Aktualny czas: 26.09.2017, 18:21 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odcinek 806 PL już na stronie!
Za tydzień godzinny odcinek specjalny!
Odpowiedz 
Nowy Porządek
Autor Wiadomość
Redrey Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,164
Dołączył: 26.03.2009
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #1
Nowy Porządek
Witam, niektórzy już pewnie czytali, inni nie. W każdym razie zapraszam do lektury. Od razu uprzedzam że pierwszy rozdział jest trochę słaby, ale dalej jest już lepiej. No i wreszcie wymyśliłem tytuł xD. Czytajcie i komentujcie.

UWAGA! Fanfik może zawierać spoilery z mang One Piece, Naruto i Bleach. Przedział wiekowy to 16+, ze względu na momentami brutalne sceny.

Rozdział Pierwszy

Cała załoga Słomianych Kapeluszy w świetnych humorach, po bardzo długiej imprezie wreszcie postanowiła opuścić Thriller Bark. Wcale nie było im śpieszno, bo czas spędzony wspólnie z Lolą i jej załogą był naprawdę przedni. Jednak kiedyś trzeba było opuścić te straszne miejsce. Załoga powoli zaczęła się zbierać na Sunny, właściwie byli już wszyscy oprócz Luffy?ego. Zdenerwowana Nami już chciała udać się na poszukiwanie kapitana, bo myślała że ten się zgubił, ale załoga ją powstrzymała. Już po chwili wszyscy ujrzeli ledwo co unoszącego swój ogromny brzuch Luffy?ego. Nami od razu wyskoczyła z wrzaskiem:
- Gdzieś Ty był imbecylu, już miałam iść Cię szukać! ? Wyskoczyła oburzona, przy okazji wymierzając mu kokosa w czaszkę.
- Po imprezie zostało dużo mięsa, musiałem zjeść przecież to nie mogło się zmarnować. ? Powiedział Luffy z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Idiota! ? Krzyknęła chórem załoga. Na co Luffy zareagował śmiechem. Nami wymierzyła kolejny cios, bo nie mogła znieść głupoty kapitana, ale po chwili uspokojona rzekła:
- Czas ruszać załogo! Chopper idź za ster, Zoro i Sanji rozwińcie żagle. Przygotować się do odpłynięcia!
- Tak jest! ? Odpowiedzieli wszyscy.
Już po chwili Sunny w całej swej okazałości zaczął się powoli oddalać od tego przerażającego miejsca. Załoga pomachała ze statku Loli i jej kompanom, po czym zwrócili się ku kolejnej przygodzie.
Minął dzień, załoga zbudziła się we wspaniałych humorach, byli szczęśliwi że skończyło się już piekło, które zafundowali im Moria i Kuma. Sanji jak zwykle od rana siedział w kuchni przyrządzając niesamowite pyszności dla załogi, szczególnie przykładał się do potraw, które były przeznaczone dla Robin i Nami. Nagle drzwi od kuchni otworzyły się z ogromnym hukiem, a w drzwiach stanął Luffy krzycząc:
- Sanji, żarcie!!!
- Czy Ty nigdy nie możesz poczekać? Zawsze to samo ? westchnął. Kucharz dał mu trochę mięsa żeby go czymś zająć i mieć czas na dokończenie przysmaków.
Po chwili cała załoga zeszła się na śniadanie. Wszyscy zajęli miejsca przy stole, a Sanji serwował im pyszności, zaczynając od pań, ignorując przy tym protestujących Luffy?ego i Usoppa. Śniadanie przebiegło w tak jak zawsze, czyli się w miłej atmosferze. Nie mogło się obejść bez paru szczegółów, takich jak kłótnie Sanjego i Zoro, Luffy?ego kradnącego wszystkim jedzenie, czy tradycyjnego pytania o majteczki, ale dla załogi był to przecież chleb powszedni.
Po śniadaniu załoga przeszła do codziennych zajęć. Luffy i Usopp łowili ryby, Chopper chciał zabrać się za produkcję lekarstw i Rumble Balli, ale gdy zobaczył że Zoro zamierza trenować to wziął stos bandaży i ruszył za nim w pogoń. Robin jak zwykle odpłynęła z jakąś lekturą, Franky pracował nad najnowszymi wynalazkami, Sanji robił przegląd spiżarni, Brook spacerował sobie po statku od czasu do czasu przygrywając jakąś melodię, a Nami zamknęła się w swoim gabinecie i ciężko pracowała rysując coraz to lepsze mapy. Dzień mijał spokojnie aż w pewnym momencie niebo zaczęło przybierać różne kolory, początkowo było niebieskie jak zawsze, lecz po chwili zaczęło bardzo szybko zmieniać barwy, co chwilę było innego koloru . Luffy zaintrygowany tym zjawiskiem zawołał całą załogę. Wszyscy natychmiast się zbiegli i zaczęli się przyglądać. W pewnym momencie niebo stało się całe czarne, zakryło nawet słońce. Całą załoga zamarła, nawet Luffy czuł się w tym momencie nieswojo. Usopp i Chopper gdy zobaczyli co się dzieje, zaczęli panikować i krzyczeć do przyjaciół, których już ledwo co widzieli:
- Musimy zawrócić!!! Zginiemy tu!!! Chyba mam chorobę nie mogę płynąć w tę stronę.
Reszta załogi była tak przerażona że nawet nie słyszeli trzęsących się ze strachu towarzyszy.
Brook w myślach bardzo posmutniał. Przecież tak nie dawno odzyskał cień, nie mógł znieść myśli że znów nie będzie mógł oglądać słońca.
Po chwili nastąpiło trzęsienie ziemi, ale słomiani mimo iż byli na morzu dobrze wiedzieli co się dzieje. Woda wokół nich rozpoczęła szaleńczy taniec, wielkie fale uderzały o ich statek i stopniowo zalewały pokład. Załoga próbowała wylewać wodę z pokładu, ale to działo się zbyt szybko, wszyscy czuli że w każdej chwili może nastąpić koniec, lecz machali wiadrami ile tylko mieli sił, bo nie mogli znieść myśli że zostaną pokonani przez żywioł. Po chwili ku zdziwieniu wszystkich zjawisko zaczęło ustępować. Niebo znów mieniło się wszystkimi znanymi im kolorami, wody wokół nich się uspokoiły, załoga zdążyła usunąć całą wodę z pokładu i zaczęli obserwować czekając na to co się wydarzy. W duchu wciąż byli przygotowani że sytuacja znów może się powtórzyć. Po chwili Robin powiedziała:
- Wiem że Grand Line to morze na którym zdarza się wiele dziwnych zjawisk, ale z takim czymś nigdy się nie zetknęłam, nawet w żadnej książce nie było opisu czegoś takiego. ? Na jej twarzy pojawiły się krople potu. Zauważywszy to Sanji krzyknął:
- Nie bój się Robin-chwan obronię Cię! ? Przy tym jego oczy zamieniły się w wielkie serca.
Nami zareagowała natychmiast ustawiając Sanjego do pionu lewym sierpowym.
- To nie czas na wygłupy, musimy się dowiedzieć co to jest. ? Powiedziała.
W tym momencie niebo nagle wróciło do stanu w jakim zawsze mieli okazje je podziwiać. Jednak nie wszystko było w porządku, na niebie były dwie czarne dziury. Załoga wpatrywała się w kolejne dziwne zjawisko. Nagle z jednej z dziur wypadła jakaś postać, krzyczała niemiłosiernie, ale nic się nie dało zrozumieć. Luffy chciał wyciągnąć rękę, aby uratować tę osobę, jednak byli zbyt daleko. Kapitan natychmiast rozkazał ruszyć w tamtą stronę. Franky już biegł do steru, gdy nagle usłyszał dziwny dźwięk, odwrócił się i ujrzał jak wielki czerwony promień dosłownie rozdziera przestrzeń przed nimi. Cała załoga momentalnie zamarła, wszyscy wiedzieli że z tamtego człowieka nic nie zostało. Zoro jak odruchowo rozciął gigantyczne tsunami kierujące się w ich stronę. Załoga nie wiedziała co ma robić. Usopp trząsł się jak nigdy, wyglądał tak jakby zjadł Galaretka Galaretka no mi. Chopper płakał ze strachu. Reszta załogi czuła się winna, że nie zdążyli pomóc, Luffy wrzeszczał na siebie w duchu, że może gdyby byli bliżej dali by radę uratować tę osobę. Był wściekły, że nie spróbował chociaż wyciągnąć ręki. W tym momencie pierwszy wir się zamknął. Został jeszcze jeden wir. Luffy spodziewając się po drugim wirze czegoś podobnego od razu powiedział:
- Musimy podpłynąć do tego jak najbliżej. ? Powiedział bardzo pewnym głosem.
- A-a-ale L-l-luffy. ? Wykrztusił sparaliżowany ze strachu Usopp.
- Bez dyskusji, nie pozwolę żeby w mojej obecności zginął ktoś jeszcze.
Cała załoga przytaknęła jego słowom i obrali kurs na nie zamkniętą jeszcze otchłań. Gdy podpłynęli bliżej Nami zauważyła że obiekt ten nie wywiera żadnego wpływu na otoczenie, mimo iż patrząc na to z daleka odnosi się takie wrażenie.
- Wpłyńmy pod to ? powiedziała Nami.
- Chyba oszalałaś! ? Krzyknęli razem Usopp i Chopper.
Nami spojrzała na nich ze śmiercią w oczach.
- Straszna ? powiedział Chopper, kryjąc się przy tym za nogami Robin, jak zwykle złą stroną.
- Tak, przerażająca ? przytaknął Usopp.
- Widzicie ten wir nie reaguje w żaden sposób z otoczeniem, myślę że można by od spodu zobaczyć co w nim jest. ? Kontynuowała Nami.
- A co jeśli to pułapka i to coś chce nas wciągnąć i strawić w tych ogromnych czerwonych promieniach. ? Odrzekł z zaniepokojeniem Franky.
- O tym nie pomyślałam.
- Płyniemy tam! ? Krzyknął Luffy wcinając się w rozmowę.
- Muszę się dowiedzieć co zabiło tą osobę i koniecznie temu czemuś skopać dupsko!
W tym momencie załoga wiedziała że już nic nie powstrzyma ich kapitana od wpłynięcia pod dziwne zjawisko. Sunny zaczął bardzo powoli i ostrożnie wpływać pod wir, a Luffy kipiący ze wściekłości cały czas spoglądał w jego wnętrze. W końcu znaleźli się pod czarną otchłanią i faktycznie nic się nie działo. Wszyscy spojrzeli w głąb czarnego kręcącego się obiektu, ale nie mogli tam dostrzec niczego poza bezkresną ciemną otchłanią.
- Wygląda na to że nic tam nie ma ? powiedział Brook z wyraźną ulgą w głosie.
- Miejmy się na baczności, bo gdy pojawi się tam coś czerwonego, to będziemy musieli szybko uciekać. ? Przestrzegłł załogę Sanji.
- Racja. Franky przygotuj Coup De Burst, musimy być w każdej chwili gotowi. ? powiedziała nawigatorka.
-Tak jest! ? Odrzekł cyborg i natychmiast pobiegł poczynić potrzebne przygotowania.
Luffy nadal był jak w transie. Krew gotowała się w nim, tak bardzo chciał ukarać sprawcę poprzedniego czynu.
- Patrzcie! Nie wydaje wam się że w tej dziurze coś jakby się porusza? ? Zapytał reszty Zoro.
- Faktycznie coś w tej dziurze się do nas zbliża. ? Zauważył Chopper.
- Uciekajmy, wszyscy zginiemy! To coś nas zabije tak jak zrobiło to za tamtym! ? Wrzeszczał spanikowany Usopp. Lekarz, gdy tylko zobaczył reakcję snajpera, zaczął czynić to samo.
Reszta załogi również była wystraszona, lecz ukrywali to jak zawsze w takich sytuacjach. To coś było już blisko ujścia dziury. Nami nie mogła czekać dłużej, od razu krzyknęła:
- Faranky, Coup....
- STÓJ!!! ? Wrzasnął wyrwany z transu kapitan.
- Ale Luffy widziałeś co się stało z tamtą osobą, jeśli zostaniemy tu choć chwilę dłużej...
- Zostajemy! Nie ma mowy bym teraz odpłynął!
Cała załoga była zaszokowana decyzją kapitana, tylko Zoro słysząc to uśmiechnął się szyderczo i kciukiem lekko wysunął miecz z pochwy. Nami czuła się odpowiedzialna za załogę że postanowiła sprzeciwić się kapitanowi i popadając w skrajne przerażenie, zaczęła błagać Frankiego aby odpalił Coup de Burst.
Luffy spojrzał Franky?emu w oczy:
- Jeśli, to zrobisz przestane być piratem...


Rozdział Drugi

Załoga odczuła powagę sytuacji, więc postanowili zaufać kapitanowi. Luffy nerwowo czekał aż ujrzy postać kryjącą się w dziurze. Nagle wszyscy dostrzegli kontury człowieka, wydawało się jakby zatrzymał się nad nimi i lewitując obserwował ich poczynania.
- Wyłaź tu, skopie Ci dupsko!!! ? wrzasnął wściekły nie na żarty Luffy.
Osoba znajdująca się ponad nimi, nagle wycofała się i bardzo szybko zniknęła w ciemnościach przerażającej otchłani. Słomiany Kapelusz nie wytrzymał.
- Gomu Gomu no Pistolet! ? Jego ręka natychmiast rozciągnęła się do granic możliwości i pomknęła w stronę wiru. Tym razem nie było dla niego ograniczeń, mimo że dziura była wysoko wiedział, iż musi jej dosięgnąć. Już po chwili jego ręka znalazła się u celu i ciemność pochłonęła jego pięść. Kapitan poczuł przeszywające go zimno bijące od wstrzelonej ku górze ręki, przypomniał sobie walkę z admirałem Ao Kijim i pomyślał że to bardzo podobne uczucie. Po chwili stwierdził że jego ręka już więcej nie może się rozciągnąć, więc ku swojemu niezadowoleniu zdecydował się ją zawrócić. Nagle Luffy z głupim uśmiechem na twarzy zwrócił się do swoich kompanów :
- Mam mały problem, niby to takie nic, ale nie mogę wycofać mojej dłoni i jeśli tak dalej pójdzie to naciągnięta guma pociągnie mnie w stronę dziury.
Nogi Luffy?ego oderwały się od pokładu. Cała załoga rzuciła się aby ratować człowieka, któremu powierzyli swoje życia. Zoro zdołał złapać kapitana za nogę, Franky będąc tuż za szermierzem chwycił go by wspólnymi siłami zapobiec utracie przyjaciela. Sanji chciał złapać cyborga i wspomóc kamratów, lecz nie zdążył, gdyż siła naciągniętej gumy w tym samym momencie dała swój upust, wystrzeliwując wszystkich trzech w kierunku czarnej dziury. Reszta mogła już tylko patrzeć jak ich towarzysze znikają w ciemności. Wir się zamknął.

***

Gdzieś w oddali dwie tajemnicze postacie prowadziły rozmowę:
- Witaj. Mam dla Ciebie wspaniałe wieści.
- Mów.
- Ostatni test zakończył się pełnym sukcesem, myślę że możemy zacząć wcielać nasz plan w życie.
- Tyle na to czekaliśmy, nareszcie zaprowadzimy nowy porządek. Przekaż reszcie, aby za godzinę stawili się u mnie, musimy zacząć przygotowania do pierwszej fazy naszego planu.
Nagle do miejsca, w którym się znajdują wbiegła trzecia postać krzycząc:
- Złe wieści, wykryto trzy niezidentyfikowane postacie, żadna z nich nie jest Guardianem.
- Cholera, kto to może być i jak oni się tam dostali? Może system nadal nie działa poprawnie? Nieważne, testowaliśmy działanie w strefie pierwszej, więc na pewno pochodzą stamtąd. Natychmiast rozesłać ich do stref drugiej, trzeciej i czwartej. Pod żadnym pozorem nie mogą się do wiedzieć w czym uczestniczą!
-Tak jest!

***

Cyborg powoli otworzył oczy. Wokół spowijała go ciemność i mrok, był w stanie widzieć zaledwie na pięć metrów przed siebie. Było tak strasznie zimno, że nie czuł już palców u rąk i nóg, a jego ciałem miotały dreszcze spowodowane niską temperaturą. Nagle, ku swojemu zdziwieniu stwierdził że nie ma gruntu pod stopami, myślał że zacznie spadać i czarna głębia pochłonie go doszczętnie. Tak się jednak nie stało, unosił się w nieznanej, tajemniczej i ciemnej przestrzeni. Poczuł ogromny strach, gdy spostrzegł że nie ma przy nim jego kompanów. Natychmiast krzyknął:
- Luffy, Zoro, gdzie jesteście!?
Jedyne co usłyszał to przeraźliwe echo rozchodzące się z wydźwiękiem po miejscu spowitym ciemnością.
W pewnym momencie poczuł że ma coś w ustach, zaraz potem że nie może oddychać. Wpadł w panikę, gdy stwierdził że to otaczająca go ciemność wdziera się do jego ciała z każdej strony. Franky miał coraz mniej powietrza, nie wiedział co ma robić, do tego czuł straszliwy dotąd mu nie znany ból głowy. Miał wrażenie jakby oślizły język ciemności zlizywał szare komórki z jego mózgu. Nie mógł tego dużej znieść, ból stał się tak przerażający, że większość żyłek w jego oczach popękała, a on sam zaczął wrzeszczeć jak opętany. Otoczenie było głuche na nieziemskie cierpienia cieśli, a torturę potęgował jeszcze krzyk odbijany przez echo. Zaczął modlić, się aby koszmar jak najszybciej się zakończył, jego mózg był już spowity przez ciemność i czuł na nim taki nacisk że był pewien że jeszcze chwila, a wytryśnie on przez wszystkie otwory na jego twarzy. Białka jego oczu stały się już w całości czerwone, a on pragnął tylko końca tej straszliwej męczarni.
- Franky!!!
Cyborg usłyszał nagle głos swojego kapitana przedzierający się przez gęstwiny ciemności.
Momentalnie mnóstwo myśli zaczęło pchać się do jego głowy. W jednej chwili zobaczył całe swoje życie, i uświadomił sobie jak bardzo się ono zmieniło, odkąd zdecydował się wieść żywot pirata. Siła woli nakazała mu walkę, przecież jest jednym ze Słomianych Kapeluszy.
- Franky!!!
- Franky!!!
Coraz wyraźniej słyszał głos Luffy?ego. Pod wpływem impulsu zachłysnął się głęboko powietrzem zmieszanym z pochłaniającą go ciemnością i krzyknął:
- Fresh Fire!
Ogromny podmuch ognia został wyrzucony z jego ciała wraz z bliską zniszczenia cyborga ciemnością. Poczuł niesamowitą ulgę, położył ręce na kolanach i zaciągał się powietrzem, w taki sposób, jakby robił to po raz pierwszy. Gdy wreszcie otrząsnął się z tego co przed chwilą się działo, przypomniał sobie że słyszał swojego kapitana, więc pomyślał że zacznie go szukać. Spojrzał przed siebie i zobaczył parę oczy wytrzeszczonych w jego stronę, należały one do postaci, której ciało było w całości było czarne. Strach sprzed chwili wrócił, był świadom że na potężny podmuch ognia, który go wyzwolił przeznaczył całą butelkę coli. Wiedział, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż ciemność próbująca go pożreć jeszcze przed chwilą jest sterowana przez kruczoczarną postać znajdującą się naprzeciw niego.
- Bez walki nie zginę !!! ? krzyknął cieśla i rzucił się do ataku
- Strong Hammer!
Metalowa pięść wbiła się w twarz lewitującej przed nim postaci.
- Co Ty wyprawiasz idioto!? Tyle Cie szukałem w tych ciemnościach i tak mnie witasz? ? powiedział Luffy otrzepując się z sadzy, która pozostała na nim po bezpośrednim przyjęciu na siebie ognistego ataku cyborga.
- To Ty!? Nie trzeba było się tak maskować
- Nie maskowałem się, tylko przypaliłeś mnie trochę, szczęście że zdążyłem w porę zdjąć mój skarb z głowy. ? odrzekł śmiejąc się Luffy.
- Cieszę się że nie jestem tu sam, zatańczmy mój taniec radości.
- Ął, ę, oł, Suuuupaaaaa!!! ? krzyknęli razem łącząc ręce w górze.
- Zaraz, a gdzie jest Zoro? Przecież ja wpadłem tu za nim. ? Spytał, cieśla przypominając sobie o tym małym szczególe
- Serio? Głodny jestem, Sanji!!!
- Nie rżnij głupa, może najpierw poszukamy Zoro, a później pomyślimy jak wrócić na statek i najeść się do syta.
- Będzie jedzenie? Zoro gdzie jesteś!? ? Luffy od razu rozpoczął intensywne poszukiwania.
- Ech, tylko żarcie mu w głowie.
Razem zaczęli przedzierać się przez gęstą ciemność, nawołując przy tym szermierza.
Czas mijał a po Zoro nie było ani śladu, zimno coraz bardziej dawało się we znaki. Na ich twarzach pojawił się szron przykrywając pierwsze oznaki zmęczenia. Nagle zmęczeni już nawoływaniem, usłyszeli bardzo podejrzane odgłosy.
- Co to za dźwięk? Czyżby w pobliżu czaiła się jakaś bestia? ? powiedział trochę zaniepokojony tym faktem Franky.
- To nie to, to coś o wiele straszniejszego. To chrapanie Zoro.
Gdyby w otchłani, w której się znajdowali była podłoga, Cieśla z pewnością upadł by na nią twarzą z wrażenia.
Ruszyli w kierunku chrapania, a ich oczom powoli ukazywała się sylwetka szermierza.
Wreszcie byli przy nim, Luffy brutalnie potraktował bańkę wystającą z nosa zielonowłosego, a ten przy jej pęknięciu natychmiast się zbudził.
- Co jest? Czemu mnie budzicie? Zaraz gdzie ja do cholery jestem? Czemu tu jest tak ciemno? - pytał bez przerwy zaspany szermierz z grymasem na twarzy.
- Jak zwykle najważniejsze prześpi. ? powiedział Franky z uśmiechem na twarzy.
Luffy skomentował to śmiechem.
W komplecie czuli się znacznie pewniej.
- Dobra, nie interesuje mnie gdzie jesteśmy, ale wynośmy się stąd i wracajmy na statek. ? odrzekł poirytowany sytuacją Zoro.
- Bardzo chętnie, ale błąkaliśmy się tu trochę i żadnego wyjścia nie zauważyliśmy. ?dorzucił cyborg.
Niespodziewanie niesamowite światło przeszyło ciemność w której się znajdowali. Ich oczy zaczęły łzawić, od jasności, szczególny problem miał z tym cieśla, którego zmysł nie był w najlepszym stanie.
Gdy ich wzrok przywykł nieco do aktualnych warunków, spostrzegli wiry, wyglądające identycznie jak te, które widzieli będąc jeszcze na Sunnym, z tą różnicą że tym razem biła od nich jasność.
- W który uderzyć tym razem? ? zapytał Luffy z szerokim uśmiechem na twarzy.
- W żaden! ? krzyknął spanikowany szermierz, łapiąc przy tym kapitana aby uniemożliwić mu ruch.
- Musimy się zastanowić, który doprowadzi nas tam skąd przyszliśmy. ? dodał Franky.
- Obiecuje że nie będę atakował, puść mnie Zoro. ? mówił Luffy. Zoro wypuścił kapitana i powiedział:
- Musimy iść tam! ? Palcem wskazywał na jeden z wirów.
- To jest zły pomysł. Jeśli Ty go wskazałeś, to z twoją orientacją w terenie możemy być pewni że to na pewno nie tam. ? powiedział cyborg z drwiną w głosie.
Nagle wszyscy trzej poczuli silny uścisk na sobie. Każdy został silnie pochwycony i unieruchomiony przez jakąś postać. W jednej chwili wszyscy trzej wraz z pochwyconymi piratami zniknęły, każdy w innym wirze.

***

Ludzie powychodzili z domów na ulice i wpatrywali się w wielką czarną dziurę na niebie.
Nagle jakiś obiekt z ogromną prędkością wyłonił się z wiru i z impetem uderzył o ziemię niszcząc jeden z pobliskich budynków. Portal się zamknął. Zoro pozbierał się i spojrzał na tego, który zapewnił mu tę wycieczkę. Stał przed nim wysoki mężczyzna o fioletowej skórze, jego ręce były wytatuowane przeróżnymi wzorami. Miał długie czarne włosy sięgające aż do łopatek, był odziany jedynie w postrzępione brązowe spodnie sięgające mu do kolan. W rękach trzymał dwa potężne zagięte w górę ostrza. Na klatce piersiowej posiadał ogromną bliznę, widać było że nie jest nowicjuszem w dziedzinie walki. Jego twarz, o niezwykle nieprzyjemnym wyrazie, była koścista, zaś oczy nie miały źrenic, z uniesionych powiek było widać tylko dwie czarne kule.
- Kim jesteś i czego chcesz? - zapytał Zoro.
Postać milczała, spoglądając w jego stronę swoimi czarnymi jak smoła ślepiami. Zoro był w każdej chwili gotów rozpocząć walkę, rzucił jeszcze okiem po zebranych wokół gapiach, bo nie chciał nikogo przypadkowo zranić, ku swojemu zdziwieniu stwierdził że większość z nich nie wygląda lepiej niż bestia stojąca przed nim.
Szermierz zaskoczony swoim odkryciem ledwo spostrzegł jak czarnooki znalazł się tuż przed nim, w ostatnim momencie zdołał chwycić swoje miecze w obie ręce i sparować dwa olbrzymie ostrza przeciwnika. Uderzenia były tak silne że zgrzyt stali dał się słyszeć w oddali. Stali zwarci dłuższą chwilę. Roronoa czuł się jakby czarne ślepia prześwietlały go na wylot. Zoro odrzucił przeciwnika i odskoczył aby zachować bezpieczną odległość. Już po pierwszym ataku zauważył że potwór atakuje bezmyślnie i na oślep. Zoro natychmiast przeszedł do kontrataku, podbiegł do przeciwnika, atakując dwoma mieczami jednocześnie. Nastąpiła bardzo gwałtowna wymiana ciosów. Bezimienna postać parowała wszystkie ataki, stal uderzała o siebie z niesamowitą prędkością i siłą, a jej oddźwięk powoli zaczął przerażać niektórych zebranych w pobliżu pola bitwy. Potwór wziął ogromny zamach i rozcinając powietrze, sprawił że cięcie poszybowało w pirata i uderzyło w niego z taką siłą, że mimo, iż zablokował cios, przeleciał przez trzy budynki z niesamowitą prędkością. Zoro pozbierał się z gruzu i splunął krwią na ziemie. Zmierzył idącego w jego stronę przeciwnika wzrokiem i schował Sandai Kitetsu do pochwy. Mocno ścisnął rękojeść Shuusui, ugiął kolana i z przerażającą szybkością pomknął w stronę potwora krzycząc:
- Shishi Sonson!
Już po chwili znalazł się za plecami przeciwnika chowając miecz do pochwy. Z demona wystrzeliła krew, jego lewa ręka wraz z częścią tułowia odpadła od ciała dzieląc tym samym serce na dwie części. Upadł na kolana, jego twarz skierowała się ku niebu. Nagle z oczu, ust, uszu i nosa, zaczęła wydostawać się ciemność ulatując ku górze. Zoro był bardzo zaskoczony tym widokiem, gdy mrok uleciał, bestia wyzionęła ducha i upadła w kałużę własnej krwi.
Szermierz chciał raz jeszcze zobaczyć, czarne oczy które napawały go takim przerażeniem. Odwrócił cało twarzą do góry i to co zobaczył przeraziło go jeszcze bardziej niż mroczny wzrok z przed chwili. Spojrzał martwemu przeciwnikowi w oczy, i zobaczył w nich jego potylice. Wnętrze jego czaszki było puste, nie było oczu mózgu, została sama czaszka. Szermierz otworzył usta i dostrzegł że te również są wyczyszczone nie było zębów, języka, a nawet podniebienia.
- Cholera z czym my mamy doczynienia. ? powiedział szermierz w myślach.
Zoro postanowił się zorientować w jakim miejscu mniej więcej się znajduje i ustalić ile zajmie mu dotarcie do reszty załogi. Podszedł więc do człowieka stojącego najbliżej i zapytał:
- Mógłbyś mi powiedzieć gdzie jestem?
- Hahaha. Jesteś w najgorszym miejscu do jakiego można było trafić czyli w Zaraki osiemdziesiątym okręgu Rukongai.

Rozdział Trzeci

Wszyscy stali bez ruchu, wpatrując się w błękitne niebo. Nad nimi nie było jednak już nic. Nie dotarło do nich jeszcze, że właśnie przed chwilą trzech kamratów zostało pochłoniętych przez ciemność.
- Luffy, Zoro, Franky... ? powiedziała Nami, po czym zakryła usta dłonią, a łzy pociekły po jej policzkach.
Sanji podszedł do niej i przytulił ją. Nawigatorka płakała w objęciach kucharza.
- Jak to się stało? Przecież nie mogli tak po prosu zginąć. ? mówiła dalej wylewając smutek na ramieniu towarzysza.
- Luffy i reszta na pewno nie umarli! Oni na pewno żyją musimy ich tylko poszukać. ? krzyknął Usopp.
- On może mieć rację. Sami na własne oczy widzieliśmy, że tamtą przestrzeń da się opuścić. ? odrzekła Robin, a reszta załogi spojrzała w jej stronę z nadzieją w oczach.
- Powinniśmy popłynąć na najbliższą wyspę, może znajdują się tam ludzie którzy będą wiedzieli coś więcej na ten temat. Mając jakieś informacje, moglibyśmy spróbować jakoś ich stamtąd wydostać. ? kontynuowała pani archeolog, która jako jedyna zachowała zimną krew. Na twarzach reszty powoli zaczął pojawiać się dawny uśmiech i nadzieja.
- Robin ma rację, nie możemy się poddać. Znajdziemy ich choćbyśmy mieli poświęcić na to resztę życia. ? orzekła wszystkim Nami ocierając łzy z przed chwili.
- Tak jest! ? cała załoga zerwała się z entuzjazmem.
Sunny obrał kurs na wyspę, którą w oddali dostrzegł Usopp. Słomiani Kapelusze znów byli pewni siebie jak nigdy, mimo że bez szermierza, cieśli i kapitana, ruszyli naprzód czując że nic ich nie powstrzyma.

***

Na purpurowym niebie otworzył się portal i dwie postacie wypadły z wielkim hukiem uderzając o ziemię.
Cyborg natychmiast się pozbierał i zrobił szybki przegląd okolicy. Jedyna rzeczą, którą dostrzegł był sporych rozmiarów budynek, wyglądający jak przerobiony kościół. Nagle poczuł uścisk na kostkach. Z pod ziemi wyłoniła się ogromna postać i rzuciła nim w pobliskie skały. Cieśla frontalnie zderzył się z twardą powierzchnią kamieni, jednak nie odniósł większych obrażeń dzięki częściowo metalowemu ciału. Wstał i spojrzał przeciwnikowi w oczy, pod powiekami olbrzyma znajdowały się dwie czarne kule. Franky skamieniał na ten widok. Przeciwnik był o dwie głowy wyższy od niego, był właścicielem bardzo potężnie zbudowanego ciała, jego wyrazista muskulatura już z daleka była wyraźnie widoczna. Twarz była bardzo zniekształcona wieloma przemieszczonymi kośćmi, zaś włosy miał długie do ramion, kręcone i bardzo postrzępione. Posiadał skórę koloru fioletowego i nosił na sobie jedynie długie do kostek podziurawione zielone spodnie. Czarnooki ruszył do ataku. Bardzo szybko podbiegł i uderzył potężną pięścią z całej siły w przeciwnika, jednak ten w porę odpowiedział:
-Strong Hammer!
Ziemia wokół zadrżała na skutek przytłaczającej siły ścierających się ze sobą potęg. Potwór natychmiast drugą ręką uderzył Franky?ego wybijając go wysoko w powietrze. Cyborg po krótkiej analizie umiejętności wroga stwierdził że jego głównym atrybutem jest tężyzna fizyczna i gdyby nie metal w jego ciele, to z pewnością był by teraz martwy. Pewien pomysł wpadł mu do głowy, lecz wiedział że po przygodzie w ciemnej otchłani zostały mu już tylko dwie butelki coli.
Cieśla spadając w dół wycelował w nieprzyjaciela i rozpoczął atak:
- Beans Left!
Stało się tak jak podejrzewał, kule wbiły się w ciało, ale nie były w stanie przejść grubej warstwy mięśni, spowodowały jedynie kilka strumyków krwi. W powietrzu czuć było atmosferę walki i wręcz wyciekającą z bestii nienawiść. Franky zdołał oddalić się na wystarczającą odległość. Potwór zawył i uderzył z całych sił w ziemię, która zaczęła gwałtownie pękać kierując się w stronę cyborga. Ten w porę zauważył atak i uskoczył i natychmiast ruszył w stronę podziurawionej postaci.
- Ouchi Finger!
Wyciągnął palec wskazujący i otworzył ogień. Strzelał cały czas powoli się zbliżając. Potwór ruszył w jego stronę. Franky wyczuł moment:
- Fresh Fire!
Trafił idealnie, przeciwnik został pochłonięty przez falę płomieni. Po przyjęciu tego ataku ledwo stał na nogach. Cyborg stanął przed nim i spokojnie wycelował w jego twarz.
-Weapon Left ? wypowiedział spokojnie, a wielki pocisk zderzył się z twarzą potwora, nie pozostawiając mu szans na przeżycie. Cieśla spojrzał na martwego przeciwnika, spostrzegł że ze wszystkich otworów na jego twarzy wydobywa się ciemność. Franky?ego przeszył dreszcz na ten widok, od razu przypomniał sobie co przeżył we wnętrzu wiru. Nachodziły go pytania, czy gdyby poddał się wtedy, byłby teraz taki jak on. Jednak szybko odegnał złe myśli i postanowił zorientować się gdzie jest. Ruszył więc w stronę wcześniej widzianego budynku, Szybko spostrzegł kilka postaci biegnących w jego stronę, najprawdopodobniej ich uwagę zwróciły odgłosy walki. Nagle nad sobą ujrzał kulistą istotę z wieloma wypustkami, która na środku ciała miała głowę, z pentagramem na czole.
- Uważaj to Akuma, jeśli cię trafi to umrzesz! ? Krzyknęła jedna z osób znajdujących się w oddali. Postać znajdująca się u góry zaczęła do niego strzelać.
- Hosi Shield ? Franky na swoim lewym ramieniu utworzył tarczę, którą zaczął odbijać pociski wystrzelone w jego stronę. Postanowił zużyć ostatnią butelkę, która mu pozostała.
- Weapon Left! ? Wystrzelił w kierunku potwora pocisk, w którym zawarł cały pozostały mu zapas odżywczego napoju. Na niebie pojawiła się wielka eksplozja, a po przeciwniku nie zostało ani śladu. Człowiek podbiegający do cyborga ze zdumieniem zapytał:
- Jesteś Egzorcystą?
- Nie, jestem piratem i właśnie się zgubiłem. Macie może trochę coli?

***

Niekompletna załoga Słomianych Kapeluszy zacumowała w porcie, zwijając flagę i żagle, tak by pozostać incognito .
- Teraz musimy się podzielić na trzy dwu osobowe zespoły. Ja i Sanji pójdziemy poszukać informacji, Chopper i Robin uzupełnią zapasy, po czym do nas dołączą, a Brook i Usopp zostają na statku. ? zarządziła pani nawigator. Sanji był bardzo zadowolony z otrzymanego przydziału. Usopp natomiast zaczął protestować:
- Czemu akurat ja muszę zostać na statku?
- Hmm, bo tylko tak dzielny wojownik mórz jak ty, będzie w stanie ochronić nasz statek. ? odrzekła Nami po nosem się śmiejąc.
- O tak, przecież zapomniałem że tylko przewspaniały Usopp-sama może obronić Sunny przed atakiem wroga.
Lekarz przybrał formę renifera i wraz z panią archeolog ruszyli do okolicznych sklepów.
Snajper i Szkielet wyciągnęli karty i by zabić nudę zaczęli grać w pokera. Kucharz wraz ze swoim obiektem pożądania przekroczył próg miasta nie różniącego się pozornie niczym od innych, które mieli okazję odwiedzać. Ludzie wyglądali na trochę przygnębionych i znudzonych monotonią życia, budynki stojące wzdłuż ulic były skromne i wydawały się aż błagać o renowacje. Mijane stragany, także obfitowały jakieś specjalnie wykwintne towary. Przechadzając się uliczkami zauważyli karczmę, wspólnie uznali że powinien znajdować się tam ktoś posiadający jakieś informacje. Otworzyli drzwi, karczma była pełna ludzi, którzy ewidentnie różnili się od osób widzianych na zewnątrz. Towarzystwo bawiło się na całego popijając ogromne ilości sake. Nagle jeden ujrzał śliczną kobietę stojącą w wejściu i od razu wrzasnął do reszty:
- Spójrzcie jaka sztuka, dziś ewidentnie się zabawimy!
Sanji już chciał się rzucić w kierunku obleśnego faceta, który wypowiedział te słowa, jednak Nami chwyciła go za rękę i pokiwała przecząco głową, dając mu tym samym do zrozumienia żeby zignorował wszystkich znajdujących się wokół. Podeszli do baru i zamówili po szklance wody. Barman nalewając wodę spytał:
- Jesteście tu nowi?
- Tak i chciałabym się dowiedzieć kilku rzeczy, będę wdzięczna jeśli nam pomożesz ? nawiązała rozmowę nawigatorka.
- Jeśli będę w stanie, to chętnie pomogę za odpowiednią opłatą oczywiście.
- Jak to!
- Przepraszam, ale w tym mieście każdemu przyda się dodatkowy grosz, bardzo ciężko się tu żyję.
Nami poczuła czyjąś dłoń na swojej piersi. Krzyknęła i odwracając się ujrzała że wszyscy faceci z karczmy zbliżyli się do niej i spoglądali z pożądaniem w oczach. Kucharz nie wytrzymał:
- Party Table!
Wszyscy faceci zostali rozrzuceni po karczmie i zaskoczeni siłą przeciwnika zaczęli uciekać z karczmy, a ostatni wybiegający krzyknął:
- Już po was, kapitan John was zniszczy! Hahahaha!
- Kapitan John? Kto to taki? ? zwrócił się Sanji do zaskoczonego całą sytuacją barmana.
- Skoro już się w to wplątaliście, to opowiem wam wszystko od początku. Kiedyś wyspa była bardzo bogata, ludziom żyło się tu naprawdę dobrze. Wszystko skończyło się w momencie, w którym do bazy marynarki przybył ten łotr John. Zebrał on odział bandytów, z którymi przed chwilą mieliście przyjemność i zaczął zastraszać mieszkańców. Z każdego z nas ściąga niesamowicie wysoki haracz i bogaci się tym samym naszym kosztem. Zabija każdego kto mu się przeciwstawi. Żyjemy w tym piekle już trzy lata.
- A to drań! ? wycedził przez zęby kucharz i odpalił papierosa.
- Chcieliście dostać jakieś informacje. Już nie chcę pieniędzy. Widzę że jesteś bardzo silny, jeśli zlikwidujesz tego tyrana pomogę wam bardzo chętnie, zresztą nie tylko ja, ale wszyscy mieszkańcy.
Sanji zaciągnął się papierosem i rzekł:
- Gdzie go znajdę?
- Na najwyższym wzgórzu na wyspie znajduje się tutejsza baza marynarki i jego siedziba.
- Nami-san wróć na statek chwilę może mnie nie być.
- Dasz radę?
- Oczywiście. ? rzekł, poczym wypalając do końca papierosa wyszedł.

***

Jak zwykle w wolnych chwilach leżał na dachu wpatrując się w niebo, gdy nagle ujrzał na nim czarną dziurę i wypadające z niej dwie postacie.
Luffy bardzo zdenerwowany podniósł się po upadku i spojrzał na tego, który mu tę wycieczkę zafundował. Postać była bardzo niska , nie sięgała kapitanowi nawet do klatki piersiowej. Z jego ciała wystawało mnóstwo kolców, od łysej głowy po stopy. Jedynymi wolnymi od szpikulców miejscami były fioletowego koloru brzuch i twarz. Słomiany kapelusz zdziwił się gdy spojrzał przeciwnikowi w oczy, zobaczył w nich przytłaczającą ciemności i natychmiast odwrócił od nich wzrok.
- Kim jesteś i gdzie są moi przyjaciele? ? spytał Luffy.
Osobnik zamiast odpowiedzieć, przystąpił do ataku. Zwinął się w kulę i w morderczych obrotach pomknął by zabić. Gumiak uskoczył w górę i uderzył:
- Gomu Gomu no Pistol!
Pięść wystrzeliła w stronę przypominającego kaktusa przeciwnika. Trysnęła krew, dłoń nabiła się na kolczasty pancerz. Agresor nabrał rozpędu i znów ruszył taranując wszystko po drodze. Kapitan wiedział że musi wyczekać moment, w którym oponent będzie stał na dwóch nogach odkrywając słabe punkty. Walka wrzała szpiczasty walec ganiał za Luffy?m a ten ciągle unikał ciosów. W końcu niszczycielskie koło się zatrzymało i rozwijając się stanął na dwóch nogach. Taka okazja mogła się nie więcej nie powtórzyć:
- Gomu gomu no Stamp!
Przeciwnik widząc nogę pędzącą w stronę jego brzucha, odwrócił się plecami wystawiając igły. Słomiany wrzasnął, jego stopa była dziurawa, a krew ściekała z niej ciurkiem. Wróg został przy tym ataku wgnieciony w budynek, ale po chwili znów się skulił i rozpoczęła się kolejna runda. Z dwoma poważnymi ranami coraz ciężej było unikać ataków. Zmęczenie zaczęło się dawać gumiakowi we znaki. Po wielu uskokach i manewrach bestia, również wykończona znów się rozwinęła. Luffy bał się zaatakować, by nie powtórzyła się sytuacja z poprzedniej rundy. Nagle postać przestała się ruszać i zastygła z rękami uniesionymi ku górze. Wydawało się jakby usilnie próbowała się ruszyć.
- Kage Mane no Jutsu! Unieruchomiłem go masz szanse go zaatakować! ? Krzyknęła postać znajdująca się na dachu jednego z budynków.
Gumiak natychmiast rozciągnął obie ręce do tyłu szyderczo się uśmiechając:
- Gomu Gomu no Bazooka!!! ? W jednej chwili obie dłonie z taką siły uderzyły w kolczastego potwora, że zmiażdżyły mu wszystkie wnętrzności i złamały kręgosłup. Bestia roztrzaskała się o ścianę pobliskiego budynku, a z jej ust wytrysnęła ogromna ilość czerwonej mazi. Potwór padł na ziemię, a z otworów na jego twarzy zaczęła toczyć się ciemność ulatująca ku górze. Był to zadziwiający widok. Czarno włosy chłopiec z upiętymi włosami zeskoczył z dachu i zapytał:
- Kim jesteś i czym był ten potwór?

***

Kwatera główna marynarki.
- Cholera, ile jeszcze będziemy czekać na tego durnego Sengoku, nadali temu zebraniu wagę światową i jeszcze się spóźniają ? odrzekł z poirytowaniem Don Flamingo
- Skończ już narzekać, skoro są tu wszyscy Schichibukai i trzej admirałowie to musi być coś ważnego ? zganił kolegę po fachu Mihawk .
- Chcesz zginąć?
Jastrzębiooki zignorował prowokacje i czekał na rozwój wypadków. Czarnobrody z Morią zabawiali się nawzajem opowiadając kawały. Jinbei cały czas główkował nad tym, co takiego musiało się stać, że aż został uwolniony z Impel Down na tę okazję. Ao Kiji był bliski zaśnięcia, natomiast pozostała dwójka admirałów była wyraźnie pochłonięta rozmową. Kuma pogrążony był w lekturze, a Hancock wyraźnie wydawała się być zgorszona towarzystwem.
Nagle drzwi do Sali obrad otwarły się głośno skrzypiąc, czym zwróciły uwagę wszystkich zebranych. W wejściu stała Crane, miała bardzo poważną minę, zmierzyła surowym wzrokiem wszystkich przybyłych po czym rzekła:
- Zebraliśmy się tu ponieważ najsilniejszy człowiek marynarki i Światowego Rządu admirał floty Sengoku został zamordowany...

05.04.2009 16:15
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Caellion Offline
Bosman
Pirat

*
Liczba postów: 370
Dołączył: 10.04.2009
Skąd: Obecnie Szczecin
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #2
 
zajebioza.... połączenie One Piece z Bleachem, D. gray-man'em i Naruto... ja chcę więcej...

fakt, że 1. rozdział nie powalał ale dalsze były niezłe...

powiedz że będziesz to kontynuował.

[Obrazek: alj9mx.jpg]

“Do what I do. Hold tight and pretend it’s a plan!”
“This is who I am, right here, right now, all right? All that counts is here and now, and this is me!”
“We’re all stories, in the end. Just make it a good one, eh?”
"Nikt nie powiedział, że dobre decyzje nie będą cię ranić..."
13.05.2009 15:40
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Redrey Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,164
Dołączył: 26.03.2009
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #3
 
Witam poprzedni post usunąłem bo zaczynał się pesymistycznie i gdybym go zedytował to pewnie nikt i tak by tu nie zajrzał. Nie wiem czy nadal mam jakiś fanów, ale mam dobrą wiadomość. Zgodnie z obietnicą daną przed wyjazdem fik będzie kontynuowany, tak więc nie bójcie się nic postaram się aby emocji nie brakowało. Póki co wrzucam rozdziały, których tu brakowało czyli 4-8, więc jeśli ktoś nie czytał to nie będzie mu się nudzić. 9 rozdział już niebawem! WRÓCIŁEM! Vegi błagam Cię ani słowa nikomu o szczegółach, które znasz, a które nie zostały nawet jeszcze napisane.
A tu już rozdziały 4-8.

Rozdział Czwarty


Kwatera Marnarki
- Jak to zamordowany? ? zerwali się wszyscy za wyjątkiem Mihawka i Kumy.
- Wczoraj znalazłam go martwego w gabinecie, jego ciało było podziurawione jak sito. Bez wątpienia mamy styczność z kimś tak silnym że nawet nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. ? nakreślała sytuację Crane.
- Cholera, nie mogę w to uwierzyć, przecież Sengoku był tak silny że razem z Kizaru nie potrafiliśmy go pokonać ? odrzekł przerażony sytuacją Ao Kiji.
- Jestem świadoma że to szokująca wiadomość, ale musimy działać. Wydaje mi się że ktoś chcę zachwiać równowagę na świecie. Ja jako taktyk Światowego Rządu tymczasowo przejmuję dowodzenia i obowiązki admirała floty.
- Niby co mamy zrobić? Nawet nie wiemy kto jest mordercą. ? zapytał wyjątkowo poważny Don Flamingo.
- Mam plan, niestety wymaga on zjednoczenia sił z czterema największymi piratami. Podzielę was teraz na zespoły i każdemu przydzielę zadania. Bartholomew Kuma i Gecko Moria udacie się by przekonać Ayako do współpracy ze światowym rządem. Marshal D. Teach i Don Flamingo wam przydzielam Kaidou. Boa Hancock i Jinbei mają się zająć zwerbowaniem Białobrodego. Natomiast Dracule Mihawk ciebie wysyłam samotnie do Shanksa, jako iż jesteś z nim w bardzo dobrych stosunkach.
Jeśli chodzi o trzech admirałów, to zobowiązuje was do wspólnej ochrony Marieyoi. Natychmiast wyruszajcie!

***

Rukongai okręg osiemdziesiąty.
- Zaraki? Mniejsza o to, jak daleko stąd na Grand Line?
- Grand Line? Nigdy nie słyszałem żeby w Społeczności Dusz znajdowało się miejsce o takiej nazwie.
- Społeczność Dusz... dusz... Kurwa! Czy ja nie żyje? ? Wrzasnął spanikowany szermierz.
- Jeśli tu trafiłeś to całkiem możliwe, ale można tu wejść będąc żywym, ale nie wiem jak to się odbywa. Jestem Arnie obecnie najsilniejszy człowiek w naszym okręgu, a jak ciebie zwą?
- Nazywam się Roronoa Zoro. Widzę że dużo wiesz o tym miejscu, chciałbym abyś pomógł mi jakoś wrócić tam skąd przyszedłem.
- Jesteś silny, a więc godny mojej uwagi. Wejdźmy do mojego domu, porozmawiamy przy herbacie.
- Dobra.
Arnie był człowiekiem otyłym, ale bardzo zdrowym i rześkim. Miał okrągłą twarz na której znajdowały się dwie blizny, jedna potężnych rozmiarów nad prawym okiem od uderzenia kamienieniem, natomiast druga podłużna blizna od rany ciętej zdobiła jego lewy policzek. Przyodziany był wyblakłe już brązowe spodnie i biały dziurawy podkoszulek. Weszli do środka Zoro usiadł przy stole a Arnie podał herbatę.
- Może opisz miejsce, które wcześniej pytałeś, całkiem możliwe że znam je pod inną nazwą.
- Grand Line to wielki pas morza ciągnący się przez cały świat. W dwóch miejscach podzielony jest przez Red Line i nie ma tam takiego pola magnetycznego jak w innych miejscach na świecie.
- W Społeczności Dusz nie ma żadnego morza, ale może chodzi ci o jakąś lokację z świata ludzi, choć tam podróżowałem po całym świecie i nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Ale mógłbyś spróbować.
- A jak dostać się do świata ludzi?
- Tego możesz się dowiedzieć tylko w Seretei, ale nie polecam się tam udawać bo nawet cię tam nie wpuszczą...
- Jak coś wejdę siłą! ? uśmiechnął się Zoro.
- Widzisz różnica między Rukongai a Seretai jest taka że tu są slumsy, na których żyją zwykłe nic nie znaczące słabe dusze, które codziennie walczą o marny kawałek chleba. A tam znajdują się shinigami, czyli potężni wojownicy i tylko oni mają tam wstęp, dodatkowo strefa ta jest strzeżona przez czterech potężnych strażników po jednym przy każdej bramie. Nie masz szans się tam dostać.
- Martwienie się o mnie to nie twoja działka, pokaż mi tylko drogę.
Wyszli na zewnątrz i Arnie wskazał na widoczną z daleka wieżę:
- Gdy dotrzesz do tej wieży będziesz u celu.
- Ok. Dzięki, kiedyś z pewnością ci się odwdzięczę. ? Rzucił na pożegnanie Zoro.
- Hej! Biegniesz w złym kierunku! Może pójdę z tobą, chcę zobaczyć czy chociaż pokonasz strażnika bramy.
- Jak chcesz to chodź przyda mi się ktoś obeznany.
Ruszyli więc, ku siedzibie Shinigami. Droga była bardzo długa, szermierz miał okazję zaobserwować, prawdziwą biedę. Czegoś takiego jeszcze nie widział, każdy był tu wrakiem człowieka, jedni walczyli o przeżycie kradnąc, a inni umierali z głodu, budynki w fatalnym stanie jeszcze bardziej podkreślały okropność tego miejsca. Jednak im bliżej byli celu tym bardziej sytuacja ludzi ulegała poprawie, chociaż Roronoa miał duży problem z wyrzuceniem z umysłu piekła które oglądał jeszcze przed chwilą.
- W końcu jesteśmy. Tuż przed tobą znajduje się Seretei, tu się rozstajemy bo dalej nie pójdę, chociaż zostanę by zobaczyć czy dasz radę Kaiwanowi, strażnikowi wschodniej bramy.
- Dzięki za doprowadzenie mnie aż tu. Teraz uraczę cię za to wspaniałym widowiskiem. ? Odrzekł Zoro przy tym charakterystycznym ruchem kciuka wyciągnął odrobinę miecza z pochwy, a na jego twarzy malował się złowrogi uśmiech. Ruszył w stronę celu, gdy nagle dwadzieścia metrów od niego opadała olbrzymia brama oddzielając go od miejsca, do którego tak bardzo chciał się dostać. Ujrzał przed sobą olbrzyma w wielkiej czarnej zbroi która okrywała całe jego ciało, w prawej ręce trzymał ogromnych rozmiarów korbacz, zaś na głowie miał czarny hełm z rogami, jedyna część ciała, którą można było u niego dostrzec to czerwone świecące oczy.
- Jestem Kaiwan strażnik bramy wschodniej, jeśli mnie pokonasz, będziesz mógł iść dalej, ale to się nie zdarzy, bo jeszcze nigdy nie przegrałem. ? oznajmił przeraźliwym, przeszywającym głosem, który spłoszył wszystkich gapiów poza Arnim.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz, myślę że jeden miecz mi wystarczy . ? powiedział Roronoa dobywając Sandai Kitetsu, a uśmiech nie schodził z jego twarzy.
Potwór wziął potężny zamach i uderzył z całej siły w szermierza, huk dał się słyszeć nawet w Seretei.
Mnóstwo dymu unosiło się w powietrzu, szef osiemdziesiątego rukongai, odwrócił się by wracać, bo sądził że nowy znajomy został zmiażdżony. Gdy pył opadł zobaczył, że zielonowłosy stoi niewzruszony blokując gigantyczny korbacz trzymanym jednorącz mieczem.
- Jakim cudem? Jedną ręką? Nikomu się nigdy nie udało zablokować mojego ciosu, co najwyżej unikali. ? wykrztusił zdziwiony Kaiwan.
- Po prostu jesteś słaby.
Zoro natychmiast wykorzystał moment nieuwagi przeciwnika i wyskoczył wysoko w górę. Chwycił rękojeść w obie dłonie i uderzył z całych sił w tors przeciwnika, miecz zatrzymał się na zbroi olbrzyma a szermierz poczuł przeraźliwy ból w kościach i natychmiast zeskoczył.
- Hahahaha! Nawet jeśli jesteś ode mnie silniejszy, to i tak nie nasz rady przeciąć czarnego metalu zmieszanego z cząsteczkami dusz. Więc nie masz szans na pokonanie mnie. ? powiedział potwór, tryumfalnie się przy tym śmiejąc.
- To się jeszcze okaże!
Nastąpiła nagła wymiana ciosów, stal ścierała się z tajemniczym minerałem. Roronoa wyprowadzał wiele ataków, ale nie był w stanie ani trochę zarysować dzierżonego oręża czy też sforsować defensywy przeciwnika. Honor nie pozwalał szermierzowi dobyć drugiego ostrza, bo rzucanie słów na wiatr było nie w jego stylu. Przypomniał sobie walkę z Mr.1, którą stoczył w Alabaście. Tam przecież było tak samo, też nie potrafił nawet zadrasnąć przeciwnika a mimo to, jednak znalazł sposób na zwycięstwo. Postanowił spróbować tego co wtedy. Skupił się na materii pokrywającej przeciwnika, ale niestety nie potrafił wyczuć jej oddechu, jednak coś kazało mu zaryzykować. Wyciągnął swoją chustę i przewiązał ją na głowie. Chwycił mocniej swój przeklęty miecz i w stanął w skupieniu.
- Shishi Sonson!
Atak był praktycznie nie widzialny, szermierz natychmiast znalazł się za olbrzymem. Obaj zastygli na chwilę w bezruchu, gdy naglę dało się słyszeć pęknięcie. Sandai Kitestu złamał się, a odpadająca połówka skruszyła się na drobne kawałki. Zoro wycedził po cichu do miecza:
- Przepraszam... Dobrze mi służyłeś...
Po czym wstał schował martwy miecz i natychmiast dobył Wado Ichimonji. Cały płonął w złości, zdecydował się wykończyć śmiejącego się teraz potwora jednym z najpotężniejszych ataków. Wyskoczył wysoko w powietrze i krzyknął:
- Hiryu Kaen!
Za sylwetką szermierza dało się widzieć złowrogiego, ognistego smoka. Ostrze spotkało się z mroczną materią a odgłos zderzenia przeszył wszystkich zebranych wokoło. Czarna zbroja pękła i rozsypała się w kawałki. Kaiwanowi momentalnie zrzedła mina, gdy zobaczył na ziemi kawałki tego, co uważał za niezniszczalne. Na klatce piersiowej miał bardzo głęboką ranę, która obficie broczyła krwią, zaś jego ciało było trawione przez niebieskie płomienie. W morderczym szale zaczął uderzać korbaczem gdzie popadnie, ale wycieńczenia nie mógł już nawet dostrzec przeciwnika. Zoro mógł już tylko obserwować olbrzyma odchodzącego w agonii. W końcu Kaiwanowi zrobiło się ciemno przed oczyma i padł na ziemię z wielkim hukiem oddając przy tym życie.
- Nie wierzę! Pokonałeś go! ? Z ledwością wykrztusił Arnie. Zoro spoglądając na niego od razu przypomniał jaką minę zrobiła Perona, gdy Usopp przetrzymał jej atak. Wspomnienie o przyjacielu jednak szybko przypomniało mu jaki jest jego cel, więc zwrócił się w siedliska Shinigami i zapytał:
- Czy ta brama nie powinna się otworzyć po pokonaniu strażnika?
- Niestety ona nigdy się nie otwiera sama. ? odpowiedział mu dotychczasowy przewodnik.
- Rozumiem. ? odpowiedział Roronoa, dobył dwóch pozostałych mu mieczy i skierował się w stronę wejścia wzmocnił uścisk na rękojeściach i powiedział:
- Nitoryu Iai Rashomon! ? i już wycięta część bramy leżała na ziemi a droga stała otworem.
Zoro odwrócił się spoglądając teraz na jeszcze bardziej wyeksponowaną minę przyjaciela i rzucił mu na pożegnanie:
- Dzięki za wszystko, nara!
Po czym wkroczył na teren Seretei.

***

- Jestem cyborg Franky i potrzebuje trochę coli, żeby działać na pełnych obrotach.
- Jestem Bak szef azjatyckiego oddziału Czarnego Zakonu. A ten starzec obok mnie to mój asystent Wong. Chodź z nami do naszej bazy, znajdzie się tam z pewnością trochę coli, a tak po za tym to myślę że się nam przydasz.
Bak był krótkowłosym blondynem o przyjaznym wyrazie twarzy . Na głowie nosił niebieski beret, ubrany był również w tym kolorze, poza białą kamizelką, która na piersi miała charakterystyczną srebrną gwiazdę. Wong zaś był człowiekiem w podeszłym wieku, aczkolwiek sprawiał wrażenie całkiem żwawego, miał na sobie biały strój badacza, co od razu wskazywało na to czym się zajmuje.
Cieśla przystał na propozycję. Ruszyli w stronę tajemniczego budynku i już po chwili byli w środku.
Ledwo przekroczyli próg, a już ujrzeli biegnącą w ich kierunku spanikowaną dziewczynę w okularach i stroju takim jak Wong.
- Co się dziej Roufa?
- Nieznana nam dotąd Akuma zaatakowała naszą bazę Fou i Walker walczą z nią!
- Co takiego, przecież on nie odzyskał jeszcze swojego Innocence?! ? krzyknął przerażony tym faktem Bak.
- Może pomogę? Ale potrzebuję trzech butelek coli żeby walczyć. ? zaproponował cieśla.
- Wszyscy natychmiast do spiżarni, bo was wyleje! ? wrzeszczał spanikowany szef.
Już po chwili miał przed sobą 3 zgrzewki. Franky otworzył brzuch i zaaplikował trzy flaszki , czym wprawił innych w niesamowite zaskoczenie. Jego niebieska grzywka natychmiast stanęła na baczność.
- Jestem gotów, gdzie mam iść?
- Tym korytarzem prosto i na ostatnim zakręcie w lewo, pospiesz się proszę! ? poinstruowała go Roufa.
Cyborg ruszył natychmiast . Otworzył drzwi które dzieliły go od potwora z którym miał walczyć. Ujrzał niebieskiego stwora, który kształtem przypominał człowieka, jednak bez wątpienia nim nie był. Naprzeciw bestii stał biało włosy chłopiec w śnieżnobiałym płaszczu, a na lewym oku miał dziwny okular. Na podłodzie nieopodal leżała nieprzytomna czerwono włosa dziewczyna o jasno zielonej karnacji, która zamiast dłoni posiadała ostrza, wydawała się być przeźroczysta. Cieśla od razu krzyknął na wejściu:
- Przybyło wsparcie!
Akuma natychmiast się odwróciła i wystrzeliła w jego stronę fioletowym promieniem. Franky umknął przed atakiem, kątem oka zobaczył że trafione ściany robią się przezroczyste i znikają. Białowłosy wykorzystując nieuwagę zaatakował demona potężnym machnięciem lewej ręki, ten jednak umknął, przed atakiem. Szybkość bestii była bardzo duża, więc cieśla postanowił go unieruchomić.
- Franky Centauros!
Jego nogi podzieliły się na pół i wysunęły się do przodu. Wyskoczył wysoko i złapał Akumę między nogi i zwiększył uścisk.
- Teraz się nie ruszy, atakuj chłopcze ? krzyknął cyborg.
Ten natychmiast swoją przerażającą brązową dłoniom z długimi szpiczastymi palcami przeszył potwora.
- Dziękuje ci Allen, uwolniłeś mnie. Jako jedyny słyszałeś moje wołanie. Teraz skorzystaj z arki, którą tu przybyłem i teleportuj się do Edo by wspomóc przyjaciół na froncie. Żegnaj... ? wykrztusiła Akuma, po czym natychmiast umarła.
- Jestem Allen Walker Egzorcysta, a Ty kim jesteś?
- Mam na imię Franky jestem piratem i nie bardzo wiem co się tutaj wyprawia.
W tym momencie po pomieszczenia wpadł Bak z całą resztą naukowców.
- Zabiorę Fou na blok szpitalny ? powiedział Wong, poczym natychmiast wybiegł z pomieszczenia wraz z ludźmi niosącymi dziewczynę na noszach.
- Nic jej nie będzie? ? zapytał Allen
- Nie martw się o nią, jest silna, na pewno przeżyje. Franky chodźmy teraz na spokojnie porozmawiać, wytłumaczymy w czym uczestniczysz.
W trójkę przeszli do opustoszałej stołówki i usiedli przy stole.
- Więc chciałbym wiedzieć skąd pochodzisz i ile wiesz o tym wszystkim. ? odrzekł szef azjatyckiego odziału.
- Pochodzę z Water 7, ale to mało istotne bo obecnie należę do pirackiej załogi Słomianego Kapelusza. Płynęliśmy jak zwykle po zdradliwych wodach Grand Line, gdy nagle na niebie pojawiły się czarne dziury, które wciągnęły mnie i dwóch moich przyjaciół. Wewnątrz zostaliśmy rozdzieleni i tak pojawiłem się tu, a resztę już znacie. Podejrzewam że jestem w innym wymiarze, bo świat, który znam nie jest ani trochę podobny do tego.
- Hmmm... Więc będę Ci musiał wytłumaczyć wszystko. Nasz świat został zaatakowany przez Milenijnego Earla, który wykorzystuje cierpienie ludzi do tworzenia potworów zwanych Akumami, z którym zresztą miałeś już przyjemność. Posiada on u swego boku wybranych ludzi zwanych klanem Noah, posiadają oni niesamowite zdolności. My jesteśmy Czarnym Zakonem czyli organizacją, która została stworzona, by powstrzymać zniszczenie świata zaplanowane przez Earla. W tym celu po całym świecie poszukujemy Innocence tajemniczego minerału, który zsynchronizowany z człowiekiem daje niesamowitą moc zdolną niszczyć Akumy. Ludzi połączonych z tą tajemniczą mocą nazywamy egzorcystami, a siedzący obok ciebie Allen Walker jest jednym z nich. Są oni naszą główną siłą bojową przeciwko złu. W tej chwili w Edo toczy się wielka bitwa między Czarnym Zakonem a Earlem. Ty mimo że nie posiadasz Innocence jesteś w stanie zabić kumę, więc chciałbym wysłać cię wraz z Allenem na pole walki jako wsparcie.
- Ale ja muszę odnaleźć moich przyjaciół i jak najprędzej do nich dołączyć.
- Więc wiesz co to przyjaźń. W tej chwili moi przyjaciele walczą ryzykując życie i każde wsparcie będzie się dla nich liczyć. Jeśli nam pomożesz obiecuję że pomogę odnaleźć twoich przyjaciół. ? wtrącił się białowłosy.
Franky był wstrząśnięty sposobem, jakim o swoich najbliższych opowiadał chłopiec. Pomyślał że pod tym względem jest bardzo podobny do Słomianego Kapelusza.
- Gdyby był tu Luffy na pewno nie odmówił by wam pomocy, więc ja jako członek jego załogi zdecydowałem się wesprzeć was moja siłą.
- Kapitanie mam nadzieję że wybaczysz mi gdy trochę się spóźnię. ? powiedział cyborg w myślach, a jego twarz zmieniła wyraz na bardzo wesoły.
- Obecnie na polu walki są wszyscy istniejący egzorcyści, którym udało się przeżyć, niewątpliwie przyda im się wsparcie. Zbierajmy się!

***

Edo.
Pole bitwy było gładką ziemią na której nie było nic, poza stertą gruzu i jedną wielką wieżą. Walki trwały w najlepsze. Wszyscy egzorcyści wraz z czterema generałami walczyli z wyjątkowo gigantycznymi akumami i członkami klanu Noah. Jedynie sam Milenijny stał na szycie ostatniego ocalałego budynku i wszystkiemu się przyglądał. Członkowie klanu który współpracował z Earlem mieli brązową karnacje i charakterystyczny poziomy rząd krzyży na czole. Jeden z nich ubrany w garnitur toczył walkę z rudowłosym egzorcystom dzierżącym ogromny młot.
- To już twój koniec!
Wziął zamach dłonią na której znajdowała się różowa świecąca broń w kształcie motyla i uderzył z całej siły. Jego ręka zatrzymała się na czyjejś klatce piersiowej. Stał przed nim Franky.
- Dziwne czemu nie zadziałało? ? zastanawiał się głośno Noah.
- Ponieważ jestem zbyt superancki. ? odpowiedział cieśla.
- Tyki Mikk! ? krzyknął Allen.
- Znasz go ?
- Tak to człowiek, który już raz mnie zabił! Inocence Aktywacja! ? Walker obudził swoją moc i przybrał postać Królewskiego Klowna. Z impetem ruszył w stronę wroga i obaj w ogniu walki oddalili się wymieniając ciosy.
- Kim jesteś? ? zapytał cyborg poturbowanego chłopaka leżącego obok.
- Jestem Lavi przyjaciel Allena.
- Czyli ty też musisz być egzorcystą. Ja nazywam się Franky i stanowię wasze tymczasowe wsparcie.
Nagle po okolicy rozszedł się przerażający śmiech. Wszyscy walczący spojrzeli w stronę, z której dochodził dźwięk. Na najwyżej z pozostałych skał stała postać o ciemnej karnacji z średnio długimi czerwonymi włosami i grzywką zakrywającą czoło. Ubrana była w długi czarny płaszcz z wysokim kołnierzem, sięgający trochę poniżej kolan oraz spodnie w tym samym kolorze. Jego lewa ręka wyciągnięta była w przód i trzymała za czoło wiszące martwe ciało.
- Cholera! To Generał Winters Sokaro! ? Krzyknął mocno ranny Lavi po czym splunął krwią.
- Sami słabeusze. ? zrzucił martwe ciało ze skały i spojrzał w stronę zdziwionego całą sytuacją Earla. Wszyscy zaprzestali walki, spoglądając ze zdumieniem na nikomu nie znanego osobnika w czerni.
- Ehhh... Miałem być incognito, będą problemy. - powiedziała tajemnicza postać, poczym zniknęła.
Walczący zaczęli gorączkowo przewracać oczami w poszukiwaniu tego, który jeszcze przed chwilą stał na głazie.
- Dobry wieczór Earlu, chodźmy na mały spacerek. ? odrzekł pojawiając się obok zaskoczonego twórcy Akum. Szczyt wieży zaczął się samoczynnie rozpadać.
- Jestem Geppaku, jeden z pięciu. ? mówiąc to wymierzył potężny cios w brzuch Milenijnego i odrzucił go bardzo daleko.
Natychmiast zniknął z dachu wieży. Minęło pięć minut. Nagle wszystkie akumy zamieniły się w pył uwalniając zamknięte w nich dusze. A wszystkim członkom Klanu Noah samoczynnie pociekły łzy po policzkach.
- Milenijny Earlu! Nie! ? krzyknęła z rozpaczy niebiesko włosa dziewczyna Noah.
- Hahahaha ? Facet w czerni pojawił się stojąc w powietrzu a w ręku trzymał martwego pana ciemności.
Rzucił ciałem w stronę zapłakanej Road Camelot.
- Nie martwcie się, zginął w słusznej sprawie. ? powiedział, po czym pstryknął palcami a na niebie otworzył się czarny wir.
Spojrzał jeszcze w stronę Tykiego Mikka, odgarnął czerwoną grzywkę, ukazując mu tym samym poziomy rządek krzyży na czole i natychmiast zniknął w ciemności, która zaraz się zamknęła.

Rozdział Piąty

Sanji powoli zbliżał się do tutejszej bazy marynarki. Nagle drogę zagrodziła mu grupka bandytów.
- Dalej już nie przejdziesz śmieciu ? powiedział jeden z nich.
- A co powstrzymasz mnie?
- Dokładnie. ? rzekł z uśmiechem oprych, po czym wszyscy rzucili się na blondyna.
Przeciwnicy grubo się przeliczyli. Mimo przewagi liczebnej, wszyscy kończyli nieprzytomni na ziemi z odciskiem czarnego buta na twarzy. Kucharz przebijając się przez niezliczone liczby oddziałów wroga, w końcu stanął przed drzwiami budynku. Odpalił papierosa i jednym zgrabnym kopniakiem wywarzył drzwi, siła ciosu była tak wielka że wszyscy stojący po drugiej stronie zostali zmiażdżeni. Zostało tylko kilku bardzo przestraszonych. Jeden z nich leżał skulony i trząsł się jak galareta. Sanji podszedł do niego i powiedział zaciągając się papierosem:
- Gdzie jest wasz szef? Mam do niego bardzo ważną sprawę, która w żadnym wypadku nie może czekać.
- N-n-n-ie p-p-powiem ? wyjąkał skulony ze strachu rzezimieszek.
- W takim razie... ? uniósł nogę nad przeciwnika.
- Dobrze! Powiem wszystko!
- W takim razie słucham.
- Kapitan John jest w swoim gabinecie na trzecim piętrze. Bez problemu trafisz, jego gabinet posiada złote drzwi.
Kucharz spojrzał z pogardą na kapusia i rzucił w niego wypalonym papierosem, po czym skierował się ku schodom prowadzącym na pierwsze piętro. Gdy wszedł na górę, co chwilę natykał się na strasznie oczywiste pułapki. Siatki rozłożone na podłodze, ukryte ostrza, i wiele innych, jednak omijał je ze szczególną łatwością, widać były że osoba je zastawiająca, robiła to na szybko i nie wyszło to zbyt dobrze. Bez kłopotu dostał się do schodów prowadzących na drugie piętro i natychmiast z nich skorzystał. Znalazł się w wąskim korytarzu, który wyraźnie wskazywał tylko jedną drogę. Zrobił parę kroków i nagle za jego plecami opadła gruba żelazna ściana, a w jego kierunku zaczął toczyć się ogromny głaz. Nie było żadnych drzwi tylko gołe ściany, więc nie miał dokąd uciec. Zza kamienia dał się słyszeć tryumfalny śmiech i znany mu już głos.
- Teraz go mamy, tego nie przeżyje.
Po drugiej stronie stał wulgarny osobnik, który w barze obraził Nami. W piracie zawrzało, wziął potężny zamach nogą i uderzył w zbliżającą się do niego okrągłą skałę. Wielki kamień rozpadł się na drobne kawałeczki, a banici wytrzeszczyli oczy na ten widok. Pirat natychmiast ruszył w stronę trzech zdziwionych oprychów i każdemu z nich wymierzył po kopniaku o koszmarnej sile. Jeden ze zmasakrowanymi żebrami, drugi z popękaną czaszką, a trzeci ze skręconym karkiem, wszyscy leżeli martwi, a ich krew, która obficie wypływała z ich ciał zdobiła podłogę korytarza. Ruszył na ostatnie piętro, na którym czekała na niego ostateczna batalia. Ujrzał ogromne złote drzwi, odpalił papierosa i zapukał.
- Mówiłem żeby mi nie przeszkadzać! ? dał się słyszeć krzyk zza drzwi.
- Mam bardzo ważną sprawę, kapitanie John - odpowiedział na krzyki kucharz.
- Nie ma mnie! Odejdź albo będę zmuszony zrobić ci krzywdę, a rzadko robię to poddanym.
W tym momencie drzwi zostały z hukiem wywarzone. Sanji ujrzał ogromny pokój z drogimi, najlepszej jakości meblami, na podłodze był czerwony dywan z bardzo szlachetnej i delikatnej tkaniny. Po jego prawej stronie było biurko zawalone papierami, a przy nim siedział średniego wzrostu facet z krótkimi siwymi włosami i obfitym zarostem, zaś ubrany był w strój kapitana marynarki.
- Doszły mnie fatalne wieści z wioski. Słyszałem że żerujesz na mieszkańcach, ściągając haracz z każdego, kto uczciwie zapracował na swoje pieniądze.
- Tak, i co z tego? W końcu się czegoś dorobiłem. A ty jeśli ci życie miłe, lepiej już zmykaj, bo nie chciałbym cię masakrować. Poza tym mam bardzo dużo pracy i nie mam czasu i ochoty pastwić się nad słabeuszami.
Kucharz zauważył na biurku plik listów gończych i z uśmiechem powiedział:
- Wiem że zabiłeś tutejszego kapitana i podszywasz się pod niego, ale skoro już robisz dla marynarki, to chyba nie puścisz wolno pirata wartego siedemdziesiąt siedem milionów beli.
John odwrócił się w stronę gościa, spojrzał na jego twarz, chwilę pomyślał i naglęi zaczął się histerycznie śmiać.
- Z czego się śmiejesz idioto! ? Wrzasnął wściekły blondyn.
- Twój, haha, twój, hahaha list gończy hahaha, jesteś taki podobny ? Mówił z trudem przez śmiech kapitan.
- To nie jestem ja do cholery! Nie wiem co za idiota to rysował! ? Sanii rzucał się wściekle po pokoju.
- Daj spokój przecież jesteś podobny.
Wokół kucharza zaczęły buchać płomienie.
- Niby z której strony jestem podobny! Zabije Cię! ? Kucharz z rykiem rzucił się na kapitana. Wybił się w powietrze i niesamowitą siłą sprowadził swoją piętę w stronę wroga, ten jednak zniknął a efektem ciosu było złamane na pół biurko i dziura w podłodze.
- Tu jestem, ale nie wybaczę ci tego że zniszczyłeś mój ulubiony mebel! ? John dobył miecza i ruszył w stronę pirata.
Blondyn dopiero teraz zauważył że ma sposobność walki z szermierzem. Pomyślał że przez te wszystkie kłótnie z Zoro ma dość spore doświadczenie w walce z tego typu przeciwnikami.
Ostrze starło się z czarnym butem. Chwilę stali w zwarciu siłując się, ale w końcu odskoczyli od siebie.
- Skoro tak cenisz sobie ten pokoik to co powiesz na małą demolkę?
- Jeśli to zrobisz to z pewnością tu będzie twój grób.
- Party Table ? Krzyknął i jego nogi zaczęły niszczyć wszystko wokół.
- Nie!!! ? Krzyknął marynarz i natychmiast ruszył w stronę kucharza lecz ten skutecznym kopniakiem wgniótł go w ścianę.
Tak piękne przed chwilą pomieszczenie, przypominało teraz ruinę, w środku której stał uśmiechnięty Sanji. Spojrzał z pogardą na przeciwnika, który wyłaniał się z pod gruzu.
- Zrobiłeś rzecz niewybaczalną, od teraz będę walczył na poważnie.
- Chętnie zobaczę co potrafisz.
- Soru. ? Wycedził w złości kapitan, po czym zniknął i natychmiast pojawił się przed zaskoczonym przeciwnikiem i jednym zamachem ciął głęboko po brzuchu.
Blondyn natychmiast padł na kolana i obficie splunął krwią, która do tego bardzo intensywnie wyciekała z rany.
- Miałeś mnie za słabeusza, ale gdybym nim był nie pokonał bym przecież tutejszego kapitana.
- Nie doceniłem cię.
- Tak i ceną za pomyłkę jest śmierć. Rankyaku. ? Strumień rozciętego powietrza pofrunął z ogromną prędkością w przeciwnika, który zdążył się w ostatniej chwili uchylić.
- Gdybyś wykończył mnie pierwszym atakiem z pewnością byś wygrał, ale tak się składa że walczyłem już kimś, kto stosował te techniki.
Sanji pozbierał się z ziemi i stanął naprzeciw wroga, rzucił mu złowrogie spojrzenie i ruszył w jego stronę. Wymierzył silne kopnięcie w miednice, lecz nieprzyjaciel znów zniknął i pojawił się za nim z zamiarem pozbawienia go głowy. Machnął mieczem, ale kucharz już wiedział co się święci, wiec schylił się i ostatecznie stracił tylko kosmyk włosów. Blondyn szybko wsparł się na dłoni i krzyknął:
- Pol Trine! ? wymierzając marynarzowi potężnego kopniaka w klatkę piersiową. Siła była tak wielka że cios wgniótł go w ścianę i wywołał pęknięcie mostka. Kapitan zawył z bólu. Pirat ocenił sytuację i natychmiast chciał dokończyć dzieła, więc szybko ruszył w kierunku oszołomionego przeciwnika, lecz znów usłyszał charakterystyczny świst powietrza.
- Soru Multiply! ? Krzyknął wróg , ale tym razem nie było to zwykłe przemieszczenie jak wcześniej.
Sanji poczuł że jest atakowany, po chwili odczuł na swoim ciele ból wielu płytkich cięć, których ilość ciągle rosła, a nieprzyjaciela nie dało się dostrzec, był bezradny, więc zacisnął zęby i pokornie przyjmował ciosy. Natarcie trwało dłuższy moment, lecz po chwili wszystko się skończyło. John pojawił się w miejscu, w którym stał wcześniej i spojrzał na stojącego w kałuży własnej krwi, pochlastanego do granic możliwości przeciwnika.
- Znam tylko dwie z technik rokushiki, ale bardzo je udoskonaliłem. Myślę że już czas pokazać ci tę drugą, ale wiedz że to będzie ostatnia rzecz jaką zobaczysz. ? Powiedział z pogardą szermierz.
Chwycił miecz w obie ręce, uniósł nad głowę i krzyknął:
- Moonlight Rankyaku. ? Zamachnął się mieczem i gigantycznych rozmiarów fala rozcięła całą przestrzeń między nimi niszcząc przy okazji cały budynek.
- No to by było na tyle, muszę się zabrać za odnowę zniszczeń. ? Mówiąc to schował miecz do pochwy i odwrócił się w stronę drzwi.

***

Cała załoga zeszła się w barze, do którego miał wrócić Sanji po zwycięskim boju.
- Mam nadzieję że odpowiesz nam na wszystkie nasze pytania, jak już John będzie martwy. ? powiedziała Nami prześwietlając grożącym wzrokiem barmana.
- Tak, pomogę wam i nie tylko ja lecz wszyscy mieszkańcy wyspy.
- A co jeśli on nie da rady, może powinniśmy pójść mu pomóc? ? powiedziała Robin.
- Nie możemy tego zrobić pod żadnym pozorem, zranilibyśmy w ten sposób honor naszego przyjaciela. ? odrzekł Brook.
- Racja, musimy czekać, przecież nasza załoga nigdy nie przegrywa. ? dorzucił Chopper.
Nagle wyspa się zatrzęsła i dał się słyszeć ogromny huk. Wszyscy wybiegli na zewnątrz i spojrzeli w stronę budynku marynarki, który był dobrze widoczny z pod baru. Budynek był właściwie przepołowiony i rozpadał się a niedaleko budynku dało się dostrzec falę energii, która wyglądała jak gigantyczny księżyc. Słomiani zamarli, a barman posmutniał i powiedział:
- Niestety wasz przyjaciel najprawdopodobniej już jest martwy. Ta technika zabiła poprzedniego kapitana i nikt nie ma szans w bezpośrednim starciu z taką mocą.
-Sanji nie mógł umrzeć, na pewno zrobił unik! ? krzyknął Usopp.
- Obawiam się że to nie możliwe, dotychczas widziałem tę technikę zaledwie trzy razy, i zawsze jest stosowana, gdy przeciwnik jest nie zdolny do uniku.
- Sanji-kun... ? powiedziała ze smutkiem Nami.
- Musimy mu natychmiast pomóc, jeśli żyję zdołam go wyleczyć, szybko ruszamy! ? lekarz, który o dziwo zachował zimną krew, przywołał załogę do porządku.
Wszyscy bezzwłocznie ruszyli do kwatery marynarki, a barman ze zrezygnowaniem wrócił do karczmy.

***

-Soru.
Kapitan słysząc za plecami te słowa nie wierzył własnym uszom. Odwrócił się i ujrzał skąpanego we własnej krwi pirata. Był przekonany że w takim stanie nie będzie w stanie umknąć jego atakowi. Jego zaskoczenie było tak ogromne że nie był w stanie wycedzić słowa
- Coś nie tak kapitanku? Wreszcie przejrzałem tę technikę i potrafię ją zastosować, teraz ta walka nie potrwa długo.
Spanikowany John dobył miecza najszybciej jak mógł, po czym obydwaj zniknęli, i z ogromną prędkością starli się w powietrzu. Gdy opadali Sanji potężnym kopem wytrącił wrogowi miecz z rąk, łamiąc mu przy tym wszystkie pace i nadgarstek.
- To już koniec. ? powiedział blondyn i z impetem zaatakował przeciwnika.
- Collier!
- Epaule!
- Cotellete!
- Selle!
- Ciusseau!
-Jarret!
Nawałnica ciosów spadła na marynarza wywołując pęknięcia i złamania wielu kości w całym ciele.
Kapitan ledwo potrafił ustać na nogach, w głębi czuł że to jego koniec, ale nie chciał umierać, więc ostatkiem sił zamachnął się noga:
- Rankyaku!
Sanji bez problemu odbił słaby atak, po czym podbiegł do przeciwnika i krzyknął:
- Mouton Shot!
Kopniak z taką siłą wbił się w klatkę piersiową przeciwnika, że wszystkie żebra wraz z mostkiem zostały połamane i poprzebijały narządy wewnętrzne. Przeciwnik z niesamowitą siłą został odrzucony i przebił się przez bardzo grube ściany budynku, a upadek z wysokości zakończył jego cierpienia i już po chwili martwe ciało spoczywało rozbite o pobliskie skały.
Kucharz spojrzał na swoje ciało i powiedział:
- Renifer będzie miał trochę roboty. - po czym zemdlał na skutek dużej utraty krwi.
Minęło kilka minut.
- Dajcie tu jakieś nosze, musimy go szybko zabrać na statek i dokonać transfuzji! ? Rozkazał Chopper i pomyślał, że dobrze zrobił organizując na statku krwiodawstwo na własne potrzeby.
Usopp na poczekaniu stworzył prowizoryczne nosze i natychmiast przenieśli na nie blondyna.
Nami pochyliła się nad rannym by ocenić jego stan, w tym momencie snajper i lekarz unieśli noszę i pech chciał że twarz Sanjego wylądowała w cycuszkach nawigatorki, a on natychmiast odzyskał przytomność. Jego oczy zmieniły się w serca, z nosa obficie spływała krew a on krzyczał:
- Jakie mięciutkie. Nami-swaan, wygrałem dla ciebie!
Błyskawicznie został przywołany do porządku lewym sierpowym.
- Idźcie już na statek, jeśli będzie przy Nami to zaraz się wam wykrwawi. ?powiedział Brook.
-Dobra! ? kanonier wraz z reniferem szybko pognali w stronę Sunny.
- Skoro John został unicestwiony to udajmy się poszukiwaniu informacji. ? zaproponowała Robin.
W trójkę udali się do baru, oznajmili miłą wiadomość barmanowi, który popłakał się ze szczęścia.
- Jestem wam tak bardzo wdzięczny, teraz możecie liczyć każdą pomoc z naszej strony, nigdy nie spłacimy naszego długu wobec was! ? krzyczał przez łzy.
- Będziesz miał jeszcze czas świętować teraz wywiąż się z obietnicy. ? zwróciła uwagę nawigatorka
- Ah, tak, więc co chcieli byście wiedzieć?
- Z pewnością widziałeś zjawisko czarnych wirów, które pojawiło się w okolicach wyspy, powiedz nam co o tym wiesz.
- Te dziury to dziwna sprawa, dość często się to zdarza, zjawiają się z nikąd po czym znikają. Czasami zdarzy się coś dziwnego wraz z pojawieniem się otchłani, wychodzą z niej różne istoty, których nikt nawet nie potrafi nazwać. Raz nawet miała miejsce sytuacja, w której jeden z mieszkańców został wchłonięty.
- Powiedz coś więcej na ten temat.
- Z otchłani wyłoniła się gigantyczna czarna ręką , która schwytała kobietę i wciągnęła do swojego wnętrza. Było też kilka przypadków, gdy dziwne fioletowe stwory o czarnych oczach wychodziły ze środka i atakowały wyspę, ale John skutecznie je eliminował.
- Widzisz trzech naszych przyjaciół również zostało wchłoniętych przez to zjawisko, czy wiesz jak moglibyśmy ich odzyskać, lub gdzie się znajdują?
- Niestety nie wiem, wessana kobieta nigdy już nie wróciła, nie wiadomo czy w ogóle żyję. Nic więcej na ten temat nie jestem w stanie powiedzieć, ale na naszej wyspie jest odosobniony człowiek, który zaczął badać to zjawisko. Myślę że powinniście się do niego udać, mieszka na zachodnim wybrzeżu w swojej samotni. Nazywa się Kuroda, nie wiem czy będzie chciał z wami rozmawiać, bo generalnie stroni od ludzi, ale jeśli wspomnicie o Johnie to może uda wam się go nakłonić do pomocy.
-Dzięki za pomoc! Bezzwłocznie ruszamy. ? rzuciła na pożegnanie Nami.
Cała trójka zwróciła się na zachód, przeszli przez miasto i dżunglę.
W końcu byli na brzegu, od razu dostrzegli małą drewnianą chatkę. Podeszli i nawigatorka zapukała w drzwi, a te po chwili się otwarły, jednak nikogo przed nią nie było.
-Halo! Jest tu ktoś!? ? zawołała stojąc w progu.
Nikt się nie odzywał. Chciała wejść, lecz nagle poczuła, że jej stopa o coś zachaczyła. Pod nogami zobaczyła pomarszczonego staruszka w brązowym zakonnym stroju, był on tak niski że nawet nie sięgał do połowy łydki. Starzec spoglądał ku górze z niesamowitymi wypiekami na twarzy, aż w końcu krew pociekła mu z nosa:
- Twoje majteczki! ? krzyknął w ekstazie zaglądając pod krótką spódniczkę, a jej zawartość była bardzo dobrze widoczna z pozycji, w której się znajdował.
- Stary zboczeniec! ? Nami natychmiast solidnym kopniakiem sprawiła że roztrzaskał się o meble na przeciwko.
- A czy ja też mógłbym zobaczyć? ? odezwał się z tyłu Brook.
- Nie! ? wrzasnęła z wściekłością wymierzając kościotrupowi potężny cios w czaszkę.
Robin całą sytuację skomentowała niewinnym uśmieszkiem.
Wreszcie wszyscy weszli do środka.
- Czego chcecie? Nie wiecie że nie lubię gości? ? spytał dziadek.
- Chcieliśmy porozmawiać o czarnych wirach, nasi przyjaciele zostali przez nie pochłonięci, a ludzie w mieście mówią że wiele wiesz na ten temat. ? nakreśliła sytuację pani archeolog.
- A niby dlaczego miałbym się z wami dzielić moją wiedzą na ten temat?
- Bo nasz przyjaciel wykończył Johna i dzięki nam wyspa będzie bezpieczna. ? dumnie powiedziała Nami.
- Sam bym go wykończył, ale wiedziałem że Sanji da radę, więc nie było potrzeby brudzić sobie rąk.
- Skąd wiesz jak nazywa się...
- Wasz pokładowy kucharz? Powiedzmy że po prostu wiem. Chcecie się dowiedzieć co z waszymi przyjaciółmi?
-Tak ? powiedzieli wszyscy naraz.
- Jeśli są słabi to już możecie ich wykreślić z listy żywych, ale jeżeli są bardzo silni, to z pewnością żyją i całkiem prawdopodobne, że podczas Zjednoczenia się z nimi spotkacie.
- Jakiego zjednoczenia? ? zapytała zaszokowana Nami.
- Jeśli dalej będziecie drążyć ten temat to z pewnością zostaniecie usunięci jak śmieci, więc radzę wam spokojnie czekać, bo nic nie możecie zrobić.
- Nie będziemy stali w miejscu, gdy naszym kompanom grozi niebezpieczeństwo. ? powiedziała zezłoszczona sugestią starca nawigatorka.
- W takim razie gińcie!
Cała trójka momentalnie przygotowała się do ataku, jednak Kuroda po prostu zniknął.

Rozdział Szósty

- Nazywam się Luffy i jestem człowiekiem który zostanie królem piratów.
- Pirat? Pierwsze raz widzę, jestem Shikamaru, chunin z Konohy. Czym był ten potwór, który cię zaatakował?
- Nie wiem, przyciągnął mnie tu oddzielając od moich przyjaciół. A właśnie muszę ich poszukać. Zoro! Franky! ? krzyczał dookoła.
- Przestań się drzeć, później ich poszukamy, teraz muszę wiedzieć co się tu stało.
- Nie wiem, ten wir wciągnął mnie i dwóch moich nakama do środka, a później ta kreatura przeniosła mnie tutaj.
- Jesteś ranny, twoja dłoń i stopa mocno krwawią, chodź ze mną zaraz się tym zajmiemy.
Słomiany ruszył za nim i już po chwili znajdowali się przed dość dużym budynkiem, przekroczyli próg, następnie weszli na pierwsze piętro i pognali pierwszym korytarzem prosto. Wkroczyli do pomieszczenia na samym końcu. Byli w gabinecie lekarskim, gdzie przy biurku siedziała blond włosa dziewczyna w fioletowej kamizelce kończącej się zaraz pod biustem i w krótkiej spódniczce tego samego koloru.
- Witaj Shikamaru, czy coś się stało? Przecież nasza drużyna miała się spotkać w knajpie za jakąś godzinę.
- Cześć Ino, mam rannego, co prawda rany nie są jakieś poważne ale mocno krwawią, mogła byś coś z tym zrobić?
W tym momencie dostrzegła za plecami przyjaciela, człowieka w słomianym kapeluszu i rzekła:
- Podejdź zobaczę co da się zrobić.
Zrobił o co prosiła, a ona przyłożyła dłonie do jego ran i zielonym kojącym światłem zaczęła leczyć.
- Wow! Niesamowite! Jesteś lepsza niż Chopper! ? wrzeszczał Luffy, widzący z jaką szybkością ustępuje ból, a jego oczy zamieniły się w gwiazdy.
- Skąd ty go wytrzasnąłeś? Czy on jest normalny? ? zapytała swojego znajomego, widząc reakcję pacjenta.
- Ehhh... Ciężko to wytłumaczyć, w wiosce miała miejsce dziwna sytuacja z nim związana. Myślę że moglibyśmy go wziąć razem z nami na drużynową kolację. Asuma-sensei powinien wiedzieć co zrobić.
- Czemu nie, byle tylko nie był zbyt łakomy, bo za dwóch Chojich się nie wypłacimy. ? powiedziała chichocząc.
- Chcesz wyskoczyć z nami na przekąskę? ? spytała wciąż wpatrzonego z gwiazdami w oczach i rozwartą paszczą w jej technikę chłopaka.
Pirat otrząsnął się wreszcie i odpowiedział:
- Jasne, właśnie mi się przypomniało, że jestem bardzo głodny.
- W takim razie postawię ci posiłek. ? zaproponował z uśmiechem Shikamaru.
- Jupi!
Ino skończyła pracę w szpitalu i ruszyli w stronę lokalu, w którym zwykli jadać wspólne posiłki.
Przed wejściem już czekali ich przyjaciele, wysoki czarnowłosy mężczyzna delektujący się papierosem i otyłego chłopaka w czerwonym ubraniu o brązowych włosach sięgających do łopatek.
- Witajcie, a to kto? ? zapytał ten starszy spoglądając na chłopaka w słomianym kapeluszu.
- Zaprosiłem go, wejdźmy do środka to wszystko wam opowiem. ? odpowiedział taktyk.
Przekroczyli próg, jak zwykle usiedli przy stoliku z grillem na środku i poprosili o dużo mięsa.
Kelner ułożył mnóstwo kawałków na ruszcie, a Shikamaru opowiedział wszystkim całą historię.
- Bardzo dziwne, nigdy nie widziałem takich istot, czyżby to kolejny eksperyment Orochimaru? ? uznał po wysłuchaniu wszystkiego Asuma.
- Całkiem możliwe, powinniśmy jak najprędzej poinformować Tsunade-sama. ? stwierdziła Ino.
Luffy i Choji spoglądali na smażącą się wołowinkę nie mogąc się doczekać kiedy będzie gotowa.
- Wygląda na to że już się usmażyło, wcinajcie. ? powiedział z przyjaznym uśmiechem dowódca dziesiątej drużyny.
Jeszcze nie zdążyli złapać za pałeczki, a już całe mięso zniknęło zgarnięte przez Luffiego. Wszyscy w osłupieniu spojrzeli na przybysza, nawet Choji na ten widok nie był w stanie wydusić słowa protestu.
- Ała! Parzy! ? krzyczał z pełnymi ustami pirat.
- Wylecz mnie ? zwrócił się do Ino.
- Mowy nie ma, zjadłeś wszystko! Przez ciebie będziemy głodni. ? zaprotestowała.
W tym momencie z uszu grubego ninja zaczęła szybkim tempem wydostawać się para, a jego twarz robiła się czerwona. Chwycił Słomiaka za szyję i zaczęli się szarpać.
- Zżarłeś wszystko! A jestem taki głodny!
- Ja też jestem głodny
- Nadal !?
- Choji jest bardziej wściekły niż wtedy gdy ktoś zjadł ostatniego chipsa. ? zaśmiał się Asuma.
- Kelner dokładka! Jesteśmy głodni! ? zaczął krzyczeć winowajca.
- Opanuj się kto za to będzie płacił!? ? zbulwersował się Shikamaru.
- Ty, przecież powiedziałeś że stawiasz. ? zaśmiał się szyderczo
- Oż ty! Skąd mogłem wiedzieć że na tym świecie jest ktoś, kto potrafi zjeść więcej niż on ? powiedział zbulwersowany wskazując na kolegę, który dusił przybysza.
W końcu wszyscy w trójkę zaczęli się szamotać. Cała sytuacja była dość zabawna bo bierna część towarzystwa głośno się śmiała. Nagle Luffy wypadł przez okno po dość silnym uderzeniu ze strony grubasa, odwrócił się w ich stronę i krzyknął:
- Gońcie mnie nigdy mnie nie złapiecie!
I zaczął bardzo szybko uciekać. Dziesiąta drużyna jednak nie miała zamiaru go gonić, tylko wreszcie coś skonsumować.
- Ciekawy z niego gość. ? powiedziała Ino.
Naraz usłyszeli dość głośny wybuch dochodzący ze strony wejścia do wioski, więc natychmiast ruszyli zobaczyć co się dzieje. Dobiegli do bramy i zobaczyli leżących na ziemi ostro poturbowanych i nieprzytomnych Kotetsu i Izumo którzy zostali bezpośrednio trafieni przez wcześniejszy wybuch.
Dym wywołany wybuchem zaczął opadać, a ich oczom ukazały się trzy postacie w jasnych długich płaszczach oraz z chustami tego samego koloru spod których widać było tylko oczy. Nagle stojący w środku włożył rękę pod chustę i sięgnął ust. Nadgryzł kciuk wykonał kilka pieczęci i krzyknął:
- Kuchiyose no Jutsu!
Przed nimi stanęło pięć fioletowych istot z całkowicie czarnymi oczami. Wszystkie wyglądem przypominały legendarnego minotaura, i dzierżyły w dłoni ogromne topory. Cała drużyna dziesiąta stanęła w osłupieniu spoglądając na efekt przyzwania. Nawet Asuma, który jest tak długo na tym świecie nie widział jeszcze czegoś takiego, jednak Shikamaru już wiedział co jest grane. Niespodziewanie jeden z nich zniknął i pojawił się tuż przed zadumanym ninja zbierając się do pozbawienia go głowy.
- Konoha Senpuu! ? potężny kopniak wylądował na brzuchu bestii ratując tym samym najmądrzejszą osobę w całej wiosce.
- Cholera, ruszcie się bo was zabiją! ? krzyknął posiadający krzaczaste brwi wybawca w zielonym uniformie.
- Dzięki Lee.
- Nie ma za co.
Powoli zaczęło się pojawiać coraz więcej ninja zwabionych wybuchem.
- Guardianie pozbądźcie się gapiów! ? padł rozkaz.
Fioletowe kreatury natychmiast pognały w stronę miasta i znikając wdały się w walki z obserwującymi dotąd ninja.
- Gai-sensei i reszta mojej drużyny jest pobliżu, nie martwcie się wykończą tamtych, my zajmijmy się tymi tutaj ? odrzekł Rock.
Shikamaru błyskawicznie połączył swój cień z trzema postaciami i wiedząc że będą go kopiować, wykonał ruch nakazujący zdjęcie zamaskowania. Chusty upadły na ziemię, a wszyscy obecni stanęli jak wryci, nie mogli uwierzyć w to co właśnie zobaczyli. Przed nimi stali Kazekage wioski piasku Gaara i jego rodzeństwo czyli Temari i Kankuro. Technika przytrzymująca ich została anulowana.
- Dlaczego!? ? wykrztusili wszyscy niemal jednocześnie.
- Takie było polecenie, mamy zniszczyć tę wioskę. ? odpowiedział czerwono włosy.
- Czyje polecenie!? Przecież ty rządzisz swoją wioską! ? wrzasnął Asuma.
- Nie będę się tłumaczył przed nieznajomymi.
- Jakimi nieznajomymi?! ? zbulwersował się mistrz technik cienia.
- Dość tej paplaniny, załatwcie ich, nie chcę sobie brudzić rąk. - zwrócił się do swoich towarzyszy.
Człowiek z freskami na twarzy rozwinął zwoje niesione na plecach i wyłoniły się z nich trzy lalki Karasu, Kuraori i Sanshuuo. Natomiast blondynka rozwinęła wielki wachlarz. Nagle spostrzegli że oczy przeciwników są czarne jak smoła i jedynie narząd wzroku najsilniejszego z nich przypominał ludzki. Teraz jedynym co różniło ich od wcześniej przyzwanych monstrów był kolor skóry. Zrozumieli że nie mają już wyjścia i muszą ich zabić, bo efektem tej ciemności jest całkowite zniknięcie świadomości. Skoro Kazekage nie miał zamiaru walczyć podzielili się na dwa zespoły. Asuma i Lee postanowili że pokonają lalkarza, natomiast pozostała trójka szykowała się do walki z mistrzynią wiatru.
Taktyk natychmiast opracował plan walki i szybko podzielił się nim z towarzyszami.
Temari uderzyła wachlarzem tworząc gigantyczny podmuch, wszyscy w ledwo utrzymali się na ziemi.
Shikamaru natychmiast rozpoczął atak i jego cień szybko sunął po ziemi zbliżając się w kierunku wroga, ta jednak nie dała się złapać i zaczęła uciekać jak najdalej od cienia. W tym momencie za nią pojawił się Choji i gigantyczną pięścią wymierzył morderczy cios, który natychmiast powalił nieprzyjaciela. Podniosła się z ziemi i był to ostatni ruch jaki zdążyła wykonać, bo jej cień został przejęty.
- Plan się powiódł. Teraz masz szansę Ino.
- Shintenshin no Jutsu! ? krzyknęła i jej dusza wystrzeliła w stronę nieruchomego przeciwnika, a ona sama zemdlała. Ku zdziwieniu jej kompanów prawie natychmiast powróciła.
- Co się stało? - zapytał Choji.
- Znalazłam się w jej umyśle i byłam otoczona mrokiem, i czułam jakby chciał się we mnie wedrzeć, jedyne co zdążyłam zauważyć, to że jej świadomość została zniszczona, teraz jest bezmózgą bestią, która jest najprawdopodobniej przez kogoś kontrolowana.
Wymianę doświadczeń przerwał im biały jednooki tygrys i pędzący wraz z nim ostry jak brzytwa podmuch. Wszyscy momentalnie odskoczyli uchylając się przed atakiem, jednak wiatr wywołał kilka nacięć na ich ciałach.
-Trzeba zmienić taktykę, mam pewien pomysł, powiedzcie mi tylko czy dacie radę z tym tygrysem?
- Jasne, o nas się nie martw. ? odrzekli wspólnie zwracając się w stronę wietrznej bestii.
- Kage Bunshin no Jutsu ? Shikamaru stworzył jednego klona, który natychmiast pognał między budynki i oddalił się z pola walki. Wiedział że ma teraz o połowę czakry mniej i musi być ostrożny.
Ujrzał zbliżający się w jego stronę ogromny podmuch wiatru, nie zdążył umknąć, został trafiony frontalnie. Poturlał się po ziemi i leżąc splunął krwią. Wstał i zdał sobie sprawę że jest wewnątrz pyłu, od razu zidentyfikował użytą technikę jako Fuusajin. Naraz ze wszystkich stron zaczęły nadlatywać tnące podmuchy, który były tak skonstruowane żeby nie rozwiać pyłu. Nie mógł się bronić, przyjmował ciosy i zdobywał coraz więcej ran, aż w końcu wymyślił.
- Ninpou Kagenui! ? krzyknął i z oddzielonych od ziemi macek z cienia wytworzył wiatrak, który szybko rozwiał kurz. Ranny, ale dumy z siebie spoglądał na kobietę, która kiedyś uratowała mu życie. Na dachu jednego z budynków dostrzegł swojego klona , który natychmiast rzucił nożem w stronę Temari i zniknął.
- Kagemane Shuriken no Jutsu. ? powiedział widząc że cień przeciwniczki jest przybity do podłoża.
- Wielka szkoda że muszę cię zlikwidować, byłaś wspaniałą kunoichi, ale zostałaś zmieniona w potwora, pora zakończyć twoje cierpienia, żegnaj. ? po tych słowach cieniste macki ruszyły w stronę kobiety i przebiły wszystkie witalne punkty na wylot. Zwróciła twarz ku niebu i ciemność zaczęła ulatywać z jej oczu, uszu, nosa i ust, po czym padła martwa na ziemię. Shikamaru odwrócił głowę i zobaczył jak Choji ogromną pięścią wgniata kocura w podłogę, a ten zniknął zaraz po śmierci właścicielki. W tym samym czasie Asuma i Lee toczyli walkę z Kankuro. Karasu i Kuraori zaczęły zataczać bardzo szybkie koła wokół dwóch przypartych do siebie plecami ninja.
- Nie spuszczaj gardy ani na chwilę, walczymy z lalkarzem. ? przestrzegł chwilowego partnera Jounin, po czym założył swoje kastety na dłonie i nasączył je czakrą wiatru. Lalki zaczęły strzelać w ich kierunku Kunaiami, lecz obydwaj bez większych problemów odbijali ataki. Satutobi przystąpił do ataku z ogromną prędkością ruszył w kierunku nieprzyjaciela, wziął potężny zamach i uderzył. Brat Gaary w ostatniej chwili odsunął twarz, a mimo to na policzku miał sporą ranę. Asuma wiedząc że przed drugą ręką przeciwnik nie ucieknie wyprowadził szybki cios, ten jednak nie trafił celu a zatrzymał się na twardej tarczy Sanshuuo. Siła jakiej użył, zwróciła się przeciwko niemu, odczuł silny prąd w łokciu, ból kości i krwawienie z palców, w które wrzynał się kastet. Niespodziewanie poczuł silne ukłucie w plecach, ostrze z któregoś odnóża lalki przeszyło go boleśnie. Ziemia pod nim runęła, a on znalazł się w drewnianym wnętrzu Kuraori i został szczelnie zamknięty. W tym momencie Karasu, z którą trudził się Lee, rozpadła się na wiele części, z każdej wysunęło się ostrze. Mistrz tajutsu od razu przypomniał sobie opowieści Kiby, który już widział ten atak i zrozumiał że ma nie wiele czasu. Noże ruszyły w stronę uwięzionego w lalce Asumy, a Rock prawie jednocześnie z nimi. W ostatnim momencie wyprzedził lalkarza , potężnym kopniakiem rozbił więzienie i wydostał swojego kompana, ratując mu tym samym życie.
- Dzięki, teraz czas na mój atak, odsuń się!
- Katon, Haisekishou! ? Dmuchnął ogromną ilością gazu w stronę przeciwnika i jego zabawek. Gdy dym się rozprzestrzenił, ten przygryzł zęby, tworząc iskrę i spowodował ogromny wybuch.
- Niezłe. ? skomentował go wyraźnie podniecony towarzysz.
Kiedy pył wywołany eksplozją opadł okazał się że wróg mimo ogromnych ran nadal stoi, ale jego narzędzie walki było w częściach. Jounin natychmiast ruszył aby dokończyć dzieła, jego kastety zaświeciły niebieską czakrą. W momencie kiedy mijał leżącą głowę jednej z lalek, ta z ogromną prędkością wystrzeliła kunai, który podciął ścięgno achillesa w jego lewej nodze. Lee natychmiast ruszył na pomoc, ale gdy znalazł się przy rannym w ich stronę popędziła kulka, która pękła tuż przed nimi pogrążając ich w chmurze trujących gazów. Młody Chunin najszybciej jak mógł wyniósł partnera z obszaru działania trucizny i położył w bezpiecznym miejscu. Podjął decyzję. Zdjął obciążenie, które zwykł nosić na nogach i nadludzką szybkością ruszył w stronę przeciwnika. Ten usiłował mu przeszkodzić wprawiając w ruch porozrzucane wokół części zniszczonych lalek, ale krzaczaste brwi nie miał najmniejszych problemów z unikami. Gdy znalazł się przy nieprzyjacielu, wycelował i zasadził potężnego kopniaka w podbródek wybijając go wysoko ku górze. Rzucił się za nim wymierzając jeszcze kilka ciosów i gdy byli na odpowiedniej wysokości chwycił go w talii i zwrócił głową ku ziemi:
- Omote Renge! ?krzyknął i natychmiast wraz z przeciwnikiem zaczął wirowym ruchem pędzić ku ziemi.
Uderzenie zrobiło ogromną dziurę w ziemi. Lee odskoczył i patrzył na przeciwnika, który leżał na ziemi ze złamanym kręgosłupem, , dychał jeszcze chwilę po czym ciemność zaczęła go opuszczać i wyzionął ducha.
- Więc udało wam się ich wykończyć, jesteście lepsi niż przypuszczałem, ale ze mną sobie nie poradzicie. ? odezwał się dotychczas bierny piaskowy demon.
- Cholera przez moją głupotę nie mogę wam pomóc, przepraszam Shikamaru. ? odrzekł leżący na ziemi Asuma.
- Nie przejmuj się tym sensei, Ino zabierz go w bezpieczne miejsce i postaraj się uleczyć, my postaramy się go zatrzymać do póki nie przybędą posiłki. ? powiedział Shikamaru.
Kunoichi natychmiast zabrała rannego i oboje zniknęli w gąszczu budynków.
- Z nim nie będzie tak łatwo ? nerwowo wydukał Choji.
W tym momencie fala ciemności zaczęła pochłaniać dotąd białą część oczu Gaary, lecz w połowie się zatrzymała.
- Co jest? Czemu jego oczy tylko częściowo są czarne? ? zapytał się w myślach Shikamaru, gdyż wyraźnie go to niepokoiło.
Korek zatykający gurdę, którą nosił na plecach upadł na ziemie, a Kazekage wyciągnął dłoń i zaczął strzelać wydobywającym się z niej piaskiem w stronę przeciwników. Wszyscy trzej z ledwością umknęli. Taktyk wycelował cieniem w przeciwnika i o dziwo udało mu się go pochwycić za pierwszym razem. Jego towarzysze natychmiast skorzystali z okazji że przeciwnik jest unieruchomiony.
- Konoha Senpuu! ? Krzyknął Lee ale jego noga została zatrzymana przez grubą ścianę piasku.
Choji wyskoczył wysoko złożył pieczęć i powiedział:
- Nikudan Harisensha. ? Jego włosy zwiększyły objętość i zamieniły się w twarde kolce, on zwinął się w kule i z góry zaatakował. Niestety jego technika też została zatrzymana przez obronę Gaary.
- Cholera nie wytrzymam dłużej, straciłem za dużo czarky. ? odrzekł taktyk.
W tym momencie połączenie cieni się rozpadło, a wróg korzystając z okazji potraktował dwóch oszołomionych swoimi nieudanymi próbami ninja ogromną falą piasku. Oboje poturlali się po ziemi i cali obolali wylądowali obok swojego przyjaciela.
- Suna Shigure ? powiedział ze spokojem piaskowy demon.
Zauważyli nad sobą ogromną chmurę piasku, która zbierała w sobie zawartość gurdy, a nawet obrony absolutnej. Chcieli uciec, ale spostrzegli że ich stopy są unieruchomione, przez macki wychodzące z pod ziemi. Wszystko co wisiało nad nimi runęło na ich głowy i w jednej chwili wszyscy trzej unosili się w górę w piaszczystych kokonach, z których wystawała tylko głowa.
- Trzy pieczenie na jednym ogniu, to już koniec. Sabaku...
Poczuli miażdżący ból na swoich ciałach. Nagle z oddali z ogromną szybkością nadleciała rozciągnięta ręka, której pięść z impetem wbiła się w brzuch pozbawionego defensywy Gaary. Ten obficie splunął krwią i został wysłany w pobliski budynek, a jego technik został anulowana.
- Widzę że potrzebujecie pomocy Shikamaru! ? wrzasnął rozbawiony Luffy.
- Cholera, zjawiłeś się w samą porę, ale nie sądziłem że jesteś na tyle silny by go powalić.
- Jestem silniejszy niż ci się wydaje. A co to za krzaczaste brwi!? ? wybuchnął śmiechem na widok Rocka Lee.
- To wspaniała oznaka siły młodości! ? krzyknął podniecony.
- Niesamowite! siła młodości! ? wpatrywał się w niego z gwiazdkami w oczach i rozwartą paszczą.
Niespodziewanie poczuł jak coś owija się wokół jego nóg.
- Nie zapomniałeś o czymś? ? powiedział wyraźnie poirytowany Kazekage, zamykając przybysza w piaskowym kokonie.
- Tylko nie to! Musimy coś zrobić! ? krzyknął Choji i wraz z Lee ruszyli do ataku, ale bezzwłocznie zostali odepchnięci przez piasek. Shikamaru chcąc pomóc rozpoczął atak cieniem, lecz odrazu zmorzył go ból i brak czakry. Nie mogli nic zrobić, wszyscy trzej z żalem patrzyli na słomianego kapelusza, który unosił się ku górze po śmierć.
-Sabaku Kyuu ? Gaara zacisnął pięść.
- Nie! Stój! ? krzyknęli naraz.
Piasek zmiażdżył swoją zawartość. Na twarzy nieprzyjaciela zaczęło się rysować zdziwienie. Z zaciśniętej kuli wyskoczył, ten który przed chwilą tak go zdenerwował.
- Jakim cudem!? ? wycedzili wszyscy jednocześnie razem z samym demonem piasku.
- Ponieważ jestem z gumy. ? odpowiedział śmiejąc się Luffy.
- Gomu Gomu no Pistol! ? natychmiast odpowiedział kontratakiem i wystrzelił swoją pięść w przeciwnika, ta jednak zatrzymana została przez defensywę przeciwnika. Jego dłoń opadła do ziemi, chwycił się wystającego konaru drzewa i krzyknął:
- Gomu Gomu no Rocket! ? popędził niczym rakieta w stronę wroga, tym razem lekko naginając piaskową obronę zdołał lekko uderzyć i skruszyć warstwę skóry wroga.
Kontratak nadszedł natychmiast potężna fala piachu wbiła się w brzuch pirata i wgniotła go w pobliski budynek. Słomiany bezzwłocznie się pozbierał i przeszedł do dzikiego natarcia.
- Gomu Gomu no Gatling Gun - nawał pięści zaczął napierać na Kazekage, lecz piasek chronił go przed każdym uderzeniem. W pewnym momencie kapitan narzucił szybsze tempo i piasek nie nadążał z odpieraniem ciosów. Ataki spadały na ciało wroga niczym grom z jasnego nieba. Obecnie był już w całości popękany, wściekły stanął w rozkroku, sklecił pieczęć :
- Ryuusa Bakuryu! ? piach przybrał formę ogromnego tsunami i popędził w stronę Luffiego. Lee, Choji i Shikamaru , ostatkiem sił wskoczyli na najwyższy budynek, a piach pochłonął całą resztę . Wejściowa część wioski wyglądała teraz jak pustynia, z której wystawało tylko kilka dachów budynków.
- Czas na twój pogrzeb! Sabaku Taiso! ? przyłożył dłonie do podłoża i w tym momencie, cały obszar poprzedniego ataku został nawiedzony przez potężne trzęsienie ziemi. Wszystkie zasypane budynki zaczęły się walić, trzech ninja wraz z gruzem, upadło na piasek, jednak nie martwili się o siebie, lecz o tego, który był wewnątrz. Piach zaczął wsiąkać w ziemie i ich oczom powoli ukazywała się sylwetka bardzo poranionego przez małe granulki pirata.
- Czas skopać ci dupę! ? wrzasnął wyłaniając się w całości.
Stanął w rozkroku, a jego łydki znacznie zwiększyły objętość, sprawiały wrażenie wypełnionych krwią, a ta po chwili została wprawiona w ruch.
- Gear Second. ? powiedział z szyderczym uśmiechem na twarzy, a jego ciało przybrało barwę czerwono-różowawą i zaczęła z niego ulatywać para.
- Niemożliwe przecież to... ? Wycedził zdumiony Lee.
- Nie wiem co teraz zrobiłeś, ale nie licz na zwycięstwo. ? powiedział przeciwnik.
Kazekage nawet się nie spostrzegł, gdy został pochwycony za obydwa ramiona.
- Gomu Gomu no Jet Rocket! ? piasek, który zazwyczaj go bronił tym razem nie zdołał się nawet ruszyć. Głowa pirata była wgnieciona w brzuch wroga, który bardzo obficie splunął krwią.
- Gomu Gomu no Jet Pistol! ? jego ataki i ruchy były ledwo widoczne dla oka, a ten wybił go wysoko w górę.
- Gomu Gomu no Jet Yari! ? przerażająca siła rozbiła go o podłogę.
Z ledwością zdołał się podnieść, a już nastąpiła kolejna fala uderzeń.
- Gomu Gomu no Jet Muchi!
- Jet Kane!
- Jet Stamp!
-Jet Gatling Gun!!! ? Ciosy były tak szybkie i silne że gdyby nie piaskowa tarcza Gaary, to z pewnością by tego nie przeżył. Przeciwnik znów ledwo się podniósł, ale tym razem, kurczowo złapał się za głowę i wydał przerażający okrzyk, który sprawił że wszystkich obecnych przeszły ciarki. Shikamaru spostrzegł że ciemna plama która w połowie wypełniała jego oczy zaczęła się wahać. Raz wydawało się że przybiorą taką formę jak u Kankuro czy Temari, a raz że całkowicie ustępuje.
- Gaara! ? krzyknął mimowolnie.
- Gomu Gomu no Jet Bazooka! ? Luffy w morderczym tempie posłał obie ręce w stronę miotającego się wroga, a ten wrzasnął z bólu, i upadł na kolana.
- Odejdź! Odejdź! Odejdź! ? darł się w niebogłosy.
Nagle ciemność z jego oczu zaczęła ulatywać ku górze, Shikamaru przełknął ślinę i z trudem spojrzał na dawnego sojusznika.
- Udało się... wygrałem... ? wydukał ostatkiem sił Kazekage, który ledwo widział na oczy, po czym położył się na plecach. Wszystkich bardzo dziwił fakt że nie zginął jak poprzedni, opanowani przez tę dziwną moc, natychmiast podbiegli do leżącego.
- Pokonała mnie i moje rodzeństwo... ? spojrzał na martwe ciała, a po jego policzkach pociekły łzy.
- Dziękuję że zwróciliście im wolność... uważajcie na wioskę... powiedziała że ma tu bardzo ważną sprawę i nie chcę by jej przeszkadzano, dlatego dostaliśmy rozkaz by was zaatakować... ? mówił z trudem, jego stan nie pozwalał mu na zbyt wiele.
- Kto!? Jaką sprawę!? ? nerwowo dociekali Chunini, jednocześnie ciesząc się że ich udało się uratować choć jedną osobę.
- Shikamaru! ? zawołał wyraźnie podekscytowany Luffy.
- Nie teraz.
- Shikamaru!
- Nie widzisz że rozmawiam? ? zwrócił się zdenerwowany w stronę pirata.
- Patrz jaki duży ptak! ? mówił z podekscytowaniem w głosie palcem wskazując na niebo.
Wreszcie nie wytrzymał i spojrzał na to cholerne niebo, żeby tylko spławić denerwującego przybysza i zamarł. Na niebie wznosił się wielki biały ptak, a na nim postać z dobrze znanym mu już stroju.
- Kurwa! Akatsuki!
Nagle w wiosce, rozległ się przeszywający głos alarmu, a z najwyższej wieży jakiś człowiek nadawał przerażający komunikat:
- Piąty Hokage, Tsunade-sama nie żyje!

27.07.2009 21:39
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Redrey Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,164
Dołączył: 26.03.2009
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #4
 
Musiałem rozbić to na dwa posty bo się nie mieściło. Przepraszam.

Rozdział Siódmy

- Co jest do cholery? Jak to nie żyje? Czy to sprawka Akatsuki!? ? krzyknął Shikamaru.
Wtem obok niego rozległ się głośny huk spowodowany sporych rozmiarów eksplozją.
- Śmierć waszego Hokage jest nam na rękę, ale z przykrością muszę stwierdzić że to nie my ją sprzątnęliśmy. ? Powiedział blondyn znajdujący się na grzbiecie wielkiego białego ptaka.
Sfrunął niżej lądując przy swoim garbatym towarzyszu.
- Ma rację, my przyszliśmy tutaj za tym piaskowym Jinchuuriki. Ja nazywam się Sasori, a on to Deidara, dobrze zapamiętajcie, bo jeśli będziecie stawiać opór, to ostatnią rzeczą jaką odtworzy wasza pamięć będą nasze imiona.
- Nie oddamy wam go, dopiero przed chwilą go odzyskaliśmy. ? odpowiedział zbulwersowany Lee.
- Większość z nas nie ma już czakry, nie damy im rady, co robić! ? taktyk bił się z myślami.
Wszyscy czterej stali nad nieprzytomnym Gaarą i myśleli jak się z tego wywinąć. Nieoczekiwanie pod ich stopami znalazło się kilka białych pająków. Shikamaru wiedział co się szykuje, więc bezzwłocznie rzucił się na ratunek i zakrył swoim ciałem Kazekage.
- Katsu!
Nastąpiła ogromna eksplozja, spora ilość kurzu sprawiła że widoczność była praktycznie zerowa. Niespodziewanie z chmury dymu wystrzeliły dwie dłonie i pochwyciły ogromnego białego ptaka, co wprawiło napastników w nie małe zdziwienie.
- Gomu Gomu no Rocket! ? krzyknął Luffy i poleciał z ogromną szybkością w stronę przeciwnika.
Jego głowa wbiła się w brzuch blondyna, który krzyknął z bólu, a siła odrzutu roztrzaskała go o pobliski budynek. Garbaty członek organizacji, szybko przyjął postawę obronną, lecz atak, którego się spodziewał nigdy nie nastąpił. Pirat stał na grzbiecie bomby i uderzając ją w głowę darł się:
- Ja też chce tak jak ten koleś przed chwilą! Leć! Leć! Leć!
- Co to za idiota! ? pomyślał nie mogąc wyjść z zaskoczenia, na widok głupoty oponenta.
- Sasori-senpai odsuń się! ? Krzyczał wściekły Deidara podnosząc się z gruzu. ? Przeklinaj dzień, w którym zakpiłeś z mojej sztuki.
- Katsu!
Tym razem eksplozja była o wiele większa niż poprzednia. Pirat został wyrzucony wysoko w powietrze, a fala uderzeniowa zmiotła kilka konstrukcji. W końcu opadł na ziemię i nie mógł się już podnieść, ponieważ obecne obrażenia w połączeniu z tymi których doznał w poprzedniej walce nie pozwalały mu na to.
- Bierzemy Jinchuurikiego i wynosimy się. ? powiedział garbaty ninja.
- Nigdy! ? krzyknął ledwo się trzymający na nogach Lee. Cały był we krwi, która zmieszana z ziemią sprawiała że wyglądał, jakby zaraz miał wyzionąć ducha.
- Doceniam twój upór, ale jedyne co możesz zrobić w twoim obecnym stanie to umrzeć, a tego chyba nie chcesz? Opór jest bezcelowy.
- Wolę zginąć, niż pozwolić ci na skrzywdzenie moich przyjaciół!
- Cóż za szlachetna postawa, myślę że pozwolę ci żyć.
W tym momencie zdarł przepaskę zasłaniającą mu usta, a Rock spostrzegł że przeciwnik jest lalką.
Sasori wystrzelił jedną igłę z paszczy, trafiła idealnie, wbiła się w udo. Ninja w zielonym uniformie natychmiast padł na ziemię.
- Nie bój się to tylko jad paraliżujący, za jakiś czas przejdzie. Deidara bierz naszą zdobycz, bo zaczynam tracić cierpliwość.
- Tak jest senpai. ? odpowiedział i zabrał się do wykonania rozkazu.
Nagle poczuł jak dziwna energia z ogromną siłą wbija się w jego brzuch.
- Rasengan!
Mistrz eksplozji nabrał rotacji jaką miała niebieska kula i wystrzelił z niesamowitą prędkością roztrzaskując się o skałę przed wejściem do wioski. Lalkarz groźnie zmierzył przybyłego ninja i z pod stroju organizacji wyciągnął wielki metalowy ogon.
- Kolejny robak do zdeptania?
W tym momencie przed garbatym akatsuki pojawiła się kobieta o różowych włosach i wymierzyła mu niesamowicie silny cios pięścią w twarz. Lalka natychmiast rozsypała się na drobne kawałeczki, a z jej wnętrza wyłonił się czerwono włosy młodzieniec.
- Kuchiyose Tsuiga no Jutsu! ? krzyknął trzeci zamaskowany ninja, który pojawił się na dachu jednego z budynków.
Sześć ogromnych psów wyskoczyło spod ziemi wbijając swoje zęby w ciało Sasoriego.
- Drużyna siódma przybywa! ? krzyknął Naruto.
Sakura rozejrzała się wokoło i zobaczyła wielu nie przytomnych ninja, chwilowo jej uwagę przykuł chłopak w słomianym kapeluszu.
- Sakura, zabierz Gaare i Shikamaru do szpitala, natychmiast. Ja, Choji i Luffy przeżyjemy. ? powiedział z trudnością Lee.
Sakura spojrzała na Shikamaru, który leżał obok Gaary, wyglądał bardzo źle. Jego plecy były jedną wielką raną z której powoli lała się krew. Bezzwłocznie podbiegła do nich.
- Zabieram ich do szpitala, dacie radę? ?rzuciła do swoich przyjaciół.
- Tak, będzie dwóch na dwóch, chyba że tamten już padł. ? odpowiedział Kakashi.
Kunoichi wraz z rannymi natychmiast zniknęła. Lalkarz dziwnie się uśmiechał.
- Co cię tak bawi? Przecież jesteś unieruchomiony i zaraz zginiesz ? odrzekł kopiujący ninja.
Nagle z boków lalkarza wysunęły się ogromne wirujące ostrza, które natychmiast zamieniły trzymające go pieski w fruwające flaki. Zaraz zza wroga wyleciały dwa białe malutkie ptaszki.
-Katsu!
Obydwaj zostali trafieni, jednak eksplozja nie była na tyle silna żeby ich powalić. Hatake natychmiast odchylił opaskę z lewego oka ukazując przeciwnikom swój Sharingan.
- No to się zabawimy. ? powiedział z uśmiechem długowłosy blondyn.
- Deidara! Czujesz to co ja? Odwieczne połączenie telepatyczne zniknęło... ? krzyknął Sasori, a wyraz jego twarzy wyraźnie okazywał przerażenie.
- Tak, cholera co mogło się stać? Przecież on był... ? jego twarz oblał zimny pot.
- Musimy wracać! - obaj natychmiast zniknęli.
- Co tu się działo... ? wycedził Naruto oglądając wszystkie zniszczenia.

Dwa dni później.
Powoli otworzył oczy, rozejrzał się wokoło i stwierdził że jest w szpitalu.
- Nareszcie się obudziłeś, spałeś dwa dni. ? Powiedziała Ino, która sprawowała pieczę nad pacjentem.
- Dwa dni. O cholera przespałem dziesięć posiłków! ? krzyknął przerażony
Ino zaśmiała się głośno, ale zaraz posmutniała.
- Coś się stało? ? zapytał Luffy.
- Hokage naszej wioski została zabita, podczas całego tego zamieszania i dziś jest pogrzeb.
- Przykro mi. Kim jest hokage?
- To władca naszej wioski, najsilniejszy ninja, zawsze uwielbiany przez wszystkich. Piątym władcą była Tsunade-sama i mimo że rządziła krótko, to wszyscy ją uwielbiali. Że też musiało do tego dojść. ? opowiadała, a tonacja głosu wyraźnie wskazywała że ciężko jej o tym mówić.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. ? powiedział pirat.
Niby tak proste słowa, ale w tej chwili tego jej było trzeba, przywrócenia nadziei. Od razu poczuła się lepiej.
- Dziękuje ci. Teraz już rozumiem, że nie warto się użalać, muszę ją godnie pożegnać. Wiem że jej nie znałeś, ale może wybierzesz się z nami na pogrzeb?
- Dobra, tylko daj mi coś do jedzenia bo zaraz umrę z głodu.
Oboje się zaśmiali, a kunoichi przyniosła mu ogromny stek, który został pochłonięty w ciągu sekundy.
Dochodziła dwunasta, na dziedzińcu zbierali się wszyscy mieszkańcy Konohy. Każdy był ubrany na czarno. Szli z bólem i żalem w sercu. Na środku znajdowała się trumna z ciałem, a nad nią zdjęcie. Drużyna dziesiąta wraz z piratem i Gaarą przyszła na miejsce. Niebo zaszło ciemnymi chmurami i zaczęło obficie padać. To nastrój jaki teraz emanował z serc konoszan, udzielił się matce naturze.
- Babcia Tsunade... ? powiedział Naruto.
Jirayia, który również przybył na pogrzeb, głęboko przeżywał śmierć najlepszej kobiety a zarazem przyjaciółki jaką miał. W jego głowie pojawiały się teraz wszystkie wspólnie spędzone chwile. Ciężko było mu znieść myśl że został sam, Orochimaru został pochłonięty przez zło, a teraz zabrano mu jeszcze ją, jego oczy zaszły łzami, lecz szybko je otarł. On wiedział tak jak wiedzieli wszyscy że nie wolno mu teraz płakać, zasadą wszystkich shinobich było nieokazywanie uczuć. Wszyscy po kolei zaczęli podchodzić z kwiatami, wnętrze wszystkich krwawiło z rozpaczy. Naruto zbliżył się i położył kwiat, spojrzał na zdjęcie i od razu przypomniał sobie wszystkie wspólnie momenty. Czuł jakby jeszcze wczoraj wraz ze zboczonym pustelnikiem poszukiwali jej po całym świecie. Przypomniał sobie wspólną walkę z Orochimaru i Kabuto, oraz wszystkie momenty, w których kłócili się o to na jaką misję ma iść. Pochwycił naszyjnik, który od niej dostał, a po jego policzku popłynęła gorzka łza. Luffy obserwował wszystko i wiedział że osoba zmarła musiała być kimś ważnym dla wszystkich tu obecnych. Jego głowę naszły pytania czy wyglądał by tak samo, gdyby zabrano mu jego przyjaciół, ale szybko odegnał złe myśli. Gdy ceremonia się skończyło niebo pojaśniało, a wszyscy shinobi rozeszli się w swoją stronę.
- Hej ty! ? zawołał Naruto w kierunku Luffiego.
- Ja?
- Tak ty. Chciałbym ci bardzo podziękować za ocalenie Gaary. Nie wiem jak mam ci się odwdzięczyć.
- Żaden problem, wystarczy że dasz mi trochę mięsa!
- To dobrze się składa, bo właśnie wybierałem się do Ichiraku Ramen. Chodź ze mną, ja stawiam!
- Żarcie, idziemy!
W tym momencie cała drużyna dziesiąta zaczęła się szyderczo śmiać.
- Z czego się śmiejecie? ? zapytał blondyn.
- Zobaczysz - odpowiedzieli jednogłośnie.
- Na mnie już czas, muszę wrócić do mojej wioski i pochować rodzeństwo. Luffy dziękuje za uratowanie mnie, a tobie Naruto za troskę. Mam nadzieję że się jeszcze spotkamy. ? powiedział Kazekage, po czym ruszył w stronę wyjścia z wioski.
- Jasne, trzymaj się. ? rzucili mu wszyscy na pożegnanie.
Pirat i ninja udali się na wcześniej wspomniany posiłek. Obaj usiedli przy barze.
- Jak zwykle Ramen dla mnie i dla kolegi.
- Dużo, bardzo dużo żarcia! ? krzyknął słomiany kapelusz.
W końcu doczekali się pierwszej porcji, obaj pochłonęli ją w całości niemal jednocześnie. Spojrzeli na siebie beznamiętnie.
- Kto zje więcej?
- Dobra i tak mnie nie pokonasz.
Sprzedawca w pocie czoła, produkował przerażające ilości specjalności zakładu. A obaj klienci jedli szybciej niż przewidywał. W końcu ilość pustych misek całkowicie zasłoniła im dostęp do baru.
- Już nie mogę!
- Ja też!
- Nadal remis. ? powiedział Luffy.
-Taa.
Nagle obaj wydali z siebie potężne beknięcia, które sprawiły że cały budynek zadrżał w posagach.
Sprzedawca, posprzątał i zmordowany padł na stołek przy barze.
- Nigdy więcej! Naruto wywieś kartkę że dziś już nieczynne, i możesz od razu zapłacić.
Wyciągnął z kieszenie swój portfel żabkę i wysypał na stół mnóstwo pieniędzy.
- Widzę że na ostatniej misji nieźle się wzbogaciłeś.
- Taaa, i już wszystko wydałem, czemu zgodziłem się płacić?
W tym momencie spojrzał na Luffiego, którego brzuch osiągnął olbrzymi rozmiar.
- Czym ty jesteś? ? zapytał zaskoczony odkryciem.
- Gumowym człowiekiem.
- Pierwszy raz coś takiego widzę, słyszałem że przybyłeś z innego świata.
- Tak i muszę tam wrócić, bo moi przyjaciele czekają na mnie. Ale nie wiem gdzie zacząć.
- Spokojnie jakoś ci pomogę, jak chcesz możesz u mnie nocować.
- Dzięki! Jesteś super dresiku!
- Dresiku? Ja ci dam dresika! ? zaczęli się szarpać, ale po chwili obaj już się śmiali.

***

- Cholera, umawia się z nami na herbatkę, a później nie przychodzi. Co to ma być? ? Wrzasnął zbulwersowany Nnoitora.
- Wiecej szacunku! Nie zapominaj że wszystko co masz zawdzięczasz Aizenowi! ? skontrował Kaname.
- Spokojnie panowie, nie ma powodów do krzyku. Aizen wraz z pierwszą trójką Espady udał się by pojmać bardzo silnego vasto lorde w głębi Hueco Mudo. ? powiedział cynicznie się uśmiechając Gin.
- Też zaczyna mnie denerwować to czekanie. Nie mógł przełożyć lub odwołać spotkania? A teraz siedzimy tu bezczynnie.
- Yammy, cierpliwości, jak zwykle dajesz się ponieść emocjom, które cię zaślepiają. ? odrzekł Uluqiora.
- Nie wiem jak wy, ale ja nie będę tu dłużej marnował czasu. Do następnego. ? rzekł szósty arrancar i skierował się w stronę drzwi.
- Czekaj Grimmjow! Masz tu siedzieć, dopóki Aizen-sama nie przybędzie! ?wrzeszczał zbulwersowany Tousen.
Jednak jego słowa nie spotkały się z żadną rekcją.
- Nie utrzymacie go w ryzach. ? rzekł z uśmiechem Szayel.
W tym momencie drzwi do komnaty, w której się znajdowali otworzyły się z hukiem. Wszyscy z niedowierzaniem spoglądali w stronę przybysza. W wejściu stał Stark, był cały we krwi, jego odzienie było poszarpane, a górnej części nie miał w ogóle, na dodatek ledwo trzymał się na nogach. Stojący w pobliżu Grimmjow wziął go pod ramię, posadził na jego stałym miejscu a sam zasiał na swoim.
- Co się do cholery stało? ? Zapytał nerwowo były kapitan dziewiątej dywizji.
- Aizen, Halibel i Barragan nie żyją... ? powiedział z ledwością.
- Jak to nie żyją!? ? w tym momencie zazwyczaj spokojny i wyśmiewający wszystko Ichimaru Gin spanikował. Pamiętał wiele walk jakie stoczył razem z przyjacielem i niezmierzony strach go obleciał na samą myśl że może istnieć coś potężniejszego od niego. Nigdy w życiu nie czuł się tak zagubiony.
- Nie mów że to Vasto Lorde... ? powiedział przerażony.
- Nie, to był ktoś inny. Po walce z Pustym ujrzałem czarny otwór na niebie, z początku myślałem że to Garganta, ale bardziej przypominało wir. Wyłonił się z niego człowiek, ale jakiś dziwny, bo posiadał Zanpaktuo. Jego miecz w formie Shikai jest najpotężniejszą rzeczą, jaką w życiu widziałem. Zamiast ostrza posiadał złotą podłużną szyję smoka... ? w tym momencie gwałtownie zakasłał wypluwając krew. ? Ubrany był w długi czarny płaszcz z wysokim kołnierzem, sięgający trochę poniżej kolan oraz spodnie w tym samym kolorze. Jego miecz wydłużył się i smocze zęby z ogromną prędkością wbiły się w moją klatkę piersiową, nagle poczułem impuls, który najprawdopodobniej połamał mi wszystkie żebra... ? znów zakasłał, ogromnym trudem było dla niego cokolwiek mówić. ? W tym momencie straciłem przytomność, a gdy się obudziłem Halibel, Barragan i Aizen-sama byli martwi... ? Łzy pociekły mu z oczu. ? Nie mogłem nic zrobić, przepraszam...
Wszyscy członkowie Espady zamarli na skutek usłyszanej opowieści.
- Przecież to nie możliwe... ? powiedział Ichimaru, wytrzeszczając swoje czerwone ślepia.
- Trzeba dokonać zemsty! Za wszelką cenę, za sprawiedliwość! ? krzyknął Tousen.
Wszyscy przytaknęli, za wyjątkiem zszokowanego byłego kapitana trzeciej dywizji, był w takim stanie że nie wiedział co się z nim dzieje.
- Musimy zacząć zbierać siły, Yammy zabierz Gina i Starka do szpitala. ? rozkazał Kaname, który czuł się w obowiązku opanować sytuację.
Dziesiąty arracnar przerzucił na barki pacjentów i ruszył w stronę szpitala. W tym momencie wszyscy poczuli gigantyczny nacisk reiatsu, była to energia o wiele bardziej przytłaczająca niż Aizenowska. Stark ostatkiem sił krzyknął:
- To z pewnością on! Musi być gdzieś na terenie Las Noches.
- Co on tu robi, przyszedł nas wszystkich wyrżnąć ? ? Zapytał podenerwowany Zommari.
- Nie bójcie się, nikogo nie chcę zabijać, daruje nawet temu, którego miałem się pozbyć. ? odezwała się postać zza pleców wszystkich, którzy zwrócenie byli w kierunku drzwi.
Ich oczom ukazał się wysoki dobrze zbudowany mężczyzna o nadzwyczaj zimnym wyrazie twarzy, którą zdobiły dwa wytatuowane małe, czarne trójkąciki skierowane wierzchołkami w dół po jednym pod każdym okiem. Miał czerwone źrenice, podobnie jak Gin, oraz długie za łopatki gęste ciemnozielone włosy. Jego strój zgadzał się z tym opisanym przez pierwszego espadę. Wszyscy natychmiast wyciągnęli miecze.
- Spokojnie, bez nerwów, przecież wiece że mogę was wszystkich zmieść za jednym zamachem, nie szkoda wam życia? ? mówiąc to podniósł poziom wydzielanego reiatsu do niewyobrażalnego poziomu.
Wszyscy momentalnie zamarli. Jedyne Ichimaru Gin z obłąkanym wzrokiem i wyrazem twarzy powoli zbliżał się do przybysza. Gdy znalazł się obok niego, najszybciej jak tylko potrafił dobył miecza i potężnie ciął. Ostrze zatrzymało się w dłoni wroga, który natychmiast przyciągnął Kapitana do siebie i z impetem wbił mu kolano w brzuch, a ten prawie natychmiast zemdlał.
- Już mówiłem że nie przyszedłem tu walczyć, a tym bardziej z osobą, której miecz jest tępy z obu stron.
- To jaki jest twój cel? ? zapytał Uluqiora.
- Jako że nie lubię kraść, zjawiłem się przed wami żeby oznajmić że pożyczam sobie to cudeńko. ? powiedział cynicznie, a z kieszeni wyciągnął Hougyoku, po czym zniknął.

Rozdział Ósmy

Czarny Motyl spoczął mu na palcu.
- Ryoka wtargnął na teren Seretei, jest na terenie waszej dywizji wyeliminujcie go.
- Tak jest!
Owad odeciał.
Roronoa kroczył ścieżką, oglądał pobliskie budynki. Nagle zauważył że z za ściany obserwuje go jakiś człowiek w czarnym stroju.
-Hej ty! Chodź no tu! ? krzyknął natychmiast.
Postać wyszła zza ściany i niepewnie powiedziała:
- Ja? O co chodzi?
- Gdzie znajdę tu kogoś dobrze poinformowanego?
- Ja nic nie wiem.
- Na pewno? ? spytał Zoro prześwietlając shinigamiego przerażającym wzrokiem.
- Ratunku zostanę zabity! ? wrzasnął wystraszony młodzieniec.
Na wołanie zareagowała grupa dziesięciu osób, którzy natychmiast pojawili się na miejscu zdarzenia.
- Lueck, znów się mazgaisz? ? odrzekł jeden z nich.
- Nie, ja się wcale nie boje, ale to jest... ? wskazał palcem na Zoro, a nogi trzęsły mu się jak galareta.
Wszyscy spojrzeli w stronę pirata.
- To ten ryoka, dostaliśmy rozkaz aby go zlikwidować, a ty znów nic nie robisz mimo że pierwszy dotarłeś na miejsce! To tylko zwykły człowiek nie jest tak groźny jak pusty.
- Nitoryou Takanami! ? rozległ się krzyk.
Wszyscy Shinigami popadali ranni na ziemie.
- Chcecie mnie zlikwidować? Może za sto lat. ? powiedział spokojnie.
- Niemożliwe, jakim cudem zwykła dusza jest tak silna?
- A kto powiedział, że jestem zwykłą duszą? ? rzekł z obłąkanym uśmiechem na twarzy, po czym ruszył dalej.
Był bardzo zaskoczony że to miejsce aż tak różni się od poprzednich, które miał okazję odwiedzić, a szczególnie od obszaru, na którym wylądował. Wszystkie budynki były bardzo ładne i zadbane, można było śmiało powiedzieć że wszędzie panował przepych. Szermierzowi bardzo się to nie podobało, że w Rukongai panuje przerażająca bieda, kosztem wszystkich bogactw obecnych tutaj.
- To on łapać go!
Kolejna grupa przyszła by go pochwycić. Natychmiast wyciągnął miecz i w kilka sekund było już po wszystkim. Roronoa zauważył że wszyscy napastnicy mają takie same odzienie, więc zdarł szaty z jednego z leżących i przywdział je na siebie. Niezbyt podobał mu się strój, był nie poręczny i niewygodny, ale wiedział że musi mieć go na sobie, aby uniknąć kłopotów.
Czuł się totalnie zagubiony, nie wiedział gdzie ma szukać informacji, wszędzie czaili się wrogowie, już wiedział że powrót do załogi będzie trudniejszy niż zakładał. W pewnym momencie zauważył duży budynek, nad którym była wygrawerowana liczba trzy. Pomyślał że może warto tam ruszyć. Ukradkiem wszedł na posesje, przed budynkiem nie było nikogo kto mógłby go zauważyć, podszedł do drzwi, a że były uchylone dyskretnie za nie zajrzał. Zobaczył blondyna z długimi włosami i grzywką zaczesaną na lewe oko i drugiego osobnika, który wyglądał jakby zdawał mu jakiś raport. Pirat od razu pomyślał że może to być kapitan, o którym mówił Arnie, adrenalina mu podskoczyła, poczuł podniecenie, już we krwi czuł że bez walki nie zdobędzie żadnych informacji. Poczekał aż jego cel zostanie sam i gdy nadarzyła się taka sposobność, wszedł do środka i rzekł:
- Witam kapitanie. Niestety nie udało nam się jeszcze pochwycić intruza.
- Podejdź bliżej.
Dystans między nimi się zmniejszył. I nagle blondyn w błyskawicznym tempie dobył miecza i znalazł się nad Zoro, z zamiarem rozpłatania go na pół jednym atakiem, lecz w ostatniej chwili atak został zablokowany.
- Widzę że jesteś lepszy niż myślałem. Ale nie zrobisz ze mnie głupca. Myślisz że nie znam swoich ludzi? A tak poza tym jestem Kira Izuru porucznik trzeciego oddziału i bardzo nie lubię, gdy ktoś porusza temat kapitana w mojej obecności.
Natychmiast odskoczyli od siebie. Szermierz dobył drugiego ostrza i powiedział:
- Jestem tu tylko żeby uzyskać kilka informacji, wcale nie musimy walczyć, ale jeśli chcesz chętnie cię pochlastam.
- Nie dostaniesz żadnych informacji i jeśli myślisz, że mnie pokonasz ,to powiem ci, że porywasz się z motyką na słońce.
- Odnajdę moich przyjaciół i nikt mi w tym nie przeszkodzi!
- Przyjaźń, jaka to piękna rzecz, ale co jeśli ktoś komu ufasz wbije ci nóż w plecy?
- To się nigdy nie stanie!
- Też tak myślałem...
Obaj z impetem ruszyli do ataku, stal zabrzęczała. Kira okładał pirata swoim mieczem najmocniej jak potrafił. Padał cios za ciosem, każdy był z ledwością blokowany. W pewnym momencie blondyn zniknął i nagle Zoro poczuł dotkliwe cięcie na plecach i upadł krztusząc się krwią.
- Co to było?
- To Shunpo, dziwne że o tym nie słyszałeś.
- Nie o to pytałem kretynie, gdzie twój honor, jak można atakować przeciwnika od tyłu.
- A co to za różnica i tak zginiesz.
W tym momencie, szermierzowi puściły nerwy. To już przestała być zwykła walka o zdobycie informacji, teraz musiał bronić urażonej dumy. Musiał pokazać kto tu rządzi, podniósł się z ziemi, wzmocnił uścisk na rękojeściach i powiedział:
- Nitoryou Sai Kiri!
Ostrza rozpoczęły szaleńczy taniec, który pozostawił dwie rany na klatce piersiowej porucznika. Ten splunął krwią i natychmiast zniknął, znów pojawił się za plecami pirata, ten jednak przejrzał wszystko, uprzedził przeciwnika i jako pierwszy zaatakował, kolejna rana pojawiła się na ciele blondyna.
- Już widzę jak się poruszasz. ? powiedział do zaskoczonego ciosem przeciwnika.
- I tak nie przyniesie ci to zwycięstwa. Ale widzę że muszę zacząć walczyć na poważnie.
Porucznik położył dłoń na swoim mieczu i krzyknął:
- Unieś klingę Wabisuke!
Jego miecz zalśnił fioletową energią, a następnie zmienił kształt. Teraz Blodyn miał w dłoniach ostrze, które było zakończone dużym kwadratowym hakiem. Rzucił zimne spojrzenie w kierunku przeciwnika i znikł. Obaj poruszali się z niesamowitą prędkością, obaj szukali odpowiedniego momentu by uderzyć. W końcu miecze zderzyły się, krzyk stali dał się słyszeć w całym Seretei, a siła zderzenia dała swój upust wywołując potężny podmuch, który zmiótł całą konstrukcję, będącą dotychczas polem bitwy. Żaden nie miał zamiaru przestać, dalej kontynuowali natarcie, grad uderzeń padał po obu stronach, a iskry leciały z mieczy. Nieoczekiwanie Izuru, odskoczył od przeciwnika i zapytał:
- Liczyłeś?
- Co miałem liczyć?
- Liczbę uderzeń.
W tym momencie Zoro poczuł jak jego ręce opadają bezwładnie pod olbrzymim ciężarem własnych mieczy.
- Co jest do cholery?
- Mój zanpaktuo nazywa się Wabisuke, co oznacza przepraszać, podwaja wagę każdej uderzonej rzeczy i sprawia że przeciwnik ugina się pod ciężarem własnego oręża i wygląda jakby przepraszał. To koniec, po 10 uderzeniach na każdy miecz, obydwa ważą około 700kg, nie dasz rady nimi walczyć.
Pirat wyraźnie spanikował, został pozbawiony swojej broni, nie miał jak walczyć, nie miał jak się bronić, nie wiedział co robić. W pewnym momencie, wpadł na pewien pomysł.
- To jeszcze nie koniec.
Z całej siły pochwycił rękojeści wbitych w ziemie ostrzy i krzyknął:
- Ichi Gorilla!
- Ni Gorilla!
Jego mięśnie rąk powiększyły się do nieludzkich rozmiarów. Bezproblemowo uniósł swoje miecze. Przeciwnik był tak wstrząśnięty tym widokiem ze stał i się patrzył. Szermierz bezzwłocznie przystąpił do kończącego ataku. Przyjął pozycję i krzyknął:
- Nitoryou Iai Rashomon!
Atak został wyprowadzony z nieziemską szybkością. Kira zdążył zasłonić się mieczem, lecz pod naporem takiej mocy i takiego ciężaru, miecz od razu rozsypał się na kawałki, a on sam został niemalże przecięty na pół, splunął krwią i padł na ziemię. Efekt nałożony na miecze zniknął.
- Nie doceniłem cię. Jesteś bardzo silny, jakich informacji potrzebujesz?
- Chce się spotkać z najlepiej poinformowaną osobą w tej mieścinie.
- Hahaha. ? zaśmiał się ale natychmiast przestał, bo rana na niewiele mu pozwalała. ? Zginiesz tam, ten człowiek jest tysiąckroć silniejszy ode mnie, ale jak chcesz idź do budynku pierwszej dywizji, tam go spotkasz. To bardzo stary człowiek ,ale nie daj się zwieść pozorom.
- Dzięki ruszam, po drodze powiem komuś żeby cię opatrzyli, trzymaj się!
- Nie w tą stronę. ? powiedział z trudem Kira, ale zbyt chicho by tamten usłyszał.
Pirat pędził przed siebie, biegł ile sił w nogach i nagle się zatrzymał.
- Cholera gdzie ja jestem? ? pomyślał.
Bił się po głowie że też nie zapytał o dokładną drogę, czy chociażby o wygląd miejsca, do którego ma się kierować. Postanowił zapytać kogoś o drogę. Normalnie unikał ludzi, bo przestało go bawić wyżynanie wszystkiego dookoła. Myślał przez dłuższą chwilę, co ma teraz zrobić, aż nagle z zadumy wyrwał go pewien dziecięcy głosik.
-Trawka? Kaktus? Meszek?
Zoro spojrzał pod nogi i zobaczył małą dziewczynkę o różowych włosach, która ciągła go za szatę?
- Kaktusiku nie wiesz gdzie może być Ken-chan?
- Nie jestem żadnym Kaktusem, głupi dzieciaku!
- Nie dobry Meszek! ? powiedziała, wyskoczyła w górę i zostawiła odcisk buta na twarzy szermierza.
- Ty mała cholero! ? zdenerwowany rzucił się by ukarać dziewczynkę, ale bez skutku, była strasznie szybka i ciągle mu uciekała.
- Jestem Kusajishi Yachiru. Trawko, pomóż mi znaleźć Ken-chana.
Krew się w nim gotowała, ale w pewnym momencie wpadł na pomysł jak wykorzystać całą sytuację.
- Przecież to tylko głupi dzieciak ? pomyślał i natychmiast przeszedł, do realizacji planu.
- Gdybyś nie była taka mała zlikwidowałbym cię od razu. Ale dobra pomogę ci, jeśli ty pomożesz mi odnaleźć budynek pierwszej dywizji.
- Zgoda! ? krzyknęła i natychmiast wskoczyła na głowę pirata.
- Złaź ze mnie!
- Wio koniku! Naprzód! ? wrzasnęła i pociągnęła silnie za zielone włosy.
- Ałaa!!
Nie był w stanie się oprzeć takim torturom, natychmiast zaczął biec, niczym stado wściekłych koni.
-Tędy! ? wskazywała palcem mała.
Minęła godzina. Zmęczony Zoro przystanął aby odsapnąć:
- Czy ty na pewno znasz drogę? Jesteśmy tu szósty raz! ? Dał upust swoim nerwom.
- Teraz na pewno w prawo, nie obijaj się! ? dała sygnał do biegu ciągnąc, biedaka za włosy.
W całej tej bieganinie minęły następne trzy godziny. Roronoa miał wrażenie że zwiedził całe Seretei.
- Yachiru-chaaan! Widzę że znalazłaś nową ofiarę twoich zabaw. ? powiedziała postać stojąca na murze, pod którym się zatrzymali
- To była tylko głupia zabawa? Cholerny dzieciuch! ? Wrzeszczał w niebogłosy zmęczony pirat.
Rzucili się na siebie, lecz już po chwili walka była skończona, i zielonowłosy leżał na ziemi z rozwalonym nosem i odbitymi podeszwami Kusajishi na twarzy.
- Nanao-chan! ? zawołał człowiek przyglądający się całej sytuacji.
Po chwili pojawiła się czarnowłosa kobieta w okularach, a on zwrócił się do niej:
- Zaprowadź Yachiru-chan do Zarakiego. A ty przyjacielu ? tu zwrócił się do Zoro ? chyba potrzebujesz odrobiny odpoczynku, może dasz się skusić na sake, dziś nie mam z kim pić.
- Bardzo chętnie. ? odpowiedział.
Już po chwili obaj byli w budynku ósmej dywizji. Zasiedli przy stole, a mężczyzna w kwiecistym płaszczu postawił dziesięć flaszek na stole.
- Jestem Kyoraku Shunsui, kapitan ósmego oddziału, ale to już pewnie wiesz. A ty kim jesteś przyjacielu?
Szermierz odessał się od pustej już flaszki i odpowiedział:
- Roronoa Zoro, pirat z Grand Line.
- Hola, hola, jedna butelka i już bombeczka? Słabą głowę masz.
- Mówię prawdę i wcale nie jestem pijany!
- To może zobaczymy, który z nas jest lepszy w te klocki?
- Nie ma sprawy.
Obaj spojrzeli sobie w oczy, i zaczęli pić jak szaleni, nawet nie można było stwierdzić, kiedy szkło było puste i ile litrów w siebie wlali. Już po chwili oboje leżeli i nie mogli się ruszyć.
- Widziałeś moją porucznik? ? zaczął kapitan, lecz wypowiadanie słów szło mu z niesamowitą trudnością.
- Tę w okularkach?
- Tak. Nanao-chan jest taka słodziutka, nie sądzisz? A jakie ma cycuszki.
- Kobiety? To nie dla mnie.
- Eee tam, na każdego przychodzi czas, na pewno masz już jakąś sztukę na celowniku. ? zapytał podchwytliwie Shunsui.
- Może i mam, ale nic ci do tego, stary zboczony pijaczyno!
Obaj się zaśmiali, po czym schlani na umór zasnęli.
Nazajutrz obaj wstali z koszmarnym bólem głowy.
- Ja chyba nigdy nie przestane pić.
- Mój łeb! ? krzyknął Zoro zrywając się z podłogi.
- Nie tak głośno, bo mi bębenki po pękają.
- Przez tę libację, całkowicie zapomniałem o moim celu, muszę się udać do budynku pierwszej dywizji.
- No to masz szczęście, bo Yama-jisan to mój mistrz, wiec mam u niego specjalne względy.
- Wczoraj szukałem tego budynku i nie potrafiłem go znaleźć. Zaprowadzisz mnie?
- Nie musisz prosić, każdy, kto ze mną pije jest moim przyjacielem.
Już po chwili obaj byli na zewnątrz. Kyoraku szedł przodem, lecz nagle się zatrzymał i zapytał:
- Wiesz co? wczoraj nie dowiedziałem się od ciebie najważniejszej rzeczy. Z którego jesteś oddziału?
Zoro, tego się właśnie najbardziej obawiał. Już wiedział że nikt tutaj nie uwierzy, że jest z Grand Line.
Kropla potu spłynęła mu po czole, przełknął ślinę i powiedział:
- Jestem z trzeciego oddziału.
- Kto jest twoim porucznikiem?
To pytanie, wywołało w piracie, falę obawy. Czuł energię bijącą od kapitana który stoi przed nim i wiedział że bez trzeciego miecza nie ma zbyt dużych szans na zwycięstwo. Bił się teraz po głowie że nie ma w zwyczaju zapamiętywać, imion swoich przeciwników.
- Nie wiem. ? odpowiedział.
- Jak to nie wiesz? ? Shunsui spojrzał na niego podejrzliwym wzrokiem.
- Jestem nowy. ? w ostatniej chwili spontanicznie powiedział Zoro.
- Dobra, kiedyś cię jeszcze wyciągnę na sake. Masz może ochotę, trochę się rozruszać?
Zoro odetchnął z ulgą i powiedział:
- To znaczy?
Kapitan zniknął i pojawił się na dachu budynku naprzeciwko i krzyknął:
- W akademii na pewno nauczyli cię Shunpo, skorzystaj z tego, ja dostosuje się do twojego tempa, a będziemy u celu szybciej.
Zoro znów nie wiedział co zrobić, nie znał tej techniki, jedynie kilka razy dane mu było ją zobaczyć, ale pomyślał że ta niewiele różni się od tej, którą opanował niedawno.
- Soru. ? wypowiedział i pomknął w kierunku Kyoraku.
Obydwaj pędzili z niesamowitą prędkością, skacząc po dachach budynków. W pewnym momencie, kapitan znów się zatrzymał i zapytał:
- To nie jest Shunpo prawda?
- Masz rację.
- Więc co to jest?
- To Soru, technika, którą sam wymyśliłem.
- Wydaje się być o wiele szybsza, jak na nowego członka swojego oddziału twoja prędkość jest godna podziwu, musisz mnie tego nauczyć.
- Jak będzie czas to spróbuję.
- Coś jest z tym gościem nie tak. ? pomyślał przez moment, ale zaraz znów ruszyli.
Już po chwili, byli u celu.
- Dziadku Yama! To ja twój uczeń, otwórz! ? krzyczał.
Ze środka nie dochodził jednak żaden dźwięk, co wydawało się bardzo dziwne, bo głównodowodzący tylko podczas alarmu rusza się z tego miejsca, a ten obecnie nie został ogłoszony . Zawsze był albo wpuszczany, albo wyganiany przez porucznika.
- Co jest, czemu nikt nie otwiera, moja sprawa nie bardzo może czekać. ? powiedział Zoro.
- Czuję że coś jest nie tak, pewnie zapłacę za to drogo, ale wchodzę tam siłą.
Kyoraku zasadził potężnego kopniaka w drzwi, które natychmiastowo rozpadły się na drobne kawałki. Weszli do środka. Pod Shunsiem ugięły się nogi, nigdy nie spodziewał by się zobaczyć czegoś takiego.
Na środku pomieszczenia był pal, a na nim wbita głowa, głównodowodzącego. Wokół było mnóstwo krwi i kawałków rozczłonkowanego ciała. Na ścianie widniał krwawy napis ?Nowy Porządek?. Nie mógł wydusić z siebie ani słowa. W pewnym momencie zobaczył pół żywego Sasakibe i bezzwłocznie do niego podbiegł:
- Kapitanie Kyoraku, ja umieram... ? powiedział z wielkim trudem.
- Powiedz kto to zrobił, pomszczę was! ? krzyczał wściekły.
- Zielonowłosy wojownik... ?powiedział, po czym skonał mu na rękach.
Shunsui wstał, wszystkie żyłki na jego oczach były teraz bardzo widoczne, nigdy w życiu nie był tak wściekły, odwrócił się i spojrzał z mściwym spojrzeniem, na Zoro, który nie zdołał jeszcze ogarnąć całej sytuacji i powiedział:
- Ty cholerny typku, czułem że coś z tobą nie tak, zapłacisz mi za to.
Chwycił w dłonie obydwa miecze i krzyknął:
- Bankai!

27.07.2009 21:41
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
hans14 Offline
I Oficer
Pirat

*
Liczba postów: 474
Dołączył: 12.04.2009
Skąd: ścinawka średnia
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
 
Dał byłbyś nowe wreszcie wiesz już nie mogę tak długo czekac. Inni pewnie tęż tak myślą i wariują.

"Nieważne kim jesteś ani skąd pochodzisz, to czego pragniesz jest zawsze przed Tobą na wyciągnięcie ręki. Nie oczekuj, że ktoś Ci to poda, musisz sam wyjść naprzeciw i to wziąć?
30.07.2009 18:04
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 5,335
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #6
 
To trochę trwało no ale dobra. Wpierw zaznaczę ważną rzecz. Tak jak się logicznie wydaje, dużo lepiej się czyta wtedy gdy zna się wszystkie te uniwersa. Pies, ze wykorzystuje postaci egzorcystów z D-Gray mana, ale wykorzystuje tez bardzo mało istotne postacie a nawet przytacza poszczególne sytuacje! Znajomość np właśnie D Gray bardzo się przydaje by dobrze mieć naświetloną sytuację tej "walki na froncie"
Poznałem ten tytuł więc mogę teraz spokojnie czytać.

Przeczytałem na razie cz 5 i 6.
Komentarz jest więc obowiązkowy. W końcu uraczyłeś mnie tym tekstem, dałeś coś dobrego do poczytania za free, dziękiSmile

Podobają mi się smaczki jakimi raczysz nas odbiorców w przedstawieniu poszczególnych uniwersum. Np Dzielnice biedoty, czy wspólny wypad na mięso w Naruto. Dzięki takim zagraniom dajesz odczuć faktycznie wrażenie przebywania w Bleachu zcy Naruto. Za to masz plusa.
Jak też widać tu jest krew tu się morduje i abrdzo dobrze, bo nie wychodzi shounen taki w najczystszej postaciTongue Co ważne zabijasz nie tylko płotki czyli to co skasował Sanji, ale również Temari czy Kankuro.
Widać, ze kroisz bardzo grubą sprawę ale to mnie zniechęca i martwi zarazem. Wiesz nie lubię jak coś się z dupy dzieje a tu tak ginie np Sengoku Załamało mnie to jak przy tych wszystkich akumach i tak potężnym klanie Noah zginął, Sennen Hakushaku, którego zresztą kocham. Swoją drogą sama ta śmierć była niczym. Zero jakichkolwiek emocji jeśli mam byś szczery, brakuje odpowiedniego opisu by poczuć tę śmierć, to co czuli Noah. Zabicie Tsunade niby dobre posunięcie ale każdy mógł przewidzieć, że ją zabiłeś, tym bardziej szkoda, że tym zakończyłeś rozdział. To ani nie było zaskakujące, ani nie popycha do dalszego czytania a szkoda. Swoją droga przeciwnik nei ma prawa pozbawiać głów tych 4 potęznych uniwersum. Załatw jeszcze dziadka z Seirei to to chyba rzucę. Oni są zbyt potężni by się nie wiem co pojawiało. Sam ten motyw z tymi "5" bardzo mi się nie podoba. Chyba że to Cell lub Ubub czy Tsuful i to oni stanowią te "5", bo silniejszego uniwersum nad DB to nie ma. Można wymyślić okej, ale, zeby to jakieś problemy jakaś dramatyczna wlaka, nie, Sennen ginie jednym uderzeniem...


Doczepić się mogę do kilku rzeczy. Masz parę razy źle zapisaną liczbę mnogą np zamiast ą jest om, ale to są pryknięcia. Ja się bardziej czepiam tego jak Franky mógł pochwycić tę akumę? Tak naprawdę nie dałby rady, ona była za silna to raz i zby silna to dwa. I z tym masz oczywisty problem. Bedziesz musiał się nieźle napocić by móc jakoś to wyrównać, te proporcje siły i skuteczność niektórych technik. Luffy też z adużo nawal z tego Jet, piaskowa osłona Gaary nie miała szans już po kilku uderzeniach, wytrzymała stanowczo za dużo.
Asuma był zupełnie źle pokazany, to ma być Jounin? Co się na wszystko daje? Sam bez trudu powinien rozwalić lalkarza a był no szkoda słów. To mi się nie podobało. Kolejna sprawa zachowanie Luffy'ego z jednej strony bardzo przypomina siebie, ale sa momenty, które aż mi rzucają na język WTF? Np to jak zwiał po obżarciu się mięsem, to mi zupełnie go nie przypominało.
Walka z Johnem, Sanji nie powinien był tego przeżyć, przesadziłeś z obrażeniami, nie mógłby uniknąc ciosu z takimi ranami. W dodatku takiego ciosu. Co jest też ważne, potem Sanji używa Soru. Teraz jest szybki jak przeciwnik. Fajnie. Szkoda tylko, że John ponoć używa też lepszej wersji, mógł jej użyć i załatwić kuka. Jego zwycięstwo jest naciągnięte jak to w shounenach. Tego jednak nie lubię więc wytykamTongue
W ogóle nie wiem co powiedzieć o tych walkach. Z jednej strony sa dobre z drugiej mało wciągające i tak jakby bez napięcia. Jak Shikamaru wymyślił plan to spodziewałem się, że zaskoczysz, ze dumałeś nad tym i faktycznie pokaże to swoje IQ. Niestety taką "strategię" to mógł Naruto wymyślić, nie wielki taktyk na Boga. To na pewno cholernie trudne bo przecież jego IQ nie masz, mimo to używając, wcielając się w taką postać powinieneś się nico wysilić.
Mam tez wrazenie, że Gaara użył tego piaskowego grobu czy coś. W takiej sytuacji nawet Luffy z gumy nie powinien był tego przeżyć. Tu mogę się mylić. Łeb mnie boli jak jasna cholera i przyznam, ze nie do końca zcaję tamta sytuację.
Dobrze, ze specjalnie nei dramatyzowałeś przy tej technice Gaary, bo, że Luffy to przeżyje to wiedział każdy oprócz sierot z NarutoTongue

Może podsumuję czytam bo podoba mi się mieszanie światów, spotkania bohaterów OP z przedstawicielami innych uniwersów. To jest interesujace. Moze okazać się też interesującym tworzenie "Przymierza" choćby tego co ma rzekomo powstać w OP choć nie podoba mi się ten pomysł i jak dla mnie to jest zbyt niewykonalne. Brakuje, żeby Pain poszedł na brodzia z DanzouTongue Albo aizen połączył siły z Seirei, no co za dużo to nie zdrowo, mam nadzieję, że znajdziesz w tym jakiś umiar.
Podsumowując oczywiście będę dalej czytał, ale fabuła mnie guzik obchodzi jest zbyt wyolbrzymiona.

Odniesienie Słomianych
To jest w sumie ważne, właściwie wychodzi ci to dobrze. Zależy jeszcze kto bo Luffy mi właśnie w tamtym momencie nie przypasował, ale ogólnie ejst bardzo naturalny. Za to zdecydowanie widać iż nie czujesz BrookaTongue Reszta bez zarzutu. Robin jest niewinna a Franky suupa, czego chcieć więcej?Big Grin


Lubię smaczki które wklejaszSmile Gość co kocha meble swoje, Sanji pobudzony przez cycki, Luffy narzekający, ze mięso było za gorące( po tym jak zeżarł całośćBig GrinBig Grin) ta ech zapomniałem w okularach z D Gray latająca, to miłe akcenty.


Styl bo zapomniałem, szczerze nie bardzo mam sie do czego przyczepić. Czasem budujesz zbyt proste zdania ale to nie epopeja SienkiewiczaTongue Bogate słownictwo, dobra skłądnia, tylko czasem kuleje. No mega poprawa względem początku. A te wiry to chyba zapamiętam do śmierci. Jedynie to zbyt dużo "bezzwłocznie" i powtórzeń z "przeciwnik"

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


30.07.2009 20:59
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Redrey Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,164
Dołączył: 26.03.2009
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #7
 
Dzięki za tak obszerną reckę, jesteś wielki, że chciało Ci się aż tyle pisać.

Komimasa napisał(a):Widać, ze kroisz bardzo grubą sprawę ale to mnie zniechęca i martwi zarazem. Wiesz nie lubię jak coś się z dupy dzieje a tu tak ginie np Sengoku Załamało mnie to jak przy tych wszystkich akumach i tak potężnym klanie Noah zginął, Sennen Hakushaku, którego zresztą kocham. Swoją drogą sama ta śmierć była niczym. Zero jakichkolwiek emocji jeśli mam byś szczery, brakuje odpowiedniego opisu by poczuć tę śmierć, to co czuli Noah. Zabicie Tsunade niby dobre posunięcie ale każdy mógł przewidzieć, że ją zabiłeś, tym bardziej szkoda, że tym zakończyłeś rozdział. To ani nie było zaskakujące, ani nie popycha do dalszego czytania a szkoda. Swoją droga przeciwnik nei ma prawa pozbawiać głów tych 4 potęznych uniwersum. Załatw jeszcze dziadka z Seirei to to chyba rzucę. Oni są zbyt potężni by się nie wiem co pojawiało.

Kroję grubą sprawę bo takie motywy kocham xD. Te wszystkie śmiercie nie są z dupy wzięte, wszystko w swoim czasie zostanie wyjaśnione. Osoby, które zginęły musiały zginąć, bo inaczej nie mogło by się stać to co stać się ma. Nie mogłem zastosować też stosownego opisu śmierci np. Earla, bo wtedy obnażyłbym moc Geppaku, a na to zbyt wcześnie. Zresztą on sam uważa podobnie skoro oddalił się od pola walki tak by nikt nie widział jak to się stało. xD. Ale nie martw się już nie długo skończy się era "bezsensownych zgonów".

Komimasa napisał(a):Ja się bardziej czepiam tego jak Franky mógł pochwycić tę akumę? Tak naprawdę nie dałby rady, ona była za silna to raz i zby silna to dwa. I z tym masz oczywisty problem.

Co racja to racja, często zdarza mi się wpychać niemożliwy motyw na siłę, ale to jest niezależne ode mnie, szczęście że stało się to w tak mało ważnej potyczce.

Komimasa napisał(a):Luffy też z adużo nawal z tego Jet, piaskowa osłona Gaary nie miała szans już po kilku uderzeniach, wytrzymała stanowczo za dużo.

Tu znowu było inaczej, jak sobie wyobrażałem tą walkę to po prostu nie mogłem przestać okładać Gaary.

Komimasa napisał(a):Asuma był zupełnie źle pokazany, to ma być Jounin? Co się na wszystko daje? Sam bez trudu powinien rozwalić lalkarza a był no szkoda słów. To mi się nie podobało.

Na początek dodam że czarne oczy dają dużego powera, tak więc nie był to Kankuro na tym poziomie umiejętności co zwykle. A co do samego Asumy to nie lubię tej postaci i z pewnością to wpłynęło na to że tak źle go przedstawiłem.

Komimasa napisał(a):Walka z Johnem, Sanji nie powinien był tego przeżyć, przesadziłeś z obrażeniami, nie mógłby uniknąc ciosu z takimi ranami. W dodatku takiego ciosu. Co jest też ważne, potem Sanji używa Soru. Teraz jest szybki jak przeciwnik. Fajnie. Szkoda tylko, że John ponoć używa też lepszej wersji, mógł jej użyć i załatwić kuka. Jego zwycięstwo jest naciągnięte jak to w shounenach.

Sanji walczył w silnych emocjach, podobnych do tych jakie kierowały Luffym, gdy mimo niesamowicie poturbowanego ciała wstał by zadać ostateczny Gatling Lucciemu. Co do Soru Mulpity to jest to technika wyłącznie ofensywna, która służy do zadawania obrażeń, a nie do przemieszczania się. Co do uniku, to Sanji spodziewał się czegoś takiego, a John nie zauważył faktu że kucharz uniknął, dlatego że atak jest tak gigantyczny i jaskrawy że zasłania całe pole widzenia. Dlatego zresztą John używa go tylko na przeciwnikach, którzy w jego mniemaniu nie są zdolni do uniku.

Komimasa napisał(a):Shikamaru wymyślił plan to spodziewałem się, że zaskoczysz, ze dumałeś nad tym i faktycznie pokaże to swoje IQ. Niestety taką "strategię" to mógł Naruto wymyślić, nie wielki taktyk na Boga. To na pewno cholernie trudne bo przecież jego IQ nie masz, mimo to używając, wcielając się w taką postać powinieneś się nico wysilić.

Nie mam talentu do wymyślania jakiś super strategii, ale obiecuję że następnym razem postaram się bardziej. W sumie tu i walka nie była zbyt wymagająca.

Komimasa napisał(a):Może podsumuję czytam bo podoba mi się mieszanie światów, spotkania bohaterów OP z przedstawicielami innych uniwersów. To jest interesujace. Moze okazać się też interesującym tworzenie "Przymierza" choćby tego co ma rzekomo powstać w OP choć nie podoba mi się ten pomysł i jak dla mnie to jest zbyt niewykonalne. Brakuje, żeby Pain poszedł na brodzia z DanzouTongue Albo aizen połączył siły z Seirei, no co za dużo to nie zdrowo, mam nadzieję, że znajdziesz w tym jakiś umiar.

Nie martw się nie planuję żadnych motywów typu Browar Paina z Danzou. Zresztą wszystko w swoim czasie.

Cytat:Podsumowując oczywiście będę dalej czytał, ale fabuła mnie guzik obchodzi jest zbyt wyolbrzymiona.

To mnie trochę boli, bo strasznie staram się by jak najbardziej ją zagmatwać i sprawić by była wciągająca. Ale początek niestety musi być taki jaki jest.

Cytat:Odniesienie Słomianych
To jest w sumie ważne, właściwie wychodzi ci to dobrze. Zależy jeszcze kto bo Luffy mi właśnie w tamtym momencie nie przypasował, ale ogólnie ejst bardzo naturalny. Za to zdecydowanie widać iż nie czujesz BrookaTongue Reszta bez zarzutu. Robin jest niewinna a Franky suupa, czego chcieć więcej?Big Grin

Z Brookiem racja, postać ciężka do oddania, ale myślę że z czasem lepiej go wyczuje.

Komimasa napisał(a):Lubię smaczki które wklejaszSmile Gość co kocha meble swoje, Sanji pobudzony przez cycki, Luffy narzekający, ze mięso było za gorące( po tym jak zeżarł całośćBig GrinBig Grin) ta ech zapomniałem w okularach z D Gray latająca, to miłe akcenty.

JEAA!!

hans14 napisał(a):Dał byłbyś nowe wreszcie wiesz już nie mogę tak długo czekac. Inni pewnie tęż tak myślą i wariują.

Dziewiątka wyjdzie na dniach.

30.07.2009 22:31
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
BlackKuma Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,068
Dołączył: 31.03.2009
Skąd: Świebodzin
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #8
 
No widzę, ze wreszcie coś ruszy Smile Bardzo się cieszę, bo mi się NP bardzo podoba RdR Smile Mam nadzieje, że wysmażysz nam kawał porządnego fika.

.........._............_...........
........IOI'.'.'.'.'.'.'.IOI.........
........ \.'.'.'.'.'.'.'.'.'./..........
........".'.'.'.'.'.'.'.'.'.'.'"...........
........"""[!!!!] [!!!!]"""...........
.....""""" ...../..\....""""""........
...."""""" ..______..""""""".......
...""""""" .....__.....""""""""......
..""""""""\________/"""""""""...
30.07.2009 23:25
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 5,335
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #9
 
RdR napisał(a):Dzięki za tak obszerną reckę, jesteś wielki, że chciało Ci się aż tyle pisać.

Komimasa napisał(a):Widać, ze kroisz bardzo grubą sprawę ale to mnie zniechęca i martwi zarazem. Wiesz nie lubię jak coś się z dupy dzieje a tu tak ginie np Sengoku Załamało mnie to jak przy tych wszystkich akumach i tak potężnym klanie Noah zginął, Sennen Hakushaku, którego zresztą kocham. Swoją drogą sama ta śmierć była niczym. Zero jakichkolwiek emocji jeśli mam byś szczery, brakuje odpowiedniego opisu by poczuć tę śmierć, to co czuli Noah. Zabicie Tsunade niby dobre posunięcie ale każdy mógł przewidzieć, że ją zabiłeś, tym bardziej szkoda, że tym zakończyłeś rozdział. To ani nie było zaskakujące, ani nie popycha do dalszego czytania a szkoda. Swoją droga przeciwnik nei ma prawa pozbawiać głów tych 4 potęznych uniwersum. Załatw jeszcze dziadka z Seirei to to chyba rzucę. Oni są zbyt potężni by się nie wiem co pojawiało.

Kroję grubą sprawę bo takie motywy kocham xD. Te wszystkie śmiercie nie są z dupy wzięte, wszystko w swoim czasie zostanie wyjaśnione. Osoby, które zginęły musiały zginąć, bo inaczej nie mogło by się stać to co stać się ma. Nie mogłem zastosować też stosownego opisu śmierci np. Earla, bo wtedy obnażyłbym moc Geppaku, a na to zbyt wcześnie. Zresztą on sam uważa podobnie skoro oddalił się od pola walki tak by nikt nie widział jak to się stało. xD. Ale nie martw się już nie długo skończy się era "bezsensownych zgonów".

Komimasa napisał(a):Ja się bardziej czepiam tego jak Franky mógł pochwycić tę akumę? Tak naprawdę nie dałby rady, ona była za silna to raz i zby silna to dwa. I z tym masz oczywisty problem.

Co racja to racja, często zdarza mi się wpychać niemożliwy motyw na siłę, ale to jest niezależne ode mnie, szczęście że stało się to w tak mało ważnej potyczce.

Komimasa napisał(a):Luffy też z adużo nawal z tego Jet, piaskowa osłona Gaary nie miała szans już po kilku uderzeniach, wytrzymała stanowczo za dużo.

Tu znowu było inaczej, jak sobie wyobrażałem tą walkę to po prostu nie mogłem przestać okładać Gaary.

Komimasa napisał(a):Asuma był zupełnie źle pokazany, to ma być Jounin? Co się na wszystko daje? Sam bez trudu powinien rozwalić lalkarza a był no szkoda słów. To mi się nie podobało.

Na początek dodam że czarne oczy dają dużego powera, tak więc nie był to Kankuro na tym poziomie umiejętności co zwykle. A co do samego Asumy to nie lubię tej postaci i z pewnością to wpłynęło na to że tak źle go przedstawiłem.

Komimasa napisał(a):Walka z Johnem, Sanji nie powinien był tego przeżyć, przesadziłeś z obrażeniami, nie mógłby uniknąc ciosu z takimi ranami. W dodatku takiego ciosu. Co jest też ważne, potem Sanji używa Soru. Teraz jest szybki jak przeciwnik. Fajnie. Szkoda tylko, że John ponoć używa też lepszej wersji, mógł jej użyć i załatwić kuka. Jego zwycięstwo jest naciągnięte jak to w shounenach.

Sanji walczył w silnych emocjach, podobnych do tych jakie kierowały Luffym, gdy mimo niesamowicie poturbowanego ciała wstał by zadać ostateczny Gatling Lucciemu. Co do Soru Mulpity to jest to technika wyłącznie ofensywna, która służy do zadawania obrażeń, a nie do przemieszczania się. Co do uniku, to Sanji spodziewał się czegoś takiego, a John nie zauważył faktu że kucharz uniknął, dlatego że atak jest tak gigantyczny i jaskrawy że zasłania całe pole widzenia. Dlatego zresztą John używa go tylko na przeciwnikach, którzy w jego mniemaniu nie są zdolni do uniku.

Komimasa napisał(a):Shikamaru wymyślił plan to spodziewałem się, że zaskoczysz, ze dumałeś nad tym i faktycznie pokaże to swoje IQ. Niestety taką "strategię" to mógł Naruto wymyślić, nie wielki taktyk na Boga. To na pewno cholernie trudne bo przecież jego IQ nie masz, mimo to używając, wcielając się w taką postać powinieneś się nico wysilić.

Nie mam talentu do wymyślania jakiś super strategii, ale obiecuję że następnym razem postaram się bardziej. W sumie tu i walka nie była zbyt wymagająca.

Komimasa napisał(a):Może podsumuję czytam bo podoba mi się mieszanie światów, spotkania bohaterów OP z przedstawicielami innych uniwersów. To jest interesujace. Moze okazać się też interesującym tworzenie "Przymierza" choćby tego co ma rzekomo powstać w OP choć nie podoba mi się ten pomysł i jak dla mnie to jest zbyt niewykonalne. Brakuje, żeby Pain poszedł na brodzia z DanzouTongue Albo aizen połączył siły z Seirei, no co za dużo to nie zdrowo, mam nadzieję, że znajdziesz w tym jakiś umiar.

Nie martw się nie planuję żadnych motywów typu Browar Paina z Danzou. Zresztą wszystko w swoim czasie.

Cytat:Podsumowując oczywiście będę dalej czytał, ale fabuła mnie guzik obchodzi jest zbyt wyolbrzymiona.

To mnie trochę boli, bo strasznie staram się by jak najbardziej ją zagmatwać i sprawić by była wciągająca. Ale początek niestety musi być taki jaki jest.

Cytat:Odniesienie Słomianych
To jest w sumie ważne, właściwie wychodzi ci to dobrze. Zależy jeszcze kto bo Luffy mi właśnie w tamtym momencie nie przypasował, ale ogólnie ejst bardzo naturalny. Za to zdecydowanie widać iż nie czujesz BrookaTongue Reszta bez zarzutu. Robin jest niewinna a Franky suupa, czego chcieć więcej?Big Grin

Z Brookiem racja, postać ciężka do oddania, ale myślę że z czasem lepiej go wyczuje.

Komimasa napisał(a):Lubię smaczki które wklejaszSmile Gość co kocha meble swoje, Sanji pobudzony przez cycki, Luffy narzekający, ze mięso było za gorące( po tym jak zeżarł całośćBig GrinBig Grin) ta ech zapomniałem w okularach z D Gray latająca, to miłe akcenty.

JEAA!!

hans14 napisał(a):Dał byłbyś nowe wreszcie wiesz już nie mogę tak długo czekac. Inni pewnie tęż tak myślą i wariują.

Dziewiątka wyjdzie na dniach.


Wybacz no nie chciało mi się tego po kolei wpisywać za dużo zachodu.

Tam jak pisałem o śmierci Sennen to nie chodziło mi byś pokazał jaki to cios mu zadano, ze zginął itd. Chodziło mi o pokazanie uczuć, nakreślenie choć drobnego dramatyzmu tej sceny. A tu się dzieją w twoim mniemanie (jak już mówiłem moim nie) ważne rzeczy bo ginie główny przeciwnik w uniwersum D gray mana, a ty boże kochany zabijasz go jak płotkę. Bez napięcia bez absolutnie niczego. Przydałby się szerszy opis tego co poczuli właśnie Noah, krzyk Road, spuszczenie głów, bym mógł poczuć, ze zginął Hakushaku a nie byle akuma.

Kolejna sprawa piszesz "nie lubisz Asumy" serio to mnie zawiodłeś. Coś takiego w ogóle nie powinno się przekładać na ukazanie postaci w fiku. W ten sposób Asuma wyszedł bardzo odrealniony i nie tak jak powinien. To, że nie lubisz to nie jest wytłumaczenieTongue

Zabijasz głowy, których mocy właściwie nawet nie znamy. No bo co wiemy o Hakushaku np? O Aizenie? Ty ich usuwasz jak śmieci.Ale oprócz tego jest jeszcze jeden duży problem.
Usunąłeś Sengoku w Op, no dobra tylko, że co to piratów obchodzi? To jest im tylko na rękę. Shanks może i by przystąpił, ale reszta? Pomyślą "zginął to znaczy, że był przereklamowany", i mało kto wyczuje w tym zagrożenie dla siebie, bo przecież Światowy Rząd to miał wielu wrogów.

Ginie Hakushaku no to Czarny Zakon powinien świętować, ginie w końcu główny przeciwnik, który też miał na pewno wielu wrogów. Ale dobra, ci mogą w tym odszukać się jakiegoś większego nie bezpieczeństwa w końcu ludzie uczeni, naukowcy.

Ginie Tsunade, to chyba najgorsze. Co z tego, jak oprócz niej jest Akatsuki i ich lider. A jak wiadomo Akatsuki jest potężne bo ich członek może załatwić jednego z Kage. A wracając do samej Tsunade ona jest Kage ale oprócz niej jest jeszcze kilku, którzy nadają się na ten tytuł to raz a dwa, że oprócz Kage Konohy jest jeszcze 4 innych. Zabijając Tsunade, właściwie zabiłeś płotkę. To zupełnie inny format niż Sengoku lider Marynarki czy jeszcze bardziej odległy Hakushaku, który właściwie nie ma przeciwnika równego sobie w Czarnym Zakonie. Jest jeszcze jeden problem związany z Tsunade. Ona gine, tylko co to interesuje inne wioski? Piasek pomoże, no okej a reszta? Im to jest na rękę, nie wspominając o Danzou, który od zawsze chciał być Hokage. Te Wioski ciągle toczą ze sobą wojny, to, ze ginie Kage ognia to tylko stwarza im odpowiednią szansę. Można się zaniepokoić, skoro nagle ginie aż Kage. Z drugiej jednak strony pada podejrzenie na Akatsuki (Deidara na tym ptaku) a z drugiej w Konohy od zawsze były problemy, choćby wcześniejszy zamach na Hokage. Inne wioski mogą to tylko wykorzystać, a na pewno się nie przyłączą. Co ważne w Bleachu, OP czy D Gray Manie mamy dość szeroki zakres wiedzy o świecie o silniejszych postaciach. W Bleachu właściwie wiemy wszystko w D Gray manie też, ale Naruto? Tam znamy tylko jedną, no dobra 2 z 5 wielkich ukrytych wiosek.

Co jest jeszcze ważne. Giną najpotężniejsi, więc kto niby ma tę 5 pokonać? W D gray manie nie ma takiej osoby. Jeśli w Bleachu zabiłeś staruszka i Aizena to tam też nie ma. Jedynie Naruto i Op ma porównywalnych, potężnych wojowników, którzy mogą coś zdziałać. Ale tu nie ma miejsca na gówniarstwo z Naruto czyli on i cała jego świta, nie ma miejsca na Załogę Słomianych jak głupiemu Kizaru nie mogli dać rady i tym bardziej dla zasranego Ichigo i jego świty,
Spoiler :
który nawet pośmiertnym powerem zdoła może pokonać1 espadę.
Wszyscy oni są niczym w obliczu takiej potęgi.Chyba, ze masz zamiar zrobić to czego właściwie nienawidzę czyli Naruto super power Ichigo Hollow super power i jazda mają moc porównywalną do Madary czy staruszka.
Spoiler :
W sumie to już w Naruto się stało, w Bleachu też się dzieje ale mam nadzieję, że tym torem nie pójdziesz.
Najlepiej i sensowniej jest by naukowcy odnaleźli wymiar DB tamci skopią wszystkim dupęSmile


Jak przeczytam 7 i 8 tez skomentuje. Zapewne zauważyłeś, ze jadę niektóre rzeczy równo ale to dla twojego dobra a porządna krytyka lepiej wpłynie na twoje dzieło niż słodzenie.
Ci co nie znają tych uniwersm mają o tyle lepiej, ze tych niezgodności jak np w D Gray manie po prostu nie zauważą, staraj się jednak pisać to jak najpoprawniejSmile

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


31.07.2009 11:53
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Jutsu
Unregistered

 
Post: #10
 
Był taki dzień że sobie siadłem czytam czytam i koniec... i dupa RdR powiedział, że dał na nakamę wszystko a guzik prawda. Nawiasem mówiąc nie wiem po kiego przepraszasz że w jednym poście nie dałeś. Ładni by to było jakby każdy rozdział był w jednym poście i w dupie mam to że 8 pod sobą. No ale wróciłeś dałeś i wreszcie mogłem dokończyć. W istocie przyczyniłeś się do tego, że zapoznałem się z D Gray Man. Tera jak już znałem wszyśćko się lepi czytało. Jestem po VIII części i muszę powiedzieć, że czyta się przyjemnie. Bardzo podoba mi się pomysł połączenia. Dodam iż miałem zamiar napisać croossover, ale tylko wtedy kiedy ty nie będziesz pisał (bo mówiłeś, że rezygnujesz etc.) no ale skoro masz zamiar pisać to ja się cieszę. Połączyłeś parę serii w całkiem coś fajnego. Niektórzy bohaterowie wyszli ci lepiej inni gorzej, ale jak się musiałeś nasiedzieć przy tych technikach! Nie z jednej a z czterech serii.
Ogółem jest tu jedna wielka akcja, no prawie tylko to. Osobiście niezbyt jestem za tym, ale potrafię się dostosować, RdR pisze o akcji to czytam o akcji i tyle. Najbardziej to mi się kojarzy to z Bleach (no bo walki i coś tam fabuły).A tera po kolei.


Rozdział pierwszy

Ten rozdział ponoć wzbudził wiele kontrowersji, znaczy ludziom nie podobało się wir ;-) Ja czytałem ciuta po twoim wyjeździe ( pierwsze tyle ile dałeś) i już nie miałem tego uczucia, znaczy to, że dobrze udało ci się zastąpić i poprawić, chwali ci się, że sikiem prostym nie olewasz uwag jakie ci dali, tylko porządnie poprawiłeś. Tzn no okej czasem widać gdzie miał być ten wir, ale nie bądźmy czepliwi ;-)
Komi powiedział mi, że wstęp masz podobny jak u mnie znaczy lekko coś tam scenka i luz. No a do cholery jak inaczej rozpocząć takie opowiadanie? Dobra jeden komi zrobił inaczej. Naj też ma przecie lekko. Zawsze start musi być lekko. ( no komiemu udało się bez lekko)U ciebie wyszło to całkiem dobrze, bez rewelacji ale płynnie się czytało. (przynajmniej tak to wspominam) Co najważniejsze spodobało mi się twoje podejście do narracji. ( A Vampi ci pewnie głowę przesoliła.) Kokosa w twarz dobre. Narrator tak nie mówi, ale walić to. To nie jest jakiś kurde tekst literaki tylko fun, ja lubię takiego narratora i pewnie nie tylko ja. ( ale nie pochwalam tego )
No ale wszystko w końcu mija i mamy wiry. Już na samym początku, zalewasz wszystko akcją, no i właśnie hmm. Pierwsza część zapowiada coś nowego, coś innego. Luffy z tą swoja głupotą zawsze wyjedzie, znaczy ogółem pierwsza część jest dobrze. ( i tak dobrze wybrnąłeś z tych wirów no, ale sam żeś pod sobą to wykopał ;-) )


Rozdział drugi.


Co tu dużo pisać część załogi powpadała. jednocześnie odsłoniłeś rąbek tajemnicy ( co mi ewidentniutko poszło z Tsubasa Chronicles ;-)) i już w drugim rozdziale akcja. Ale pamiętając twoje zamiłowanie tego się spodziewałem. Co jednak jest ciutka irytujące ( ale pewnie tylko mnie ) to że każde uderzenie musi się roznosić, każde uderzenie musi być niesłychane. Okej, dobra, już nie będę. To nie jest minus, bo tak jest lepiej, ja tylko swoje, ale musiałem.
Wracając do fika. Mamy więc dobrze przedstawioną sytuację w jakiej znalazł się nasz cyborg. Wszystko mi pasuje, no + Zoro śpi :-) Już tutaj ciężko wspomnieć o całym fiku więc sobie pozwolę. Zastanawiałem się czy dobrze ich poklasyfikowałeś. Nie wiem czy pomysł z Zoro i i VIII czy też luffy i naruto poszły tak bo: zoro ma miecz to do bleach naruto główny to do Naruto, no i zostaje Franky w D gray. Nie wiem też czy z czasem to ładnie zaczęło do siebie pasować, ale mimo wszystko po przeczytaniu stwierdzam, że kurka jakoś dobrze ich dobrałeś ;-) Zoro więc jest w tym Ryukongai i trafia do mnie opis tego (no może dlatego bo znam z bleach więc wszystko ładnie można sobie wyobrazić, ale inaczej zapewne stosowałbyś inne opisy, a tak jest to pasujące. Na co szczegół jak każdy wie o co idzie. jednak widać, że na prętkę nie poszedłeś i zadałeś sobie trudu, by jednak opisać zawsze, miejsce czy też postać. ( no daj litość przecie knajpy której pił Zoro z VIII nie opiszesz, chociaż, kto wie może to by wzbogaciło fika?

Rozdział trzeci

Z tym rozdziałem już na dobre zaczyna się akcja. Mamy dwie walki Luffy'ego i Franky'ego. Ciekawe. Nie wiem czy czymś kierowałeś się dając przeciwników już przy portalu czy chciałeś podtrzymać akcję. Patrząc na charakter fika śmiem twierdzić, że to drugie ;-).Ale to tam pikuś, bowiem walki opisane bardzo dobrze ( no za dużo tego co tam wyżej napisałem, ale do cholery ja mam jakieś głupie poglądy z pewnością inni chwalą te walki za dynamizm etc)
Reszta słomianych też nie próżnuje. Mamy starą jak świat scenkę ( które notabene uwielbiam ;-) ) oprychy dostają łomot za swoje. No i Sanji dowiaduje się o Johnie.
Ale kruca jak mi się z Frankym podobało. No! Trafił do D Gray Mana. No jak serii nie znałem to nie czytałem, poznałem i miodzio. No nie wiem jakoś tak się jaram bo serie które lubię połączyć to tak jakby sprawiać poczwórną przyjemność. (Jak ktoś którejś z nich nie lubi to ma przesrane) No i potem świat Naruto. No kurde fajnie ci to wyszło, mi się strasznie te połączenie podobało, crossovery są jednak fajne wszystko co lubimy i więcej. Gęba się cieszu już po pierwszym zdaniu Szikamaru i na myśl się nasuwa. A propo myśli. To ogólnie dostrzegłem, że no nijak ich nie wyróżniasz. Ja siedziałem i w całym fiku dobudowywałem te kurewskie "<i>" co by myśl było widać. Myślnik to nie jest wyjście. Dorzucę iż czasem zauważyłem jak narrator się odzywa od myślnika, ale to raczej niedopatrzenie (jak u mnie) Nie będę wytykał błędów bo mi po prostu nie przystoi. ( znaczy nie godnym jestem)
Koniec rozdziału to śmierć Sengoku. I tu się zastanawiałem czy dobrze czy źle, ale do tego jeszcze wrócę.

Rozdział czwarty

Ja cie panie! TO jest coś. Koniec rozdziału coś się dzieje a ty w nowym ciągniesz dalej. Nie tak, że przerzucasz w najmniej oczekiwanym momencie, jednak podoba mi się.
Co prawda dziwi fakt że jest Boa czy Jimbei ( widzę, że pozbierałeś niczym truskawki z tortu i na własnym kładziesz jak ci pasuje) jeśli nie jest ostrzeżenie SPOILER (zważywszy na "datę wydania" ) ale poza tym jest w porzo.
I perypetie naszego szermierza. Jak już wcześniej mówiłem strażnik brama seiretei, wszystko do mnie trafiało i się podobało. Czytało się miło, płynnie i szybko. Nie mam zastrzeżeń. Dalej Franky i tu są zastrzeżenia. Tzn ogółem nie podoba mi się. No ale to nie twoja wina. Po dramatycznym przedłużaniu w anime kwatera w Azji kojarzy mi się co najmniej... źle ;-). Już ta w okularach Roufa to krew zalewa... Więc powiedzmy, że tym fragmentem niezbyt Enjoy. Dalej już jest twoja wina, a raczej fanizmu One Piecowego. Zauważyłem już na wcześniejszym forum jak były te tematy walk a ja miałem nieprzyjemnosć niektóre z czysto modowskiego obowiązku czytać. To ludziska jednak preferują zwycięstwa słomków. A no gówno prawda. Np taki Franky A powinien oberwać w trakcie przetrzymywania akumy. (bo tamta miała jakiś promień no to co z problem z gęby w cyborga? A może tak na siłkę? ;-) to ujdzie ;-) Ale Tiki Mikk no nic? uderzył i nic. Tym syperackim fajnie wybrnołeś ale skrawek niedosytu zostawiłeś. Na końcu zabiłeś milenijnego ( komi cię zabije ;-)) Mam mieszane uczucia, ale do tego jeszcze wrócę. Co jednak dziwnie wyglądało to śmierć milenijnego. No tak po jednym ciosie? (liczę że kiedyś to wyjaśnisz :-))

rozdział piąty

ten rozdział jest jakby odskocznią. Głównie miejsce poświęcone jest reszcie słomianych. Sanji idzie nakopać Johnowi. i tu podoba mi się ten przerywnik z listem. Wszystko mi się podoba więc jest okej. Ja się czepiam jak mi się nie podoba. A tu jest w miarę w miarę.
No coś jeszcze o staruszku, jjam ci wszystko wiedzący ( do wyjaśnienia)

rozdział szósty

Ten rozdział zwie się Naruto. Niewątpliwie to dość ciekawe. Odszedłeś od fragmentowania fabuły w poszczególnych seriach a postanowiłeś dawać szerzej. Ja na serio nie wiem czy źle czy dobrze, raz po raz wymieszać chyba warto.
Zwłaszcza, że to co siedziało wymagało poświęcenia całego rozdziału. ( osobiście też bym tak raczej robił) Tutaj ponownie mamy coś ala "słomki górą" i nie ważne że już patrząc po anime Luffy w gear second jest wolniejszy ( i to chyba 0,5 razy) niż lee po otwarciu no tej bramy którą otworzył podczas walki z gaarą. Napisałeś ze czasami dajesz coś na siłę i dobrze jak to jest w tak mało istotnych walkach. A ja powiem niedobrze. Trzeba zwracać pilną uwagę, zwłaszcza jak pisze się w rozdziałach, które można dowoli poprawiać. ( no bo ile to tam stron jest)
insza inszość iż Gaara wydał mi się tym gówniarzem a nie kazekage. Jakoś tak no nie wiem, kurde słaby. Za to pomysł z zgnieceniem Luffy'ego był w dyszkę. No i to "cholerne niebo" też mi się bardzo podobało. Dużo walk, dużo akcji różnie przedstawianej. Jeszcze się nie kończy a tu już akatsuki i w to mi graj.W dodatku zabiłeś Tsunade ( i tu masz przechlapane u wujka Yody;-) ) Nijak ją porównać do Sengoku i Milenijnego ale whatever (wrócimy)

rozdział siódmy

No i mamy zakończenie walk ( wreszcie) i pogrzeb hokage. Wyszło całkiem dziarsko. Czegoś brakło, ale czego to cholercia nie wiem, szczypty czegoś, ale nie można wszystkim dogodzić. Fajny był motyw z Naruto :ja stawiam i reakcja drużyny Asumy. Fajny :-) Całe spotkanie Luffy plus Naruto (wbrew pozorom już to gdzieś widziałem Goku szamał z Naruto a Luffy im podebrał ;-)) więc w sumie bez przeszkód wyobraźnia pozwoliła sobie wyobrazić. Ale tu dałeś win dla Naruto tj. dałeś remis no ale właśnie jak tak popatrzeć to Naruto aż tak dużo nie je. Za to spotkanie mi się podobało.
I bleach Espada. Ginie Aizen. W sumie każdy po zdanku powiedział ale ogółem właściwie nie mam do czego się przyczepić to się nie czepiam. Nie mylę się mówiąc, że twoje przypomina Bleach. Przez akcję opowiadasz właściwie historię. Ktoś ginie zapewne jest tego sens Ale płotek nie uśmierciłeś i ciężko będzie z tego wybrnąć. Na twoim miejscu mocy wroga nie ukazywałbym tak dokładnie. Choć nie wiem jeszcze jak wybrniesz.

Rozdział ósmy

Ten rozdział również mi się bardzo podobał. od początku Bleach i jeszcze raz bleach. Zaczyna się pościgiem, wkradł się lekki luz, porównanie do ryukongai co bardzo mi przypasiło. No ale pies. Potem proszę Zoro walczy z Kirą i ta walka podobała mi się bardzo. Była jakby kopią walki Kiry, no ale on tak walczy a ja chętnie o tym czytałem w twoim fiku, więc to chyba dobrze. Podobało mi się, moc wabisuke jest świetna. Sam tekst Kiry jak to on nie lubi wspominać o kapitanie też zasługuje na wspominkę.
Jednak jedna rzecz mi nie pasi. Wabisuke podwajał za każdym razem wagę przedmiotu czy zwielokratniał ją o taką sama wagę?
Dalej perełka mała różowa i Zoro. Wyszło naturalnie, miło i przyjemnie. Takie miłe odetchnięcie. Zoro pasuja do roli użerania się. Za to VIII kapitan ziomek. Na sake. i konkurs pijacki. Bardzo mi to pasuje. Kumple itd. Wszyśćko fajno. No na drugi dzień jak go pytał z którego jest oddziału i ten nie wiedział mógł chociaż powiedzieć, że blondyn ;-)
Za to śmierć staruszka... nie no dramat krew... ale co mi się spodobało to to: kto to zrobił
gościu w zielonych włosach. To było fajne. Ale to że VIII kapitan odwrócił się od Zoro już nie. Ten człowiek głupi nie jest, po Aizenie zawsze spodziewał się zdrady, a tu mógł zaufać Zoro w końcu pił z nim sake. Dodatkowo sporo ryzykujesz dając bankai. Mam nadzieję, że w dziewiątej części powie :żartowałem. To było by dobre wybrniecie z tak patowej sytuacji.




Co serce raduje to różne akcje. No mógłbym tu wymienić chociażby akcje z Luffy'm i Chojim, Szikamaru który patrzy w to cholerne niebo :-D , czy 8 kapitan i Zoro. No to było w dechę. No już nie mówię jak mi się spodobała taka prosta walka z Kirą.
Oczywiście doczepiłbym się do wielu rzeczy. Np zabijanie najsilniejszych guru tych serii. Uważam, że sporo ryzykujesz. Jak najbardziej to dobrze dla Fika, bo dzięki temu możesz uwolnić się od linii fabularnych tychże serii. Ale z drugiej strony potęga Aizena, Sengoku czy Milenijnego ( a pewnie i Paina a bo to deidara i sasori poczuli no co.) no jakoś tak...

Na jednak dwie rzeczy zwrócę uwagę. Pisz, że wydarzenia w fiku mogą opierać się o wydarzenia nawet z najnowszych rozdziałów tychże serii. ( tyle że mam nadzieje iż tak nie będzie z D Gray Man bo mangi nie czytam) Co drugie zauważyłem iż luzacko sobie piszesz o rzeczach okrutnych. To znaczy flaczki z psów czy głowa na palu. Niestety ale to zobowiązuje do dania co najmniej +16 a jeśli masz zamiar dalej w to brnąc to bym pomyślał nad plus 18. Wszystko sprowadza się do dokładności. Brutalność rozrywania czy bóg wie czego jeszcze to już jest +18.
Co do głowy na palu: szkoda, że nie dopisałeś, że jedno oko leżało w krwi na dywanie a przy drugim siedział ptak wydłubując dziobem drugie oko z oczodołu ;-)) Aha Brook coś skrzeczy mocniej niż reszta postaci, to miłą postać i mozżna dobrze się nią bawić, jestem pewny że go rozpracujesz.

Co mnie bardziej martwi to fakt iż lubisz Hitman Reborn boję się czy go nie wprowadzisz...


Wyszło długie bo taki mam styl ;-)
31.07.2009 16:57
Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama