Aktualny czas: 20.08.2018, 15:14 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Mija kolejny poniedziałek, więc pora na następną dawkę One PIece! Rozdział 913 PL
Na portalu pojawił się również najnowszy odcinek 848!
Odpowiedz 
One Piece w realiach Pokemon.
Autor Wiadomość
Mumix Offline
Gość
Pirat

*
Liczba postów: 6
Dołączył: 04.10.2012
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
One Piece w realiach Pokemon.
Witam. Postanowiłem napisać coś, co będzie fuzją realiów One Piece i Pokemon.

Kilka ważnych szczegółów:
a) W przedstawionym w historii świecie nie było, nie ma i nigdy nie będzie ludzi. Istnieją tylko pokemony. To one wznoszą budynki, wytwarzają broń, konstruują maszyny, piastują najróżniejsze urzędy i tak dalej.
b) Pokemony dzielą się na siedemnaście typów (jak w grach: ogniste, lodowe...). Potrafią wykonywać różnorodne ataki. Skopiuję niektóre oryginalne ataki pokemonów.
c) Ze świata One Piece zostają:
- nazwy mórz i niektórych miejsc (Grand Line, Red Line, West Blue),
- waluta,
- podział na piratów, Marynarkę i Rząd,
- sam skarb One Piece, jednak jego historia będzie trochę inna,
- Diabelskie Owoce. I nie zdziwcie się, jeśli wystąpi jakiś owoc, który jest w oryginalnym anime, ponieważ zostało tam zastosowane wiele mających kapitalny potencjał Smile
d) Nie będzie wysp z OP. To znaczy, że wszystkie wymyślę sam. Tak samo dostanie się do NW będzie inne niż w oryginale.

Na razie wystarczy informacji Smile


Rozdział 1: Pożegnanie. Początek wielkiej przygody!

Droga do portu była krótka i całkiem przyjemna, jednak każdy szedł powoli, odwlekając moment rozstania.

Nawet mistrz Warot Yakumaya, zazwyczaj spokojny i opanowany, teraz patrzył z czułością na Machopa i Sandshrewa - dwójkę swoich uczniów, w których starał się przelać całą swoją wiedzę i umiejętności.

Towarzyszyła im Yuki - wierna przyjaciółka tychże pokemonów. Dzielnie dreptała na swoich małych, niebieskich nóżkach, a wiatr rozwiewał zielone liście wyrastające bezpośrednio z jej głowy. Wiatr…Taaak. Kochała wiatr! Chyba od zawsze Uspokajał ją i pomagał zgromadzić myśli. Przerażały ją natomiast pożary, które czasami wybuchały na wyspie. Często miewała koszmary, w których była atakowana przez strzelające płomieniami stworzenia. Podsumowując – panicznie bała się ognia.
Po jej wyrazie twarzy widać było, że z trudem hamuje łzy. Nie chciała, by najbliżsi opuszczali wyspę, jednak wiedziała, że nie może stanąć na drodze ich marzeń. Pocieszał ją jedynie fakt, iż zdecydowali się podróżować razem… Jeden będzie mógł ochraniać drugiego…

Rzuciła spojrzenie na Machopa.

Całe świetnie zbudowane ciało było koloru szarego, natomiast na głowie widniały trzy podłużne wypustki. Jego mocno czerwone oczy aż lśniły rządzą przygody i podnieceniem. Wszak właśnie miał wyruszyć w podróż, która ma być najważniejszym wydarzeniem w jego życiu. Miał już dziesięć lat, co w jego gatunku oznaczało stan prawie pełnej dojrzałości.
Cechą, która odróżniała go od innych przedstawicieli swojego gatunku były dziwne rurki wystające z wnętrza jego obu dłoni, a także wzrost. Może nie była to spora różnica, jednak był zdecydowanie większy od reszty Machopów jakie widywał. Otóż stworzenia te przeważnie dorastały do siedemdziesięciu centymetrów, podczas, gdy Tosachi, bo tak miał na imię ów stworek, mierzył grubo ponad dziewięćdziesiąt. Taki wzrost był jednak dla niego bardzo pomocny. Był przez to nieco silniejszy i odporniejszy, co było cenne podczas treningu.
Miał cichą nadzieję, że kiedyś po ewolucji, również będzie większy niż inne pokemony z jego gatunku.

Tuż obok szedł spokojnie Chlodwig - mały pokemon pancernik. Machał spokojnie ogonem. W jego czarnych jak węgiel ślepkach widać było lekką obawę. To prawda, był trochę strachliwy i w obliczu niebezpieczeństwa walał schować się pod ziemię. Nie przeszkodziło mu to jednak w planach stania się piratem…

Szli tak długo w milczeniu, ciesząc się pięknym wieczorem i tą wyjątkową sytuacją.
- Też kiedyś wyruszę na morze – stwierdziła nagle Yuki. Zatrzymała się. – Skoro chłopcy wyruszają, a ty, mistrzu Yakumaya, tym samym tracisz swoich uczniów… - zawahała się chwilkę. - Może zająłbyś się trenowaniem mnie?! – wyrzuciła z siebie troszeczkę za głośno. Z jej głosu wprost biła nadzieja.
Wszyscy wymienili zdziwione spojrzenia. Chlodwig wyglądał jakby miał się zaraz przewrócić z wrażenia, jednak po chwili złapał równowagę, odetchnął z ulgą i wbił spojrzenie w potężnego Poliwratha, czekając na jego reakcję.

Tak, to był właśnie ich mistrz. Teraz, na tle zachodzącego słońca, wyglądał naprawdę potężnie. Zazwyczaj zaciśnięte w pięści białe dłonie, wisiały teraz luźno, a on sam przyglądał się z rozbawioną miną małemu stworkowi o bujnej, liściastej czuprynie. Poprawił lekko kuszę, którą zawsze ze sobą nosił na przewieszonym przez ramię skórzanym futerale. Do futerału miał przymocowany spory kołczan wypełniony strzałami.

- Cóż… - rzucił niepewnie. – Nie wiem, czy sobie poradzisz, jednak nie mam nic przeciwko.
Twarz Yuki przybrała nieprzenikniony wyraz. Dopiero po chwili dotarły do niej słowa mistrza.
- Ni-ni-nie wierzę! – krzyknęła. – Dziękuję, dam z siebie wszystko! I już niedługo spotkamy się gdzieś na tych bezkresnych wodach – rzuciła do reszty.

Leśna droga szybko zamieniła się w deptak, a w okolicy można było już dostrzec pojedyncze domostwa. Było też mniej drzew, ponieważ wszystkie domy wykonywane były z drewna.
Mistrz przystanął i ruchem ręki nakazał swoim podopiecznym by zrobili to samo.
- Wiece, że jako pirat nie cieszę się zbyt dobrą sławą wśród mieszkańców miasta… Nie chcę, by początkowi waszej podróży towarzyszyły jakieś niemiłe incydenty, więc nie pójdę dalej. Przygotowałem wam mały statek jako drobną pomoc na starcie – uśmiechnął się na widok niedowierzających min swoich uczniów. – Idźcie do portu i zapytajcie o Jake’a. Jest z tego samego gatunku, co Tosachi, ale już ewoluował. Znam go od lat i wiem, że mało kto buduje tak dobre statki na tych wodach.
- Rozumiem! Jesteś taki dobry, mistrzu… – szepnął Chlodwig. Na twarzach całej czwórki malowało się wyraźne wzruszenie. W końcu spędzili ze sobą tyle lat… A mistrz zawsze był dla nich jak ojciec. To on ich wszystkiego nauczył, to on się nimi opiekował, to on ich wychował… A teraz opuszczają rodzinne Jungle’s Eye i wyruszają w świat, by stać się sławnymi piratami.
- Tosachi! Chlodwig! Nauczyłem was wszystkiego, co potrafię. Widzę w was wielki potencjał, więc proszę – nie zmarnujcie go. Kiedy znów się zobaczymy, będziecie o wiele silniejsi, może nawet ewoluujecie, jestem tego pewien! Wtedy sprawdzę wasze umiejętności, więc dajcie z siebie wszystko. Powodzenia! – powiedział zdławionym od wzruszenia głosem.
- Dobrze, mistrzu! Możesz na nas liczyć! – krzyknął Tosachi, ocierając łzy.
- Tak, damy z siebie wszystko, mistrzu – wymamrotał płaczący Chlodwig.
Warot obrócił się na piecie i ruszył z powrotem w stronę swojego domu. Ukrywał łzy, jednak gdy oddalił się na kilka kroków od uczniów, same popłynęły mu z oczy… Szczerze kochał swoich podopiecznych i zrobiłby dla nich wszystko. Decyzja o ich wypłynięciu na morze była dla niego niewypowiedzianie trudna, jednak wiedział, że właśnie takie było ich marzenie. Zostać piratami!

Chlodwigowi nie przeszkadzało, że to Tosachi będzie kapitanem. Zawsze wspierał swojego kompana i szczerze chciał, by został on Królem Piratów. Sam też miał swoje marzenia związane z rozpoczynającą się właśnie przygodą. Gdzieś po Nowym Świecie pływał brat Chlodwiga, a mały pancernik poprzysiągł sobie, że udowodni mu swoją siłę i to, że przewyższy jego umiejętności.
Warot jeszcze bardziej zatopił się w myślach.
- Mistrzu! – usłyszał delikatny głos Yuki. – Odprowadzę chłopców do portu, dobrze? Niedługo wrócę.
- Zgoda. Uważaj na siebie, mój nowy uczniu!
Twarz małej Oddish rozpromienił ogromny uśmiech.
- Tak jest! – odpowiedziała i z uśmiechem pognała za towarzyszami.


Rozdział 2: Śmiertelny wróg. Jasper wkracza do akcji!

- Proszę, proszę… Widzę, że nie tylko ja planuję zostać piratem – Głos był bardzo spokojny, jakby lekko zaspany, jednak wyraźnie słychać było nutkę kpiny.
Trójka przyjaciół rozejrzała się badawczo.
Tuż za nimi stało żółte stworzenie z czymś przypominającym brązowy pancerz na piersi i ramionach. Brązowy pasek otaczał miejsce znajdujące się prawie na końcu ogona.
- Jakiś Abra… Tak, zdecydowanie rozpoznaję ten gatunek – szepnął cicho Sandshrew.
- Jakiś Abra, tak? Ty idioto! Mam na imię Jasper! Lepiej mnie zapamiętajcie, żeby wiedzieć z czyich rąk zginęliście! – syknął. Ziewnął szeroko , przeciągając się i prostując swoje ostre pazury.
- O co ci chodzi? – szybko skontrował Machop. – Nigdy wcześniej cię nie spotkałem, więc dlaczego się wtrącasz?! – Nieświadomie przyjął pozycję bojową.
- Ooo, wiem, że się nie znamy… Ale wiem też, że chcecie zostać piratami, a to mi wystarczy… - Coś groźnie błysnęło w jego bardzo wąskich ślepiach.
- Marynarka?! Przecież nic jeszcze na nas nie macie! – wyjąkał podenerwowany Chlodwig.
Jasper zaniósł się histerycznym śmiechem. Gdy trochę się uspokoił, rzucił szybko:
- Teraz to mnie obraziłeś! Jak możesz porównywać mnie do tamtych niezdarnych szumowin?! Jestem piratem. A właściwie, to dopiero wyruszam… Usłyszałem o was i pomyślałem, że zawczasu pozbędę się nowych potencjalnych rywali. A może, gdy was zabiję, wyznaczą nagrodę za moją głowę i szybciej stanę się niesławnym piratem!
- Za-za-zabijesz? – wymamrotała oszołomiona Yuki.
Machop wyprostował się i rzucił na wroga badawcze spojrzenie.
- Spokojnie, to tylko jakiś pozer, udaj… - przerwał nagle i runął na ziemię pod ciężarem Jaspera.
Dostał kilka szybkich ciosów w twarz, jednak po chwili odrzucił przeciwnika i skontrował kopniakiem. Niestety chybił. Jasper jakby rozpłynął się w powietrzu.

Zapadła głucha cisza, pełna nieprzyjemnego oczekiwania i strachu.

A nagle...

- Za tobą! – wrzasnęła Oddish.
Tosachi błyskawicznie się odwrócił, jednak nie zdołał uniknąć potężnego kopniaka w twarz. Zatoczył się, z trudem odzyskując równowagę.
- Ten Abra używa teleportacji do szybkich ataków z zaskoczenia! – Głos Chlodwiga wyraźnie drżał.
- Taa, wiem, ale bez teleportu też jest piekielnie szybki – syknął Machop, odpierając potężne uderzenie ogona.
Żółty stwór już schylił się, by podciąć przeciwnikowi nogi, gdy nagle z ziemi wyskoczył Chlodwig i obdarował Jaspera soczystym ciosem w brzuch. Stworek wyleciał w powietrze, jęcząc z bólu. Dokładnie w tym samym czasie Machop mocno się wybił i w locie kopnął Jaspera w szczękę. Przeciwnik runął na ziemię kilka metrów dalej.
- To ja tu jestem specem od ataków z zaskoczenia – powiedział usatysfakcjonowany pancernik.
- Świetna akcja! – uśmiechnął się Tosachi. Zaczął rozmasowywać policzek, ponieważ dość mocno odczuł kopniaka Jaspera.
Abra był wyraźnie zaskoczony atakiem. Odbiło się to też na jego pewności siebie. Pozbierał się z ziemi, miotając w kierunku Chlodwiga siarczystymi przekleństwami i jednocześnie masując obolałe miejsca.
- Chyba jednak was nie doceniłem, idioci. Mógłbym was oczywiście zabić już teraz, jednak macie potencjał i możecie coś osiągnąć na morzu. Jeśli zabiję was jako niesławnych piratów, zyskam o wiele większy respekt w oczach Marynarki i innych, a tego mi właśnie potrzeba… - powiedział z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
Po chwili już go nie było. Teleportował się w momencie, gdy Tosachi próbował zdjąć go kopniakiem.
- Rany, co za koleś – burknął Sandshrew.
- Ta, nie spodziewałem się, że tak szybko zdobędziemy śmiertelnego wroga – odparł na to Tosachi. – Nic na to nie poradzimy. Szybko, idziemy szukać Jake’a.
Ruszyli spokojnie w stronę portu. Milczeli. Każdy rozmyślał nad tym, co przed chwilą miało miejsce.

--------------------

Tymczasem na jednym z najwyższych drzew w porcie paliło się dwoje żółtych oczu. Oczu tak strasznych i przenikliwych, że spojrzenie w nie paraliżowało strachem.
- Szefie, słyszysz mnie? – odezwało się owo tajemnicze monstrum.
- Taaak, melduj.
- Ten pirat, Jasper, o którym ci wspomniałem na ostatnim zebraniu… Już wyruszył na morze. Tak jak sądziłem, ma potencjał. Gdy tylko znajdzie się na terenie Grand Line powinniśmy go złapać. W innym wypadku może stać się dla nas upierdliwą przeszkodą.
- Rozumiem, nie musisz mi tego powtarzać! – syknął głos z odbiornika. Małe okrągłe urządzenie pozwalało komunikować się na ogromne odległości, jednak okropnie trudno było je zdobyć. Dysponowała nimi głownie Marynarka i członkowie Rządu.
- Ale jest coś jeszcze… - dodało monstrum, owijając się w czarne jak noc skrzydła.
- Taaak?
- Ten cholerny Abra natknął się na dwójkę innych nowicjuszy. Powinien ich bez problemu zabić, jednak oni radzili sobie z nim całkiem nieźle. Na razie nic o nich nie wiem, ale jeśli zgodzisz się wydać mi odpowiedni rozkaz, mogę zdobyć o nich trochę informacji.
- Cóóóż, wydaje mi się, że w niczym to nie zaszkodzi, jednak skoncentruj się głównie na Jasperze. wsparcie?
- Nie! Wiesz, że działam tylko solo…
Zawsze wybierał zadania, w których mógł uczestniczyć sam. Nie miał przyjaciół wśród całego oddziału, ale odpowiadało mu to. Spędzał czas trenując walkę mieczem i knując swoje tajemnicze plany. Plany, których nikomu żywemu nie było dane usłyszeć.
- Jak chcesz, Ipsylon. Raportuj, gdy zdarzy się coś konkretnego.
- Dobra, Szefie, zrozumiałem.
- Jeszcze jedno…
- No?
- Posiadają zdolności Diabelskich Owoców? – w tajemniczym głosie dało się wyczuć ciekawość.
- Na razie nic takiego nie zaobserwowałem – Ipsylon był już wyraźnie zirytowany rozmową. Nigdy nie podobało mu się to, że ktoś wydaje mu polecenia, jednak nie był jeszcze gotowy na realizację swojego planu.
- Rozumiem, działaj!
- Tak jest! – Mroczne skrzydła rozwinęły się w mgnieniu oka i po chwili już go nie było.

--------------------

- Więc Marynarka obserwuje nawet początkujących. Chyba serio im się nudzi… Ale już niedługo Veleno rozpęta piekło w Nowym Świecie, a wtedy zacznie się prawdziwa zabawa… Jaka szkoda, że nie będę mógł tego zobaczyć na własne oczy… – szepnął, poprawiając skrzydłem opaski zasłaniające puste oczodoły.
- Cóż, takie już życie pirata… - Bezszelestnie poderwał się do lotu i z prędkością błyskawicy zniknął za horyzontem.

Czuł w piórach szalony pęd wichru. Uwielbiał to uczucie. Nie musiał widzieć. W sumie, to nie mógł. Stracił oczy kilka lat temu i już zdążył przywyknąć do życia w „ciemności”. Instynktownie wiedział, gdzie powinien lecieć, a w walce pomagały mu inne zmysły, które bardzo się wyostrzyły. To pewnie przez ciężki trening. A może czas zrobił swoje? Nie wiedział.
Mimo to…
Bardzo pragnął znów móc zobaczyć ocean i igrające na jego powierzchni fale…

Dodatek:
http://zapodaj.net/16bad79a172c4.bmp.html
04.10.2012 20:57
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Mumix Offline
Gość
Pirat

*
Liczba postów: 6
Dołączył: 04.10.2012
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #2
RE: One Piece w realiach Pokemon.
Gomene za doubla, ale nikt niestety nie skomentował. Wrzucam kolejny rozdział i proszę o opinie Smile

Rozdział 3: Waves Breaker! Wspaniałe dzieło Jake'a.

- Niezły jest, co? - zapytał wysoki stwór o szarym ubarwieniu skóry.
Wyglądem nie różnił się wcale od innych przedstawicieli swojego gatunku. Specjalny pas i twarde wypustki na głowie – to cechy charakterystyczne każdego Machoke’a. Jego ogromne mięśnie sprawiały, że wyglądał niebezpiecznie, ale tak naprawdę był niespotykanie spokojnym pokemonem, który pasjonował się statkami. Uwielbiał przy nich pracować. Jego głos przesiąknięty był dumą, gdy mówił o swoim najnowszym dziele. – Pracowałem nad nim bardzo długo, specjalnie na zlecenie Warota – dodał.

Przed trójką przyjaciół dryfował średnich rozmiarów statek, ale dla nich było to spełnienie wszystkich marzeń. Wykonany z drewna o ciemnobrązowym kolorze, wyważony i w pełni wyposażony do żeglugi. Ogromny żagiel przymocowany do potężnego masztu również robił wrażenie. W statku zastosowano bardzo innowacyjną technologię. Oprócz tradycyjnego napędu płynącego z sił natury, Jake wprowadził też turbinę. Zasilała ją energia słoneczna zbierana przez sporych rozmiarów płytę na tyle statku. W wypadku pochmurnej pogody, należało wykorzystać ster, jednak podczas pracy turbiny wszystko odbywało się mechanicznie. Wystarczyło złapać za drugi ster na odpowiednim stanowisku. Znajdowało się ono niedaleko turbiny, co trochę przeszkadzało w zachowaniu odpowiedniej widoczności, podczas gdy główny i właściwy ster miał swoje miejsce na przodzie statku.
Pod pokładem mieściło się osiem różnych pokoi z gotowym wyposażeniem. Broni nie było prawie wcale. Jake’owi udało się załatwić tylko dwie armaty i sporo amunicji.
Pokład był starannie wypolerowany, maszt równy, schodki prowadzące na przód statku idealnie wymierzone, a barierka po bokach zapewniała bezpieczeństwo i dodawała uroku.
- To naprawdę nasze?! – wyjąkał zszokowany Sandshrew.
- Tak, wasz mistrz pokrył wszystkie koszty – odpowiedział z uśmiechem muskularny Machoke. – Powiedział, że musicie zacząć podróż na porządnym statku, a ja myślę, że spełniłem jego oczekiwania. Nazywa się Waves Breaker i od teraz należy do was!
Później miała miejsce prawdziwa burza podziękować, pytań i zapewnień, że odpowiednio zaopiekują się nowym nabytkiem. Chlodwig przysięgał, że będzie dbał o wszystkie urządzenia i postara się utrzymać je w dobrym stanie. Byli tak podnieceni, że natychmiast chcieli wyruszać. Wcześniej jednak musieli wysłuchać kilku rad cieśli na temat statku. Były to sprawy czysto techniczne, takie jak obsługa maszyn, dbanie o czystość, zachowanie w razie jakichkolwiek awarii i inne sprawy podobnego pokroju.

W końcu nadszedł ten czas. Ich podróż miała się zacząć lada chwila. Ten piękny moment pociągał jednak za sobą inny, nieco bardziej smutny. Po raz pierwszy od wielu lat mieli rozstać się z Yuki. Ich mała towarzyszka zdecydowanie nie była jeszcze gotowa na pirackie życie. Może kiedyś będzie w stanie im dorównać. Teraz niestety musiała zostać na Jungle’s Eye. Smutek z powodu rozstania z „braćmi” wynagradzała jej myśl o treningu, jaki miała zacząć u mistrza Warota. Obiecał jej to, a Mistrz nigdy nie łamie danego słowa.
- Yuki… - zaczął nieśmiało Machop. Wbił spojrzenie w majestatyczny kadłub ich nowego statku. – Spędziliśmy razem tyle czasu! Ale wiesz, że zawsze chcieliśmy wyruszyć po One Piece. To nasz cel od wielu lat, a to, że nikt inny do tej pory go nie znalazł, musi oznaczać, że czeka specjalnie na nas. To nasze przeznaczenie!
- Tak, na pewno wam się uda, chłopcy – odpowiedziała ze łzami w oczach. Wiatr rozwiewał jej bujną liściastą czuprynę. – Dołączę do was, jak tylko stanę się silniejsza. Koniecznie muszę ewoluować, bo teraz nie posiadam nawet rąk – zaśmiała się cicho.
- O tak! Będziesz władać truciznami! Pamiętasz, co mówił Mistrz o twoim gatunku? Kiedyś staniesz się naprawdę niebezpiecznym pokemonem, a w połączeniu z twoim charakterem, da to iście wybuchową mieszankę! – odparł wzruszony pancernik.

Cała trójka była ze sobą bardzo zżyta. Można by powiedzieć, że istniała między nimi nienamacalna więź, której nikt potrafi przerwać. Tosachi i Chlodwig zawsze rywalizowali między sobą, ale nigdy nie pojawiła się między nimi złość. Ba, nie odczuwali nawet zazdrości, gdy któremuś powodziło się lepiej na treningu. Mistrz też ich nie oszczędzał. „Chcecie być piratami, prawda? Więc walczcie tak, jakbyście już teraz walczyli o swoje życie!” powtarzał. I te słowa wyryły się im w pamięci. Na zawsze.

- No więc… Do zobaczenia! – rzuciła ze łzami w swoich malutkich oczach.
Oni byli już na statku. Wszystko było gotowe do wypłynięcia. Za turbinowym sterem zasiadł Chlodwig.
- Żegnajcie, piraci! – krzyknął Jake z szerokim uśmiechem.
- Powodzenia! – wtórowała mu Yuki.
Silniki włączone. Turbina zaczęła się obracać. Na początku powoli, jednak po chwili nabrała szybkości i brzeg coraz bardziej się oddalał. Na North Blue pojawili się nowi piraci. Piraci, którzy jeszcze przed rozpoczęciem przygody, spotkali pierwszego przeciwnika. Piraci, którzy wcale nie mieli na celu grabienie wiosek i mordowanie niewinnych. Piraci, których serca przepełniała nieodparta żądza… Żądza przygody!

--------------------

Kilka godzin później dwójka przyjaciół znajdowała się już na otwartym morzu.
- Tosachi, ten statek jest świetny! – krzyknął Chlodwig zza steru.

Znajdowali się na pokładzie. Wykonany z ciemnego drewna prezentował się świetnie. Gruby maszt i biały jak śnieg żagiel, w tej chwili akurat zwinięty, dodawały Breaker’owi wyrazu i potęgi. Na rufie statku znajdowała się drewniana podpora dla pokaźnej baterii słonecznej. Nieporęcznym wyjściem było natomiast umiejscowienie steru turbinowego. Siedząc na stanowisku nie widziało się tego, co jest przed statkiem, więc Machop musiał nawigować.

- Taa, Mistrz sprawił nam najwspanialszy z możliwych prezentów. A ja się bałem, że z początku będziemy pływać na jakiejś tratwie – odparł Machop. Popatrzył z dumą na ich nowy nabytek. – Zatrzymaj się! Chodźmy zobaczyć, co ta bestia ma pod pokładem!
- Tak jest!
Chlodwig podniósł właz. Zeszli na dół po drewnianej drabince przymocowanej do pokładu. Znaleźli się w całkiem pustym pomieszczeniu, co wprawiło ich w lekkie uczucie niepokoju. A co jeśli Jake kłamał i nie mają żądnego wyposażenia? Nie, to nie możliwe. Cieśla jest przyjacielem Mistrza, więc trzeba mu ufać.
W pokoju znajdowało się troje drzwi. Jedne po lewej stronie, drugie po prawej i kolejne za nimi. Tosachi zadecydował, że najpierw sprawdzą te po prawej.

Okazało się, że trafili do pokoju sypialnego. Było tam biurko, regał z książkami, trzy skrzynie i pusta szafka. Po środku stał mały prostokątny stolik otoczony trzema pufami. Wszystkie meble przytwierdzone były do podłogi. W tym pokoju znaleźli kolejne drzwi. Prowadziły one do łazienki.

Wrócili do pustego pomieszczenia. Tym razem decydował pancernik. Wybrał drzwi po lewej stronie.

Mały magazyn. Kilka pustych skrzyń. W jednej zapas chleba. Po środku pokoju znajdowało się koło do wciągania kotwicy. Miało wbudowaną blokadę. Na ścianach wisiały kable łączące turbinę z baterią słoneczną i innymi urządzeniami.

I znów pusty pokój. Zostały tylko jedne drzwi. Chlodwig nacisnął delikatnie klamkę.
Ich oczom ukazało się dobrze oświetlone pomieszczenie. Na środku stał potężny okrągły stół z ciemnego drewna. Wokół niego znajdowało się piętnaście krzeseł przymocowanych do podłogi. Była tam też pusta skrzynia. Z tego pokoju dało się przejść do dwóch kolejnych, więc nie ociągając się ruszyli do drzwi po prawej.

Kolejny mały pokoik. Ale jak wyposażony! Lodówka pełna jedzenia, blat kuchenny i wszystkie potrzebne do gotowania sprzęty, kuchnia zasilana energią słoneczną. Na dopełnienie pokaźny schowek na jedzenie zaraz obok długiego blatu. Tak, to pomieszczenie wywarło na nich ogromne wrażenie. Szczególnie zainteresował się nim Chlodwig, który był początkującym, ale bardzo utalentowanym kucharzem.

Przeszli przez salę obrad. Sandshrew potknął się o krzesło i przejechał przez pół pokoju na brzuchu, na co Machop wybuchnął gromkim śmiechem. Zwiedzanie ich nowego statku sprawiało im ogromną radość.

Weszli do kolejnej sypialni. Tutaj z sufitu zwisały trzy hamaki, a na podłodze przymocowane były dodatkowo dwa łóżka. Tutaj też była osobna łazienka, a w pokoju stały dwie skrzynie.

Odnaleźli drzwi prowadzące do następnego pomieszczenia. Znajdowali się już w części dziobowej statku.
- Wypas! – wrzasnął pancernik i podbiegł do skrzyni pełnej kul armatnich.
Znajdowali się w pokoju z dwoma pustymi skrzyniami. W trzeciej było trzydzieści kul. Z prawej strony znajdowała się pokaźna armata.
- Zobacz, Chlod! Jeszcze jedne drzwi! – zauważył Tosachi.
Nacisnął klamkę i zobaczył… kolejną armatę! W tym pokoju też było kilka pustych pudeł i skrzynia. A właściwie dwie skrzynie. Jedna pusta, a druga pełna kul armatnich. Tutaj było ich dwadzieścia.
- Rany… to jest jak sen! – pokemon pancernik wręcz pożerał wszystko wzrokiem.
- Taaak, wreszcie płyniemy. W dodatku na wspaniałym statku. Chlod, co byśmy zrobili bez Mistrza? – Tosachi również był oczarowany wszystkim, co ujrzał pod pokładem.
- Nie wiem, Sachi, naprawdę nie wiem…
Trzeba dodać, że każdy pokój wyposażony był w bulaje, przez które wpadało dużo światła. Dodatkowo w sali obrad znajdowała się też lampa.

--------------------

Nawet nie spostrzegli, że dzień miał się już ku końcowi, a słońce powoli zaczynało łączyć się z horyzontem. Machop wspiął się na bocianie gniazdo i po kilku minutach zapadł w głęboki sen. To samo uczynił Sandshrew, jednak on wybrał sobie wygodny hamak.
Nad Waves Breaker’em zaległa cisza. Noc wzięła ocean w swoje czarne objęcia.
06.10.2012 09:43
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Mumix Offline
Gość
Pirat

*
Liczba postów: 6
Dołączył: 04.10.2012
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #3
RE: One Piece w realiach Pokemon.
Rozdział 4: Tonący medyk. Nowy członek załogi ujawniony!

Słońce wspinało się coraz wyżej po niebie, a dwójka rozpoczynających swoją przygodę piratów smacznie spała i nie przejmowała się w ogóle otaczającym ich światem. Morze było wyjątkowo spokojne, a drobne fale rozpryskiwały o przód Breaker’a.

Ostatni dzień upłynął im na poznawaniu poszczególnych pokoi i miejsc na statku. Musieli też przyjrzeć się jego budowie i nauczyć się obsługiwać różne maszyny. Wszystko to ogromnie ich zmęczyło, więc postanowili wypróbować hamaki. Okazały się bardzo wygodne. Tak wygodne, że sen zmógł ich błyskawicznie.

W tym samym czasie inny pokemon desperacko walczył o życie. I nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że działo się to jedynie kilkadziesiąt metrów od ich statku.

Niewielki stworek koloru pomarańczowego trzymał się kurczowo belki unoszącej się na wodzie. Po jego przerażonej minie, można było wywnioskować, że nie ma zielonego pojęcia o pływaniu. Pokemon rak wyposażony był w cztery niewielkie odnóża i dwa większe z przodu. Całości dopełniały ostre zęby i dwa pasożytnicze grzyby na grzbiecie.
- Ratunku! – wrzeszczał. Widać było, że nie uśmiecha mu się tak marny koniec. Dlatego właśnie krzyczał z całych sił, chociaż gardło już od dawna odmawiało mu posłuszeństwa. Powoli tracił nadzieję, gdy nagle…
- Hej! Złap się tej liny! – Paras, bo tak brzmiała nazwa gatunku tego pokemona, uniósł zemdlone oczy i zobaczył przed sobą burtę statku. Ktoś machał do niego, a chwilę później na wodzie wylądował spory sznur. Spróbował poruszyć szczypcami. Był okropnie wykończony, ale w końcu udało mu się chwycić mocno linę.
- Trzymasz? – usłyszał inny głos.
- Ta-tak! – wyrzucił z siebie stanowczym tonem. O, jak okropnie wszystko go bolało. Czuł ogień palący go w mięśniach. Oczywiście było to tylko złudzenie, ale jego organizm faktycznie nie wytrzymałby już ani dnia dłużej.

I nagle…

Ból! Ból tak paraliżujący, że przed oczami zobaczył czarne plamy. Ktoś go wciągał na statek. Ktoś, kto rzucił sznur. A jeśli oni też są niebezpieczni? Nie, nie miał teraz siły. Najważniejsze, że wreszcie odpocznie. Chyba, że go zabiją. Zemdlał…

--------------------

- Hej! Żyjesz?! – Niewyraźny głos dobiegał jakby z daleka. Ktoś nim potrząsał.
- Tak – odpowiedział cicho.
Twarze jego wybawców natychmiast się rozjaśniły. Paras uważnie przyglądał się tym dwóm stworkom.
- Dlaczego mnie uratowaliście? – rzucił niepewnie.
- A dlaczego nie? – zdziwił się Chlodwig. – Przecież byłeś bliski utonięcia. Jak można zostawić kogoś takiego?
- Właśnie. Chlod dobrze gada. A ty lepiej powiedz nam, co się stało? Domyślam się, że ta belka, na której dryfowałeś była częścią statku, prawda? – zapytał Tosachi
.
Paras zamknął oczy. Przywołał do siebie przerażający obraz płonącego statku. I ten rozdzierający duszę śmiech. Nie pomogła nawet chmura trującego dymu. Przeciwnik nagle rozpłynął się w powietrzu.

- Cholera, a żeby go tak jakiś tytan dorwał! – krzyknął z nienawiścią. Gdy tylko trochę się uspokoił i zaczerpnął świeżego powietrza, powiedział: - Pokemon o imieniu Jasper roztrzaskał moją łódkę na kawałki, a później próbował mnie zabić. Cudem udało mi się przed nim ukryć i dryfowałem na tej przeklętej belce przez wiele dni…
Tosachi i Chlodwig wymienili porozumiewawcze spojrzenia, w których była jednak spora nuta przerażenia.
- My też spotkaliśmy Jaspera – powiedział Machop stanowczo.
Pomarańczowy rak wbił w niego przerażone spojrzenie.
- Chyba nie mówisz poważnie?! Więc dlaczego jeszcze żyjecie, co?
- Bo prawie skopaliśmy mu tyłek – dodał pancernik.
- Nie, to nie możliwe! Przecież widziałem jego moc. Jest… jest nie do opisania – podsumował rak. Cały czas bacznie obserwował Tosachi’ego i Chlodwiga. Widocznie jeszcze nie do końca im ufał. Uratowali mu jednak życie. I to całkiem bezinteresownie…
- Cóż… na odchodnym mówił coś o tym, że nas wyzabija – zauważył Machop. – Ale nie przejmowałbym się tym. Ja i Chlod – wskazał na pancernika – jesteśmy piratami, a piraci muszą być silni, nie? – rzucił z szerokim uśmiechem.
Paras nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Nowi przyjaciele bardzo mu zaimponowali, jednak nadal nie był pewien, czy może im ufać.
- Mogę na chwilę zostać sam? – zapytał. – Muszę pozbierać myśli.
- Pewnie, ale najpierw powiedz nam, co miałeś na myśli mówiąc o jakimś tytanie?
Paras popatrzył na nich z niedowierzaniem. „Skąd ta dwójka się urwała?! – pomyślał. – Przecież każdy zna tytanów, każdy! A oni stoją tu jak dwa wielkie znaki zapytania…”
- Chyba nie chcecie mi powiedzieć, że nie wiecie nic o tytanach? – zapytał zbulwersowany.
- Nie! – odpowiedzieli chórem.
Odpowiedź ta zmusiła raka do pacnięcia się w czoło.
- Dobrze. Opowiem wam o nich wszystko, co wiem, ale najpierw wypadałoby się przedstawić. Jestem doktor Anti Doto.
- Doktor?! –zawołał Machop. – To świetnie! Potrzebujemy lekarza w załodze, co na to powiesz? Tosachi Yamatna, miło mi cię poznać!
- Chlodwig, prawa ręka kapitana – uśmiechnął się pancernik.
Tak nagła propozycja wprawiła Parasa w osłupienie. Minęła chwila zanim udało mu się w ogóle pozbierać myśli, które krążyły wokół niego jak stado Taillow’ów.
„Dołączyć do pirackiej załogi? I pływać z nimi po morzach? Cóż, od dawna chciałem spróbować, jak to jest być piratem… - pomyślał Anti Doto. – W dodatku wydają się być silni. Mamy też wspólnego wroga… I są tacy radośni. Jakby nie mieli pojęcia, czym ryzykują. Podoba mi się ta postawa!”
Rak w końcu zdobył się na uśmiech. Tak, postanowił zaryzykować i zaufał swoim wybawcom.
- Z przyjemnością zostanę waszym lekarzem!
- A więc witaj w załodze, doktorze Doto – uroczyście oznajmił kapitan.
Oni też mu zaufali. Nie wyglądał na kogoś, kto zdradziłby ich lub wymordował dla rekreacji. A poza tym, potrzebowali lekarza w załodze, zaś prawdopodobieństwo, że co jakiś czas będą wyławiać z morza pokemona medyka umierającego na belce po ataku szalonego Abry było bliskie zera.
- Ale miałem opowiedzieć o tytanach, prawda? – zapytał Paras. – Tytani urodzili się lub powstali wiele setek lat temu. Te pokemony są nieśmiertelne i na świecie występuje tylko jeden przedstawiciel danego gatunku. Krążą legendy, że to właśnie jeden z tytanów jest założycielem i twórcą Marynarki.
Oczywiście wiele z nich nadal żyje, a ich moc jest niewyobrażalna. Niektórzy zginęli, niektórzy zostali piratami, a niektórzy dołączyli do Marynarki. Są też podobno tacy, którym znudziła się brawurowa egzystencja i osiedlili się gdzieś, wiodąc spokojne życie. O ile to w ogóle możliwe w przypadku tytanów. Nie znam żadnego z nich. Ba, nie mam pojęcia kim są i jak wyglądają. Wyjątek to jeden z admirałów Marynarki. Podobno tylko nieliczni piraci uchodzą z życiem po walce z tym kolosem. Większość jednak zostaje zabita lub złapana i trafia do Kwatery Głównej w Nowym Świecie.
Paras zrobił krótką pauzę.
- Słyszałem też plotki, jakoby jeden z tytanów był twórcą Diabelskich Owoców. Wiecie coś o nich?
- Tak – odparł spokojnie Tosachi. – Jestem użytkownikiem jednego z nich – rzekł tak swobodnie, jakby mówił o wczorajszym obiedzie.
Oczy raka powiększyły się dwukrotnie pod wpływem ogromnej fali zdziwienia.
- Masz moc owocu?! – wykrzyknął.
- Tak, zjadłem Owoc Zmiany Typu. Mogę zmienić swój typ na każdy z siedemnastu możliwych. Niestety, nie umiem jeszcze nad tym panować i zmieniają się one losowo. Również ataki nie są zbyt widowiskowe. Mimo to, jestem zadowolony z tych mocy i mam nadzieję, że odpowiednio się rozwiną. Te rurki – wskazał na swoje dłonie – mają ułatwiać mi kumulowanie energii. Na przykład, gdy mój typ zmieni się na wodny, koncentruję moc na dłoniach i udaje mi się wystrzelić z rurek strumieniem wody. Niestety, jest tak słaby, że nie nadaje się jeszcze do walki.
- Nie przesadzaj, Sachi. Twoje ataki ogniem są coraz lepsze. Możesz też wydzielać trucizny w typie trującym, a to raczej nadaje się do bitwy, mimo małych ilości – dodał Chlodwig.
Pancernik nigdy nie zazdrościł przyjacielowi posiadania owocu. Sam skupił się na treningu i wypracował styl walki, który w pełni go satysfakcjonował. Oprócz tego był też świetny w atakach z zaskoczenia, co dawało wybuchową mieszankę.
- Nic więc dziwnego, że Jasper od ciebie oberwał – uśmiechnął się Doto. Szacunek do nowego kapitana wzrastał coraz bardziej. Również Chlodwig wydawał się być silny. A może to tylko złudzenie?
- Akurat w walce z tamtym kolesiem nie używałem mocy owocu. Wystarczyło kilka fizycznych ciosów, chociaż przyznam, że zaskoczyły mnie jego umiejętności.

Kolejne godziny zajęło im oprowadzenie nowego towarzysza po statku. Paras wybrał dla siebie łóżko, ponieważ uznał, że hamak nie jest dla niego najlepszym wyjściem. Zjedli też syty posiłek przygotowany przez Chlodwiga. Zarówno Tosachi, jak i Anti Doto przysięgali, że jeszcze nigdy nie jedli czegoś tak dobrego. I była to prawda. Pancernik odkrył w sobie wspaniałe talenty kulinarne.

Ustalili również nazwę swojej załogi. Ich mistrz zawsze nosił przy sobie kuszę i wspaniale się nią posługiwał. Postanowili więc, że nazwa będzie związana ze strzałami. W końcu doszli do wniosku, że od tamtej pory będą znani pod nazwą Piraci Błękitnej Strzały.

Okazało się, że Paras wie bardzo dużo o North Blue. Niestety nie wiedział, w którą stronę należy płynąć, by dostać się na Grand Line. Wskazał im jednak kierunek na kolejną wyspę. Wspólnie ustalili, że zaopatrzą się tam w kilka drobiazgów i trochę odpoczną. Najważniejszym punktem podróży było jednak zdobycie informacji. Tosachi skrywał też cichą nadzieję, że spotkają tam kolejnego członka załogi.

Wiatr był odpowiedni, więc rozwinęli żagle. Machop stanął za głównym sterem i bacznie obserwował morze. Korzystając z chwili samotności, przypominał sobie wszystkie lata spędzone na treningu u mistrza Warota.
Doktor Doto poszedł odpocząć po prawdziwej lawinie nowych wydarzeń, a Chlodwig zajął się ostrzeniem noży kuchennych. Gołym okiem dało się zauważyć, że uwielbia spędzać czas w kuchni.

Waves Breaker przecinał igrające po powierzchni wody fale, mknąć prosto do celu.


Dodatek:
http://zapodaj.net/c386bde066311.bmp.html

Rozdział 5: Konkretny cel podróży. Rozpoczyna się zemsta Urtona!

- Hej! Widzę wyspę! – głos Doto rozdarł spokojną atmosferę poranka.
- Świetnie. Wszyscy, przygotować się! – krzyknął Tosachi.
Szary pokemon pewniej chwycił za ster i obrał odpowiedni kierunek. Faktycznie, w oddali majaczyły strome brzegi wyspy. Machop stwierdził, że nie różni się ona specjalnie od tej, na której się wychował. W prawdzie było tam więcej wypolerowanych przez fale skał, ale nic innego nie wyróżniało jej spośród setek innych.

Dotarcie do brzegu zajęło im niecałe pół godziny. Mieliznę napotkali bardzo blisko brzegu, więc zakotwiczyli statek i ruszyli na poszukiwanie oznak życia. Nie bali się zostawiać statku bez opieki, dookoła były tylko nagie skały, a w pobliżu wyspy nie widzieli innych okrętów. Czyn trochę lekkomyślny, jednak postanowili zaryzykować.

Okolica wciąż pozostawała skalista. Drzewa zdarzały się sporadycznie. Wiał lekki wiatr, a mimo to dokuczał im upał. Nie można tego było jednak nazwać pustynią. Ot, zwykła lita skała i kilka krzaków. Nic specjalnego, ale mimo tak niesprzyjających warunków, znajdowała się tam spora osada. Charakteryzowały ją pokaźne mury obronne, co świadczyło prawdopodobnie o częstych atakach piratów na tę mieścinę.
- Zaczynam się lekko niepokoić o nasz statek – rzucił Chlodwig.
- Spokojnie, przecież nie widzieliśmy nikogo w okolicy, a nie zabawimy tutaj długo – pocieszył go Paras.
Doktor Anti Doto szybko poczuł się prawdziwym członkiem załogi. Przyjaźń między nim, a kapitanem i wesołym pancernikiem pojawiła się błyskawicznie. Sam nie potrafił zrozumieć, jak jeszcze kilka dni temu mógł zastanawiać się, czy aby może im zaufać.

W mieście napotkali całą lawinę nieprzychylnych spojrzeń. Widocznie mieszkańcy całkowicie odizolowali się od świata i ufali tylko sobie. W sumie nie było w tym nic dziwnego, ataki bezlitosnych piratów musiały pozostawić swoje piętno w ich psychikach.
Trójka przyjaciół skierowała się do karczmy. Nie dane im było jednak osiągnąć celu swoje wędrówki, gdyż przed ich oczami odegrała się typowa dla ówczesnych czasów scenka.
Ujrzeli niewielkiego pokemona uciekającego z jakimś pakunkiem. Po chwili na drodze pojawił zapłakany stworek z gatunku Buneary.
- Oddawaj to, złodzieju! – krzyknął i upadł ze zmęczenia. – To moje! Moje! – Płacz przerodził się w niekontrolowany szloch.
Załoga wymieniła porozumiewawcze spojrzenia.
Pod wpływam silnego kopniaka, uciekający pokemon uderzył o ścianę karczmy. Był to beżowy stworek w nieregularne czerwone ciapki. Tak, zdecydowanie Spinda. Widać to było po charakterystycznych oczach.
Nie spodziewał się tego ciosu, to było pewne. Nie zdążył jednak zareagować, bo solidny strzał jaki przyjęła jego twarz, posłał go w powietrze. Tosachi zręcznie złapał ukradziony pakunek, a Chlodwig zaatakował łaciatą pandę swoim twardym ogonem. Prawie udało jej się zablokować cios, jednak okazał się on za szybki. Pokemon wypluł na ziemię trochę krwi, po czym ocenił sytuację. On jeden przeciw dwóm wyszkolonym wojownikom. Nie, to się raczej nie uda. Szybko zabrał się do ucieczki. Na szczęście tamci nie ruszyli za nim w pogoń.

W tym samym czasie Buneary nie mogła posiąść się ze szczęścia, gdy Machop wręczył jej z powrotem utracony pakunek.
- Dziękuję! Tak bardzo wam dziękuję! – krzyczał brązowy królik.
- Nie ma sprawy, ten drań na to zasługiwał – odparł kapitan.
- Tak, ukradł mi to, gdy wracałam do domu. W środku jest bardzo ważny dokument i sporo pie… - urwała z przerażoną miną. – Ale, czy wy też nie jesteście piratami?
- Owszem, ale nie takimi jak myślisz. Na pewno nie okradamy niewinnych pokemonów, więc nie musisz ukrywać przed nami, że masz tam pieniądze. Dobrze, że tamten pokemon nie zdążył z nimi uciec – podsumował Chlodwig. Był bardzo zadowolony ze swojego widowiskowego ciosu ogonem.
Paras obserwował to wszystko z uśmiechem. On też nie potrafiłbym okraść niewinnych i niewypowiedzianie cieszyło go to, że jego towarzysze mają podobne poglądy.
Brązowy królik odetchnął z ulgą.
- Jestem Negi – przedstawiła się mała Buneary. – Jeszcze raz dziękuję za pomoc.
- Ja jestem Tosachi. A to Chlodwig i doktor Anti Doto – odpowiedział Machop, wskazując kolejno na towarzyszy. – Może poszłabyś z nami do karczmy? Przybyliśmy tu po kilka informacji, ale wszyscy patrzą na nas z nienawiścią.
- To z powodu ataków na nasze miasteczko. Piraci zabili już wiele niewinnych stworzeń – odparła ze smutkiem.
- Tak jak myślałem... – wtrącił Doto.
- Mogę pomóc. O ile znam odpowiedzi na wasze pytania – uśmiechnęła się Negi.

--------------------

- Kto ci to zrobił?! – powietrze rozdarł przerażający głos. Głos wymieszany ze straszliwym warczeniem.
- Próbowałem zdobyć kasę. Okradłem jakąś naiwniaczkę, ale zaatakował mnie Machop. Pomagał mu jakiś Sandshrew. Coś czuję, kapitanie, że oni też są piratami.
- I dałeś się tak po prostu pobić, cieniasie? – zadrwił inny głos.
- Morda, Naranja! – ze złością odparł beżowy pokemon. Nadal lekko krwawił.
- Obydwaj się zamknijcie! – odparł ostro ten sam warczący głos, a wszystkim dookoła przeszły ciarki po plecach. – Nikt nie będzie bezkarnie napadał piratów Urtona. Nawet, jeśli oberwał tylko jeden. All, gdzie oni później poszli?! – W oczach potwornego stworzenia zapłonęła nienawiść.
- Wydaje mi się, że szli do karczmy, kapitanie – odparł pokemon panda.
- Dobra! Załogo, idziemy skopać kilka tyłków! Przy okazji rozniesiemy tę cholerną karczmę na kawałki! Dawno nie miałem prawdziwej rozrywki, a teraz jest okazja, więc szalejcie do woli!
- Tak jest! – Rozległo się echo wielu głosów. I na pewno było ich więcej niż trzy.

--------------------

- Pyszne! – krzyknął Chlodwig. – Muszę zapytać tutejszych kucharzy o przepisy!
Negi wesoło się roześmiała. Szybko polubiła swoich nowych przyjaciół i w pełni im zaufała.
- O tak! Tutejsze dania są wyborne. Karczma jest sławna na całej wyspie – wyjaśniła z uśmiechem.
Brązowy króliczek siedział wraz z piratami przy jednym stole. Pozostali klienci patrzyli na nich z trwogą, ale im to wcale nie przeszkadzało. Doskonale wiedzieli, że obierając taką ścieżkę w życiu, napotkają wiele przeciwności. Pokemony, które przeżyły nie jeden atak okrutnych wilków morskich, z góry zakładały, że każdy pirat jest wcieleniem zła. W sumie… tak też powinno być, jednak nawet piraci mają sumienia. Ba, uczucia też mają. I to jakie silne!
Znajdowali się w przestronnej izbie. Wszystko wykonane było z drewna, co dodawało karczmie osobliwego uroku. Okrągłe stoliki rozmieszczone były losowo, a za barem stał sędziwy Bibarel, wycierając starannie szklanki. Bóbr lekko się uśmiechał i nucił coś pod nosem. Za drzwiami prowadzącymi do kuchni ciągle było gwarno. Widocznie kucharze dawali z siebie wszystko.
- Negi, zależy nam bardzo na kilku informacjach – przemówił Machop, wydłubując sporą ość z zębów.
- Co mogę dla was zrobić? – zapytało puchate stworzonko.
- Czy wiesz coś o Grand Line? – wtrącił się Anti Doto. Z ust ociekały mu resztki zupy.
- Tak, mój ojciec kiedyś podróżował i był na tych wodach. Podobno dzieją się tam przerażające rzeczy…
- A w Nowym Świecie jeszcze gorsze – wtrącił się medyk. Chlodwig aż podskoczył na krześle. – No co? Tak słyszałem – odparł pomarańczowy rak.
- O tym już nic nie wiem – ponownie wtrąciła się Negi.
Tosachi chrząknął znacząco. Wszyscy natychmiast na niego popatrzyli.
- Czy wiesz może, jak się tam dostać? Chodzi mi o Grand Line. W jakim kierunku płynąć? Kogo pytać?
- Dobrze trafiliście. Na pewno macie kompasy, więc określę kierunek, dobrze? – zapytał królik. – Istnieje pewna bariera skalna o nazwie Red Line. Musicie płynąć na południe, aby się do niej dostać. Jest to czerwony pas kamienny, który opasa planetę i jednocześnie dzieli ją na dwie połowy. Z każdego z czterech wielkich mórz jest jakby wpływ na ogromną górę zwaną Reverse Mountain. Na szczycie statek zmienia bieg i pędzi w dół ku Grand Line. Nie dostaniecie się tam w inny sposób, ponieważ ten pas wodny oddzielony jest od mórz tak zwanymi Calm Belt. Są to strefy, w których nie występują żadne prądy morskie i nigdy nie wieją wiatry. Żegluga jest więc nie możliwa.
- Mamy silnik i potężną turbinę! – ucieszył się Chlodwig. – Przeprawa będzie łatwiejsza niż myślałem.
- Chciałbyś – uśmiechnęła się Negi. Spędzając z nią dłuższy czas, zorientowali się, iż to małe i niepozorne stworzonko skrywa w sobie ogromne pokłady inteligencji. – Właśnie w tych spokojnych wodach żyją mityczne pokemony – Magikarpie. To małe i całkiem słodko wyglądające rybki, jednak… gdy ewoluują, stają się Gyaradosami. Te niezwykle długie i potężne pokemony są tak dzikie i niebezpieczne, że bez problemu zatapiają całe statki. Podobno raz na Calm Belt przylegającym do East Blue z dnem spotkało się sześćdziesiąt okrętów. Dowodził nimi jakiś bogaty pirat, który chciał podbić cały świat, nie mając żadnego prawie doświadczenia. Zginął na miejscu, a jego marzenia leżą na dnie morza wraz ze szkieletem...
- Sześćdziesiąt?! – Chlodwig z wrażenia podskoczył i przypadkowo wystrzelił w powietrze talerz z warzywami. Los chciał, że wylądowały one na grzbiecie Doto, który tylko westchnął z rezygnacją.
- Wniosek jest prosty. Przeprawa przez tamte wody jest niemożliwa. Musimy więc skorzystać z Reverse Mountain – podsumował kapitan załogi Błękitnej Strzały.
- Tak, dobrze to wydedukowałeś. Musicie uważać, bo prądy przy tej czerwonej górze są wyjątkowo silne. Może was znieść na skały lub wciągnąć pod wodę.
- Spokojnie, jakoś sobie z tym pora…
Urwał nagle, bo obok głowy śmignął mu kawałek drzwi. Ktoś roztrzaskał je w drobny mak jednym kopniakiem.
- Co do…?
- Morda, wszyscy! – Przepełniony warczeniem głos odbił się echem po izbie. Bibarel zanurkował pod ladę.
W drzwiach stanął sporych rozmiarów pokemon z ogromnymi kłami na dolnej szczęce. Były tak wielkie, że automatycznie pochylał głowę do przodu pod ich ciężarem. Potężny Granbull wbił w Tosachiego mordercze spojrzenie. Jego nozdrza aż drżały pod wpływem fali gniewu.
Dopiero po chwili odkryli pewien istotny fakt. Obok potwornego psa stał ten sam pokemon panda, któremu wcześniej solidnie dołożył Machop.
- Cholera, jest ich więcej! – trafnie zauważył Chlodwig. Przed karczmą czaiła się cała gromada innych pokemonów. I prawdopodobnie ich zamiary były zgodne z zamiarami Granbulla.
- Wpadliśmy z załogą na genialny pomysł! – oświadczył potężny pies. – Zemścimy się na tych, którzy pobili członka mojej załogi, a dla rozrywki, rozniesiemy karczmę na kawałki!
Na twarzach obecnych w izbie pokemonów odmalowało się prawdziwe przerażenie.
- Myślisz, że ci na to pozwolimy? – zapytał Machop.
Przed karczmą rozległy się szydercze śmiechy.
- Co taka garstka wypierdków jak wy może zrobić naszej pirackiej załodze, co?! – krzyknął ktoś z tłumu.
- Zaraz zobaczycie – rzucił Chlodwig, schodząc z krzesła. Mimo tak odważnych słów, cały trząsł się ze strachu.
- Ja zajmę się tymi dwoma – rzucił Granbull, wskazując na załogę Tosachi’ego. Widocznie Spinda nie wspomniał mu o Parasie. A może nawet go nie zauważył? Przecież wszystko stało się tak szybko… - A wy szalejcie do woli! – krzyknął do swojej załogi.

W pomieszczeniu momentalnie zapanował chaos…
10.10.2012 16:37
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Mumix Offline
Gość
Pirat

*
Liczba postów: 6
Dołączył: 04.10.2012
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #4
RE: One Piece w realiach Pokemon.
Rozdział 6: Pierwsza walka! Okrucieństwo Urtona!

Sytuacja zrobiła się bardzo niebezpieczna.

Negi w porę schowała się pod stolikiem, jednak reszta klientów wpadła w panikę. Wszyscy natychmiast schowali się w kuchni. Kucharze nie należeli do ekspertów w walce, więc nawet nie wychylali nosa zza drzwi. Widocznie nie kochali aż tak bardzo tej karczmy, bo nie stanęli w jej obronie.

W mgnieniu oka do karczmy wpadła cała banda piratów. Zbiorowisko najróżniejszych pokemonów z czerwonymi przepaskami na głowach. Widocznie był to znak rozpoznawczy ich załogi.
Potężny Granbull doskoczył do stolika i obdarował Machopa miażdżącym ciosem w czaszkę. Zaskoczony stworek uderzył z impetem o ścianę, zanim zdążył zareagować.
- Poczuj siłę największego pirata na North Blue! Kapitana Urtona von Colmillona!
- Sachi! – krzyknął przerażony Chlodwig.
- Masz czas na martwienie się o kumpla? Cóż, twój błąd – Ogromna pięść spotkała się z twarzą pancernika. Efekt był taki, że poleciał on tuż za swoim kapitanem.
- Cholera! Żyjecie, chłopaki?! – zmartwił się Paras.
- A ty tu czego, grzybie?! - krzyknął ktoś z tłumu piratów i rzucił się w stronę raka.
- Aaaaa! To boli!
- Nie mogę się ruszyć!
- Co to, cholera, ma być?!
W powietrzy unosił się fioletowy dym.
- Trująca Bomba – odpowiedział zadowolony Anti Doto. Pod wpływem ataku doktora padło kilkanaście załogantów Urtona. Wili się na podłodze w piekielnych mękach. – Starajcie się za dużo tego nie nawdychać, ponieważ skończy się to śmiercią…
- Widzę, że jednak nie jesteś taki spokojny, na jakiego wyglądasz, doktorze – z uśmiechem powiedział Machop.
- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiecie – uśmiechnął się Doto.
- Co?! Oberwałeś ode mnie z całej siły i nadal żyjesz? – zdziwił się Granbull. – Hee, zgrywasz twardziela, co? Spokojnie, wykończę cię tak szybko, że nawet tego nie zauważysz – warknął wściekle.
- Wyjdźmy – spokojnie odparł Tosachi. – Szkoda niszczyć tak wspaniałej karczmy. Robisz tutaj tylko niepotrzebne problemy.
- Haha! Idioto! Dlaczego miałbym cię posłuchać?! Przyszedłem tu też po to, by roztrzaskać tą nędzną chałupę na kawałki!
- Nie pozwolę.
- A co ty możesz mi zr…
- Płonąca Strzała!
Tosachi otoczył swoją pięść płomieniem i z całej siły uderzył w twarz Urtona. Jego masywne cielsko oderwało się od podłogi i poszybowało w kierunku drzwi. Z hukiem wypadł z karczmy i wylądował na ziemi kilka metrów dalej. Jego policzek był solidnie poparzony, a z ust sączyła się krew.
- Kapitanie! – ryknęło całe stado piratów i wybiegło się na zewnątrz.

- Chłopaki, chyba nie unikniemy walki. Nie są tacy silni, po prostu mają przewagę liczebną i niewyparzone mordy. Liczę na to, że rozłożycie ich bez problemu. Ja zajmę się Urtonem, wam zostawiam wolną rękę. – powiedział Machop.
Towarzysze już stali u jego boku gotowi do walki. Chlodwig rozmasowywał obolały policzek.
- Tak jest!
Ruszyli w stronę drzwi. Dumny kapitan z okazałymi mięśniami, lekko strachliwy kucharz i tajemniczy medyk przygotowywali się psychicznie do starcia. Przed karczmą wrogowie już szykowali się do zemsty.

- Brać ich! – Warczący głos rozdarł ciszę, która na chwilę zaległa w okolicy. Zupełnie jakby całe miasto wstrzymało oddech przed obejrzeniem pojedynku dwóch pirackich załóg z North Blue.

Machop nie oszczędzał pięści i powalił kilku przeciwników. Jednemu dołożył tak mocno, że w locie uderzył o kolejnych nadbiegających piratów, nokautując ich.
Również Sandshrew nie próżnował. Swoim ogonem powalił całą grupkę wrogich pokemonów. W jego oczach strach walczył z odwagą, ale widać było, że angażuje się w tej walce i za wszelką cenę nie chce zawiść przyjaciół.
Anti Doto nie został natomiast draśnięty przez nikogo. Gdy tylko wróg się do niego zbliżył, atakował tym tajemniczym dymem, co dawało natychmiastowy efekt. Wyglądał trochę przerażająco, wyłaniając się z fioletowej chmury trucizn i mijając wijących się z bólu przeciwników.
- Rany, zaczynam się ciebie bać – rzucił Chlodwig.
- Myślałeś, że lekarz będzie stosował przemoc fizyczną? Wolę wykorzystać moją wiedzę i zdolności – odpowiedział triumfalnie, ponieważ doskonale wiedział, że zrobił na swoich towarzyszach ogromne wrażenie i niewypowiedzianie się z tego cieszył.

W końcu Tosachi przedarł się przez tłum wrogo nastawionych stworzeń i stanął przed Urtonem. Ogromne psisko aż trzęsło się z wściekłości. Granbull nie mógł patrzeć na to, jak jego załoga jest pokonywana z taką łatwością. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Pierwszy ruch wykonał olbrzymi pies, wymierzając cios w głowę Machopa. Ten jednak uniknął go z łatwością i kopnął przeciwnika w brzuch. Trafił. Gdy Urton zgiął się z bólu, dostał jeszcze kolanem w twarz. To spowodowało, że niebezpiecznie się zatoczył i stracił równowagę.
- I kto tu jest słaby? – zapytał spokojnie kapitan Piratów Błękitnej Strzały.
- Ty pieprzony idioto! – warknął Granbull i skoczył na przeciwnika. Zaskoczony Machop runął na ziemię. Całe ciało rozbolało go pod wpływem ciężaru siedzącego na nim monstrum.
- Zadarłeś z niewłaściwą załogą - szepnął pies i zaczął okładać wroga pięściami. Tosachi poczuł krew zalewającą całą jego twarz. Uderzenia były potwornie silne i dzikie.
- Zostaw go! – wrzasnął Chlodwig i ruszył na ratunek kapitanowi.
- Chciałbyś…
Ciało pancernika znalazło się w płomieniach. Nigdy jeszcze nie doświadczył tego rodzaju bólu, więc padł oszołomiony na ziemię.
Źródłem ognia okazała się paszcza pewnego pomarańczowego jaszczura. Na końcu jego ogona palił się niewielki płomień. Zdecydowanie był to Charmander.
- Dobra robota, Naranja – pochwalił go pokemon panda. Ten, który był jakby zapalnikiem całej tej afery.
- Nie podlizuj mi się, Ali, i tak uważam, że jesteś bezużyteczny – zaśmiał się szyderczo Charmander.
- Tyyy! Kto tu jest bezużyteczny, co?! Wystarczy, że zgaszę ten twój ogon i umrzesz! I jestem Allucinazio, a nie jakiś Ali!
Naranja zaniósł się histerycznym śmiechem.
- Wierzysz w te brednie? Naprawdę, myślałem, że kapitan wybiera do załogi tylko sprawnych umysłowo… Posłuchaj mnie uważnie. To, że Charmandery umierają, gdy zgaśnie płomień na ich ogonie, to tylko bajki dla małych pokemonów. Nikt poważny by w to nie uwiarzył!
- Że cooooo?! – Chlodwig poderwał się z ziemi. – To naprawdę tylko bajki?!
- Idiota…
- Chlod, co ty wyprawiasz? – Obok pancernika pojawił się Paras. Nie był nawet lekko zdyszany. Walka widocznie wcale go nie męczyła.
- Wybacz, Doto, ale ta przerośnięta jaszczurka jest moja! – stanowczo powiedział Sandshrew.
- Spokojnie. Jako jedyny wcześniej nie walczyłem z pandą, więc to po niego przyszedłem. A poza tym… zabrakło już wrogów. Wszyscy leżą. Został tylko Urton i ta dwójka – dodał, wskazując na przeciwników.

W tym samym czasie Tosachi uwolnił się w końcu z ucisku Urtona. Wymienili kilka silnych ciosów, jednak to monstrualny pies miał teraz przewagę.
„Cholera, co mam zrobić? – zastanawiał się Machop. – Jego siła jest brutalna i dzika. Porządnie nie poobijał, straciłem też sporo krwi. W dodatku jestem za słaby na zmianę typu…”
- Wiem! – krzyknął stworek. – Przygotuj się na porażkę, Urtonie von Kameleonie!
- Jak mnie nazwałeś?! – wrzasnął Granbull i rzucił się na Tosachiego.

Kilka metrów dalej Chlodwig zmagał się z ognistą jaszczurką. Walka nie była łatwa, ale nie dało się też stwierdzić, kto ma przewagę.
„Widzę, że już teraz muszę ujawnić swój styl walki – pomyślał pancernik. – Trudno, przynajmniej nie będę musiał się z nim dłużej użerać.”

Paras natomiast przeżył wstrząs. Jego ataki nie działały na Spinde! All wytworzył wokół siebie niewidzialną sferę obronną, która nie przepuszczała trującego dymu.
„Chyba jednak będę musiał ubrudzić sobie ręce…”
10.10.2012 20:09
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Mumix Offline
Gość
Pirat

*
Liczba postów: 6
Dołączył: 04.10.2012
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
RE: One Piece w realiach Pokemon.
Rozdział 7: Wspaniały finał. Klęska Piratów Urtona.

- Chłopaki, wyjdźcie z tego cało – prosiła szeptem przerażona Negi. Tak bardzo chciała jakoś pomóc, ale co może zrobić ktoś tak słaby jak ona przeciw bandzie rozjuszonych piratów?

- Myślisz, że mnie pokonasz? – zadrwił Granbull. – Sam widzisz… dostajesz ode mnie porządne lanie. Padniesz, a wtedy wykończę resztę twojej nędznej załogi.
- Nigdy! – krzyknął Machop i wymierzył kilka szybkich ciosów. Niestety Urton zablokował je bez większego wysiłku. To samo stało się z kopniakami, które albo zostawały odbijane potężnymi łapskami, albo trafiały w powietrze, gdy ich cel wykonywał zgrabny unik.
- Zakończę to teraz! – warknął Granbull i zamroził oddechem własne kły. – Jak myślisz, szybciej się wykrwawisz, czy umrzesz z zimna?
„Muszę zmienić typ. Muszę! Ale nie mam już siły…”

W tym samym czasie między Chlodwigiem i Naranją nawiązała się ostra walka. Charmander strzelał z pyska ognistymi pociskami, a pancernik unikał ich, chowając się w ziemi. Raz spróbował podejść jaszczurkę od dołu, jednak ta przejrzała jego zamiary. Skończyło się na kilku oparzeniach na pancerzu Sandshrewa.
- Ok, czas walczyć na poważnie! – stwierdził zdesperowany Chlodwig. Prawda była taka, że całe ciało miał już mocno poobijane, a żaden z jego ataków nie przyniósł zamierzonego skutku. Udało mu się kilka razy trafić przeciwnika, jednak to za mało, by wyrządzić mu krzywdę.
- Żartujesz sobie? Mam zamiar wykończyć cię w tym momencie! – syknął zadowolony ze słabości przeciwnika Naranja. – Piekielny Krąg! – Z pyska jaszczura wydobyła się ogromna ilość ognia. Otoczył on pancernika z każdej możliwej strony.
- Też mi coś. Nara – rzucił Chlodwig i zniknął pod ziemią. Jak każdy Sandshrew był wspaniałym kopaczem. Poruszał się w ziemi bezszelestnie, jakby instynktownie.
„Teraz tego użyję. Pokażę mu! – pomyślał”
Wyskoczył z ziemi tuż za Naranją, jednak z drobną różnicą w wyglądzie. Całe jego lewe ramie otoczone było mroczną energią. Formowała się ona w łapę z ostrymi pazurami.
- Szpony Cienia! – powiedział z satysfakcją. – Trenowałem ten styl walki od lat, teraz pokażę, na co mnie stać.
Naranja wyglądał na nieco zaskoczonego, jednak szybko zmienił wyraz twarzy, by nikt tego po nim nie poznał.
- I tak cię spalę, mięczaku – rzucił, wypuszczając potężną falę ognia. Chlod jednak bez problemu jej uniknął, kopiąc tunele pod ziemią. Wyskoczył i zaatakował jaszczura. Ten jednak to przewidział i złapał pancernika swoim płonącym ogonem. – Wyzwolenie! – Płomyk nagle powiększył się, a jego temperatura drastycznie wzrosła.
Sandshrew zawył z bólu i padł na ziemię. Mroczna energia uleciała z jego ciała, a przecież nie zdążył jej jeszcze wykorzystać…
- To nie koniec –wyjąkał i znów uciekł pod ziemię.
- Ty cholerny tchórzu! Wyłaź i walcz jak na pirata przystało!
- Proszę bardzo! – ryknął Chlodwig, łapiąc jaszczura za ogon. – Witam w krainie cienia – dodał z uśmiechem i wciągnął przeciwnika w głąb swoich korytarzy.
- Aaaaa! – krzyk Naranji odbił się echem i wyleciał na powierzchnię przez jeden z otworów. Nie pomogło, że próbował zaatakować pod ziemią swoimi płomieniami. Było już za późno. Dał się złapać w pułapkę, którą Chlodwig zastawiał przez cały pojedynek, a teraz został uwięziony pod ziemią bez możliwości wyjścia. Pancernik zostawił mu tylko niewielki otwór, przez który do groty dostawał się tlen.

Paras również dzielnie walczył. Niestety, jego trujący dym nie potrafił przebić obronnej sfery przeciwnika.
- To nie koniec, grzybie! Sferyczny Atak! – Z rąk pandy wystrzeliła cała seria niebieskich kulek energii. Sformułowanie kulki jest tu jak najbardziej poprawne, ponieważ były one bardzo niewielkie, ale za to…
- Aaaa! – Paras uderzył z impetem o drzewo rosnące nieopodal karczmy.
„Co to, kurde, jest?! – pomyślał przerażony. – Trafiła mnie tylko jedna, a boli jakbm oberwał z armaty...”. Instynktownie przyłożył szczypce do obolałego miejsca.
- Fajna sztuczka z tymi sferami, prawda? – zachichotał Spinda. – Jeśli Naranja nadal będzie mnie tak wkurzał, wpakuję mu w łeb całą serię mojego Sferycznego Ataku – powiedział do siebie nieco ciszej.
- Taak, fajna – odparł Ani Doto, zbierając się z ziemi. – Ale mogę ci pokazać jeszcze fajniejszą. Skoro jesteś taki pełen energii, to może podzieliłbyś się nią ze mną?
- O czym ty gadasz, koleś? – zdziwił się Spinda, posyłając w stronę Parasa kolejne kulki z energią. Tym razem rakowi udało się uniknąć wszystkich.
- Zobaczysz… Absorbcja! – Pasożytnicze grzyby na grzbiecie raka zaczęły wydzielać blade światło.
- Co ty wyprawiasz?! Robię się coraz słabszy! – zawołał zszokowany pokemon panda.
- Taaak, mnie za to rozpiera energia – wykrzyknął Paras z uśmiechem. Grzyby świeciły teraz tak mocno, że zwracały uwagę mimo słonecznej pogody. – Wystarczy, teraz możemy walczyć! – powiedział i zakończył swój ruch.
- Osłabienie, tak? Przyznam, jesteś utalentowany, ale zostało mi jeszcze dużo siły, więc zniszczę cię bez problemu – odpowiedział, ale czuł jak uginają się pod nim nogi.
- Spróbuj…
Przeciwnicy skoczyli ku sobie. Już po chwili w kierunku medyka leciała kolejna seria pocisków. Ten jednak, z nową dawką sił, unikał ich jakby od niechcenia. Walczyli tak jeszcze przez dłuższą chwilę.
Doto spostrzegł, że ataki pandy wyraźnie straciły na intensywności i jakości. Czekał i wypatrywał dobrego momentu.
- Trująca Bomba! – Fala fioletowego gazu ruszyła w kierunku pandy.
- Przecież już ci mówiłem, że to na mnie nie działa – zakpił Spinda, chroniąc się pod sferą obronną.
„Jeszcze nie… Jego sfera musi być słaba w momencie ataku – myślał Paras ukryty w gęstym dymie.”
Allucinazio, dysząc ciężko, z trudem utrzymywał sferę. Nagle poczuł, że wyraźnie zabrakło mu sił i przerwał obronę. To był jego największy błąd…
- Cięcie Ostatniej Szansy! – Ociekające trucizną szczypce medyka wbiły się we wrażliwy brzuch pandy.
Minutę później All leżał nieprzytomny wśród reszty swoich towarzyszy, których dopadł doktor Anti Doto.

Tosachi miał spore problemy z unikaniem lodowatych kłów. Urton w dodatku atakował całym ciałem. Szukał okazji do przytrzymania przeciwnika i zatopienia w jego szyi ostrych jak brzytwa zębów.
„Muszę! Tak, udało się, tylko jaki tym razem?”
Machop spojrzał na swoją rękę i skoncentrował się.
„Proszę, niech to będzie ogień…”
Z rurki w dłoni sypnęło iskrami.
„Typ elektryczny? Też nieźle. Szkoda tylko, że tak słabo na nim panuję.”
Uniknął kolejnych morderczych ciosów i szukał dobrej okazji do zadania obrażeń. W końcu Granbull się odsłonił i Tosachi przycisnął rękę do jego klatki piersiowej.
- Wyładowanie! – wrzasnął. Niestety… nic się nie stało.
- Haha, ty chyba sobie żartujesz! – warknął rozbawiony Urton. Szybko jednak spoważniał i, wykorzystując sytuację, złapał Machopa. Już szykował się do ugryzienia, gdy nagle…
- A masz! – potężny cios głową złamał jeden z kłów olbrzymiego psa. Zawył z bólu i przewrócił się na plecy. Tosachiemu trochę przemarzła czaszka, ponieważ musiał w końcu dotknąć lodowatych sztyletów, ale osiągnął zamierzony cel.
- Zabiję! – ryknął Urton. Wyglądał trochę komicznie z jednym długim kłem w pysku. Przeważał on jego głowę na jedną stronę, co również było zabawne. Ten złamany leżał kilka metrów dalej. Efekt lodowego ataku zdążył już ustąpić. Kapitan Błękitnych Strzał już wcześniej zorientował się, co jest najsłabszym punktem Granbulla, a jednocześnie jego największą bronią. Czekał tylko na okazję, by wykorzystać tą wiedzę w praktyce.
- Nie sądzę – powiedział Machop i wymierzył przeciwnikowi cios między oczy. Pies zawył z bólu. Szary stwór kopnął przeciwnika w brzuch i poprawił serią uderzeń w twarz. W rezultacie Granbull padł nieprzytomny na ziemię, a walka zakończyła się zwycięstwem Tosachiego.
„Dobrze, że mam taki twardy łeb – pomyślał zadowolony. – Ale… moc owocu znowu mnie zawiodła…”

- Udało wam się! – krzyknęła uradowana Negi, wybiegając z karczmy. Również reszta klientów i kucharzy przyłączyła się do wiwatów i gromkich braw. Szybko związano piratów grubymi linami i wezwano Marynarkę.
Piraci Błękitnej Strzały udali się zaś do domu przyjaciółki. Wszak Marynarka zagrażała również im, a nie mieli zamiaru tak szybko rezygnować ze swojej przygody.

Królik mieszkał w niewielkim domku na wzgórzu. Wszystkie pokoje przepełnione były regałami, z których aż wysypywały się książki. Później okazało się, że ich nowa znajoma prowadzi największą bibliotekę na wyspie. Te drobiazgi, jak sama określiła, wskazując na pękające pod ciężarem różnorodnych ksiąg regały, były tylko jej prywatnym i dość niewielkim zbiorem.

Negi szybko opatrzyła rany piratów. Zdecydowanie nie należały do poważnych, ale opieka medyczna również w tym wypadku była wskazana. W najgorszej sytuacji znajdował się Tosachi, który przyjął na siebie wiele potężnych ciosów i teraz ból sprawiały mu nawet niewielkie ruchy.

W tym samym czasie przed karczmą zbiegła się spora grupka gapiów. Po unieszkodliwionych piratów przybył sam kapitan Nightmare. Nowicjusz w szeregach Marynarki, który już po kilku miesiącach zyskał rangę kapitana. Mimo, iż był jedynie czarną kulą unoszącą się we fioletowych oparach, wszyscy poddani bali się go i traktowali z najwyższym szacunkiem. Gastly, bo tak nazywał się gatunek tego stworzenia, rozkazał skuć piratów łańcuchami i zaprowadzić na statek. Pozostali marynarze natychmiast wykonali jego polecenie.
- Jeszcze tego pożałujesz, rządowa świnio! – warknął mu prosto w twarz Urton.
Duch jednak nie zaszczycił go odpowiedzią. W jego zwyczaju nie leżało rozmawianie z piratami. Tak bardzo nimi gardził, że spojrzenie na nich przyprawiało go o mdłości.
Wszelkie opory ze strony uwięzionych tłumione były przemocą. Oczywiście usprawiedliwianą przez „najwyższą sprawiedliwość”. Cała akcja zakończyła się szybko i sprawnie. Od tamtej pory nikt już nie słyszał o Piratach Urtona.

Jednak… z całej załogi zdołał uratować się jeden pokemon. Naranja. Uwięziony głęboko pod ziemią mógł jedynie przysłuchiwać się wydarzeniom mającym miejsce na powierzchni. Nie miał szans pomóc kapitanowi. W gruncie rzeczy, wcale też tego nie chciał. Urton i cała banda jego przygłupów, a w szczególności All, bardzo go irytowali. Dołączył do załogi z nadzieją, że znajdzie potężną moc. Szybko jednak zrozumiał, że Granbull interesuje się tylko i wyłącznie gromadzeniem bogactw, co Charmandera wcale nie pociągało. Nie, on miał ambicje. Chciał w przyszłości wstrząsnąć całym światem i zostać najsławniejszym piratem. Pragnął jedynie siły, a Urton nie potrafił mu jej dać. Teraz był wolny i zdawał sobie sprawę z błędów, jakie popełnił. Przegrana z Sandshrewem również dała mu dużo do myślenia. Poprzysiągł sobie, że kiedyś się na nim zemści.
- Eksplozja Inferno – szepnął do siebie i wypuścił z pyska ogromne ilości płomieni, które zaczęły przedzierać się przez wąskie korytarze. Nastąpiła eksplozja tak potężna, że wstrząsnęła ścianami karczmy. Naranja lekko otrzepał się z pyłu. Na horyzoncie spostrzegł oddalający się statek Marynarki i uśmiechnął się do siebie. A był to uśmiech przepojony wyrachowaniem i mściwą satysfakcją.
- I to by było na tyle w temacie odrażających Piratów Urtona…

Rany Tosachiego zagoiły się po sześciu dniach. Wsparcie i pomoc Negi były dla całej załogi prawdziwym darem niebios. Dużo rozmawiali. Paras wymienił się z nią swoimi poglądami na temat tytanów. Okazało się, że jej wiedza dorównuje wiedzy medyka, a nawet ją przewyższa. Dowiedzieli się też, że kolejna wyspa nosi nazwę Snow Fortress i przez cały rok panuje tam zima.
Chlodwig kupił w mieście odpowiednie zapasy jedzenia, a Machop czarną pelerynę. Twierdził, że jako kapitan musi mieć coś takiego. Pozostali podzielali jego zdanie. Anti Doto wybrał się pewnego razu na długi spacer. Nie chciał nikomu wyjawiać, dokąd idzie. Wrócił późnym wieczorem z tobołkiem pełnym ziół i korzeni.
- Znalazłem trochę interesujących roślin. Na statku sporządzę z nich maści i napary na stłuczenia i podstawowe choroby. Powinny nam się przydać – tłumaczył przyjaciołom.
- Świetnie – odpowiedział Machop z szerokim uśmiechem. Kilka dni odpoczynku dobrze mu zrobiło. Rozpierała go energia, a dokuczliwy ból całkowicie ustał. – Rano wyruszamy do Snow Fortress!
12.10.2012 21:55
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 5,670
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #6
RE: One Piece w realiach Pokemon.
Dobra, pora na jakiś komentarz. Wpierw pochwalę cię za wytrwałość. Pisać i nie być nagrodzonym nawet jednym komentarzem, no nie fajnie. Z drugiej strony masz minus za długość rozdziałów, bo powinny być razem 2-3 nie 7Tongue
Przeczytałem na razie to 1 i 2 więc nie mogę się wypowiedzieć o całości, wiadomo, ale powiem co na razie mi się nasuwa.
Pomysł jest zdecydowanie intrygujący i też ryzykowny. Nie każdy lubi pokemony i to może skutecznie zniechęcić. Jeśli już dajesz pokemony, które faktycznie pojawiały się w serii, to proponowałbym, byś od raz pod imię łączył hiperłącze ze zdjęciem, jak ten pokemon wygląda. Bo ludzi jak się opisuje to nie mamy tak rozbudowanych możliwości a i tak piszemy jakiej budowy, jakie włosy, twarz itd, a przy pokemonach no to mi osobiście nie wiele dało, że wiedziałem skąd są jakieś czułki. A kto jak wyglądał już nie pamiętam wyliczając Abrę. Także to by ułatwiło sprawę.

Na razie zdarzyło się delikatnie mówiąc nie wiele. Mamy kilka postaci,, które chcą zostać piratami, powiedzmy sobie szczerze, nad fabułą to do tego momentu się nie napracowałeś. Ciekawe zagranie wprowadzasz w drugiej części, ale z kolei strasznie naiwne i bardzo mnie się to nie podobało. No bo z jakiej racji Marynarka interesuje się i nazywa kogoś piratem, skoro ten nawet nie wypłynął jeszcze w morze? Co to syn Króla Piratów? Także to tak nie bardzo.

Rozmowa tego nietoperzocosia. Skoro nie lubi, jak mu się wydaje rozkazy, to za mało było to widać. Za mało opisanych myśli, uczuć, ta rozmowa nie brzmi zbyt naturalnie. Dodajmy do tego jeszcze jeden fakt. Skoro koleś czeka na wielkie rzeczy, można powiedzieć reinkarnacja Doflamingo pokemonowa, to czemu ma tak niewdzięczne i zidiociałe zadanie?
Wydaje mi się, że na siłę chciałeś zaciekawić czytelnika, ale moim zdaniem lepiej byś to zrobił, gdybyś przeniósł akcję na Grand Line i tam by się coś stało i to widział ów szpieg. A nie pirdki co mają mleko pod nosem i na łódkę wsiadają. Takie jest moje zdanie.

Ostatnia uwaga, która mi jeszcze przyszła do głowy. Skoro to jest połączenie pokemonów i OP to fik ten powinien emanować humorem na lewo i prawo. Z udziałem pokemonów nie zrobisz epickiej sceny, powinieneś wykorzystać ten crossover, potencjał jaki tkwi w pokemonach i nastawić się przede wszystkim na komedię. Osobiście w roli Zoro widziałbym Scatera, którego bardzo dużo osób lubi.

No to tyle moich uwag, zobaczymy co tam dalej naskrobałeś, ale bardzo się cieszę, że znowu ktoś coś pisze. Aż w sumie zaciekawiłem się, wybaczcie mi to, jakby wyglądał crossover MLP i OP gdzie Twilight byłaby takim Luffym RainbowDash Zoro itdxD

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


17.10.2012 17:02
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Mumix Offline
Gość
Pirat

*
Liczba postów: 6
Dołączył: 04.10.2012
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #7
RE: One Piece w realiach Pokemon.
Oficjalnie informuję, że kończę pracę nad tym fickiem. Ma na to wpływ mała ilość komentarzy, brak weny i ograniczony czas w klasie maturalnej. Może kiedyś do niego wrócę. Proszę o zamknięcie lub usunięcie tematu. Pozdro Smile
17.10.2012 20:00
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama