Aktualny czas: 24.11.2017, 16:44 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Przygody Seibu
Autor Wiadomość
Eikichi Online
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,007
Dołączył: 31.07.2011
Skąd: San Escobar
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Przygody Seibu
A oto i wspominane już przeze mnie i Orziego opowiadanko dziejące się w naszej kochanej Mastodonii. Jak ktoś by przeczytał i będzie chciał skomentować to też w tym temacie Big Grin.

HISTORIA PIERWSZA - "PIEKŁO I ZARAZA"


Część pierwsza - "Herbata na jeden raz to zdecydowanie za szybko"

Urodziłem się w południowo wschodniej Mastodonii, na granicy z Kurlandią, a dokładniej w powiecie Ravenflow – gminie Wahliczki obok oceanu. Kocham to miejsce, nasza wioska w której jest może tysiąc osób to naprawdę przyjemna mieścina. Większość podobnie jak i zresztą ja sam to ludzie, ale mamy tutaj jednego elfa, kilka krasnali, gnoma do bicia i dwa gobliny, a także ze stu zwykłych antropomorfów.
Historia, którą chcę opowiedzieć działa się wiosną 1978 roku. Mastodonia po raz kolejny musiała dźwignąć się po katastrofach, tym razem wywołanych przez Regulatorów z Terror Teamem na czele. Wahliczki również ucierpiały, a więc kiedy śniegi, których jak na złość tej zimy było o dużo za dużo, w końcu stopniały wzięliśmy się z resztą chłopów do odbudowy tego co zostało rozwalone.
Jednak coś nam przeszkodziło… Coś przez co to miejsce nie może być przyjemnym, wrzód na dupie całej naszej gminy – Scaveny z Dreadtown.

***

Czym jest taki Scaven, inaczej nazywany Szczuroludziem? Mówiąc językiem naukowym to jeden z gatunków nieludzi przybyły z ichniego kontynentu. Osobniki osiągają od siedemdziesięciu centymetrów do jednego metra i trzydziestu centymetrów wysokości, cechują się przeważnie dość wątła budową ciała. Sylwetka najczęściej przygarbiona, poruszają się na tylnich łapach. Rozwinięty intelektualnie gatunek, interesujący się wszelkiego rodzaju alchemią, czarnoksięstwem oraz innymi bardziej przyziemnymi sprawami jak sport czy kultura. Jednak jeśli powiedzieć to językiem zwykłego chłopa, Skaven to śmierdzący kutas, którego trzeba się pozbyć jak tylko się go zobaczy, inaczej zostanie i zacznie się mnożyć, a co gorsza szarogęsić.

***

WTOREK

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Udało mi się wtedy uzyskać proszek Rifleverba bez dodawania krwi naszych martwych szczeniąt do mieszanki, to dobrze bo produkcja młodych w tamtym okresie była stosunkowo ograniczona. Plemię nie mogło sobie pozwolić na zbyt duże straty. Komu jak komu, ale mi – Finko Raffenbaerowi, głównemu czarnoksiężnikowi i arcyalchemikowi Dreadtown udać się to musiało. Teraz w końcu mogłem wyprawić się z wojskiem na pobliskie ludzkie osady by udowodnić im moją wartość jako dowódcy i czarnoksiężnika doskonałego. W końcu mogłem pokazać wielkiemu Harak-hanowi kto jest jego najwspanialszym sługą.
W pokoju panował mój ulubiony półmrok, przedzierany tylko z lekka przez światło świec. Zawsze lubiłem pracować do późna, to tylko świadczyło o mojej przydatności dla Dreadtown. Na roboczym stoliku roiło się od zaplutych przez mych nieodpowiedzialnych poprzedników, książek, pism z przepisami i moimi własnymi notatkami. Podszedłem doń i na zapisanej już nieco kartce naniosłem ostatnie poprawki do formuły magiczno-alchemicznej na stworzenie proszku Rifleverba.
Wziąłem go odrobinę i wsypałem do woreczka, mimo później pory miałem zamiar pójść do mistrza i pokazać mu wspaniały efekt moich prac. Na pewno nie spał, dzisiaj w kinie Kelego Rasafara odbywał się seans nowego filmu tegoż też wspaniałego reżysera. Mistrz na pewno tam siedział, film był bowiem jego z ulubionego gatunku: dramat wojenny.
Ubrałem swój bordowo – żółty płaszcz z kapturem, schowałem doń woreczek ze specyfikiem, przed wyjściem chwyciłem jeszcze swą laskę i wyszedłem na spowitą ciemnością ulicę.

***

ŚRODA

Siódma rano, wczesna godzina, pogoda wspaniała, na uliczkach Wahliczek panował tłok. Ludzie szykowali się do pracy, Abel i inni robotnicy wyruszali do pobliskiego lasu by zdobyć surowce na odbudowę domostw. Doborowa grupa dwustu chłopa z siekierami, piłami i koszulami w kolorze flaneli wyruszyła „podbić” las. W samej wsi zostały tylko kobiety, dzieci, starcy oraz specjaliści z masą innej roboty jak elfi kowal Hirfen oraz szeryf Seibu z jego asystentem Marcinem.
W małym, służbowym domku, wybudowanym na środku głównej ulicy Wahliczek –
Rybskiej, przy biurku siedział przeżytek starego systemu, jeden z nielicznych już mastodońskich szeryfów. Seibu bo o nim mowa zasługuje na kilka zdań opisu, przynajmniej tyle mu się należy od życia. Niski, półtorametrowy antropomorficzny kaktus, zawsze w typowym kowbojskim ubraniu, szerokich brązowych spodniach, niebieskiej koszuli, narzuconej nań kurtce bez rękawów, żółtej chuście i kapeluszu z rondem. Prawdziwy kowboj, znany w całym powiecie Ravenflow jako Wild Gunman, najgorszy i bardzo nerwowy strzelec. Seibu w takim stopniu źle strzelał, że szansa na trafienie w cel kiedy weń celował spadała niemalże do zera, jednak, że głupi nie był to opracował pewien sposób. Strzelał w miejsce z którego prawdopodobnie pocisk zmieni tor lotu na właściwy. O dziwo te szaleństwo działało i zwiększało szanse do jakichś 50%. Wóz albo przewóz jak to mówią.
- Dzień dobry szeryfie. – Powiedział wchodząc do ich wspólnego i jedynego pokoju, młody chłopak imieniem Marcin. – Od kiedy to pan już na posterunku? – Uśmiechnięty młodzian, ubrany podobnie do jego szefa napełnił miskę dla psa jedzeniem.
- Głupio się pytasz. Tak jak zawsze, przylazłem o szóstej. – Wyciągnął coś z kieszeni, wyglądało na jakąś paczkę z tytoniem i bletkami. – Nakarm pijanego Joe, nalej mu spirytusu i skręć mi fajkę.
Młody postawił flaszkę ze spirytem i miskę z żarciem w celi sąsiadującej z ich pokojem. W areszcie znajdował się wiecznie pijany Joe, złodziej-hipokryta, którego Seibu od dwóch lat bezskutecznie starał się zabić,upijając go do stanu nieważkości. Nie mógł go prawomocnie powiesić więc wymyślił sobie ot taki sposób.
- Szeryfie mógłby się pan w końcu nauczyć skręcać te papierosy, przecież pan jest nałogowcem.
- Gówno się znasz! Jutro rzucam! – Krzyknął uderzając pięścią o blat stołu stróż prawa.
Seibu rzucał papierosy już od dobrych dwudziestu lat i mimo, że sam Marcin nie palił, wymogiem pracy z szeryfem była umiejętność skręcania fajek. Młody wykonał polecenie. Prostszej roboty od asystenta szeryfa nie znalazłby w całej Mastodonii.
- No odpal mi tego zullima, przecież ja nie noszę zapałek! – Marcin odpalił i grzecznie podał szefowi swoje dzieło, ten chwycił je łapczywie i zaczął się nim delektować.
- Słuchaj młody, wypalę i idę na obchód, muszę sprawdzić port. – Podrapał się po kolcach pod jego otworem gębowym. – Dzisiaj ma być jakaś dostawa, to trzeba do kurzej mordy sprawdzić bo mi znowu naniosą jakiegoś dziadostwa do mojego miasteczka.
- A ja? Co mam zrobić szeryfie?
- Dopilnuj by ten gnój się uchlał, a potem idź do lasu, sprawdź jak se chłopy radzą. – Skończył palić, zszedł ze stołka, wyprostował się. – Pomóż im w razie w. Będzie jakieś dobre słowo szło o tym naszym urzędzie, nie same zawszone ploty. – Powiedział i wyszedł.
- Eh… znowu mam cię upić Joe. Słyszysz ty jeszcze w ogóle co się do ciebie gada? - Marcin podszedł do celi. Pijak zdążył już zjeść całe psie żarcie i przyssać się do butelczyny z jego katem. – Eh… to teraz poczekajmy aż zaśniesz i pora na prawdziwą pracę.

***

Seibu szedł sobie swoim szerokim krokiem przez Rybską, bacznie przy tym patrząc czy czasem ktoś za plecami nie okazuje mu braku szacunku. A gdzie tam! Dzieci jak i starsi pozdrawiali go na długo zanim znalazł się na tyle blisko by się do czegoś przyczepić. W Wahliczkach mimo jego dość trudnego charakteru bardzo się go lubiło, ten czterdziestoletni kaktus sprawił, że gmina była jedną z bardziej bezpiecznych w całym kraju. Mówiło się za jego plecami, że to wszystko dzięki jego żonie. Kobieta rozwiodła się z nim, zabierając czwórkę dzieci i sprowadzając na niego alimenty takiej wysokości, że biedak musiał wziąć się bardzo poważnie do roboty. Pośrednio więc rozwód zaowocował takimi, a nie innymi efektami: większość mieszkańców nawet nie myślała o rozbojach czy zbyt obfitym piciu, garnęła się za to do roboty, w Wahliczkach żyło się bardzo przyjemnie.
Szeryf przechodząc zajrzał do warsztatu lokalnego kowala, ten z automatu odwrócił się do niego. Hirfen podobnie do innych elfów był gigantem, nosił zaś gęstą brodę (oczywiście bez wąsów) i krótko ścięte włosy.
- Co jest kur*a? Znowu szukasz jakiejś recydywy Seibu? – Odezwał się wkurzony kowal.
- Niech to pieprz urośnie ci na tyłku! Ile razy trzeba powiedzieć byś nie klął Hirfen? Czyżby elfy serio nie rozumiały polskiego?!
- A ile razy ja ci mam gadać, że nie potrafię do kur*y przestać? – Elf odłożył na stół młot o półtorametrowym sztylu i podszedł do szeryfa tej samej wielkości. Seibu nie powiedział nic, splunął tylko pod nogi elfa i spojrzał się zadziornie w górę. Kowal odpuścił pierwszy. Oboje odeszli zająć się swoją robotą.
- To mu pokazałem, burakowi jednemu, kląć mi w moim miasteczku będzie, cap głupi. – Myślał w duchu szeryf idąc sobie dalej w kierunku portu.
Port to może za dużo powiedziane, ot jeden pomost do którego mogły zacumować statki, jeden bar, sklep rybny i mięsny o wątpliwej jakości towarach. To wszystko znajdowało się na samym końcu Rybskiej, która kończyła się na wcześniej wspomnianym pomoście. Zapomniałbym o budce celnej, stała sobie mała, drewniana na ubitej ziemi przy brzegu. Jej pracownicy, dwa krasnoludy: Benny i Balbon Fregowie prowadzili ten interes od lat i znajdowali się bardzo wysoko na liście obserwacji szeryfa. Seibu bardzo dokładnie sprawdzał ich robotę, Marcin natomiast miał za zadanie doglądać ich ksiąg rachunkowych, procent idący do skarbu państwa musiał się zgadzać, krętactwo było surowo karane.
Benny kiedy tylko zobaczył szeryfa podbiegł do niego z uśmiechem na ustach, machając rękami do góry i na dół.
- Witamy! Szeryfie!
- Ta, cześć. – Odpowiedział Seibu i uścisnął dłoń krasnoludowi. Nosił oczywiście rękawice i to grube, nikt normalny nie witałby się z kaktusem bez rękawic, a golenie i usuwanie kolców było nie do pomyślenia. – Słuchaj podobno dzisiaj miał być tutaj Maggelan. Jeszcze go nie ma?
- Jak i widać szeryfie. Wejdź pan i herbaty się napij, może z prądem? – Rudobrody Freg uśmiechnął się lubieżno. – Ot lekko zakrapianą.
- Wiesz, że nie mam czasu na bycie pijanym. Zrób mi gorzkiej herbaty i skręć papierosa, poczekam tutaj na Maggelana.
Weszli do ich celniczej klitki. Drugi z Fregów czytał przy stole zawalonym papierami gazetę i ćmił sobie fajkę. Balbon był tym starszym rodzajem brata, który rzadko się odzywa i dużo liczy. Przywitał się krótko po czym przyniósł z zaplecza krzesło, które postawił przy stole. Seibu usiadł wygodnie i uśmiechnął się tą swoją czarną dziurą robiąca u niego za usta. Krasnoludy były od niego o wiele mniejsze, zawsze lubił być wyższy.
- Kto wam pomoże przy sprawdzaniu? Reszta chłopów w lesie. Ktoś został? Kto? – Zagaił. Benny podał mu szklankę herbaty. Szeryf wychylił ją jednym haustem i uderzył ręką mocno o blat stołu. - Przetrzymujesz mnie? Gadaj do jasnej anielki!
- Nie przetrzymujemy, nic z tych rzeczy szeryfie. – Młodszy z Fregów zaczął zbierać papiery, które zleciały na ziemię po uderzeniu kaktusa.
- Pomaga nam pan Różowy Smok, aktualnie przebywający w morzu. Łowi ryby w sieci. – Odezwał się w końcu starszy z braci.
- Różowy Smok… okej. Skręć fajkę. Idę se z nim pogadać. – Kaktus wstał od stołu, podał tytoń Balbonowi i zmierzał do wyjścia.
- W morzu pływa, gdzie tam usłyszy… Niech pan poczeka. – Nie wiadomo co odpowiedziałby Seibu na te nalegania Benny’ego, ale właśnie w tym momencie rozbrzmiał w powietrzu najbardziej męski z męskich głosów.
- Dwieście trzydzieści pięć kilogramów!
- Ha! Oto i on!
Stróż prawa wyszedł szerokim krokiem na zewnątrz. Trzasnął męsko drzwiami i stanął naprzeciw dwumetrowego, umięśnionego mężczyzny o ogolonej, uśmiechniętej szczerze twarzy. Różowy Smok położył siatkę pełną ryb na plaży i poszedł przywitać się z szeryfem.
- Dzień dobry proszę pana. Jak tam mija poranek? Czy mógłbym w czymś pomóc? – Uścisnęli dłonie, Seibu nie dał po sobie poznać, ale łapa strasznie go bolała.
- Słuchaj Różowy, wiem, że to nie jest konieczne, ale przypominam byś wykonywał swoją robotę super sumiennie. Jak przypłynie „Bieda Maggelana” to masz ją sprawdzić tak dokładnie jak tylko ty umiesz. Kapewu? – Spojrzał się wysoko ku górze, na tę wyglądającą trochę tępawo twarz wielkiego chłopa.
Smok uśmiechnął się promiennie i zaciśniętą pięścią uniósł kciuk ku górze.
- Jasna sprawa szeryfie, robota będzie wykonana delux. – Chwycił sieć z rybami i zarzucił sobie na plecy. – Coś jeszcze? Muszę ryby do pana Skotersa zanieść.
- Tia, powiedz Skotersowi, że zalega podobno z kredytem w mięsnym, niech zapłaci.
- Oczywiście panie Seibu.
Różowy Smok, który tak naprawdę nie był ani koloru różowego, ani tym bardziej nie był smokiem odszedł w swoją stronę.
Godzinę później „Bieda” w końcu zacumowała do portu. Benny i Balbon nie mogli się wręcz doczekać, Seibu aż przesadnie ich o wszystko wypytywał, taki sprawdzian irytował nawet przeważnie cierpliwych Fregów.
To nie był duży statek, trzymasztowa karawela średniej wielkości, dziadek jeśli chodzi o żaglowce, ale pływał i transportował. „Po co wyrzucać coś co działa?” – Ulubione przysłowie Maggelana i tutaj znalazło swoje zastosowanie.
Na pokładzie widać było zajętych ożaglowaniem i tymi wszystkimi sznurkami od tych szmat załogantów. Biegali tam i siam byleby szybciej skończyć i wyprawić się z wizytą do domu uciech – baru.
Na pomost zszedł kapitan statku i przywitał się z wszystkimi po kolei. Pięćdziesięcioletni już Maggelan mimo ciąży spożywczej dalej trzymał się w całkiem niezłej formie, był to dość barczysty i całkiem wysoki facet z długim, zwisającym w dół wąsem. Z ubioru przypominał kloszarda, szmaty pozakładane jedna na drugą, każda w innym kolorze, te na samej górze wyglądające na wyprane. Z jednej z licznych kieszeni wyciągnął kwit.
- Proszę. Spis dostarczonych towarów. – Wręczył kartkę Seibu, który zamyślony spojrzał się nań, a następnie na załogantów znoszących skrzynki z dostawą.
- Różowy Smok sprawdzi dokładnie co przywiozłeś. – Magglena splunął ze złości na ziemię.
- Do jasnej cholery Seibu! Znasz mnie od lat chłopie, wiesz, że nie wziąłbym do ciebie jakiegoś gówna, a ty i tak musisz wszystko ku…rde sprawdzać.
- Nie idzie o to co ty byś wziął, tylko o to czego nie, a co wlazło ci na pokład.
- Wszystko sprawdzam stary uparciuchu, chcesz to przeszukaj mój statek i sto razy! – Obaj panowie wyglądali na podenerwowanych. Krasnoludy oraz Smok, który przed chwilą się zjawił odeszli na bok i zajęli się sprawdzaniem i liczeniem ładunku, nikt nie chciał się mieszać.
- Już wystarczy, że raz przywlokłeś ze sobą tego do tłustej świni elfa! Życia z nim nie mam!
- Hirfen? To pracowity, młody kowal. To, że klnie to norma, tylko ty masz do niego problem!
- To uchodźca! Nie ufam im!
- Sam jesteś uchodźcą!
Kłócili się tak jeszcze dobre dziesięć minut, w końcu jednak, po kilku szturchańcach, przestali, poszli do klitki Fregów i zajęli się normalną rozmową. Maggelan i Seibu poznali się prawie trzydzieści lat wcześniej w Martwych Iglicach skąd szeryf pochodził, w czasach kiedy kapitan był jeszcze przemytnikiem argentyńskiego mięsa z bydłobrów*, znali się jak łyse konie. Siedząc przy biurku z którego Balbon na prędko usunął papiery, rozkoszowali się pysznym kakao przygotowanym przez Różowego Smoka.
- Mów druhu, jak tam w gminie się układa.
- Norma, trzeba pilnować, ale oprócz kilku ewenementów wszystko gra. – Sięgnął do kieszeni po tytoń. Marynarz bez słowa zabrał go i skręcił szybko dwie fajki. – No i odbudować trza po tych Regulatorach.
- Wiesz o co mi chodzi, że w Wahliczkach, Skurniakach, Łysej Muszli, Bimbrowie jest spokojnie to ja wiem. – Nastąpiła chwila ciszy podczas której obydwaj panowie odpalili sobie cygaretki. – Pytam o Dreadtown. – Pociągnęli bucha.
- Byłem tam z młodym tydzień temu.
- I? – Dopytywał się ciekawski kapitan.
- Szczury są zajęte kręceniem jakiegoś nowego filmu, zjechało się dużo gwiazd z całego kraju. Urwanie z tym głowy bo muszę na to tez patrzeć.
- Kręcą w miasteczku?
- Nie. W lasach obok, to ma być jakiś film o… No wiesz… jakiś pożałuj boże sierotach co to się w lesie pogubiły. – Maggelan wybuchnął śmiechem.
- Tak to spokój? – Seibu spojrzał się krzywo, nie lubił gdy to jego wypytywano.
- Przygotowują się na mecz. W przyszłym tygodniu Starrat Crusaders grają z foehndandalską drużyną o tak słabych dokonaniach w bejsbolu, że nawet nazwy nie pamiętam. – Obaj zaczęli się śmiać. – Odkąd nie ma Starych Ropuch, Krzyżowcy to najlepsza mastodońska drużyna, zmiotą tych górskich debili! Do bacówki patafiany! – Różowy przyłączył się do ich wspólnego chichrania.
Rozmawiali tak sobie jeszcze z pół godziny, Maggelan właśnie miał wychodzić kiedy do Fregowej klitki wpadł Marcin, prawie się przy tym wywracając.
- Piekło i zaraza! Zabijesz nas młody. – Seibu aż zakrztusił się już drugim dzisiaj kakao.
- Szeryfie! – Asystent ledwo mówił, był potwornie zdyszany. – Bimbrowo! Bimbrowo w płomieniach!
- No i masz ci psi los, mówiłem im do psiej juchy by tego tyle nie pędzili bo się w końcu zapali! – Młody kiwał głową jak wściekły. Maggelan klepnął go w plecy.
- Seibu nie przerywaj mu.
- To nie bimber się zapalił szeryfie. – Powiedział już spokojniej Marcin. – Dreadtown najechało wieś! Wszystko w niebieskich ogniach!
Wszyscy w pokoju przez chwilę stali bądź siedzieli cicho. Na zewnątrz zaczęło lać, zerwał się wiatr. Wild Gunman w końcu zeskoczył z krzesła.
- Siodłaj mojego kuca i ładuj magnuma. Jedziem tam!

*Bydłober to popularne zwierze hodowlane w Argentynie, przypomina krowę i bobra w jednym, stąd jego głupia nazwa.


***

WTOREK

Mimo później pory na ulicach Dreadtown panował dość duży gwar, nocna zmiana robotników wyruszała właśnie ze swych domostw do przydzielanej im odgórnie pracy. Mimo znacznego pośpiechu każdy w odpowiedni sposób kłaniał się Finko. Raffenbauer był w końcu znaną osobistością, postawioną w hierarchii na tym samym poziomie co Mistrz Sportu i Mistrz Kinematografii. Jednak on uważał się za lepszego od nich wszystkich, w końcu to on nosił znamię ich boga – pojedynczy, zakrzywiony w tył róg, wyrastający ze środka jego czaszki. Był to symbol utalentowanego magicznie osobnika, szczenię które rodziło się z takim przymiotem od razu oddawano w specjalną opiekę czarnoksiężników i od najmniejszych lat szkolono w swej sztuce. Potrzeba było czasu by nauczyć się czegoś tak trudnego jak magia. Scaveny nie mogły jej używać tak dowolnie jak klan Wysokich z Alekith, nie miały jej w sobie po prostu na tyle by wykonywać coś trudniejszego od prostej telekinezy, świetnie natomiast przewodziły magię innych, ale nie teraz czas by to tłumaczyć.
Włożył łapę do lewej kieszeni i po raz chyba dwusetny sprawdził czy woreczek się tam znajduje, czy czasem jakimś magicznym sposobem nie stał się antropomorfem i nie uciekł rujnując ostatnie dwie godziny życia Finko.
- Jest. – Po raz dwusetny odetchnął.
Kiedy czarnoksiężnik doszedł do kina wybudowanego na modłę architektury gotyckiej, wokół wejścia roiło się od przedstawicieli jego rasy jak i kilku ludzi przebywających w Dreadtown na zasadzie gości honorowych. Podszedł do grupki. Będący tam scaveni ucichli.
- Witam. Czy film się podobał? – Finko bacznie przyglądał się ludziom. Jeden z nich, gruby mężczyzna w okularach i fraku od razu mu podpadł, węszył. Szukał czegoś, a przynajmniej tak to wyglądało w oczach szczura. Pozostała dwójka, kobieta w eleganckiej, czerwonej sukni i równie ognistych włosach oraz rosły acz chudy, trzeci towarzysz w garniturze sprawiali, tak jak większość ludzi, wrażenie półgłówków.
- Wspaniałe dzieło. – Odezwał się jako pierwszy grubas. – Nie podejrzewałem, że film aż tak dobrze wyjdzie.
- Jestem przekonana, że trafi mu się jakaś nagroda. – Wtrąciła się chichrając kobieta. Finko poznał, że piła alkohol, głos lekko się jej łamał.
- Odurzający się idioci. – Pomyślał.
- Być może nawet i Witek! – Krzyknął chyba aż za głośno trzeci mężczyzna w garniturze.
- Byłbym rad. – Uśmiechając się odpowiedział w końcu czarnoksiężnik. – Sam nie miałem jeszcze okazji go obejrzeć, zajęty ze mnie scaven. Teraz wybaczą państwo, ale muszę przerwać tę jakże miłą rozmowę i udać się do Mistrza. – Odstąpili mu drogi.
- Wielki Harak-han opuścił już salę kinową panie Raffenbaer. – Zdążył wtrącić grubas zanim Finko wszedł do środka. – Zdaje się, że zmierzał do swej bryczki.
- Bardzo panu dziękuję panie?
- Manster. Jerzy Manster.
- Panie Manster. – Finko uśmiechnął się tak nieszczerze jak tylko mógł i szybszym krokiem, jednak nie takim by wyjść przed tymi małpami na śpieszącego się poszedł w stronę parkingu.
Na nim zaś znajdowało się kilka bryczek i tłoczyło się od scavenów, antropomorfów oraz ludzi wychodzących z kina. Finko wypatrzył wielki pojazd Mistrza. Widział dokładnie, środek którym transportowano Harak-hana wyglądał jak arbuz, ale taki groteskowy, czarny arbuz ze strzelistymi słupkami wystającymi w prawie każdym miejscu. Przypięte zaś do niego były cztery konie, zwykłe, normalne koniki.
Finko pozwolił sobie na lekkie odstępstwo od protokołu i pobiegł w kierunku powozu, nie chciał się spóźnić.
- Zatrzymać się! – Woźnica stanął jak wryty. Nie ruszał się, śmiertelnie się natomiast bał.
Raffenbauer padł na kolana i uderzył skronią o ziemię przed drzwiczkami groteskowego arbuza. Drzwiczki skrzypiąc otworzyły się.
- Wybacz Mistrzu, że ci przeszkadzam, jednak mam wielka nowinę i nie chciałem byś o niej usłyszał później, dlatego dopuściłem się czynu tak haniebnego by zatrzymać twój powóz! – Krzyczał szybko Finko.
Zza drzwiczek wychyliła się najpierw głowa Harak-hana. Był to łeb oryksa z tymi jego długimi, prostymi rogami, dodatkowo z boków łba wyrastała jeszcze jedna para rogów, ale zakrzywionych, baranich. Mistrz wyszedł w całej swej okazałości na zewnątrz. Mierzył może dwa metry wysokości, ubrany w czarny płaszcz który ukrywał jego muskulaturę i rękawice skrywające potężne łapska stanął przed Finko i stąpnął swym kopytem. Raffenbauer ledwo powstrzymał się przed zalaniem swoich czystych gaci.
- Co to za nowina? – Zagrzmiał potężny głos Mistrza. – Wstań i mów Finko. – Scaven wykonał rozkaz.
- Znalazłem sposób na uzyskanie proszku Rifleverba bez marnowania naszych szczeniąt.
- Wejdź do środka. Porozmawiamy w drodze. – Odpowiedział po chwili władca Dreadtown.
W środku karocy panował ten jego ulubiony półmrok. Czuć też było zapach pieczonego mięsa.
- Przerwałem mu w posiłku… - Myślał przestraszony swego szefa czarnoksiężnik.
- Na pewno można go tak produkować? – Zaczął Hakark-han.
- Tak. Spisałem notatki Mistrzu. – Antropomorficzny, satyrowaty oryks chwycił w swą łapę udko skwierczącego mięsa i ugryzł spory kawałek.
- Co zamierzasz z tym fantem zrobić?
- Chcę wyprawić się na pobliskie osady i przetestować jego skuteczność. – Odpowiedział szybko podniecony szczur.
- Co na to prokurator? Nie będzie chyba aż na tyle tępy by przymrużyć oko na taką rzeź?
- On w ogóle na nas nie patrzy, jesteśmy zbyt cenni dla Mastodonii. Prokurator i państwo nie pomogą Seibu nawet gdyby ten dzwonił i krzyczał po nich przez kilka dni. – W oczach władcy Dreadtown pojawił się błysk, jeden z tego rodzaju, który przyprawia o dreszcze tych którzy go dostrzegą. Nie inaczej było z Finko. Przestraszył się. Znał magię, był silny, ale scaveny instynktownie słuchały się silniejszego, oryks zaś potrafił rozerwać szczura na dwie części nawet się przy tym nie męcząc. Magia Raffenbauera wymagała czasu, szybki ruch Mistrza go nie dawał.
- Jutro. Weźmiesz trzystu naszych, wyposażysz jak będziesz uważał, ale tak by nie widziała tego gawiedź, nie chcę zamieszek.
- Tak jest Mistrzu. – Odpowiedział co prędko, zniecierpliwiony już arcyalchemik.
- Najpierw uderzysz na Bimbrowo. Ja pojadę z wami.
Rozmowa niedługo potem zakończyła się. Harak-han odjechał w kierunku swojego pałacyku, Finko wysiadł wcześniej, był tak podniecony jutrzejszym eksperymentem, że serce prawie wyskoczyło mu z otrzewnej.
- Już jutro Seibu, odegram się za te wszystkie upokorzenia i śledztwa, a jednocześnie sprawdzę swoja nową zabawkę. – W odmętach nocnych ulic szedł i śmiał się sam do siebie, a reszta klęcząc czekała aż przejdzie i będą mogli wrócić do swej roboty.

Ciąg dalszy nastąpi

Wygląd Seibu:
Spoiler :
[Obrazek: Sabotenna.png]
Wzorowany na maskotce zespołu Footballu Amerykańskiego

[Obrazek: dB4Eis3.jpg]
07.10.2015 20:55
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama