(15.05.2011 17:35 )Komimasa napisał(a): Przeczytałem taki artykuł na wirtualnej Polsce "2000 zł? Pracodawco, nie obrażaj mnie" a potem bardzo dużo opinii. Kto w jakim zawodzie, co robi, a jak śmieszne pieniądze dostaje. Jakie to studia się kończy a jak z pracą. Że nie sposób przewidzieć, w jakim zawodzie będzie łatwo o pracę za 5 lat(opcjonalnie po skończeniu studiów).
Wiele wypowiedzi było porażających. Absolwenci zaznaczają, ile kosztują studia, jak ciężko zdobyć dyplon, a pracodawcy, że kupuje się pracę, wykształcenie ich nie obchodzi a przesiew potencjalnych pracowników żaden.
Trzeba skończyć z mentalnością pracownika. To fałszywa mentalność i do niczego nie prowadzi. Większość tych ludzi najchętniej dopisałaby sobie jeszcze jedno zero do wynagrodzenia. Niestety - tak się po prostu nie da.
Dziś przez Warszawę przeszedł "protest Oburzonych", czyli banda ignorantów, tzw. "młodych, wykształconych z wielkich miast", którzy na transparentach nieśli napisy "CAPITALISM IS DEAD", mimo że kapitalizmu nikt od dawna w Europie i Stanach nie widział. Problemem młodych ludzi nie jest i nigdy nie był "chciwy kapitalista", a socjalny rząd. Nadchodzą ciężkie czasy i obawiam się, że wielu z nas będzie wchodzić na rynek pracy w chwili głębokiej recesji. Już wkrótce skończy się sztuczne zasilanie gospodarki z funduszy unijnych. Teraz praca wre, rośnie popyt inwestycyjny i konsumpcyjny i gospodarka jakoś się kręci. Jednak szacuję, że po 2012 roku to wszystko zwyczajnie zdechnie. I co wtedy? Dyplom w ręku, a pracy nie ma?
Praca zawsze jest. Zawsze znajdą się jakieś niezaspokojone ludzkie potrzeby (które, jak wiadomo są nieograniczone). Metoda na wysokie zarobki jest jeden:
CHCESZ DUŻO ZARABIAĆ - ZAOFERUJ COŚ, CO BĘDZIE DUŻO WARTE. Dla mnie to aksjomat, który powinien sobie wbić do głowy każdy nastawiony roszczeniowo człowiek.
Rynek pracy (jak i wszystkie inne rynki) to walka o rzadkie zasoby. Człowiek dostanie od pracodawcy wysokie wynagrodzenie tylko wtedy, gdy zaoferuje rzadkie i przydatne w procesie produkcji umiejętności. Jednakże w sytuacji, gdy na rynek pracy napływają masy (których jedynym doświadczeniem jest odpowiednia liczba godzin przesiedziana w uczelnianych ławach) to w wielu przypadkach nie ma się co łudzić. Tacy ludzie najzwyczajniej w świecie skończą na kasach w hipermarkecie za 1385 zł.
Zasadniczy problem: na rzadkie umiejętności trzeba zapracować bardzo ciężko. Niska pensja nie jest winą pracodawcy, lecz pracownika, który nic więcej ze swej strony do zaoferowania nie ma. Stąd całkiem nieźle zarabiają osoby (z najtrudniej zdobywalną) wiedzą techniczną, zdolne pracować nad różnego rodzaju innowacjami.
Trzeba też zwrócić uwagę na fakt, że pracodawca jest karany finansowo za zatrudnienie nowego pracownika. W praktyce, by zatrudnić i dać komuś do ręki 1200 zł, trzeba oddać państwu drugie tyle. To jest prawdziwa przyczyna tak niskich płac. Ludzie po prostu nie otrzymują tego, co wypracowali. Tymczasem wszystkiemu winni są chciwi "kapitaliści" i Solidaruchy proponują, by rząd dopisał im jedno zero do wypłaty.
No UWAGA! Fundamentalna kwestia! My dopiero wyszliśmy z socjalizmu (aczkolwiek przygniata nas kolejny). Nieboszczka PRL zostawiła nas z bardzo zacofaną gospodarką. Centralnie planowany system hołdował klasie robotniczej, stąd gospodarka była oparta głównie na jednym czynniku produkcji: pracy (gardząc jednocześnie kapitałem). Skutki tego myślenia odczuwamy do dziś w postaci niskich płac (Polak dostaje 400 euro, Niemiec 1000). Rozwinięte kraje zachodu bowiem, korzystając z dobrodziejstw kapitalizmu mogły sobie pozwolić na tzw. akumulację kapitału. Kapitalista nie oddawał pracownikowi całości wytworzonej wartości dodanej (tak jak chcieli socjaliści i syndykaliści), lecz oszczędzał na przyszłe inwestycje. Pozwoliło to na zakup dóbr kapitałowych (lepszych i wydajniejszych maszyn i urządzeń), co pozwalało temu samemu pracownikowi wyprodukować więcej lepszych jakościowo rzeczy (wzrost krańcowej produktywności). Tak w skrócie można przedstawić przyczynę masowego exodusu Polaków do Wielkiej Brytanii. Tam po prostu "akumulowano kapitał". Niestety rząd nie daje nam dzisiaj okazji do powtórzenia tego procesu, bo wiele środków ulega konfiskacie (nie ma znaczenia jaki rodzaj podatku). Wzrost płac będzie możliwy tylko w drodze produkowania większej ilości (drogich) rzeczy. Ale nie osiągniemy tego dotując rolników, czy dopłacając do montowni wielkich koncernów.
(15.05.2011 17:35 )Komimasa napisał(a): Mało tego, wychodzi na to, że w Polsce opłaca się dużo bardziej dokształcić się zawodowo przez technikum i do jakiejś pracy zdobywać doświadczenie. To chore.
Jak wy się na to zapatrujecie? Jakie znacie przypadki osób szukających pracy w zawodzie, które skończyły studia?
Mój rocznik niebawem będzie robił obrony, więc zobaczę wśród rówieśników, jak to jest, ale już teraz widzę po koleżance, która studiowała anglistykę (idzie na doktorat) że z pracą ciężko A ona nie żąda tych 3000zł.
Niestety mit studiów upadł. Dla wielu te pięć lat przesiedziane w aulach może okazać się "błędną alokacją zasobów". W tym czasie można było bowiem nabrać doświadczenia, zakładając zaraz po liceum niewielką działalność, albo idąc od razu do pracy (5 lat temu mieliśmy jeszcze wzrost gospodarczy i całkiem łatwo było znaleźć pracę). Tyle czasu wystarczyłoby na załapanie lepszych umiejętności, niż na studiach.
Cóż...ja 5 lat temu pracowałem, ale rzuciłem robotę bo popracować zdążę przez całe życie, a studia to jednak fajna przygoda i ostatni moment na nacieszenie się późnym dzieciństwem. Później przynajmniej będę miał co wspominać i będę nieco mniej wyeksploatowany niż reszta. Mój brat, który pracuje (skończył technikum i zarabia nawet przyzwoicie) powiada, że człowiek powinien jednak wydłużać sobie okres nauki tak długo ile się da. Bo potem zostaje już tylko tyranie aż siwizna nie pokryje głowy.
Prawda to. Ja też wiem co to znaczy mieć tylko "ferie (2 tygodnie wolnego) w skali roku...
Cóż. Młodzi, tacy jam my będą mieli coraz większe problemy i brak perspektyw. Niestabilne zatrudnienie, niskie płace, problemy z zakupem mieszkań. Ja się z tym dość poważnie liczę i wyglądam na nadchodzące chude lata. Na pewno rozwiązaniem nie są żadne "likwidacje umów śmieciowych" (w miejscu których wejdą umowy "na gębę), ani programy w stylu "rodzina na swoim" (dopłacanie do odsetek kredytów, czyli DOŻYWIANIE BANKIERÓW). Nie ma gorszego sposobu na rozwiązanie problemów, niż rozwiązania rządowe. Powinniśmy byli wybrać drogę rozwoju w stylu chińskim, a dogorywamy w euro-socjalnym kołchozie. Mówię Wam - naszemu młodemu pokoleniu będzie ciężko przez całe życie. To na nas odbije się obecnie narastający dług, to na nas odbije się utrzymywanie większej niż my liczby emerytów i to my w końcu otrzymamy (o ile w ogóle coś dostaniemy) głodowe emerytury.