Aktualny czas: 28.07.2017, 14:56 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odpowiedz 
[Op. życiowe] Kroniki Rzeźnika (5/?)
Autor Wiadomość
Caellion Offline
Bosman
Pirat

*
Liczba postów: 350
Dołączył: 10.04.2009
Skąd: Obecnie Szczecin
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Kroniki Rzeźnika (5/?)
Cytat:po pierwsze... nie ja to pisałem, tylko moja znajoma Arroch...
po drugie... link z którego to pożyczyłem. http://forum.housemd.info.pl/szuflada-arroch-t290.html

Kroniki Rzeźnika

Część 1

Budzisz się zlany potem, już po raz kolejny w tym tygodniu.

- Co jest do cholery?! ?myślisz, spoglądając na balkonowe okno, by wymazać z pamięci obraz sennego koszmaru. Wstajesz z łóżka spoglądając na wiszący w kuchni zegar, odziedziczony po kimś znaczącym z rodziny twojej żony.
4.30. Pół godziny później wychodzisz z domu ubrany w gruby płaszcz, by rozpocząć kolejny dzień pracy.
------

Mroźne powietrze zapierało dech w piersiach, śnieg iskrzył bielą i skrzypiał pod nogami. Joel Lewis szedł szeroką aleją w stronę przymkniętych, żelaznych drzwi obory dla cieląt. Ciężkie i miejscami przyrdzewiałe wrota skrzypnęły głośno i ustąpiły pod jego naciskiem.

Długi korytarz był prawie zupełnie ciemny, tylko z okien zamontowanych w boksach sączyło się jaskrawe światło potęgowane przez śnieżną biel. Kroki rozchodziły się echem po kamiennej posadzce, zwierzęta z zainteresowaniem podniosły głowy i wyjrzały zza krat boksów z nadzieją, że przyszła pora karmienia. W powietrzu unosił się ciepły zapach świeżego siana i mleka.

Zapowiadał się kolejny nudny dzień pracy.

Bułane cielęta jakiejś zachodniej rasy przeżuwały resztki sina z kolacji, wydając przy tym dziwny, kojący odgłos. Zatrzymał się na chwilę przy jednym z boksów, by dokładniej przyjrzeć się młodemu, około półrocznemu cielaczkowi, który w przeciwieństwie do innych stał sam. Głowę miał spuszczoną w dół a uszy bezwładnie opadły wzdłuż szyi. Joel cmoknął na niego, zwierzę od razu podniosło pysk i odwróciło się w jego stronę. Jakby znało głos swojego opiekuna.

- Cześć ? przywitał się Joel, przeczesując ubogą grzywkę na czole byczka. Ten w odpowiedzi na lubioną pieszczotę polizał ciepłym i długim językiem nadgarstek mężczyzny. Uśmiechnął się pod nosem i dał cielęciu długą pastelowo pomarańczową marchewkę.

***

- Który chce pierwszy? ? zapytał parę minut później, już ubrany w robocze ciuchy. Odpalając pierwszego tego dnia papierosa. Jego niegdyś biały fartuch pożółkł od ciągłych spotkań ze świeżą krwią i nawet częsta pranie nie wydobyło z niego dawnych kolorów. Ciemnozielony, wyblakły dres i długie szare gumowce mówiły wszystko. Zwierzęta od razu zmieniły do niego nastawienie i zamiast tak jak wcześniej, spokojnie się wpatrywać, zaczęły nerwowo chodzić po wielkich boksach, w których mieściło się od ośmiu do dziesięciu cieląt.

Po pięciu minutach pojawili się jego współpracownicy ? wysoki brunet, ubrany w roboczy strój ? Mortimer. Przytrzymywał zwierzęta, gdy te za bardzo się rzucały. Pozostała część ekipy, czyli dwóch osiłków jeden o imieniu Matt a drugi George układali martwe zwierzęta w stosy. Ostatni członek Leni ? młody blondyn ? dopiero na praktykach, jego głównym zajęciem było podawanie, przynoszenie, karmienie zwierząt ? jednym słowem chłopiec na posyłki reszty. Joel podcinał jednym, sprawnym ruchem ręki gardła cieląt.

Wyciągnęli z boksu dwa byczki. Bez odmian, złoto bułane. Zwierzęta momentalnie zaczęły się trząść ze strachu. Stanęły na środku korytarza przytulone bokami do siebie. Mimo poganiania nie chciały podejść dalej.
Po piętnastu minutach walki stały już na stanowiskach. Betonowa, profilowana podłoga i odpływ na środku przywodziły na myśli lochy.
Na pierwszy ogień poszedł cielak stojący z lewej strony. Joel staną okrakiem na jego kręgosłupie. Pogłaskał po szyi szukając wypukłości gardła. Przyłożył nóż pod kątem.

Nacisną i szybko szarpną. Po chwili bezwładne zwierzę, zalane litrami ciemnej krwi opadło na podłogę.
Na oczach drugiego cielęcia wynieśli cało jego brata do pomieszczenia obok. Leni długim zielonym wężem zmył krew do odpływu na środku a Joel otarł błyszczący nóż kawałkiem starej bluzy.

Drugi cielak został zabity trzy minuty później, a potem kolejny, aż nie wybili trzydziesty sztuk .

- Na dzisiaj koniec ? powiedział zmęczony Joel kierując się do pomieszczenia gospodarczego. Leni poszedł za nim. Dzisiaj była środa, dzień w którym przyszły rzeźnik uczył się teorii od swojego mistrza w pobliskim pub?ie.

Kiedy, już przebrani w zwykłe ciuchy wyszli z obory od razu skierowali się w lewo ku wyjściu z ubojni. Żelazna brama ustąpiła, przesuwana przez Leni?ego.

Pub jak zwykle w środku tygodnia świecił pustkami. Joel usiadł przy barze i zamówił:

- To co zawsze, dwa razy ? szczerząc zęby do długonogiej blondynki stojącej przy kasie.

Leni usiadawszy obok niego, na wysokim drewnianym stołku z zainteresowaniem słuchał tego, co rzeźnik ma do powiedzenia. Joel wspomagając się plastikową słomką zamiast długim nożem pokazywał mu rodzaje rzeźnickich cięć. Jak kroić, żeby nie tryskało za dużo krwi, jak kroić, żeby się nie zachlapać, jak kroić, żeby zwierzę jak najszybciej padło.

Po piątej kolejce ciemnego piwa Joel?owi zaczął się plątać język.

- To nie jest świat dla wrażliwych ludzi. Pamiętaj o tym Leni. ? i chwiejnym krokiem opuścił pub. Trzeba wracać do domu.


Część 2

5.00 nad ranem. Czwartek. Podnosisz żółty kubek z własnym imieniem, po ostatni łyk czarnej, świeżo parzonej kawy. Szybko zerkasz na zegar wiszący na ścianie, powinieneś już wychodzić. Nagle uświadamiasz sobie, że dzisiaj twój podopieczny, cielaczek gwiazdką wykarmiony przez ciebie butelką, bo matka padła z powodu jakiejś choroby, kończy pół roku. Nazwałeś go Iryskiem, chociaż twoja podświadomość mówiła: ?jak coś nazywasz, zaczynasz się przywiązywać?. Stłumiłeś jej głos, przecież był taki słodki. Wczoraj jeszcze karmiłeś go marchewką z ręki, dzisiaj będziesz musiał go zabić.

?Taka praca? mówisz do siebie, wkładasz długi płaszcz i wychodzisz z domu.

---

Joel przekroczył próg obory. Jak podejrzewał, był spóźniony już wszyscy na niego czekali, przebrani, gotowi do pracy. Szybko zmienił ubranie na robocze i odpalając papierosa wszedł do pomieszczenia z odpływem na środku. Do wystającej belki przywiązane były dwie młode krowy, nie wiadomo dlaczego, nie trafiły do mleczarni. Były jaśniejsze niż byczki, mniejsze i miały duże bystre oczy. Stały i patrzyły na Joel?a, on spojrzał w oczy tylko jednej, ale szybko odwrócił wzrok, nie mógł na nie patrzeć.
Odłożył ciągle palącego się papierosa na parapet. Wyją nuż ze skrzynki, krótszy od tego, którego używał wczoraj. Kiedy podszedł od tyłu do jednej z krów stała jak zaklęta, nie wiedziała co się dzieje. Jak każdą swoją ofiarę i ją pogłaskał po szyi. Chwile później sztywne ciało zwierzęcia znalazło się między jego nogami. Cała procedura się powtórzyła Matt i George wynieśli krowę, Leni zmył podłogę, Joel wyczyścił nóż i zaciągnął się kilka razy, papierosem, który zostawił na parapecie.

Druga krowa była niespokojna, już wiedziała co ją czeka. Trzęsła się cała i chodziła w tą i z powrotem na krótkim uwiązie.

- Leni, idź po Mortimera, będziemy potrzebowali jego pomocy ? powiedział rzeźnik, gdy tylko zauważył, że nie jest w stanie sam utrzymać przestraszonego zwierzęcia.

Kiedy tylko wezwana osoba się zjawiła i mocno przytrzymała krowę, Joel wykonał swoją pracę. Kolejne kilogramy mięsa trafiły na stos.
I tak za każdym razem, aż znowu nie ubili trzydziestu wyznaczonych sztuk, które miały trafić do masarni. Nie wiedział do końca jak to się stało, ale Irysek dzisiaj się uchował od jego długiego noża. Podejrzewał, że to może być sprawka najmłodszego pracownika rzeźni. Nie raz widział, jak Leni klepał byczka i karmił go butelką z mlekiem lub warzywami z ręki. Początkowo nie pozwalał mu na to, ale kiedy sam polubił zwierzaka przestał go upominać.

Po wykonanej pracy ruszył zasypaną śniegiem drogą do domu. Uświadamiając sobie, że idzie dzisiaj na kolację urodzinową swojego teścia.

---

Wchodzisz do domu. Rozbierasz się, patrzysz na kalendarz, już niedługo święta. Twoja żona krząta się po domu z córka na mamrocząc coś pod nosem, zapewne o tym, że spóźnicie się na kolację, że nie wyraziłeś swojego zdania co do prezentu. Wzdychasz, szuka dziury w całym jak zwykle.

Na kolacji czujesz się dziwnie. Na środku stołu leży wędzony wieprzek z jabłkiem w pyszczku. Gospodarz kroi go i podaje soczysty kawałek mięsa, każdemu z gości na porcelanowy talerz. Robi Ci się nie dobrze. Niestrawione śniadanie staje w gardle, a obraz Iryska przeżuwającego marchewkę nie chce zniknąć. Bierzesz kilka głębszych oddechów, wstajesz od stołu przepraszając i kierujesz się krętymi żelaznymi schodami w stronę łazienki. Zamykasz się od środa i przemywasz twarz zimną wodą. Już lepiej, zaraz zejdziesz na dół i wszystko będzie w porządku. Jutro pójdziesz do pracy i dalej z chirurgiczną precyzją będziesz podrzynał gardła bykom.

Cześć 3

4.23. Piątek. Wstajesz z łóżka, zbierasz się, masz już wychodzić do pracy, ale twoja córka budzi się z krzykiem. Zapewne coś jej się przyśniło. Bierzesz ją na ręce, przytulasz, nucisz jedyną kołysankę jaką znacz. Po chwili zasypia ponownie. Całujesz w pełni rozbudzoną żonę w skroń, kładziesz dziecko koło niej i wychodzisz.
W oborze czeka już Leni, jednak Joel zauważa go dopiero po chwili, gdy wychodzi z boku Irysa.

- Wiem, że nie wolno, szefie, ale on jest taki? - zaczął się tłumaczyć praktykant. Jednak Joel tylko podniósł rękę, by poklepać byczka po szyi i poczęstować go marchewką. Zaszokowany młodzieniec już nic nie powiedział. Udał się do przebieralni, by założyć roboczy strój.

Joel z długim nożem w ręku obserwował swoich współpracowników, prowadzących kolejne cielaki do zabicia. Numer 457 był spokojny, jego strach objawiał się paraliżem mięśni, chociaż bardzo chciał nie mógł się wyszarpnąć. Numer 459 był trzymany przez Mortimera za uczy, by szarpiąc się nie zrobił krzywdy Joelowi. Numer 460 był wyjątkowo ładny. Białe skarpetki i pyszczek, wyglądały tak, jakby byczek w dzieciństwie oblał się mlekiem. Leni uśmiechnął się jak tylko go zobaczył, jak wyraźniej spodobał mu się, ale kiedy przyszła jego kolej, na chwilę opuścił pomieszczenie.

Przyprowadzono numer 462.
?Irys? pomyślał Joel. Szeroko otworzył oczy i obserwował, jak byczek ufnie podąża za Matt?em. Kiedy został przywiązany do metalowej barierki wesoło grzebał przednią nóżką. Joel podszedł do niego i z bólem serca pogłaskał jego szyję, Irys wzdrygnął się, jakby zrozumiał co się dzieje. Mortimer wyciągnął już rękę żeby bo przytrzymać.

- Nie! ? krzyknął rzeźnik ? poradzę sobie.

Nóż znalazł się na wysokości jego gardła. Joel przez chwilę się zawahał. W momencie kiedy nóż dotknął szyi Irysa, kalecząc ją na pół centymetra w głąb zwierzę odskoczyło a najostrzejsza część noża wylądowała w palcach lewej ręki Joel?a. Georgie zawsze przygotowany na taką ewentualność szybko dobił zwierzę strzelając z czarnego, krótkiego pistoletu.

Rzeźnik oparł się plecami o ścianę tamując krwawienie. Pierwszy raz pozwolił sobie na chwilę zawahania. Pierwszy raz popełnił błąd.
Po chwili do pomieszczenia wszedł Leni, widząc Irysa leżącego na środku, zakrwawionego Joel?a pod ścianą i zdezorientowana resztę ekipy wyszedł z obory i już nie wrócił do końca zmiany. Chwilę później rzeźnik obandażował sobie ciasno lewą rękę.

- Na dzisiaj koniec, wracajcie do domu. ? powiedział dysząc, sam zdjął tylko fartuch i wyszedł z obory.

---

- Co się stało? ? pyta zaszokowana żona kiedy wchodzisz do domu, wcześniej niż zwykle.

- Nic- odpowiadasz smutno kierując się do kuchni by poprawić opatrunek.

- Jak to się stało! ? krzyknęła podbiegając go Ciebie, kiedy tylko odsłoniłeś ranę spod bandaża. Postrzępione kawałki skóry i mięśni nie przykrywały już kości. ? Joel to trzeba zszyć, jedziemy do szpitala.
- Nie. ? opowiadasz spokojnie. ? sam dam sobie radę. ? żona wyciąga apteczkę z szafki nad zlewem. Na ranie kładzie gazę nasączoną wodą utlenioną, krzywisz się z bólu i prawą ręką wyciągasz czystą wódkę z szuflady obok której stoisz. Wypijasz duży łyk i siadając na kuchennym stołku dajesz znak by kontynuowała.

Zaciska bandaż bardzo mocno, a ty z każdym naciągnięciem wypijasz kolejny łyk czystej. W tym momencie już nie wiesz dlaczego, nie chciałeś jechać na zszywanie do szpitala. Może chodziło o to, by trochę pocierpieć? Tak jak zwierzęta, które zabijasz każdego dnia, już od kilku lat.

Część 4

Poniedziałek. 3.45 od pół godziny nie śpisz. Ta sprawa z Iryskiem? nie daje Ci spokoju. A mimo to, wstajesz i zbierasz się do pracy jak co dzień. Może ktoś pomyśli, że jesteś tchórzem, ale pieniądze na utrzymanie rodziny są ważniejsze niż życie tych cieląt. Poza ty gdzie teraz znajdziesz pracę?
Wychodzisz z domu o 4.30 trzaskając przypadkiem drzwiami.

---

Wielka obora wydaje się dziwnie pusta, chociaż wolne boksy po zabitych tego samego dnia wieczorem uzupełniane są przebadanymi zwierzętami, które dziś lub jutro stracą życie.

Joel zatrzymał się w połowie korytarza i jego oczy odruchowo powędrowały w prawo. Zza żelaznych krat spojrzały trzy bułane byczki. Tam stał Irys. Rzeźnik potrząsnął głową i ruszył dalej korytarzem.
W pomieszczeniu gdzie przebierali się pracownicy unosił się nieprzyjemny zapach świeżego mięsa i krwi. Joel podszedł do swojej, miejscami zardzewiałej ,metalowej szafki.

Początkowo nie zauważając Mortimera, który okupował niegdyś zieloną kanapę, stojącą tuż przy drzwiach. Teraz kolorem bardziej przypominała żółty niż zielony, stwierdził przyglądając się koledze z pracy. Muskularny, ciemnowłosy osiłek bawił się scyzorykiem. Otwierając go i zamykając, nie zauważył nawet stojącego kilka metrów od niego rzeźnika dopóki ten się nie odezwał.

- Cześć ? zaczął wesoło Joel z nadzieją na szybką odpowiedź.

- Cześć ? usłyszał po dłuższej chwili. Mortimer podszedł do swojej szafki i po otworzeniu jej zaczął się przebierać. Joel przez chwilę zastanawiał się co mogło się stać. Po czym zrobił to samo ? zmienił ciuchy na robocze. Nie dalej jak pięć minut później zjawili się Matt, Georgie i Leni. Dwóch ostatnich śmiało się głośno z opowieści pierwszego. ?Dobrze, że się polubili? pomyślał Joel i jego troska o Mortimera zjechała na boczny tor.

---

Stał koło barierek, do których przywiązywano cielaki paląc papierosa. Przedostatniego z zaczętej dwadzieścia cztery godziny temu paczki.
Pierwsze dwa, numer 463 i 465, nie sprawiały problemów. Zabicie ich odbyło się dużo szybciej niż przewidywał kontuzjowany przecież Joel. Teraz Mortimer nie odstępował go na krok i trzymał praktycznie każdego cielaka, którego rzeźnik wysyłał w ostatnią podróż. Dalej był małomówny i rzadko się odzywał, a o wyrażaniu własnego zdania nie było mowy, ale Joel był mu wdzięczny za pomoc. Ból lewej ręki uniemożliwiał mu czasami mocniejsze przytrzymanie zwierzaka w chwili, kiedy ostry nóż dotknął delikatnej skóry na jego szyi.

Mimo głębokiej rany bardzo chciał zmieścić się w średniej trzydziestu cielaków wysyłanych dziennie do masarni z obory, którą mu przydzielono.

Nie udało się. Po zabiciu piątego wysłał Leni?ego do sklepu po papierosy. Piętnaście byczków później oparł się o barierkę kurczowo trzymając się za bandaż. Przyprowadzono kolejne dwa i już Matt miał odprowadzić je z powrotem widząc cierpienie szefa.

- Dawaj je, te dwa jeszcze zabiję, następne, będą musiały poczekać do jutra ? powiedział Joel chcąc oszczędzić zwierzakom wchodzenia tutaj po raz drugi. Przeżywania tego strachu, po raz drugi.

Z wielkim wysiłkiem wbił nóż w gardło bułanego byczka. Miał wrażenie, że jest cięższy niż zwykle. Bezwładne ciało opadło na podłogę. Georgie i Matt szybko się go pozbyli a Leni jak zwykle zmył podłogę. Joel odpalił papierosa zamykając oczy i odchylając głowę w tył. Wyobraźnia spłatała mu figla. Zobaczył wirujące czarne oczy i białą, świecącą gwiazdkę na czole. Potem resztę głowy, uszy opuszczone w dół, ciemny, prawie czarny noc i długi język oblizujący miękkie wargi. Gdyby nie stał oparty o ścianę zapewne by się przewrócił, bo zachwiał się i szybko otworzył oczy. Przeszył go zimny dreszcz. Miał gorączkę.

Mortimer trzymał głowę ostatniego cielęcia między nogami, czekając aż jego szef go zatnie i wszyscy będą mogli iść do domu. Zwierzę, czując nacisk na potylicy nie ruszało się, poza trzęsieniem się ze strachu, ale dla rzeźników było to normalne.

Joel podszedł i szybkim ruchem poderżnął byczkowi gardło. Tym razem nóż wydał się tępy i ciężej wchodził w cielęcą szyję. Kiedy tylko ciało opadło na podłogę, nic nie mówiąc ruszył w stronę przebieralni i więcej go tego dnia nie widzieli.

---

To był ciężki dzień. Wracasz do domu, ciepły obiad od dawna czeka na stole. W myślach liczysz dni, które zostały do świątecznej katastrofy. Mimo, że twoje życie zmieniło się na dobre już jakiś czas temu, nadal jesteś gwałtowny a jednocześnie boisz się wyrazić swoje zdanie. Uradowana Dajan Lewis wita Cię słodkim buziakiem, jak zawsze. Popadasz w rutynę. Nienawidzisz jej. Jecie obiad w ciszy, która zaczyna doprowadzać Cię do szału.
- To mięso jest nie dobre ? stwierdza w końcu przerywając ciszę ? ma złą energię, zwierze, któro zabijałeś musiało się bardzo bać.
Dotarło do ciebie, że cielęcina którą jesz może być Iryskiem, którego zabiłeś dwa dni temu. Ta wiadomość spada na Ciebie jak grom z jasnego nieba. Prostujesz się i momentalnie bledniesz. Chcesz coś powiedzieć, ale nie możesz. Słowa więzną Ci w gardle. Podnosi wzrok znad talerza. Uśmiecha się, słodko. Zaczyna robić Ci się nie dobrze, ale nie możesz wstać od stołu. Dopóki ona nie da sygnału. Jesteś jak marionetka w jej rękach. Dotychczas Ci to nie przeszkadzało, co się z Tobą stało?

W końcu wstajecie. Ona sprząta po obiedzie, Ty siadach na kanapie i czytasz książkę. Słyszysz przeciągły płacz dziecka i brzęk uderzanych o siebie talerzy w zlewie. Potem kroki na waszych wspólnie wybieranych bukowych schodach. Płacz staje się coraz słabszy i zaczyna zagłuszać go inny dźwięk. Twoja żona nuci pod nosem kołysankę, której słów i tak nie słyszysz. Dziecko się uspokaja. Podnosisz wzrok znad książki. Zakładasz, że ponownie zasnęło. Znowu słyszysz kroki na bukowych schodach, patrząc w litery na stronach dochodzisz do wniosku, że co trzeci skrzypi. Powodując nieprzyjemne dreszcze na twoich plecach.
- Zasnęła ? szepcze Dajan, mijając Cię i kierując się do kuchni by dokończyć sprzątanie. Dźwięk płynącej z kranu wody uniemożliwia Ci dalsze czytanie książki. Chociaż i tak nie przeczytałeś ani jednej strony do końca. Odkładasz ją na bok, zdejmujesz okulary, odchylasz głowę do tyłu i powoli zasypiasz, jak to zwykle masz w zwyczaju?

Jest Ci zimno, cały się trzęsiesz, zastanawiasz się gdzie jesteś. Koło ciebie leży drobna brunetka, która w pełni rozbudzona wstaje z łóżka. Dopiero teraz słyszysz płacz dziecka. Przecierasz oczy, dochodzisz do wniosku, że jesteś zlany potem. Kładziesz głowę z powrotem na poduszce. Łykasz kilka środków przeciw gorączkowych. Obrazy cieląt stojących przy barierce nie znikają mimo częstego mrugania oczami. Owijasz się szczelnie kołdrą. Jesteś bezsilny, jedyne co możesz zrobić to przeczekać gorączkę. Jeśli zniknie, wyobrażenia przestaną Cię męczyć. Ale na razie ani myślą tego robić, leki nie zaczęły działać. Widzisz bułane cielęta przywiązane do barierki dwa lub trzy. Jaśniejsze i ciemniejsze z odmianami i bez, wszystkie, które zabiłeś podczas swojej kilkuletniej rzeźnickiej praktyki.
Rzeczywistość to iluzja, prawdziwa jest tylko fikcja.

Część 5

Wtorek. Kilka godzin później. Jesteś chory, ale postanawiasz nie brać zwolnienia. Za tydzień wigilia, a pieniądze nie rosną na drzewach. Popijając leki gorącą kawą przeliczasz w myślach ile byczków musisz zabić do świąt by starczyło na wszystkie prezenty. Dochodzisz do wniosku, że masz zbyt liczną rodzinę. Jak codziennie o 4.30 wychodzisz z domu.

Dzisiaj jest wyjątkowo piękna pogoda. Słońce odbija się w kryształkach śniegu, który ciągle padał, okrywając okolicę puszystą kołderką.
Dzięki temu poprawił Ci się humor. Nagle postanowiłeś, że po pracy wyjdziesz z córką na dwór

Uśmiechasz się widząc dwa bez pańskie pieski bawiące się na stercie siana przy oborze. Otwierasz skrzypiące, żelazne drzwi by rozpocząć kolejny dzień pracy.
---
Ekipa Joel?a siedziała w pomieszczeniu dla pracowników, każdy zajęty sobą. Leni słuchał koloryzowanej opowieści Matt?a, Georgie szkicował wielką, czarno-białą krowę mleczną, ołówkiem na blacie stojącego w rogu białego stolika. Mortimer otwierał i zamykał scyzoryk.

Rzeźnik stojąc w progu omiótł ich wszystkich szybkim spojrzeniem niczym przywódca stada i ruszył w stronę swojej szafki, by się przebrać.
Poza przywitaniem nie rozmawiali. Rzadko ktoś się odzywał, cała ekipa podczas pracy była pogrążona w najprzyjemniejszych myślach, jakie zdołała przywołać, patrząc na bezwładnie opadające ciała cieląt spomiędzy nóg Joel?a.

Dzisiaj wszyscy postanowili zostać dłużej, by nadgodzinami zarobić te parę groszy więcej na nadchodzące święta. Numery od 479 do 483 poszły gładko. Zwierzęta, sparaliżowane strachem stały spokojnie, kiedy Joel dotykał ich szyj szukając gardła.

W chwili przerwy na drugie śniadanie, którą wyjątkowo postanowili sobie zrobić, Mortimer zniknął. Wrócił dopiero, gdy brali się za drugą parę bydląt.
- Przepraszam, sprawy rodzinne ? wytłumaczył się pospiesznie, choć nikt go o to nie prosił. Często zdarzało się, że ktoś wychodził, zaczerpnąć świeżego powietrza, uspokoić emocje, zrobić parę kroków.
Pomocnik wytarł dłonie o swój stary dres i złapał wiercącego się byczka za uszy. Joel sprawnie odebrał mu życie po czym odpalił papierosa, żeby uzupełnić braki tytoniu w organizmie, jak sam mówił o swoim nałogu.

Około piętnastej, trzydzieści martwych sztuk zapakowano na przyczepy, jeszcze tylko piętnaście, a będą mogli pójść do domu.
- Dobre macie tempo! ? pochwalił ekipę szef ?Brian! ? zwrócił się do kierowcy ? możesz jechać, ale wróć przed siódmą, zabierzesz drugą turę ? pracownik posłusznie wykonał polecenie szefa i odjechał.
- No to powiedz mi Joel, co się tu wydarzyło? ? rzeźnik przełknął ślinę.
- Obawiam się, że nie wiem o czym pan mówi ? po sytuacji z Irysem cała ekipa odpowiednio się wytłumaczyła, więc miał nadzieję, że szefostwo zapomni o całej sprawie.

?Nadzieje matką głupich? powiedział sobie, przewracając oczyma. Plama w CV na zawsze.

- No wiesz, wczoraj od was przyjechało zaledwie dwadzieścia sztuk, dzisiaj dwie godziny wcześniej niż zwykle dostajemy trzydzieści i macie zamiar dojść do czterdziestu pięciu. Joel niepokoi mnie ta zmienność, musicie mieć nóż na gardle. ? mówiąc to, zaczął kierować się ku drzwiom obory.
- Święta, szefie. Idą święta a wczoraj mieliśmy gorszy dzień ? przyznał się rzeźnik.
- Rozumiem ? odparł lekko Larry Smith oglądając wnikliwie każde żywe jeszcze cielę. ? dobre sztuki, dożywione, zdrowo wyglądają.
- To prawda.
- A te karmione nową paszą?
- Nie widać różnicy?
-Dobrze? - powiedział przeciągle - A jak się sprawuje mój bratanek? ? Joel nie lubił wizyt szefa z dwóch powodów. Pierwszy ? opóźniały pracę, drugi, musiał z nim rozmawiać.
- Bardzo dobrze sobie radzi ? w przeciwieństwie do Larry?ego stał w miejscu i tylko wodził wzrokiem za współwłaścicielem okolicznych rzeźni i masarni, które zaopatrywały w najwyższej jakości mięso całe miasteczko.
- Ubił już coś sam?
- Nie, jeszcze nie
- Dlaczego?
- Uznałem, że nie jest gotowy ? odpowiadał możliwie jak najszybciej, by tylko Larry sobie poszedł i nie marnował ich cennego czasu. Reszta zapewne jadła teraz obiad we wspólnej stołówce tuż przy bramie wjazdowej.
- Dlaczego?
- Kiedy trzyma nóż przy gardle byka trzęsą mu się ręce ? Joel po tych słowach puknął się w głowę. Jak mógł podać tak bezsensowny argument?
- Tak, ale z czasem to minie, prawda?
- Z pewnością ? odpowiedział rzeźnik kierując się prosto za swoim szefem, do pomieszczenia z odpływem pośrodku.
Larry omiótł wzrokiem cały pokój, stojąc w progu po czy pożegnał się z Joel?em i wyszedł.
?Ufffff? odetchnął rzeźnik i poszedł zawołać swoich pracowników. Powoli zaczął dochodzić do wniosku, że jego szef jest po prostu upierdliwy.
Jeszcze tylko piętnaście a zarobią podwójną dniówkę, pocieszał się to myślą i z nowym zapałem podrzynał gardła kolejnym byczkom.

---
Wracasz do domu. Ciemność ogarnia ulice, już dość późno. Bardzo rzadko zdarza Ci się zostawać w pracy na tak długo, ale jeszcze tylko ten tydzień a spędzisz święta w rodzinnym gronie.
Wchodzisz do domu, zamykasz za sobą drwi, twoja żona schodzi po schodach oznajmiając, że wasza córka właśnie zasnęła. Nici z twoich planów korzystania z ładnej pogody, spóźniłeś się.

[Obrazek: alj9mx.jpg]

“Do what I do. Hold tight and pretend it’s a plan!”
“This is who I am, right here, right now, all right? All that counts is here and now, and this is me!”
“We’re all stories, in the end. Just make it a good one, eh?”
"Nikt nie powiedział, że dobre decyzje nie będą cię ranić..."
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.09.2011 00:57 przez CichyWiatr.)
15.04.2009 12:03
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama