Aktualny czas: 22.11.2017, 23:57 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Z mniejszym ale wciąż poślizgiem przedstawiamy: Rozdział 884 PL
Odpowiedz 
[Op. historyczne] Taihen Hanashi
Autor Wiadomość
Najuch Offline
Bóg Urlopu
Pirat

*
Liczba postów: 912
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Olsztyn
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Taihen Hanashi
Tak sobie pomyślałem, że wrzucę kawałek pierwszego mojego dzieła. Ale zanim przejdziecie do czytania chciałbym wyjaśnić parę rzeczy.

1. Kiedy to pisałem byłem gnojkiem, który nie miał bladego pojęcia o Japonii i dlatego wiele rzeczy jest tutaj po prostu nie spójnych, albo bezsensownych. Moja wiedza z tamtego czasu opierała się głównie na Kawaii, zaś o takich seriach jak OP nawet nie wiedziałemTongue

2. Opowiadanie powstawało długo przed tym zanim ukazało się Samurai Champloo, dlatego wszelkie podobieństwa między głównym bohaterem, a Mugenem są absolutnie niezamierzone. Po prostu - tak wyszło, a wiele czytelników zdążyło mnie już za to zganić, wy nie musicie tego robić

3. Styl w porównaniu do WW leży i kwiczy.

4. Opowiadanie ma 65 stron nie jest zakończone i na 99% nigdy nie będzie.

5. Fanom WW wspomnę, że podczas pisania tego opowiadania pierwszy raz w moim zamyśle pojawił się Cortez i Kaneyama(wtedy jeszcze Kanegawa)... Praktycznie zdarzyło się to gruuuubo przed Sesyją...

Jeśli komuś to nie przeszkadza to zapraszam:


Taihen Hanashi

DZIWNA HISTORIA





Rozdział pierwszy


Gospoda w której się zatrzymała była niewielka, jedyna w tej górskiej wiosce - Hito. Drewniane ściany przetykane słomą mógłby spalić nawet najdrobniejszy płomyk, a strzecha, bo dachem się tego nie godziło nazwać, wydawałaby się runąć nawet pod wpływem głośnego kichnięcia. W środku stały, niedbale sklecone, trzy drewniane stoły; przy każdym po kilka krzeseł, równie "okazałych" jak reszta oporządzenia. Za strzaskaną latami awantur ladą stał właściciel gospody, niski mężczyzna o cienkich brwiach, w beżowym, letnim kimonie. Mierzył wzrokiem swoją gospodę i ledwo trzymające się meble. Przy jednym z nich siedziało kilku miejscowych, u których procenty już dawno zwyciężyły nad rozumem, dwa pozostałe stoły były wolne, a na ławce(spróchniałym drewnie),przy ścianie, siedziała...
Siedziała ona.
Kiedy to się stało spokojnie popijała poranną herbatę. Taka przyjemność zdarzała się nieczęsto z powodów prozaicznych, czysto finansowych. Herbaty miała okazję się napić na tyle rzadko, że mogłaby się rozkoszować tą jedną filiżanką liści zalanych gorącą wodą nawet przez pół poranka. Rozpoczęcie dnia gorącym napojem, potem rozluźniającą kąpielą, było przecież niezwykle ważne dla młodej, ledwo siedemnastoletniej dziewczyny. Ona jednak musiała o tym zazwyczaj zapominać, ciesząc się łykiem ze źródełka i obmyciem się przy temperaturze, która niejednego osiłka posłałaby pod kołdrę. Przyjmowała z pokorą, że taki rarytas jak herbata zdarzał się raz w tygodniu, przecież raz na wozie raz pod wozem - jak to się mówi. Myślę jednak, ze każdy człowiek, który żyje na tej planecie utracił by panowanie nad sobą, gdyby został pozbawiony tej przyjemności. O, choćby rzuconym ogryzkiem jabłka. I to celowo.
Herbata wylała się na ławkę obok niej, kubek odbił się od ściany i potoczył po podłodze. Miała naprawdę sporo szczęścia, że jej podróżne ubranie nie zostało zalane. A ubrana była zupełnie nie jak na kobietę przystało. Miała na sobie ciemną, luźną hakamę, a na górę jakby białą karategę z podwiniętymi rękawami za łokcie. Pod spodem nie miała nic, poza obandażowanym biustem, jak zwykły nosić się kobiety ćwiczące kendo, bądź yarido. Jej ciemnoczarne, długie i upięte wysoko z tyłu głowy włosy, doskonale komponowały się ze strojem stwarzając niesamowity efekt. Na stopach odzianych w skarpety tabi nosiła waraji. Była dosyć urodziwa, lecz widać było zmęczenie na jej twarzy, które zupełnie nie pasowało tak młodej niewieście.
Drgnęła jej brew. Wstała i poraziła spojrzeniem jednego z pijaczków, który rzucił, było nie było bardzo celnie, ogryzek. Ogarnęła ją złość, miała ochotę rzucić się na tego człowieka, zabić go, zmiażdżyć, ograbić, a potem kupić sobie pięć herbat.
-Nie podobasz nam się.- oznajmił pijak tonem jakby zrzucał na dziewczynę straszliwą klątwę.
-Kupisz mi teraz drugą herbatę.- rzekła bardzo spokojnie, jednakże we wnętrzu naprawdę musiała się powstrzymywać.
Pijaczyna roześmiał się głośno jego kamraci mu zawtórowali.
-Dziewczyno jesteś dowcipna! Takim tonem do mężczyzny! - chichotał po cichu.- i do tego jak ty jesteś ubrana? Nie jak kobieta.
-Zaraz z ciebie to wdzianko zedrzemy.- mruknął drugi pijak.
Wstał, i postąpił krok naprzód. Odór alkoholu i spoconego ciała, był dla dziewczyny niemal nie do wytrzymania, bo węch miała doskonały. Podniosła katanę i wakizashi oparte ścianę, obok. Zacisnęła dłoń na rękojeści miecza, wakizashi zatknęła za obi po swojej lewej.
-Odstąpcie.- ostrzegła.
-Kobieta... ma miecz?! - warknął z niezadowoleniem mężczyzna.- przecież to niedozwolone! Wam nie wolno!
-Odstąpcie i kupcie herbatę - powiedziała raz jeszcze.
-Ty nie masz prawa mieć miecza!!!- ryknął facet i dobył noża.
-Dajcie mi spokój. Nie chcę walczyć. - oznajmiła podważając tsubę kciukiem.
Zadyma wisiała w powietrzu.
Nie miała ochoty nikogo zabijać, zwłaszcza teraz, gdy miała dosyć dobry humor. Tylko, nie to... Wtem usłyszała stęknięcie. Miała bardzo wyczulony słuch, w młodości wręcz słynęła z tego. Ktoś stał w progu.
-O rany, rany ależ wy hałasujecie...Matakuuuu....- do gospody wkroczył ziewając głośno chudy mężczyzna z w ogóle nieuczesanymi, przydługimi włosami, z bardzo luźną szarą koszulą o krótkich rękawach i zielonych krótkich - letni ubiór typowego wieśniaka, którego nawet nie stać na kimono. Na bosych stopach miał waraji. Drugiego człowieka tak przymulonego chyba na próżno by szukać w całym kraju - pomyślała. W życiu takiego nie widziała. Ewidentnie był na kacu, zapach od niego płynący raził niczym świeże krowie odchody. Był dosyć wysoki, na oko miał około dwudziestu jeden lat i podobnie jak hulacy z gospody, znajdował chyba w alkoholu jedyną przyjemność. Z całą pewnością. Jako szatyn wyróżniał się spośród innych mieszkańców Hito, których włosy były zazwyczaj czarne. Wyglądał na człowieka, który kompletnie nie przykładał wagi do wyglądu, jego koszula była łatana w kilku miejscach, w ogóle szmaciana, spodnie ostro przetarte, a sandały ledwo się trzymały. Ziewnął raz jeszcze i się przeciągnął. Wyciągnął z kieszeni zgiętego nieco papierosa i zapałki. Zaciągnął się i wydmuchał nosem.
-O, pan Shiro!!! Już podaję! Wodę, tak?- na widok mężczyzny właściciel ożył i natychmiast zanurzył kubek w wiadrze z wodą. Postawił go na ladzie i wyciągnął otwartą dłoń czekając na zapłatę.
Shiro poszperał trochę po kieszeniach, wyciągnął miedziaka i rzucił mu go. Mimo, ze stał sześć metrów dalej idealnie trafił w dłoń.
-Co ty za jeden?! - warknął jeden z pijaków, jakby dopiero co ożył.
-Mówię, żebyście się zamknęli. Przez was się obudziłem. - mruknął Shiro powoli idąc w stronę lady. - spałem przed gospodą...
-Oż ty! Nikt, kto mnie obraził nie chodzi po tym świecie żywy!!!- hulaka postąpił naprzód kilka kroków i uderzył swą dosyć duża ręką, ciosem sierpowym.
Trafił w powietrze, aż się zakręcił. Shiro był już dalej i siadał na stołku. Pijak nawet nie mógł uwierzyć, że spudłował. Czy aż tak był nietrzeźwy?
Zaatakował jeszcze raz, tym razem prostym. Shiro akurat sączył powoli wodę, toteż tylko odchylił głowę na bok i wykonał delikatny ruch lewą ręką. Uniknął ciosu, a podrzucony pijak wylądował za ladą tuż koło gospodarza. Ten, zamiast się martwić, że zaczynają niszczyć mu lokal, bo istotnie upadek mężczyzny rozbił małą amforę z sake, wystawił tylko głowę przez okno.
-Heeej!!!! Draaka!!!! Chłopaki, biją się!!!!!!
Dziewczyna zatknęła katanę za obi i usiadła na stołku pod ścianą, koło ławki. Nie musiała już dobywać miecza, uwaga pijaczyn była skupiona a chudym mężczyźnie, który właśnie kończył kubek wody. Po chwili odrzucił go i wstał szybkim ruchem, a do gospody wpadło około piętnastu mężczyzn, rządnych rozróby. I wszyscy rzucili się na wszystkich.
Przez następne pięć minut latały tylko krzesła i stoły, oraz co jakiś czas ludzie. Shiro podskakiwał między tłumem, bawił się po prostu w najlepsze, używając jako broni wszystkiego co wpadło mu w ręce. Gdy jeden z miejscowych wyciągnął nóż Shiro najprościej w świecie wykręcił mu nadgarstek, odbierając mu ostry przedmiot, po czym, unikając następnego ciosu odrzucił go daleko. Przy okazji uraczył kogoś potężnym łokciem w szczękę. Po niedługiej chwili pierwsi zapaleńcy zaczęli wypadać z tłumu bez przytomności lub bez zębów.
Umiejętności Shiro były zadziwiające. Już sam fakt, że potrafił on poruszać się w tłumie rozjuszonych wieśniaków jak chciał i gdzie chciał, pokazywał jakiego kalibru był on wojownikiem. Niesamowicie zaprawiony w boju, myślała dziewczyna.
-Nudno- mruknął Shiro bijąc kogoś po twarzy.
Co chwilę, ktoś wpadał na stół lub jakąś szafkę niszcząc ją doszczętnie. Po długich jak wieki kilku minutach, wszystko się skończyło. Na ziemi leżało czterech pijaków reszta poobijanych rozeszła się już na spokojnie do domów. Shiro stał sam po środku gospody. Na jego twarzy widać było niewielki uśmiech. Uśmiech satysfakcji.
-Czy to była walka o... że tak powiem, samicę?- odezwał się po chwili.
-Proszę? - dziewczyna podniosła głowę zdziwiona tym jakże bezczelnym przecież pytaniem.
-Bo teoretycznie cię uratowałem. Teraz powinienem mieć prawo cię posiąść.
-Przykro mi panie, ale muszę cię zawieść. I nie radzę próbować.
-Przecież widziałaś co potrafię, a mimo to...
-Widziałam.
-Shiro. - przedstawił się.
-Kichiru - odpowiedziała, chyba tylko i wyłącznie z grzeczności, po czym skłoniła się lekko i chciała odejść.
-Czekaj... - mruknął Shiro bardzo znudzonym głosem - twoja herbata.
Podszedł do leżącego nieprzytomnie gospodarza po oberwaniu czymś w głowę. Żył, ale na pewno nie byłby w stanie podnieść się do wieczora. Podrapał się po policzku.
-Umiesz ją parzyć?- zwrócił się do Kichiru.
Nie miała żadnej ochoty zostawać dłużej w tym żenującym miejscu, z tym żenującym facetem, który nawet nie potrafił zaparzyć herbaty, choć walczył świetnie. Ale ochota na ten wspaniały napój sprawiła, że wszystko inne przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Zaparzyła dwie herbaty, po czym jedną postawiła przed Shiro. Usiadła na ławeczce, opierając miecze o ścianę. Pociągnęła długi łyk i od razu poczuła się lepiej. Shiro siedział przy ladzie, wychylił całą zawartość kubka jednym łykiem jakby było to niedobre lekarstwo. Po czym wstał, pogładził się po przetłuszczonych włosach i napełnił sobie kubek sake. Wypił, nalał raz jeszcze, wypił.
-To lepsze niż herbata. - mruknął do Kichiru, bekając przy okazji. Nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi.
Mężczyzna wstał, wszedł za ladę i wyciągnął coś podłużnego. Katana. Co prawda nieco dłuższa, ale bez wątpienia katana. Tylko tsuba byłą nie z tej ziemi takiego kształtu Kichiru jeszcze nie widziała. Wyglądała jakby była to garda broni którą Kichiru kiedyś znalazła z Hitorim Yanai na plaży, po katastrofie statku barbarzyńców. Tyle, że tamta była ostro zagięta i dużo cięższa... Dziwny był to miecz i dziwny był jego właściciel który wetknął go za pasek u spodni, ale nie przy boku, tylko z tyłu, absolutnie niewygodnie, dla normalnego człowieka. Jak takie coś wyciągać?, pomyślała Kichiru, ale nie miała najmniejszej chęci rozmawiać o tym, z brudnym i cuchnącym wieśniakiem.
-Ładne masz miecze... Wiesz, ze kobieta nie może ich nosić? - odezwał się po dłuższej chwili milczenia.
Kichiru drgnęła. Miała katanę na wyciągnięcie ręki, ale była niemalże pewna, że mężczyzna nie zaatakuje.
-Jakbym był samurajem, to pewnie bym cię zabił. - burknął znudzony założył ręce na kark i skierował się do wyjścia. Ale tuż przed nim się zatrzymał - skąd wiesz, że nim nie jestem?
-Wiem. - odparła Kichiru znudzona już naprawdę tą konwersacją, po czym podniosła głowę.
Shiro przy drzwiach nie było. Był już po jej prawej stronie.
Katana Kichiru ożyła w ułamku sekundy. Metal przeciął powietrze, niemalże zahaczając o jej nos. Cięła od dołu, Shiro odbił luźno spodem rękojeści miecza. Zauważył zdziwienie na twarzy Kichiru i wyprowadził kopnięcie z boku, które dziewczyna zręcznie ominęła i stanęła w rozkroku trzymając katanę w prawej ręce, gotowa do drugiego starcia.
Shiro zaśmiał się w głos. Schował miecz. Kichiru się nie rozluźniała. Stała, gotowa skrócić mężczyznę o głowę, jeżeli znów zaatakuje.
-Ładne masz miecze, ładnie walczysz... -powiedział z szelmowskim uśmiechem. Takim, który sprawił, że Kichiru opuściła miecz. - i sama jesteś ładna.
-Dlaczego mnie zaatakowałeś? - spytała ze spokojem, ale z pąsem na twarzy.
-Chciałem się upewnić, że jesteś dobra. Tak jak myślałem, mogłaś zmiażdżyć tę czwórkę i bez broni...
-A jeśli by tak nie było? Jeśli byś mnie zabił?
-Byłem pewny, że unikniesz ciosu. A zresztą to nie było na serio.
Nie na serio?, pomyślała Kichiru, czyli on może być szybszy? Shiro różnił się od innych, których spotkała na swojej drodze. Był silny, szybki, wytrzymały, nie dbał o życie. Dlatego był takim dobrym wojownikiem. Oceniała swoje szanse w starciu na serio. Stwierdziła, że by przegrała, a przecież jej umiejętności również wykraczały poza wszelkie normy. Mimo, że przecież nie była z rodziny samurajskiej.
Urodziła się w wiosce nadmorskiej, była córką prostego rybaka i praczki. Połowę swojego życia spędzała siedząc w domu, ucząc się podstawowych rzeczy, które dobra żona powinna umieć. Gdy osiągnęła wiek lat dziesięciu stwierdziła, że nie chcę już robić tego, co dotychczas robiła. Jakież było zdziwienie jej rodziców, gdy dziewczyna ujawniła, iż chce uczyć się fechtunku. Próbowali jej to wybić z głowy, najpierw prośbami, potem siłą. Kiedy bicie zawiodło, ojciec Kichiru zagroził, że wyrzuci ją z domu. Zanim zdążył to zrobić dziewczyna sama odeszła. Poszła za roninem - podróżnikiem, samurajem bez pana. Nazywał się Hitori Yanai. Więcej w rodzinnej wiosce jej nie widziano.
-Idę stąd. - mruknął Shiro wychodząc z gospody. - jestem głodny seksu i jeszcze... ehhh...
Kichiru schowała katanę i razem z wakizashi umieściła za obi. Dopiła herbatę i siedziała, aż znów ogarnął ją zupełny spokój. Wstała i wyszła. Droga rozwidlała się w dwie strony. Po lewej w oddali majaczyła chuda sylwetka Shiro. Skręciła w prawo. Na wschód.


Czy wiecie, jak to jest być kąsanym przez komara? Na pewno. Potem się go zabija i ma święty spokój. Potem przylatuje następny, również nas kąsa, znów go zabijamy. Potem następny i następny. Akcja ta powtarza się w nieskończoność, w każdy niemalże letni wieczór. Czasem komar bywa na tyle sprytny, że trzeba użyć specjalnych środków, by coś zdziałać. I to by było na tyle, każdy latający insekt kończył swój żywot po chemicznym kwasie. Czy jednak możliwe jest, by znalazł się jakiś na tyle uparty, żeby pojawić się dwa razy? I dwa razy ukąsić?
Od porannych wydarzeń minęło zaledwie pół dnia, gdy Shiro stwierdził, że jest głodny. To przecież tylko pięć godzin, raz nie jadłem trzy dni, mówił sobie, ale dobitne burczenie w brzuchu stanowiło najlepszą ripostę na jakiekolwiek próby tłumaczenia. Shiro szedł bez przerwy, zależało mu, by jak najszybciej znaleźć się w Owakayamie, najbliższym większym mieście w promieniu kilku tygodni drogi. Znajdował się na półwyspie Satoji, nie pamiętał dokładnie w jaki sposób się tu znalazł, ani dlaczego tyle tamtego dnia (a raczej dni)wypił, ale czuł się bezpiecznie. Ziemie klanu Satoji były neutralnie nastawione do wędrowców, a ich bardzo tolerancyjni, w końcu podobno mieli w sobie nieco barbarzyńskiej krwi przywiezionej z za morza, które rozciągało się daleko na północ. Dlatego nikt nie pytał go kim jest ani czemu ma miecz. Przynajmniej dopóki nie trafił na większy patrol. Nie mógł sobie pozwolić na postój na posiłek, bo to opóźniło by dotarcie do celu, gdzie chciał znaleźć się przed nocą. Nie było to niemożliwe, bo słońce wisiało wysoko, ale mimo to do Owakayamy pozostawało jeszcze około dziesięciu mil. Droga ta byłaby nieco krótsza i dużo lżejsza, gdyby udało mu się wejść na gościec. Może po drodze spotkałby jakiś powóz kupców jadących do miasta i w ten sposób ulżył sobie ponad cztery godziny.
Shiro nie znosił podróżować. Nie znosił wręcz niczego. Prawie wszystko stanowiło dla niego utrudnienie i przeszkadzało mu. Jedyne co lubił o dobry alkohol, ładne kobiety i porządną walkę. Słabo czytał i pisał, liczyć potrafił, ale o trudniejszych rachunkach nie mógł nawet marzyć, nie miał zdolności artystycznych, nie znosił wytwornych szat. Wkurzały go takie rzeczy. Dla niego nie ważny był wygląd, czy wiedza. Żył chwilą, cieszył się przyjemnościami, które niesie życie, a dobrze wiedział, że żeby tym się cieszyć, to trzeba najpierw żyć, co tamtych czasach wcale nie było takie łatwe jak się wydaje. Dlatego właśnie doskonale jeździł konno, strzelał z łuku, jakby się urodził z nim w dłoni, a w walce kataną ciężko było znaleźć mu równego przeciwnika. I te jego umiejętności wcale nie były przypadkowe. Przez piętnaście lat swojego żywota nazywał się Kodokawa Hitoshiro. Albo Hitoshiro z klanu Kodokawa. I był najzdolniejszy.
Zatrzymał się w końcu i wyłożył się na brzuchu. Dotarł na gościniec. Szeroka na około trzy sążnie droga z kamienia ciągnęła się prosto po tym równinnym obszarze i biegła daleko, daleko, gdzie na horyzoncie malowały się zabudowania Owakayamy.
-Umieram z głodu.- jęknął do siebie.- Mattaku...
Leżał tak przez godzinę gderając jak to mu się nie chce iść, albo o tym jak jest nudno. W końcu pozwolił sobie na przerwę, było już co prawda popołudnie i do miasta nie miał szans dojść przed zmrokiem, ale przynajmniej był na gościńcu. Zmierzał tak w stronę Owakayamy już od tygodnia, po wizycie u swojego przyjaciela Toshiego Surawaki- samuraja. Został poproszony przez niego jako kaishiaku, gdyż Surawaki musiał popełnić samobójstwo z rozkazu swojego pana, z powodów nie znanych Shiro. Niemalże bez uczuć pomógł on zejść ze świata swojemu przyjacielowi. Po tym postanowił wrócić wreszcie do Owakayamy, do swojego innego przyjaciela - Shinno Masazaku, którego dom stanowił dla Shiro stuprocentowe miejsce, gdzie mógł spać spokojnie. Do tego Masazaku miał urodziwą siostrę, która z całego serca i całej duszy kochała Shiro, musiała się jednak zadowolić tylko zaspokajaniem jego potrzeb. Pracowała w burdelu, ale Shiro traktowała znacznie lepiej, niż zwykłego, kolejnego klienta. Tyle że towar miał za darmo. Nie kochał jej, ale był przecież tylko mężczyzną. Nie rżnął się od tygodnia, brał go szlag, nie wiele mu brakowało do tego, żeby posiąść Kichiru, choćby siłą. Wiedział jednak, że żeby to zrobić, musiałby ją najpierw pokonać. A to byłoby trudniejsze, niż zabicie jej. Nie sądził, żeby ta dziewczyna wypuściła miecz z dłoni. Chyba raczej umarłaby ściskając jego rękojeść. W ogóle poranne wydarzenie ucieszyło go i zaskoczyło. Dawno nie walczył z tak dobrym szermierzem jak Kichiru właśnie, więcej, dawno nikt nie uniknął jego pierwszego ciosu i bez zawahania nie wyprowadził kontry. Mimo, że zwarcie trwało może z dwie sekundy, to sprawiło mu więcej przyjemności niż jakikolwiek inny nawet trzyminutowy pojedynek. Chciał zmierzyć się z nią raz jeszcze, rozciąć tą gładką, jasną skórę zimnym ostrzem swojego miecza, poczuć zapach krwi. Postanowił, ze spotka ją jeszcze raz, że musi się to stać. A potem opatrzy jej ranę i przeleci. Nie, tak naprawdę nie planował tego, ale tym momencie nie był wstanie myśleć o niczym innym. Westchnął ciężko.
Usłyszał odgłos zbliżających się koni. Miał dobry wzrok, więc doskonale widział, kto się zbliżał. Jechało konno w jego kierunku ośmiu ludzi z czego sześciu z pewnością było samurajami. Dwóch pozostałych była to być może służba. Z przodu jechało obok dumnie dwóch samurajów, za nimi najprawdopodobniej ich pan, odziany w złotą szatę, wraz z młodym chłopcem, za nimi służba ubrana jak na służbę bogato, a z tyłu jeszcze dwóch wojowników. Jeden z nich wiózł ze sobą sztandar. Shiro nie rozpoznał na nim czteroramiennej gwiazdy, która była monem klanu Satoji. Ujrzał orła trzymającego w szponach katanę. Nie znał tego monu. Zmierzył ich wzrokiem. Jeżeli wywiązała by się walka, to... Jeżeli byliby to zwykli samurajowie wygrałby bez problemów. Ale coś nie dawało mu spokoju. Coś mu mówiło, że to nie są zwykli ludzie. Jeden z samurajów, gdy tylko zauważył, że jakiś odziany w łachmany brudas stoi po środku gościńca sto pięćdziesiąt jardów przed nimi przyspieszył i szybko dojechał do niego. Shiro podniósł niechętnie głowę.
Na karym, pięknym koniu siedział niewysoki mężczyzna o dosyć kobiecych rysach twarzy, chodź z drobnym zarostem, z długimi, rozpuszczonymi, szatynowymi włosami. Jego prawej dłoni brakowało kciuka jak zauważył Shiro, gdy samuraj wyciągał do niego dłoń, bynajmniej nie w zabójczym geście. Zbroję na torsie ozdabiał ten sam orzeł, który powiewał na sztandarze.
-Zejdź proszę panie z drogi. - odezwał się spokojnym uprzejmym głosem jeździec, a widząc brak reakcji, dodał - Zejdź bo zginiesz...
-Hej, jeszcze nie zabiłeś śmiecia? - zawołał drugi samuraj, który właśnie zbliżał się do nich, a za nim cała reszta. - raz, dwa ci pomogę.
Shiro już chciał sięgnąć po miecz, chciał zobaczyć co wyniknie z walki, i czy zginie, ale nie zdążył. Otrzymał potężne uderzenie rękojeścią miecza w głowę, które kompletnie wytrąciło go z równowagi, sprawiło, że wszystko pociemniało i że spadł z gościńca.
-Już po sprawie... - usłyszał podnosząc się z ziemi.
Nim zdążył wstać i wyciągnąć miecz, samuraje byli już daleko. Spojrzał za nimi. Dlaczego nie zginął? Dlaczego się nie obronił? Może dlatego, że tak na niego podziałał długowłosy samuraj? Myśli kłębiły się w głowie Shiro. A może on uratował mu życie? To krótkie zetknięcie z samurajami, którego nie miał już od dawna pokazało mu po raz trzeci w życiu, że i on może zginąć. Za pierwszym razem odniósł ciężkie rany. Za drugim umarł. Umarł Hitoshiro. Teraz za trzecim, nic mu się nie stało, no może z wyjątkiem stłuczenia na skroni. Był to niezwykły dzień. Spotkał dwie niezwykłe osoby, w dwóch naprawdę niezwykłych miejscach. W obydwu przypadkach zawiódł sam siebie. Raz, że tak szybko skończył walkę z Kichiru, dwa, że dał się tak łatwo uderzyć długowłosemu. Postanowił że już nigdy się nie zawaha. I dzięki temu nie zginie. Spojrzał na Owakayamę i powolnym, kulejącym krokiem ruszył w jej kierunku, a kiedy w końcu dotarł, było już ciemno.
Owakayama leżała na południu półwyspu Satoji niemalże na granicy z nadmorskimi ziemiami klanu Sora, była miastem dosyć bogatym, ale bardziej kupieckim, W której nie mieszkało zbyt wielu samurajów, poza standardowym garnizonem, wyszkolonych Satoji. Za to wszelkiego rodzaju biedni mieszczanie lub chłopi, jeśli chcieli, mogli za niewielką kwotę mieszkać w mieście, a ziemię uprawiać tuż poza granicami, bo Owakayamę otaczały naprawdę ogromne pola uprawne. Można tu było bez trudu sprawić sobie ochronę z roninów, albo yakuzy, przestępczość była spora, ale generalnie ludzie żyli w pokoju i przyjaźni.
Jak w każdy wczesnojesienny wieczór ulice były rozświetlone płomieniami, a ludzi nie brakowało, przechadzali się to w jedną, to w drugą stronę. Nikt nie zwrócił uwagi na Shiro, który powoli kroczył po chodniku z opuszczoną głową. Był niesamowicie głodny, zmęczony i rządny seksu. Musiał tylko dość do herbaciarni swojego przyjaciela, tam czekały go wyśmienita kolacja, a potem przyjemności z Nanako, siostrą Masazaku. Tylko gdzie ona była? Za każdym razem gdy odwiedzał Owakayamę miał problemy, bo plątanina uliczek, która tworzyła istny labirynt, brała górę nad jego zdolnościami orientowania się w terenie. No ale nie ma się co dziwić jeżeli dookoła naraz słychać setki głosów, w końcu kilka tysięcy osób toczy swe własne życie na terenie jednego miasta.
Po jakimś czasie Shiro uporał się jednak z tą przeszkodą i wkroczył powoli o niewielkiego pawilonu, który zupełnie nie pasował do innych, większych gmachów które go ze wszystkich stron otaczały. Wystrój środka był ubogi, lecz elegancki, nic dziwnego, że wszystkie niemalże stoły były zajęte. Shiro szukał wzrokiem swojego przyjaciela.
-Shiro-san!- mężczyzna obrócił się słysząc znajomy głos.
Stała za nim Shinna Nanako, odziana w piękną Yukatę w kwiaty sakury.
-Witaj Nanako-san! - zawołał z uśmiechem. - Czy jest Masazaku?
-Nie nie ma go, poszedł na egzekucję.
-Co???? A co zrobił??!!
Nanako roześmiała się.
-Nie swoją głuptasie. Jakiś ronin przestępca został skazany na ścięcie. Ponoć zhańbił się tak, że odebrano mu prawo do seppuku i do tego skazano na publiczną egzekucję.
Shiro dostrzegł ruch w lewym rogu lokalu, ale wiedział, że to nic groźnego, nie sięgał po miecz.
-Powiedziała pani ronin?
Przed nimi stała Kichiru.
-Ooo... witam ponownie! - powiedział zdziwiony Shiro.
Był zaskoczony. Jeżeli Kichiru dotarła tu przed nim, to oznacza; raz, że musiała iść szybciej niż on, dwa, że musiała iść bez żadnej przerwy, trzy, że świat jest naprawdę mały. Przecież ona była tylko dziewczyną, a na jej twarzy nie było widać śladu zmęczenia. Może podwiózł ją ktoś? pomyślał Shiro, ale stwierdził, że to niemożliwe, bo wieziono by ją gościńcem. A żadnego powozu nie widział. Czyli faktycznie Kichiru była bardziej przyzwyczajona do podróży niż on. Naprawdę się dziwił, bo myślał, że on, który raz szedł trzy dni bez przerwy nie ma sobie w tym równego. I mylił się.
-Znowu ty... - mruknęła Kichiru bez cienia uprzejmości. Nie miała ochoty widzieć znów człowieka silniejszego od niej. Odwróciła się do Nanako.
-Powiedziała pani, że ronin?
-Tak, taki przystojny długowłosy mężczyzna, szkoda, że muszą go zabić. Aż nie mogłam iść i na to patrzeć.
-Oto zapłata.- Kichiru położyła na ladzie dwie małe monety i szybkim krokiem wyszła z herbaciarni.
-Przepraszam Nanako-san.- Shiro również wyszedł.
Rozejrzał się na prawdo i lewo. Gdzieś tam między ludźmi, dość daleko zauważył przeciskającą się między ludźmi sylwetkę szczupłej dziewczyny z kataną. Jakże ona szybko biegła! Shiro stwierdził, że co najmniej tak jak on, a może i szybciej. Minęło może z pięć sekund między wyjściem jej a jego, a ona, była tak daleko jakby jechała rikszą!
Zaczął biec. Tak szybko jak tylko potrafił. Jego chude nogi stawiały duże miarowe, niemalże równe kroki, przy czym każdy z nich pozwalał mu się wybić do niezłego skoku. Kichiru była z przodu, zmierzała do miejsca, gdzie wokół czegoś, czego jeszcze Shiro nie widział zebrała się pokaźna grupa ludzi. Domyślał się, że to tam odbędzie się ścięcie.
Dopadł Kichiru prawie że przy kordonie policji, chroniącym by nikt z mieszczan nie dotarł do ronina. Schwycił ją za ramię, jego palce zacisnęły się na barku i obojczyku niczym kleszcze, i ściągnął ją do ziemi. O dziwo nie upadła, tylko przyklękła, choć siła tego pociągnięcia spokojnie powinna ją powalić.
-Uspokój się!- warknął.- Co ty wyprawiasz?
Domyślał co się stanie. Szybko sięgnął za plecy, gdy tylko ujrzał jak Kichiru dobywa Wakizashi. Przystawiła mu je pod gardło i w tym samym momencie znieruchomiała. Shiro trzymał lśniący, krótki aiguchi, przy jej tętnicy podobojczykowej. Stał tak nad nią przez chwilę w milczeniu.
-Rób wszystko na trzeźwo. - mruknął po czym schował aiguchi.
Kichiru ostrożnie wstała i schowała Wakizashi.
-Dlaczego...-odezwała się - dlaczego się do mnie przyczepiłeś??? Dlaczego nie możesz mi dać spokoju???!!!!
-Nienawidzisz mnie... dobrze... - mruknął Shiro - przypadek, czysty przypadek. Poza tym nie chcę, żebyś zginęła.
-Jak to zginęła?! Widziałeś jak walczę, dlaczego miałabym zginąć.
-Dlatego. - Shiro wskazał palcem na podwyższenie, na którym klęczał ronin.
Był chudy, miał na sobie porozdzierane kimono, spod którego wydobywały się krwawe smugi. Czyli był wcześniej biczowany. Na jego twarzy widać było obojętność. Chyba miał już naprawdę wszystko gdzieś, bo gdy czytano mu za co go skazano nie drgnął nawet, drgnął dopiero gdy odczytali, że odmówiono prawa do seppuku. Obok niego stał wysoki mężczyzna, w prawej dłoni ściskał miecz. Jednak to nie jego należało się bać. Trochę dalej, pod murem stał człowiek ze strzelbą. Zwykłą, prochową, na jeden strzał, ale wystarczyło to, żeby w zwalić z nóg wspaniałego wojownika. Taka broń w rękach zwykłego żołnierza nie sprawiłaby Shiro, albo Kichiru żadnej trudności, ale widać było, że tenże akurat człowiek potrafił z niej strzelać. Widać to było od razu.
-Wychyl się z tłumu, a odstrzeli ci łeb. - rzekł Shiro.
-Nie mogę pozwolić, żeby ten człowiek zginął.- odparła spokojnie Kichiru - muszę...
Tępy ból ogarnął jej ciało. Osunęła się na ziemię, ale Shiro podniósł ją i podtrzymał.
-Przepraszam za ten cios. Jeszcze mi podziękujesz. Rany... ale te baby są wkurzające...
-Ty draniu... - Kichiru miała ciemno przed oczami, prawie nie mogła się ruszyć.
Potem mogła już tylko patrzeć, jak wysoki mężczyzna bierze zamach ponad szyję ronina. Ciął, lecz nigdy nie trafił. Samuraj bez pana przetoczył się w tył, tak idealnie, że miecz przeciął sznury, którymi miał skrępowane dłonie. Podciął kata, tak, że ten zwalił się z katedry i padł na kamienną drogę. Wstał, trzymając oburącz miecz.
Shiro nigdy nie widział tak podekscytowanej masy ludzkiej, jak wówczas, gdy ronin zabijał po kolei strażników, którzy atakowali go włóczniami lub katanami. Krew spływała po zimnym kamieniu. Zabił dziewięciu ludzi, a trzech ranił. Półprzytomna Kichiru obserwowała jego poczynania z zadziwieniem, a zarazem ulgą na twarzy.
-To nie on...- szepnęła i straciła przytomność.
Shiro nie wiedział nawet, że tak mocno uderzył. Nie mniej jednak patrzył jak mężczyzna ze strzelbą podnosi ją powoli i mierzy się do strzału. Ronin zatrzymał się w ruchu spojrzał w górę i krzyknął głośno.
-Chcieliście zabić niewinnego człowieka! Zmusiliście go do tego, żeby popełnił przestępstwo!!! - spojrzał na trupy. - zabiłem ich dlatego, że...
-Zamknij się!!! - wrzasnął mężczyzna ze strzelbą. Mierzył prosto w głowę ronina. - masz dziesięć sekund, żeby popełnić samobójstwo, albo... Traktuj to jako ostatnią przysługę. I nagrodę za powalenie tylu dzielnych ludzi.
-Widzę, ze się rozumiemy...- mruknął ronin rozdzierając kimono. - Czy ty...byłeś kiedyś samurajem? Byłeś kiedyś moim bratem...?
Podniósł miecz.
-Zaczekaj. - rzekł człowiek ze strzelbą. Jeden z samurajów podszedł do niego, wręczył mu wakizashi. Dookoła stało około czterdziestu szermierzy, wszyscy w gotowości.
-Arigatou, Oni-sama - warknął sarkastycznie.
Usiadł seiza, samuraj podszedł do niego i uniósł swój miecz. Wojownik bez pana bez wahania rozciął sobie brzuch. Cierpiał tylko chwilę. Cięcie samuraja stojącego obok pozbawiło go głowy, która stoczyła się na ziemię. Zatrzymała się twarzą do góry.
Shiro ujrzał zacięty grymas twarzy. Otwarte oczy i mocne brwi, mimo ran pokazywały, iż był to człowiek o niezwykle silnym charakterze. Usta były mocno zaciśnięte, wręcz ściągnięte, wyglądał przerażająco-nic dziwnego, że aż tylu ludzi go pilnowało. Z ciała, które bezładnie leżało na katedrze wypłynęła już cała krew, tworząc swoistą kałużę.
Było nie było, Shiro widział już wiele trupów, gorzej zmasakrowanych niż ten i nie reagował. Teraz również nic w nim nie zadrżało. Bardziej zaintrygował go mężczyzna ze strzelbą, jak wywnioskował z rozmowy, brat zmarłego ronina.
Stał teraz pod ścianą jakiegoś domu ze spuszczoną głową i bronią w prawej ręce. Nie był już najmłodszy, miał na oko mniej więcej czterdzieści lat. Odziany był w zwykłe letnie kimono i czarną narzutkę. Miał dosyć grube wąsy co zdarzało się rzadko, miał też wielkie brwi i był łysy. Nie był zbyt wysoki, ale sprawiał wrażenie dosyć silnego. Shiro widział wtedy dokładnie. Mężczyzna płakał.
Tego wieczoru było jeszcze coś do zrobienia. Shiro wciąż przecież podtrzymywał nieprzytomną Kichiru. Poszedł więc z nią z powrotem do herbaciarni Masazaku. Kompletnie zapomniał się za nim rozejrzeć na egzekucji. Gdy wrócił, jego przyjaciel już był. Herbaciarnia była już co prawda zamknięta, taka już nadeszła godzina, ale dla Shiro wejście było zawsze, za jego prośbą wpuszczono też Kichiru. Masazaku żartował, że Shiro już znudził się jego siostrą, ale wystarczyło jedno spojrzenie by zamilknął. Shiro poszedł na górę, tam gdzie mieszkali państwo Shinna i położył Kichiru na jednym z łóżek. Właściwie to nie położył, a rzucił, po co miałby się bawić w delikatność skoro ta dziewczyna napytała mu dzisiaj wiele kłopotów.
W ogóle cały dzisiejszy dzień był dla niego dniem przełomowym i najdziwaczniejszym w życiu. Najpierw spotkał dziwną kobietę z mieczem, która naprawdę dobrze walczyła. Potem miał do czynienia z wybitnym samurajem, który mógł go zabić i który być może uratował mu życie. I w końcu ujrzał śmierć ronina i zobaczył jego brata, człowieka ze strzelbą, który również do osesków nie należał.
Znudzony całą tą sytuacją postanowił dzisiaj odpuścić sobie przyjemności fizyczne z Nanako i po prostu walnął się na łóżko.
-Mataku... - zaklął - Ależ to wszystkie jest wkurzające... Ależ oni nudzą... Co ja ogóle dzisiaj odpieprzałem - mówił do siebie i mówił jeszcze długo, aż w końcu odpłynął.
Ochrzaniał w myślach cały dzień. Ale nikt, ani Kichiru, ani Shiro, ani nikt inny nie wiedzieli, że to właśnie tego dnia rozpoczęła się dziwna historia. Dziwna tak, jak ten dzień. A może i dziwniejsza?

Posłuchaj jak śpiewam i gram:):
http://www.myspace.com/lukaszjedrys
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.09.2011 01:00 przez CichyWiatr.)
02.04.2010 00:09
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama