwizytora!!” – zesłał biały blask na diabełka, parząc
go dotkliwie. Obie istoty na dobre zapomniały o Śledziu, który przecierał właśnie płetwami ślepia, i myślał sobie „Zwariowałem”

Szybko jednak pozostawił dwójkę wyimaginowanych posłanników sił wyższych, i spojrzał na kapelusz. W końcu nie wytrzymał. Postanowił ze weźmie tylko kilka funtów, na telefon i coś do zjedzenia. Już sięgał płetwą, uważając by nie zbudzić śpiącego, już zaciskał płetwę na banknotach. Cofnął rękę delikatnie, spojrzał na pieniądze...
Żebrak został obudzony głośnym, wibrującym w głowie okrzykiem
-K***aaaaaa!!!- wydarł się Śledziu. Odrzucił banknoty i poszedł, zostawiając na deszczu moknące podróbki funtów, zadrukowane z jednej strony, mające zachęcić ludzi do wrzucania datków. Obok nich leżały dwa stworzonka. Spalony na węgiel ludzik, i pozbawiona płetw rybka.
Śledziu szedł wkurzony. Było mu zimno, mokro, i w dodatku zaczynało mu burczeć w brzuchu. Wszedł do pierwszej napotkanej kawiarni. Deszcz stukał w szyld „Under Drunk Dog”.

Nie była to miła spelunka, jak na standardy polskich knajp. Było tu pełno gąb za które można by dać wyrok dziesięciu lat, chociaż większość ich właścicieli miała gołębie serca. Śledziu usiadł przy jednym z drewnianych stolików, i obserwując ludzi w rogu, rzucających lotki w tarczę, wyciągnął z aktówki dwie ostatnie kromki chleba, resztkę masła i trochę miodu. Przyszykował sobie tę strawę, zdając sobie sprawę że ludzie się na niego głupio patrzą. Przeżuł spokojnie kanapkę, lecz po jej zjedzeniu był bardziej głodny niż przed chwilą. Wyjął jeszcze termos, i nalał sobie resztkę herbaty.
W tym momencie jakiś wąsaty Anglik, o dobrodusznym wyglądzie karczmarza, postawił przed nim talerz i kufel. Na talerzu parowały ziemniaki z gorącą kiełbaską, a w kuflu pieniło się złociste piwo. Śledziowi zabłyszczały oczy.
-Aj... aj... Aj fenk ju wery macz!- uśmiechnął się do karczmarza, po czym mina mu zrzedła.- Ale..ale ja ...Aj dont hew e manej!
-Polisz men?- upewnił się karczmarz
Śledziu skinął głową.
-To tilko chcem!- wskazał na Śledzia kapelusz, leżący na ławie – Fajne! Dam five funts ekstra! Aj lajk Polisz men, mój syn study in Wroclaw!
Śledziu ucieszył się. Wziął kapelusz i już miał go wręczyć karczmarzowi. I może to skończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie wydarzenia które teraz nastąpiły.
Dość duża grupka w drugim końcu knajpy oglądała w telewizji mecz. Tak się złożyło że był to mecz Liverpool – Wisła Kraków. I w tym momencie, gdy Śledziu dając kapelusz mężczyźnie, spojrzał na ekran, Wisła strzeliła gola.
-Gooool!! Hura!!- Poderwał się Śledziu. Gwar ucichł. Wszyscy patrzyli na niego. Karczmarz szybkim ruchem zabrał talerz i kufel.
-Kiiil fiisz!!- krzyknął ktoś, i wszyscy poszli za jego przykładem. Wśród krzyku Śledziu wziął szybko swoje rzeczy i wybiegł z knajpy, uciekając przed rozwścieczonymi kibicami. Biegł uliczkami, nie starając się nawet omijać kałuży. Rozszalali fanatycy sportowi byli coraz bliżej. Nagle trafił w okolicę, gdzie wszyscy byli karłami. Tak mu się przynajmniej na początku wydawało, jednak szybko okazało się, że ci ludzie klęczeli. Stał zdezorientowany. Kibice wbiegli na plac, i też szybko uklęknęli. Śledziu wyrastał niczym bambus wśród kartofli. Spojrzał na środek placu, gdzie trwała jakaś parada.
-Wszyscy klęczą z powodu jakiś błaznów?- krzyknął kąśliwie, i w tym momencie dopiero spostrzegł królową.

Hugoński wprawnymi rękami, ostrożnie, powoli, wyłamywał łomem drzwi. Kombinezon skutecznie zabezpieczał przed lejącym się kwasem i gazem- w końcu był przystosowany do radioaktywnych fabryk. Jeszcze jeden nacisk.. i.. udało mu się otworzyć zamek. Lekko uchylił drzwi. Znienacka pojawił się wielki młot, który zmiażdżył go doszczętnie.
-Hej!- krzyknął- To bolało!
-TO CZĘSTO BOLI!- usłyszał głos, głos jaki mógł mieć tylko ktoś będący ośmiostopowym szkieletem.

.....................................................................................................................................................
Śledziu leżał na pryczy. Sąd skazał go na siedemdziesiąt pięć funtów grzywny, albo dwa tygodnie odsiadki. Nie dał jednak prawa do telefonu. Co prawda po więziennym obiedzie nie był już głodny ( a raczej po spojrzeniu na niego), ale dwa tygodnie to było dla niego o tydzień za dużo. Dlatego postanowił wypróbować sztuczkę którą oglądał na Discovery , w „Pogromcach Mitów ” Wziął trochę pikantnego sosu więziennego, i obsmarował nim kraty. Przemycił do celi małe radyjko, w miejscu o którym lepiej nie pisać. Rozwalił jego obudowę, i wykorzystując podłączywszy kable do sosu jako przewodnika, rozpoczął żmudną korozję krat.

2 dni później....
Śledziu przypomniał sobie, że radyjko powinno być włączone.

3 dni później...
Śledziu udawał że śpi. Gdy strażnik odszedł, szybko wstał i zdjął koc z okna.
-Dobra- mruknął – Zobaczymy jak się wyżarło.
Otarł kraty z sosu kocem. Kraty były krótsze o połowę. Teraz mógł już je wygiąć. Upewnił się czy nikt nie idzie i pociągnął. Kraty wypadły z lekkim brzęknięciem.
-Sukces!- pisnął cicho z radości i wystawił głowę przez utworzony otwór. Zaklął szpetnie.
Okno znajdowało się dziesięć metrów nad poziomem betonu.

................................................................................................................................................

-Cóż, straciliśmy już paru ludzi, i piętnaście klonów na te drzwi.- zaraportował Karpiarz Maślińskiemu, spod czarnego, lśniącego hełmu, mającego go chronić przed wszędobylskim gazem. Trochę przeciekał, więc rzecznik rzęził jakby miał astmę.
-Trzy setki klonów przodem, trzy setki jedną stroną, i trzy setki drugą!- rozkazał Maśliński.
Jego kombinezon nie wytrzymał natężenia kwasu, i teraz był zbiorem luźnych, szarych szmat, spod których widać mu było tylko szczękę.
-Panie Maśliński?
-Hę?
-Mamy już tylko setkę klonów.

................................................................................................................................................

Następnego dnia cela się otworzyła. Wszedł strażnik i zbudził Śledzia.
-Ju ar fri!- oznajmił ochryple.
-Co? Co? Łot?- Śledziu był zdezorientowany.
-Auer sejnt end czcigodna (nie wiem jak to po angielsu...) Kłin...- strażnik zobaczył minę Śledzia i zlitował się.- Mówiąc krótko, ziomek, nasza zajawkowa i w ogóle zaje.... Królowa zezwala na twoje wypuszczenie, pod warunkiem, kurde balans, że sobie z nią ziomek herbatę wypijesz. Jest tobą ziomek zainteresowana, bo nigdy wcześniej nie widziała żadnej gadającej ryby. Co ona żadnych skrętów nigdy nie jarała?
Ryba szeroko otworzyła otwór gębowy, w niemym zdumieniu. Łzy mu napłynęły do ślepi.
-Rodak!- krzyknął- Rodak na obcej ziemi, i przynosi mi wolność!- rzucił się do obcałowywania młodego ochroniarza.
-Gdzie z płetwami, won!- odepchnął go strażnik, nie wiadomo czemu nie będący zadowolony tymi pieszczotami.- Co sobie myślisz, ziomek, milion Polaków ma w Anglii pracę, ja mam siedzieć jak głupi w kraju? Praca równa się kasa! No, idziemy.
Zaprowadził go do niewielkiego pokoiku, gdzie wydał mu jego rzeczy. Śledziu spojrzał zdziwiony na połamaną i porwaną teczkę, pozbawioną paru akcesorii jak aparat fotograficzny czy komórka. Tu i ówdzie widać było ślady butów.
-Taką dostaliśmy.- Wyjaśnił emigrant bez mrugnięcia okiem, a Śledziu zdecydował że lepiej się nie awanturować. Został wypuszczony, i odesłany do hotelu gdzie miał się jakoś oporządzić przed uroczystą herbatką z Królową.

---------------------------------------------------------------------
Płonęło ognisko. Siedziało przy nim pięć osób, wpatrzonych w widok pomarańczowych języków płomieni strawiających polana. Mieli podkrążone oczy, i ślady poparzeń. Rzecznik z rozkazu Maślińskiego rozkazał zaryglować wszystkie wyjścia i zakazał komukolwiek wychodzić, póki te cholerne drzwi nie zostaną otwarte. A kto znajdzie sposób- otrzyma wszystkie racje żywnościowe z magazynu. Oblężenie trwało już prawie tydzień.
Wśród siedzących przy ognisku, takim jak i wiele innych rozpalanych na terenie głównej filii firmy „ Śledziu & ska z ZOO”, były dwa klony i trzech sztabowych z fabryki przy ul. Płotki Dolly. Nieogolone i zapadłe twarze ludzi w oświetleniu ognia dawały wesoły widok biwakujących ludzi.
Teraz trwała dyskusja naukowa o podgatunkach szczurów.

-Józek, gdzie z łapami, to mój pieprzony szczur w oleju!

Tak, zapasy żywności w fabryce były spore, mięsa nie brakowało. Tu i ówdzie rozlegały się radosne śpiewy przy ogniu.

-Uaauaaauaaaaajć! Idioto, uważaj z tym pogrzebaczeeeEEEAAUĆ!!!

A każdego ranka budziło ich pianie kurów...

-Kur...!
-Kur...!
-Kur...!
-Kurrna! Stasiek, uważaj jak leziesz!

Taak, oblężenie było świetnie zorganizowane, nastroje były wesołe...

-Krzysiek, podaj nóż. Idę se podciąć żyły.

... i wszyscy się dobrze bawili! Wesołe to było oblężenie. Choć bezsensowne.

----------------------------------------------------------------------------

Śledziu obejrzał się w lustrze i stwierdził:
-Wyglądam jak pedał!
Miał na sobie jaskrawożółtą długą koszulę, zapiętą w mankietach, bezrękawkowy sweter w kratkę i szkocką czapeczkę z pomponem. Dziękował komuś tam w górze, że nie musi nosić spodni, gdyż jedyne dostępne były króciutkimi golfowymi spodenkami. Była to zawartość podmienionego bagażu. Jego okazały garnitur po kilku dniach noszenia prześmierdł celą i nie nadawał się na taką imprezę. W końcu odłożył czapkę, i stwierdził ze po ulizaniu czupryny będzie wyglądał trochę lepiej. Jak pomyślał tak uczynił, i zszedł na dół, gdzie czekała już limuzyna. Szofer był miłym człowiekiem, ale nie kapował ani słowa po polsku. Ale znał trochę rosyjski, to z trudem prowadzili luźną konwersację.
Śledziu został przekazany przez szofera dwóm klocom drewna.
-Okej.- powiedział jeden z kloców, i już ryba miała zacząć krzyczeć, ale zobaczyła że to nie żadne drewno tylko ochroniarze. Poprowadzili go do holu, gdzie powitała go niska starsza dama.
Zaczął się horror.

Powróćmy jednak do tej grupki przy jednym z obozowisk.
-Jaki twój? Twoja kolej już była! Teraz ja będę żarł, potem Śledź, Śledź, Janiak i dopiero ty! Obżartuchu.
-Co ty mnie tutaj mamisz! Przed chwilą jadły Śledzie, potem Janiak, teraz ja. Ty jadłeś przed Śledziami!
Janiak, czterdziestodwuletni sztabowy, patrzył na nich w milczeniu. Teoretycznie teraz była jego kolej, ale nie miał ochoty na szczura. Patrzył na kolegów jak wyrywają sobie włochaty przysmak. W tym momencie jak jeden z nich, 39-letni Kuba Haraś, pociągnął go mocniej, drugi, 40-letni Józek Burczyński, puścił znienacka. W efekcie szczur poszybował nad głową Burczyńskiego, i trafił w ścianę, skruszając ją lekko.
Patrzyli się w drobne odłamki jak zahipnotyzowani. Każdemu chodziło po głowie: „Żywność, prawdziwa żywność z magazynu...”
Ruszyli biegiem, potrącając się wzajemnie.

......................................................................................................................................................

Mówiliśmy to już, ale powtórzymy:
Śledziu się nudził.
Dostał małą filiżaneczkę herbaty, dwa biszkopciki mniejsze niż te które dotąd widział, i musiał siedzieć, słuchać królowej i odpowiadać na jej pytania. Był to prawdziwy teleturniej, gdyż nie rozumiał z jej paplaniny ani słowa, więc starał się odgadnąć o co ona mówiła i strzelić odpowiedź. Po minach władczyni odgadywał że nie trafia. Jednak z czasem paplanina zaczęła być coraz bardziej nużąca, już dwa razy Śledziu walnął łbem w stolik.
Otaczali go różni ochroniarze, majordomusi, służący i lokaje, wpatrzeni w stół niewidzącym wzrokiem.
Dookoła gdzie nie spojrzeć był przepych i złocenia.
Ten pałac powoli go denerwował.
Gwoździem do trumny stały się maniery. Lokaj stojący obok niego półgębkiem mu dawał wskazówki.
-Noł mister Fisz, knajf tu hold in left... em..hend?
- Mister Fisz, plis not....
- Mister Fisz, ti-spun jus to....
- Mister Fisz! Tamto, mister fisz siamto...
- Mister fisz, blablabla...
Śledziu nie wytrzymał. Krzyknął na całą gardziel, wstał, ukłonił się królowej, uderzył lokaja i nim ochrona zdążyła zareagować, wyskoczył przez okno. Spadł z dużej wysokości ale na szczęście do sadzawki. Rozkoszował się chwilę wodą, ale już widział kloce... to znaczy ochronę biegnącą ku niemu, więc wyszedł i zaczął uciekać. Przecisnął się przez zamykającą się już bramę, a że był wkurzony, kopnął po drodze jednego z tych futrzaków w czerwonych mundurach. Biegł, biegł, aż zabiegł do Tamizy. Obejrzał się. Kloce nie ustawały. Śledziu westchnął. Spojrzał czy nie ma tu nikogo znajomego i z zamkniętymi oczami odrzucił to, co dawało mu ludzki wygląd. Czuł się teraz paskudnie, jak nie on sam, ale wolał nie płynąć w czymś co będzie mu krępować ruchy. Gdy pogoń dotarła, zdążyła tylko zobaczyć Śledzia, takiego jak go diabeł stworzył, wskakującego do rzeki.
Niedaleko stał starszy mężczyzna, brodaty, na nosie okulary, na głowie kapelusz. Przecierał oczy z niedowierzaniem, gdyż zobaczył właśnie wielką rybę, zdejmującą ubranie i wskakującej do rzeki. Coś mu zaczęło chodzić po głowie, aż w końcu pomysł go trzasnął od wewnętrznej strony mózgu. Tak! W najnowszej książce napisze o rybach, które dostają szansę być ludźmi, ale w końcu tak jak ta ryba, rezygnują z tego!
Terry Pratchett miał dzięki Śledziowi pomysł.
I nie tylko on, bo obok był akurat zjazd Pisarzy i Artystów Wszelakich. Śledziu o tym nie wiedział, ale niedługo w Anglii miał być prawdziwy Boom na ryby.

...............................................................................................................................................

Burczyński wprawnym ruchem potrącił klonowi pojemniki na śmieci pod płetwy, wysuwając się na czoło wyścigu. Janiak przydeptał podnoszącego się klona i zaczął doganiać kolegę.
Biegli korytarzem, w szaleńczym wyścigu do Sali Obrad. Janiak, jako tęższy fizycznie, zbodiczkował Burczyńskiego, ten jednak wgryzł się przeciwnikowi w łydkę. Korzystając z zamieszania, minęli ich Haraś i drugi klon. Haraś starał się zasłonić drogę klonowi, lecz ten przepchnął go bezpretensjonalnie i przeszedł na czoło stawki. Haraś biegł i myślał, jako iż nie należał do gatunku ludzi nie umiejących robić dwóch rzeczy naraz.
Jego oczy spoczęły na miłym zaworze. Wyprzedził na krótko klona, i odkręcił zawór. Klon został buchnięty o ścianę słupem gazu. Krew pociekła z jego roztrzaskanego łba.
Haraś ruszył do przodu, wiedząc że to nie zatrzyma następnych. Istotnie, wyminęli oni przeszkodę, iż zaczęli go doganiać. Drugi klon, wlokący się z tyłu, wyciągnął pistolet i strzelił w plecy Burczyńskiego. Burczyński jednak potknął się o sznurowadło, i padł na Janiaka, oboje upadli na ziemię. Haraś także leżał na ziemi, po otrzymaniu kuli która nie była mu przeznaczona. Przeskoczyli nad stygnącym ciałem.
Janiak już nie prowadził, teraz była to pozycja klona. Obaj sztabowi z fabryki przy ul. Płotki Dolly porozumieli się wzrokiem. Podbiegli bliżej ryby, blokując ją z obu stron. Ryba miała większy rozpęd, wiec gdy niespodziewanie wprowadzili ja na most huty, nie mogąc ani się zatrzymać, ani skręcić, wpadła do rozżarzonego, płynnego żelaza.
Sztabowi spojrzeli jak znika wśród czerwonej stali, nie mogąc nawet krzyknąć. Odetchnęli, spojrzeli na siebie i zaczęli biec do Sali Obrad. Burczyński jednak podłożył nogę Janiakowi. Spotkał go taki sam los, jaki zgotował rybie.
Burczyński jako jedyny w wyścigu biegł jak na skrzydłach. Powoli jednak dochodziło do niego co zrobił. Zabił tych, których uważał za przyjaciół. Dla żywności. Powinien raczej zginąć z głodu niż to zrobić. Na pustym korytarzu osiągnął maksymalną prędkość. Spojrzał na ścianę. Sam sobie wymyślił karę. Postanowił to zrobić. Z oczami pełnymi łez pochylił głowę. Trzasnęło donośnie, gdy uderzył nią w mur. Oddychał jeszcze.
-Kto tak wali w ściany?- Zirytował się Karpiarz wychodząc, i zamarł. W kałuży krwi, leżał sztabowy.
-Ja.. Ja- jęczał.
-Co? Co się stało? - Pochylił się Karpiarz.
-Ja, zabiłem... ściana! Ściana!- i zastygł.
Karpiarz spojrzał na ścianę. Była uszkodzona, tynk z niej opadł.
Zrozumiał.
-Ściana!- krzyknął- My się męczymy z drzwiami, a trzeba było zniszczyć ścianę! Czy musieli zginąć ludzie, by to odkryć? Ej, chłopaki- zwrócił się do dwóch klonów które zwabione krzykami wyszły zza rogu. Wskazał im ciało- Sprzątnijcie ten burdel!

......................................................................................................................................
Dotarł do jakiejś ziemi. Nagle usłyszał dźwięki kobzy.
-O nie, źle skręciłem!- ponownie wskoczył do morza.

.......................................................................................
Przygotowali młoty pneumatyczne. Robota trwała krótko, w pół godziny zrobiono całkiem spory wyłom. Imperator... to znaczy, Maśliński chciałem powiedzieć, wkroczył do gabinetu. Dokumenty leżały na biurku. Śledziu nie popisał się inteligencją.

...................................................................................................................................

-Ziemia! Ziemia!- Ucieszył się i zaczął całować podłoże. W ostatniej chwili odskoczył, by uniknąć stratowania przez owce. Setki owiec. I trzech pijanych tancerzy do tego.
Powrócił do wody.

................................................................................................................................................

-Mam! Mam!- ucieszył się kierownik.- Teraz cała firma należy do mnie!!!
-Zaraz, a my?- zdziwił się Karpiarz.
-Won z mojej firmy! Potrzebowałem tylko taniej siły roboczej! Ochrona- wyrzucić ich!- krzyknął Maśliński. Ale ochrona ani myślała tego zrobić. Krąg wokół niego się zacieśniał.
-Oszukałeś nas!- syknął Karpiarz.- ty skurczybyku!!
Maśliński przełknął głośno ślinę. Za wcześnie się wygadał.

-A więc, proponuje powrót do planu A, czyli zaszantażować Śledzia, co wy na to?
Rozległ się pomruk aprobaty. Ludzie byli w pogodnych nastrojach- publiczne egzekucje zawsze tak działały.
-Śledziu zaraza powinien wrócić z lotniska. Poczekamy tu na niego z papierami świadczącymi o jego własności firmy i... wydusimy z niego ile się da!- Rzecznik pomachał pękiem dokumentów.

...............................................................................................................................................
Śledziu był półprzytomny, gdy morze wyrzuciło go na piasek.
-Polska?- jęknął i wstał. Spojrzał przed siebie. Widok rzucił go na kolana, a raczej miejsce gdzie powinien je mieć.
-Nieee!- krzyknął.- Nieee! Dlaczego? Dlaczegoo??
Przed nim widniała statua wolności.

GAME OVER




Scenariusz: Michał Szczerkowski.
Dialogi: Michał Szczerkowski.

........................................................................................................................................
-Zaraz na pewno przyjdzie...


Reżyseria: Michał Szczerkowski.
Muzyka: Michał Szczerkowski.

.......................................................................................................................................
-Może przyleci następnym samolotem?

Dźwięk: Michał Szczerkowski.
Oświetlenie: Michał Szczerkowski.

.....................................................................................................................................
- Ile można się spóźniać?

W filmie wystąpili:
Śledziu: Michał Szczerkowski.
Karpiarz: Michał Szczerkowski.
Maśliński: Michał Szczerkowski.
Maliniak: Michał Szczerkowski.
Klony: Michał Szczerkowski.
Carlos: Michał Szczerkowski.
Mężczyzna na lotnisku: Michał Szczerkowski.
Badil: Michał Szczerkowski.
Żona Badila: Michał Szczerkowski.
Hiszpan: Michał Szczerkowski.
Kibic 1: Michał Szczerkowski.
Kibic 2: Michał Szczerkowski.
Kibic 3: Michał Szczerkowski.
Reszta kibiców: Michał Szczerkowski.
Karczmarz: Michał Szczerkowski.
Kloc drewna: Michał Szczerkowski.
Kloc drewna 2: Michał Szczerkowski.


.............................................................................................................................................
-Myślicie że on w końcu przyleci?

Królowa: Michał Szczerkowski.
Strażnik: Michał Szczerkowski.
Strażnik 2: Michał Szczerkowski.
Lokaj: Michał Szczerkowski.
Lokaj 2: Michał Szczerkowski.
Lokaj 3: Michał Szczerkowski.
I inni: Michał Szczerkowski.

Wytwórnia: Szczerkowski Film.


Karpiarz był już sam. Wszyscy znudzeni poszli do domów. Śledzia nie było.
Rzecznik spojrzał na trzymane kartki. Mogły mu dać bogactwo, potęgę, sławę...
- A, pieprzyć.- powiedział i rzucił je na biurko. Zgasił światło i wyszedł.


*Dla uproszczenia tę rozmowę autor zapisał po polsku.
**Urząd Boży.
W tekście jest z pewnością dużo błędów, baboli i fragmentów które miałbym ochotę dla zachowania pozorów czystej przyzwoitości poprawić, ale postanowiłem wrzucić go w takiej formie, w jakiej go zastałem.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

26.02.2016 22:23
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama