Aktualny czas: 15.12.2017, 06:24 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odpowiedz 
Nowe Wyzwanie
Autor Wiadomość
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 5,465
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #1
Nowe Wyzwanie
Od autora:Fanfik, w którym nie zabraknie humoru, przygody, ale też nie będzie cenzury. Toteż polecane od + 16. Fik ten jest ukłonem w stronę załogi Runby, którą swego czasu prowadziłem. Postacie przedstawione poniżej to charaktery stworzone przez moich załogantów czyli Wąskiego, Kleo, Moritę, mnie i Ryuugę. Oczywiście musiałem je jakoś określić i dokonałem ich subiektywnej interpretacji, jednak "właściciele" się nie skarżyliSmile Mam nadzieję, że się spodoba. Od dawna jest na portalu, ale co innego portal a co innego forumSmile
Miłego czytania.

Od razu uprzedzę, OS będę kontynuował i to już od jutra.

[center]Rozdział 1: Nowe wyzwanie. Wyspa wiecznej nocy Tritua! [/center]

Kwatera Główna, miejsce spotkań elity żołnierzy marynarki.


- A zatem jak widzicie, sytuacja bardzo się pokomplikowała – westchnął ciężko Sengoku.
- No racja. Ale stary, te ciasteczka są boskie! – Garp siedząc sobie wygodnie w fotelu podczas narady, jak gdyby nigdy nic zajadał się ciasteczkami. Odgłosy mlaskania zdawały się przekraczać dopuszczalną normę decybeli. Co gorsze, niespecjalnie zdawał się go interesować temat obrad. Admirałowi Floty, powoli kończyła się cierpliwość, czego oznaką było coraz więcej napiętych żył pojawiające się jak grzyby po deszczu na jego czole. – Nie chcesz spróbować? – Pochłaniał w najlepsze słodkości.
- Nie, nie chcę - wycedził przez niemal zaciśnięte zęby. – Garp, powiedz mi lepiej...
- Niebo w gębie. Ta posypka cynamonowa to był genialny pomysł!
- GARP, DO JASNEJ CHOLERY! – rozwarł szeroko usta i krzyknął tak doniośle, że aż żołnierze, stojący za drzwiami na chwilę zamarli w bezruchu. – Gdy zawsze tu przychodzisz, to wcinasz ciastka. Zero ogłady, czy coś. ZERO!
- No już nie przesadzaj – klepnął go po przyjacielsku i głośno się zaśmiał – Nie mam ogłady, bo...
- BO MASZ GDZIEŚ SPRAWY WIELKIEJ WAGI!!
- No sorka – zrobił smutną miną i niemal łezką w oczach usłużnie schował torebkę.
W tej chwili w prawym końcu sali dał się słyszeć głos Wiceadmirała Kuzan, który wraz kolegą Komirem, nie mógł się nadziwić reakcji Garpa. Wiceadmirał Komir z Bazy numer dwa, również uważał schowanie ciastek z własnej woli za przypadek niezwykły i godny odnotowania. Sakazuki nie skomentował tego w żaden sposób. Jego twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji. Ewentualnie był delikatnie poirytowany faktem, że traci cenny czas na przywoływaniu Wiceadmirała do porządku. Nie dawał jednak tego po sobie poznać. Kizaru pewnie całą sytuację skomentował jakimś nic nie wnoszącym do dyskusji zdaniem zakończonym tyldą, ale zdążył wpierw odpłynąć do krainy snów. Jednak potężny krzyk Admirała Floty, zdążył go przywołać do rzeczywistości, co jak wiadomo chwilę zajęło. Garp oczywiście musiał zwrócił na to uwagę.
- Masz do mnie pretensje o ciastka, a Borsalino w najlepsze przyciął sobie komara.
Sengoku w jednej chwili przeszył spojrzeniem zaspanego jeszcze admirała. Ten oczywiście nie miał pojęcia, że wzrok przełożonego jest teraz skupiony właśnie na nim. Rozwarł w charakterystyczny dla niego sposób usta i odparł:
- Hę~?
We krwi głównodowodzącego, nie wiedzieć czemu, poziom cukru natychmiast podskoczył o niepokojąco wysoką wartość. Nie chciał jednak ważnego spotkania zmieniać doszczętnie w kabaret, więc tylko westchnął ciężko, rejestrując kątem oka i przy okazji napiętą żyłą na czole, jak Aokiji beztrosko oczyszczał swoje drogi oddechowe i spróbował wrócić do tematu debaty.
- Musicie wiedzieć, że Doflamingo, jeden z Wojowników Mórz, już nim nie jest! Ostatnim, co kapitan Urlig, zdążył nam przekazać przed śmiercią, były słowa tego byłego Wojownika Mórz.
Dwóch niskich stopniem żołnierzy wniosło przenośny telebim i uruchomiło ślimakowizjer.

- Wiesz co? – Doflamingo przykucnął i spojrzał z wystawionym językiem na zakrwawionego mężczyznę leżącego teraz przed nim na ziemi. - Przestała mnie kręcić zabawa z wami w gonienie jakiś tam płotek. Pojawiła się nowa, dużo ciekawsza organizacja. – Możecie sobie zatrzymać ten tytuł „Wojownika Mórz” – przy tych słowach wykonał szydzące gesty. – Czeka mnie znacznie ciekawsza rola! - Po tych słowach zaśmiał się wniebogłosy. Potem rozległ się już tylko odgłos wystrzału i zerwano połączenie.

- Nie wiemy – Admirał Floty znów zabrał głos. – czy wróg wie o tym przekazie, czy też nie. Przy zwłokach pana kapitana znaleziono ślimakowizjer, którym z całą pewnością nagrano tę scenę, którą mieliśmy okazję przed chwilą oglądać, lecz był on tak nie wielkich rozmiarów, że dostrzeżenie go przez wroga jest mało prawdopodobne. – Słowa wypowiadał z należytą dykcją oratora oraz powagą. – Nie martwi mnie strata Doflamingo. Jego można zastąpić. Z resztą jego zdrada była tak naprawdę tylko kwestią czasu. – To, co mnie martwi, to ta nowa organizacja! Organizacja, która jest tak potężna, że werbuje takich ludzi jak Doflamingo! – uderzył pięścią w stół. – Towarzysze! Nadchodzi nowa wojna! Ale musimy ją wygrać! Sprawiedliwości, musi stać się zadość!



Gdzieś, na bezkresnych wodach Grand Line wstawał nowy dzień, a słoneczne promienie bezlitośnie zaczęły dawać o sobie znać Ryuudze, który przeholował z ilością alkoholu i przysnął na bocianim gnieździe. Pierwszym jego natychmiastowym odruchem był wulgaryzm pod nosem i skwaszona mina. Co by nie powiedzieć, piękny początek dnia.
- Jak dla kogo – burknął młodzieniec, o jasnej karnacji i długich sięgających do ramion szkarłatnych włosach. Przeciągnął się leniwie i powoli zmienił swój punkt widzenia o metr dwadzieścia w górę. Nogi go aż piekły od glan, których nie wiedzieć czemu nie miał w zwyczaju zdejmować nawet, jak się kładł. Póki znajdował się wysoko nad ziemią z dala od nozdrzy załogi było wszystko w porządku. Kłopot jednak zaczynał się, gdy schodził na pokład.
- Co to za fetor?! – Ana, młoda, szczupła dziewczyna rzuciła swymi ciemnozielonymi oczyma wzgardliwe spojrzenie w stronę Ryuugi i ruszyła pędem w jego stronę. Im bardziej się do niego zbliżała tym stawało się jaśniejsze, że nieprzyjemny zapach i jego osoba miały ze sobą coś wspólnego. – Ryuuga, ty brudasie! – tupnęła w pokład statku potężnym glanem zapinanym po same łydki. – Ja cię zaraz nauczę higieny! – Ściągnęła ze swej tiulowej spódnicy pas ze ćwiekami.
- Oj, Ana spokojnie, nie denerwuj się. – Na wszelki wypadek, ceniąc swoje zdrowie, zrobił kilka kroków w tył
- A cóż to za miłosne świergotanie z ranka, co? – na pokład wszedł wysoki, czarnoskóry mężczyzna – Ryuuga ty uważaj na Anę, jest śliczna ale – zaczesał swoje bujne afro – w łóżku jest jak nieposkromiona tygrysica. – Aż ryknął, by swej wypowiedzi dodać pikanterii, po czym uchylił się przed pięścią owiniętą ćwiekowym pasem.
- Nie żyjesz, Dante! – ściągnęła z pleców wielką kosę i zaatakowała kapitana.
- Ojoj. – podskoczył, a zaraz potem ostrze kosy świsnęło mu pod podeszwami butów.
Dziewczyna o długich niebieskich włosach i szczupłej figurze, widząc sprzeczkę na pokładzie założyła z góry, że w takim razie łazienka jest wolna, toteż nie rzucając się zanadto w oczy, przemknęła obok nich i podążyła wprost do celu. Nagle wszyscy usłyszeli zgrzyt zamykanego zamku.
- O nie, łazienka! – cała trójka wnet się uspokoiła i zdała sobie sprawę z zaistniałej sytuacji.
- Jak mi przykro, teraz już nie będę mógł umyć nóg – odparł z sarkazmem i nutką szyderstwa młodzieniec. Tak naprawdę wcale nie był brudasem. Lecz uwielbiał droczyć się z Aną.Trzeba przyznać, że był w tym nawet niezły, jeśli można tak powiedzieć. Uwaga ta z pewnością mogłaby skończyć się bolesnymi doznaniami, ale domniemana interlokutorka miała teraz większe zmartwienie.
- Chciałam do ubikacji! – Dziewczyna rzuciła się do drzwi i zaczęła w nie walić – Wyłaź, ja chcę siku! – Dziewczyna była dość że to tak ujmę bezpośrednia.
- Kobieto – oburzył się niejako kapitan. – Trochę taktu, tu są męzczyźni. – Wskazał dumnie na siebie i... no właśnie. W miejscu gdzie wskazywała jego dłoń przed chwilą stał Ryuuga, lecz teraz została tylko pustka. – A tego gdzie wywiało? – podrapał się po głowie.
- Wyłaź, ale już! – Ana zaciekle dobijała się do drzwi.
Choć bardzo tego nie lubiła musiała przyznać, że tym razem przegrała. Dobrze wiedziała, że kto zajął pierwszy łazienkę ten może siedzieć tam ile tylko dusza, a raczej ciało zapragnie, a reszta, choćby i miała przy tym zagryzać z zniecierpliwienia wargi, musi cierpliwie czekać na swoją turę.
- Też macie problem. – Odparł Ryuuga, który ni stąd ni zowąd nagle pojawił się z jabłkiem w dłoni.
Dziewczyna w skórze i kolczykami w kształcie trumien łypnęła na Ryuugę i wymierzyła mu solidnego kopniaka (wszak miała glany) po czym chłopak nawet nie wiedząc kiedy, znalazł się poza burtą.
- Śniadanie! – zawołał delikatny, przesycony dobrocią głos z kuchni. Była tu Kaidar, ostatni członek tej pirackiej załogi. Nie wiedzieć czemu, kolor jej włosów także można było zaliczyć do odcienia rudego. Ponadto całkiem urodziwe dziewczę ubrane w specjalnie skrojony czarny mundur marynarki. Wbrew pochopnym wnioskom, jakie zapewne się teraz nasuwają, wcale nie jest kucharzem. Po prostu po ostatnich ekscesach żołądkowych niewątpliwie ściśle związanych z kolacją przygotowaną przez kapitana, doszła do wniosku, że woli sama coś przygotować. Na szczęście dla Any, jej koleżanka zdążyła już przestać okupować łazienkę, więc po chwili i ona mogła spokojnie zasiąść do posiłku. Ten upłynął w miłej atmosferze przy radosnych rozmowach i sprośnych żartach kapitana, który oczywiście nie byłby sobą, gdyby z nich zrezygnował. Następnie załoga zabrała się za błogie leniuchowanie.



Południowa wyspa wiecznej nocy Tritua na Nowym Świecie. Wyspa wzięła swą nazwę z tego, że na tym obszarze promienie słoneczne po prostu nie docierały. Spowodowane to było przez ciemne chmury, które zasłaniały całe niebo oraz ogromne stężenie w powietrzu jadenu. Pierwiastka, który ulatniał się do atmosfery z wyspy obok, który produkowały tamtejsze, niespotykane nigdzie indziej na świecie, karmazynowe lasy. Jednakże, dzięki zaawansowanej technologii opracowanej przez największych uczonych, udało się uzyskać sztuczne źródło światło, które generowało prawie takie same walory oświetlenia jak prawdziwe słońce. Miało to jednak swoją wadę. Widno było jedynie na zamieszkanych terenach. Pozostałe prawie osiemdziesiąt procent stanowiły stepy i goła ziemia, którą wiecznie spowijał mrok. Poza tym, w tym świetle dało się hodować tylko niektóre rośliny. W związku z czym, rdzenni mieszkańcy tej wyspy niespecjalnie trudnili się rolnictwem. Na domiar złego deszcz był tu codziennością.
- Wiceadmirale Smoker, znaleźliśmy jakąś wioskę! – zawołał żołnierz marynarki oświetlając obszar przed sobą lampofonem. Był to rodzaj ślimaka, z którego oczu wydobywało się światło. Było to możliwe dzięki wszczepieniu weń specjalnego paliwa produkującego światło. W takie samo paliwo były zaopatrzone na tej wyspie wszystkie miasta. Niewątpliwym plusem tego urządzenia był obszar, jaki rozjaśnił lampofon. Czyli około sto metrów.
- Dobrze! Może tam się czegoś dowiemy! Pierwsza dywizja zostanie w razie czego tutaj! Reszta za mną! – kiwnął na swoich ludzi i wszyscy, bryzgając w błocie, ruszyli w kierunku wioski. – Cholerny deszcz! – Dowódca na próżno próbował zapalić cygaro, lało jak z cebra.
- Wiceadmirale – zameldował się jeden żołnierz z kampanii. – Wszędzie są pozamykane okna i powyłączane stojące lampofony!
- Widzę... – zaniepokoił się Smoker.
Deszcz nie ustawał ani na chwilę. Skutecznie ograniczał widoczność, a także z powodzeniem zagłuszał niewielkie odgłosy. Niektórych żołnierze marynarki zaczął ogarniać lęk. Osada wyglądała na opuszczoną. Przeszywająca cisza, jaka towarzyszyła atmosferze, również jeżyła włos na skórze. Całości dopełniał odgłos spadających kropli deszczu.
- Wy pójdziecie zobaczyć ten dom, a my przeszukamy ten. Rozkazał pięciu podkomendnym, a następnie zbliżył się do drzwi drugiego domu. Te jednak same się otworzyły wydając przy tym dźwięk mrożący krew w żyłach.
- Aaaa! – Krzyknęła Tashigi nie wytrzymując atmosfery.
- Co się drzesz, to tylko zasrany wiatr – warknął przez zęby Smoker. - Zobaczmy. - Ostrożnie uchylił drzwi i wszedł do środka.
Panowała tam absolutna ciemność. Chwycił lampofon i poświęcił nim rozjaśniając mrok. Ujrzał stojący stół, przy nim dwa krzesła, szafkę przy ścianie.
- Wy - wskazał na trzech podkomendnych – przeszukacie pokoje. – Ja i Tashigi – rzucił światło na spróchniałe schody – pójdziemy na górę.
- T-Tak jest – krzyknęli drżącym głosem i ostrożnie zaczęli przeszukiwać mieszkanie.
- N-Na górę – jęknęła przestraszona dziewczyna. Smoker się tylko odwrócił i rzucił jej wymowne spojrzenie. Dziewczyna przełknęła ślinę i z wolna ruszyła za dowódcą. Schody skrzypiały przeraźliwie. Kobieta ledwo panowała nad strachem. Co gorsze, każde kolejne skrzypnięcie go potęgowało. Dowódca wszedł już na piętro.
- Sceneria jak z jakiegoś pieprzonego horroru. – Zapalił cygaro i po chwili jego płuca wypełniła nikotyna.
Wszędzie panował mrok. Krople deszczu uderzały o szybę z siłą gradu, wywołując przy tym straszny hałas. On i Tashigi ostrożnie podeszli do kolejnych drzwi. Smoker je ostrożnie uchylił. Tym razem odbyło się to bezszelestnie. Oświetlił pokój. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że wszystko jest na swoim miejscu.
- Nikogo tu nie ma – odparł mężczyzna i zaczął się z wolna wycofywać.
- Aaaa! – Rozległ się przeraźliwy wrzask a zaraz potem skowyt jakiegoś mężczyzny.
- To ktoś z naszych! – Smokera oblał zimny pot i natychmiast zbiegł na dół.
Padł strzał. Za chwilę rozbrzmiały kolejne.
- T-To z tamtego domu! – Jeden z przełożonych wskazał strzelbą przeciwległy dom, skąd dobiegały przeraźliwe dźwięki. - Czterech z naszych nie żyje! - wrzasnął przerażony.
- Tashigi – Wiceadmirał spojrzał poddenerwowany na dziewczynę. – Zostań z nimi! Niech nikt się stąd nie rusza! – Krzyknął i wbiegł pospiesznie do wskazanego domu. Oświetlił pomieszczenie. Na podłodze leżały cztery ciała w kałuży krwi. Mężczyzna zacisnął zęby i wszedł dalej. Jego cygaro zgasło. Ostrożnie przestąpił do następnego pomieszczenia. Ciśnienie w jego krwi wzrosło. Adrenalina przyśpieszyła bicie serca. Rozejrzał się nerwowo. Ujrzał kolejne ciało. Tym razem jednak była to kobieta. Smoker doskonale wiedział, że poza Tashigi, w jego kampanii nie było żadnej innej kobiet. Ciało było lodowate, ale nie zaczęło jeszcze gnić, co sugerowało, że zgon nastąpił stosunkowo niedawno. Nagle drzwi się zatrzasnęły. Wiceadmirał rzucił się w ich kierunku. Usłyszał wrzask swoich ludzi dochodzący z drugiego domu. Rozległy się strzały. Tashigi przeraźliwie krzyknęła.
- Kurwa mać, co tu się dzieje?! – zacisnął wargi i wyważył drzwi. Zbieg po schodach. Zobaczył roztrzęsioną kobietę siedzącą bezwładnie z mieczem wbitym w ziemię. Patrzyła przed siebie pustym wzrokiem. Obok niej leżały dwa martwe ciało jego ludzi. Reszta żyła, ale leżała na ziemi. Byli nieprzytomni.
- Co tu się stało?! – Potrząsał kobietą, lecz ta jakby tego nie odczuła.
Deszcz nie przestawał padać tworząc po woli czerwony strumień. – Co tu się, do cholery, stało?! – Znów nią potrząsał, lecz reakcja była ta sama. Przeklął pod nosem i spojrzał na swoich kolegów.
– Jesteście cali?!
Nikt mu nie odpowiedział. Spojrzał na martwe ciała. Oblał go blady strach.
- Panie Wiceadmirale! – nadbiegło dziesięciu członków pierwszej dywizji. – Ich dowódca, Kontradmirał Yukimura z niepokojem spojrzał na martwe ciała.
- Co tu się stało?!
Dowódca przez chwilę milczał po czym odparł.
- Nie wiem... – Spuścił wzrok - Wycofać się.
- Słucham?! – krzyknął przemoczony do suchej nitki Kontradmirał, któremu ta decyzja najwyraźniej się nie podobała.
- MACIE STĄD SPIERDALAĆ! – Wiceadmirał wrzasnął na całe gardło. Wszyscy na chwilę zamarli w bezruchu.
- R-Rozkaz – Kontradmirał spuścił wzrok i nakazał zabrać martwe ciała żołnierzy. Obie dywizie zaczęły się wycofywać na okręt wojenny.
- Sam to załatwię!



Popołudnie na znajomych wodach Grand Line wlokło się tak, jakby słońce nagle miało nagle na niebie dłuższą drogę do przebycia. Ryuuga oddał się samotnemu treningowi, Kaidar studiowaniem leczniczych ksiąg, Anna muzyce, Vira brała kąpiel, a Dante radośnie przeglądał pisemka z nagimi kobietami.
- Uuuło! – zawył z podniecenia – ale cyyycuszki~!
- CZY JA NAPRAWDĘ MUSZĘ TEGO SŁUCHAĆ?! – wrzasnęła Ana, która właśnie wybierała się coś przekąsić aż ją było słychać na dole pokładu, gdzie rezydowała Kaidar. Dante poprawił sobie afro i spojrzał na Anę.
- Jakby się tak zastanowić – zsunął lekko okulary i spojrzał spod nich na jej biust. – To nie miałem okazji pościskać twoich...
Nie dane mu było dokończyć. W tej samej chwili w twarz kapitana został wgnieciony potężny glan. Oprawki się powyginały, a szkło popękało.
- Jeszcze jakaś niemoralna propozycja? – Triumfalnie spojrzała na wgniecioną twarz Dantego.
- Może w zadośćuczynieniu pokażesz mi swoje majteczki?
Na twarzy dziewczyny pojawił się wszystkim dobrze znany wypiek oznaczający irytację, a zaraz potem wgniotła jego twarz w pokład. Mężczyzna aż jęknął.
- Haha widzisz? – dumna z siebie kontynuowała maltretowanie nie zdejmując glana z jego twarzy. – To cię nau...
Kapitan w jednej chwili zerwał się na równe nogi. Anie ledwie udało się zachować równowagę. Nawet nie zauważyła, gdy mężczyzna, leżący jeszcze przed chwilą na ziemi, nagle zniknął jej z oczu.
- Oj – przełknęła ślinę, a kropla potu spłynęła po jej skroni. Rozejrzała się i dostrzegła opadający dym, który kończył się na drzwiach do łazienki. Po chwili dał się słyszeć przeraźliwy krzyk kapitana. Był on tak donośny, że dziewczyna musiała aż nasunąć na uszy słuchawki, które swoją drogą zawsze nosiła przy sobie.
- MOJE PIĘKNE AFRO! – rozpaczał widząc w lustrze pogorzelisko na swojej głowie. Oczywiście to, że Vira się w tej chwili myła i drzwi czysto teoretycznie były zamknięte nie miało żadnego znaczenia. Zawstydzona dziewczyna zdążyła tylko zanurzyć się po szyję. Mężczyzna, zaaferowany widokiem swej fryzury dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że wyrywając zamek wleciał do łazienki w momencie, gdy piękna młoda dziewczyna brała kąpiel. Co gorsze, była to Vira. Dziewczyna o dwóch osobowościach, gdzie z tą drugą wolał nie mieć do czynienia.
- U-Ups – wycedził przez zęby i zaczął się powoli wycofywać. – J-Ja tego – jąkał się coraz bardziej przybliżając się do wyjścia. – Wiesz, zrobiłem to niechcący – przełknął ślinę. – Przepraszam! – Z impetem otworzył drzwi i opuścił pomieszczenie w zorganizowanym pośpiechu. To go jednak nie uratowało. Od dziewczyny już biła złowroga aura. Owinięta niestarannie w ręcznik powoli zaczęła zbliżać się do swojej ofiary. Dante odczuwał każdy jej krok. Czuł jak nadchodzi śmierć. Na ustach dziewczyny malował się tylko złowrogi uśmieszek. Z oczu biła przerażająca chęć mordu. Wyglądała niczym szaleniec, który ma za chwilę poćwiartować swoją ofiarę. Im bardziej się zbliżała tym wyraźniej słyszał cichutki chichot, od którego aż cierpła mu skóra. Ana nawet nie próbowała jej powstrzymywać. Od razu poleciała po posiłki.
- Hihihi – chichotało wcielenie samego diabła. – Rozerwę – oblizała się. – ROZERWĘ CIĘ KURWA NA STRZĘPY! – Rzuciła się w jego stronę i po chwili padła bezwładnie na ziemię.
- Zdążyłam – Kaidar odetchnęła z ulgą. Trzymała w rękach pistolet. - Masz szczęście, że tu jestem.
- No... – kapitan odparł drżącym głosem i powoli się podniósł. Już od dawna nie widział Viry w tej postaci. Na szczęście pokładowa pani medyk miała jeszcze w zapasie trochę środków uspokajających. Gdyby nie to, kapitan zapewne skończyłby marnie. Nie dajcie się zmylić. On wcale nie jest słabeuszem. Aura, która w tamtej chwili go tłamsiła odbierała mu jakiekolwiek siły do walki. Schwytany w działanie tej złowrogiej mocy, mógł tylko czekać na pomoc z zewnątrz. Dziewczyna oczywiście po kilku sekundach odzyskała przytomność i zupełnie nie wiedziała, co się z nią przed chwilą działo. Ryuuga trenując na bocianim gnieździe doskonale wiedział, co się dzieje. Miał zeskoczyć, lecz zobaczył nadbiegająca Kaidar, więc spokojnie wrócił do szlifowania swoich technik.
- Stanowczo za dużo emocji – Dante wolnym krokiem skierował się do męskiej kajuty.
- Kapitanie! – Krzyknął z góry chłopak. – Jakiś statek na horyzoncie!
- Hę? – Dante zatrzymał się wpół kroku z rozdziawionymi szeroko ustami. - Marynarka?!
- Nie, to jakiś piracki statek! – Chwycił lunetę.
- Cóż, to trzeba się przywitać. – Wyciągnął grzebień i zaczął poprawiać swoje afro. Nie mógł się tak przecież pokazać.
- O w mordę! – Krzyknął chłopak i zjechał po maszcie na dół. – Musimy wiać! – zadrżał mu głos. - To Słomiany Kapelusz Luffy, Wojownik Mórz!

Ciąg dalszy nastąpi...

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.08.2011 20:51 przez Komimasa.)
12.08.2011 20:50
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama