Aktualny czas: 25.11.2017, 05:50 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odpowiedz 
Mort in Mari
Autor Wiadomość
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,623
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Mort in Mari
UWAGA: Poniższa praca łączy w sobie miejsca i postacie zarówno z uniwersum One Piece, stworzonego przez Eiichiro Odę, jak i z książkowego Świata Dysku, autorstwa Terry'ego Pratchetta. Jeśli więc którekolwiek z nich razi Cię, odbiorco, w sposób szczególny, najlepiej od razu zaniechaj stresów i poszukaj innego fika ;]


MORT IN MARI




"Molestum est mortem ante oculos habere... in mari"


Rozdział pierwszy.
Postacie:
- Dwa ludzkie szkielety, to jest Śmierć y Brook
- Magów z NU szacowne grono.
- Wyznawcy kultów niewłaściwych.
- Długorękich osobników zgraja.
- HEX, maszyna do myślenia zbudowana.



Czas akcji: Mocno burzliwa noc w Ankh-Morpork, wietrzny dzień na Grand Line i inne takie.


Powody, dla których szacowne grono magów z Niewidocznego Uniwersytetu (największej magicznej uczelni na Świecie Dysku) zdecydowało się wykonać rytuał AshkEnte...Nie są w zasadzie istotne. W tak przepełnionym magiczną energią świecie, zawsze odnajdzie się jakaś stosowna ku temu przyczyna . Niektórzy spytają za to być może, czym jest sam tak zwany "rytuał AshkEnte". Jest to starodawny obrzęd, którego wykonanie powoduje przełamanie bariery pomiędzy światem życia a światem śmierci, siłą magii przywołując do wyznaczonego kręgu osobę, która istniejąc od samego początku wszelkiego życia, dzierży odpowiedzi na wszystkie możliwe pytania. Przywołując antropomorficzną personifikację najstarszego zjawiska towarzyszącego ludziom. Przywołując Śmierć. Mrocznego Kosiarza.
Właśnie w trakcie wykonywania takiego rytuału, w mocno burzliwą noc, zastajemy pierwszych bohaterów naszej opowieści. Postronny obserwator miałby zapewne spore problemy z daniem wiary słowom, że zebrani tu przedstawiciele magicznej profesji - brodaci, kłótliwi starcy o postawie sugerującej pół wieku intensywnego podjadania między posiłkami - stanowią intelektualną elitę ludzkiego gatunku. Z pewnością wymagałoby to od widza przewartościowania dotychczasowego systemu wartości i umieszczenia na jego szczycie - po podsłuchaniu rozmowy magów - wyboru sosów i dressingów do pieczeni, jaka ma być podana na dzisiejszej kolacji.
- Jest! Udało się! - Zawołał Dziekan, gdy w środku magicznego kręgu zaczęła się materializować wysoka, mocno wychudzona postać w czerni.
- Dajcie mi z nim pogadać! To w końcu moje zadanie! - Stojący na czele uniwersytetu Nadrektor Mustrum Ridcully przepchnął się na czoło grona magów, strząsając z brody oktarynowe iskry. Skupił wzrok, gdy sylwetka wezwanego gościa stawała się coraz realniejsza. Niby wszystko przebiegało jak zawsze*, lecz nie mógł pozbyć się wrażenia, że tym razem Śmierć wygląda jakoś inaczej. Coś w tym ośmiostopowym szkielecie było dzisiaj... Odmienne.
- Cylinder? - Rozległ się zdumiony głos Kierownika Studiów Nieokreślonych, kiedy przybysz odwrócił się w stronę pięciogłowego pożeracza posiłków, jakiego stanowiło zbite ciasno grono magów.
- Laska? - W głosie Dziekana zabrzmiało coś w rodzaju delikatnej przygany. Magowie byli prawie pewni, że Śmierć nie powinien używać tego rodzaju przedmiotów, aby dodawać sobie stylu. Jego praca opierała się w końcu na prostocie i niezmienności.
- Filiżanka jeszcze gorącej, cudownie aromatycznej herbaty! - Westchnął Wykładowca Run Współczesnych, o którym mówiono, że byłby zdolny oddać całą swą młodość i siłę, za łyk tego napoju. Sądząc po jego wyglądzie, udawało mu się to wielokrotnie.
- Włosy, do diaska! - Zawołał Ridcully, kierując swe pozbawione wszelkiej niepewności spojrzenie to na gościa, to znów na otaczających go podwładnych. - Czemu żaden z was nie zwrócił uwagi na tą czuprynę? Jestem pewien, że szkielety nie powinny nosić tak obfitych fryzur. To niehigieniczne, jak sądzę.
- Ekhm... - Tą własnie chwilę szkieletor z kręgu uznał za stosowną by się odezwać. Z tą samą chwilą grono władz Niewidocznego Uniwersytetu zdało sobie jasno sprawę, że przyzwana istota nie jest Śmiercią, którego przybycie mieli w planach. Brakowało bowiem jego wręcz okrytego sławą, wciskającego się do czaszki, niskiego i tubalnego Głosu. To, czym posługiwał się przybysz, można było nazwać co najwyżej Głosikiem. - Witam panienki, och i panią matkę, rzecz jasna! - szkielet ukłonił się lekko przed Nadrektorem, uchyliwszy swego kapelusza.- Serce mi się raduje z okazji tak miłej wizyty... A raczej radowałoby się, gdybym jakieś posiadał. Czemu jednak ją zawdzięczam?
- To ty zostałeś tutaj wezwany... Jakoś. - Odparł Dziekan, który nie wiadomo kiedy znalazł się nagle na samym tyle grupy.
- Co? Gdzie? Gdzie ja jestem? Panie Luffy...! - Gość przez chwilę rozglądał się panicznie, by nagle skupić swe spojrzenie na chwiejącym się lekko Kwestorze - Jaka panienka jest urodziwa... Może pokazałaby mi panienka swoje majteczki?
- Dosyć tego... .. KWESTORZE NATYCHMIAST OPUŚĆ SZATĘ! Dosyć tego, panie nie wiadomo skąd, jak i po co! - Nadrektor machnął ostrzegawczo palcem przed twarzą gościa. A przynajmniej takie miał zamiary, gdyż ramię zdołało sięgnąć jedynie do piersi przybysza. - Nie obchodzi mnie, czy jesteś jakimś sprytnym demonem, młodszym bratem Śmierci czy po prostu wyszorowanym zombie! Nikt tu nikomu nie będzie pokazywał.. tej.. no.. bielizny! To byłoby co najmniej niehigieniczne! Zresztą, nie jesteśmy żadnymi panienkami!
- No, no, jak szorstko! - Wyszczerzył się szkielet, zaczynając kiwać się na boki nie mniej od Kwestora - Oczywiście, że nie, proszę wybaczyć mym niedowidzącym oczom... Których nie mam! Yohohoho! - Śmiech kościanego dżentelmena zabrzmiał jak poważne kłopoty z przeponą... Której, podążając za schematem, zapewne też nie miał. - Chciałem oczywiście rzec: drogie panie.
- Nie jesteśmy żadnymi kobietami! - Krzyknął Pierwszy Prymus, który dowodził swej męskości zza przewróconego stołu. Nadrektor rozejrzał się wokół by odkryć, że został na polu boju sam.
- Otóż to. - Potwierdził, łypiąc złowrogo na kryjących się za elementami wyposażenia członków grona profesorskiego.
- Och... - Kościotrup wyglądał na rozczarowanego, o ile wrażenie takie może sprawić upiornie wyszczerzona czaszka - Czemu więc nosicie sukienki?
- To szaty maga nie żadne... Sukienki - Ridcully zmierzył rozmówcę wzrokiem, która to czynność, mimo jego słusznego wzrostu, zmusiła go do zadarcia głowy - A kim... Lub czym Ty u licha jesteś?
- Ja? Och, wybaczcie, że się nie przedstawiłem. Jestem... Tylko Kości Brook.
- Tylko Kości... Lubimy sobie porzucać, hę? - Ridcully uśmiechnął się. Skoro przybysz miał związek z taką ludzką słabością jak hazard, to na pewno nie był to demon. A póki nie jest to jeden z tych knujących skurczybyków o rozdwojonych językach, to na pewno da się z nim dogadać...
- Panie Brook. - Nadrektor chrząknął znacząco i zza kryjówek powoli nieśmiało wysunęła się reszta magów. - Wygląda na to, że zaszła tutaj jakaś pomyłka, w wyniku której znalazł się pan tutaj zamiast pewnej... Osoby. Pytanie więc brzmi - gdzie ona jest?


Pierwszym, na co zwrócił uwagę Śmierć, był błękit. Miły, spokojny, nieograniczony błękit nieba. Obróciwszy zaś swobodnie czaszkę, zauważył nieco inny, głębszy rodzaj błękitu, który nieznacznie falował. No tak, morze... Ku swemu zdumieniu, Śmierć uznał ten pejzaż za mocno odprężający. Niepokoił go jedynie trochę dobór barw, który raził nieco w oczy swą jaskrawością. Mroczny Kosiarz bowiem należał do osób, które z czystego upodobania preferują raczej stonowane, ciemne kolory. Takie jak czerń. Do tego nie mógł pozbyć się wrażenia, że na krawędziach łamiących się fal dostrzega... Coś. Jakiegoś rodzaju ciemną poświatę, choć może bardziej pasowało tu określenie : obrys.
Kolejne spostrzeżenie, poczynione przez Śmierć, obejmowało położenie jego samego. Określenie tego sprawiło trochę kłopotów z powodu ogólnej, nieznanej mu dotąd bezwładności. Wyglądało na to, że ulega ciągłemu przemieszczaniu się z dużą prędkością. Sytuacja ta, wraz z nagłością pojawienia się tu tak niespodziewanie, zaczęła być nieco krępująca. Spróbował porozumieć się z kimś, kto mógłby być odpowiedzialny za to zamieszanie.
UHM. HALO? na jego Głos odpowiedziała tylko cisza wypełniona kojącym szumem morza. Uznawszy fakt, że wiele więcej nie zdoła w takiej sytuacji uczynić, Śmierć postanowił rozluźnić się i czekać na dalszy rozwój wydarzeń.
Jakiś czas później, ta spokojna, cicha podróż najwyraźniej zaczęła dobiegać końca, gdyż jego lot wyraźnie obniżył swój tor. Z uprzejmym zaciekawieniem Śmierć odnotował w myśli, że najpewniej zaraz uderzy w wysepkę, która zdawała się być coraz bliżej. Podobnie jak coraz bliższy stawał się położony w centrum jakiejś wioski, duży drewniany budynek. Po prawdzie, w pewnym momencie stał się on aż nadto bliski. Spowodowało to pełne zakłopotania przebicie się Śmierci przez dach i wylądowanie we wnętrzu budynku.
Nigdy nie będąc dotąd w żaden sposób zmuszonym do tak nagłego i dokładnego zapoznawania się z gruntem, Mroczny Kosiarz uznał to za mało przyjemne poszerzanie swych horyzontów i nie rozumiał, po co ludzie tak często się przewracają. Czując, że odzyskał już kontrolę nad swymi ruchami wstał i rozejrzał się po pomieszczeniu.
Gdy już opadł wzbity jego upadkiem kurz, zdołał stwierdzić, że stoi na dnie jakiegoś szerokiego, płytkiego wgłębienia, któremu towarzyszyło kilka mniejszych. Całość sprawiała wrażenie jakby wielkiej, kociej łapki. Śmierć nie zwrócił jednak na to bliższej uwagi, gdyż bardziej interesujący wydali mu się zebrani tu, poubierani w ciemne szaty ludzie.
Pierwszym, co rzucało się w oczy w ich wyglądzie to pewnego rodzaju... nierzeczywistość. Choć sama idea wyglądu człowieka - to jest dwunożnej, mniej-więcej beżowej istoty ze śladowymi ilościami futra - została zachowana, to mimo to każdy z zebranych tutaj osobników wyglądał jakoś nieodpowiednio i odmiennie od osób napotykanych dotąd przez Śmierć. W zasadzie, jak po chwili zdał sobie sprawę, to tak wyglądaliby ludzie, gdyby ktoś postanowił stworzyć żywy portret, przy czym zdenerwowałby się nieudanymi próbami i uprościł maksymalnie ich budowę, wynaturzając przy tym niektóre cechy. Podobne wrażenie sprawiała cała ta niecodzienna rzeczywistość.
- Och! Szatanie, przybyłeś na nasze wezwanie! Chwała Ci! - rozległ się męski głos, po czym zawtórowały mu inne, po wielokroć powtarzające ten sam zwrot, niczym jakąś mantrę:
- Ave satan!
- Ave satan!
- Ave satan!
Postawa odzianego w czerń ośmiostopowego szkieletu, który z niewzruszonym spokojem stał pośrodku czegoś, co wyglądało na magiczny krąg, najwyraźniej wzbudziła podejrzenia właściciela męskiego głosu. Okazał się być nim mężczyzna o głowie przyozdobionej jakiegoś rodzaju baranim, rogatym łbem i o oczach skrytych za jakimiś przyciemnianymi szkłami.
- Czy to Ty, Szatanie? - Spytał głosem nieco mniej podniosłym, niżby to sugerował nastrój chwili.
NIE. zabrzmiała szczera, krótka odpowiedź. Śmierć nie miał wiele więcej do dodania w tej kwestii.
- Czy więc przybywasz może od samego Szatana, wysłany do nas przez Niego? Powiedz, proszę! To Szatan Cię przysłał? - rogaty nie odpuszczał. Śmierć rozejrzał się ciekawie, wszędzie dostrzegając wpatrzone w niego z niewypowiedzianą nadzieją twarze satanistów.
MAM GO NA SWEJ LIŚCIE ODBIORCÓW kolejne szczere, starannie dobrane słowa. Wystarczyły, aby pełne napięcia oczekiwanie zamieniło się w pełną ulgi radość.
- A więc prosimy Cię, Panie! Wesprzyj naszą sprawę swymi mocami, a oddamy Ci wszystko, czego tylko zapragniesz! - zdanie poparte kolejną falą ukłonów. To było dla Śmierci z pewnością nowe doświadczenie. Owszem, byli tacy ludzie, w większości zmęczeni życiem starcy, którzy chcieli go spotkać. Jednakże, poza stawieniem się na spotkanie z nimi, nie oczekiwano od niego nic więcej. Na pewno nie zdarzało się, by proszono go o pomoc. A już na pewno nikt nie zamierzał go za jego usługi wynagradzać.
No tak, moce. Krąg nie przypominał standartowej procedury rytuału AshkEnte, w dodatku sposób w jaki Śmierć tu trafił dalece odbiegał od zwyczajowo bezbolesnego przywoływania. Teoretycznie powinien więc być w stanie po prostu stąd zniknąć, przenieść się, zmienić swoje położenie i opuścić to mocno go krępujące towarzystwo. Pstryknął swymi kościstymi palcami.
Dźwięk jaki przy tym powstał, wręcz poniósł się echem po ścianach. To był jedyny efekt.
PRZEPRASZAM NA MOMENT. Śmierć wbił wzrok w otaczający go krąg symboli, po czym wykonawszy kilka szybkich kroków, przeszedł nad nim. Nie stało się nic, więc najpewniej nie było to przywołanie, lecz także i tutaj żadne pstryknięcie palcami nie zdało egzaminu. Powrócił do poprzedniego miejsca. TAK TYLKO SPRAWDZAŁEM. O CO WIĘC CHODZI Z TĄ WASZĄ SPRAWĄ? dodał po chwili, w nadziei, że może gdy wykona wszystko czego oczekują od niego Ci dziwaczni ludzie, będzie mógł wreszcie wyrwać się z tego świata.
- Panie! Mistrzu! Władco! - przywódca dziwacznej grupy sekciarzy wypowiedział te słowa z pewnym wahaniem, jakby starając się dobrać najlepiej dopasowane do sytuacji. W końcu stanęło na drugim z nich - Mistrzu! Błagamy Cię, abyś wsparł nas w walce z nękającym naszą wioskę ludem Długorękich! Proszę, wymierz im w naszym imieniu srogą zemstę, pomścij nasze cierpienie...
NĘKANIE, TAK? Wchodząc mu w słowo Mroczny Kosiarz spojrzał na zebranych wokół mieszkańców wioski, z rogatym przywódcą na czele. Nie wiedzieć skąd przyszła mu do głowy przesiąknięta ludzkim myśleniem idea, że jeśli wyszliby na słońce i złapali trochę zdrowych kolorów, zamiast spotykać się na tajemnych zgromadzeniach w głupich przebraniach by bawić się w okultyzm... To może i nie byłoby powodów do nękania. A CO DOKŁADNIE TAKIEGO ROBIĄ?
- No.. nękają nas! - wypowiedział się ktoś inny, po czym uznawszy niedokładność własnej wypowiedzi, dodał szybko - Atakują naszą wioskę i za każdym razem kradną nasze zapasy żywności...
- Jedzenie to jedno... - lider grupy zacisnął pięści, wpatrując się ponuro w podłogę - Dopóki żyjemy to z trudem, ale może jednak zdołalibyśmy uzbierać tyle żywności, by móc przetrwać... Ale te bydlaki posuwają się już do tego, że porywają ludzi! Jak mam zażegnać głód wśród moich poddanych, kiedy znikają młodzi ludzie, którzy tą żywność mogą pozyskać? Przez ten głód wielu z nas już odeszło...
MASZ OCZYWIŚCIE NA MYŚLI, ŻE ZABRALI SWÓJ DOBYTEK I POSZLI SZUKAĆ LEPSZEGO MIEJSCA BY SIĘ OSIEDLIĆ?
-Co... Nie! - Przywódca sekty, będący najwyraźniej też czymś w rodzaju władcy tego miejsca, poderwał się na równe nogi - Ludzie giną z powodu braku jedzenia! Umierają, rozumiesz? I my to musimy...
NIE. Głos Śmierci, choć spokojny, poniósł się lodowatym echem. NIE UMIERAJĄ. NIE GINĄ. NAWET, JAK WY TO MAWIACIE, NIE KOPIĄ W KALENDARZ. PAMIĘTAŁBYM.
Odpowiedziały mu pełne urazy spojrzenia dosłownie wszystkich zebranych. Śmierć widywał przypadki, gdy ktoś nie dopuszczał jego nadejścia do świadomości, jednak reagowanie tak na jego brak uważał już za grubą przesadę. Z namysłem potarł palcami swój podbródek. Pewne podejrzenia zaświtały mu wewnątrz czaszki.
TO JEST TAK JAK WTEDY... NIE POWINIENEM MIEĆ TU WSTĘPU. Powiedział do siebie, po czym zwrócił się na powrót do tubylców JESTEŚCIE PEWNI, ŻE BYLIŚCIE KIEDYKOLWIEK ŚWIADKAMI CZYJEJŚ ŚMIERCI? KIEDYKOLWIEK?
Ludzie spojrzeli po sobie, z niepewnością wypisaną w oczach. Śmierć nie musiałby nawet czekać na odpowiedź, już samo to mówiło za siebie.
- Skoro o tym mówisz, Mistrzu, to chyba nie... Zazwyczaj no... Tak jakby sobie przypominamy, że ktoś umarł. Zazwyczaj ktoś o tym mówi... No i są ciała... No a przynajmniej groby... Znaczy... - Ktoś zdał sobie sprawę, że zaczyna mówić coraz dziwniejsze rzeczy, postanowił więc na tym poprzestać, na powrót włączając się do narastającej wrzawy zdumienia wokół. Śmierć kiwnął głową i dla pewności pstryknął palcami, powodując pojawienie się w jego dłoni małej, połyskującej blado klepsydry. Przynajmniej to działało.
Przywołany przedmiot był jednym z życiometrów. Zazwyczaj przesypujący się w nich piasek odpowiadał ilości spędzonego oraz pozostałego życia danej osoby. Tak jak jednak się tego spodziewał, w żadnej z przywołanych tutaj klepsydr Śmierć nie widział ani ziarenka piasku. Potwierdziło to tylko jego teorię. Więc to jeden z TYCH światów. Tutaj nie istniał. Zabawne uczucie.
CÓŻ powiedział, po odesłaniu ostatniego życiometru i ruszył w stronę drzwi WYGLĄDA NA TO, ŻE CHYBA NIE MAM INNEGO WYJŚCIA. IDĘ POROZMAWIAĆ Z TYMI... DŁUGORĘKIMI, TAK?
- Porozmawiać? - Gniew, czy też może po prostu ludzka desperacja wręcz przepełniały człowieka stojącego na czele swego ludu - Nie ma nas już wielu... I niewiele mamy. Ale obiecujemy dać Ci cokolwiek zechcesz. W zamian... Obiecaj, że spotka ich śmierć!
Mroczny Kosiarz odwrócił ku niemu głowę. Jedynym, co go powstrzymywało od szerokiego uśmiechu, był całkowity brak mięśni twarzy.
ALEŻ SPOTKA, OCZYWIŚCIE.


- Wygląda na to, że znowu zdobył herbatę. Niech mnie piorun trzaśnie, jeśli wiem skąd on ją bierze.
Komentarz Nadrektora, który wraz z resztą grona magów zgromadził się w budynku Magii Wysokich Energii, dotyczył ich gościa, Brooka. Wędrując powoli po pomieszczeniu i przyglądając się różnym mniej lub bardziej magicznym wichajstrom, ten niecodzienny szkielet sączył herbaciany napar z porcelanowej filiżanki. Źródło zarówno naczynia, jak i jego zawartości, pozostawało dla magów wciąż tajemnicą. Próbowali nawet, ku zdziwieniu Brooka, odebrać mu filiżankę, upewnić się czy nie ma przy sobie żadnych zapasów i zamknąć go w opuszczonej, pustej i z całą pewnością pozbawionej herbacianych zasobów sali wykładowej. Ilekroć pod rząd tego nie spróbowali, po ponownym otworzeniu drzwi, dziwny osobnik już znów popijał bogowie raczą wiedzieć jak zdobytą herbatę.
- Kierowniku Studiów Nieokreślonych? - Rzucił Ridcully, bacznie obserwując spacerujący szkielet.
- Thaumometr nie wykazuje żadnego użycia magii... - Kierownik Studiów Nieokreślonych popukał palcem w urządzenie służące do pomiaru ilości thaumów, magicznej jednostki. - Albo żadnej nie używa, albo jest to magia całkiem odmienna od naszej.
- Nie możemy być tego stuprocentowo pewni dopóki HEX nie skończy obliczeń, lecz przypuszczalnie jest to prawda. - Wtrącił Myślak Stibbons, najmłodszy i obarczony największymi obowiązkami pełnoprawny mag na tej uczelni. Zajmował on miejsce przy HEX-ie, stworzonej przez jego zespół, uniwersyteckiej maszynie do myślenia. Złożony mechanizm, zawierający takie dziwne elementy jak wypełnione mrówkami szklane rurki, stara trąbka Windler17;a Poonsa czy też zegar z kukułką, właśnie w teorii przetwarzał dane o całym tym zajściu, podane przez Myślaka za pomocą drewnianej klawiatury. Uparcie przy tym nakazywał oczekiwanie prezentując na wysięgniku przekręcającą się raz za razem, niewielką klepsydrę.
Nagle jednak klepsydra znikła, równocześnie więc umilkła kolejna dyskusja starszych magów. Do umiejscowionego w centralnej części HEX-a pergaminu przysunęło się gęsie pióro na kolejnym wysięgniku, zaczerpnęło atramentu z kałamarza i wypisało równym pismem:

+ + +
Zbyt Mało Danych.
Spróbuj: Zadaj Elementowi B Cielesne Obrażenie.
+ +
Błąd. Brak sera.
Zacznij Z Początku.
+ + +


- Co to ma oznaczać, panie Stibbons? - Dziekan wyglądał na wyraźnie zaniepokojonego, jakby obawiał się, że Element B może oznaczać jego osobę.
- Według tego, co wprowadziliśmy do jego pamięci... - Myślak Stibbons pośpiesznie przeszukał listę danych, zawartą w jego własnej pamięci - To elementem b jest nic innego jak... ten wasz przywołany szkielet. Pan Brook. Chyba HEX-owi dostarczyłoby to jakichś istotnych danych...
- Czyli mamy go po prostu trzasnąć? No, jest to jakieś rozwiązanie. - Nadrektor uśmiechnął się pogodnie, jak człowiek, któremu właśnie rozjaśniła się najbliższa ścieżka życiowa- To co, panowie, może któryś z was?
Odpowiedział mu całkowity brak entuzjazmu. Magowie nie są osobnikami skorymi do przemocy. Chyba, że wchodzi w grę awans bądź kłótnia przy posiłku, rzecz jasna.
- Wygląda na to, że wszystko muszę zrobić sam, przy tej bandzie cherlaków! - Ridcully rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś narzędzia zbrodni. W ostatniej chwili Myślak panicznym wrzaskiem powstrzymał go przed wyrwaniem mosiężnej dźwigni, służącej do wyłączania całego systemu HEX-a. Ostatecznie Nadrektor musiał zadowolić się trójnożnym stołkiem, uprzejmie wyrwanym spod Myślakowego siedzenia.
- Panie Tylko Kości! Niech pan tu na chwilę pozwoli! - Zawołał do Brooka, niestarannie ukrywając za plecami element tutejszego wyposażenia.
- Tak? Słucham? Znaleźliście już sposób, jak odesłać mnie do Archipelagu Shabondia? - szkieletor podszedł, pokornie zdejmując swój cylinder.
- Że gdzie? W życiu nie słyszałem. - Odparł szczerze Nadrektor.
I, nim ktokolwiek zdążyłby zareagować, zdzielił go taboretem w głowę.


Śmierć nie musiał długo czekać na konfrontację z plemieniem Długorękich. Już po chwili od wyjścia z siedziby nieudolnych satanistów usłyszał pierwsze krzyki i zobaczył kilka odzianych w pomarańczowe piżamy sylwetek, pędzących przez wieś z dzikim rechotem. A więc znów atakują, akurat teraz, cóż za zbieg okoliczności. Nie zdziwiło go. Podejrzewał już, że to jeden z tych światów, w których konwencje narracyjne odgrywają nieraz znacznie ważniejszą rolę, niż jakakolwiek logika.
Sądząc po nastroju Długorękich, którzy dla czystej rozrywki niszczyli wszystko na swej drodze, oraz właśnie porwali jakąś młodą kobietę (z pewną przykrością podejrzewał, że z tych samych powodów), Śmierć nie osiągnąłby żadnego efektu uprzejmą rozmową i negocjacją. Cichym westchnięciem skwitował brak swego miecza, czy nawet jego podstawowego narzędzia pracy, kosy. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu czegokolwiek, co nadałoby się broń.
TO JEST... NIEWŁAŚCIWE mruknął sam do siebie chwilę później, zadając pierwsze ciosy za pomocą prostych, dwuzębnych wideł OWSZEM, KOSA RÓWNIEŻ JEST NARZĘDZIEM ROLNICZYM, JEDNAK TO...JEST NIEWŁAŚCIWE.
Sądząc po odgłosach, jakie zewsząd go dobiegały, najwyraźniej część kultystów przyłączyła się do walki. Tak jakby pomysł kontrataku był czymś nowym i wynalezionym przez Mrocznego Kosiarza. Jednak już po chwili walki z bardzo zdziwionymi z tego faktu, nienawykłymi do oporu napastnikami, myśli Śmierci zaczęły krążyć wokół innego tematu. Był prawie pewien, że przed chwilą zadał cios śmiertelny. Znał się na anatomii wystarczająco, by móc z całą pewnością stwierdzić, że została naruszona tętnica szyjna. Krew tryskająca ostrą strugą z okolic szyi z pewnością była jednym z objawów.
Mimo to, zraniony ciężko napastnik wcale nie zdradzał żadnych chęci by umierać. Trzymając się jedynie za szyję jedną ze swych rąk o dwóch łokciach, drugą wciąż próbował zadać Śmierci obrażenia za pomocą kija. Co prawda szło mu to niezgrabnie, lecz chyba tylko dlatego, że była to broń przystosowana do użytku oburęcznego.
POWINIENEŚ UMRZEĆ zakomunikował mu Śmierć, z łatwością zbijając jego ciosy OTRZYMAŁEŚ, O ILE MOGĘ TO STWIERDZIĆ, ZABÓJCZĄ RANĘ PROSTO W JEDNĄ Z KLUCZOWYCH DLA PODTRZYMANIA ŻYCIA ARTERII.
- To nic takiego! - Wysapał długoręki zbir - To powierzchowna rana!
ZAPEWNIAM CIĘ, ŻE NIE. BARDZO MOCNO KRWAWISZ. OD TEGO SIĘ GINIE.
- Bzdura! Zjem porządny obiad, wyśpię się i będę jak nowy! - Zawołał przeciwnik z wyraźnym przekonaniem w głosie. - A nawet, jeśli to poważne to... nie wiem, akurat będzie przechodził obok lekarz-cudotwórca albo okaże się, że mój lud jest naturalnie na to odporny... Takie rzeczy się dzieją cały czas... co nie? - Ataki ustały, a napastnik zyskał na swej mordzie taki sam wyraz twarzy, jaki Śmierć wcześniej ujrzał u tych, którzy go rprzywołalir1;. Odrobina popchniętego przez niego myślenia uwalniała w mieszkańcach tego świata podejrzenia, że przez całe życie uważali za normalne coś, co normalnym żadną miarą nie jest. Śmierć westchnął i powiedział jedynie:
WIESZ... Z CAŁĄ PEWNOŚCIĄ JEDNAK, UTRACIWSZY TAKĄ ILOŚĆ KRWI, POWINIENEŚ ZEMDLEĆ.
- O, a tutaj masz z całą pewnością ra... - długoręki nie zdołał już nawet dokończyć zdania, padając na ziemię jak długi. Wciąż jednak oddychał i najwyraźniej wbrew wszelkiej logice, jego życiu nie zagrażało żadne niebezpieczeństwo.
Śmierć nagle zdał sobie sprawę, jak bardzo ten świat musi być szczęśliwy bez jego obecności. Nigdy nie czuł się duszą towarzystwa, teraz jednak z całą pewnością poczuł się dotknięty.
CÓŻ ZA NIEWDZIĘCZNY, DZIKI ŚWIAT... mruknął, po czym ruszył wesprzeć mieszkańców wioski w dalszej walce.


- Niebywałe! Jak to możliwe? - Wykrzyknął chwilę później Pierwszy Prymus, na widok kilkunastocentymetrowego guza, który wyrósł z czaszki skulonego na ziemi Brooka.
- Jak on u licha to zrobił? Przecież to szkielet! - Huknął Nadrektor, najwyraźniej wcale nie zrażony faktem, że pojękująca cicho ofiara jego brutalnego eksperymentu zdaje się patrzeć na niego z wyrzutem. Nawet fakt, że robiła to nawet w zasadzie nie mając czym patrzeć poza pustymi oczodołami, nie zmieniał stanu rzeczy.
- Dla... dlaczego? Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi! - Żal w głosie kościotrupa zdawał się powoli przechodzić we wściekłość - Nie wiem, co tu się dzieje, kim wy wszyscy jesteście, ani nawet skąd tu się wziąłem. Chcę tylko wrócić do moich przyjaciół, którzy mnie potrzebują. Odeślijcie mnie z powrotem. Albo zrobicie to teraz albooo....! - Zerwał się na równe nogi, wyszarpując ze swej laski klingę ukrytej broni, lecz nagle spostrzegł, że już nikt na niego nawet nie patrzy.
- Cicho! - Dobiegł go głos Dziekana - Ta maszyna znowu coś pokazuje!
- Aaaniiimaaacjaaaa... - Ridcully przeczytał pojawiające się na pergaminie, atramentowe litery, wypisane po tym, gdy obecność osobliwego guza została odnotowana w pamięci HEX-a - Animacja? Co to u licha znowu jest? Panie Stibbons?
Myślak pośpiesznie wcisnął kilka, zdaniem reszty magów, losowo wybranych przycisków i dźwigienek na klawiaturze, po czym z pewnymi oporami skierował swoje słowa do tuby głosowej umiejscowionej z boku.
- Ehm... Chcielibyśmy wiedzieć, co to znaczy. Bardzo proszę.
Po krótkiej chwili wypełnionej znów pokazem klepsydry, pióro HEX-a ruszyło ponownie w ruch i zapisało pergamin jakimś długim wyjaśnieniem. Z oczywistych względów cała reszta magów straciła nim zainteresowanie i jedynie sam Myślak przeczytał je całe.
- Wygląda na to... Że pan Brook pochodzi z całkiem odmiennego świata, który nie istnieje a jedynie... Jest Animacjowany... Nie nie, Animowany, chyba taka będzie poprawna wymowa. To taki jakby ruchomy obrazek, nadrektorze, w którym są same rysunki. Pamięta pan, jak tłumaczyłem, na czym polega poklatkowe wyświetlanie migawek? Otóż wygląda na to, że gdyby zrobić bardzo wiele rysunków, można osiągnąć z nimi ten sam efekt.
- Chce pan powiedzieć, że świat tego dziwaka istnieje tylko w jakiejś nieistniejącej migawce? Człowieku, przecież to całkiem nielogiczne i nierealne! - Oburzył się Dziekan.
- Czyli spełnia wszelkie wymogi wyjaśnienia magicznego. - Ridcully kiwnął głową - To by wyjaśniało, czemu ten gość ma takie do mdłości jaskrawe kolory. Ale skąd on się u nas wziął?
- Ja nie wiem co się stało... - odezwał się cicho Brook, który razem z nimi wysłuchiwał wyjaśnień Stibbonsa - Uciekaliśmy przed tym Shichibukai Kumą... To on coś zrobił, ze swoimi rękoma. Kiedy dotknął Zora... On zniknął. Potem Kuma nagle znalazł się przy mnie i dalej pierwszym, co pamiętam, to stanie w jakimś kręgu i widok tych dżentelmenów tutaj...
- Jakiś rodzaj przeniesienia czy odbicia... - Wykładowca Run Współczesnych potarł z namysłem swą pożółkłą od tytoniu brodę, próbując zrobić wrażenie, jakby rozumiał, co tu się dzieje.
- Według HEX-a... - ciągnął Myślak - Nawet w światach tak odrębnych jak nasze, istnieje cień szansy na powstanie między nimi przeplotów. W zasadzie w jakiejś wersji wielokierunkowej historii musiało się to zdarzyć i wygląda na to, że w naszej. Przypuszczalnie jednocześnie w obydwu światach z różnych przyczyn na chwilę z rzeczywistości zniknęły i na powrót pojawiły się do złudzenia podobne obiekty, w tym przypadku są to nierealne, ośmiostopowe szkielety ludzkie. Wobec tego... - Myślak poprawił oprawkę okularów, starając się wynaleźć najprostsze i najkrótsze wyjaśnienie tego zjawiska. Musiał w końcu pamiętać, że rozmawia z magami, u których okres skupienia na jednej rzeczy bywa nieraz krótszy, niż przewidywany czas życia leprakauna wędrującego przez Mroki z garnuszkiem złota - Ktoś wyjął z łamigłówki dwa klocki i kwadrat został włożony w okrągły otwór, a kółko w kwadratowy.
- Ale potraficie to odwrócić, prawda? Nie chcę całego życia spędzić w tym mrocznym, ciemnym kwadracie... Choć i tak już nie żyję! - Zaniepokoił się Brook. Nie wiedzieć czemu, zaczynał działać Myślakowi na nerwy. Może dlatego, że po spędzeniu paru chwil z gronem starszych magów, Myślaka z równowagi mogła wyprowadzić nawet miseczka budyniu.
- Otóż na tą chwilę... nie. - Odparł ze znużeniem - I wątpię, byśmy byli kiedykolwiek w stanie to zrobić. Może pomogłoby znów równoczesne przeprowadzenie rytuałów przeniesienia bądź przywołania, lecz nie wiemy jak nakłonić do tego Śmierć, z którym nie mamy żadnego kontaktu. Pozostaje chyba więc tylko czekać. Rzeczywistość ma skłonność do samoistnej reperacji, choć nie wiemy ile to może potrwać.
- To co ja mam zrobić? - Zmartwiał Brook. - Nie mogę tu spędzić ani chwili dłużej...
- Ale spędzisz. - Nadrektor spróbował poklepać go pocieszająco po ramieniu. W efekcie jego dłoń sięgnęła jedynie łopatki, co nie przyniosło chyba zamierzonych efektów, bo szkielet spojrzał na niego zdziwiony - I powiem ci, co teraz będziesz robił. Rytuał AshkEnte na Ciebie reagował, bez wątpienia. Skoro więc prawowitego właściciela tej fuchy nie ma obecnie, jak to mówią, na obiekcie, za to jesteś tutaj ty...
- Mustrum, chyba nie myślisz o... - tym razem Dziekan nie był jedynie zaniepokojony. Jego pobladłą twarz można by wręcz przez pomyłkę wyprać i powiesić na sznurze z resztą prześcieradeł.
- Nadrektorze, nie wydaje mi się, aby to było rozsądne i prze... - zaczął Myślak, lecz Ridcully go nie słuchał, wciąż zwracając się do Brooka.
- Musisz, mój chłopcze, zostać Śmiercią.


Walka nie trwała długo. Fakt, że Śmierć sam pokonał jednego czy dwóch napastników, jednak jego największą zasługą był sam udział w walce. Najwyraźniej mieszkańcy tego kraju (Jak się okazało, noszącego nazwę Głodomorze. Naprawdę nie dziwota, że mieli problemy z żywnością) sądzili, że nie mogą przegrać mając po swojej stronie posłańca diabła, czy za kogo oni go tam uważali. Dlatego chętnie przyłączyli się do walki i to ich dziełem było pojmanie wszystkich Długorękich. Szybko zaczęły się typowo ludzkie rozważania, co zrobić z jeńcami.
- Powiesić!
- Zrobić z nich gulasz!
- Albo bitki!
- Ja bym zjadł naleśnika... - ktoś chyba nie do końca pojął omawianą tematykę.
- Sprawdzić, na ile części połamią im się te długie łapska!
- Cisza! - Wykrzyknął przywódca kraju, Pekkori, który bez całego tego okultystycznego stroju wyglądał na całkiem sensownego faceta - Wszyscy dobrze wiemy, komu zawdzięczamy nasze zwycięstwo nad najeźdźcą! I to jemu powinniśmy oddać naszych jeńców, niech zadecyduje o losie swoich wrogów...
HM? ACH, TAK. Śmierć otrząsnął się z lekkiego zamyślenia. Wciąż nie mógł skorzystać ze swej mocy, nie wiedział więc cóż ma poczynić by powrócić do swego domu. Ostatnich kilka chwil patrzył w lekko falujące morze, które na swój sposób go kusiło, w nieznany mu dotąd sposób. Spojrzał na wskazywanych mu, związanych Długorękich. Rozpoznał wśród nich nawet tego z przeciętą tętnicą. Wyglądało na to, że nieszczęśnik miał rację - wystarczył kawałek bandaża i zagrożenie życia zdawało się być już historią.
JESTEŚMY NA WYSPIE, PRAWDA? Śmierć zwrócił się do pojmanych dziwolągów. Odpowiedziało mu pośpieszne kiwanie głową. W TAKIM RAZIE MUSICIE MIEĆ STATEK. ZABIERAM GO WAM.
A CO DO TEGO, CO NALEŻAŁOBY Z NIMI UCZYNIĆ... zwrócił się do Głodomorzan POPRAWCIE MNIE, JEŚLI SIĘ MYLĘ, LECZ NAJROZSĄDNIEJSZYM BYŁOBY CHYBA KAZAĆ WSKAZAĆ WAM DROGĘ DO ICH OBOZU ZE ZRABOWANĄ ŻYWNOŚCIĄ I PORWANYMI LUDŹMI.
- Tak, nasz Mistrz ma niewątpliwie rację. Chodźmy więc wszyscy i... - do Pekkoriego nagle dotarła decyzja szkieletowatego przybysza, odwrócił się więc ku niemu z prędkością pikującego jastrzębia - Zaraz zaraz, na co Ci statek? Chcesz zostać... piratem?
A PIRAT TO...? upewnił się Śmierć. Widywał paru piratów na Świecie Dysku, ale nie robili oni raczej na nim zbyt pozytywnego wrażenia. Zazwyczaj umierali z przepicia, na szkorbut bądź z powodu wyjątkowo groźnego nagromadzenia chorób wenerycznych. Kto wie, może jednak tutaj pirat oznacza kogoś innego?
- Pirat to... - Pekkori wyglądał, jakby miał nagle objaśnić, jaki dźwięk wydaje kolor niebieski - No... Nie widywaliśmy tu wiele piratów, ale to najwyraźniej taki... wojownik mórz, ktoś walczący za swoich przyjaciół, naprawdę silny i... naprawdę wolny.
HMMM to do Śmierci trafiało. I tak póki co nie miał nic do roboty (co samo w sobie było dość niespotykane), a nigdy jeszcze nie brał udziału w tego rodzaju wesołym rejsie. Świat jakoś powinien dać sobie radę podczas jego drobnej nieobecności. DOBRZE WIĘC, CHCĘ ZOSTAĆ PIRATEM. PRZYPUSZCZALNIE BĘDĘ POTRZEBOWAŁ ZAŁOGI, WIĘC PRZYJMĘ PARU CHĘTNYCH Z WASZEJ WIOSKI. MYŚLĘ, ŻE WTEDY BĘDZIEMY KWITA.
Ku jego zaskoczeniu, przywódca ludu i ludzie za nim zgromadzeni, uklękli przed nim w ukłonie wdzięczności. Fakt, że ludziom czasem zdarzało się padać przed nim na kolana, lecz dotąd były to jedynie gesty błagalne, nigdy zaś dziękczynne.
- Tak wiele Ci zawdzięczamy! - Wykrzyknął Pekkori chyląc czoło do samej ziemi - A nawet nie poznaliśmy twego imienia!
OCH. IMIĘ. NO TAK... znowu to samo, imiona. Czemu ludzie muszą tak być do nich przywiązani? Rozejrzał się pośpiesznie, lecz ta metoda nie zdawała tym razem egzaminu. Jedyne, co mu przyszło w ten sposób do głowy to Tom Niebo, James Fale lub Andy Długoręki. Już miał się zdecydować na Jake'a Widły, gdy spod powierzchni jego pamięci wypłynęło jedno imię. Imię jego byłego terminatora. Cóż, niewątpliwie do niego pasowało, a w pełnej formie brzmiało chyba wystarczająco... piracko. MORTIMER. MOŻECIE MÓWIĆ MI MORT.
Kiedy chwilę później Śmierć, czy też może po prostu Mort, szedł wraz z resztą Głodomorzan w stronę obozowiska Długorękich, gdzie spodziewał się zastać ich statek, zdał sobie sprawę z istotnego faktu. Nie pamięta, co się stanie. W normalnych okolicznościach miał niezwykłą pamięć, pozwalającą mu na pamiętanie tego, co było, co jest i co dopiero się nadarzy. Tutaj zaś otworem przed nim stała jedynie przeszłość. Spróbował więc skupić się na przyszłości by rozwiać tą osobliwą, obcą mu mgłę niepamięci. Udało mu się to zrobić, lecz w ten sposób, w jaki osiągają to wróżki, chwilowo jedynie odsłaniając wyroki przyszłych zdarzeń.
Było do kolejne dziwne doświadczenie. O ile bowiem fragmenty najbliższej przyszłości jawiły się pełne ruchu i w typowym dla tego świata, jasnym kolorze... O tyle te dalsze sprawiały wrażenie statycznych obrazów, pozbawionych wszelkich barw poza czernią i bielą. Śmierć zagłębiał się w nie coraz dalej i dalej aż w końcu zobaczył...
A WIĘC TO TAK. niebieskie, jaśniejące punkty w oczodołach Śmierci rozbłysły w gniewie, gdy na jaw wyszedł jego powód zaistnienia w tym świecie. WIĘC JEDNAK. BĘDĘ MIAŁ TUTAJ ZADANIE.
Wyglądało więc na to, że miał tylko kilka dni by dostać się do miejsca, w którym będzie musiał po prostu być. Do Marineford.

C.D.N.


* Czyli chaotycznie i nieprzewidywalnie, jak to z magami bywa.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2012 01:43 przez Szczery.)
02.01.2012 01:43
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Chlor Offline
Yonkou
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 2,095
Dołączył: 01.04.2009
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #2
RE: Mort in Mari
Hm, chwilami jakoś razi mnie połączenie dwóch tak odmiennych "klimatycznie" światów, ale pomysł ciekawy (: Styl bardziej Pratchettowy, jak to u Ciebie bywa, ale no nie wiem, czegoś mi brakowało. Jednak końcówka mnie zaciekawiła bardzo i chętnie przeczytam dalszy ciąg (:

[Obrazek: h3sygn.png]
03.01.2012 00:26
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Eikichi Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,007
Dołączył: 31.07.2011
Skąd: San Escobar
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #3
RE: Mort in Mari
Jako fan Pratchetta i OP muszę powiedzieć, że tak owszem uważam to za projekt istotnie ciekawy, wart czytania i cieszę się, że projekt został ukończony Big Grin (teraz muszę go tylko doczytać...)

[Obrazek: dB4Eis3.jpg]
06.01.2012 23:51
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,623
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #4
RE: Mort in Mari
Rozdział Drugi


Postacie, oprócz uprzednio już wspomnianych:
- Albert, sługa w Śmierci Domenie
- Śmierć Szczurów i gryzoni wszelakich
- Piraci rozmaici, z Panem Herringtonem na czele
- Żarłoczna Niespodzianka, pod koniec ujawniona.


Tłuszcz skwierczał cicho na rozgrzanej patelni, wypełniając kuchnię zapachem spalenizny. Był to niezawodny znak, że Albert nie miał nic do roboty. Bowiem gdy tylko kończyły się mu możliwe inne zajęcia, zabierał się za gotowanie. Czy też raczej, za smażenie, gdyż jedynie ta forma przygotowywania posiłków była mu znana.
Potrząsnął energicznie patelnią, pozwalając jego najnowszej potrawie rozprowadzić się równo po teflonowej powierzchni. Jakiś czas temu Albert otrzymał polecenie, aby do domowego menu wprowadzić więcej owoców, które rzekomo zawierać miały jakieś małe, zdrowe żyjątka, chyba witaminy się to nazywało. Zdrowa żywność, ha! Taki pożytek z czytania naukowej literatury Za jego ubogich w mięso czasów człowiek cieszył się, jak w kawałku gruszki znalazł choć połówkę robaka, a teraz ludziom zachciewa się aby każde jabłko czy seler zawierało setki jakichś drobnych ustrojstw. Cóż, to jeszcze można było zrozumieć w tych zachłannych czasach, ale jeszcze wymagać, żeby były zdrowe? Przecież właśnie po to się gotuje jedzenie, żeby te wszystkie drobne cholery zdechły! Trudno, co pan chce, sługa gotuje.
Po mniej więcej kilku minutach Albert odstawił patelnię z ociekającą tłuszczem sałatką owocową w zasmażce i odpalił krótkiego, smrodliwego skręta od paleniska. Zaciągnąwszy się głęboko mocnym, wyciskającym łzy z oczu dymem, spojrzał na zegarek. Był to jeden z tych nawyków, jakich nigdy nie zdołał się pozbyć, pomimo iż w tym miejscu czas, jako taki nie istniał. Zegary stanowiły tutaj funkcję jedynie ozdobną.
Coś opóźniało właściciela tego osobliwego domostwa. Albert potrafił to stwierdzić nawet bez zegarka ani nawet tak powszechnego zjawiska, jak upływ dni i nocy. Śmierć znów nie powrócił na czas.
Usłyszał cichy chrobot na kuchennej szafce za jego plecami. Westchnął ze znużeniem.
- Pewnie nie masz pojęcia, gdzie on się znowu podział?
PIP? Odpowiedział cichy Głosik z poziomu blatu.
- Mam tylko nadzieję, że nie zrobił sobie znowu jakichś cholernych wakacji…


TO PRAWIE TAK JAKBYM ZROBIŁ SOBIE MAŁE WAKACJE mruknął Śmierć z satysfakcją, wpatrując się w uroczy pejzaż falującego morza, niosącego ich nowy statek Long Sleeve ku przygodzie.
- Coś mówiłeś, kapitanie? – Na deski wyższego pokładu wszedł Pan Herrington. Był to pierwszy oficer nowo utworzonej, pirackiej załogi Mortimera. Jego funkcja tak po prawdzie została przedstawiona Śmierci już jako fakt dokonany. Pan Herrington, będący człowiekiem o największym pośród Głodomorzan doświadczeniu na morzu, nie miał żadnych problemów z pozyskaniem tej funkcji. Być może dzięki pomocy tego, że wszystkich pozostałych chętnych tłukł po głowie tak długo, aż nie wycofali swoich roszczeń do tytułu.
Śmierć odwrócił się i skierował na niego swe, nie pozbawione obaw, błyski w oczodołach. Postać pierwszego oficera najwyraźniej miała swe najlepsze lata już dawno za sobą, lecz nie pozwolił on by wpłynęło to jakkolwiek na jego kondycję. Ten blisko sześćdziesięcioletni mężczyzna z wyraźnymi pasmami siwizny na swych rzednących włosach, zdawał się śmiać w twarz wszelkim kryzysom wieku średniego i nadchodzącej starości. Choć chudy jak to każdy Głodomorzanin, cieszył się on niesłabnącą krzepą i końskim zdrowiem. W połączeniu z jego wzrostem niemalże siedmiu stóp, pozbawionym wszelkich przejawów zgarbienia, tworzyło to postać wzbudzającą co najmniej szacunek
NIC TAKIEGO, PANIE HERRINGTON odparł Śmierć, wciąż lekko zdziwiony pierwszym imieniem swego oficera SŁUCHAM, W CZYM MOGĘ POMÓC?
- No jest parę spraw do obgadania, kapitanie. – Herrington poważnie skinął głową – Osobiście spędziłem parę ładnych lat na morzu, więc posiadam jako takie doświadczenie. I wiem dzięki temu, czego nam brakuje by nazwać się prawdziwymi piratami.
ROZUMIEM odparł Śmierć, czy też jak sam siebie coraz częściej określał w myślach, Mortimer CHODZI TU O WZBUDZANIE STRACHU I WSTRĘTU, OTACZAJĄCE NAS SMRODLIWE OPARY GROGU I KIERUJĄCĄ NAMI CHCIWOŚĆ PROWADZĄCĄ DO NICZYM NIE UZASADNIANEGO OKRUCIEŃSTWA, CZY TAK?
- Skądże znowu! – Oburzył się pierwszy oficer – Przecież jesteśmy piratami, a nie jakimiś żebrakami! Chodziło mi o podstawowe trzy atrybuty każdej szanującej się załogi, o tak zwany Enbees!
Odpowiedziało mu milczenie oznaczające więcej, niż tysiąc słów. Pan Herrington westchnął cicho i rozpoczął wyjaśnienia.
- NBS to skrót od Nazwa, Bandera i Strój. Trzy niezbędne atrybuty, które trzeba posiadać, aby być piratem z prawdziwego zdarzenia. Och, oczywiście można żeglować bez tego – pierwszy oficer wzruszył ramionami – Ale uczyni nas to co najwyżej bandą morskich obwiesi. Jeśli chcemy być piratami, koniecznie potrzebujemy Enbeesu!
NBS. DOBRZE. ROZUMIEM Mortimer rozsądnie postanowił się nie kłócić OD CZEGO WIĘC ZACZNIEMY?
- Cóż… Myślę, że najprostsza będzie bandera…


Tak jak przypuszczali magowie, Brookowi wystarczyło jedynie pstryknięcie palcami, by nagle zjawić się w miejscu, w którym najwyraźniej jedyna istniejąca paleta barw w życiu nie widziała koloru jaśniejszego niż czerń. W domostwie Śmierci. Ku lekkiemu rozczarowaniu Brooka, przeniesieniu temu nie towarzyszyły żadne nadzwyczajne efekty typu skrzącej się mgiełki czy też magicznego rozświetlenia. Po prostu rzeczywistość w jednym miejscu stała się uboższa o ośmiostopowy szkielet, po to by w tej samej chwili stać się o niego bogatszą w miejscu innym.
Brook znalazł się dokładnie przed głównym wejściem do ponurego domostwa. Choć zdawałoby się to niemożliwym, kołatka z rzeźbionymi motywami kości lśniła czarnym blaskiem. Oczywiście szkieletor za żadne skarby nie zamierzał tam wchodzić. Owszem, obiecał magom zająć się obowiązkami Śmierci… Ale przecież nie miał na to czasu! Musiał uciekać póki ma okazję i znaleźć sposób, aby powrócić do reszty Słomkowych Kapeluszy! Z tego powodu zaczął więc powoli wycofywać się od drzwi, zgodnie z nieśmiertelną zasadą, że im dalej człowiek oddali się od swoich kłopotów, tym bliżej będzie ich rozwiązania. Nie zdążył jednak zrobić nawet trzeciego kroku, gdy usłyszał za sobą jakiś odgłos.
PIP?
Powolnymi, rwanymi ruchami, jak gdyby bojąc się zobaczyć zbyt dużo naraz, Brook odwrócił się. Ku jego zaskoczeniu, czarny ogród nie zawierał nikogo.
PIP! Cokolwiek wydawało ten dźwięk powtórzyło się i tym razem Tylko Kości zdał sobie sprawę, że głos dobiegał z poziomu gruntu. Pochylił się nieco.
Mówiąc szczerze, Brooka stojącego samemu w tym przerażającym, wyludnionym ogrodzie w którym kolor, wiatr czy czas nie istniały, wystraszyłaby w tej chwili nawet mysz. Albo szczur, najzwyklejszy szczur. Natomiast zaś widok małego, szczurzego szkieletu w czarnej szacie i machającego przyjaźnie maleńką kosą… Przeraziłby go wręcz na śmierć. To znaczy, przeraziłby go, gdyby nie był już martwy. Cóż, mniej więcej właśnie to miało miejsce.
-Aaajaaaiiii! – pisnął przerażony Brook i natychmiast odwrócił się przed siebie, pragnąć uciec przed tym malutkim zjawiskiem o wielkich zdolnościach przerażania. Jednak jego nieistniejące serce zamarło w jeszcze większej trwodze, gdy dostrzegł tuż przed sobą zgarbioną postać ludzką, której przed chwilą tu nie było.
- A ty to niby kto, u licha? – Warknął Albert, po czym z głęboką satysfakcją zaobserwował omdlenie szkieletu.



Mortimer obawiał się tej chwili. I zgodnie z istniejącą od zarania ludzkości zasadą przyciągania nieszczęścia samą myślą o jego unikaniu, tą samą, która każe nauczycielom pytać tego ucznia, który najgorliwiej błaga w myślach by nie pytać właśnie jego… Pan Herrington z wyzywającym uśmiechem wręczył mu pędzel i kubełek farby.
Nie chodziło o to, że Śmierć nie umiał malować. Co prawda nie zajmował się tą dziedziną sztuki, lecz koniec końców wszystko sprowadzało się jedynie do przełożenia swojego wyobrażenia na płótno, przy maksymalnym zachowaniu zgodności z naturalnym stanem rzeczy. Nie mogło w tym być nic trudnego. Przynajmniej tak długo, jak w drogę nie wchodziła tak zwana sztuka nowoczesna, która czyniła bohomazy epileptyka arcydziełami wartymi miliony dolarów. Nie, problem stanowiła raczej kwestia samego wyobrażenia, bowiem inwencja twórcza nigdy nie była jego mocną stroną. Toteż, gdy wpatrując się w rozpostartą przed nim czarną płachtę, rozpaczliwie szukał jakiegoś tematu na dzieło, jego głowę wypełniała pustka. Zarówno w fizycznym, jak i metaforycznym tego słowa znaczeniu.
- W czymś problem? – Pan Herrington może i należał do osób, które zawdzięczały Mortowi ocalenie od najeźdźcy, lecz nie byłby marynarzem gdyby nie pozwolił sobie na lekko drwiący uśmiech. W końcu można być przyzwanym z piekieł bohaterem całego Głodomorza i mieć szacunek jego mieszkańców, lecz w żadnej okultystycznej księdze nie było mowy, że równocześnie nie można być szczurem lądowym – Namalowanie czaszki przekracza możliwości naszego kapitana?
OCH, CZASZKA. O TO CHODZI? w Głosie szkieletu słyszalna była ulga TYLKO TYLE?
- No… I jeszcze jakieś charakterystyczne atrybuty… - odezwał się ktoś z załogi.
MYŚLĘ, ŻE ZDOŁAM WPAŚĆ NA JAKIŚ… JAK NAZYWACIE TO ZJAWISKO, KIEDY COŚ NIE ISTNIEJE, LECZ POTEM ZOSTAJE STWORZONE W CZYJEJŚ GŁOWIE?
- Paranoja? – Podsunął sternik.
NIE NIE, TO COŚ CO JAK PRZYPUSZCZAM, POZORNIE SŁUŻY POSTĘPOWI I ROZWOJOWI
- A to proste, kłamstwo Światowego Rządu! – Zawołał Pan Herrington, wzbudzając radosną wrzawę na pokładzie.
NIE, TO NIE TO. CHODZI O COŚ… JAKBY RODZAJ OBRAZU W GŁOWIE, POKAZUJĄCEGO JAK MOŻNA ZMIENIĆ DANY FRAGMENT RZECZYWISTOŚCI.
- Pomysł…? – Po długiej chwili ciszy odezwał się ktoś nieco bystrzejszy niż reszta załogantów, co nie było raczej wyczynem wartym odnotowania w dowolnej księdze rekordów.
TAK. POMYSŁ. MYŚLĘ, ŻE DAM RADĘ COŚ WYMYŚLIĆ…
Ledwie kwadrans później farba już schła na wciągniętej na maszt banderze, mocno niepokojąc Pana Herringtona. Widział już w swoim życiu parę Jolly-Rogerów, lecz nigdy żaden nie był tak… dokładny. Owszem, wszystkie przedstawiały mniej lub bardziej udane czaszki, lecz była to kwestia z definicji mocno symboliczna. Biały kształt z oczami i zębami, czasem parę dłuższych pociągnięć pędzlem imitujących piszczele. Tak to powinno wyglądać. Nikt nie wymagał nigdy większej zgodności z naturalnym stanem rzeczy. Tymczasem to, co stworzył Mortimer było… Aż nadto udane. Pan Herrington nie mógł odgonić od siebie myśli, że jeśli codzienne Jolly-Rogery były symbolem piractwa, to logiczną koleją rzeczy ta flaga musi być piractwem samym w sobie. Czaszka widniejąca na banderze charakteryzowała się nadzwyczajnym wręcz realizmem, sprawiając wrażenie czegoś, co można chwycić w dłoń, aby odegrać klasyczną scenę teatralną. Miała nawet widoczne, drobne pęknięcia na swojej powierzchni, nie mówiąc o tym, że każdy ząb został odrysowany osobno z zachowaniem podziału na kły, trzonowce i siekacze. Patrząc w głąb namalowanych oczodołów, pierwszy oficer miał nieodparte wrażenie, że one również patrzą na niego. Sytuacji nie poprawiały, a wręcz ją pogarszały, skrzyżowane atrybuty widoczne pod namalowanym czerepem. Bardzo charakterystyczne atrybuty. Zwłaszcza dla pewnej istoty, której istnieniu nigdy dotąd nie dawał wiary.
Pan Herrington nie należał do osób bojaźliwych, przeżył więc wiele przygód, mrożących krew w żyłach normalnych ludzi. Żadna z nich nie zdołała jednak spowodować u niego tak wielkiego strachu, jakiego doznał w chwili, w której odwrócił wzrok od skrzyżowanych kosy i miecza, aby spojrzeć w oczy swego kapitana. Jak zdał sobie sprawę, w oczy Śmierci. Niestosownie do sytuacji, lecz uparcie kołatała mu się po głowie myśl, że ten popularny frazes nie powinien być traktowany tak dosłownie.
Mort odwzajemnił spojrzenie. Ta chwila niemego porozumienia, znanego jako gra "Ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem", trwała kilkanaście sekund, choć banalnie rzecz ujmując, dla pierwszego oficera każda z nich ciągnęła się jak wiele godzin. Po upływie tego czasu błękitny blask w jednym z oczodołów przygasł na chwilę, jak gdyby w porozumiewawczym mrugnięciu, a koścista dłoń poklepała marynarza po szerokim ramieniu.
NIE PSUJMY SOBIE TAK UDANIE SIĘ ZACZYNAJĄCEJ PRZYGODY. PRZEJDŹMY DO STROJU, CO PAN NA TO?
Pan Herrington zamierzał coś odpowiedzieć, zdał sobie jednak sprawę, że od dłuższej chwili nie oddychał. Zamiast słów wydobyło się więc z jego ust jedynie głośne westchnienie. Pokiwał Mortimerowi głową.
- Dobrze, niech będzie… - dodał po chwili, czując, że najwyraźniej zagrożenie jako takie nie istnieje. Na razie. A po chwili, gdy koścista postać zadowolonego kapitana ruszyła na wyższy pokład, pierwszy oficer obiecał sobie starannie w duchu, że w życiu już nie wróci do Głodomorza. Chyba, że tylko po to, aby solidnie przyłożyć w ucho każdemu członkowi tej popieprzonej sekty.



- No, ocknąłeś się wreszcie, dzięki bogom. Zaparzyłem Ci herbaty. Ponoć lubisz herbatę. – Głos, który usłyszał Brook po przebudzeniu, brzmiał nieszczerze, jakby jego właściciel nieudanie udawał troskę o zwierzę, które tak naprawdę najchętniej widziałby obtoczone w panierce.
Brook usiadł i odkrył, że znajduje się we wnętrzu olbrzymiej kuchni. Przypuszczalnie większej, niż cały widziany z zewnątrz dom. Jednak ktokolwiek zaplanował ten wystrój, najwyraźniej w szkole architektów otrzymał najniższy możliwy stopień z zagospodarowania terenu. Choć wypatrzenie krańca pomieszczenia bez wsparcia urządzeń optycznych wymagało nie lada trudu, wykorzystany był ledwie niewielki jego fragment, jak gdyby na rodzaj pokoju w pokoju. Przy kuchence elektrycznej krzątał się ten zgarbiony starzec, który wcześniej przyprawił go o takie emocje. Według słów magów, musiał to być Albert Malich, założyciel Niewidocznego Uniwersytetu, dziś wiodący nieśmiertelny żywot jako sługa Śmierci. Brook musiał przyznać, że nie wyglądał wcale aż tak groźnie. Raczej… marudnie.
-Dzie… dziękuję - Muzyk powoli zajął wskazane mu miejsce i upił łyk ze stojącego przed nim kubka. Reakcją było nagłe wyplucie płynu, używając do tego wszelkich możliwych otworów.
- Ridcully ostrzegał, że możesz wyczyniać różne dziwne rzeczy, ale ja Ci radzę byś z tym skończył – burknął Albert chwilę później, wycierając stół z herbaty, która wystrzeliła gejzerami z ust, otworów nosowych i oczodołów szkieletu. W tej samej chwili Brook zaprzestał wpatrywania się w odmęty swego kubka* i panicznie sięgnął do wnętrza swojej skrytki w czaszce. Była pusta.
- Szukaj sobie, szukaj! – Starzec pomachał trzymaną w dłoni kopertą, która zawierała list od nadrektora NU. Ciemnogranatowe litery wypisane na nim informowały, że odbiorcą ma być niejaki Albert Mal. Reszta pisma ginęła w rozmazanej smudze, w wyniku braku cierpliwości Ridcully'ego, który nie zaczekał aż atrament wyschnie. – Nie zamierzałeś mi tego dawać, co? Chciałeś nic nie mówiąc uciec stąd chyłkiem jak jakiś szczur… Bez urazy, kolego.
- Słucham? – odparł Tylko Kości, po czym zdał sobie sprawę, że ostatnie zdanie nie było skierowane do niego, a do czegoś znajdującego się na jego lewym ramieniu. Powoli obrócił głowę i odkrył ponowną obecność małego, szkieletowatego szczurka.
PIP! maleńka postać przyglądając się Brookowi przechyliła lekko swój łebek, po czym wyciągnęła ku niemu łapę.
Tym razem zdołał nawet nie krzyczeć. Po prostu sparaliżował go strach odbierając mu niezdolność do ruchu większego, niż intensywne dygotanie.
- Dopóki nie jesteś podstarzałym chomikiem to zapewniam Cię, nie ma się czego bać. On tylko się przedstawił. To Śmierć Szczurów oraz innych gryzoni. – Wyjaśnił Albert - Od dzisiaj robicie w tej samej branży, dopóki nie wróci prawdziwy Pan.
Brook powoli, z widocznymi oporami ujął cierpliwie wysuniętą łapkę w dwa palce i potrząsnął delikatnie. Niewielka figurka odpowiedziała jakby zadowolonym kiwnięciem główki, po czym szybko ześlizgnęła się po ręce muzyka na blat stołu, gdzie podreptała w kierunku talerza z ciasteczkami.
- Ale ja się w ogóle nie znam na tej pracy! – Brook z trudem oderwał wzrok od Śmierci Szczurów i spojrzał błagalnie na Alberta – Na pewno ktoś nada się do tego lepiej!
- Każdy nadałby się do tego lepiej! – mruknął starzec, wysuwając zza ucha niedopałek, którego silną wonią już po chwili raczył siebie i otoczenie – Chociażby Susan na początek, teoretycznie ona powinna się tym zająć. Jednak z tego, co pisze obecny Nadrektor, rzeczywistość już Cię zaakceptowała jako swoją Śmierć. Taak, mi to też się nie podoba – dodał w odpowiedzi na coraz bardziej zrozpaczony wyraz oczodołów Brooka – Ale nic na to nie poradzę, póki Pana możemy uznać za zaginionego, moją rolą jest przygotować Cię do zajęcia jego miejsca. Masz, włóż to i idziemy Cię przeszkolić.
Albert pochwycił jakąś czarną płachtę materiału zwisającą z oparcia jednego z krzeseł i rzucił ją szkieletowi. Coraz boleśniej odczuwając, że nie ma innego wyjścia, Brook powoli otulił się czarną, długą peleryną z kapturem. Starzec westchnął głośno.
- Taki z ciebie śmierć jak z koziej dupy trąba. Ale spokojnie, po naszej stronie stoi fakt, że bardzo rzadko kiedy ktoś ma okazję umrzeć dwa razy. Bardzo wątpliwe jest byś spotkał kogoś, kto spotkał już Śmierć. Niemniej jednak TEGO musimy się pozbyć, za bardzo Cię zdradza. – Albert wskazał paluchem gęste afro muzyka. Odwrócił się do kuchennej do kuchennej szuflady i po chwili zmagań wyszarpnął z niej duże, czarne nożyce, zapewne służące do strzyżenia yeti. Obrócił się z powrotem. – Ale zaraz je…
Ale nikogo już nie było. Wiedziony wieloletnim doświadczeniem Albert odchylił obrus i zajrzał pod stół. Jak można się było spodziewać Brook tam był, jednak nie na zbyt długo, bo niemalże natychmiast wystrzelił spod mebla i ruszył pędem w stronę drzwi. Przeklinając pod nosem, sługa Śmierci ruszył za nim.
Kilka pracowitych kwadransów później, spędzonych na gonitwie po całym domostwie oraz próbach wzajemnego uszkodzenia się, zdołano wyłonić kompromis. Brook, zamiast do zgolenia czaszki, został zmuszony do spięcia włosów w mocny kucyk, z pewnymi oporami dający się ukryć pod kapturem. Po wciśnięciu mu w kościstą dłoń kosy, pozostawionej przez Śmierć, Albert ustawił świeżo upieczonego Mrocznego Kosiarza przed lustrem.
- Nic lepszego chyba nie wymyślimy – burknął Albert. Wciąż był zły na Brooka, który w obronie swych włosów nie żałował sił na agresję. Tylko Kości również nie wyglądał na zadowolonego.
- Ależ wyglądam w tym jak….


...JAK… JAK NAZYWACIE TEGO MAŁEGO, ZABAWNEGO CZŁOWIECZKA, KTÓRY PO SWOIM WYSTĘPIE POZOSTAWIA GŁÓWNIE NIESMAK? Rozległ się głos Morta zza drzwi prowadzących pod pokład.
- Prezes? – Odparł ktoś bez zastanowienia.
- Myślę, że chodziło mu raczej o błazna – ostrożnie sprostował kuchta.
- Też pasuje.
TAK. ODNOSZĘ WIĘC WRAŻENIE, ŻE WYGLĄDAM JAK BŁAZEN, NOSZĄC TEN STRÓJ kapitan Mortimer wyłonił się spod pokładu, stukając ciężkimi butami o jego deski. Efekt przygotowań pierwszego oficera był… porażający. Czarne szaty Morta zastąpione zostały białą, rozchełstaną na piersi, bufiastą koszulą wpuszczoną w ciemnobrązowe spodnie, tego samego koloru co krótka kamizelka zwisająca mu z ramion. Złota klamra szerokiego, pirackiego pasa lśniła w blasku słońca, odciągając uwagę od faktu, ile razy trzeba było zawinąć pas wokół mocno wychudzonej sylwetki Morta. Karmazynowa chusta powiewała lekko swymi końcami, zawiązanymi z tyłu kapitańskiej czaszki, równocześnie przykrywając sznur opaski, która przysłaniała jeden z oczodołów. Wizji dopełniały błyskotki takie jak wisiory na szyi czy też liczne podróbki drogocennych pierścieni na palcach Mortimera, oraz przymocowane do jego twarzy długie, smolistoczarne wąsy. Twarz kapitana wyrażała sobą tyle zażenowania, ile tylko jest możliwe do uzyskania na permanentnie uśmiechniętej czaszce.
Po kilkunastu sekundach ciszy rozległ się rechot kilkunastu gardeł. W tej samej chwili wszyscy na statku jednoznacznie odczuli, że Mort stał się jednym z nich. Nie da się być straszliwym, rozszarpującym wrogów demonów, a przy tym być śmiesznym. Nastąpiło więc coś w rodzaju automatycznej degradacji postaci Morta w oczach pirata, na tyle by uznać go za 'równego', a dopiero potem fala śmiechu. Niepewna dotąd atmosfera na statku oczyściła się nagle.
- Hmmm, wyszło trochę zbyt cygańsko – Pan Herrington uśmiechając się pod nosem zdjął swój długi płaszcz i narzucił go na wąskie ramiona Mortimera – Tak, teraz dużo lepiej. No, kapitanie. Została nam tylko kwestia nazwy. Masz już jakąś?
Mort spojrzał na swoich ludzi, z ich szczerymi, chudymi, oddanymi twarzami, którzy najwyraźniej zamierzali posłuchać go cokolwiek nie zadecyduje. To było na swój sposób… przyjemne. Potem znów spojrzał na bezkres fal. Wiedział, dokąd zmierzają, sam wydał sternikowi dyspozycje, w jakim ma ruszyć kierunku. Ale ci biedacy nawet nie zdawali sobie sprawy, gdzie płyną. Ani jak straszliwy obraz wyniszczenia mają wkrótce zobaczyć.
Mortimer podjął decyzję. Być może najbardziej nieodpowiedzialną w całym jego, z braku lepszego słowa, życiu. Ale w tej chwili nie chciał wcale czuć się Śmiercią, ani dźwigać brzemienia jego obowiązków. Był bowiem człowiekiem morza, kapitanem pirackiej jednostki, Mortimerem.
Człowiekiem wolnym.
STERNIK! zawołał ZAWRACAMY. PŁYNIEMY GDZIEKOLWIEK INDZIEJ, BYLE NIE DO TAMTEGO MIEJSCA!
- Aye aye, captain! – Odkrzyknął sternik wykonując śmiały obrót kołem, po czym skulił się pod spojrzeniem pierwszego oficera – No co, chciałem tylko żeby było po piracku…
- Dokąd płyniemy? – Pan Herrington zwrócił się do kapitana – I co w końcu z tą nazwą?
CO POWIESZ NA… Śmierć zwrócił na podwładnego swe spojrzenie, sprawiając wrażenie wyjątkowo zadowolonego z siebie WIECZNIE ŻYWYCH?
- Tak… to brzmi nieźle… - pierwszy oficer potarł podbródek i uśmiechnął się do kapitana – Może jednak….
Nie dokończył jednak zdania, bo nagły wstrząs przeszył statek, burząc wszelką równowagę załogantów.
- Sternik, co jest do jasnej cholery!? - wykrzyknął pierwszy oficer zbierając się ze czworaków.
- Panie kapitanie… przykro mi ale nie wykonam rozkazu…. – zabrzmiał skądś głos sternika.
- Odmawiasz wykonania polecenia kapitana Mortimera? - Herrington spojrzał pospiesznie na Morta, jak gdyby ten miał zaraz uśmiercić całą załogę – Ruszże się, człowieku!
- Kiedy ja nie odmawiam… - głos był coraz słabszy – Po prostu… nie mogę zmienić kursu.
A TO CZEMU? Zaniepokoił się Mortimer
- Bo nasz statek właśnie utknął na grzbiecie Króla Mórz….




* Gdyby Brook ośmielił się zaprezentować wizję herbaty jako napoju lekkiego, rzadkiego i klarownego, pozbawionego grud nierozpuszczonego cukru, przemokniętych okruchów z herbatników oraz smug tłuszczu wirującego niczym cyganka w tańcu… Albert pewnie długie lata później jeszcze by chichotał, wspomniawszy ten udany żart.

Koniec części drugiej.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

18.01.2012 01:16
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Chlor Offline
Yonkou
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 2,095
Dołączył: 01.04.2009
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
RE: Mort in Mari
Już wiem co mi nie grało ostatnio. Cóż, opowieści dyskowe w których występuje Śmierć są takie hm... nastrojowe, filozoficzne? Skłaniają do zadumy trochę, czy coś. To mi jakoś nie pasowało do Brooka. Ale czytając część drugą już tego nie odczułam, ten rozdział baaardzo mi się podoba. Naprawdę chwilami mam wrażenie jakby to Pratchett pisał. Kalkujesz coś d; ?

Cytat:ROZUMIEM odparł Śmierć, czy też jak sam siebie coraz częściej określał w myślach, Mortimer CHODZI TU O WZBUDZANIE STRACHU I WSTRĘTU, OTACZAJĄCE NAS SMRODLIWE OPARY GROGU I KIERUJĄCĄ NAMI CHCIWOŚĆ PROWADZĄCĄ DO NICZYM NIE UZASADNIANEGO OKRUCIEŃSTWA, CZY TAK?
- Skądże znowu! – Oburzył się pierwszy oficer – Przecież jesteśmy piratami, a nie jakimiś żebrakami!

(...)
MYŚLĘ, ŻE ZDOŁAM WPAŚĆ NA JAKIŚ… JAK NAZYWACIE TO ZJAWISKO, KIEDY COŚ NIE ISTNIEJE, LECZ POTEM ZOSTAJE STWORZONE W CZYJEJŚ GŁOWIE?
- Paranoja? – Podsunął sternik.

Moje ulubione fragmenty z rozmów Śmierci; styl i klimat oddany idealnie.
Jak próbowałam sobie wyobrazić śmierć w tym stroju pirackim to też się poczułam rozweselona.
Wolę fragmenty gdy Śmierć jest w świecie OP niż te z Brookiem, ale całość bardzo pozytywnie oceniam tym razem. Hm. Może dlatego, że Śmierci było więcej (:

[Obrazek: h3sygn.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.01.2012 01:05 przez Chlor.)
19.01.2012 01:02
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
gacek Offline
Majtek
Pirat

*
Liczba postów: 41
Dołączył: 19.03.2011
Skąd: mam wiedzieć?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #6
RE: Mort in Mari
AAaaa! Co za niespodzianka! A już myślałam, że z powodu nieodpowiedniego wyniku konkursu będę pozbawiona końca tej historii. Widzę, że jednak mam jeszcze szansę na uchwycenie puenty mojego ulubionego konkursowego fika Big Grin
(znaczy: tylko tak dalej, wypatruję kontynuacji ^^)
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.01.2012 01:25 przez gacek.)
19.01.2012 01:22
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,623
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #7
RE: Mort in Mari
Rozdział trzeci


Postacie, oprócz uprzednio już wymienionych:
- Zębata niespodzianka, już w pełni swej okazałości
- Usługobiorcy Śmierci.
- Para piratów bliźniaczych
- Największy świata mocarz.
- Statków rozmaitych w cholerę, bądź nawet i ciut więcej.


Lekka, morska bryza popychała delikatnie rozchodzące się fale. Zabawna rzecz, to morze. Przyciąga cię i przyzywa, kusi obiecując wolność, przygodę i bogactwa. Nęci cię, niczym małe światełko, do którego po prostu musisz podpłynąć. Lecz zawsze, ale to zawsze, na drugim końcu światełka jest wielka, żarłoczna rybia paszcza kończąca twą podróż…
Zeszliśmy już na temat drapieżnych ryb? Świetnie.
O dziwo bestia, która wynurzyła się tuż pod kilem dwumasztowca Long Sleeve, nie zdradzała żadnych przejawów wrogości. Właściwie, to chyba nawet nie zauważyła, że ma pasażerów na gapę. Sunęła po prostu leniwie naprzód, wielki, wypełniający całe pole widzenia kształt o śliskiej, pręgowanej skórze i długiej szyi. Rozmiary zjawiska były wręcz nieopisywalne i odbierały mowę (oraz, w kilku przykrych przypadkach, także kontrolę nad pęcherzem) wszystkim członkom załogi. Jedynym wyjątkiem był Mort. Owszem, ten Król Morza mógł sprawiać wrażenie ogromnego, lecz tylko dla kogoś, kto nie stanął niegdyś przed obliczem Azraela, Śmierci Wszechświatów.
TO ISTOTNIE MOŻE BYĆ PROBLEM stwierdził Mortimer, po czym wyszarpnął rapier zza pasa Pana Herringtona i przeskoczył przez burtę, pozostawiając załogę w stanie pogłębiającego się szoku.
- Co on wyrabia?! – Zawołał jakiś majtek skulony przy sterburcie.
- Nie mam cholernego pojęcia! – Odkrzyknął pierwszy oficer, chwytając się pewnie relingu – Ale lepiej się czegoś złapcie, zaraz może nieźle szarpać!
Mortimer tymczasem niestrudzenie biegł po grzbiecie potwora. Zrzuciwszy chwilę wcześniej niedopasowane, ciężkie buty, stukał nagimi kośćmi stóp o twardą, gładką skórę. Równocześnie Król Morski, czując jakieś nieprzyjemne swędzenie na swych plecach, zaczął powoli odwracać swój łeb. Wolno, niczym wędrujące płyty tektoniczne, bestia ukazała Mortowi swe olbrzymie oblicze, kierując na niego wzrok sennych, przekrwionych ślep.
Czy tak powinien wyglądać budzący strach zwierz?
-KWAAAAAAAAAK!
I czy tak powinien brzmieć?
Kapitan załogi Wiecznie Żywych aż przystanął, sam nie wiedząc czy z powodu ryku, który brzmiał jak wielokrotnie nagłośnione, kwaknięcie trzystu kaczych gardeł, czy też z powodu samego pomarańczowego dzioba, mocno przypominającego właśnie kaczy. To nie jest coś, na co jest przygotowany ktokolwiek decydujący się na stanięcie w szranki z gigantyczną rybą. Tymczasem potwór kontynuował pełne urazy kwaknięcia, ukazując przy tym pełne zębów wnętrze swego dzioba. W końcu, najwyraźniej wyczerpawszy swój zasób obelg, zgiął swą długą szyję z wyraźnym zamiarem osobistego rozprawienia się z drażniącym go pasażerem.
- Co on robi u licha ciężkiego! – wydarł się Pan Herrington, po czym z mniejszej pochwy przytroczonej do swego paska, wyrwał duży, myśliwski nóż. Nie zważając na protesty i krzyki załogantów, również przeskoczył przez burtę i pobiegł w stronę swego kapitana, który sprawiał wrażenie zastygłego w bezruchu. Wielgachny dziób był już tuż przy szkielecie, niewątpliwie z zamiarem rozszarpania go ostrymi jak brzytwa zębami. W ostatniej chwili Herrington dopadł do swego kapitana i ciął nożem paszczę potwora.
Nóż pierwszego oficera, choć mający ostrze z pierwszorzędnej stali, nie mógł równać się z dekadami wygrzebywania pożywienia ze skalnego, morskiego dna. Płaski dziób okazał się być znacznie twardszy od broni, powodując jej natychmiastowe rozkruszenie. Mimo to zaskoczona bestia cofnęła znów swój łeb, wykrzykując przy tym kolejną symfonię kwaknięć.
- Co ty do diabła sobie myślisz?! – Pierwszy oficer przełamał swój lekki lęk przed Śmiercią, decydując się wreszcie na to, aby go zwyczajnie opieprzyć – Nawet doświadczeni, władający mocą owocu piraci mają problem z pokonaniem Króla Mórz, a ty tak po prostu na niego wyskakujesz bez żadnego planu? – Resztką sił powstrzymał się, by zwyczajnie nie zdzielić swego kapitana w czerep.
GDYBYŚ SIĘ NIE WTRĄCIŁ, ZDOŁAŁBYM WSKOCZYĆ MU NA GŁOWĘ. GDZIEŚ TAM POWINIEN BYĆ JEGO SŁABY PUNKT. Głos Mortimera brzmiał jeszcze bardziej nieludzko niż zazwyczaj, z tak nieadekwatnym do sytuacji spokojem. TERAZ STRACIŁEM OKAZJĘ, ABY SIĘ TAM DOSTAĆ.
- Rozumiem, masz jakiś plan… - Pan Herrington uśmiechnął się mimowolnie. Tego właśnie oczekiwał po kapitanie piratów Wiecznie Żywych. To prawda, że nawet jemu, wprawionemu w morskich bojach żeglarzowi, którego łupy kilkakrotnie ocaliły naród Głodomorzan, zmiękły kolana na widok Króla Mórz. Jeśli jednak kapitan ma plan, to zmienia postać rzeczy. – Dobra, więc musimy chwycić za łeb tą rybę… kaczkę… tę cholerę. Jak?
MOŻEMY PRÓBOWAĆ WSKOCZYĆ W TRAKCIE JEGO ATAKU… Mortimer zakołysał się lekko, z trudem utrzymując równowagę na grzbiecie potwora, który najwyraźniej próbował z siebie strząsnąć intruzów ALE OBAWIAM SIĘ, ŻE TERAZ SKOŃCZYŁOBY SIĘ TO… ŚMIERCIĄ KTÓREGOŚ Z NAS. Dziwna myśl przemknęła mu po czaszce. Czy może on tu, jak to mówią, umrzeć? Jeśli tak, to kogo wtedy spotka? POTRZEBUJEMY CZEGOŚ, ŻEBY UNIEŚĆ SIĘ NAD NIEGO, JAKBYŚMY… LATALI…
Ucichł stopniowo, wpatrując się w jakiś punkt na niebie, podczas gdy pan Herrington rozpaczliwie sparował cios potwora resztką swojej broni. Punkt zdawał się rosnąć w coraz szybszym tempie. Czyżby to był… Nie…Niemożliwe, by konwencja narracyjna w tym świecie była aż tak sprzyjająca…


Brook wsunął się cicho w ciemne wnętrze stajni. Długo nie musiał szukać boksu, w którym znajdował się wierzchowiec Śmierci. Jasna biel sierści zawsze wyróżnia się na niezmiennie czarnym tle.
Albert udzielił Brookowi stosownego szkolenia na temat kosy, przecinania linii życia i zasady działania życiometru, po czym wysłał go na misję. A raczej powiedział po prostu, że 'ma nie wracać, póki nie wyśle paru łebków na tamten świat'. Polecił mu do tego skorzystać z Pimpusia, osobistego konia Śmierci. Szkielet podszedł ostrożnie do zwierzęcia.
Nie wydawało się zaniepokojone, najwyraźniej należało do tego rodzaju zwierząt, które ciężko czymkolwiek spłoszyć. Czego niestety nie dało się powiedzieć o Brooku. Spoglądając w duże chrapy ogiera o bystrym spojrzeniu, muzyk obiecał sobie nigdy nie wsiadać na grzbiet tej bestii. Zwłaszcza na oklep, a nigdzie w pobliżu nie było widać jakiegoś siodła. Przełamując swój strach, zdobył się jedynie na lekkie pogłaskanie konia po łbie. Podjął w końcu decyzję.
- Wiesz co… Twój pan z pewnością potrzebuje Cię bardziej niż ja… - teatralnie szepnął Brook, pamiętając o swojej umiejętności samodzielnych przenosin. Pewnie użycie wierzchowca byłoby zwyczajniej bardziej właściwe i lepiej postrzegane, ale odkąd Brook dowiedział się, że ten koń lata, nie mógł znaleźć w sobie odwagi by go dosiąść. – Idź do niego, ja sobie poradzę sam.
Ruszył w stronę wyjścia ze stajni. Gdy odwrócił się w drzwiach, by jeszcze raz spojrzeć na Pimpusia, już go tam nie zastał. Nieszczególnie go to zdziwiło.


To się zaczynało robić zbyt proste.
No bo bez przesady! Akurat kiedy plan wymaga wzniesienia się w powietrze, znikąd pojawia się Pimpuś, biały wierzchowiec dla którego grunt jest kwestią czysto opcjonalną. Wszystko jak na dłoni. Jakim cudem ludzie w tym świecie mają jakiekolwiek kłopoty?
- A to co, do tysiąca befsztyków? – Pan Herrington, podobnie zresztą jak Król Morski, był w stanie jedynie patrzeć na to zbliżające się zjawisko z rozdziawioną paszczą. Mortimer pochwycił go prędko za kołnierz kurtki i wskoczył na obniżającego lot Pimpusia. Nie musiał ściągać wodzy, których w zasadzie nie było, ani uderzać boków konia piętami. Wierzchowiec zdawał się sam z siebie czynić dokładnie to, czego od niego oczekiwano, wznosząc się teraz wysoko nad morską bestią.
TO, PANIE HERRINGTON, JEST PIMPUŚ. Odparł zapytany Mortimer wyjaśniająco, po czym dodał dla pewności KOŃ.
- Widzę, że to koń, do cholery! Widziałem przecież konie, ale one nie latają! – Wykrzyknął pierwszy oficer, kurczowo trzymając się kamizelki kapitana. Po czym uświadomił sobie, że jego wiedza o koniach nie jest zbyt ścisła. Owszem, widział kiedyś parę koni, lecz zwierzęta te na Głodomorzu miały czas życia mniej więcej tak długi, jak długo trwa zagotowanie wody na gulasz – Nie latają, prawda?
TEN LATA. POSTARAJ SIĘ Z NIEGO NIE SPAŚĆ!
I nim Pan Herrington zdołał cokolwiek powiedzieć, Mortimer przechylił nogę przez koński grzbiet i rzucił się z wysokości prosto na potwora, z rapierem gotowym na silne, ostateczne cięcie w jego łeb. Niestety, nikt nie zdołałby dorobić się miana Króla Mórz, nie umiejąc przewidzieć tak prostego ataku. Bestia zrobiła szybki unik wyginając swą długą szyję, aby następnie jeszcze szybszym kłapnięciem dzioba pochwycić intruza. Bezużyteczny rapier chlupnął w morską otchłań, pokonując długą drogę w dół.
JAK… TO… MAWIAJĄ…LUDZIE…. – Mortimer, zmuszony do odkrycia, że znajduje się dokładnie w paszczy potwora, którą jedynie jego wyprostowane ręce i nogi powstrzymują od zamknięcia się, nabrał dziwnej, obcej ochoty by zakląć OCH KACZKA? NIE, TO NIE BYŁO TAK… ALE W ZASADZIE PASUJE….
Nie był w stanie długo tego wytrzymać. Jedynym powodem, dlaczego jeszcze nie pozrywał wszystkich ścięgien, był fakt, że ich nie posiadał. Stawanie oporu sile zacisku szczęk potwora było coraz trudniejsze i stopniowo Mort ulegał, mimowolnie pozwalając potworowi zmniejszać wolną przestrzeń, dzielącą go od pożarcia.
Całkowicie nagle, uścisk zelżał, a sam Mortimer został niemalże odrzucony przez zdławiony ryk potwora. Zanim dziób na powrót się zatrzasnął, kapitan piratów zdołał wyskoczyć zwinnie i zjechać po wygiętej łukowato szyi z powrotem na grzbiet potwora.
Ten Król Mórz był wystarczająco bystry, aby przewidzieć atak z góry. A równocześnie wystarczająco tępy, by nie przewidzieć możliwości powtórzenia nieskutecznej metody.
Trzeba przyznać, że lądując, Pan Herrington miał dużo szczęścia. Zeskakując z grzbietu pikującego zwierzęta, nie mając żadnego planu ani żadnej broni, można trafić z pewnością dużo gorzej. Tymczasem trafił bezbłędnie między oczy potwora, całą energię kinetyczną kumulując w uderzeniu jego obydwu nóg odzianych w ciężkie podkute buciory. Dało się słyszeć wręcz lekkie chrupnięcie, sugerujące, że albo czyjaś kość została nadkruszona, albo ktoś zajada paczkę chipsów. A że tego drugiego nigdzie nie było widać…
Pierwszy oficer zatoczył się lekko, lądując na płaskim dziobie przeciwnika. Bestia najwyraźniej była przymroczona pierwszym atakiem, kołysząc bezwładnie swoim łbem. Wielkie ślepie, na którego naprzeciw był człowiek, próbowało skupić na nim swój wzrok. Niepewien, co ma uczynić, Herrington uczynił to, co zrobił wielu przeciwnikom w swoim pełnym bójek życiu. Przywalił potworowi z całej siły w oko.


Brook był mocno zdenerwowany. Trudno nie być, kiedy właśnie staje się naprzeciw swojej pierwszej… nie, słowo 'ofiara', ciągle cisnące się mu na usta, nie było odpowiednie. Raczej… usługobiorca.
Ku dodatkowemu zmartwienia muzyka człowiek, który okazał się być jego pierwszym usługobiorcą, wciąż był bardzo młody. O ile Brook mógł to stwierdzić na oko, a nie mógł gdyż go nie miał (Yohohohoo), chłopak był góra dwudziestoletni. Podnosił się właśnie z ziemi, nie będąc pewnym, co go dokładnie spotkało. Kurz pozostawiony przez napastników u wylotu ciasnej alejki rozwiał się w mgnieniu oka.
- Uff, mało brakowało! – Przejrzysta postać uśmiechnęła się do Brooka – Wygląda na to, że zawdzięczam Ci życie.. oj?
Młodzieniec zauważył właśnie swoje ograbione, dźgnięte nożem ciało. Brook zauważył je już chwilę wcześniej, przez co przejęła go trwoga. Ten człowiek był trupem! Mówił do niego martwy człowiek!
- Uhm, nie do końca… - Brook przecinając delikatnie nić łączącą duszę z jej ciałem, opanował swój drżący głos, po czym przypomniał sobie, że ma usiłować mówić (znów cytując Alberta) 'jak gdyby twój niski głos miał wwiercić się słuchaczowi do mózgu' – ZNAczY SiĘ… JAKbY CI To PowiEDZIeĆ…
- Ja… nie żyję, prawda? – Ku uldze zastępczego śmierci, chłopak sam przekazał sobie fatalne wieści. Jego twarz dziwnie posmutniała – Cóż, bywa i tak. Akurat szedłem z pierścionkiem zaręczynowym do mojej dziewczyny… A odradzano mi skracanie sobie drogi przez Mroki…
- Oooch…. –Brook dość niefachowym gestem wsparł się o swe narzędzie – A więc spotkała Cię miłość! Nieszczęśliwym jest uczucie, które miało was na zawsze połączyć, gdyż teraz jedynie pogłębia wasze tragiczne rozstanie, czyniąc je niemożliwym do zniesienia!
- Eee… No, tak jakby… - nieśmiało odparł młodzian, który jakoś przestawał odczuwać ten cały tragizm. Pewne rzeczy najwyraźniej pozostają w ciele.
- Śmierć rozdzielająca dwoje kochanków, szczęśliwy blask pierścienia przyciągający ku sobie błysk noża tragedii w ciemnym zaułku… - Nie wiadomo kiedy, śmierć z zakamarków szaty wydobył parę skrzypiec i smyczek – Muszę pod to koniecznie coś zagrać!
I chwilę później, grając tęskny acz prędki motyw na skrzypcach, Brook pląsał piruety, uniesiony duchem swej kolejnej, pięknej melodii. Duch chłopaka patrzył na to z niemałym zdumieniem.
- Cóż za makabryczny taniec…. – Zdążył szepnąć, zanim ostatecznie rozwiał się w drodze na tamten świat.


W ostatniej chwili Mortimer i Pan Herrington zdołali dobiec do statku i wspiąć się na pokład po spuszczonych im linach. Gdy potwór zaczął się zanurzać*, woda sięgnęła im już po kostki. Obydwaj padli na deski pokładu, nie dowierzając wydarzeniom, których sami doświadczyli. Biały koń znikł z zasięgu wzroku. Statek akurat ponownie wodował z gwałtownym zakołysaniem, powodując głośny plusk. Dlatego poza samym pierwszym oficerem jedyną osobą, która usłyszała słowa kapitana, był stojący najbliżej ich sternik. Jakiekolwiek to nie były słowa, spowodowały wielkie zdumienie na twarzy Herringtona, a następnie wręcz ryk dziwnego śmiechu.
- No dobra, załoga, co tak patrzycie – wyraźnie z siebie zadowolony pierwszy oficer odzyskał animusz – Wracać mi zaraz na stanowiska, bo zdzielę jednego z drugim!
Piraci rzuciliby się do pracy nawet i w normalnych warunkach. Za to teraz, gdy byli naocznymi świadkami zwycięskiej walki oficera z Królem Morskim, ich obuwie osiągnęło prędkość wręcz szlifującą deski pokładu.
- Hej, co stary mu powiedział, że tak go to ubawiło? – Jeden z ciekawskich majtków przysunął się do sternika, że niby to akurat potrzebna mu jest leżąca obok niego lina.
- Nie jestem pewien, czy go dobrze zrozumiałem... – Sternik wsparł się z namysłem o koło – Ale to zabrzmiało jak 'Boję się pana, Panie Herrington'.
Obydwaj jak na komendę popatrzyli na swego pierwszego oficera, który od samych początków tej podróży nie wyglądał na bardziej żywego, niż chwilę po stanięciu oko w... ciało z Królem Morskim. Człowiek, którego boi się nawet kapitan Mortimer...
Stan tej zadumy nie potrwał jednak długo, gdyż krzyk młodego Głodomorzanina siedzącego na bocianim gnieździe przeszył powietrze.
- Kapitanie, mamy kłopot! Sunie do nas statek z piracką banderą!
CÓŻ MY TU MAMY... Mortimer spojrzał przez podaną mu lunetę, przyglądając się banderze WYGLĄDA JAK DWIE CZASZKI, O ILE ZGODZIMY SIĘ NAZYWAĆ TO CZASZKAMI, I SKRZYŻOWANE KOŚCI. NAD CZASZKAMI JEST JAKAŚ... FALA? A MOŻE TO KAPELUSZ. CO PAN SĄDZI, WRÓG CZY PRZYJACIEL? Kapitan podał lunetę oficerowi. Ten po spojrzeniu w jej wylot lekko pobladł.
- To są... Co oni tu robią, przecież szaleli w Nowym Świecie... No jak nic oni.... – Kropla potu spłynęła po jego czole – Mamy przesrane, totalnie przesrane!
BARDZIEJ, NIŻ PO NATKNIĘCIU SIĘ NA KRÓLA MÓRZ? zdziwił się Mort.
- Ze trzy razy bardziej, tu szczęście nam nic nie pomoże! To są Bracia Decalvan! Znane twarze w najbardziej krwiożerczych rejonach Grand Line, tam gdzie moja stopa nigdy nie postanie. Kapitanie, proponuję odwrót!
Z PANEM Z PEWNOŚCIĄ NAM NIC NIE GROZI ten spokój w głosie kapitana potrafił wyprowadzić człowieka z równowagi A BIORĄC POD UWAGĘ, ŻE NIE ZDĄŻYLIŚMY JESZCZE ROZWINĄĆ PEŁNEJ PRĘDKOŚCI, WĄTPIĘ BYŚMY ZDOŁALI IM UMKNĄĆ. WYGLĄDA NA TO, ŻE BĘDZIEMY MUSIELI JEDNAK STAWIĆ IM CZOŁA.
Ku niezadowoleniu Pana Herringtona, Mortimer miał cholerną rację. Coraz częściej ją miał, uczył się w niezwykle szybkim tempie, jakby każdą raz podaną informację pamiętał bezbłędnie. Jedną nieudaną ucieczkę później, statek Braci Decalvan znalazł się o zaledwie kilkanaście metrów od Long Sleeve. Dwaj czarnowłosi, dość krępi mężczyźni z łatwością wskoczyli na pokład tej jednostki. Załoga Wiecznie Żywych była jednak już w pełni przygotowana na odparcie ataku. Nie była za to w ogóle przygotowana na to, co się faktycznie wydarzyło.
-Woow! To było po prostu... – Zaczął jeden z mężczyzn, z blizną na jego prawym oku.
- ...niesamowite! Wszystko widzieliśmy! – Dokończył drugi, z blizną na lewym oku.
- Tylko dwóch ludzi! Bez żadnej mocy...
- ...owocu! Trzeba mieć niezłe...
- ...jaja, żeby tak po prostu wziąć...
-... i podbić oko Królowi mórz. Jesteśmy...
- ... bracia Decalvan, miło...
- ... nam spotkać na tym spokojnym...
- ... morzu kogoś takiego jak wy. I w ogóle to kim...
-... wy jesteście.... Hej, ten koleś nie ma...
-... ciała! Co to ma...
PRZESTAŃCIE, PROSZĘ! Mortimer po chwili obserwowania tej jednomyślności przypominającej w skutkach zawzięty mecz tenisowy, odczuł drażniący zgrzyt w szyjnej części swego kręgosłupa. Brak mazi stawowej nie służył nagłym i gwałtownym ruchom. ROZUMIEM WIĘC, ŻE NIE MACIE ZŁYCH ZAMIARÓW?
- A tego akurat...
-...jeszcze nie wiemy!
Błysnęły stalowe pazury, gdy obydwaj bracia unieśli swe rękawice przypominające lwie łapy. Nie atakowali, lecz ich postawa sugerowała, że atak wciąż jest opcją szeroko otwartą.
- Z czyjej jesteście...
- ...załogi, co? – Dwoje oczu spojrzało uważnie na Mortimera – Hej, nie jesteś...
- ...aby tym Cygańskim Królem, Domą?
- Naprawdę musimy mu znaleźć inny strój... – Mruknął Pan Herrington, po czym postanowił przejąć inicjatywę. – Nie, to jest Mortimer, nasz kapitan. Ja jestem pierwszym oficerem na tym statku, nazywam się Pan Herrington, tak, Pan to moje imię. Jesteśmy świeżo powstałą załogą, o nazwie Wiecznie Żywi. A wiecie, dlaczego tak się nazywamy? – Może to wyjście cało z potyczki z gigantyczną rybo-kaczką, a może pozornie przyjazne nastawienie Braci Decalvan, lecz z jakiegoś powodu pierwszy oficer poczuł nagły przypływ odwagi, pozwalający mu na wykonanie ruchu gwałtownego i desperacko wręcz szalonego. – Bo nie zamierzamy umrzeć, dokładnie tak! I teraz, jak widzisz drogi panie, trzymam nóż na gardle twojego brata. Widzisz tą kroplę krwi? Nie żartuję. Nie zamierzamy służyć wam za widowisko, więc teraz obydwaj ostrożnie się...
- Wycofamy? – Trzymany przez mężczyznę pirat zachichotał wrednie – Masz jaja, staruszku...
- ... no naprawdę. Ale wygląda na to, że dzięki temu nam się...
- ... możecie przydać.
Aby dokładnie prześledzić, co się wydarzyło w ciągu kolejnych kilku sekund, trzeba by ujrzeć to na wysokiej jakości filmie poklatkowym. Dla ludzkiego oka cała sytuacja jawiła się jednak jako rozmazana smuga. W wyniku jakiegoś szybkiego przerzutu i ataku, jeden z braci rozbroił i powalił pierwszego oficera, teraz przyciskając swą łapę do jego gardła. Jedynie Mortimer zdążył zareagować i już zamierzał pomóc kompanowi, lecz szybkie podcięcie nóg przez drugiego brata również i jego rzuciło na deski.
- Nie myślcie sobie, że z nami...
- ...może pójść wam tak łatwo jak z tamtą rybą. Jesteście...
- ...ciągle słabiutcy. Ale lubimy waszą straceńczą...
-...odwagę. Nasz sojusznik potrzebuje takich ludzi...
- ...i szkieletów...
- ...jak wy. Popłyniecie z nami uratować...
-...jednego gościa i zapomnimy o całej tej sprawie. Co...
-... wy na to?
Mortimer westchnął w duchu. Naprawdę nie chciał narażać swojej załogi na straty, więc wiedział już, że zgodzi się na propozycję. Wiedział też, dokąd ta propozycja go zaprowadzi i jaki będzie miała skutek. Nie zdołał od tego uciec. Nagle zrozumiał cierpienie napotkanych przez niego w przeszłości mieszkańców Efebu, którzy rozpaczali na temat... Co to było takiego...?
NO TAK. FATUM przypomniał sobie na głos.

Komendant Straży Miejskiej Ankh-Morpork i Diuk tego miasta zarazem, sir Samuel Vimes, był z racji swojej pozycji człowiekiem wiecznie zajętym. W jakiś dziwny, niepojęty sposób, im więcej osób liczyła sobie Straż, tym większa była ilość popełnianych w mieście przestępstw. Nie, to nieprawda, poprawił się w myślach. Po prostu więcej brudów wychodziło teraz na światło dzienne. Czasy, gdy w straży poza nim były tylko trzy inne osoby może i były łatwiejsze, lecz na pewno nie były lepsze. Kiedyś przed Strażą zamykano każde drzwi... No, to się akurat nie zmieniło, zwłaszcza kiedy patrol ma funkcjonariusz Wizytuj, ale teraz przed ich zamknięciem ludzie zawsze** stawiali strażnikom żądania, takie jak "Znajdźcie tego, co mu to zrobił!", czy też "Kiedy w końcu złapiecie tego złodzieja, na co idą niby moje podatki?". I choć często mówili to ludzie, którzy sami mieli na sumieniu wiele innych rzeczy, lecz nie płacenie podatków, to Straż się starała. Bogowie wiedzą jak bardzo.
Tak bardzo, że Sam Vimes był obecnie w najbardziej zbliżonej do odpoczynku pozycji, jaką przyjął od ponad dwudziestu godzin. Było nią ciężkie zwisanie z rynny czteropiętrowej budowli. No tak, strażnik może się zestarzeć, lecz jakimś cudem złodzieje są zawsze młodzi, niech ich licho! Nie było więc nic dziwnego w tym, że przeskok z jednego dachu na drugi podczas osobistego pościgu komendanta za poszukiwanym przestępcą Winnym Jonasem , skończył się lepiej dla ściganego, niż dla ścigającego.
Komendant Vimes liczył. Liczył, ile kości przy odrobinie szczęścia może połamać, kiedy jego palce nie będą dłużej zdolne do utrzymywania kurczowego chwytu na rynnie. Rezultaty owego działania nie jawiły się zbyt optymistycznie.
- Uhm... DZiEŃdoBRY? – Usłyszał dziwny, mieszany głos nad sobą i zobaczył siedzący na krawędzi dachu, ludzki szkielet z kosą.
- No nie, nie mówcie mi, że tak to się skończy! – Może i bohaterska śmierć w trakcie wykonywania służbowego pościgu za przestępcą miała swój blask chwały, lecz Vimes wolałby raczej być zwyczajnym trupem w całości, niż bohaterskim trupem rozchlapanym na chodniku. Z trudem poprawił uchwyt lewej dłoni. – A w ogóle, to co jest z tobą? Wyglądasz jakoś dziwnie!
- Hę? Znasz... To znaczy, ZNAsZ MnIE? – Dziwaczny szkielet zaniepokoił się. Co prawda miał czarną szatę, kosę i to wszystko, lecz dla Vimesa cała reszta zdawała się krzyczeć wielkimi literami "PRZEBIERANIEC".
- Ciebie? Skądże znowu! Ale chętnie poznam jak tylko stanę na nogi! I wtedy sprawię, że odechce Ci się głupich żartów! – Z drugiej strony, przyszło mu do głowy, może tamten raz w grotach Krzemowej Doliny tak naprawdę był tylko jego snem, i teraz ma nad swoją głową prawdziwego Mrocznego Kosiarza? Poprawił uchwyt prawej dłoni, która zaczynała już niebezpiecznie drżeć. – Czy ja umrę?
- POinFORMOwaNO mnIE, ŻE ISToTNIe MOŻE ZAjŚĆ TAKA MOŻLIwoSĆ – szkielet z ulgą powitał zmianę tematu – Z tEGO CO ZROZUMIAŁEM, MAM TU BYĆ NA... WSZELKI WYPADEK. Hej, idzie mi to coraz lepiej!
- Co takiego? – Zdumiał się Vimes, po czym odkrył, że odpowiedź wcale go nie interesuje. Zbyt zajmował go ból, który pojawił się teraz i w lewej dłoni. Wiedział, że nie wytrzyma już nawet minuty – Niech to demony porwą...
- Nie, nie, nic takiego. WYGLĄDA NA TO, Że MUSZĘ ZACZEKAĆ I PRZekoNAMY SIĘ, CZY BĘDĘ MIAŁ JAKIKOLWIEK UDZIAŁ W TYM WYDARZENIU!
- No to zjeżdżaj czekać gdzie indziej, jasne? – Warknął Vimes ostatkiem sił. Ku jego zdumieniu, szkielet uczynił dość spłoszony wyraz twarzy i istotnie wstał i sobie poszedł.
- Eee... Ale jakbyś chciał jednak mi najpierw pomóc...? Halo...? Ech, nieważne.
Licząc na cud, puścił rynnę. Ocalał, łamiąc tylko dwa żebra. Obydwa należały do Winnego Jonasa, który wybrał sobie tą uliczkę jako drogę dalszej ucieczki.
- Widzisz, drogi Jonasie... – Vimes z rozkoszą zapalił cygaro, bacząc uważnie czy przestępca nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów. Z drugiej strony zaułka widział już biegnącego do nich, zaskoczonego kapitana Marchewę – Kopnął Cię niemały zaszczyt. Niewielu może powiedzieć, że spadł na nich gniew Diuka Ankh-Morpork. Osobiście.
Nie był zadowolony z tej odzywki, ale lepsze było to, niż rozmyślanie, co u diabła właśnie przed chwilą zobaczył.


Zarówno Mortimer, jak i Pan Herrington, starannie unikali swoich spojrzeń. Podobnie, jak spojrzeń całej reszty załogantów. W ogóle w miarę możliwości unikali kontaktu z kimkolwiek. Nie jest łatwo czuć się wciąż dowódcą, po tym, gdy zostało się pokonanym na własnym statku, na oczach całej załogi. Za to bracia Decalvan jako jedyni zdawali się nie tracić humoru, nieustannie pokrzykując z pokładu swojego statku, który płynął tuż obok Long Sleeve.
- Świetnie, żeście...
- ...się zgodzili! Naszemu sojusznikowi...
-... z pewnością przyda się każdy okręt użyty w...
-... walce. Swoją drogą, ten twój...
- ...latający koń! To...
-... jakaś sztuczka? Nie wydaje...
-... nam się, by to był Owoc, ale...
-... nie jest to niemożliwe. Gdzie...
-... on właściwie jest...?
- To w sumie dobre pytanie... – Mruknął Pan Herrington, który od dłuższej chwili tylko stał oparty o maszt, z wyjątkowo paskudnie złym humorem wypisanym na swej twarzy. – Gdzieś ty posiał tego dziwnego ogiera, Mort?
Mortimer popatrzył w niebo. Wiedział, że gdzieś jest Pimpuś, który gotów jest pojawić się, gdy tylko będzie potrzebny. Choćby po to, aby zabrać go z powrotem do domu. Myślał już o tym. Teraz, gdy znaleźli się w potrzasku zmuszeni do wzięcia udziału w tragicznej w skutkach wojnie, chętnie by po prostu powrócił do swojego świata i nie mieszał się więcej do tego dziwacznego uniwersum. Jednak ta część jego, która nie była Śmiercią, lecz Mortem wojownikiem mórz... Nie chciała wracać. Zaczynała za to naprawdę nabierać ochoty, aby wspomóc piratów w tej misji. Ten jeden raz nie chciał życia zabierać, chciał to życie dla odmiany ocalić. Nawet, jeśli będzie to miało tragiczne dla tego świata skutki.
- Jeśli już mamy odbijać więźnia marynarki, to ten twój koń byłby do tego jak znalazł. – Dodał pierwszy oficer, przerywając pełną namysłu ciszę. Mort odpowiedział mu kiwnięciem. Wyciągnął dłoń przed siebie, przywołując wierzchowca. Nie minęła minuta, gdy pojawiwszy się całkiem znikąd, lśniący biały koń wylądował na pokładzie. Prawie. Załoga jak oczarowana patrzyła na jego kopyta. Zdawały się być na tym samym poziomie, co deski pokładu, lecz w przeciwieństwie do nich nie falowały z całym okrętem. Co dla osób na statku sprawiało wrażenie, jakby stojąc w bezruchu koń bujał się lekko na wszelkie strony, przenikając kopytami przez obiekty stałe. Nawet bracia Decalvan wyglądali na zaskoczonych.
PIMPUŚ... mruknął Mort, klepiąc zwierzę przyjaźnie po boku. Dopiero wtedy koń zrobił parę kroków naprzód, ze stukotem kopyt stając na rzeczywistym gruncie.
Dalszych kłopotliwych pytań pozwolił oszczędzić krzyk z bocianich gniazd na obydwu statkach. Wszyscy rzucili się ku burtom, wychylając się, aby zobaczyć, co znajduje się na wprost od statków. A było, co oglądać. Z rozwiewającej się powoli mgły wyłaniały się dziesiątki statków, każdy o innym kształcie, rozmiarze i banderze. Liczne pary oczu próbowały wyśledzić ich liczbę... Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści... Lecz ich natłoczenie było zbyt mnogie, aby móc je dokładnie zliczyć. Cała ta przytłaczająca flota sunęła jednomyślnie za jednym, gigantycznym okrętem, pokrytym jakąś lśniącą substancją. A na pokładzie tego okrętu, na którego burcie napis głosił 'MOBY DICK', siedział na wysokim tronie ten człowiek. Najpotężniejszy pirat świata. Edward Newgate, znany jako 'Białowąsy'.
Statek braci Decalvan wykonał ostry zwrot na bakburtę, aby zrównać się z Moby Dickiem. Jego kapitanowie gestem dali znak Wiecznie Żywym, aby uczynili to samo. Po chwili obydwa statki płynęły równolegle do okrętu flagowego. Przerzucono trapy i kapitanowie obydwu załóg, wraz z kilkoma załogantami, zostali wpuszczeni na pokład okrętu Białowąsego.
Mortimer nie mógł nie zauważyć, jak wielki szacunek ma tych dwóch nicponi dla Newgate'a. Podobnie jak wszyscy zebrani na tym statku piraci. Którzy, nawiasem mówiąc, sprawiali wrażenie adekwatnej załogi dla kogoś o mianie najsilniejszego człowieka świata.
Sam Białowąsy natomiast... Przede wszystkim był duży. Ale o ile Mort mógł ocenić, był także już bardzo, bardzo stary. Z pewnością musiał też być schorowany, gdyż zdrowi ludzie nie są podłączani do aparatury medycznej, ani nie znajduje się w ich otoczeniu grupa młodych kobiet w uniformach pielęgniarek***. Mimo to, człowiek ten wciąż wzbudzał powszechny szacunek i strach na wszystkich morzach. Jeden z Czterech Władców mórz. Żywa legenda. Białowąsy.
Kiedy bracia Decalvan swoim sposobem zaprezentowali Wiecznie Żywych i zdali relację z wydarzeń z nimi związanych...Dopiero wtedy Edward Newgate zwrócił swe spojrzenie na szkielet, bez cienia zdumienia przeszywając go długim, bacznym spojrzeniem. Po dłuższej chwili w końcu przemówił, wyciągając dłoń ku Mortowi.
- Widzę, że nie brak Ci odwagi by postawić na szali swe życie. Szanuję to i cenię. Dlatego chciałbym, abyś wraz z załogą przyłączył się do nas. Pomożesz nam ocalić mego syna przed egzekucją?
Mortimer sam był zaskoczony, jak prędko jego dłoń ujęła wielką rękę Białowąsego, na znak zgody. Kiwnął głową.
OCZYWIŚCIE. MOŻESZ LICZYĆ NA WSPARCIE PIRATÓW WIECZNIE ŻYWYCH.
Po czym, gdy tylko mógł, odwrócił wzrok od oczu Newgate'a. Oczu, o których wiedział, że wkrótce przeznaczone mu będzie ujrzeć martwe.
Naprawdę chciał do tego nie dopuścić.
I obiecał sobie, że za wszelką cenę nie dopuści.



*Bo akurat przypomniał sobie, że ma dużo interesujących spraw do zrobienia w innych ciekawych miejscach. Tylko dlatego. Wcale nie z powodu połowicznego oślepienia i bólu w czaszce. Ha, gdyby chciał, to z pewnością pokazałby temu człowieczkowi, gdzie jego miejsce. Po prostu… mu się nie chciało. Ale mogłoby mu się chcieć!
** Nie w przypadku funkcjonariusza Wizytuja, którego pełne imię brzmiało Wizytuj Niewiernych z Wyjaśniającymi Broszurami. Tutaj ograniczano się do samego zamykania drzwi, gaszenia świateł w oknach i udawania, że nikogo nie ma w domu.
*** Z wyjątkiem ludzi o specyficznych fantazjach erotycznych, lecz tego już Mort nie miał prawa wiedzieć.


Koniec części trzeciej.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

21.01.2012 23:36
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Filemon Offline

Łowca Piratów

*
Liczba postów: 2,432
Dołączył: 29.07.2011
Skąd: Velika
Poziom ostrzeżeń: 10%
Post: #8
RE: Mort in Mari
FanFik jest najlepszym z tych, które do tej pory przeczytałam (nie jest tego dużo, ale daje mi jakieś pojęcie :). Fragmenty z śmiercią są genialne, o wiele lepsze od tych z Brookiem. Ach i zachęciłeś mnie do przeczytania Pratchetta, w poniedziałek biegnę do biblioteki, może uda mi się coś wypożyczyć.

Mam jeszcze dwa pytania =^^=
Co to są oktarynowe iskry?
Imię śmierci wymyśliłeś, czy to jakieś nawiązanie do Mordimera z Cyklu Inkwizytorskiego, a może do tego Mortimera :D

Oczywiście czekam na kontynuację, mam nadzieję, że pojawi się szybko.

[Obrazek: rn4Q8xO.gif]

Czy głód to ludzka sprawka?
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.01.2012 20:07 przez Filemon.)
28.01.2012 20:07
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,623
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #9
RE: Mort in Mari
W pierwszym rozdziale jest wspomniane, skąd się wziął pomysł na imię Mortimer - Śmierć miał swego czasu ucznia (chłopaka z Dysku), o tym imieniu właśnie, zdrabnianym do Mort (co jest dość ironiczne zważywszy na łaciński odpowiednik słowa śmierć).

Co do oktarynowych iskier zaś... Posłużę się Wikipedią.

Oktaryna

Kolor magiczny w powieściowej serii Świecie Dysku Terry'ego Pratchetta, będący widzialnym przejawem istnienia magii. W Kolorze magii określony jest jako fioletowo-zielony ("Podobno oktaryna jest czymś w rodzaju odblaskowego zielonkawożółtego fioletu"). Widziany wyłącznie przez ludzi, którzy sięgają po wiedzę nieprzeznaczoną dla ludzi - czyli przede wszystkim przez magów i czarownice, a także przez koty oraz istoty nadprzyrodzone. Wiąże się to z wytworzeniem specjalnych ośmiokątnych komórek światłoczułych na siatkówce oka.

Dzięki za komentarz, mam nadzieję, że uda Ci się prędko poznać cudownie magiczny i zaskakująco realistyczny zarazem Świat Dysku ;]

Edit: Idzie kolejny rozdział.

MORT IN MARI - Rozdział 4

Postacie, oprócz uprzednio wymienionych:

- Marynarka, nieustępliwie sprawiedliwa.
- Ofiara zamieszana całego, Białowąsego syn umiłowany.


Miejsce bez czasu ani koloru rozpościerało się wokół Brooka. Nienawidził go. Przerażało go i nie potrafił sobie wyobrazić, aby zmuszony był tu spędzić resztę swego nie-życia. Czuł się jak więzień, którym w istocie rzeczy był, pozbawiony braku możliwości powrotu do swego świata. Jednak większy strach w jego sercu (czy też po prostu za żebrami) zasiał sam fakt, że prawowity pan tego domostwa zajął jego miejsce. Śmierć powrócił do świata Brooka. I bezradny muzyk mógł tylko mieć nadzieję, że nie zabierze ze sobą życia jego przyjaciół.
Nie po raz drugi.
Nie chodzi o to, że bał się śmierci. Na pewno nie. W końcu Brook pochodził z mroczniejszych czasów, kiedy było o nią dużo łatwiej, a i tak spędził swoje życie uśmiechnięty i ze śpiewem na ustach. Musiał przyznać za to, że świat, jaki jawił mu się po opuszczeniu wreszcie tego przeklętego Trójkąta, był o wiele bardziej przyjazny. I o wiele łatwiej w nim było żeglować i śmiać się Śmierci prosto w twarz... Kiedy tej twarzy już tam nie było. Brook, jako jedna z nielicznych osób, był w stanie tę różnicę odczuć.
A teraz Śmierć powrócił, i pewnie tylko on sam wie, kogo zabierze ze sobą na tamten świat. Na swój sposób Brook czuł się za to odpowiedzialny. Śmierć znalazł się tam na jego miejsce, więc to Tylko Kości powinien jakoś temu zaradzić. A tymczasem nie mógł nic.
W dodatku skończył czyniąc to, co ktoś uczynił jemu pół wieku temu. Odbierając ludziom ich bliskich. Przyjaciół, rodzinę, kochanków. Osoby, będące dla kogoś całym życiem. Zabierając ich, pozostawiał ziejące pustki w życiu ocalałych. Pustki, których nie wypełni już nic.
Jego stopy machinalnie odmierzały kolejne kroki w rytm powolnego tanga, które grał na skrzypcach. Przesuwał się wzdłuż regałów z życiometrami, otoczony delikatnym szumem sypiącego się wokół piasku życia. To była przypuszczalnie jedynie jego wyobraźnia, lecz w tamtej chwili mógłby przysiąc, że przesypany już w klepsydrach piasek rwał się rozpaczliwie do tańca, te wszystkie godziny, dni i lata przybliżające ludzi do śmierci i mające nie powrócić już nigdy. Czas martwy, stracony na trudach życia, zmarnowany bezczynnie. Czas, który pragnął być wykorzystany w pełni, na muzyce i tańcu, jako czas szczęśliwości. Czas, który chciał jedynie stać się dobrym, wiecznie żywym wspomnieniem.
Smyczek w dłoni muzyka przyspieszył, nadając melodii nowej mocy. Szum wirujących ziaren piasku narósł wraz z nią.
Nigdy nie jest dość czasu na to, by móc przetańczyć wszystkie najpiękniejsze noce.
Nigdy nie jest dość czasu na to, aby poznać do głębi każdą melodię, zatonąć w nią całym sobą.
Nigdy nie jest dość czasu na to, aby wspólnym śpiewem uczynić świat miejscem weselszym, zbudowanym na radosnych wspomnieniach.
Kroki ucichły. Melodia zamilkła powoli, przechodząc w cichy szept głaskany dłonią szkieletu. Wirujące tanecznie ziarnka czasu opadły, zamieniając się znów w martwy, zimny piasek.
Nigdy nie jest dość czasu. Ale dla niego czas teraz nie stanowił problemu. Może być wszędzie i kiedykolwiek. Jest panem śmierci. I życia.
Może ocalić załogę Rumba.


Nieco dalej.... a właściwie całkiem gdzie indziej... Trwała wojna.
Prawdą jest, że Mortimer był świadkiem niezliczonej ilości wojen. Zazwyczaj jednak towarzyszył ich skutkom, nie zaś przyczynom, jak w tym przypadku. I choć wszelkie wojny charakteryzowała pewna niezmienność, to żadna, ale to absolutnie żadna, nigdy nie wyglądała jak ta.
Zdołał uprzednio podpytać parę osób z różnych załóg o osobę będącym biernym sprawcą tego wydarzenia. Portgas D. Ace. Tak brzmiało jego pełne imię. Członek pirackiej załogi Białowąsego, dowódca jednej z jego dywizji. Według słów tych morskich łajdaków i synów diabła, Ace to oddany przyjaciel, być może zbyt narwany, lecz zawsze gotów pomóc swoim towarzyszom. Pomimo młodego wieku, charakteryzuje się już znacznym doświadczeniem i był ponoć faworytem samego Białowąsego. Silny, ułożony, śmiały, koleżeński, wierny, lojalny. Te słowa padały najczęściej. Morta dręczyło, czemu więc taki wspaniały facet tkwi teraz tam, na platformie egzekucyjnej, z podpisanym na swoją głowę wyrokiem? Coś tu się wyraźnie nie zgadzało. Najwyraźniej sprowadzało się to wszystko do tego, do czego tak naprawdę sprowadzał się każdy zbrojny konflikt. Do zwyczajnego wyboru strony i niczego więcej.
No i to co usłyszeli przed chwilą... Portgas D. Ace, uznany za winnego byciem syna Króla Piratów, Gold Rogera. Mortimer nie rozumiał reakcji pozostałych, kiedy padły te słowa, wypowiedziane w świat przez kogoś o wyglądzie zapalonego ornitologa, a kto najwyraźniej sprawował tu władzę w imieniu sił marynarki. Podczas gdy wokół padały ochy i achy, Mort obserwował ich niepewnie.
PANIE HERRINGTON, O CO TO ZAMIESZANIE? Spytał pierwszego oficera.
- Ten dzieciak jest synem Króla Piratów! Synem demona! – odparł marynarz zdławionym głosem, powodując dodatkowy mętlik w głowie Mortimera.
TO ILU ICH W KOŃCU BYŁO? zapytał cicho, starając się naprowadzić Pana Herringtona na tor jakichś dokładniejszych wyjaśnień. Odpowiedziało mu tępe spojrzenie, rozkojarzone trwającym wokół chaosem. OJCÓW TEGO CHŁOPAKA. JAK DOTĄD NALICZYŁEM ICH TRZECH, Z DEMONEM LICZĄC.
Pierwszy oficer machnął dłonią.
- Newgate nie jest jego prawdziwym ojcem. To jest u nich jakby taka... Elitarna tyturalyzacja... tfu, no wiesz o co chodzi. Ten dzieciak faktycznie musi być synem człowieka, którego nazywano demonem, Gold Rogera... Nie dziwota, że marynarka tak bardzo chce, aby zginął!
ZGINĄŁ... w głosie prostującego się dumnie Mortimera pojawiło się coś dziwnego ZA GRZECHY SWEGO OJCA? NIE. ZA TO SIĘ NIE UMIERA. WIDZIAŁEM DUŻO ŚMIERCI, KTÓRE MOŻNA BY NAZWAĆ BEZSENSOWNYMI. ZA KAWAŁEK ZŁOTA, Z MIŁOŚCI, CZY TEŻ W WYNIKU TRAGICZNEJ POMYŁKI. ALE KAŻDA MIAŁA PRZYCZYNĘ, KAŻDA MIAŁA CEL. ŚMIERĆ ZA GRZECHY OJCA NIE DAJE NIKOMU NIC... Niebieskawy blask w oczodołach kapitan załogi Wiecznie Żywych rozbłysnął gniewnie, a on sam wzmocnił uchwyt na rękojeści swej szpady. Machnął nią wysoko.
ZAŁOGO, PANIE HERRINGTON... RUSZAMY!
I ruszył, jako jedyna w tej bitwie jednostka kawalerii. Za nim pobiegli Wiecznie Żywi. Byli tu z nim, szarżując wspólnie ramię w ramię, cała załoga Long Sleeve. Źle się z tym czuł. Jeszcze będąc na pokładzie Moby Dicka Mortimer rozmawiał o nich z tym sennym piratem Marco. Wspomniał, że to w większości nowicjusze, którzy nie są nawykli do wielkich bitew i nie chciałby mieć ich na sumieniu.
- Więc daj im wolny wybór – odparł wtedy Marco – Niech sami zdecydują, czy chcą ruszyć z Tobą do boju. I na macki krakena, zjedzcie coś wreszcie. Same chudzielce w waszej załodze, a ty to już zwłaszcza!
Tak Mort uczynił. Spytał wprost swoich załogantów, który z nich pójdzie za nim w bój, gdzie tylko najmężniejszy przetrwa, a kto zaś woli odejść póki ma jeszcze wybór. Zbyt późno dostrzegł pułapkę Marco. Nie było w tym świecie osoby, która zdołałaby odejść z załogi po usłyszeniu takich słów ze strony swego kapitana. I teraz ci ludzie szli walczyć razem z nim. Miał tylko nadzieję, że nie poszerzą puli oczekiwanych ofiar.
Biegli śliskim lodem, włączając się w ten żywy ryk wojny. Z początku wszystko było proste, gdy za plecami miało się przyjaciół, naprzeciw zaś pole widzenia zapełniał wróg. Jednak już chwilę potem, gdy linie walczących połączyły się we front szaleńczej walki, wszelkie pozycje zatarły się a obie armie wymieszały się tworząc jeden tłum.
Była to pierwsza wojna w dziejach Mortimera, miał też nadzieję, że ostatnia. Nie odnajdywał nigdy przyjemności w walce, lecz teraz wypełniała ona cały świat. Powiedzieć, że nacierał wściekle na marynarzy byłoby nieprawdą. Wściekłość to coś, co powstaje w gruczołach, a tych on nie posiadał. Jednakże to czyniło jego walkę jedynie straszniejszą. Nie zważając na huki i dym dział, z nieludzkim spokojem wirował między przeciwnikami na grzbiecie swego białego rumaka, ośmiostopowy szkielet ze szpadą skąpaną we krwi pokonanych już wrogów. Niejeden śmiertelnik poczułby się na wskroś przerażony tym widokiem.
Jakimż więc marnotrawstwem potencjału był fakt, że wokół zdawali się być sami ludzie nieustraszeni. Do tego, ciężko by było nie zauważyć, często obdarzeni niecodziennymi zdolnościami. Ale do tego już Mortimer zdołał przywyknąć, że w tym świecie ludzie potrafią posługiwać się jakąś dziwną, niemalże biologiczną magią. W zasadzie trochę przypominało to okresy czarodzicielstwa na Świecie Dysku, kiedy to magowie mogli uczynić praktycznie wszystko swoją mocą. No, może tutaj było trochę mniej zniszczeń.
Cóż, skoro i tak nie gra się czysto..
PANIE HERRINGTON! OBEJMUJE PAN DOWÓDZTWO NAD ZAŁOGĄ WIECZNIE ŻYWYCH. PROSZĘ STOSOWAĆ SIĘ PRZY TYM DO KOMEND PIRATÓW BIAŁOWĄSEGO! Mort przekazawszy polecenie walczącemu jak sam demon Herringtonowi, wzniósł się wraz z Pimpusiem nieco wyżej, i jeszcze wyżej... Aż w końcu znalazł się ponad głowami walczących, cały czas galopując na coraz to odleglejszym od podłoża gruncie. Oczy jedynie nielicznych patrzyły teraz na niego, lecz i to było utrudnione przez gęste kłęby prochowego dymu, pochodzącego z wciąż nie milknących armat. Nagle naprzeciw niego znalazła się lecąca w jego kierunku kula, lecz odruchowo odparł ją cięciem szpady. Równo przecięte połówki świstnęły po obu stronach jego czaszki, powodując zniszczenia gdzieś w tyle.
SPRYTNE zmuszony był mruknąć z uznaniem W DOMU NIC TAKIEGO BY SIĘ NIE UDAŁO.
Lecz była to jednak nieistotna przeszkoda w jego dążeniu do celu, który jawił mu się wyraźnie jak nic nigdy dotąd w jego sięgającym początków świata istnieniu. Ace. Klęczał tam, na szczycie platformy egzekucyjnej. Spętany, ze spuszczoną głową. Niewątpliwie poświęcenie, z jakim walczyli o jego wolność najgroźniejsi piraci tego świata, musiało w jakiś sposób mu ciążyć na duszy.
Na granicy słyszalności pojawił się jakiś dźwięk.
Ale już wkrótce więzień marynarki zostanie odbity. Mort wiedział, że musi mu się udać.
Dźwięk stał się nieco lepiej słyszalny, lecz wciąż zdawał się nie posiadać żadnego sprecyzowanego źródła, ani tym bardziej znaczenia.
Pimpuś zbliżał się już do bezwładnego ciała tego biedaka Oarsa. Czy on jeszcze żył? Przypuszczalnie tak, skoro nic jak dotąd nie wymagało interwencji Morta jako Śmierci.
Dźwięk nasilił się, ściągając na siebie uwagę coraz większej ilości walczących. Był to jakiś... Zbiorowy krzyk?
Mort nie dowierzałby własnemu szczęściu, lecz był naturalnie odporny na tego typu niemądre uczucia. Był już tak blisko celu i wokół nie było nikogo, kto by go zatrzymał....
Oprócz całego okrętu, który właśnie na niego spadł.


Brook siedział w gabinecie Śmierci, pogrążony w przygnębiających myślach. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby to w jakikolwiek sposób wpłynęło na jego apetyt, toteż spożywana przy oficjalnym biurku Śmierci kolacja nikła w oszałamiającym tempie, powodując niemały bałagan wokół. Ze szczególnym uwzględnieniem twarzy szkieletu, która w tej chwili wyglądała dość pociesznie, z sosem oblepiającym szczękę jakby na wzór jakiegoś zarostu. Posiłek zakończył wykonawszy głośno parę prostych, fizjologicznych czynności, których istnieniu ludzie z wychowaniem staranniejszym od ich edukacji lubią zaprzeczać. Lubił kuchnię Alberta. Co prawda nie można było w niej znaleźć wykwintności czy smaku do jakich przyzwyczajał Słomkowych Sanji, lecz porcje były duże, tłuste i sycące.Wytarłszy twarz serwetką przywołał do siebie sługę Śmierci. Nie nie, poprawił się w myślach. Swojego sługę.
- ALBERCIE! Chodźże tu natychmiast! – Zawołał tak władczo, jak tylko potrafił. Pożałował tego natychmiast, gdy tylko ujrzał w progu skrzywionego starca kopcącego skręta. W dłoni Alberta znajdowała się sporych rozmiarów patelnia, z której ten z pewnością mógł uczynić użytek nie mający wiele wspólnego z gotowaniem. Brook skulił się lekko w sobie, rezygnując z pomysłu w bawienie się w autentycznego pana tego domu. – A... Przepraszam. Dziękuję, że przyszedłeś. Jedzenie było pyszne. – Dodał aby udobruchać Alberta, podając mu przy tym usłużnie talerz. Po chwili jednak znów spoważniał – Albercie. Z tego, co mówiłeś, Śmierć może znaleźć się kiedykolwiek i gdziekolwiek. I pamięta wszystko.
- No... tak to mniej więcej wygląda – Albert podrapał się za uchem, wytrząsając przy tym istne opady popiołu z chowanych tam często niedopałków. – A co, nie widzisz tego? Teoretycznie powinieneś, skoro świat Cię jako tako zaakceptował.
- O dziwo, to działa. Mogę być wszędzie i gdziekolwiek, jeśli się wysilę jestem nawet w stanie przypomnieć sobie rzeczy pamiętane no.. przez Śmierć. – Szkielet westchnął głośno, powodując niepokój u Alberta. Miał dotąd Brooka za wystraszonego głupka, któremu trzeba wszystko powtarzać trzy razy. Teraz jednak postawa tego dziwadła była odmienna, poważniejsza. Najwyraźniej o coś mu chodziło. – Ale miejsce, w którym chciałem się znaleźć, jest dla mnie niedostępne. Powiedz mi Albercie. Czy są inni... Śmierciowie? Nie licząc oczywiście Śmierci Szczurów.
Brook z roztargnieniem skinął głową w kierunku biurka, na którym Śmierć Szczurów przysłuchiwał się rozmowie, z łapkami zwisającymi z krawędzi. O dziwo, zdołał przyzwyczaić się do tego malca i nawet go polubić. Nawet, jeśli to przerażający, chodzący szkielet.
- Cóż... Przypuszczam, że każdy świat ma swoją Śmierć. – Odparł Albert, który o dziwo poczuł chęć pomocy Brookowi. Ostatecznie od paru dni sprawował się całkiem dzielnie, nawet przestał już pojawiać się z wrzaskiem po każdym razie, gdy któryś z denatów się do niego odezwie. – Szukasz czegoś konkretnego, mały?
Może to było dziwne słowo w stosunku do wiekowego, ośmiostopowego szkieletu, lecz w jakiś sposób pasowało do niego w chwilach takiej nieporadności.
- TAK... ŚMIERCI MOJEGO ŚWIATA. – Brook nawet nie zwrócił uwagi, kiedy przeszedł na imitację Głosu. Albert aż poczuł ciarki na swych, całkiem nieciekawych poza tym, plecach. Ćwiczenia do jakich zmuszał muzyka, dawały efekt, szło mu to coraz lepiej. Choć ciągle ten Głos był troszkę zbyt piskliwy. – KOGOŚ, KTO ODEBRAŁ MI BLISKICH. SKORO TO NIE BYŁ WASZ ŚMIERĆ, GDZIE MOGĘ WIĘC ZNALEŹĆ INNYCH? Oh, przepraszam. Jakoś tak z przyzwyczajenia...
Albert powoli zgasił swój papieros o blat biurka i wsunął niedopałek za ucho.
- Pan mi mówił o kimś takim...
- Ja? Nie, ja nic nie... – Cicho zaprotestował Brook.
- Zamknij się. Jest ponoć ktoś, komu podległa jest każda Śmierć w dowolnym uniwersum. Śmierć Wszechświatów, znany pod imieniem... Jak to było... Aran? – cień zwątpienia przemknął po pomarszczonej twarzy sługi - Nie, Azrael. Na pewno Azrael. Cóż. Jeśli ktokolwiek może Ci udzielić odpowiedzi na tak pokręcone pytanie, to chyba tylko on.
- Wiesz, gdzie go mogę znaleźć? – spytał rozpromieniony nagle Brook.
- Ja? Żartujesz chyba. Zresztą i tak, gdybym tylko wyściubił nos poza to miejsce, byłoby po mnie. Za mało czasu mi zostało... – tym razem to Albert westchnął, co dla muzyka było równie niespodziewane, co Gecko Moriah na siłowni - Powiedziałbym, żebyś wsiadł na Pimpusia to go znajdziesz, ale oczywiście posłałeś go gdzieś w cholerę, żeby nie musieć na nim latać. Ha, myślałeś że nie wiem? – Starzec wydał z siebie charkliwy odgłos, coś pomiędzy śmiechem a wypluwaniem płuc. – No, ale jeśli się postarasz, to pewnie jakoś do niego trafisz.
Brook wstał z fotela i pochwycił z wieszaka płaszcz Śmierci. A więc nie wszystko jeszcze przepadło. Nie miał czasu do stracenia... A właściwie tutaj miał go aż nadmiar, ale gdy tylko opuści Domenę Śmierci, nie wiadomo kiedy może nastąpić zapowiedziana przez pana Stibbonsa ponowna zamiana miejsc. A wtedy będzie już za późno, zmarnuje jedyną okazję.
- Dziękuję Ci, Albercie. Kiedy powrócę, zagram Ci co zechcesz, obiecuję.
- Młody... – dodał starzec w ostatniej chwili - Cokolwiek zamierzasz, nie nakręcaj się zbytnio. Ktokolwiek był martwym, martwym pozostaje.
Lecz było już za późno, po szkielecie nie pozostał w pokoju nawet ślad*.

Kolejna silna burza szalała nad Ankh-Morpork, zalewając je strugami deszczu, który następnie zostawał zalewany przez Ankh-Morpork. Deszcz wychodził na tym znacznie gorzej. Gdyby nadrektor Ridcully zechciał w taką noc wyjrzeć przez okno, jego doświadczenie podpowiedziałoby mu niezbicie, że pogoda ta ma źródło wpół-magiczne. Była to po prostu jedna z tych burz, które muszą towarzyszyć szokującym czy ponurym wydarzeniom.
Układał się właśnie do snu, gdy wyjątkowo jasny błysk rozświetlił pokój, przy akompaniamencie ogłuszającego gromu**. Postać, której tu przed chwilą nie było, teraz ujawniła się w ostrym świetle pioruna. Dzierżyła kosę.
- A niech mnie piorun...! – Zawołał Ridcully, po czym w ostatniej chwili ugryzł się w język. To nie były rozsądne słowa do wypowiadania w burzliwą noc, kiedy naprzeciw Ciebie staje Śmierć. Szybko jednak się opanował, zapalając świecę. – Brook? Nie przychodzisz tu chyba po mnie, my magowie wiemy kiedy nadchodzi koniec. Mamy do tego niepodważalne prawo! – dodał, wyraźnie podkreślając słowo 'niepodważalne'. Magowie mieli konkretny stosunek do osób, które próbowały narzucać im ograniczenia. Też mu coś narzucali, zazwyczaj były to najwredniejsze klątwy, jakie mieli pod ręką (a gdy zabrakło zaklęć, zadowalano się choćby tradycyjną przemocą).
Dopiero teraz zauważył mokrą twarz szkieletu. Choć cały był przemoczony deszczem do suchej nitki, pochodzenie wody w rejonach czaszkowych zdawało się być jednak inne.
- Ty... płaczesz? – To niemalże odebrało nadrektorowi mowę. Niemalże. – Weź się w garść, do demona! Kto to widział, taki duży szkielet a płacze!
- NADREKTORZE! – Głos Brooka nie był już taki, jakim mag go zapamiętał – MUSISZ MI POMÓC PRZYWOŁAĆ ŚMIERĆ. MOJĄ ŚMIERĆ!




* No dobrze, pozostało dużo śladów, jak chociażby uwalane sosem biurko, czy przewrócony w pośpiechu wieszak. Ale żaden narrator nie zagrzałby długo miejsca na swojej posadzie, gdyby rezygnował z dramatyzującej konwencji na rzecz czegoś tak zwyczajnego, jak sprawozdanie z oszacowywania strat.
** Cecha charakterystyczna dla burz wpół-magicznych, które zaobserwować można choćby w filmach. Oczywiście, jako iż światło jest szybsze od dźwięku, błysk zwykłego, oddalonego pioruna dociera szybciej, niż jego dźwięk. Piorun wpół-magiczny jednak, który ma służyć budowaniu napięcia i grozy, chyba by prędzej spalił się ze wstydu, niż pozwolił na coś tak nieefektownego jak brak koordynacji świetlno-dźwiękowej.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.01.2012 00:51 przez Szczery.)
28.01.2012 22:19
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Filemon Offline

Łowca Piratów

*
Liczba postów: 2,432
Dołączył: 29.07.2011
Skąd: Velika
Poziom ostrzeżeń: 10%
Post: #10
RE: Mort in Mari
Wiem, że miałam napisać tego komenta wczoraj, no ale wiesz jak to jest...

Fragmenty z Brookiem robią się coraz ciekawsze, ogólnie ten rozdział był bardziej, jak to ujęła Ryba, filozoficzny i skłaniający do przemyśleń. Końcówka zaostrzyła mój apetyt na kolejną część i swoją drogą mam już pewne domysły jak to się skończy. W sensie miałam je już wcześniej, ale teraz są bardziej pewne :)

No nic, pozostało mi czekanie na kontynuację =^^=

[Obrazek: rn4Q8xO.gif]

Czy głód to ludzka sprawka?
04.02.2012 15:03
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama