Komi, i tak chyba tylko Ty to czytasz, więc proszę - pozostałe części pierwszego rozdziału ^^' Nie ma co chyba tego dłużej ciągnąć. Drugi rozdział jest w trakcie pisania...
/======5======\
- Czy mogłabyś? wyjaśnić mi? co to do cholery miało być? ? Robił przerwy, bo nie był pewien, jak powinien poukładać myśli. To, że to było na pokaz było jaśniejsze od słońca. Ale po co?? Nasuwało mu się tysiąc koncepcji, ale żadna nie miała większego sensu.
Jackie podniosła głowę i zawiesiła na nim ciężkie spojrzenie. Widać było, że czuje się okropnie z tym, co zrobiła przed chwilą. W końcu zamknęła na chwilę oczy, podniosła dłonie i potarła twarz. Zrobiła gest, jakby ściągała z siebie coś, otrząsnęła z tego ręce, jakby było wręcz obrzydliwe. Wreszcie wyłamała palce i przeciągnęła się, ziewając. Była już późna godzina. Niewłaściwa na kombinowanie. To, co zrobiła było szyte tak grubymi nićmi, że bała się, że nie wyjdzie. Ale widać nie ona jedna była już śpiąca.
- Nawet nie pytaj, Franzie. Marny materiał, by o nim opowiadać.
Dzieci bezpieczne. Ogniska rozpalone i podtrzymane, by nie zgasły zbyt wcześnie. Nathaniel odzyskuje siły. Adin zajmie się resztą. Skąd ona bierze na to wszystko tyle sił? Pojęcie przechodzi.
Po Jackie wciąż nie było śladu. Pewnie wciąż jest na statku. Skoro nadal tam siedzi to w wydostaniu się pewnie przydałaby się jej pomoc.
Darkiel mknął przez wyspę. Miał złe przeczucia i czuł, że nie mógłby siedzieć bezczynnie przy ognisku. Rozwijając więc prędkość, przy której ledwie udawało mu się omijać drzewa, pędził w stronę statku Marines.
Makei piła chłodną, słodką wodę podaną jej przez jednego z marynarzy. Cały czas zastanawiała się, dlaczego Jackie się na nią rzuciła. Dobrze wiedziała, że nie chodzi o tę całą zdradę, to był dobry pretekst do wszczęcia awantury, ale nic więcej. Więc co? Może wyciągnęła Makei z celi, by ułatwić jej ucieczkę? Tak, to pewnie o to chodzi. Ale przecież nie zostawi Jackie samej, mowy nie ma! Wiadomo, że Jackie sobie poradzi, takim czy innym sposobem, ale uciekanie bez Jackie byłoby zdradą samą w sobie! Najgorszą, najpodlejszą odmianą tchórzostwa! Jak Jackie w ogóle mogłaby tak pomyśleć o Makei?! To zniewaga!
Żołnierze zmieszali się, widząc, jak dziewczynce łzy napływają do oczu, a palce zaciskają się kurczowo na kubku.
- Boli cię coś? ? zapytał jeden z nich, pochylając się nad nią.
Pokręciła głową, ale przygarbiła się, by nie mogli patrzeć na jej twarz. Spojrzeli po sobie.
- Dopij ? powiedział drugi łagodnie. ? I idziemy dalej. Nie mamy co z tobą teraz zrobić, więc o twoim losie będzie musiał zadecydować kapitan.
- Makei dostała teraz szansę ? powiedziała cicho Jackie, patrząc gdzieś na podłogę przed sobą, ale spojrzeniem sięgając gdzieś daleko w przestrzeń. ? Taką szansę jedną na milion.
- Szansę na co?
Atmosfera w ładowni była przytłaczająca. Franzie przyłapał się na tym, że sam nie podnosi głosu, by jej nie zakłócić.
- Na naprawienie wszystkiego.
- Czego? Tego, że was zdradziła? Masz nadzieję, że znajdzie sposób ucieczki, jak nie dla was obu, to przynajmniej dla siebie samej? I to miałaby być ta szansa? Jackie, ona wystawiła całą załogę na niebezpieczeństwo, ratowanie ci dupy tego nie odkupi, bo wiadomo, że nie ucieknie sama, chyba tyle jeszcze?
Jackie przerwała mu kręcąc głową.
- Nie? - mruknęła niewyraźnie.
Kapitan był już mocno zmęczony. Załoga Czarnobrodego dała mu się we znaki tego popołudnia, do tego braki w pilotażu nawigatora musiał nadrabiać osobiście. Łapanie dzieci przeciągnie się najwyżej do jutra, kiedy to wraz z ludźmi przeczesze cały las na wyspie. Musieli mieć do tego czasu ustalony kurs, a wraz z najnowszymi wieściami, z powodu otaczających ich sztormów, wiele dróg zostało im odciętych.
Rany, jak on nienawidził tego morza.
A teraz jeszcze to. Jeden z żołnierzy pokrótce zrelacjonował mu przebieg wydarzeń. Bójka, brak miejsca, by ją przetrzymać, bo w końcu nie wsadzą jej do jednej celi z Franziem. W tym punkcie przynajmniej się z nimi zgadzał. Co prawda miał jeszcze kilka pomysłów na uspokojenie sytuacji, a zabicie awanturnicy było tylko jedną z opcji, ale coś mu tu nie pasowało. Widział te dziewczyny, kiedy wsadzano je na statek i nie mógł sobie wyobrazić, by osoby okazujące sobie tyle zżycia mogły się tak nagle bez niczego pokłócić. W końcu podjął decyzję podniesienia rękawicy, rzuconej sam nie wiedział przez kogo. Postanowił grać w tę grę, póki reguły nie okażą mu się niesprzyjające. Bo w końcu ? dlaczego by nie?
- No i co ja mam z tobą zrobić? ? zapytał, odkładając ołówek i cyrkiel.
- Chyba się nie zrozumieliśmy, Franzie ? powiedziała, niespodziewanie się uśmiechając.
Czar przygniatającej atmosfery zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Franzie zamrugał z zaskoczeniem.
- Słucham?
- Wcale nie dałam jej okazji do ucieczki. To była szansa?
- Widzisz, nie mam dla ciebie miejsca, a rozkaz jasno stawia sprawę dowiezienia cię żywej i w możliwie jednym kawałku z powrotem. A na tym statku mogą przebywać tylko więźniowie, marines?
I wtedy do Makei dotarło, co tak naprawdę zrobiła Jackie. Serce jej biło jak oszalałe, gdy podniosła wzrok na kapitana. W tej samej chwili do niego również dotarło, co się właśnie stało. Wyczytał to w jasnych, błyszczących oczach dziewczyny. Ona nie chciała wrócić do tamtego miejsca. Ale nie chciała też uciekać.
Ona chciała zostać.
- ?na spełnienie marzeń.
Franzie osłupiał.
- Jakich znowu marzeń?!
- Więc? chcesz zostać Marine? ? zapytał kapitan powoli, patrząc na nią z niedowierzaniem.
- Tak, proszę pana! ? potwierdziła mocnym, stanowczym głosem, prężąc się na baczność.
Odezwała się pierwszy raz od wejścia do pokoju, ale kapitan miał wrażenie, jakby byli już po dłuższej dyspucie.
- Dlaczego niby taki pirat jak ty miałby chcieć zostać Marine?! ? odezwał się piskliwie histerycznym głosem Stephen. Kapitan niemal zapomniał o jego obecności w pokoju.
- Łapiecie złych ludzi, prawda? ? Wzrok dziewczyny wciąż był wbity w główno dowodzącego. ? No to ja zawsze marzyłam, by wpakować paru drani za takie kratki, zza których prędko nie wychyną nosa.
- Ka-Kapitanie, ja protestuję! ? zapiał Stephen, mimo, że kapitan jeszcze nic nie powiedział. ? Ta dziewczyna zdradziła już swoich towarzyszy, kto powiedział, że nie zdradzi i nas!
- Parę lat spędziłam na statku imając się najróżniejszych prac, odebrałam pełne wykształcenie pod kątem nawigacji, pilotażu i sternictwa, geografia szczegółowa świata miała wejść dopiero w przyszłym roku, ale wierzę, że prędzej nadrobię ją pod bystrzejszym okiem bardziej wykwalifikowanej kadry, jaka jest dostępna wyłącznie w ośrodkach szkoleniowych marynarki! Panie kapitanie! - sama nie zauważyła, kiedy podniosła głos, ale w tej chwili mało ją to obchodziło. Musiała skorzystać z tej szansy choćby nie wiadomo ile by ją to kosztowało. - Mnie naprawdę bardzo na tym zależy!
Nie wiedziała, w jaki sposób udało jej się to wszystko powiedzieć bez zająknięcia, ale teraz, gdy wpatrywała się w dowódcę z przejęciem była pewna, że posunie się do wszystkiego, by nie wyjść z tego pokoju nie mając przydzielonej marynarskiej koi.
I nagle zobaczyła w jego oczach figlarny błysk.
- Powiadasz, że znasz się na pilotażu?
- To dlaczego chciała? - zapytał Franzie.
- Jej stary był straszną świnią. Pił, bił ją i wykorzystywał seksualnie, ilekroć nawinęła mu się pod rękę - powiedziała Jackie, siadając na zydlu. Oparła się o ścianę. - Chciała stać się marine, żeby łapać takich drani.
- Kapitanie, to jeszcze o niczym nie świadczy, ja protestuję?!
- Niech ktoś go stąd zabierze i odprowadzi do jego kajuty. Makei? Tak się nazywasz?
Pokiwała z entuzjazmem głową.
- Jutro dostaniesz przysługujący ci mundur pomywacza i dostaniesz od wachtowego pełen zakres swoich obowiązków.
Nie mógł powstrzymać uśmiechu na widok jej podniecenia i radości. Widział, jak dziewczyna kipi z uciechy i ledwie się powstrzymuje, by dać jej upust.
- Niech ktoś jej pokaże jej koję ? powiedział podchodząc z powrotem do biurka. - Acha, Makei? ? zatrzymał ją tuż przed wyjściem, wpatrzony w mapy.
Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na niego wyczekująco. Jak na nastolatkę wykazywała zaskakującą rozwagę i ciszę. Tylko rozradowane ogniki tańczące w jej oczach zdradzały jej prawdziwy stan.
- Skoro chciałaś zostać Marine, dlaczego uciekłaś z pozostałymi? Przecież stamtąd byłoby ci nawet łatwiej.
- Kapitanie. ? Przekrzywiła nieco głowę i spojrzała na niego jakby zawiódł pokładane w nim oczekiwania względem inteligencji. Nawet nieco się speszył. ? Miałabym zostać Marine tylko dlatego, że ktoś mi tak mówi? Chciałam podjąć tę decyzję jako wolny, niczym nie skrępowany człowiek, a nie jako wychowanek? stamtąd. ? Pogarda zawarta w ostatnim słowie zdawała się wyrażać wszystkie jej uczucia dotyczące dziecięcego ośrodka poprawczego.
Uśmiechnął się lekko. Mimo wszystko podobała mu się taka odpowiedź. Skinął jej głową i wrócił wzrokiem do map, kiedy Makei z towarzyszącym jej Marine wyszli z pokoju. Przez papiery szło kilka różnokolorowych linii, które dziewczyna nakreślała w przerażającym tempie. Już kiedy widział ją w akcji wiedział, że nie będzie ich musiał sprawdzać. Wszystkie były idealnie bezbłędne. Do niego należało tylko wybranie, którą trasą popłyną jutro.
- A nie mogła się odłączyć od was później? Po prostu to przed chwilą było nieco... podłe.
- Ucieczka z piratami popsułaby jej akta. Poza tym... - Odsłonięte w uśmiechu zęby Jackie błysnęły w ciemności. - Jesteśmy na statku marines. Nie mogę sobie wyobrazić lepszej okazji.
Franzie parsknął cicho.
- A teraz sza. Muszę pomyśleć.
To było chyba na East Blue. Jakieś dwa lata temu. Może trochę więcej. Pełnia lata. Powietrze sunęło leniwie, od tygodni nie starczając nawet na ruszenie statku. Załodze się jednak nie śpieszyło. Wyspa, na której się znaleźli, była obfita w dobra naturalne, a strona, od której przybili, była opuszczona. W dzień zbierali zapasy, albo byczyli się na plaży. W nocy rozpalali ognisko i dobrze się bawili. I wszyscy byli szczęśliwi. Wiedzieli, że długo już nie wytrzymają na stałym lądzie, był zbyt nudny. Ale ta chwila odpoczynku wszystkim dobrze robiła.
- Ja idę! Nie czekam na ciebie dłużej!
Jackie, wówczas nieco niższa, ciemno opalona i z dłuższymi niż teraz włosami zawiązanymi w kucyk, szła przez plażę. Kroki stawiała mocno, jakby na miałkim piachu chciała wyładować irytację.
- Nie no, czekaj! Ja też chcę iść! - z jednego z prowizorycznych szałasów ustawionych wzdłuż plaży wyskoczył mężczyzna. Nie mógł mieć więcej jak trzydzieści lat, a na pierwszy rzut oka wyglądał jeszcze młodziej. Miał na sobie szorty i hawajską koszulę. Teraz kicał w miejscu, starając się uporać z niesfornym sandałem. - Chłopaki, niech no ją który złapie!
Szałasy raczej służyły do gromadzenia w nich jedzenia i drewna, ale ci, którzy chcieli się czasem zdrzemnąć w ciszy i spokoju, bez nieustannego stukotu lazy jacka nad głową, czy łopotu puszczonych wolno żagli, mogli bez problemu również z nich korzystać.
Wielu piratom nie chciało się nawet ruszyć palcem, ale paru, którzy akurat wrócili z nową dostawą drewna, widząc okazję do jakiejś rozrywki, rzucili to, co mieli w rękach (zastanawiająco często na leżących kolegów) i podbiegli do Jackie. Ta próbowała uciec, ale nie zdążyła. Próby wyrwania się też spełzły na niczym.
- Banda idiotów! - zawyła wściekle. - Puszczać mnie, durnie! On się szykuje już pół godziny! Każdemu by nerwy puściły!
- No już, Jackie-chan, daj mu jeszcze chwilę. Przecież od tygodnia cię prosił, żebyś go ze sobą zabrała - zaśmiał się jeden z piratów.
Jackie już miała zaprzeczyć, nie szczędząc przekleństw i inwektyw, kiedy nagle przybrała minę, jakby kij połknęła. Następnie zaczęła się wić, śmiać i wierzgać, gdy ktoś zaczął ją gilgotać w celu rozładowania napięcia.
- ŁAA, ratunku, zboczeńcyy!! Na pomoc, te paskudy mnie ŁASKOOOCZĄ!!! Ahahaha!! Przeestaaań!! DOBRA! POCZEKAM! Tylko mnie PUUUŚĆ!
Jackie upadła na plażę, dysząc i nie mogąc powstrzymać śmiechu.
- Carol - spojrzała spode łba na pirata. - Ja cię normalnie zamorduję.
- Jackie-chan, łaski, to były tylko łaskotki ? wyszczerzył się do niej pirat.
- Jeszcze mnie protekcjonalnie będzie traktował! - krzyknęła ze śmiechem Jackie. Kiedy wstała, w ręce trzymała podniesiony z plaży drąg. Podniosła go, zamachując się. - Niech ja cię dorwę, ty szowinistyczny...
- Lecimy, Jackie!
Dziewczyna zdążyła zarejestrować przebiegającą obok niej postać w hawajskiej koszuli, nim nie poczuła szarpnięcia za nadgarstek. Puściła kij i spróbowała się nie wywrócić, dając się ciągnąć i zmuszając nogi do biegu.
- Kapitanie! - krzyknął mężczyzna przez ramię. - Lecę z córą pozwiedzać!
- Żaden problem! - odkrzyknął drobny blondyn, nazwany wcześniej Carol. Pomachał im na pożegnanie, siadając na plaży. - Kupcie jakiegoś mięsa, jeśli znowu traficie na tamtą wioskę!
Odmachali mu, po czym wskoczyli razem w las.
Ojciec może i długo się zbierał, ale jak już ruszył, to parł do przodu z zaskakującą prędkością. Jackie niejednokrotnie zostawała z tyłu, a potem znajdowała go zbierającego grzyby pod pretekstem czekania na taką ślamazarę jak ona. Pokłócili się parokrotnie, za każdym razem w żartach. Lubiła z nim rozmawiać. W zgryźliwości i czarnym humorze nie miał sobie równych. Czasem zastanawiała się, czy te cechy charakteru nie zaważyły na tym, że Carol przyjął go do załogi. Bo prócz nich nie widziała w swoim rodzicielu niczego niezwykłego.
Gdy wyszli z lasu miał zdjętą koszulę, w którą naładował mnóstwo grzybów. Nie rozumiała tego. Ona dużo częściej chodziła po okolicy, a nigdy nie znalazła niczego jadalnego. Z tego, co on zebrał, można by zrobić obiad dla całej załogi. Poczuła dziabnięcie zazdrości.
- Chyba coś się tam dzieje - mruknął, nie zwracając uwagi na jej skupiony na grzybach wzrok.
Zerknęła w stronę wioski. Faktycznie. W porcie stał statek z dziwnym Jolly Rogerem, a odgłosy walki z samej wsi dochodziły nawet do ich uszu.
"Jacyś wariaci przyszli wyzwać Arlonga?" - pomyślała zaskoczona Jackie.
Oczywiście, wiedzieli, że załoga ryboluda ma tu swoją bazę wypadową. Dlatego do wyspy dobili późna nocą, gdy przesłonięty chmurami księżyc nie miał szans zdradzić ich położenia i skrzętnie ukryli statek. Zdawali sobie sprawę, że nie mają szans w ewentualnym starciu i jedyne, na co mogą liczyć, to szczęście i nadzieja, że ich nikt nie znajdzie. Brak pomyślnych wiatrów przetrzymał ich tu jednak dużo dłużej, niż planowali.
- Pójdziemy zobaczyć? - usłyszała wesoły głos ojca.
Spojrzała na niego jak na wariata. On jednak już odłożył grzyby i nakładał koszulę z powrotem na grzbiet.
- No chodź! - zachęcił ją. - Zobaczymy tylko, jak im idzie!
Jakoś nigdy nie potrafiła być asertywną wobec niego. Westchnęła i puściła się za nim biegiem.
- Arlong Park to chyba gdzieś tutaj, nie...? - mruknął niedługo później, gdy szli opustoszonymi ulicami.
Przytaknęła. Śmiesznie wyglądający budynek dość mocno rzucał się jej w oczy, gdy wędrowała po wyspie.
Szli teraz wzdłuż długiego, białego muru. Gdy zbliżyli się do zakrętu, poczuła, jak ojciec popycha ją do tyłu.
- Co do... - zaczęła, gdy już się cofnęła parę kroków.
On tymczasem przytulił się plecami do ściany i wyjrzał ostrożnie, po czym ją zachęcił do zrobienia tego samego. Zobaczyła sporą grupę ludzi zebranych przy bramie i wpatrzonych w coś na posesji.
Zza muru dobiegł ich śmiech. Był zimny i okrutny. Jackie przeszedł dreszcz, gdy go usłyszała. Wspięła się po niemal gładkiej ścianie, po czym zajrzała na drugą stronę.
Zobaczyła pobojowisko. Ryboludy porozwalane wokół, budynek Arlong Parku podniszczony, spore wyrwy w ziemi. Ale jej uwaga skupiła się na czarnowłosym chłopaku noszącym słomkowy kapelusz, czerwoną kamizelkę, zabawne krótkie spodenki i klapki. Był niewiele młodszy od niej. Stał naprzeciw ryboluda, który bez problemu mógł go wgnieść w ziemię jednym ciosem. Ale nie bał się. Widać to było po nim - w jego oczach, postawie. Biła od niego taka pewność siebie, jakby nie brał w ogóle pod uwagę możliwości przegranej. Jackie nie mogła oderwać od niego wzroku. Czuła, że ojciec wspiął się i wisi teraz obok niej, ale nie była pewna, jak długo już to trwa.
I nagle dotarło do niej, że chłopak krzyczy na Arlonga. On naprawdę to robił. Podniósł głos i bez obaw mówił to, co chciał.
Jackie słyszała o takich piratach. Podobno Gold Roger też taki był. Prawdziwie wolni.
Do tego trzeba ogromnej siły. Bo wolność zawsze trzeba sobie wywalczyć.
- Nie umiem gotować! - krzyknął chłopak.
"Nie musisz." ? przez głowę Jackie przemknęła rozbawiona myśl.
- Nie umiem kłamać!
"Zabawny koleś."
- Wiem, że jeśli nie będzie innych przy mnie, to nie przeżyję!
Jackie przez chwilę przestała oddychać. Tak po prostu się do tego przyznaje?!
Znowu po placu rozniósł się zimny śmiech Arlonga.
- To co możesz zrobić?! - krzyknął rybolud z pogardą.
- Sprać ci tyłek - odparł bez wahania chłopak.
- Już po nim. - Jackie usłyszała z boku głos ojca.
Przytaknęła ostrożnie. Ale nie była pewna, czy myślą o tym samym. Osobiście zastanawiała się, czy długi nos ryboluda będzie wysoko wystawał z płytkiego grobu, jaki mu usypią mieszkańcy wyspy.
Do załogi wrócili dopiero późnym wieczorem. Przynieśli sporo dobra z uczty, jaką urządzili wyspiarze. Grzyby zostały pod lasem.
- CO ZROBIŁ?!
- Pokonał Arlonga - powtórzył cierpliwie ojciec. - Nie wiem, co to za gnojek, ale lepiej nie wchodźmy mu w drogę.
Carol przytaknął.
- Przenieśliśmy już większość zapasów na statek. Kouko twierdzi, że jutro wreszcie zadmie od strony wyspy.
- Czy to pewne?
- Musi być - parsknął kapitan. - Przecież jest nawigatorem.
Jackie siedziała w pewnym oddaleniu od nich. Unikanie każdego, kto jest potencjalnie silniejszy wydawało się jej kiedyś rozsądne. W końcu są niewielką, słabą załogą.
Teraz wydało się jej tchórzostwem. W pełni wytłumaczalnym, ale jednak...
Podczas zabawy, urządzonej z radości po pokonaniu ryboludów, usłyszała przypadkiem, dlaczego chłopak (Luffy, tak się chyba nazywał) w ogóle wszczął tą całą rozróbę. Bo chciał ratować przyjaciółkę. Dla jednej osoby ze swojej załogi zrobił tyle zamieszania i wgniótł w ziemię (dosłownie) ryboluda, którego bezpośrednim zwierzchnikiem był jeden z Shichibukai.
Jackie zastanowiła się, czy Carol zrobiłby to samo. Odpowiedź jednak szybko przyszła sama. Nie. Przedłożyłby dobro załogi nad tę jedną osobę i popłynął dalej.
Jackie nie chciała być takim piratem.
Spojrzała na swoje drobne ręce. Czy kiedyś znajdzie się w nich tyle siły, by mogła obronić swoich przyjaciół, gdy zajdzie taka potrzeba?
Teraz też patrzyła na swoje dłonie. Opalenizna już prawie całkiem zeszła. Zacisnęła je w pięści. Są silniejsze. Wiedziała, że tak jest. Jeszcze będą tak ciemne jak kiedyś. Jeszcze będzie się śmiać tak jak kiedyś - głośno, otwarcie, bez obaw, że ktoś może na nią dziwnie spojrzeć. I nie tylko ona! Niech ją demony porwą, jeśli da kogoś z uciekinierów odesłać z powrotem! Będą razem płynąć przez świat! Razem się będą bawić. Do upadłego. A ich śmiech będzie się niósł daleko po wodzie. I razem się opalą! Nawet Darkiel. Znajdzie sposób, by mógł znów patrzeć na słońce. Wszystko da się zrobić, jeżeli teraz uciekną! Ale najpierw trzeba zrobić pierwszy krok - sama się musi wydostać. Rozejrzała się po celi. Klucze za daleko, by do nich sięgnąć, kraty kamienne, więc Franzie jej nie pomoże, ich szczeble za blisko, żeby się przecisnąć. Ale znajdzie sposób. I siłę na jego wykonanie.
Luffy by znalazł, prawda? Luffy?
/======6======\
Adin okryła szczelniej skulonego przy ognisku Nathaniela, po czym usiadła na kłodzie obok niego. Skóry suszyły się, a mięso nasiąkało znalezionymi nieopodal ziołami, przygotowując się do wędzenia. W takich warunkach mogliby bez większych problemów przeżyć kawał czasu. Ale to był suchy ląd. Gdzie ludziom morza do potulnego siedzenia w miejscu, które się nawet nie kołysze. Dziewczyna zapatrzyła się w ogień. Pomyślała o swoich siostrach, które musiały się załapać na drugi statek i miała nadzieję, że nic im nie jest. Przeniosła wzrok na śpiące pod wiatą dzieci.
?Dobra! No to myśl o nich jak o mięsie armatnim, co mnie to obchodzi??
Mięso armatnie, co??
?Bierzemy??
Wspomnienia napłynęły, nim zdążyła je powstrzymać. Ich ucieczka z tamtego miejsca zdawała się mieć miejsce już bardzo dawno temu, ale niektóre obrazy wciąż uparcie trzymały się powierzchni.
Biegnąc w pełnym pędzie starała się pilnować, by się trzymać blisko sióstr. Nagle jednak rozdzieliło je stado dzieciaków. Adin spojrzała na nich zaskoczona. Najstarszy nie miał nawet dwunastu lat. Zdawać by się mogło, że wszystko, co mogło biegać, przyłączało się do nich w miarę jak mijali kolejne korytarze. Widać ktoś rozpuścił plotkę i teraz na niższych piętrach tylko nasłuchiwano zamieszania. Większość nawet miała ze sobą przygotowane zawczasu plecaki.
I wtedy do jej uszu doszedł nerwowy głos Nathaniela. Obejrzała się, nie rozpoznając słów. Nawet nie zdawała sobie sprawy jak blisko niej biegnie on i Jackie. Przez dłuższy czas nie słyszała ich rozmowy, ale w pewnej chwili przez rozpętany harmider przebił się głos Jackie.
- Dobra! No to myśl sobie o nich jak o mięsie armatnim, co mnie to obchodzi?
Znów nie usłyszała słów Nathaniela, ale jego ton wydawał jej się jeszcze bardziej nerwowy. Jackie pokręciła głową i spojrzała przed siebie. Adin nie widziała jej twarzy, ale z powiedzianych głośno słów domyśliła się, że dziewczyna się szeroko uśmiecha.
- No to ukradniemy drugi statek! Co nam szkodzi? Przecież jesteśmy piratami! Nath! ? krzyknęła, zanim zdążył zaprotestować. ? Bierzemy ich ze sobą, czy ci się to podoba, czy nie!
?I teraz są tutaj. Czy mu się to podoba, czy nie. Bo Jackie tak powiedziała, a jej słowo w jakiś sposób dla wszystkich stało się prawem. I to za nimi się właśnie uganiałeś, Nathanielu, dzisiaj, przez cały dzień pilnując, by im nic nie było.
Oj Nath, gdybyś nie był takim zgryźliwym durniem, to pewnie byłby z ciebie całkiem niezły??
I wtedy Adin zerwała się na równe nogi, słysząc donośny gwizd dochodzący od strony statku marynarki.
- Jeśli planujesz coś poza siedzeniem pod ścianą to chyba znajdziesz to użytecznym ? sarknął ponury głos spod sufitu.
Jackie nie zdążyła poderwać głowy, by spojrzeć na nieoczekiwanego gościa, bo jej wzrok przykuł brzdęk kluczy uderzających o podłogę.
- Rany, stary, jak się cieszę, że cię widzę! ? powiedziała rzucając się do drzwi.
Nie wnikała w jaki sposób Darkielowi udało się ominąć wszystkie straże, drzwi i okna ani jak zdjął klucze nim zdążyła to zauważyć. Wyszło mu to ? tylko tyle się liczyło.
- Nie mam przy sobie żadnych ciuchów, więc pozwól, że zostanę w tej postaci.
Jak wychodziła tuż obok jej głowy śmignął czarny kształt.
- Jasne, żaden problem ? odparła, patrząc z uśmiechem w górę.
- Moment, co to do cholery jest? ? zapytał zdębiały Franzie.
Jackie spojrzała na niego zaskoczona.
- No? klucze. Masz, może ci się przydadzą.
Rzuciła klucze w jego stronę i patrzyła jak te robią łagodny łuk, po czym? zatrzymują się tuż przed prętami, robią gwałtowny skręt i lecą z dużą prędkością gdzieś w głąb ładowni, jakby przyciągane silnym magnesem.
- Mam wrażenie, że chodziło mu o tego nietoperza, dziecino ? powiedział rozbawiony głos, wyraźnie ochrypły od przedawkowania gorzałki.
Czarnobrody wszedł w krąg światła, obracając na palcu kółko z kluczami. W wolnej ręce trzymał bukłak i sądząc z zapachu Jackie poważnie wątpiła, żeby w środku była woda.
Makei leżała na swojej pryczy. Była zaskoczona tempem z jakim ostatnio zmieniało się jej życie. Ale niech ją szlag trafi, jeśli zmarnuje tę okazję. Jeśli jednak myślała, że po dzisiejszych emocjach uda się jej szybko zasnąć, to się srodze przeliczyła. Nie mogła się przewracać z boku na bok, bo jej łóżko skrzypiało niemiłosiernie, a nie chciała z miejsca narobić sobie kłopotów wśród współlokatorów. Leżała więc nieruchomo wpatrzona w sufit i czuła, jak wszystko się w niej skręca z chęci zrobienia czegoś.
Przecież mogłaby się jakoś wymknąć i pomóc Jackie. To byłoby niebezpieczne i gdyby ją przyłapali, to pewnie jej kariera Marine skończyła się przed właściwym jej startem, ale przynajmniej sumienie dałoby jej wreszcie spokój. Tam została Jackie. A ja jestem tutaj. Tak się nie robi?
Ale z drugiej strony ? to Jackie. Przecież jakoś sobie poradzi.
Prawda?
Jackie biegła przed siebie. Wolała nie wnikać, dlaczego Czarnobrody postanowił ich puścić. Uśmiechał się dziwnie, ale nie zrobił niczego, by ich powstrzymać. Podejrzane, ale jaki normalny pirat taki nie jest? Dlatego wolała się nad tym nie zastanawiać, uważając to po prostu za łut szczęścia. Trochę szkoda było zostawiać Franzie?go, ale wiedziała, że kto jak kto, ale on potrafi o siebie zadbać. Poza tym należało mu się za dzisiejszy numer.
Jej załogi tu nie było, więc pozostawało wyciągnięcie siebie i Darkiela. To nieco ułatwiało całą spra?
- Jackie!
Ciche syknięcie i stalowy uchwyt na ramieniu ściągający do tyłu. Niemal się wywróciła, ale szybko została przyparta do ściany. Darkiel wolną ręką pokazał jej, że ma być cicho. Przytaknęła. Czekali.
?Ależ on jest cholernie silny? Ja wiem, że to przez Diabelski Owoc, ale naprawdę, trochę wyczucia?? ? pomyślała z irytacją Jackie, już czując te jutrzejsze sińce.
I wtedy do niej dotarło, że jej wzrok jest na poziomie torsu Darkiela. Nagiego.
Zerknięcie w dół zaryzykowała raz.
I z miejsca podziękowała wszystkim możliwym bogom, że w tym miejscu jest tak ciemno, bo nie miałaby pojęcia, gdzie podziać ten rumieniec. Oburzone ?Dark!? wydusiła z siebie jednak dopiero, gdy patrol, który chłopak w jakiś sposób usłyszał z takiego daleka, że Jackie ledwie rejestrowała stukot twardych podeszew ich desantów o metalową posadzkę, oddali się na wystarczającą odległość, by nie stanowić dłużej zagrożenia.
Dark wydał z siebie bliżej nie określony chargot i zamienił z powrotem w nietoperza.
- Czy tobie się wydaje, że jak się zamieniam w małego, latającego gryzonia, to mam szansę zachować chociaż bieliznę na sobie?! ? pisnął gniewnie, łopocząc skrzydłami.
- No to po co się w ogóle zamieniałeś w człowieka? ? zapytała, odwracając się i wyglądając na jasno oświetlony korytarz, niby to wyglądając kolejnych straży.
- Jakbyś nie biegła jak wariatka to bym się bez tego obył, uwierz mi.
Jackie jeszcze pomruczała chwilę pod nosem, po czym przebiegła parę kroków i wlazła po zejściówce. Wreszcie znaleźli się na pokładzie.
- Statek. Musimy wrócić na statek i zebrać pozostałych ? szepnęła.
- Oni wzięli na hol nasz statek. Musi gdzieś tu być.
- Tu? ? powtórzyła zaskoczona. ? Jak wygodnie.
Nie wytrzymała. Zwiedzenie statku okazało się być zbyt wielką pokusą. Do tego zajmowało myśli na tyle skutecznie, że nie dopuszczało zrzędzącego sumienia do głosu.
Wciąż miała na sobie luźny, piracki ubiór ? uniform miał zostać wydany jej dopiero rano ? więc musiała uważać na ludzi na wartach, by nie budzić podejrzeń i związanych z nimi omyłek. Ostatecznie była teraz Marine, tylko po prostu? jeszcze nie do końca oficjalnie.
Wyszła na pokład i na chwilę zrobiło się jej słabo. Już wcześniej widziała jak duży jest ten statek, ale dopiero teraz dotarło do niej jak ogromną przestrzeń przyjdzie jej niebawem myć regularnie po kilka razy dziennie razem z innymi pomywaczami. Przełknięcie tej myśli zajęło jej chwilę, ale w końcu wzięła się w garść ? porządny Marine takich błahostek się nie boi.
Zwiedzanie postanowiła rozpocząć od rufy.
Teoretycznie statek ten niczym nie mógł się różnić od tego, który ukradli podczas ucieczki. Ostatecznie tylko flaga określa żeglarzy ? jak na maszcie powiewa mewa, to mamy do czynienia z marynarką, jak Jolly Roger ? piratami. Proste. Wielkość i rodzaj łodzi nie ma tu wówczas nic do rzeczy - na morzu spotkać się mogą dwie karawele robione pod tę samą miarę, a człowiek i tak z miejsca rozpozna, czy to kupiec, czy pirat.
Makei kiedyś nie rozumiała, dlaczego tak wyraźnie to było widać, póki nie zawiesili czarnej bandery nad porwanym statkiem Marines. Teraz, gdy szła po pokładzie, ta różnica jeszcze bardziej rzucała się w oczy.
Po zmianie flagi na pokładzie zaczęły zachodzić nieznaczne zmiany. Tu się coś wywróciło, tam coś wylało, gdzie indziej przypaliło. Dla wygody poprzestawiano większość rzeczy. Po kilku dniach zaroiło się wszędzie od nacięć, kiedy to kilka osób po dorwaniu się do magazynu broni postanowiła przypomnieć sobie podstawy szermierki. Wszędzie było pełno dzieci ? ich chichoty zdawały się wkradać w każdy zakamarek.
Statek się zmieniał, zupełnie jakby sam chciał się dopasować do nowych właścicieli. Zaczął grać inną melodię ? skrzypienie want i desek zmieniało się każdej nocy i nie sposób było nie zauważyć faktu, iż u najmłodszych, którzy mieli problemy z zaśnięciem, było ciszej niż w innych częściach statku i nikt nie potrafił powiedzieć dlaczego właściwie tak jest.
Ale nie zdążyli się nawet do niego przyzwyczaić. Był zbyt charakterystyczny, żeby nim pływać, więc przy najbliższej okazji zamienili go na niewielką karawelę. Nie umieli wytłumaczyć wyrzutów sumienia, jakie mieli po opuszczeniu statku marynarki.
Karawela była statkiem starym. Wszystko było w niej nieprzyjemnie toporne i grubo ciosane. Do tego miejsca było dużo mniej, przez co zrobił się straszny ścisk. Ale nie mieli czasu na marudzenie. Wyruszyli w dalszą drogę w chwili, w której wszyscy znaleźli się ze swoimi bagażami na pokładzie.
?Powinna być przywiązana na hol gdzieś tutaj, żeby nie sprawiała kłopotów?? ? pomyślała Makei. Pobyt na karaweli nie należał do najwygodniejszych w jej karierze, ale atmosfera podniecenia i radości z samej ucieczki wynagradzała wszelkie niedogodności. Ostatecznie statek wywiązał się z zadania. Może należałoby się jakoś pożegnać? Z załogą nie zdołała, to może chociaż?
I wtedy stało się to, co stać się miało.
- Jackie?
Zamachująca się ogromnym, kuchennym nożem na linę holowniczą Jackie zamarła na moment, po czym odwróciła się powoli opuszczając rękę.
- Patrzcie państwo, kogo kot przyniósł.
Leżąc wcześniej w koi Makei kilkukrotnie zdążyła wyobrazić sobie scenę w której ponownie spotyka się z Jackie, tym razem już jako prawdziwy Marine. Zwykle było tam sporo wielkich słów, deklaracji przyjaźni, czasem trochę łez. Tymczasem Jackie właśnie zmieniała uchwyt na nożu, tak by stał się wygodniejszy w użyciu jako broń. Jej wzrok był hardy, a postawa sugerowała pełną gotowość do ataku. No i ta kpina w tonie?
Jak ona się wydostała? W jaki sposób przybiegła aż tutaj? Nie budząc żadnych podejrzeń? Skąd wytrzasnęła ten nóż?
?To Jackie.?
Ależ Makei była zirytowana tym wyjaśnieniem. Jedynym, które się nasuwało i miałoby wyjaśniać wszystko. Przecież to tylko zwykła dziewczyna, nawet nie żaden demon! Nie jest wszechmocna, nawet bić się nie umie. A mimo to wszystko jej się udaje.
Załatwiła jej posadę Marine, a Makei nawet już nie pamiętała kiedy ostatnim razem napomykała o tym marzeniu. Tymczasem Jackie załatwiła to ot, tak. Bo była okazja. I ona po nią sięgnęła. Makei by to pewnie nawet do głowy nie przyszło. Niech to szlag.
- Czy byłbyś w stanie podnieść mnie teraz i przenieść na pokład? ? rzuciła nagle Jackie.
- Wątpię, nie miałbym jak cię złapać tymi małymi pazurkami?
Makei rozejrzała się ze strachem. Drugi głos był zaskakująco znajomy, ale zdawał się dochodzić zewsząd. Co nie było ani normalne, ani znajome.
- Ach, ta akustyka na tych nowoczesnych pokładach ? mruknęła Jackie z przekąsem, grzebiąc ze znużeniem małym palcem w uchu. ? No trudno. Zamień się proszę w takim razie w formę pół-bestii. Wykradnięcie nam się nie udało, więc zarządzam plan B.
- Jak to się? przecież to tylko Makei! ? syknął zirytowany głos.
- Ona jest tylko Marine, mój drogi i racz o tym nie zapominać. Zaraz pewnie pobiegnie zadzwonić na alarm i ściągnie nam na głowy całą resztę statku. ? Jackie uśmiechnęła się bezczelnie. ? Wprowadzamy plan B! ? rzuciła głośno.
Wielki, czarny kształt spłynął z góry i zawisł nad Jackie, rozpościerając szeroko błoniaste skrzydła. Makei ledwie opanowała wrzask. Stworzenie było człekokształtne, ale wyglądało jakby je ktoś wyciął z trzeciorzędnego horroru. Wielkie szpony na łapskach zacisnęły się na ramionach Jackie. Skrzydła zaczęły łopotać o pokład.
- Nigdy nie słyszałaś o tym, że Darkiel jest zoanem? ? rzuciła jeszcze Jackie, nim jej stopy oderwały się od pokładu.
Makei dygotała. Złudzenia, las, zamieszanie z marynarką, teraz jeszcze to? Za dużo rewelacji jak na jeden dzień. Ale nie mogła tak po prostu pozwolić Jackie odejść. Miała szansę, ostatnią szansę, a tylko stała i patrzyła jak to cielę?
O nie! To jest początek jej nowego życia! I nie zacznie go, żałując czegoś! Niech ją szlag, jeśli tak będzie!
Zacisnęła zęby i pięści zbierając się w sobie, po czym podbiegła do brzegu pokładu i stanęła na barierce trzymając się want.
- Jackie! Szkolenie marynarki jest cholernie długie i upierdliwe, ale przysięgam ci, że się jeszcze kiedyś spotkamy na morzu! Przysięgam, dorwę cię gdziekolwiek byś przede mną nie uciekła! Słyszysz mnie, przeklęty piracie?!
Latarnie na statku były przeznaczone do oświetlenia pokładu, więc mrok pożerał ich już od kiedy oddalili się od niego na parę metrów, więc ciężko było powiedzieć to na pewno, ale?
Zdawało jej się? Czy naprawdę widziała ten szeroki, pewny siebie uśmiech Jackie?
/======7======\
Co za jędza. Zauważyła go?
Kapitan wyszedł w krąg światła. Zaaferowana pomywaczka nawet nie zwróciła na niego uwagi. Chwilę temu podkradał się tak cicho jak to było możliwe nie znając rozkładu skrzypiących klepek na pokładzie, trzymał tak daleko, by tylko słyszeć rozmowę, a tymczasem? Ta przeklęta piratka zerknęła w jego kierunku. Był tego pewien. Zaraz potem zaczęła podnosić głos.
Czy to dlatego drażniła się z młodą marines? Żeby pokazać jej determinację? Co za babsztyl?
Położył rękę na ramieniu Makei. Zaskoczona dziewczyna prawie podskoczyła. Rzuciła mu przestraszone spojrzenie.
- Masz? ciekawych przyjaciół ? powiedział ciepło.
Prawie wybuchnął śmiechem widząc, jak Makei się rozpromienia. Odwrócił się w stronę nadbiegających Marines. Wybrał idealny moment.
- Co się dzieje? ? krzyknął pierwszy, wpadając na rufę. ? Co to były za wrzaski? - krzyczeli następni z rozdrażnieniem.
Makei skuliła się i zeszła na pokład. Jeżeli ktokolwiek słyszał to, co przed chwilą powiedziała, to czekają na nią spore kłopoty?
- Nasza nowa pomywaczka chciała się wykazać ? powiedział kapitan, którego głos, choć niegłośny, w jakiś sposób przebił się przez hałas butów, wiatru i krzyków. - I w pojedynkę ująć parę piratów. Nie udało się jej, uciekli na holowany przez nas statek ? zakończył krótko. - Niniejszym ogłaszam alarm ? dodał spokojnie.
W pierwszej chwili marynarze zbaranieli. Nie mieli jednak czasu na dłuższe osłupienie. Nie kapitanowi dane było ich wyrwać ze stuporu. Niespodziewanie bowiem nad nimi rozległ się przeraźliwy gwizd.
Żaden sygnał nie będzie lepszy od dźwiękowego ? tłumaczyła mu kiedyś Jackie.
Jak się postanowi dać sygnał, który trzeba zobaczyć, to wszyscy się będą rozglądać i cały plan ucieczki z zaskoczenia spali na panewce. Młodzi ludzie są zbyt łatwi do przejrzenia pod tym względem. Rozglądaliby się nerwowo bez przerwy, nie chcąc niczego przegapić.
Na innych zmysłach też nie ma co polegać. Nie wrzuci nic nikomu do potraw, bo muszą nabrać sił przed ucieczką, a kto wie, czy to kogo nie zniechęci do jedzenia. Zresztą ? byłoby z tym za dużo zachodu. Z tego samego powodu nie rozpuści po korytarzach niczego smrodliwego ani nie dorzuci niczego do wody, żeby nagle wszystkich zaczęła swędzieć skóra. Bezsens. Sygnał polegający na dosłyszeniu czegoś jest najprostszym rozwiązaniem.
?No to nie będą się rozglądać. Ale będą nasłuchiwać. Wyjdzie na jedno.? ? Wzruszył ramionami.
Nie, wcale nie. Nie powiemy nikomu co to będzie za sygnał. Więc wszyscy będą wypatrywać czegokolwiek niezwykłego. A jak zobaczą pierwsze osoby w ruchu to reszta poleci za nimi.
?No dobra, ale potrzebny by nam był dźwięk, który usłyszą wszyscy, od sufitu po piwnice. Chcesz ukraść jakiś system nagłaśniający??
Cóż, to poniekąd tak.
Nie podobała mu się wtedy ta jej mina. Wkrótce miał się dowiedzieć, dlaczego.
Jackie zakradła się do rozgłośni ? kiedyś miano tam założyć radio, ale skończyło się na tym, że ogłaszano przez rozstawione po całym budynku głośniki najważniejsze wydarzenia ze świata albo zwykłe wezwania ?na dywanik?. Kiedyś pozwolono wychowankom przeczytać przez nie życzenia walentynkowe. Darkiel nie pamiętał, kiedy się tak głośno śmiał jak wtedy.
Ale kiedy Jackie się dorwała do mikrofonu, już się nie śmiał. Zawsze mu się wydawało, że gwizdnięcie na palcach to tylko jeden dźwięk, tak na dobrą sprawę nie określony w swojej tonacji. Musiał zweryfikować ten pogląd. Jackie była jedyną znaną mu osobą, która potrafiła w czasie tej czynności fałszować.
Przeraźliwy dźwięk rozszedł się po całym budynku i sparaliżował na moment wszystkich. Ale do tych, którzy mieli go odebrać, dotarł. Gdy tylko przestało im dzwonić w uszach.
Teraz też nie było mu do śmiechu. Jackie i bez mikrofonu okazała się mieć spore płuca i kiedy gwizdnęła, szok dla jego wrażliwych uszu był tak wielki, że mało jej nie puścił. Zamiast tego zmusił się do mocniejszego zaciśnięcia szponów i wykonania paru ostatnich machnięć skrzydłami, by znaleźć się wreszcie nad dekiem statku. Tam cisnął dziewczynę na pokład.
Od strony marynarki rozbłysły światła.
- To Jackie ? syknęła Adin. Co ta dziewczyna kombinuje tym razem? Kto to wdział o tej porze taki hałas podnosić? Wszystkich znajdą, jak teraz do niej wyjdą!
- To jest tak chore, że aż przerażające ? usłyszała za sobą zirytowane mruknięcie. ? Jak można fałszować samym gwizdnięciem?
Kiedy Adin się obróciła, Nath właśnie otrzepywał się z popiołu. Mamrotał coś jeszcze do siebie, ale do uszu dziewczyny nie dochodziło nic konkretnego, więc przestała nasłuchiwać.
Co robić? Co robić? Iść? I dać się złapać? A może Jackie coś wymyśliła? Ale co można wymyślić akurat teraz, w środku nocy?
- No co tak stoisz jak to cielę? ? Podskoczyła, gdy usłyszała głos Nathaniela tuż obok siebie. ? Zapomniałaś, co znaczy ten sygnał?
Adin zmierzyła go w pierwszej chwili pustym wzrokiem. Dopiero po paru sekundach iskierki zrozumienia pojawiły się w jej spojrzeniu. Oczy otworzyły się szeroko.
Teraz?!!
Nath spojrzał na nią jak na dziecko. Jego głos był spokojny. Mówił krótkimi, urywanymi zdaniami, jakby chciał zostać dobrze odebrany przez kogoś niepełnosprawnego umysłowo.
- Właśnie tak. Uciekamy. Budź dzieciaki. Już.
- Co ty chciałaś przez to osiągnąć?! ? krzyknął na Jackie ze złością.
- Wiatr jest za mały ? powiedziała jakby nie słyszała jego wybuchu. Rozglądała się nieco nerwowo. ? Nie uda nam się opłynąć wyspy. Rozwiń żagle ? dodała niespodziewanie i kompletnie sprzecznie z poprzednim zdaniem wypowiedzi.
- Co takiego?
- Podleć do grotmasztu i postaw żagiel, czy ja się wyraziłam niejasno? ? zapytała z irytacją odwracając wreszcie twarz w jego stronę.
- To absurd! Natychmiast nam go przestrzelą, już się szykują do przepłynięcia do nas, po co?
- Do cholery jasnej, Darkiel, po prostu mi zaufaj i postaw ten cholerny grot! ? huknęła Jackie, zrywając się na równe nogi. Nie czekając na jego odpowiedź zawróciła na pięcie i pognała w stronę zejściówki.
- To szaleństwo? - szepnął ze zgrozą. Szybko jednak dotarło do niego, że sam nie ma innego pomysłu. Zaklął okrutnie, ale postanowił się chwilowo podporządkować. Podleciał do masztu i szybko rozwinął żagiel. Gdy ten opadł z łopotem, Darkiel wylądował ciężko na pokładzie i poleciał wiązać wanty. Akurat kończył, gdy Jackie wyleciała spod pokładu jak strzała. Nawet nie zdążył zapytać po co jej to było do szczęścia potrzebne, kiedy minęła go, biegnąc w stronę dziobu.
- Darkiel! Załatw nam trochę wiatru! ? krzyknęła przez ramię.
- Niby jak?! ? zawołał za nią, zdenerwowany własną dezorientacją w sytuacji.
- Machnij na niego! Skrzydełka masz niemałe!
- Nie ruszę tak wielkiego statku, do cholery!
- To tylko karawela! Dasz radę! ? krzyknęła z niezachwianą pewnością siebie.
- Oszalałaś! Nawet jak mi się uda, to urwie nam dziób!
- DMIJ W TEJ CHOLERNY ŻAGIEL, DARKIEL!!!
?Niech cię jasny trafi szlag, kobieto!? ? zawył w myślach zoan. Czując się totalnie idiotycznie, zaparł się nogami o pokład, po czym zaczął machać co sił w błoniastych skrzydłach.
Ku jego jeszcze większemu zdumieniu ? żagiel faktycznie się wydął. Kil zatrzeszczał niebezpiecznie i kiedy już Darkiel miał przestać, by mimo wszystko oszczędzić statku cierpienia, usłyszał jakby trzask z bicza. Nagle wszelki opór ustał, a statek zakręcił gwałtownie i pomknął przed siebie.
- PIĘKNIE! ? ryknęła Jackie, przebiegając po pokładzie by, jak podejrzewał Darkiel, odzyskać panowanie nad okrętem przez stermaszt. Dopiero teraz zauważył błysk jakiejś broni w jej rękach. Refleks poszedł od jakiegoś zabłąkanego promyka światła od strony statku marines, który zresztą oddalał się od nich teraz w zaskakującym tempie.
Musiał to przyznać nawet przed samym sobą. Ten sukces był cholernie satysfakcjonujący.
/======8======\
- Ja? Ja-Jackie?! Co ty kurwa wyprawiasz?!
Złapali wreszcie wiatr, który przy odpowiednim przechyleniu masztów nadawał statkowi przyjemną prędkość. Darkiel jednak odkrył, że Jackie najwyraźniej planuje wykorzystać ten impet i wlecieć jak najdalej w głąb mielizny. Miało to pewien sens ? ostatecznie wyścigi na morzu mają ten defekt, że obie strony dysponują tym samym wiatrem, a często i prędkością. Marynarka miała do tego o wiele bardziej mobilną jednostkę, głównie przez ilość ludzi na pokładzie. Na mieliźnie nie będą mieli jak ich gonić. Ale to przecież jest tylko chwilowe rozwiązanie a później zlikwiduje im szanse na dalszą ucieczkę!
- Jackie, kurwa twoja SZLAAAAG!!! ? zawył, kiedy kil karaweli wrył się z pełną prędkością w sypki piach.
Całym statkiem trzęsło niemożebnie kiedy tak rył wśród mułu i kamieni. Darkiel nawet nie chciał wyobrażać sobie w jakim stanie będzie potem miecz, ale raczej szybkie i łatwe lawirowanie tym statkiem będzie już mało możliwe.
- Darkiel, żyjesz? ? zapytała Jackie, kiedy wreszcie statek osiadł na mieliźnie i wszystko się uspokoiło i ucichło. Odetchnęła z ulgą, gdy doszło do niej wściekłe mamrotanie, które brzmiało jakby należało do kogoś, kto właśnie został przygnieciony kilkoma nieprzywiązanymi do pokładu skrzynkami. ? No to zakryj te swoje wielkie uszy!
Zaczerpnęła tchu i po raz kolejny gwizdnęła przeciągle.
Marynarce chwilę zajmie przejście na szalupy, a jej chodziło właśnie o ten moment. Lada chwila pozostała część załogi powinna wyjść z lasu i wsiąść na pokład, przecież właśnie specjalnie dla nich pochyliła nawet ten statek. Teraz przebiegła się wzdłuż sterburty, w kierunku której było pochylenie, i powywieszała trzy drabinki, żeby młodszym łatwiej było wspiąć się na pokład. Wszystko na statku było przetasowane w cholerę i pewnie będzie sporo zamieszania jak już będzie po wszystkim, ale w tej chwili nie porządek się liczył.
Wciąż trzymając się want stermasztu, Jackie zerknęła w stronę statku marynarki. Już opuszczano szalupy i ładowano do nich załogi. Wróciła wzrokiem do ledwie widocznej w bladym świetle księżyca granicy plaży z lasem. Jeszcze tylko chwila?
- A wzięłaś w ogóle pod uwagę, że oni mogli w ogóle tego nie usłyszeć?
- Dlaczego by mieli tego nie usłyszeć? ? zapytała, spoglądając na Darkiela ze zdziwieniem.
- No nie wiem? Może dlatego, że mimo wszystko ta wyspa nie jest taka mała i jeśli się skryli po jej drugiej stronie to nawet twoje przeraźliwe gwizdanie mogło do nich nie dotrzeć? ? Irytacja jego głosu odbiła się na jego twarzy, ale ten wyraz szybko zamienił się w przerażenie, kiedy Jackie zamiast odpowiedzieć po raz kolejny podniosła rękę do ust. - Co? Nie! Czekaj! Nie rób tego!
Jackie zagwizdała.
Darkiel spadł ze schodów prowadzących na rufę. Zwinął się w kłębek, zakrywając szpiczaste uszy i kwiląc cicho z bólu.
- Obyś skonała w męczarniach!
- Cicho bądź! Zobaczysz, zaraz będą?!
Pierwsze szalupy marynarki już płynęły w ich stronę szybko pokonując dzielący ich dystans za pomocą siły wiosłujących marynarzy.
Jackie wpatrywała się w czarną ścianę lasu z napięciem.
- Nikt nie przyjdzie! Pomyśl realnie! Uciekli od tego statku tak daleko jak mogli, skąd mieliby się nagle znaleźć tutaj?!
- Na wschodzie są bagna, do tego nikogo tam nie widziałam. Podpłynęliśmy od zachodu. Nie powinni być znowu tak daleko. I oby byli tu zaraz, bo Marines zaraz tu będą, nie utrzymamy statku zbyt długo tylko we dwójkę?
- Zbyt długo? Dziewczyno, w ogóle go nie utrzymamy, za kogo ty się masz?! A sam jeden nie dam rady tylu marynarzom!
- Chwilę na pewno ustoimy! ? krzyknęła z uporem.
- Nie wkurzaj mnie, za bardzo polegasz na moich mocach?!
- To ty mnie nie wkurzaj, myślisz, że ci pozwolę walczyć samemu? I kto tu ma za wielkie mniemanie o sobie?!
- A co ty możesz?!!
Jackie przypomniała sobie scenę w Arlong Park. Co ty możesz zrobić? Ale ona nie mogła odpowiedzieć tego, co Luffy. Nie miała super mocy, tylko swój spryt i szczęście. Niewiele umiała. Nie była silna. Nie umiała za dobrze walczyć. Ale przecież na pewno było coś, co mogła zrobić.
- Nie wiem, co mogę ? odpowiedziała szczerze. ? Dlatego myślę, że mogę wszystko.
- Mówiłem, że to stąd jest to cholerne gwizdanie! ? dobiegło ich od strony lasu. Dziewczyna odwróciła się i zobaczyła grupę nieporadnie biegnącej tłuszczy, popędzającej się wzajemnie. Nathaniel ciągnął coś za sobą i wolną ręką jej wygrażał. - Jackie, przysięgam ci, jeśli jeszcze raz gwizdniesz, to ci odrąbię palce!!!
Wyglądało na to, że byli wszyscy. Jackie nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu na ich widok. Mimo, że ostatnim razem widzieli się zaledwie dwa dni temu, to miała wrażenie, jakby upłynęło dużo więcej czasu.
- Wsiadajcie, szybko! ? pomachała do nich.
- Jackie, dlaczego statek jest tak dziwnie pochylony?
- Co wy robicie tak blisko brzegu?
- Ugrzęźliśmy na mieliźnie?! To jak się teraz stąd wydostaniemy?
Jackie zbywała wszystkie pytania machnięciem ręki.
- Adin, wprowadź najmłodszych pod pokład! Nath, weź ze dwóch chłopaków i lećcie mi pod pokład, rumpla pilnować! Darkiel!
- O nie? - mruknął pełen najgorszych przeczuć zoan.
- Właśnie tak! ? krzyknęła radośnie. - Wyciągnij nas stąd!
Darkiel jęknął. Kolejny kretyński pomysł. Ale nie był głupcem. Umiał wyciągać wnioski. A jego dotychczasowe brzmiały następująco: nie sprzeczaj się z tą wariatką. I tak postawi na swoim. Niech ją szlag.
Rozwinął skrzydła i wzbił się w powietrze nie zważając na przestraszone okrzyki załogi. Stąd jeszcze wyraźniej widział beznadziejne położenie łodzi i szybko malejącą odległość między nimi a Marines. Zastanowił się szybko nad metodą wyciągnięcia tej starej krypy tak, by wyrządzić jej jak najmniej szkód. Uznawszy jednak, że to, co miało się stać złego już nastąpiło, podleciał do wystającego wysoko ponad wodę dziobu i zaczął spychać łódź z powrotem. Z początku szło opornie, więc odetchnął z prawdziwą ulgą, czując pierwsze drgnięcia statku. Potem było już nieco łatwiej, choć niestety nie mniej męcząco. Karawela powoli i ze zgrzytem sunęła po piachu, szukając miejsca, by zanurzyć w nim miecz. Darkiel słyszał jak Jackie stoi na pokładzie i wydaje kolejne rozkazy, ale nie wsłuchiwał się w nie specjalnie. Słyszał tupot butów podenerwowanych ludzi, starających się wypełnić wszystkie polecenia. Wydawało mu się, że zemdleje z wysiłku, kiedy wreszcie mógł puścić dziób i ten bezproblemowo zanurzył się w wodzie. Zebrał w sobie jeszcze resztkę sił by podlecieć na pokład. Opadł na niego ciężko i poczuł jak kolana się pod nim uginają, odmawiając posłuszeństwa. Natychmiast czyjeś ręce pomogły mu wstać i zaciągnęły pod pokład. Darkiel był zaskoczony zarówno tym gestem jak i osobą, która się nim zajęła. Usiadł posłusznie na podłodze w mesie, do której został przyprowadzony. Przyjął koc. I cały czas patrzył zdębiały na Nathaniela.
Wciąż był przecież w formie półbestii. Odrażająca kreatura, której wszyscy się boją. Nie zdziwiłoby go, gdyby go tak zemdlonego zostawiono na pokładzie, ba, zepchnięto za burtę. Czy postępowanie Natha brało się z litości? Może z rozkazu?
- Zostań tu i odpocznij ? warknął Nathaniel, wychodząc. - Nie chcę cię widzieć na pokładzie, jasne?
Nie, żeby Nathaniel czasem posługiwał się łagodniejszym głosem. Czyżby? próbował spłacić dług zaciągnięty wtedy w lesie? Potworowi? Darkielowi wciąż wydawało się to wszystko zbyt dziwne. Przytaknął jednak posłusznie i patrzył jak tamten wychodzi trzaskając drzwiami.
Nathaniel wyszedł na pokład i został niemal stratowany wpierw przez przetaczającą się właśnie przez pokład skrzynię, a następnie przez piątkę gówniarzy, która ją goniła.
- Taki był cholerny sztorm? - zanucił pod nosem, rozglądając się dookoła.
W końcu namierzył Jackie. Stała niemal na galionie i wrzeszczała na ludzi. Pewnie w normalnych warunkach nikt by jej nie posłuchał, ale teraz, uciekając przed marynarką, wszyscy byli totalnie skołowani i najwyraźniej nikt nie umiał tutaj myśleć.
Poza Nathanielem. Podszedł do dziewczyny i szarpnięciem za dekolt ściągnął ją na pokład.
- To szaleństwo! Chcesz nas pozabijać?!
Złapała go za nadgarstek i zmusiła by ją puścił. Ani na moment nie okazała strachu czy wahania.
- Myślisz, że Marynarka będzie dla nas łagodniejsza, gdy nas już dorwie?
- Tego nie twierdzę, ale nie rozumiem twoich metod. Moim zdaniem są zbyt drastyczne i?
- A masz jakiś inny pomysł? ? syknęła, przysuwając się do niego tak, że niemal się stykali nosami. ? Jeśli tak, to dawaj. Jeśli nie, to zamknij się wreszcie i pomóż nam. Dobrze wiesz, że teraz przyda się każda sprawna para rąk.
Rzecz w tym, że każdy jego pomysł zakładał długą pogoń a na to nikt nie miał tutaj siły. I mimo, że Jackie ma zamiar wykończyć załogę w podobny sposób, to przynajmniej nastąpi to szybciej i z większą szansą na faktyczne zgubienie marynarki?
Problem polegał na tym, że Jackie wciągnęła ich w takie kłopoty, które sama zaaranżowała i teraz sama wiedziała jak z nich wyjść. Nawet, jeśli jej pomysły były absurdalne.
- Na tym pokładzie są sami piraci, Nathanielu ? powiedziała głośniej. - Nie boimy się śmierci, ani tym bardziej burzy na morzu. I dlatego właśnie wpłyniemy w ten cholerny sztorm, który błyska na horyzoncie! Jak wreszcie zgubimy cholerną marynarkę, to będziemy się martwić o bezpieczeństwo! Halsujemy, ludzie!!
Nath nie miał wątpliwości co do odwagi wszystkich obecnych. Brała się głównie z oszołomienia albo pędzącej już adrenaliny, więc tak czy siak można było na niej polegać. Bardziej martwił się o łódź, której ostatnie zdarzenia raczej nie wyszły na zdrowie. Wiatr nadciągającego sztormu dął w nich z pełną mocą. Nie byliby w stanie podejść do niego inaczej jak halsowaniem. Do tego najwyraźniej statek marynarki miał z tym wyraźne problemy.
Cóż. Pozostawało być dobrej myśli. Jak Jackie.
- Biorę na siebie stermaszt! ? krzyknął, odbiegając w stronę rufy.
- Kapitanie! To już pewne! Płyną w stronę sztormu!
Kapitan westchnął ciężko. Nie miał ochoty się tłumaczyć przełożonym z niepowodzenia misji.
- Pewnie myślą, że nas tam zgubią ? prychnął Stephen.
- Założenie jest o tyle mylne, że my się nawet do niego nie zbliżymy.
- Słucham? ? zapytał ze zdumieniem.
- To jest statek starego typu. Nie mamy wyposażenia pozwalającego nam płynąć wbrew wszelkim warunkom pogodowym. Tak jak piraci, jesteśmy zależni od wiatru. Nie mamy jednak tak zwrotnego statku, więc nawet jak spróbujemy halsować, to nawet nie zauważymy, kiedy ich zgubimy.
Nie był też pewny, czy to było celowe działanie, czy też przypadek, że karawela piracka wystrzeliła z mielizny akurat wtedy, gdy już połowa jego załogi płynęła do niej w szalupach. Kilka łódek zostało przewróconych przez ten szalony statek. Zebranie wszystkich razem trwało dłuższą chwilę. Jeśli było to działanie celowe, to dziewczyna, na którą przymknął oko i puścił wolno, może się okazać dużo groźniejszym przypadkiem niż sądził?
Westchnął. Naprawdę miał nadzieję tego uniknąć.
Kilka osób poderwało głowy, słysząc nieprzyjemnie znajomy wysoki gwizd. Chwilę później kilka kul armatnich wzbiło wodę dookoła burt statku.
- Celowo pudłują! ? krzyknął Nathaniel.
- Wiem! ? odkrzyknęła Jackie. - Szybciej! Odbijać na bakburtę!
Statek skręcił i ponownie zaczął się zmagać z wiatrem. Manewrowanie wymagało sporego wysiłku przy operowaniu żaglami. Ludzie bez doświadczenia patrzyli na tych, którzy wydawali się wiedzieć, co robią. Wszystko szło całkiem nieźle. Ale zbyt wolno. Wciąż znajdowali się w zasięgu armat wrogiego statku. Ten tymczasem właśnie zmieniał działa w ambrazurach, szykując do kolejnej salwy.
Gdy Jackie zobaczyła w świetle księżyca kolejne kule, wiedziała już, że tym razem już nie będą próbowali ich nastraszyć. Jedna z kul leciała centralnie na ich grotmaszt.
- O kur?
Eksplozja była ogłuszająca. Kule, które chybiły wzbiły potoki wody wokół statku i jeszcze wzmogły otaczające ich fale. Jackie spojrzała z niepokojem na bom grotmasztu. Przecież tam też byli ludzie!
Ale i bom i maszt były w jednym kawałku. Jackie dopiero po chwili zobaczyła, co je uratowało.
- Do ciężkiej cholery, rozpędziłem ten statek, wyciągnąłem go z mielizny, to z takimi gównami też dam sobie radę! ? ryknął Darkiel. ? Nie przejmujcie się nimi! Ruszać dupy!
Podskoczył i tak machnął skrzydłem, że dwie kule lecące w stronę rufy przetoczyły się po błonie i zmieniły kurs, lądując niegroźnie w wodzie.
Dopiero one wyrwały załogę z oszołomienia. Wszyscy krzyknęli słowo czy dwa pochlebne dla Darkiela po czym rozbiegli się do swoich zajęć.