Aktualny czas: 23.07.2017, 10:36 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odpowiedz 
[Op. fantastyczne] Łowczyni dusz
Autor Wiadomość
Eihnaren Offline
Wanderer
Pirat

*
Liczba postów: 290
Dołączył: 30.08.2009
Skąd: Eran Tharnas
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Łowczyni dusz
Hmm, trochę się boję, szczególnie, że na forum jest wielu świetnych pisarzy, ale myślę, że to najlepszy sposób na mobilizację Big Grin
Jako wstęp powiem tak - jestem samozwańczą pseudopisarką fantasy. Pierwszą poważną fabułę wymyśliłam ponad 6 lat temu. Miała być to trzytomowa historia, udało mi się spisać prawie cały pierwszy (tyle, ze na brudno w zeszycie). Potem wymyśliłam jeszcze całą masę zarówno opowiadań jak i dłuższych fabuł, ale jakoś życie tak się składało, że nie było ani jak, ani kiedy tego spisywać. Za to mam całą masę notatek. I tak pomyślałam, że chyba czas najwyższy się za to zabrać.

Nie wątpię, że, przynajmniej po tym fragmencie, który zaraz zamieszczę, zostanę uznana za psychopatkę ;D Nie chcę zdradzać fabuły, więc powiem tylko tyle, że ogólny jako taki obraz całości wyłania się dopiero po dwóch rozdziałach (które na daną chwilę są jeszcze w mojej głowie).
I tak, wiem, że tytuł nieziemsko oryginalny ;p

Czytajcie i oceniajcie! : )

"Łowczyni dusz"


Prolog

Całe miasteczko wypełniały potworne krzyki.
Jasnowłosy chłopczyk na chwilę wychylił się ze swojej kryjówki, dużej pustej wnęki, i spojrzał przez szparę w rozpadającej się ścianie starej werandy. Idealnie, by trafić na moment, gdy kilkanaście kroków dalej, wysoka czerwonowłosa kobieta w czarnym płaszczu poderżnęła gardło jakiemuś klęczącemu mężczyźnie. Ciało upadło, zwrócone twarzą w stronę obserwującego. Rozpoznał w nim swojego wujka.
Nie zastanawiając się, wpadł do domu, kilkoma susami pokonał schody, wskoczył do swojego pokoju i wczołgał pod łóżko.
A jednak to była prawda. Krzyczący ludzie się nie pomylili. Przyszła do ich wioski. Ale po co? Po co?! Dlaczego zabiła jego wujka? Pewnie zabije jeszcze wielu, jak zawsze. Poczuł, jak ogarnia go panika.
Oby tylko Samantha, Piter, Vlad i Weronika dobrze się schronili. Sam czuł się bezpieczny - czarownica na pewno nie będzie zaglądać do starej, rozwalającej się chaty. Ale Weronika mieszka w bogatym domu. Do oczu napłynęły mu łzy.
Krzyki na dworze nie ustawały. Co jakiś czas ponad ogólną wrzawę przebijał się pełen rozpaczy kobiecy sopran.
Ukryty siedmiolatek cały się trząsł. Przytknął dłonie do uszu, by nie słyszeć cierpiących. Zacisnął kurczowo powieki, ale i tak nie mógł powstrzymać szlochu. Niech to już się skończy! Niech ona już sobie pójdzie!
I w tym momencie drzwi do pokoju się uchyliły.
Chłopiec zamarł. Starał się nie oddychać. Szeroko otwarte oczy same odmawiały mrugania.
Do pomieszczenia, cicho jak cień, wsunęła się postać. Widział ją tylko do kolan, nie miał jednak wątpliwości, kto to. W jego umyśle rozległ się krzyk trwogi. Wciąż kurczowo trzymał się jednak nadziei. Niemożliwe, żeby go znalazła. Niemożliwe.
Tymczasem osoba jak najswobodniej przechadzała się po pokoju, co jakiś czas przystając, jak gdyby chcąc się czemuś lepiej przyjrzeć. Czarna peleryna i tego samego koloru wiązane buty pod kolana, miały na sobie brunatne ślady krwi.
Nagle, w ciągu ułamka sekundy, postać znalazła się tuż przy łóżku i schyliła tak błyskawicznie, że każdy zwątpiłby w jej ludzką naturę.
- Witaj, chłopcze.
Ostatnim, co zdołał dostrzec, były odsłonięte w uśmiechu, stożkowato zakończone zęby oraz połyskujące ciemną czerwienią oczy.


Rozdział pierwszy: "Czarownica o czerwonych dłoniach" już wkrótce!

"Wyobraź sobie, że Twoje marzenie znajduje się na szczycie drzewa."
[Obrazek: M21c9OC.jpg]
07.02.2010 23:45
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Nac Offline
Kapitan
Pirat

*
Liczba postów: 715
Dołączył: 16.09.2009
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #2
 
Za mało ! Ja chcę więcej !!


08.02.2010 02:08
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #3
 
Wow, nareszcie ktoś piszący w stylu, który lubię ^^
Popieram Naca - WIĘCEJ!
Żeby się dało jakąś konstruktywną opinię napisać Big Grin

[Obrazek: 66HHUfX.png]
08.02.2010 11:04
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Eihnaren Offline
Wanderer
Pirat

*
Liczba postów: 290
Dołączył: 30.08.2009
Skąd: Eran Tharnas
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #4
Łowczyni dusz (1.0)
Dzięks, Nac Smile Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz Smile


Komentarze mile widziane Smile


Rozdział pierwszy: Czarownica o czerwonych dłoniach.

- Spotykamy się przy studni.
- Jak zawsze - zgodnie odpowiedziały cztery głosy. Połączenie telepatyczne zostało przerwane. Piątka postaci niemal rozpłynęła się w powietrzu.
Zabawa nosiła nazwę "Zdobądź skarb". Rządziły nią dwie podstawowe zasady - sprowadzanie na siebie jak największego niebezpieczeństwa oraz robienie tak wielu rzeczy, których nie wolno było czynić, ile się da. Trudno było określić, która z nich liczyła się dla uczestników bardziej.
Łamanie zasad towarzyszyło jej od samego początku - do grupy należały trzy dziewczyny i dwóch młodzieńców, podczas gdy w szkołach z segregacją płciową, do których uczęszczali, restrykcyjnie przestrzegano, by "dla dobra nauki i lepszej koncentracji" uczniów, tego typu spotkania poza terenem szkoły nie miały miejsca.
Opuszczenie uczelni bez zezwolenia, było kolejnym nagięciem regulaminu, potęgowanym tym bardziej, że nieobecność przeciągała się czasem ponad dwie doby, a tym samym włóczykije tracili wiele zajęć. Nie wspominając już o kradzieżach oraz robienia żartów ze zwyczajnych ludzi, które zawsze towarzyszyły ich wypadom.
Każdy kto chciał poradzić coś względem Cieni, ponosił porażkę, dlatego też wielu zaprzestało wkrótce owych praktyk. Najwytrwalsi jednak wciąż narzucali na uczniów srogie kary, skutecznie odstraszające innych potencjalnych śmiałków, na "obdarowanych" nimi nie wydające się robić żadnego wrażenia (niektórzy twierdzili nawet, że podczas wykonywania uporczywych, a często również nieprzyjemnych czynności, jak polerowanie posadzek w toaletach czy dyżury w stajni często na ich twarzach gościł uśmiech). A ponieważ wyrzucenie ze szkół nie wchodziło w rachubę, kwestia wybryków wciąż pozostawała otwarta.
Cienie zwykle umawiały się na powrót po sześciu godzinach od momentu wyruszenia, tym razem jednak przywódczyni grupy z tylko sobie znanych powodów zarządziła powrót po trzech. Przed zachodem słońca wszyscy mieli stawić się w umówionym miejscu, na spóźnialskiego czekała specjalnie obmyślana na każde spotkanie nauczka, ot, żeby dodać zabawie adrenaliny. Tym razem była to kąpiel w dole wypełnionym pokrzywami.
Tego dnia jednak widać nikt nie miał ochoty się spóźnić - na niewielkim skrawku terenu nad klifem, z zapomnianych już powodów wyłożonym białym kamieniem, którego brzegi zabezpieczał, stworzony z tego samego budulca wysoki na metr mur, wraz ze zbliżającym się czasem zakończenia "misji" pojawiały się kolejne postacie. Swoje "skarby" kładły na kracie, położonej na centralnie usytuowanej na kamiennym tarasie studni. Czy może raczej murowanym kręgu, gdyż odkąd sięgali pamięcią, ziemia wypełniała go aż po linię gruntu. W końcu kto i po co miałby budować studnię w takim miejscu. Niemniej nazwa się przyjęła.
Ubrana w płowozieloną bluzkę z krótkim rękawem i tego samego koloru długie spodnie dziewczyna, stojąca nad przepaścią, spojrzała na zachodzące słońce i zeskoczyła z murku.
- No to chyba tym razem Alice...
W tym samym momencie ostatnia należąca do piątki chuliganów, pojawiła się na tarasie, rzucając swój przedmiot - szmacianą lalkę z blond włosami z wełny i w różowej sukience - na kratę.
- Na pewno nie będę kąpać się w pokrzywach - mimo dużego zmęczenia szeroko uśmiechnęła się przybyła. Jasne ubranie i kręcone blond włosy związane w kucyk całe umorusane było na szaro, jak gdyby sadzą.
- Dobrze, że zdążyłaś. W ostatniej chwili - zwrócił się do niej krótkowłosy blondyn w ciemnoszarym kostiumie. - Ale chyba wchodziłaś po tą swoją lalkę przez komin - zaśmiał się i podał jej rękę, bo widocznie zaczęła tracić równowagę - tempo w jakim pokonała ostatni odcinek trasy musiało być zastraszające.
Tym razem żadne nie odniosło cięższych obrażeń - pomocny Tom miał na sobie trzy równoległe płytkie rany na lewym obojczyku - bez wątpienia zadane przez jakieś drapieżne zwierze, Grace była cała przemoczona, ale nie wydawało się, żeby miała choćby siniaka. Kevina chyba ktoś musiał złapać za włosy - jego brązowa czupryna była dziwnie potargana, a w jego długich włosach znajdowało się kilka kropel krwi. A tyle razy mówiła mu, żeby nie zapuszczał ich tak długich albo przynajmniej, tak jak ona, wiązał je w kucyk.
Czerwonowłosa dziewczyna uśmiechnęła się, spuszczając głowę. Cienie były całe. Wszystko składało się bardzo dobrze. Miałaby wyrzuty, gdyby teraz któremuś z przyjaciół stała się krzywda.
- No to zaczynam - Czarny Cień, Grace, zabrała głos. Podeszła do studni i podniosła, położony na murku, sporych rozmiarów kamień. - To jest najrzadszy z telaktytów, których występowanie odnotowano na świecie. Księżycowy.
Trójka ze słuchaczy otworzyła szeroko buzię.
- Niemożliwe... - oczy Alice wyglądały jak spodki. - Jak?...
Grace uśmiechnęła się triumfalnie.
- Moja koleżanka, Aerila, wiecie, ta syrena, namierzyła go dla mnie jakiś czas temu. Oczywiście sama po niego popłynęłam. Właściwie prawie się utopiłam, ale było warto.
Patrząc na wciąż mokre ubranie i poklejone od wody czarne włosy przed ramiona oraz podświadomie oceniając ostatni wysiłek Grace, nikt nie wątpił, że mówi prawdę.
- Szacun - Kevin wyszczerzył zęby. - Ale ja mam coś o wiele lepszego - wziął z kraty jakiś brudny kawałek materiału. - Zgadniecie co to, ha? - podniósł zielonobrązową szmatę wysoko w górę.
- Przypuszczam, że coś nie z tej ziemi - sarkastycznie rzuciła, stojąca z założonymi rękami, przywódczyni. Kevin nie przestawał się uśmiechać.
- O nie, to coś o wiele lepszego. To... czapka drwala! - zakończył triumfalnie. Wszyscy buchnęli śmiechem. Sam zdobywca też śmiał się do łez. - No nie uwierzycie, koleś miał ze dwa metry i był szeroki jak stodoła! A jak się wkurzał, kiedy się pojawiłem i zacząłem zaczepiać. Chciał mnie nawet ciąć siekierą! Zabrałem mu ją nie używając żadnych zdolności! - widać było, że jest z tego powodu strasznie dumny.
Następnie okazało się, że Alice wcale nie przeciskała się kominem, a tunelami pod największym pałacem w tej części królestwa, bo - jak słusznie stwierdziła - "stamtąd ataku nikt się nie spodziewał i właściwie poszło jak z płatka". Tom zaś wdrapał się na odległą o 60 mil górę, na której szczycie, jako jedynym miejscu na świecie rósł kwiat Auterlapia Gerisitrones - o żółtym kieliszkowatym środku i dużych jak kciuk, pięciu śnieżnobiałych płatkach o kształcie migdała. Po prezentacji, uroczyście, przyklękając na kolano, wręczył go rumieniącej się Alice.
Pozostała tylko jedna opowieść. Mająca przemawiać jednak dziwnie odwlekała moment pokazania, cóż to takiego tym razem przyniosła, uporczywie, nieco mętnym i nieobecnym wzrokiem, wpatrując się w załamanie pomiędzy studnią a kamienną posadzką. Nic nie mówiła, a mimo to większości już ścisnęło się gardło. Nikt nie chciał przerywać ciszy, by, choć jeszcze prze te ostatnie sekundy, móc łudzić się, że przypuszczenia nie okażą się prawdą.
Po bardzo długich dwóch minutach dziewczyna włożyła rękę do kieszeni i wyciągnęła z niej pięć kolorowych bransoletek.
- Wiecie, nagięłam dziś trochę zasady... - każde jej słowo dziwnie ciążyło słuchaczom. - Ale mogę zapewnić, że nitki, z których je zrobiłam zostały zdobyte w niecny sposób - spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł jej tylko dziwny grymas. Nikt nie odezwał się ani słowem. Ta cisza zaczynała działać jej już na nerwy. Nie miała zamiaru wciskać im ich na siłę, jeśli nie chcieli bransoletek to ich problem. Poczuła, że i jej ściska się gardło. O nie, na pewno się nie rozklei!
Już chciała schować przepaski z powrotem do kieszeni, gdy jedna z nich zniknęła. Kevin podniósł ją do oczu i zaczął się przyglądać kolorowym rombom. Reszta również, co prawda z ociąganiem, ale poszła w jego ślady i wzięła po bransoletce. Czerwonowłosa dziewczyna czuła się trochę, jak gdyby ktoś uderzył ją w twarz. Nie, jednak nie. Czuła się o wiele gorzej. Jakby sama wbiła sobie w brzuch nóż. Zrzuciła na głowę kilka ton. Miała wrażenie, że traci kontakt z rzeczywistością. Nie mogła zmienić już zdania. Ale faktem było, że nie była w stanie się teraz również poruszyć. Nie miała siły. Mimo to, przede wszystkim, czuła złość - na samą siebie. Dlatego, że tak się teraz czuła. Dlatego, że czuła się taka słaba.
- Ale już na pewno ja sam sobie wiązać tego nie będę - z otępienia otrząsnął ją szatyn, podstawiając nadgarstek pod jej nos. Zamrugała kilkakrotnie, po czym wzięła jego bransoletkę i założywszy ją powyżej dłoni, zawiązała na dwa mocne supły. Chłopak podniósł rękę i kilka razy nią pokręcił, upewniając się, że nie spadnie, po czym znów zwrócił się do będącej powodem tej jakże nieprzyjemniej dla wszystkich atmosfery - A teraz jasno i prosto, Słysząca - po co ten cały cyrk?
Spojrzała na Kevina, ale szybko spuściła wzrok. Przez ten ułamek sekundy odniosła dziwne wrażenie, jakby była zagubionym dzieckiem, które zupełnie nie wie co robi, skarcone przez dorosłego który ma pewność do co swoich racji. Ale to ona tym razem miała rację. I chociaż to, co zaraz miała zrobić, było trudne, to musiało tak być. Tak postanowiła.
Jakie to śmieszne, że czasem jedna decyzja, jedno głupie zdanie wpływa na całe nasze dalsze życie. Poczuła ukłucie niesprawiedliwości, ale nie wiedziała co właściwie było tak niesprawiedliwe: czy to, co ona miała zaraz powiedzieć względem przyjaciół, czy to, że oni na pewno nie przyjmą tej decyzji z otwartymi ramionami i uśmiechem - nie pomogą jej w jej podjęciu. Ale tak też nie byłoby wcale dobrze. Poczuła, że robi się jej coraz ciężej na duszy, że z każdą chwilą mąci się jej w głowie coraz bardziej. Zrozumiała, że musi skończyć to szybko - przeciąganie tej chwili nie było dobre ani dla obecnych, ani dla niej. Jeszcze tylko jeden krótki oddech.
- Odchodzę ze szkoły.
Odwróciła się na pięcie, przeszła kilka kroków i oparła łokciami o murek. Słońce zdążyło już zajść za horyzont, na bezchmurnym niebie pojawiły się gwiazdy. Dopiero teraz zauważyła, że od wieczornego chłodu na jej skórze pojawiła się gęsia skórka. Walec toczący się przez jej umysł widać sprawił, że jej uwadze umknął ten nieistotny szczegół.
- Kiedy? - to Grace była tą, która wbiła w jej serce kolejną szpilę. Nawet nie starała się ukrywać smutku brzmiącego w swoim głosie.
- Dziś po północy będzie czekał na mnie wóz - nie chciała, by jej odpowiedź zabrzmiała tak oschle.
- Chcę jechać z Tobą! - natychmiast krzyknęła Alice.
- Ja też! - tym razem to był Tom.
- Nie - odpowiedź była krótka i zdecydowana. - To szaleństwo, wszyscy byście zginęli. Prawdziwy świat to zupełnie coś innego niż te nasze zabawy. Tam, gdzie chcę iść, nikogo nie czeka nic dobrego.
- Zatem dlaczego chcesz tam iść? - Alice stała kilka kroków dalej i chyba płakała, ale odwrócona wcale nie chciała sprawdzać czy jest tak w istocie.
Kevin oprał się o balustradę plecami z jej prawej strony. Ściągnął jej z włosów rzemień, by potem, przekręciwszy się bardziej na bok, zebrać rozsypane proste włosy sięgające za łopatki ponownie w kucyk, z tą różnicą, że związał je o wiele wyżej. Wrócił do poprzedniej pozy, zadowolony z siebie. Popatrzył na dziewczynę, przechylając głowę, uśmiechnął się i powiedział:
- Tak ci ładniej.
Tylko on zdołał dostrzec ślad łez na policzkach dziewczyny zanim, odwracając się, zgarnęła je szybkim ruchem ręki.
- Nie mogę was zabrać ze sobą i nie zabiorę. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie i wybaczycie. - Spojrzała na siedzącą na nogach Alice i stojącą obok Grace - obie jednak rzeczywiście płakały. Tom był oparty o studnię, bez przerwy mając spuszczoną głowę, z rękami zaciśniętymi na kamieniach. Kevin wydawało się, że jako jedyny nie wpadł w ten ogólny marazm - już nawet nie chciała się zastanawiać dlaczego.
- Odchodzę, bo czuję, że... tracę tu czas. Nie, że tracę go przy was, tylko tak ogólnie. Że to, co tu robimy dałoby się zrobić o wiele szybciej w innych warunkach, bardziej... na żywo. W praktyce. Te kolejne sześć lat... nie wytrzymałabym tu. Wy chcecie zostać świetnymi łowcami dusz, dlatego... dlatego nie możecie iść ze mną. Ja odchodząc... - dziwny domek z kart wypowiedzi, który tak mozolnie starała się zbudować zburzył szloch Alice. Oratorka chciała jakoś pocieszyć przyjaciółkę, ale nie wiedziała jak, więc wróciła do swojej poprzedniej miejscówki przy balustradzie.
- To czego szukacie... uda się Wam to znaleźć... zostając tutaj...
Kevin nie przestawał się uśmiechać, ale teraz już była w stanie dostrzec, że jest to uśmiech całkiem wymuszony - specjalnie dla niej.
- A czego ty szukasz?
Nie odpowiedziała, patrząc na ostatnie świetliste smużki nad horyzontem, pozostawione po nieobecnym już od dawna słońcu.

* * *

Kroki odbijały się głośnym echem po długim i ciemnym, bo oświetlonym zaledwie kilkoma pochodniami, korytarzu. Jak gdyby specjalnie został zaprojektowany tak, by z daleka było wiadomo, że ktoś nadchodzi. Z drugiej strony wcale nie wydawało się, żeby przybysz starał się ukryć swoją obecność.
Dwuskrzydłowe drzwi otworzyły się pod wpływem potężnego kopniaka. Postać ubrana cała na czarno zatrzymała się w progu na jedną krótką sekundę. By zbadać otoczenie.
Podziemna sala była jej bardzo dobrze znana - prostokąt o wymiarach 10 na 20 kroków, zbudowany z prostopadłościennych kamiennych kloców o jasnobrudnobrązowej barwie, z jednym wyjściem - tym samym, przez które właśnie weszła. Na całe wyposażenie pomieszczenia składał się niewielki owalny stół na środku, dwa obite brązową skórą fotele, ustawione po przeciwnych jego stronach, oraz jedenaście pochodni. W danej chwili przebywało w nim sześciu uzbrojonych po zęby, zakutych w złote pancerze i hełmy najemników-ochroniarzy oraz, siedzący w fotelu bardziej oddalonym od drzwi, herszt bandy. Włosy miał popielate, długie za obojczyki. Oceniając po płaszczu z futer niewidzialnych lisów, mieniącej się srebrno, misternej kolczudze oraz dumnym zachowaniu można by sądzić, że to jakiś wygnany król lub przywódca wojska. Co poniekąd było nawet prawdą, bo niegdyś w istocie obejmował stanowisko generała gwardii królewskiej. Ale to było niegdyś.
Nie wyczuła napięcia, pulsującej adrenaliny ani nie słyszała też negatywnych myśli - nie przygotowywali na nią żadnej zasadzki. Można by wręcz odnieść wrażenie, że to najzwyczajniejszy w świecie handlarz z obstawą, czekający na rutynową wymianę towaru. Cudownie.
Pewnym krokiem ruszyła w kierunku pustego fotela. Siadając, zagarnęła ze stołu szklankę wypełnioną złocistym płynem, którą, odchyliwszy głowę, opróżniła jednym haustem, po czym, jak gdyby nigdy nic, założyła nogi na stół i wyciągnęła się wygodnie w miękkim siedzisku.
- Witaj, Kelhennest* - przywitał ją ciężkim basem mężczyzna, siedzący w fotelu naprzeciwko. Czerwonowłosa przybyła nie tylko mu nie odpowiedziała - nie skinęła mu głową ani nawet nie zaszczyciła spojrzeniem, wpatrując się w sufit, jak gdyby dostrzegała tam jakieś niesamowite, niewidoczne dla innych zjawisko. Herszt nie wydawał się jednak ani trochę urażony jej zachowaniem.
- Jak tam nasz mały jasnowidz? Cały?
Zamiast odpowiedzieć, wyciągnęła rękę ze szklaną za prawe oparcie fotela. Po kilku sekundach stojący pod ścianą żołnierz wziął stojącą na stole karafkę i wypełnił naczynie za połowę.
- Za kogo mnie masz? - całkowicie pozbawionym emocji tonem rzekła czarownica, po czym zamieszała alkoholem i wypiła kilka łyków.
- Wybacz za ten nietakt - uniżona poza, która przyjął, ani trochę nie wydawała mu się przeszkadzać. - Gdzie teraz jest?
- W bezpiecznym miejscu - po raz pierwszy spojrzała na herszta, obdarzając go grymasem, który być może miał być uśmiechem, ale przepełnionym cynizmem, wyższością, pewnością siebie i kto wie czym jeszcze. Widać było, że najemnikom stojącym za plecami, po obu stronach dowódcy, ani trochę się nie spodobał. Tymczasem kobieta skupiła się na opróżnianiu szklanki.
- Oczywiście - przywódca pstryknął palcami, widocznie dobrze rozumiejąc sytuację. Jeden z ochroniarzy za jego plecami się schylił, podniósł zawczasu przygotowany lniany worek wielkości piłki z brzęczącą zawartością i położył go na stole.
- Dwadzieścia tysięcy ogenów** w złocie. O ile pamiętam, na tyle się umawialiśmy.
Czerwonowłosa kiwnęła głową, sącząc kolejną szklankę złocistego napoju. Gdy była już pusta, odstawiła ją z powrotem na stół. Potem położyła łokieć na lewym oparciu fotela, przechyloną głowę opierając na złożonej dłoni i popatrzyła na herszta, tym razem już się nie uśmiechając.
- Ale...
Jedno jej słowo sprawiło istny popłoch w emocjach obecnych. W jednej chwili wyczuła strach, niepewność, cień złości. Nie wypadało już prosić o następną kolejkę. Szkoda. A było takie dobre.
- ...w naszych interesach zaszła pewna zmiana - dokończyła zupełnie spokojnie, już z lekkim uśmiechem.
- Zmiana dotycząca?... - generał był zbity z tropu - i się bał.
- Ktoś dał mi za chłopca o wiele więcej od ciebie... - z dziwnego tonu jej głosu nie wynikało nic dobrego.
- Dam sto tysięcy! - krzyknął widocznie zdesperowany handlarz żywym towarem. Kelhennest tylko pokręciła głową.
- ... zapłacił mi za jasnowidza, a także za to... żeby zabiła ciebie, generale Zekhlendorn.
To już nie były żarty. Pokój pulsował wściekłością, nienawiścią i przerażeniem. Mawiano, że nikt, kogo miała zabić czarownica, nie uchodził żywy. Ponadto, odmiennie niż w większości legend, nie było osoby, która choćby próbowała tę tezę obalić.
Herszt ocenił sytuację w mgnieniu oka - miał sześciu świetnie wyszkolonych wojowników, plus on, który też miał przy sobie miecz. Kontra czerwonowłosa wiedźma, jej lekki miecz, kilka noży i magia. Wynik był bardzo prosty - jeśli to co mówiła, było prawdą - wszyscy już byli martwi. Ta jednak, która wywołała zamieszanie, wciąż siedziała beztrosko w fotelu, z nogami opartymi o stół. Czuł, że jeszcze jest szansa. Wtem jednak najemnik stojący po lewej stronie drzwi zerwał się z krzykiem w kierunku kobiety, obnażając miecz.
- Greg, STÓJ!!! - od krzyku Zekhlendorna zatrzęsło się całe pomieszczenie. Stał z wyciągniętą przed siebie ręką. Dopiero teraz na jego czole dało się zauważyć kropelki potu.
- Mądra decyzja, generale - Kelhennest schowała trzymany już w dłoni sztylet z powrotem do pochwy przy pasku. Żołnierz pokonał połowę dzielącej ich przestrzeni. Gdyby zrobił o jeden kroki więcej - już by nie żył. Spojrzała z uśmiechem na przywódcę najemników. Dobrze wiedział, że jego wcale nie zamierza zabić. Co też skłoniło tak szlachetną osobą do stania się bandytą. Z resztą - nieważne.
- Pięćset tysięcy - powiedziała spokojnie, oparta wygodnie o tył fotela. Zekhlendorn opadł ciężko na brązową skórę i popatrzył na nią, jak gdyby właśnie go uderzyła.
- Nie rób takich wielkich oczu Edwin, to i tak chyba mała cena za życie. Wiem, że masz tyle tutaj. Pięćset tysięcy i pozwolę wam odejść z tym całym waszym brudnym interesem. Temu, kto mnie zatrudnił, zależy przede wszystkim na tym, nie zrobi mu różnicy, jeśli najzwyczajniej znikniecie. O chłopaku możecie oczywiście zapomnieć. - Atmosfera się uspokajała, jej słowa trafiały dokładnie tak, jak tego chciała. - Odjedziecie już dziś, prosto na południe, do Kraju Piasku. I już nigdy więcej wasza stopa ma nie stanąć na ziemi Królestwa Eligatrionu. Jeśli postanowicie złamać to polecenie - spojrzała prosto na herszta - jeśli zobaczę ciebie lub któregoś z twoich szczurów na swojej drodze, tu w królestwie, miejcie pewność, że będę ostatnią rzeczą, którą ujrzycie w życiu.
Po tej przemowie nikt już się nie odezwał, jedynie Zekhlendorn z pełną rezygnacją machnął ręką.
Sporych rozmiarów worek, po brzegi wypełniony czerwono-białymi ogenami, znalazł się przy jej fotelu po niecałych pięciu minutach. Nie miała wątpliwości, że była to cała fortuna trzymana przez ową bandę w kryjówce w starych lochach pod Daelonist. Kompleksu strzegło bez ustanku pięćdziesięciu uzbrojonych najemników, nie obawiała się jednak ani trochę. Nic jej nie groziło. Chybiona decyzja mogła uderzyć tylko rykoszetem.
Wstała w końcu z fotela, przerzuciła sobie worek przez lewe ramię i żegnana nienawistnymi spojrzeniami żołnierzy, już miała wyjść, gdy usłyszała jeszcze głos byłego dowódcy.
- Powiedz tylko... kto ci zapłacił... Bulettar, Lafinnet?...
Zemsta. Teraz to cierpkie myśli o niej wypełniały cały pokój. Przymknęła oczy i odpowiedziała spokojnym głosem:
- W porównaniu, z tym, na czyich usługach jestem teraz, oni to mityczne anioły.
Po raz kolejny otworzyła drzwi kopniakiem i swobodnym krokiem ruszyła przez ciemny korytarz.

* * *

- Za króla!...
- Za... królową!
- Za... dzieci króla!
- I za bękarty!
Konwój Mnichów Szklanego Chabra opuścił siedzibę zakonu dwa dni wcześniej i od tamtej pory impreza nie ustawała. Hałasu, jaki czynili wokół siebie bracia, nie powstydzili by się wytrawni i zaprawieni w bojach pijacy z okrzykniętej najgorszą sławą w królestwie karczmie stolicy - "Pod pijanym kotem".
Karawana składała się z siedmiu wozów mieszkalnych, długich na dziesięć stóp, każdy ciągnięty przez dwa konie oraz trzech wozów pancernych, gdzie na każdy z nich przypadało po pięciu rycerzy do ochrony. Oprócz tego było jeszcze dziesięciu nie przydzielonych do żadnego zadania jeźdźców, jako dodatkowe zabezpieczenie, mających pomagać w wyjątkowych sytuacjach czy niebezpieczeństwach.
Wozy, ludzie i konie - wszystko przystrojone było materiałem koloru szarego przechodzącego w błękit, ze znakiem wielkiego chabra najbardziej reprezentacyjnych i widocznych miejscach.
Łącznie wyprawa liczyła dziesięć wozów, dwudziestu pięciu konnych i czterdziestu pięciu mnichów. A właściwie trzydziestu dwóch mnichów i piętnaścioro popychadeł, na których to w praktyce położony był cały ciężar wyprawy.
Byli to albo najbiedniejsi, albo ci, którzy dołączyli do zakonu najpóźniej lub też, i z reguły - najmłodsi. Mając trzydzieści lat istniała już spora możliwość, że z kuchni, stodoły czy stajni zostanie się przeniesionym na przykład do winnicy. Jednak dla konwojowych popychadeł, będących w przedziale wiekowym od siedemnastu do dwudziestu trzech lat, obraz ten jawił się jako odległa, prawie niemożliwa do spełnienia przyszłość.
Zbliżał się kolejny ranek. Woźnica czyniącego największy hałas wozów, przetarł oczy i poklepał się po policzkach. Nie spał już od ponad dwóch dób. Pomiędzy nim a resztą jego pokrzywdzonych kolegów istniała umowa, że kiedy już dłużej nie będzie dawało się rady, znajdzie się ktoś na zastępstwo. Droga miała być długa, ponad miesiąc, to był dopiero początek katorgi. Na piętnaścioro chłopców na posyłki dziesięciu prowadziło wozy, pięcioro miało za zadanie wykonywać polecenia pijanych mnichów. Danielus potrząsnął głową, żeby się rozbudzić. Przestanie prowadzić zaprzęg dopiero kiedy zemdleje lub uśnie i spadnie z furmanki.
Wymienił smutne spojrzenie z młodszym od niego o trzy lata kolegą, siedzącym na tyłach wozu jadącego przed nim. Zapowiadało się, że będzie tak źle, jak jeszcze nigdy wcześniej.


Rozdział drugi: "Prezent" coming soon!


* ze staronedereńskiego - "czarownica o czerwonych dloniach"
**ogen - element płatniczy w królestwie Eligatrion - 1 ogen - 60 nigtonów ; przelicznik: dobre piwo (Tongue) - 1 ogen; świetny koń - 800 ogenów; nocleg w przytulnej karcznie - 30 ogenów

"Wyobraź sobie, że Twoje marzenie znajduje się na szczycie drzewa."
[Obrazek: M21c9OC.jpg]
11.02.2010 00:36
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Nac Offline
Kapitan
Pirat

*
Liczba postów: 715
Dołączył: 16.09.2009
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
 
Eihnaren napisał(a):siedzącą na nagach Alice
chyba na nogach Wink

Jak coś źle zrozumiałem popraw mnie:

Z tej części można wywnioskować, że masz zamiar opisywać trzy różne historie dla trzech osób. Dalej moje wnioski dochodzą do tego, że dwie historie mogą się połączyć.

Piątka dzieciaków (Cieni), wybiera się na tak zwane łowy, które mają za zadanie zdobyć coś cennego co wiąże się z ryzykiem. Jedna, bodajże nasza przyszła bohaterka zamiast zdobyczy, daje im bransoletki, jak się okazuje na pożegnanie, ponieważ odchodzi ze szkoły. Jestem ciekaw co dalej z tego może wyniknąć.

Dalej mamy okazję czytać poczynania kobiety, która jak zauważyłem jest ostrą babką i ma gdzieś innych, jest pewna i dba tylko o siebie no i nikogo się nie boi. Bardzo spodobała mi się ta postać.

Na końcu mamy dość krótką zmiankę o sporym i dobrze uzbrojonym konwoju pijanych Mnichów, którzy gdzieś podróżują. Ich polecenia wypełniają niby też Mnisi, ale są uważani za popychadła i wykonują ich polecenia.


Ogólnie podoba mi się, wciągająca fabuła, nowi bohaterowie. Czekam na dalszy rozwój wydarzeń.


11.02.2010 22:13
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Eihnaren Offline
Wanderer
Pirat

*
Liczba postów: 290
Dołączył: 30.08.2009
Skąd: Eran Tharnas
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #6
 
Ogólnie kombinujesz prawie całkiem słusznie Smile Ale u mnie to nigdy nie jest tak prosto, zawsze pojawia się jakiś haczyk Wink

Co się z tym wiążę - umknęła Ci jedna sprawa. Ale w drugim rozdziale wszystko powinno się już wyjaśnić. Bo jaka to frajda tak zdradzać fabułę i podawać wszystko na tacy ;p

I bardzo wielkie dzięki za motywację do dalszej pracy Smile

Przewidywany termin pojawienia się drugiego rozdziału: wtorek-środa.

"Wyobraź sobie, że Twoje marzenie znajduje się na szczycie drzewa."
[Obrazek: M21c9OC.jpg]
12.02.2010 13:54
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Tatra Offline
I Oficer
Pirat

*
Liczba postów: 494
Dołączył: 06.08.2009
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #7
 
Jak na razie powieść jest przednia ^^ Ciekawi bohaterowie, wciągająca fabuła, zagadki zmuszające czytelnika do dokonywania domysłów. Mówiąc krótko: nic tylko czytać i zazdrościć zdolności. Czekam na następny rozdział ;-D

[Obrazek: the_witcher_sig_by_imperial_shagon.png]
12.02.2010 15:13
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Eihnaren Offline
Wanderer
Pirat

*
Liczba postów: 290
Dołączył: 30.08.2009
Skąd: Eran Tharnas
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #8
Łowczyni dusz (2.0)
Done. No, prawie "dzisiaj" wyszło ;P Ech, zmęczona Tongue

Jako bonusik za zwłokę dorzucam utwór, który zdołał nakręcić mój mózg na dostateczne obroty, by jakiekolwiek poprawki dziś jeszcze nanieść, ergo - dodać fragment do tematu Smile
Ale to na końcu będzie.

Ogółem kawałek dłuższy niż poprzednio, jak wyszedł jakościowo - czytajcie i oceniajcie!

Zgłaszanie wszelkich błędów stylistycznych, zgrzytów, niejasności, wątpliwości etc. mile widziane. W celu uniknięcia podobnych błędów w przyszłości, ew. rozwiania wątpliwości odnośnie jakiegoś elementu świata przedstawionego lub poprawienia go. Poza tym już nie jestem teraz w stanie przeczytać tekstu po raz kolejny, przynajmniej na tę chwilę, a nie wątpię, że pewnie palnęłam gdzieś jakąś głupotę ;P

Hope you enjoy! Smile

Rozdział drugi: Prezent

Dwudziestu pięciu zbrojnych. Czterdziestu siedmiu nie mających pojęcia o walce. Bez dodatkowych zabezpieczeń. Nie wydawało się, by przygotowali jakiekolwiek zasadzki, tak samo jak i żadnej zasadzki się nie spodziewali. Podróżując przy tym tak głośno, że dało się ich usłyszeć w promieniu mili. Aż można by wysunąć przypuszczenie, że to, co opowiadają o osobie, która ich wysłała, o jej szaleństwie i krótkowzroczności, to prawda. Prychnęła cicho. Gdyby było inaczej nie pozwoliłby tym knurom zabrać wina.
"Zabić wszystkich". Jedynie tłumiona wewnątrz potężna wściekłość, nie pozwoliła jej przewrócić oczami. Tak łatwego zadania nie miała już chyba od dwóch lat.
Obserwowała ich obóz od pięciu dni. Pośpiech nigdy nie był wskazany, jeśli nie figurował w kategorii "ostateczność". A ona miała jeszcze wiele czasu. Toteż przyglądała się dokładnie każdej postaci z osobna, przede wszystkim zwracając uwagę na ich aurę. Zbliżała się od obozu i od niego oddalała, dwa razy w ciągu nocy zapuściła się na terytorium obozu. Raz nawet znalazła się na dachu jednego z opancerzonych wozów, przy samym włazie i cicho postukała sztyletem w kłódkę. Ponieważ nie przyniosło to żadnego rezultatu zdjęła z siebie osłonę aury, i to jednak nie przyniosło jakiegokolwiek efektu. Wszyscy oprócz znudzonej straży smacznie spali, żaden nerw nie przesłał informacji szybciej niż powinien. Potem już w ogóle nie kryła swoich mocy - i to także nie wzbudziło u nikogo żadnego zainteresowania. Po czterech dniach nie miała już wątpliwości - w konwoju nie było żadnego czarnoksiężnika, maga ani nawet osoby posiadające nadprzyrodzone zdolności. Zwyczajny konwój mnichów. Całkowicie bezbronny. Zastanawianie się, dlaczego nie dano mu poważnej obstawy, nie leżało w jej obowiązku. A przynajmniej nie na tę chwilę.
Stała oparta plecami o pień drzewa, na gałęzi, pięć metrów nad ziemią. Konwój przesuwał się ospale i głośno kilkadziesiąt metrów przed nią, była w stanie objąć go wzrokiem od pierwszego do ostatniego jeźdźca. Spojrzała na pojedyncze chmury, leniwie przesuwające się po niebie. Następnie zmierzyła wzrokiem brązowy skórzany worek pokaźnych rozmiarów, wiszący na gałęzi, metr od niej. Już same czarne lotki wielkości dłoni przyprawiłyby przypadkowego widza o gęsią skórkę. Nie miała wątpliwości, że cały sprzęt jest w jak najlepszym stanie, wszystko zadziała bez jakiegokolwiek zarzutu. Z powrotem przeniosła spojrzenie na karawanę.
Koniec czekania. Dzisiejszej nocy, gdy zostanie rozbity obóz, czas załatwić sprawę i ruszyć dalej.

* * *

Trasę, będącą ostatecznym potwierdzeniem jej decyzji opuszczenia szkoły, pokonywała całkiem sama. Bo i tak naprawdę nie chciała, by ktokolwiek jej towarzyszył. Ci natomiast, którzy mogliby i chcieli, najwidoczniej zdawali sobie z tego sprawę. Albo się na nią obrazili. Albo tak ich zraniła, że już zupełnie nie obchodził ich jej los. Właściwie każda z tych możliwości mogła być prawdziwa. Jednak to, która z nich była taka w istocie, nie miało w tej chwili już właściwie żadnego znaczenia.
(Cieszyła się tylko, że w końcu opuściła kompleks uczelni, ze już nie misi dłużej przebywać z przyjaciółkami patrzącymi na nią tymi swoimi pełnymi smutku oczami.)

Od chwili wyjawienia jej planów przy studni, od momentu, w którym Kevin zapytał ją czego szuka, nikt się już nie odezwał. Każdy wiedział, że nie ma już odwrotu, że dziewczyna naprawdę za te kilka godzin odejdzie. I być może już nawet nigdy więcej nie będzie im dane jej ujrzeć.
Tom teleportował się pierwszy. Alice i Grace następne. Kevin odczekał z nią jeszcze kilka minut dłużej.
Wciąż stała zwrócona twarzą ku morzu, z rękami opartymi o murek, on po jej prawej stronie, oparty o niego placami. Ale on też ani się nie odezwał, ani chyba nawet na nią nie popatrzył. Kiedy poczuła fale świadczące o bliskiej teleportacji, odwróciła jeszcze szybko głowę. Przed wyruszeniem, nie miała już więcej okazji spotkać żadnego z chłopców. Ale jego już nie było. Została na kamiennym tarasie zupełnie sama.
Nie zmieniając pozycji, oparła się czołem o zimny mur i pozwoliła, by łzy skapywały na biały kamień. Teraz nikt jej nie widział, nikt nie słyszał. A ona od tak dawna nie pozwalała sobie na płacz. Nawet więc nie starała się szlochać cicho, nie powstrzymywała zbierających się w kącikach jej oczu wielkich kropel. Ale to - obiecała sobie - to już ostatni raz.

Szare drobne kamienie, którymi wysypana była ścieżka, szurały cicho pod jej butami. Mogła przeteleportować się do wozu, ale chciała ten ostatni raz przejść się żwirową drogą. Kto wie czy kiedykolwiek jeszcze ją zobaczy.
Opuszczenie budynku nie sprawiło jej żadnych trudności, nie pojawiły się jakiekolwiek komplikacje. Ostatni raz złapano ją, kiedy nocą wymykała się z pałacu, chyba siedem lat wcześniej. Wiele tego typu wspomnień pojawiło się w jej głowie, podczas owego spaceru. Zupełnie błahych i całkowicie niepotrzebnych, tak jak i rzeczy, o których wydawało się jej, że zupełnie zapomniała. Ludzie, których życie miało się wkrótce zakończyć, ale jednak z jakiegoś powodu przeżyli, często opowiadali o podobnych odczuciach, towarzyszących ich przedśmiertnym chwilom. Nie było więc chyba czemu się dziwić. Jej dotychczasowe życie bez wątpienia miało tej nocy definitywnie się skończyć.
Nie zabrała ze sobą wiele. W niedużym zielonym drelichowym plecaku znajdował się zeszyt, pióro, kałamarz, sporo różnego rodzaju odtrutek i lekarstw w małych buteleczkach oraz opatrunków. Oprócz tego była również sakiewka z pieniędzmi, kilka niezbędnych, niewielkich magicznych artefaktów, menażka oraz mały zapas sucharów i suszonego mięsa. Ubrana była w prostą biała bluzkę z długim rękawem, na którą założona była skórzana brązowa kurta. Poza tym miała na sobie ciemnozielone przylegające do ciała spodnie, tego samego koloru długi płaszcz i wysokie czarne buty.
Szła tak, zamyślona, prosto przed siebie, z nieustannie opuszczoną głową, gdy nagle droga się skończyła, a dziewczyna stanęła przed czarnym metalowym ogrodzeniem. Naprawdę tak szybko przeszła tą ostatnią ścieżkę?...
Kilkanaście metrów za stalowymi prętami, czekał jej środek transportu.
Był to elegancki wóz, mający trzy metry długości, zbudowany z ciemnobrązowych lakierowanych desek, od góry przesłonięty fioletowym materiałem, założonym na sporej wielkości, metalowych półkolistych pałąkach. Na miejscu woźnicy siedział trzydziestokilkuletni mężczyzna o długich do ramion, falowanych blond włosach, z opadającą na oczy grzywką i niewielkim zarostem, wolno zaciągający się skrętem. Ubrany był w prostą kurtę, luźne spodnie i najprostszego tupu buty, wszystko było w kolorze czarnym. Całego obrazu dopełniały dwa wysokie szlachetnej budowy konie o siwej maści, co jakiś czas machające łbami, widocznie ze zniecierpliwienia.
Dziewczyna przeteleportowała się w miejsce w połowie drogi od ogrodzenia do wozu, pozostałą przestrzeń pokonując już na piechotę.
- Witaj, Fred - powiedziała siadając na miejscu obok woźnicy, który w tym samym momencie wyrzucił skręta.
- Witam, witam - przekręciwszy głowę, popatrzył na nią spod swojej falującej blond grzywy. - No w tak podłym humorze to nie widziałem cię chyba od... właściwie to chyba nigdy. Jesteś pewna tego co chcesz zrobić? - pytanie zostało zadane całkiem poważnym tonem. - Życie całkowicie samotnej dziewiętnastolatki może wcale nie być takie wesołe i kolorowe jak Ci się wydaje. Powinnaś zauważ...
- Dam Ci dwa razy więcej, jak już nie będziesz się odzywać - ucięła jego wywód.
- Dobra, już siedzę cicho - spojrzał na nią jeszcze kątem oka, z lekko obrażoną miną, po czym machnął lejcami. Konie zarżały, podniosły się, by na chwilę stanąć tylko na tylnych nogach i - obydwa w tym samym momencie - rozwinęły wielkie jasnoszare skrzydła, które pojawiły się na ich grzbietach zupełnie znikąd. Po kolejnym machnięciu lejcami jednocześnie ruszyły, niemalże z miejsca wpadając w galop. Niecałe trzydzieści metrów starczyło im, by oderwać się od ziemi, niosąc za sobą wóz. Zanim rozpoczęła się ściana lasu, szybowały już wysoko pod chmurami.
Dziewiętnastolatka nie czuła ani odrobiny strachu, podróżowała w ten sposób już wielokrotnie. Gdy lot tylko się ustabilizował, zeskoczyła do wnętrza wehikułu i w dwóch skokach znalazła się przy nieco wyższej niż pół metra ściance zabezpieczającej jego tył.
Zarówno w pokaźnych rozmiarów budynku o strzelistych wieżach, gdzie mieściła się jej szkoła, jak i w bardziej oddalonej, wysoko położonej warowni, gdzie uczyli się chłopcy - paliło się mnóstwo świateł. Poczuła, jak coś ścisnęło ją w gardle.
Gdy wszyscy się obudzą, ona będzie ponad sto mil stąd. Ile osób zauważy, że znikła? Niewątpliwie wielu, przez jej wyskoki, była znana świetnie w obu szkołach. Ilu osobom będzie jej brakowało? Może kilku... Ale minie trochę czasu i nie będzie już nikomu. Czas zaciera wszystko. Jeśli kiedykolwiek znów powróci na te tereny, dla wszystkich będzie całkowicie obcą osobą. A oni będą obcy dla niej.
Gdy budynki znikły, przesłonięte otaczającym je zewsząd lasem, usiadła na podłodze wozu, oparta plecami o jedną z jego ścian i założyła ręce na kolana.
Wszyscy, którzy wiedzieli, co zamierza zrobić, mieli takie samo zdanie - że to szaleństwo, że własnoręcznie podpisuje dokument określający warunki jej własnej zguby.
Naprawdę uważali, że była taka głupia? Że sama sobie nie poradzi? Że leci zupełnie nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co?
Doskonale zdawała sobie sprawę, co robi, a także w jakim celu. Wiedziała także, jak do jego spełnienia dążyć. Przynajmniej na początku.
Pierwszą sprawą było to, by jak najbardziej oddalić się od Szkół Łowców Dusz. Tak daleko, by powrót bez wielomiesięcznej wyprawy był właściwie niemożliwy. By nawet przez myśl nie przeszło jej, by wrócić. Powrót oznaczałby porażkę - definitywną i nieodwracalną. Porażkę, na którą nie mogła sobie pozwolić, której by nie zniosła. W ciągu dziesięciu godzin Fred miał ją przetransportować o ponad tysiąc mil - daleko poza Strefę Teleportacji, na najdalsze obrzeża Heragornu - Państwa Słońca, usytuowanego daleko za Krajem Południa. Miał ją wysadzić i odlecieć. I wtedy miała zacząć się jej całkowicie samotna podróż. Od tamtej pory mogło zdarzyć się absolutnie wszystko.
Będzie tylko ona i świat. Cały dla niej. Będzie mogła pójść tam, gdzie zechce i robić to, co zapragnie. A jedyną osobą, która miałaby stanąć na przeszkodzie zaplanowanych celów, będzie ona sama - jej słabości, niezdecydowanie, brak umiejętności i brak wiedzy. Które będzie musiała pokonywać, chcąc nie chcąc - żeby przeżyć. Pozbyć się ich - tego właśnie chciała. Tego pragnęła ponad wszystko inne.
Podniosła się i usiadła obok Freda, jej czerwony kucyk i grzywka zafalowały na wietrze. Towarzysz nucił cicho jakąś melodię. Kiedyś był to wędrowny bard, świetny w swoim fachu. Podróżował od miasta do miasta, zarabiając krocie na każdym z występów. Pewnego dnia spotkał piękną mieszczankę, córkę kupca. Kilka miesięcy potem wzięli nawet ślub, następnie założyli rodzinę. Żyli sobie szczęśliwie przez kilka lat - dwójka dzieci, chłopiec i dziewczynka, rośli, za słuchanie piosenek Fredroifa wciąż płacono mnóstwo pieniędzy, jego sława stawała się coraz większa. Aż pewnej nocy, gdy był akurat w odwiedzinach u przyjaciela, zamieszkującego sąsiednie miasto, banda grabieżców napadała, ograbiła i spaliła jego wielki i piękny dom, nie oszczędzając nikogo, kto był wewnątrz. Wieści rozniosły się bardzo szybko, bard wrócił jeszcze pod koniec tej samej nocy. By popatrzeć na zgliszcza i niskie leniwe płomienie, liżące ostatnie niestrawione jeszcze fragmenty bali.
Ludzie mówili, że nie uronił tego dnia nawet jednej łzy, niektórzy opowiadali, że już nigdy nie zapłakał, choć kto mógł wiedzieć to naprawdę. Prawdą było jednak, że przestał grać i śpiewać, a cały swój majątek rozdał. Na wiele czasu cały słuch o nim zaginął, niektórzy podejrzewali nawet, ze popełnił samobójstwo. Po latach wrócił jednak do życia, pod zmienionym imieniem, o innym, zmężniałym wyglądzie, by od tamtej pory zajmować się przede wszystkim szmuglowaniem towarów. Co tak naprawdę działo się z nim przez cały czas owej tajemniczej nieobecności, nikt nie wiedział.
Dziewczyna spojrzała na horyzont. Daleko przed nimi, niczym szara smużka znacząca miejsce spotkania nieba i ziemi, rozciągało się ledwo widoczne pasmo Gór Południowych. Znaczyło to tyle, ze do końca podróży miało upłynąć jeszcze kilka dobrych godzin.
- Idę się trochę przespać - rzekła, schodząc z miejsca towarzysza woźnicy.
- Miłych snów - odpowiedział Fred. - Obudzę cię kiedy będziemy dolatywać do celu.
- Wątpię, żebym spała aż tyle, ale dzięki.
Położyła się na brązowym kocu, stałym zaopatrzeniu wozu, przykryła drugim takim samym i w ciągu kilku chwil zapadła w twardy jak kamień sen.
Nie śniły się jej dobre rzeczy. Właściwie były to same koszmary. Przetarła oczy i wyjrzała za wehikuł. Musiała spać kilka godzin, gdyż zaczął się już dzień. Wiedziała o tym, mimo że całe niebo pokryte było stalowoszarymi chmurami. Pod nimi zaś, w każdą ze stron, rozciągał się przyprawiający o dreszcze, martwy krajobraz Aklahen Savirion*1. Żaden chyba z bajarzy nie znał wszystkich legend, które powstały odnośnie owego górskiego łańcucha.
Wyciągnęła menażkę i wypiła kilka łyków. Fred dostrzegłszy ruch wewnątrz wozu, odwrócił się. Nie wyglądał na ani odrobinę zmęczonego czy śpiącego.
- O już się obudziłaś. Wiesz, przypomniało mi się, że mam tu coś dla ciebie. Jakiś chłopak zostawił to jeszcze zanim się pojawiłaś - schylił się, sięgając po coś spod siedzenia, po czym wyciągnął rękę z niewielką papierową torbą do tyłu.
Dziewczyna podeszła i wzięła pakunek bez słowa. Nie miała dobrych przeczuć. Cokolwiek to było - nie powinno tego tu być.
Do sznurka, którym związana była stożkowata torebka o podstawie jak i wysokości jej dłoni, przymocowana była złożona karteczka.
Na przyśpieszone tętno dziewczyny, składało się bez wątpienia wiele czynników. Odrobinę drżącą ręką otworzyła doczepiony fragment papieru i przeczytała:

"Jak już łamać zasady, to wszystkie, co nie? Smile
Dobrze wiesz, że w odróżnieniu od Ciebie, mi nigdy na tym nie zależało.
Poza tym muszę przyznać, że kiedy się tego pozbyłem, to jakoś tak od razu mi ulżyło, ha ha!

PS Nie bądź zła na Freda. Rzuciłem na niego zaklęcie krótkotrwałej amnezji."

Teraz już całe jej ciało przeszywały dreszcze. Źrenice miała rozszerzone, trzęsącą się ręką ledwo była w stanie rozplątać sznurek. Jej serce tłukło się mocno o klatkę piersiową, gdy rozchylała papier.
Tak naprawdę od początku wiedziała, co jest w środku. Mimo to torebka wysunęła się jej z dłoni, a sama dziewczyna osunęła, a właściwie upadła na podłogę. Oczy miała szeroko otwarte, oddychała tak jakby przed chwilą coś mocno ją uderzyło.
W ciągu kilkunastu sekund przez jej umysł przemknęły całe setki myśli i obrazów, czuła całą gamę uczuć: od całkowitej dezorientacji i szoku, przez niedowierzanie, aż po pewien rodzaj szczęścia na raz. Jednak dominującą emocją, która po momencie zdziwienia wzięła górę, była złość. Złość tak wielka, że dziewczyna czuła się, jak gdyby rozrywała ją od wnętrza, tak wielka, że aż miała ochotę krzyczeć, bić. Wzięła zamach i wkładając w to całą swoja siłę, uderzyła złożoną w pięść prawą ręką o ścinę latającego wozu, pod wpływem czego ten zaczął się kołysać na boki. Aż Fred odwrócił się i spytał zaniepokojony:
- Hej, księżniczko, co się stało?
Nie odpowiedziała, siedząc z głową opartą o drewnianą ścianę, z zamkniętymi oczyma, delektując się bólem rozchodzącym się od jej prawej dłoni wzwyż. Nie miała wątpliwości, ze wybiła sobie ca najmniej jeden ze stawów, ale szczerze ją to nie obchodziło. A ból tak cudownie zagłuszał myśli. Nie otwierając oczu, po raz kolejny uderzyła tą samą pięścią, tym razem o podłogę wozu. Zabolało jeszcze bardziej. Nieważne, potem jakoś to zaleczy. Przekręciwszy się z kolan na plecy, chwyciła puchnącą już powoli dłoń nad brzuch, przytrzymując ją drugą ręką w miejscu gzie przestawało boleć, czyli w połowie odległości od nadgarstka do łokcia. Spojrzała po raz kolejny na brązową torebkę, a potem na szare chmury, rozciągające się na całym niebie. Złość zaszumiała w niej po raz kolejny.
Co za kretyn!

* * *

- Staaać! Rozbijamy obóz! - rzucił komendę jadący na czele konwoju długobrody wojownik. Nie był mnichem, został wynajęty przez opata zakonu. Podczas wyprawy piastował pozycję naczelnika karawany oraz dowódcy straży.
Zaczynało zmierzchać, a oni właśnie trafili na sporych rozmiarów polanę. Według planu, już dwa dni wcześniej powinni byli opuścić Sowi Las, nie wydawało się jednak by komukolwiek z wyprawy zależało na dotrzymaniu ustalonych terminów.
Sama puszcza nie należała do groźnych, nie było więc powodu do pośpiechu - od wielu dziesiątek lat nie widziano tu żadnych drapieżnych stworzeń - zbyt bliska była odległość od ludzkich osad i zbyt wysoka cena za futra wilków, leśnych psów czy rysiów. A nawet najgroźniejsze zwierzę nie miało szans w walce z ludzką chciwością i chytrością. Z powodu braku drapieżników nastąpiła wielka ekspansja ptaków, a że najłatwiej dostrzec i usłyszeć było właśnie sowy, stąd właśnie wzięła się nazwa obszaru.
Pojazdy ustawiono symetrycznie, po trzy po każdej stronie szlaku od zewnętrznej strony polany, kilka kroków za nimi, bliżej środka pustego obszaru, pozostałe cztery. Tam też właśnie znajdowały się trzy opancerzone wozy. W centrum polany rozpalono sporych rozmiarów ognisko, tak, by mogła ogrzać się przy nim większość mnichów. Poza tym były jeszcze cztery mniejsze dla strażników z każdej strony obozu. Wbrew pozorom, głównym powodem tego nie była lepsza ochrona karawany, a niechęć jaką wojownicy darzyli mnichów. Płacono mi więc byli, nie znaczyło to jednak, że muszą się z zakonnikami zadawać.
Usługująca piętnastka jak zwykle miała najwięcej do roboty - do nich należało odpowiednie ustawienie obozowiska, rozpalenie ognisk, przygotowanie jedzenia i zadbanie o napoje. Nie dość jednak, ze nie mieli odpoczynku i ani odrobiny czasu dla siebie, bez ustanku byli, zarówno przez mnichów jak i najemników na wszystkie sposoby poniżani. Ot tak, dla rozrywki.
- No i zobacz, znów wywróciła się ta fajtłapa, ha ha! - zaśmiał się jeden ze strażników, gdy chłopiec niosący drewno na opał, potknął się o podstawioną umyślnie nogę.
- Nic ci nie jest, Ben? - zapytał idący tuż za nim, również niosący chrust, Danielus, który zapobiegawczo obszedł ognisko strażników z daleka. Chłopak podniósł się, zaciskając zęby i przykładając dłoń do rozciętej rany na czole.
- Nie, wszystko w porządku, wcale nie takie głębokie to rozcięcie. Tym razem - wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać. Był jednym z najmłodszych uczestników wyprawy, dopiero niedawno przekroczył siedemnasty rok życia.
- Zaniesiemy drewno i opatrzę ci to czoło - starszy kolega pomógł zbierać porozrzucany chrust.
Przy ognisku była dopiero garstka postaci w szarobłękitnych habitach. Większość zakonników wciąż siedziała lub spała w wozach - opuścić mieli je dopiero na początek kolacji.
- Dobra, gotowe - uśmiechnął się zadowolony chłopak, zawiązując drugi supeł na jedynej czystej przepasce, jaka udało mu się znaleźć - jego własnej chustce - na skaleczonej głowie kolegi.
- Jak dojedziemy do Fernhoun oddam ci taką samą. Dzięki.
- Nie ma za co - Danielus usiadł na skrzynce obok poszkodowanego. - Jeszcze dwadzieścia dni - trudno było odczytać z tej wypowiedzi jakąkolwiek emocję. - Jakoś będziemy musieli dać radę.
W odpowiedzi otrzymał tylko niewielkie skinienie głowy.
Słońce zniknęło już za horyzontem, zamiast ciemności przyszła jednak dziwna szarówka - jak gdyby dzień i noc kłóciły się jeszcze o to, które ma na te kilkanaście minut dłużej królować na owym terenie. Pojawiła się również, po raz pierwszy od dnia ich wyruszenia, mgła - pełzła powoli po ziemi, przenikając pomiędzy wozami, niczym herold, niosący ze sobą złe nowiny, budząc niepokój zarówno wśród ludzi jak i wierzchowców, które zaczęły rżeć i nerwowo przestępować z nogi na nogę.
Nagle Ben się wyprostował i spojrzał daleko przed siebie, jakby coś tam dostrzegł.
- Muszę iść napoić konie - siedemnastolatek sztywno wstał ze skrzyni i ruszył do znajdujących się najbliżej rumaków. Danielus popatrzył na niego zdziwionym wzrokiem. Coś w zachowaniu kolegi budziło jego niepokój. Co prawda każdego wieczora trzeba było iść z końmi do znajdującego się w pobliżu strumienia, ale dziwnie nieobecny wzrok kolegi podpowiadał mu, że coś jest nie tak. Tym większe było jego zdziwienie, gdy ujrzał kolejnych kilku kolegów, którzy, jeden po drugim, odchodzili od swoich zajęć, by odczepić kolejną parę koni i razem z nimi ruszyć w las. Rozejrzał się - konie strażników również zniknęły. Nie wątpił, że inny uczynny pachołek zechciał zabrać je nad strumień. Oprócz niego w obozie pozostało tylko dwóch chłopców na posyłki. Cokolwiek się działo to...
W tym momencie tuż przed jego głową przeleciała czarna strzała, która utkwiła w gardle jednego z najemników siedzących przy jednym z pomniejszych ognisk. Za nią poleciała druga, trzecia, czwarta i piąta - dezorientacja i paraliż strażników pozwoliły zabić ich, zanim na dobre pojęli, co się dzieje. Wtem jeden z mnichów, wychyliwszy się z wozu i ujrzawszy wielkie czarne strzały krzyknął na całe gardło:
- Czarownica!!!!
W jednej chwili w całym obozie wybucha panika. Ale było już za późno, by uczynić cokolwiek. "Za późno" dla ludzi w tej karawanie było już ponad dwa tygodnie temu, gdy nawet jeszcze nie wyruszyli, gdy tylko został wypowiedziany na nich wyrok.
Niemalże w tej samej chwili do każdego z wozów coś wpadło. Coś niewielkiego, syczącego... Rozległa się seria potężnych wybuchów. W powietrzu latały fragmenty drewna, materiałów i rozerwanych ciał. Czarne strzały świszczały bez ustanku, nikt nie był w stanie określić kierunku z którego nadlatują. Nikt nie był w stanie określić niczego. Śmierć zastukała i nacisnęła klamkę od drzwi, które były otwarte.
Danielus odkaszlnął i wygrzebał się spod tlących się fragmentów skrzyń i beczek. Wszystko wokół płonęło, ciała były w każdym miejscu, na które spojrzał. Ludzie biegali i krzyczeli, płonąc, niektórzy bez ręki, po ziemi czołgali się ci, którzy stracili nogi. Nie wydawało się by ktokolwiek uszedł bez szwanku. Wczołgał się pod stojący nie opodal wóz, obity czarnym metalem. Opancerzone pojazdy były nietknięte, to pewnie o nie chodziło tej morderczyni. Setki uncji złota i klejnotów - to był wystarczający powód by zabić tyle dziesiątek osób. Dla niej. Skoro zabijała i nawet bez żadnego powodu. Nigdy nie sądził, że spotka ją na swojej drodze - była jak legenda - straszna, ale tak odległa, że aż wydająca się nieprawdziwą, w sam raz by straszyć nią niegrzeczne dzieci. Ale teraz, mimo że jej nie widział, zdawał sobie sprawę, że jest gdzieś w pobliżu, może nawet tuż obok. Wielkie czarne strzały z lotkami z kruczych piór - nikt inny nie odważyłby się takich użyć, prawdopodobnie nikt nie byłby nawet w stanie.
Wtem kilkanaście kroków przed sobą ujrzał, przygniecionego przez ciała dwóch otyłych mnichów, jednego z dwóch pozostałych w obozie kolegów. Czuł, że jest w stanie się ruszać - nie wydawało się, by odniósł jakieś poważniejsze obrażenia oprócz kilku płytkich ran i siniaków. Mógł mieć krwotok wewnętrzny, ale to miało okazać się najwyżej później. Teraz wystarczyło wyczołgać się, w kilku skokach dotrzeć do towarzysza i mu pomóc. Już miał opuścić swoją kryjówkę, gdy nagle na środek polany wyszedł człowiek zakuty w zbroję. Rozpoznał w nim dowódcę straży.
- No wyjdź, Kelhennest, ty tchórzliwa dziwko! Atakować z daleka, to w twoim stylu, prawda?! - darł się na całe gardło. I on, wydawało się, nie miał żadnych cięższych ran, był tylko widocznie poturbowany i ubrudzony ziemią, sadzą i krwią. Stanął obok resztek zniszczonego wielkiego ogniska. Jakiś nieszczęśnik trafił wcześniej w jego płomienie, a teraz, już z dawna martwego, wciąż trawiły płomienie. W powietrzu roznosił się smród palonej skóry. Danielus czuł, że zaraz zwymiotuje. Tymczasem zrozpaczone głosy, wołające o ratunek i błagające o litość, cichły jeden po drugim.
Naczelnik wciąż stał, wyzywał i krzyczał, chłopak zaś się przeturlał, by znaleźć się po tylnej stronie wozu, po czym stanął na nogi. Kolega był tak blisko. Leżał z rozłożonymi rękoma i zamkniętymi oczyma. Przygniecione miał tylko nogi, więc wciąż istniała szansa, że oddycha. Danielus wiedział, że powinien czekać na odpowiedni moment. Domyślał się, co za chwilę się stanie, nie miał jednak zamiaru dłużej czekać. Wyskoczył za wozu i w kilku susach dopadł do leżącego na ziemi. Modlił się w duchu, żeby krzyczący dowódca, stojący po drugiej stronie zniszczonego ogniska, nie zwrócił na niego uwagi. Najpierw przyklęknął przy twarzy nieprzytomnego i się nad nią nachylił. Nie usłyszał oddechu, ale wokół był straszny szum, huczało mu w uszach, mógł się pomylić. Poklepał kolegę po twarzy, ale ten się nie ocknął. Chwycił go więc pod ramiona i z całych sił pociągnął w przód, by wydobyć jego nogi spod martwych mnichów. Nie udało się, nie przesunął go nawet o cal. Spróbował kolejny raz i kolejny. Każda z prób zakończyła się fiaskiem. Czuł, ze brak mu sił, że to przez strach i zdenerwowanie, przez to, że on sam był poturbowany, a w końcu, że tak naprawdę wcale nie był silny. Ale nie miał zamiaru się poddać. Trzeba było tylko spróbować inaczej. Podniósł się chwiejących się nogach i spróbował zepchnąć zakonnika leżącego na górze, na brzuchu, z wbitym fragmentem koła w plecy. Potknął się jednak o coś leżącego na ziemi i przewrócił. Po chwili zdołał się podnieść, przysiadł na chwilę na kolanach.
I wtedy ją zobaczył.
Szła powoli, wyłaniając się z dymów po wschodniej części obozowiska, w prawej ręce trzymając bicz, w lewej sztylet, umazany we krwi. Ubrana była cała na czarno: w wiązane buty do kolan, przylegające do ciała skórzane spodenki nie sięgające nawet do połowy ud, również skórzaną, wiązaną z przodu bluzkę na szerokie ramiączka, do których doczepiona była peleryna. Tak jak mawiano, miała czerwone włosy spięte wysoko w kucyk, sięgający niemal do ramion. Z odległości ponad trzydziestu kroków nie był jednak w stanie zauważyć czy to, co powiadano o jarzących się czerwienią oczach i spiczasto zakończonych zębach i uszach to prawda. Widział jednak wyraźnie, że się uśmiechała. Wśród otaczających ją płomieni i pogorzelisku wyglądała niczym demon, żywiący się śmiercią, dla którego obraz taki jak ten to najzwyklejsza codzienność.
Tylko człowiek szalony mógł uważać, że w walce z nią ma jakiekolwiek szanse na wygraną.
Zatrzymała się dopiero w odległości niecałych dziesięciu metrów od kapitana straży. Pod wpływem jej głosu, Danielusowi mimowolnie przeszły po ciele dreszcze.
- Skoro tak bardzo chcesz ujrzeć mnie przed śmiercią... Mam jeszcze trochę czasu - machnęła biczem - jeśli tak bardzo ci zależy, żeby przez chwilę się z tobą pobawić - zupełnie tego nie ukrywając, naigrywała się z mężczyzny. Dla niej to była zwyczajna rozrywka. Natomiast naczelnik zniszczonego konwoju był tak wściekły, że patrząc na niego można by odnieść wrażenie, że zaraz wybuchnie. Splunął przed siebie.
- Suko, ze mną nie pójdzie ci tak łatwo.
Nie wydawało się, by wyzwisko zrobiło na niej jakiekolwiek wrażenie. Najemnik zerwał z siebie podartą i brudną szatę w barwach Zakonu Szklanego Chabra, odsłaniając stalowoszarą zbroję. Wyciągnął miecz i z krzykiem rzucił się do ataku. Dwa kroki wystarczyły kobiecie do uniknięcia ciosu. Zaświszczał bicz - miecz napastnika wyleciał wysoko w powietrze i upadł kilka metrów od właściciela, który natychmiast się po niego rzucił. Zapowiadało się zabawa nie będzie ani długa, ani ciekawa.
Tymczasem Danielus zdołał oderwać wreszcie wzrok od żywej legendy, którą przyszło mu spotkać i wrócił do próby ratowania towarzysza. Zdawał sobie sprawy, że to właściwie bezcelowy wysiłek, ale nie miało to dla niego znaczenia. Tym bardziej, że odniósł wrażenie, ze chwilę wcześniej przygnieciony chłopak jęknął. Nie potrafiłby go tak zostawić. Nie mógł.
Po raz kolejny chwycił mnicha i pociągnął ciało - tym razem, być może dlatego, ze przez jakieś dwie minuty, przez które obserwował czarownicę, wróciło mu nieco sił, udało mu się zrzucić zwłoki. Odsunięcie kolejnego ciała, sprawiło mu już o wiele mniej kłopotów. Popatrzył na nogi przygniecionego chłopaka. Wydawało się, że są w tragicznym stanie, wątpił, czy, nawet jeśli żyje, byłby w stanie sam chodzić. Ale dopóki później się to nie okaże, nie będzie wiadomo. Uklęknął i zarzucił sobie ręce chłopaka za ramiona. Nie czuł ruchów jego klatki piersiowej. Zacisnął powieki. Nigdy nie spodziewał się, że znajdzie się w tak potwornej, beznadziejnej sytuacji. Nigdy. Ale żalenie się w tym momencie na nic już się nie zda. Czuł słabość w nogach, ale spróbował się podnieść. Udało się. Stanął. Teraz trzeba było tylko bardzo ostrożnie i powoli iść przed siebie.
Tymczasem zabawa trwała dalej. Od uderzeń biczem, całe ręce najemnika były zakrwawione, nie był już prawie w stanie trzymać miecza.
- To jak? Już wystarczy? - uśmiechnęła się kobieta pobłażliwie, opierając dłoń trzymającą bicz na prawym ramieniu, drugą zaś o biodro. Najemnik krzycząc się rzucił się na nią z gołymi rękami, z głową pochyloną do przodu, ona jednak tylko uchyliła się po raz kolejny i podstawiwszy mu nogę, patrzyła się jak się przewraca. Dowódca jednak znów się podniósł, tym razem trzymając w ręku jakiś niewielki nożyk. Twarz czarownicy wykrzywił tylko nieokreślony grymas - istotnie, czasem granica pomiędzy wytrwałością, głupotą, a ośmieszaniem samego siebie jest bardzo niewielka.
Tym razem, gdy najemnik ponowił próbę ataku, uchylając się, wbiła mu pod pancerz sztylet i dodała potężnego kopniaka, który wysłał napastnika kilkanaście metrów ku północno-zachodniej części obozowiska. W tej kwestii był to zapewne koniec. Zostawała jeszcze tylko jedna sprawa do załatwienia. Przeszła kilkanaście metrów, odbijając nieco na lewo od kierunku, w którym poleciał rzucony. Skręciła bicz, miała już w rękach tylko sztylet. Starczy jedno cięcie.
Nagle, niecałe pięć metrów przed nią, z ziemi podniosła się postać. Mnich, mający na plecach innego zakonnika. A właściwie ciało, bo chłopak od dawna nie żył.
Wciąż trzymała w ręku sztylet, jednak nie upuszczenie go sprawiło jej mnóstwo wysiłku. Skręt ciałem który wykonała, by uniknąć ataku, być czynnością w pełni pozbawioną udziału świadomości, jednakże cięcie nożem po szyi było już jak najbardziej zamierzone. Były dowódca straży upadł pod jej stopami.
Dopiero w tym widać momencie dźwigający martwego mnicha musiał dostrzec jej obecność, bo zamarł i powoli odwrócił głowę.
Oboje stanęli w półkroku, jak gdyby nie mając pewności, co zrobić dalej, wpatrując się w siebie nawzajem, jakby byli jakimś niezwykłym zjawiskiem, z szeroko otwartymi oczami i twarzami, z których nie dało się w żaden sposób odczytać, jakie tak naprawdę myśli i uczucia kryją.
Czerwonowłosa kobieta szybciej otrząsnęła się z tego stanu.
- Jeśli chcesz żyć, wiej - odezwała się, nie ruszając się z miejsca. - Ten, kogo niesiesz, od dawna nie żyje, zostaw go i uciekaj - jej głos nie zdradzał żadnych emocji, był spokojny i stanowczy, wypowiedziane zdanie brzmiało niemal jak rozkaz.
Zakonnik jeszcze przez chwilę trwał w niezmienionej pozycji. Potem opadł na kolana, bardzo powoli zdjął z siebie ciało towarzysza podróży i ostrożnie położył je na ziemi. Nie ruszył się jednak z miejsca, wciąż klęczał, patrząc na rozerwane fragmenty przedmiotów leżące przed nim. Czarownica pomyślała, że może nie ma siły wstać, lecz gdy zrobiła krok w jego stronę, młody mężczyzna podniósł wreszcie głowę. Spojrzał na nią oczami pełnymi... obojętności? Na ułamek sekundy poczuła się zbita z tropu. Ale to była tylko krótka chwila, po której rozgorzała w niej wściekłość. Chyba sobie kpi!
Nie dostrzegł, kiedy pokonała dzielącą ich odległość. Chwyciła go za szatę pod samą szyja i podniosła, tak, że nie dotykał kolanami ziemi.
- Chcesz... żyć? - powiedziała, akcentując oba wyrazy.
Ich twarze były oddalone od siebie o mniej niż pół metra. A więc oczy i zęby to też prawda, pomyślał w duchu Danielus. Gdyby nie to, ze odczuwał pewną dozę lęku, pewnie by się teraz uśmiechnął. Natomiast kobieta nie miała pojęcia, co myśleć. Co z tym facetem było nie tak? Chciała darować życie jakiemuś wariatowi? Był tak blisko ucieleśnionego demona z opowieści, a z jego twarz wyrażała... znudzenie?
Tymczasem chłopak uważnie studiował obraz, znajdujący się przez jego oczami. Przypatrzywszy się lśniącym źrenicom, spojrzał na otaczającą z dwóch stron czoło grzywkę, potem na uszy - poczuł zawód, ze nie są spiczasto zakończone. Następnie na stożkowate, śnieżnobiałe zęby - nawet one mogły służyć morderczyni za świetną broń. Dalej jego wzrok zsunął się na szyję. Czarna aksamitka z jakimiś wzorami, o to ciekawe... Nagle zdał sobie sprawę, ze jego źrenice są rozszerzone, usta same się rozchyliły, a ramiona spięły.
Albo umarł, albo śni, inna możliwość nie istniała.
Trzymającej go nie umknął żaden szczegół z jego dziwnego zachowania. Na jej twarzy odmalowało się coś czego nigdy nie spodziewałaby się odczuć w tym miejscu, w takiej sytuacji. Zdziwienie.
- Znasz wczesnosyngocki... - to nie było pytanie, a stwierdzenie, choć pełne niedowierzania. Popatrzyła jeszcze przez chwilę na trzymanego, wzrokiem pełnym zaskoczenia, po czym nie puszczając go, podniosła głowę i, nasłuchując, wpatrywała się przez chwilę w jasnopurpurowe chmury.
- Zaraz tu będą - powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do chłopaka. Spojrzała na niego po raz kolejny, tym razem już dziwnym, zimnym wzrokiem, za którym kryć mogło się właściwie wszystko.
Błyskawicznym ruchem położyła go na podłożu, twarzą zwróconą do ziemi, po czym wykręciwszy mu ręce, skrępowała je mocno, przypuszczał, że sznurem, choć nie był w stanie go zobaczyć. Chwilę później to samo uczyniła z nogami, a na sam koniec założyła mu knebel, wkładając do ust kawał jakiejś szmaty, którą zawiązała silnie z tyłu jego głowy.
- Nawet nie próbuj się ruszyć - rozkazała, podnosząc się do pozycji stojącej.
Widząc to, co działo się na jego oczach, nawet nie zamierzał.
Nagle, zupełnie nie wiadomo skąd, chyba z powietrza, wyłoniło się czterech jeźdźców. Choć nie miał pewności, czy było to dobre określenie. Bo choć konie wyglądały w zasadzie jak konie, a osoby, które na nich siedziały prawie jak ludzie, to wątpliwości, ze nimi nie byli nie miał żadnej. Zarówno stworzenia z kopytami jak i istoty, które na nich siedziały zamiast głów miały białe czaszki, które wnętrza wypełniały płomienie. Demony.
- Aeiren zeglah*2, Kelhennest! - przywitał się, stojący na czele potwornego orszaku.
- Aeiren, Scehol - całkiem spokojna czarownica, odpowiedziała uprzejmością.
- Cieszę się, ze zechciałaś nam pomóc. I wybacz, że nie poprosiłem cię o to osobiście, ale musiałem dopilnować bardzo ważnej sprawy w Sehendonie*3.
- Nie musisz się tłumaczyć. Czas to to, czego obydwojgu nam brakuje.
Ponieważ Zkanghordzi*4 nie mieli możliwości wyrażania emocji mimiką twarzy, znaleźli zastępstwo na tą niedogodność - gdy chcieli, wysyłali fale mówiące osobom wokół nich o nastroju, jaki odczuwają. Fale wysyłane przez Scehola jednoznacznie wyrażały radość. Tymczasem oczodoły wypełnione płomieniami skierowały się na przestrzeń za czerwonowłosą kobietą.
- A to... kto?... - w głosie, który wydobył się z płonącej czaszki, dało się odnaleźć nutę zdziwienia.
- Ach, to - czarownica, ledwie odwróciła się do leżącego, z miną, jak gdyby dopiero go dostrzegła. - Pomyślałam, ze trochę rozrywki raz na jakiś czas nie zaszkodzi - uśmiechnęła się w sposób, który wielu przyprawiłby o dreszcze. - Poza tym, już prawie zapomniałam jak smakuje ludzka pieczeń.
Rozległ się potworny śmiech wszystkich pięciu postaci.
- Jesteś przerażająca - zabrzmiało to jak komplement, prawie jakby powiedział "jesteś niesamowita".
Na to już nie odpowiedziała, choć na jej twarzy wciąż gościł uśmiech. Ale jeszcze tylko przez chwilę.
- W konwoju nie było magów - nagle jej ton stał się bardzo poważny. Cała radość atmosfery w jednej chwili prysnęła, słowa zaciążyły echem niedopowiedzianych słów.
- Rozumiem - odpowiedział Scehol równie, a może nawet jeszcze bardziej poważnym głosem.
Danielus nie był w stanie pojąć, o co chodzi. Nie miał jednak wątpliwości jaki uczucie roztacza się na obszarze wokół ognistogłowej istoty. Zaniepokojony demon?!
- Na północy i południu byli - kontynuował zamyślony.
- Więc należy założyć, że była to najzwyczajniejsza zmyłka - skwitowała Kelhennest, choć trudno byłoby w jej głosie doszukiwać się pewności.
Dowódca demonów i czarownica wymienili spojrzenia. Danielusowi zadźwięczało w uszach od pola telepatycznego. Nastąpiła krótka i bezgłośna wymiana informacji. Po nieco ponad minucie, Scehol, ledwo zauważalnie skinął czaszką w stronę podwładnych. Jeźdźcy w mgnieniu oka znaleźli się przy opancerzonych wozach, nietkniętych ręką wiedźmy.
- Czas na nas - już na głos rzekł przywódca demonów. Można by odnieść wrażenie, ze westchnął. Mimo że fale wysyłane przez demona były mocno zaburzone przez niepokój, po raz kolejny dało się wyczuć w nich radość - tak, jak gdyby mimo złych wieści, starał się uśmiechnąć. - Dawno do nas nie zaglądałaś. Pamiętaj, że zawsze jesteś mile widzianym gościem w Piekle.
- Jak mogłabym zapomnieć.
Scehol podniósł rękę, po czym tak samo jak się pojawił, zniknął, rozpływając się w powietrzu, wraz z trójką towarzyszy i wozami.
Zimny nocny wiatr rozwiewał ostatnie dopalające się zgliszcza po niedawanej karawanie. Czarownica stała nieruchomo, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się jej demoniczny rozmówca.
Piekło... Tak, wypadałoby wkrótce znów tam zajrzeć.

* * *

Poruszył dłonią. Poczuł coś lekko szorstkiego i miękkiego. Nie słyszał nic, może oprócz cichego świergotu ptaków za oknem. Bał się otworzyć oczy, nie mając pewności, co ujrzy. Po kilku sekundach zdobył się jednak na tę odwagę.
Znajdował się w prostokątnym, skromnie urządzonym, ale ładnym pokoiku. W wazonie na stole były nawet kwiaty. Na resztę wyposażenia pomieszczenia składało się jeszcze tylko jedno krzesło, stojąca pod ścianą wysoka dwudrzwiowa szafa i łóżko na którym leżał. Wejście było oddalone od niego o dwa kroki, od strony po której miał głowę. Były też dwa okna - jedno za jego placami, drugie znajdujące się do niego równolegle, na drugim końcu pokoju. Pierwsze promienie słońca przebijały się przez ciężkie chmury - świtało. Już chciał się podnieść, gdy nagle usłyszał kroki. Zamarł.
Ktoś nacisnął klamkę, drzwi otworzyły się. Postać weszła do pokoju, rzuciła sporych rozmiarów worek na podłogę i usiadła na krześle. Prawą rękę położyła na stole, głowę odchyliła do tyłu, by oprzeć ją o ścianę, oczy miała zamknięte. Mijały sekundy, minuty, a ona ani drgnęła. Mimo to chłopiec nie był w stanie powstrzymać drżenia. Bał się, ale czuł, ze może uda mu się uciec. Miarowy oddech czarownicy wskazywał na to, że zasnęła. Wciąż obserwując kobietę, postanowił, że czas najwyższy powoli wstać. Nie zdążył jednak wykonać jeszcze najmniejszego ruchu, gdy usłyszał:
- Nie mówiono ci, ze to niegrzecznie się tak komuś bezustannie przyglądać?
Podniosła powieki i, przekręciwszy głowę, spojrzała w jego kierunku. Jego serce biło jak szalone, trząsł się jeszcze bardziej niż wcześniej.
Mijały jednak kolejne chwile i nic się nie działo. Siedziała dokładnie tak samo, nie poruszając się, tylko teraz wciąż się w niego wpatrywała. Wzrokiem, w którym trudno było mu dostrzec cokolwiek oprócz zmęczenia. Zauważył, że jej oczy już wcale nie mają tego potwornego czerwonego poblasku, a zęby, które ukazały się na krótką chwilę, gdy mówiła, wcale nie są ostro zakończone, wyglądają jak u zwykłego człowieka.
Szumiało mu i kręciło się w głowie. Nie był w stanie zrozumieć, o co w tym wszystkim chodziło. Nie rozumiał czemu w ogóle jeszcze żył.
- Nie martw się, wszyscy twoi przyjaciele są cali. Nie ruszyłam żadnego dziecka.
Chłopiec zrobił wielkie oczy. Skąd wiedziała, o czym właśnie pomyślał? Więc to była prawda, że potrafiła czytać w umysłach innych? Nic zatem dziwnego, że niepowodzeniem zakończyła się jego próba imitacji snu. Mimo to o wiele bardziej dziwił go fakt, że odezwała się do niego i to już dwukrotnie. I to wcale nie tak, jak z założenia powinna mówić znana na cały kontynent najemniczka i morderczyni, a tak, tak... Właściwie to sam nie wiedział jak. W sposób, który sprawił, ze miał już odwagę zapytać, o to, co nurtowało jego myśli. Podniósł się wreszcie z poduszki i starając się przybrać najbardziej harda minę, na jaką było go w tym momencie stać, zapytał:
- Dlaczego zabiłaś mojego wujka? Ktoś ci za to zapłacił?
Spojrzała na niego tak, ze miał wrażenie, ze zaraz wywierci w nim dziurę.
- Nie wydajesz się zbyt przybity, tym, że nie żyje.
Spuścił wzrok. Wtedy dopiero zauważył, że jego stare ubranie zniknęło, miał na sobie tylko bieliznę, na którą narzucona była, o wiele na niego za duża, biała koszula. W ciągu ułamka sekundy w jego sercu obudziła się panika. Spojrzał przestraszonymi oczami na czarownicę i zaczął przykładać ręce do brzucha, jakby czegoś szukał. Czuł, ze zaraz się rozpłacze, znajdował się już właściwie na skraju rozpaczy, gdy usłyszał:
- To, czego szukasz, prawdopodobnie leży za tobą.
Siedzący na łóżku odwrócił się błyskawicznie, jakby czegoś bał się o wiele bardziej, od przebywania w jednym pokoju z seryjną zabójczynią. Gdy odsłonił firankę, na jego twarzy momentalnie odmalowała się ulga i szczęście. Chwycił przedmiot leżący na parapecie i przycisnął go do klatki piersiowej obiema rękami.
- Hej - zwróciła na siebie uwagę uszczęśliwionego chłopca, a gdy odwrócił się w jej stronę rzuciła w niego brązowym woreczkiem. Upadł na łóżku, tuż obok niego.
- Masz dwa złamane żebra, ale wydaje się, że zrosną się ładnie. Oparzenia i rany posyp sobie proszkiem z worka, powinny zniknąć w ciągu dwóch, trzech dni, chyba udało ci się uniknąć zakażenia. Pomogę ci tam, gdzie nie dasz rady sięgnąć, ale to zaraz, muszę zejść jeszcze po kilka rzeczy - wstała, otworzyła drzwi i wyszła, żegnana szklistym wzrokiem swej niedoszłej ofiary.

Jechali już trzy dni. Właściwie cały ten czas Elion przespał, gdyż lekarstwo, jakie podała mu Kelhennest, miało działanie silnie usypiające. Może i mogłaby wybrać inne. Ale działanie tego było niezaprzeczalnie najszybsze, a jego skuteczność największa. Skłamałaby jednak, gdyby powiedziała, że nie istniał jeszcze jeden powód.
- Mogę cie o coś zapytać? - zwrócił się nieśmiało do siedzącej tuż za nim kobiety, gdy tylko przetarł oczy, nieco się rozbudził i napił łyk wody z bukłaka.
- Pytaj.
- To, co mówią o tobie ludzie, to prawda?
- Zależy o co konkretnie ci chodzi. Ludzie mówią o mnie dużo rzeczy.
Zawahał się na ułamek sekundy.
- O to, ze weszłaś w pakt z Panem Podziemi.
Nie mógł dostrzec wykrzywionego uśmiechu, który spowodowały te słowa, ponieważ jej głowa znajdowała się tuż nad jego.
- Chcesz jeszcze raz ujrzeć moją twarz demona, żeby nabrać pewności? - zaproponowała zachęcającym głosem. Odpowiedź była natychmiastowa.
- Nie! - krzyknął chłopiec. Poczuła, jak, prawdopodobnie na samo wspomnienie obrazu, przeszły go dreszcze.
- Ale cokolwiek myślą i mówią o tobie... - kontynuował po chwili Elion. Wyprostował się i uniósł głowę. - Wcale nie jesteś zła, jesteś bardzo, bardzo dobra.
Po jego wypowiedzi nastąpiła krótka chwila ciszy.
- Myślę, że jesteś bardzo mądrym chłopcem. I bardzo naiwnym.
Z łatwością była w stanie wyobrazić sobie jego naburmuszoną i oburzoną minę.
- To dlaczego mnie nie zabiłaś? - spytał odważnie. - I czemu mnie leczysz?
- Bo mój demon lubi, kiedy ofiary, jaki mu składam, są żywe i zdrowe - mogłoby zabrzmieć to przerażająco, ale oboje zdawali sobie sprawę, że był to żart. Prawdopodobnie, gdyż o więcej siedmiolatek już nie pytał.
- Widzę, że jesteśmy już blisko - rzekła czarownica, spojrzawszy przed siebie. Elion wytężył wzrok, mimo to niczego nie ujrzał.
Kelhennest miała jednak rację. Po następnej pół godzinie drogi i on widział już biały punkt na jej krańcu, który w miarę upływu czasu stawał się coraz większy i większy. Wkrótce był już w stanie powiedzieć, że to bardzo szeroki trzypiętrowy murowany budynek, pomalowany na biało i żółto. Miał całe mnóstwo wysokich okien, a z każdej jego strony otaczał go, rozciągający się aż po granice pobliskiego lasu, wielokolorowy ogród. Budowla nie miała żadnego ogrodzenia, mimo to odnosiło się wrażenie, że należący do niego obszar znaczony jest zasięgiem kwiecistego dywanu. To właśnie nim jego niewidzialna linia przecięła szeroką na dwa wozy ustawione obok siebie, wysypaną jasnobrązową ziemią drogę, czarownica zatrzymała konia. Budynek wciąż znajdował się w odległości większej niż pół mili. Elion odwrócił głowę.
- Nie jedziemy dalej?
Zwrócił się jednak do powietrza, ponieważ Kelhennest już zeskoczyła z konia. Wyciągnęła do chłopca ręce, by i jemu pomóc zsiąść. Dopiero, gdy obiema nogami stał już na ziemi, odpowiedziała:
- Ja nie jadę dalej.
Popatrzył na nią w dziwny sposób. Aż chwilę musiała się zastanowić, by zrozumieć, co ten wzrok wyrażał. Ale w końcu pojęła. Zdziwienie i... smutek. W ten właśnie sposób spojrzał na nią swoimi wielkimi, z lekka zamglonymi oczami.
- Dlaczego? - w jego głosie brzmiał cień wyrzutu.
Tego się nie spodziewała. Dziwne, tak bardzo niechciane uczucie pojawiło się w jej umyśle. Uczyła się je tłumić jednak zbyt długo i ciężko, by istniała jakakolwiek szansa, by nad nią zwyciężyło.
- Powiedzmy, ze nie jestem tu mile widziana.
- Dlatego, ze zabijasz?
Bezpośredniość chłopca ponownie ją zaskoczyła. Na krótką chwilę pozwoliła, by jej myśli odpłynęły daleko.
- Tak. Dlatego, że zabijam.
Zwróciła się w stronę stojącego obok kasztana i zaczęła rozsznurowywać jakieś wiązania. Po chwili odczepiła od siodła dużych rozmiarów wór i postawiła go przed chłopcem.
- Co to?... - nie rozumiejąc o co chodzi popatrzył na czarownicę.
- Otwórz - poleciła zamiast udzielić odpowiedzi.
Rozwiązanie sznurka zajęło mu kilka chwil. Po ujrzeniu zawartości aż odskoczył w tył. Jego oczy przypominały dwa duże spodki.
- Są twoje - najspokojniejszym w świecie głosem powiedziała kobieta.
- Moje?... - jego głos pełen był niedowierzania i ogromnego zdziwienia. - Ale... dlaczego?
Odpowiedziała be chwili zastanowienia.
- To proste. Bo. Tak. Chcę. Gdy dorośniesz, zrób z nimi co zechcesz. Na przykład będziesz mógł odwiedzić swoich kolegów i koleżanki w Kelinghan. Ale na razie radzę ci oddać je Sheali. Nie będziesz się musiał o nie martwić - wyprostowała się. Stali tak przez chwilę, patrząc na siebie. Potem czarownica odwróciła się, włożyła nogę w strzemię i już miała wsiąść na konia, gdy nagle poczuła, że coś ciągnie ją za płaszcz. Ponownie stanęła obiema stopami na ziemi, zwracając się frontalnie do Eliona. Bo to właśnie on, wciąż, trzymał ją za skraj peleryny. W końcu ją puścił i założył ręce za siebie.
- Dz.. dziękuję... Za wszystko... - miał spuszczoną głowę, ale trudno było nie dostrzec skapujących na ziemię łez.
Poczochrała mu ręką włosy.
- Słuchaj się siostry Sheali i pilnie ucz. I nie płacz już, w końcu jesteś chłopcem.
W dwóch błyskawicznych ruchach znalazła się na koniu i zagalopowała, zostawiając Eliona samego na środku drogi. Znalazłszy się w odległości kilkudziesięciu kroków od niego, odwróciła się jeszcze na chwilę, podniosła dłoń w pożegnalnym geście, po czym ponownie skłaniając konia do galopu, udała się w dalszą drogę.

Wpatrywał się w miejsce, gdzie zniknęła postać czerwonowłosej kobiety jeszcze długo potem, gdy całkowicie stracił ją z pola widzenia. Słońce już dawno minęło najwyższy na ten dzień punkt na niebie. Otarł w końcu ślady po łzach i odwrócił się. Podszedł kilka kroków do worka, zawiązał go, chwycił za sznurek i kierując się w stronę białego budynku, zaczął go za sobą ciągnąć, gdyż był o wiele za duży, by mógł zarzucić go sobie na plecy. Pokonanie dzielącego go od celu odcinka zajęło mu sporo czasu, a ciągnięcie pakunku było bardzo męczące, ani raz jednak, nawet w myślach, nie zaczął narzekać ani się żalić.
Wreszcie dotarł do białych schodków przed wejściem, wtargał worek na czterostopniowe podwyższenie i choć wciąż ciężko dyszał, stanął na palcach i zastukał okrągłą mosiężną kołatką. Wielkie drewniane drzwi otworzyły się po kilku sekundach. Pojawiła się w nich kobieta w średnim wieku, choć tak naprawdę ciężko byłoby mu ocenić ile ma lat, gdyż powaga bez wątpienia ich jej dodawała. Ubrana była w biały długi do ziemi habit i również biały kornet, których zakończenia obszyte były żółtym materiałem. Jej sroga mina wzbudziła w nim lekki strach, mimo to zaczął mówić:
- Dzień dobry. Przybyłem tu z...
- Wiem, kto cię tu przywiózł - ucięła mu bezceremonialnie, głosem zimnym i stanowczym. Przez chwilę patrzyła w dal, po czym ponownie zwróciła spojrzenie, na stojącego przed nią chłopca i rzekła:
- Nie stójże tak w progu. Wejdź, zaraz znajdziemy ci jakiś pokój.


Rozdział trzeci: "Pieśń o martwych i żywych" już wkrótce!

---------------------------

*1 - Aklehen Savirion - (z esenlandzkiego) Góry Południowe
*2 - Aeiren zeglah! - (z Zindhor [taka wspólna mowa demonów Tongue]) - Witam uniżenie!
*3 - Sehendon - (z Zindhor) Kraina Wiecznego Cienia
*4 - Zkanghordzi - "rasa" demonów

I piosenka:
http://slash2fx.wrzuta.pl/audio/5gz4GjEX...rever_lost

"Wyobraź sobie, że Twoje marzenie znajduje się na szczycie drzewa."
[Obrazek: M21c9OC.jpg]
21.02.2010 04:03
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Tatra Offline
I Oficer
Pirat

*
Liczba postów: 494
Dołączył: 06.08.2009
Skąd:
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #9
 
Eihnaren napisał(a):Pod wpływem jej głosu, Danielusowi mimowolnie po ciele mimowolnie przeszły dreszcze.

O jedno "mimowolnie" za dużo :-P

Eihnaren napisał(a):Po chwili odczepiła od siodła dużych rozmiarów wór i postawiła go chłopcem.

Przed chłopcem powinno chyba być "przed".

Ogólnie to kolejny majstersztyk w twoim wykonaniu ^^ WIĘCEJ :-D

[Obrazek: the_witcher_sig_by_imperial_shagon.png]
21.02.2010 11:23
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Nac Offline
Kapitan
Pirat

*
Liczba postów: 715
Dołączył: 16.09.2009
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #10
 
To chyba jak na razie najdłuższa część Wink Nie mogłem się nadziwić, że czerwonowłosa pomoże dla chłopaka, ale myślę, zę może to mieć jakiś związek z tym, że zna wczesnosyngocki

Rozdział bardzo mi się podobał.


21.02.2010 12:35
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama