Aktualny czas: 14.12.2019, 15:31 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Wróciliśmy do mangi, a na stronie pojawił się "już" 958 rozdział!
Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Autor Wiadomość
Eikichi Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,304
Dołączył: 31.07.2011
Skąd: San Escobar
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Ogłasza się wszem i wobec co następuje: Na forum znowu wraca SC, niech nam trwa długo. Startujemy trochę inaczej niż zwykle, z kilkoma dodatkowymi zasadami:

1. Part będzie pisany przed główną akcją, która toczyła się dotychczas;
2. Górny limit stron to 5 stron A4 - oczywiście jak ktoś lekko przekroczy to nic się nie stanie;
3. Termin oddania to tydzień od momentu wrzucenia na forum - i jeśli ktoś to przeskoczy to też nic się nie stanie - w razie czego jak wiemy, że nie będziemy mieć czasu to i zamienić się można;

Na razie pisze nas sześciu, ale jeśli będzie ktoś chętny to się zgłaszać, jakoś Cię kolego/koleżanko wciśniemy w kolejkę.

Kolejka do tej pory przedstawia się tak:
1. Orzi
2. Weather
3. Eikiczi
4. Fufu
5. Kyo
6. Komi
7. Grigorij - kapitan Soge, władca najczarniejszego inkaustu i wyzwoliciel ze złego humoru

Kośćmi rzuci Orzi, a zdjęcie zostanie wstawione.

W razie pytań pisać.

[Obrazek: sygnajpg_qnexeaw.jpg]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.06.2019 19:14 przez Eikichi.)
05.06.2019 20:36
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Orzi Offline
Yuusha
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,838
Dołączył: 11.05.2011
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 10%
Post: #2
RE: SC -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości - KOMENTARZE
[Obrazek: IMG_20190606_175322.jpg]
06.06.2019 17:54
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Orzi Offline
Yuusha
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,838
Dołączył: 11.05.2011
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 10%
Post: #3
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Później mówiono, że nieludź ten nadszedł od północy, od Bramy Powroźniczej. Pogłoski te były jednak mocno przesadzone. Albania była wtedy jedynie zabitą dechami dziurą na granicy Mastodonii. Luksusem była murowana chałupa, a o takich cudach jak mury miejskie i bramy mieszkańcy słyszeli jeno od podróżników zatrzymujących się w karczmie. Fortyfikacje wybudowano dopiero wiele lat później, gdy po zażegnaniu kryzysu mieścina mogła stać się węzłem handlowym pomiędzy uprzemysłowionym zachodem, a bogatymi w surowce naturalne imperiami zwierząt na wschodzie. Każda opowieść jednak powinna się rozpocząć chwytliwym pierwszym zdaniem. Dlatego też dziesiątki bardów powtarzało frazę o Bramie Powroźniczej przez lata, pierwszymi słowami czarując widownię, która miała wysłuchać historii o bohaterskich wydarzeniach tego lata.

Rzeczywistość jednak była o wiele bardziej paskudna. Lało, wiało, stopy na drogach zapadały się w czymś śmierdzącym co tylko w najlepszym wypadku było łajnem. Anomander przeklinał ten barbarzyński kraj w którym tubylcom nawet nie chciało się zamiatać ulic. Z drugiej strony jednak rozumiał taki stan rzeczy - Merynosi podchodzili już nawet pod Mistral. Tutaj, rzut kamieniem od Owczarni Czarnej problem musiał być o wiele cięższy. Nic dziwnego, że miejscowi nie opuszczali swoich chałup. Zarazić nie chciał się nikt, miejscowi zaś nie znali skutecznej metody walki z nowym zagrożeniem.

Pierwszą falę ulgi poczuł, gdy błotnisty trakt zmienił się w pokrytą kamieniami ścieżkę do karczmy. Druga jednak nie nadeszła, gdyż brukowany podjazd okazał się największą zaletą przybytku. W tawernie było ciemno i wilgotno. Rozklekotana lampa rzucała światło na twarze nielicznych klientów. Właściciel dobytku, posępny mamut stał wyprostowany za szynkiem w milczeniu polerując gliniany kubek. W kącie siedziały dwie mamroczące, zakapturzone postaci, z czego jedna stukała rytmicznie w ścianę karczmy. Większość zgromadzonych to byli jednak antrosi. Anomander nie przepadał za tą rasą. Byli zbyt nieprzewidywalni, a często nawet ich forma bardziej komplikowała kontakt niż ułatwiała cokolwiek. Spójrzcie chociażby na dziewkę karczemną! Miała kształt metalowego pudła. Co prawda była wręcz idealnie stworzona do piastowanego zawodu, ponieważ po włożeniu do środka brudnych naczyń i odstawieniu jej na dwie godziny można było je wyciągnąć czyste. W tych czasach jednak nikt nie wymyślił jeszcze zmywarki do naczyń, więc nie można mieć pretensji do elfa, że forma antroski była dlań myląca.

Lake rozejrzał się po cudacznych kształtach bywalców. Jego uwagę przykuła jedna sylwetka. Nie zauważył jej na początku, wszak ledwo wystawała ponad blat stołu. Uśmiechnął się półgębkiem, w końcu nieczęsto zdarza się znaleźć mieszkańca Mistral na jakiejś pipidówie we wschodniej Mastodonii. Pytanie tylko - do której z ras należała ta osoba? Cóż, za chwilę i tak stanie się to jasne. Podszedł niedaleko łapiąc kurdupla pod pachę i podnosząc go na wysokość oczu.

- Siema knypie - zarechotał - Zachciało się zwiedzać dalekie kraje, co?

Mała kobieta nie zareagowała. Spojrzała się w oczy napastnika i ledwie zauważalnym ruchem ręki rzuciła niewielką butelkę prosto w twarz elfa. Anomander syknął puszczając uchwyt i zaczął trzeć się pod swoim ogromnym nosem. Kobieta zdała test.

- Przepraszam waszmość jej mać! - syknął siadając na przeciw - Zawsze mylę was z gnomami.
- Nic nie szkodzi. - odpowiedziała spokojnie wracając na swoje miejsce. Zaciekawione spojrzenia z innych kątów sali zaczęły się odwracać, gdyż ani elf, ani kobietka nie przejawiali chęci do walki. Dla Mastodończyków podobna sytuacja mogła wydać się czymś dziwnym, tymczasem w Mistral próba na gnoma była zwyczajowym elementem kultury.
- Co mogło sprowadzić do takiej jebanej dziury alchemiczkę z niziołków? - zapytał elf nadal trąc swój nochal
- Zapewne to samo co i Ciebie, Anomanderze Lake. - odpowiedziała rozbawionym głosem.

Młody elf uniósł brwi. Dopiero teraz miał okazję przyjrzeć się swojej rozmówczyni. Wszystkie kurduple wyglądały dla niego podobnie, jednakże zazwyczaj nie miał problemu z oceną wieku niskich ras. Niziołka miała bardzo młodą, wręcz dziecinną twarz oraz smukłe (jak na hobbita) ciało młodej dorosłej. Z drugiej strony wyraźnie siwe, połamane włosy i zniszczone dłonie sugerowały kogoś wyraźnie starszego. Widocznie zabawy z alchemią miały różne skutki, tylko w przypadku nieznajomej trudno było ocenić, czy były one negatywne, czy pozytywne. Najpewniej oba na raz.

- Nie ma co się dziwić że wiem kim jesteś, paniczu. - kontynuowała - Tak jak i Ty myślę. Czasem. Jak mam na to ochotę i nie jestem zajęta ciekawszymi sprawami.
- Takimi jak badanie Merynosów? - odparł Anomander. Skoro nieznajoma chce z nim grać w tę grę, to nie ma nic przeciwko aby podnieść rękawicę.
- Chciałabym odpowiedzieć, że jestem jedynie zainteresowana rosną jedynie w tej okolicy rzadką odmianą mirabelek, ale trafiłeś. - westchnęła - Zgaduję więc, że zjawiliśmy się na krańcu cywilizowanego świata z tego samego powodu.

Była to prawda. Anomander dobijał stopięćdziesiątki. Dla normalnego elfa był to wiek wkroczenia we względną pełnoletność, ale dla następcy rodu Lake była to jedna z ostatnich okazji, aby dokonać czegoś wielkiego. Gdyż Lake'owie, jeden z najznamienitszych rodów Mistral, do wielkości byli stworzeni. Dziadek Anomandera w tym wieku był bohaterem jednej z licznych wojen przeciw Lan Sar. Jego ojciec zaś zasłynął z projektów i konstrukcji monumentalnych budowli, które nadały nowej świetności stolicy – Hungman City. Anomander z kolei urodził się w czasach, gdy wszystkie wojny zostały już wygrane, wynalazki odkryte a lądy odnalezione. Dlatego gdy tylko zrobiło się głośno o nowym zagrożeniu z Owczarni Czarnej nie czekał długo (tylko dostatecznie, na tyle aby temat Merynosów dobiegł do uszu wszystkich wielmoży Imperium) i ruszył na wschód. Nowe zagrożenie było idealną okazją, aby zdobyć potrzebną w trudnym zawodzie następcy znamienitego rodu chwałę.

- Jeżeli celem tym jest wyrywanie dupeczek na stepach dorsetańskich to tak. - odpowiedział jednak. Hobbitka popatrzyła na niego przez chwilę jak na wariata, jednak po kilku sekundach zaświtało jej w głowie skąd zna ten tekst.
- Anomander Lake, następnym razem Cię pokonam. - odparła innym cytatem z popularnej ostatnio sztuki teatralnej.
- Ha! - zawołał elf - Jako nagrodę wybieram poznanie imienia szacownej towarzyszki.
- Nierdzewka. Pełne rodowe imię brzmi Erika Bomber-von-Klops-auf-Niderlanded-Klusken-z-Makaronen. Ale wystarczy Nierdzewka, naprawdę... - odpowiedziała i wróciła do tego, co robiła zanim dziedzic rodu Lake jej przeszkodził.

Stary stół w tawernie dla mało którego alchemika byłby pierwszym wyborem na miejsce pracy, ale będąc w podróży, z dala od swoich pracowni nie można było wybrzydzać. Na blacie znajdywało się kilka kupek różnokolorowych proszków, usypanych ostrożnie na środkach papierowych chust. Poza tym obok można było znaleźć starannie uporządkowane liście i kilka szklanych fiolek z tajemniczymi substancjami. Nierdzewka była w trakcie uzupełniania zapasów podstawowych mikstur, które mogły przydać się w podróży na niebezpieczne ziemie.

- Imponujące. - pokiwał głową elf - Jak przystało na kogoś, kto potrafi uwarzyć bałwochwał*.
- Dla laika wszystko wydaje się skomplikowane. - odparła Erika uważnie odmierzając ilość kropel przelewaną z jednej z fiolek do tygielka.
- Jakiego kurwa laika? - oburzył się Lake - Nie myl pochlebstwa z ignorancją. Ten czerwony proszek to na przykład gargantuan. Żaden z Was nigdy się z nim nie rozstaje.
- Ano. - Nierdzewka nadal była zajęta robieniem mikstur - Często stosowany w miksturach ofensywnych. W połączeniu z olejem ryboludzkim silnie wybuchOKURWA!

Akurat w tym momencie w którym tłumaczyła działanie specyfiku o stół zawadził jeden ze stałych bywalców który uznał, że wypadałoby się zbierać do domu. Pijany antropomorf przypadkiem, które zdarzają się tylko w opowieściach przewrócił buteleczkę z ryboludzkim tranem prosto na karmazynowy proszek. Mieszanina zaczęła niebezpiecznie dymić i skwierczeć. Hobbitka szybko chwyciła chustę z gargantuanem i przytomnie rzuciła ją w kierunku ściany budynku pod którą aktualnie nikt nie siedział. Po kilku sekundach rozległ się huk, a tawerna wzbogaciła się o dziurę w ścianie. Karczmarz nadal stał za kontuarem niewzruszony, polerując wciąż ten sam gliniany kubek.

- Ty jebany dałnie! - niziołka zaczęła się wydzierać na wyraźnie nie rozumiejącego co się stało antrosa - Mogłeś nas wszystkich kurwa pozabijać!
- Nawet zaczęłaś gadać jak elf! - Anomander śmiał się beztrosko nie zważając na oburzenie alchemiczki.
- Spierdalaj.
- Chuja, nie tak prędko. - odpowiedział wciąż rozbawiony - Imponujesz mi mała**. Co Ty na to, aby razem wyruszyć do legowiska owieczek? Zawsze przyda się ktoś, kto będzie pilnował twoich pleców.
- Zastanowię się. - odburknęła tylko i zaczęła porządkować inne przewrócone przez pijaka specyfiki.
- Na dobry początek znajomości ród Lake pokryje wszystkie koszty związane z naprawą tego przybytku. - odwrócił wzrok w stronę otworu w ścianie - Co nie powinno być wielkim wydatkiem, wszak to zwykłe drew...

W tym momencie w dziurze znajdywało się coś o wiele gorszego, niż zwykłe drewno. Z otworu jarzyły się czerwonawe ślepia prześwitujące groźnie przez grzywę z gęstej wełny. Wszyscy w tawernie zamilkli. Przez kilka sekund słychać było tylko złowieszczy deszcz, po czym Merynos w końcu przemówił.

- Bee-ee...

Nieliczni patroni jak jeden mąż zerwali się z siedzeń i popędzili w stronę drzwi przybytku. Nie przestrzegając zdroworozsądkowej procedury która mówiła, aby najpierw zlustrować teren przez judasza otworzyli drzwi w nadziei ucieczki do swych domów.

- DEBILE! - zakrzyknął Anomander - One nigdy nie chodzą same! Pchacie się prosto w ryje tych kurwiszonów.

Nikt go nie słuchał, zresztą było już za późno. Spanikowana tłuszcza otworzyła drzwi tworząc drogę wejścia dla nieumarłych owiec. Po chwili rozległy się krzyki, szybko zagłuszane przez zbierającą się w gardłach krew. Tłocząca się pod drzwiami grupa zaczęła się cofać wgłąb lokalu. Pojedyncze osoby padały na ziemię bez życia. Merynosi zaczęli wchodzić do tawerny. Oczywiście poza tym złowrogo wpatrującym się przez dziurę w ścianie, bo otwór stworzony przez eksplozję był za mały aby przecisnął się przez niego baran.

Mały tłumek złożony z siedmiu klientów i szynkarki został całkowicie odparty. Wszyscy leżeli na podłodze wijąc się w przedśmiertnych konwulsjach. Merynosi weszli do karczmy. Nie było ich wielu, może pięciu-sześciu. Różnili się między sobą stopniem rozkładu - najlepsi z nich mogli być wzięci wręcz za żywych obywateli Owczarni Czarnej, gdyby nie ich sztywne, trupie ruchy i gorejące oczy. Najbardziej sponiewierany zombie z ekipy był jedynie przeciętym w połowie korpusem, który wczołgał się do przybytku na samym końcu. Wszystkich łączyło gęste, owcze futerko i powtarzana rytmicznie fraza.

- Beee-eee... Beee-eee... Beee-eee...

Padli klienci, u których minęły konwulsje zaczęli poddawać się pierwszym objawom infekcji. Cudaczne kształty zabitych zaczęły pokrywać się gęstą wełną. Najzabawniej wyglądała zapewne dziewka karczemna, której stalowa, kubiczna forma porośnięta sierścią wyglądała jak przerośnięta poduszka. Podróżnikom z Mistral nie było jednak do śmiechu.

- Dziesięciu... Jedenastu... Dwunastu. - policzył Merynosów Anomander, po czym splunął w dłonie - Powinienem ich rozkurwić. Uważaj na siebie, Nierdzewka.
- Nie musisz mi tego dwa razy powtarzać - odparła hobbitka wycofując się pod ścianę, by zacząć grzebać w postawionym obok ławy plecaku.

Anomander jeszcze raz zmierzył wzrokiem grupę przeciwników przed nim, po czym rzucił się na najbliższego nieumarłego. Bez broni, wszak honor zabraniał elfom walczyć używając czegoś innego, niż własne SZPONY lub broń odebrana przeciwnikom. W tym przypadku nie było jednak czego odbierać, więc młody elf bez zawahania wbił twarde palce w szyję najbliższego barana, mocnym szarpnięciem wyrywając mu głowę. Płynnym ruchem machnął w stronę gardła drugiego z zombie, w międzyczasie miażdżąc butem czaszkę jednego z powoli przemieniających się patronów. Lake skakał pomiędzy owcami jak małpa, pokazując dlaczego w Hungman City Lake'owie byli znani jak ród, który potrafi o siebie zadbać. Zwinne ruchy długouchego jednak spowolniły. Dwóch pełzających Merynosów chwyciło go za nogawki, próbując wgryźć się w potężne łydy elfa. Anomander zaczął wierzgać nogami we wszystkie strony. Owce były nie wzruszone, kłapiąc zębiskami w powietrzu i pobekując smętnie. W tej chwili jednak spod ściany poszybowały dwa pociski, idealnie trafiając uczepione nóg elfa owce w czerepy. Zaskwierczało, zadymiło i po chwili Merynosi padli bez ruchu na ziemię, przez spaloną skórę czaszek bielała naga kość.

- Pobrudziłaś mi spodnie. - odparł elf wypatrując kolejnego nieumarłego, jednak po chwili dodał - Ale dzięki.
- Ależ proszę - odparła Nierdzewka wyjmując z plecaka kolejne fiolki z wodą królewską - Odkupię Ci gdy w końcu stworzę kamień filozoficzny.

Elf prychnął, po czym wrócił do walki. Padła prawie połowa zgromadzonych Merynosów, jednakże ta niespodziewana sytuacja podziałała na niego niczym kubeł zimnej wody. Tradycyjny styl walki elfów to jedno, ale przeciwko przeciwnikowi który potrafi Cię zabić zadając jedną ranę mógł okazać się on niewystarczający. Najważniejsze było przetrwanie rodu, czyny legitymizujące ich władzę stoją jednak odrobinę niżej na drabinie wartości Lake'ów. Wycofał się kilka kroków, aby przeanalizować sytuację.

Erika z kolei nie miała żadnych skrupułów, aby kontynuować swoje bombardowanie. Specyfiki niezbędne do uprawiania alchemii były drogie, ale prosperująca huta szkła dostarczała jej wystarczających środków na doskonalenie kunsztu. Przy okazji załatwiała także sprawę naczyń na specyfiki. Bez elfa na linii strzału trajektoria szklanych pocisków stała się o wiele bardziej chaotyczna, trafiając barany w korpusy i kończyny. Mieszanina kwasów wyżerała w istotach straszliwe dziury, jednak te nadal parły naprzód. Wypalone mięso po chwili i tak zaczęło zarastać futrem.

To podsunęło Anomanderowi pewien pomysł. Chwycił próbujące powstać truchło szynkarki w obie ręce i rzucił stronę zebranej grupki Merynosów. Nieumarli zostali powaleni sześcianem aluminium, co dało dwójce Mistralczyków niezbędne sekundy na doprecyzowanie swoich ataków. Kilka sekund potem było już po wszystkim - cała gromada zombie została pozbawiona głów, niebezpieczeństwo zostało chwilowo zażegnane. Pogoda zdawała się tryumfować wraz z nieludźmi - deszcz przestał padać. Zza chmur zaczęły przebijać się nieśmiało pierwsze promienie słońca.

- No! Powinniśmy chyba się zbierać. - rzekł elf strzeliwszy palcyma - Do zachodu mamy jeszcze parę godzin, jak dobrze pójdzie to zdążymy do następnej wioski.
- Czyli chcesz cofać się wstecz? - spytała Nierdzewka wyjmując z plecaka puste fiolki - Chyba, że przez "następną wioskę" rozumiesz jakąkolwiek osadę znajdziemy w Owczarni Czarnej?
- Się kurwa wie!
- Wspaniale. - odpowiedziała pobierając próbki śliny i krwi z kilku nieruchomych baranów - Naprawdę wspaniale. Chciałabym jeszcze wziąć próbki ich żółci i kwasów żołądkowych, ale kiepsko trochę z czasem. Prowadź, wodzu.

Po kilku minutach byli już spakowani i gotowi do wyruszenia na wschód. Licząc czas potrzebny na odbiór wierzchowców ze stajni na drugiej stronie miasteczka Albania powinni przed zmierzchem dojechać do posterunku granicznego między Mastodonią, a Owczarnią. Wykorzystywanie dyplomatycznych koneksji Anomandera do nocowania w takim miejscu mogłoby zostać uznane za nadużycie, ale w obecnej sytuacji była to najlepsza opcja. A co będzie później? Tylko bogowie to wiedzą***.

Posępny mamut zaś, nadal niewzruszony, wycierał ten sam gliniany kubek.

---

* skomplikowana mikstura którą Anomander oberwał w twarz na przywitanie. Sama w sobie nie ma zapachu, jednakże zawarte w niej związki przy bliskim kontakcie pobudzają receptory węchowe w ten sposób, że odbierają one sygnał w sposób jak najmniej przyjemny dla danej osoby. Anomander nie wiedzieć czemu czuł ćwikłę.
** nie, elf nie miał zamiaru flirtować z osobą trzykrotnie od siebie niższą. Użył tego określenia w znaczeniu jak najbardziej dosłownym.
*** tak naprawdę to nie, to tylko takie przysłowie. Jednak jakby wiedzieli to zapewne zaśmialiby się drwiąco.
09.06.2019 19:28
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Weather Offline
Shichibukai
Pirat

*
Liczba postów: 1,280
Dołączył: 28.04.2009
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 20%
Post: #4
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Anomander z nową towarzyszką kierowali się w kierunku owczarni czarnej, by odkryć tajemnice nieumarłych owiec które dręczą mieszkańców Mastodonii. Choć żadne z nich tak naprawdę nie przejmowało się antrosami i innymi którzy cierpią. Dla Nierdzewki, była to kolejna zagadka do rozwikłania, rozłożyć te zombiaki na części pierwsze i zobaczyć co w środku stuka, i przy okazji przeprowadzić parę własnych eksperymentów. Pan Lake natomiast, uznał że na obecną chwilę, zostanie pogromcą morderczych martwych owiec, jest nie najgorszym sposobem na zdobycie władzy.


Obecnie jednak dwójka próbowała uporać się z większym problemem, który sprawiał że przesunięcie gór Hoenn Fan dall wydawało się całkiem wykonalne.


- No kurna mać, ile można czekać na zwykłe sprawdzenie dokumentów?! - Krzyknęła niziołka, uderzając pięścią o blat lady, Anomander natomiast stał obok, opierając się na lewym ramieniu, wiedząc że wkurw towarzyszki jest dość bezużyteczny w takiej sytuacji.
W środku budki strażniczej, istota z długimi ramionami zakończonymi długimi lecz tępymi pazurami, powoli przyrządzała sobie herbatę, Długaśne uszy trochę poruszyły się na dźwięk krzyków, strażnik granicy między mastodonią a Owczarnią, lekko odwrócił głowę, małe czarne oczka i włochaty pyszczek skierowały się na dwójkę podróżników lecz się odwrócił udając że nie patrzył wcale na nich.

- Zluzuj swoje płaskie cyce i się pobaw proszkami, tylko to przedłużasz. - Przewrócił elf oczami, a niziołka coraz bardziej nerwy traciła.
- Ciebie to chyba kurna bawi że ja się tu produkuje a nic z tego nie wynika! - Na to Anomander się uśmiechnął, pokazując ostre ząbki. Trochę go korciło by opowiedzieć typowi jakiś dowcip, by jeszcze bardziej przedłużyć i ponabijać się z kobiety.
- Jaaaak móówiiłeeeem, spraaawaaa jeeest obeecniee zajmooowaanaa przeeez peersoneeel, aah cholera gdzie cukier. aah tu. Bęęędzziieecieee wpuuuszczeeeniii jaaak naajszyyybcieeej sięęę daaa.- Powiedział strażniczy Anoniusz Zgrzytek, niesamowita istota która jest kombinacją ras obójga rodziców, coś co zdarza się prawie tak rzadko jak uczciwy polityk Niestety jego rodzicami byli muł i leniwiec, więc wyszło z nich najbardziej oporna i powolna istota w całej mastodonii. Czyli istne marzenie dla każdego szefa firmy który lubi patrzeć jak w obsłudze klienta, ludzie z skargami dostają pierdolca, bo jak każdy wie, to jest celowy zabieg by jak najwolniej załatwiać takie sprawy.
- Pan się młodą nie przejmuje, tyle czekaliśmy to jeszcze i można trochę! - Można by to uznać za dziwne by sam ANomander Lake z swoją reputacją i innymi assetami, tak się pierdzielił przy zwykłym przejściu granicznym. Niestety cały starszy personel został wezwany gdzie indziej, najpewniej coś poważnego się stało ale wyciągnięcie tej informacji, zajęłoby jeszcze więcej czasu. Więc w takiej sytuacji na posterunku zostały same ciućmoki, które trzęsą portkami i nie zrobią nic o ile nie jest to w 100% zgodnie z regułami, by nie wkurzyć szefów. No i jeszcze był ten Anon, który specjalnie przedłuża zwłaszcza po tym jak Niziołka go zgnoiła od mutantów i niekompetentnych leniów.
- Przecie to ty go tak zwyżywałeś, ja byłam zaciekawiona nim!
Nie ma co drążyć tematu i chuj kto zjechał kogo, pomyślał Lake. Co prawda mogli spróbować argumentu siły, ale to tylko więcej problemów później, a zawsze może się tu przejść i skopać dupy im po zdobyciu sławy, celebrytom się szybko wybacza.


Po kilku kolejnych godzinach ślęczenia, darcia się i robienia herbaty, w końcu dwójka otrzymała wejściówki do Owczarni.
Oootooo waaaszeeee doookuuumeeeentyyy (upierdliwcy) zaaapraaaszaamyyy poonooownieeee….oby enie szybko.

W końcu udało im się przejść, nocleg udało im się załatwić na samym początku, tylko robota papierkowa się dłużyła, głównie przez brakujące pieczątki które zapodziały się w wewnętrznej kieszeni kurtki Anoniusza, a jest to bardzo niewygodne miejsce do sięgnięcia jego łapami, więc się cała akcja dłużyła.

Dotarcie do najbliższej osady w Owczarni nie zajęło dużo czasu, zwłaszcza gdy niziołka zaczęła siedzieć na barkach elfa a on sam zaczął przebierać bardziej nogami, normalnie nie odwalał by za rumaka dla nikogo, ale zbyt dużo czasu już stracili, plus była okazja do robienia komentarzy o tym jak niziołka mu grzeje uszy udami, choć to tylko dla zabawy gdyż brak mu było jakiegokolwiek zainteresowania w niej.
- No w końcu, tak koślawo biegasz że całą drogę musiałam pilnować by mi się chemikalia nie zmieszały, ostatni raz na tobie jeżdżę.
Anomander już miał otwierać gębę na komentarz, gdy coś zwróciło jego uwagę, jednak nie było to warczenie niziołki na kolejne innuendo.
- Nie ruszać się skurwysyny, bo ta cięciwa zaśpiewa quin gon!
Zza jednego z budynków, wystawił łeb niska włochata postać, o wielkich przednich ząbkach, odziana w brudne potargane szmaty, trzymająca kusze co wyglądała na szybko zrobioną w domu. Owy osobnik był szczurzym antrosem, metr dwadzieścia góra. Długie cienkie wąsy opadały po obu stronach ryjka, lecz końcówki były sklejone brudem. Osobnik próbował wykrzesać z siebie brawurę, lecz nogi mu trzęsły się jak galareta, plus cięciwa nie była naciągnięta bo wielokrotnie przyciskał spust przez swoje drgawki i nic nie leciało.
- Te panie, a co pan tak rzuca skurwysynami? Pomyślałeś może jaką matkę właśnie obrażasz?!
Ryknął na niego Anomander, przez co szczur zapiskał wysoko i kilkukrotnie upuścił swoją kusze.
- No teraz to akurat trafnie określiłeś straszną cholerę, ale koniec z tymi pierdołami. Daj mi pięc sekund to go nabije na tą kuszę o ile się nie rozwali w trakcie.
Elf już zakasał rękawy by rozprawić się z oponentem, mord w oczach. Szczur natomiast narobił w gacie, znaczy zrobiłby to gdyby miał co wydalić, ale nie jadł od dni.
- Wstrzymaj konie koniu, przecież widać że on się ciebie boi
- No i powinien-. Odpowiedział Lake, ciesząc ząbki. Niziołka jedynie pokręciłą głową i wyszłą przed niego, powoli podchodząc do szczura, wyciągając rękę w łagodnym geście. Normalnie nie miałaby problemu by jej towarzysz typa trochę sponiewierał ale sama gdzieś czytała że są różne metody na wyciąganie informacji, a w przypadku przestraszonych i znerwicowanych, udawanie przyjaznego daje bardzo dobre efekty.
- Już spokojnie, nic ci nie grozi, nie chcemy cię skrzywdzić. Możesz opuścić kusze. Chce tylko się od ciebie coś dowiedzieć.
Powoli gestykulując i używając łagodnego tonu, dziewczyna zmusiłą szczura do opuszczenia swojej broni, jak i uspokojeniu siebie. Po chwili szczur zaprowadził ich do jednego domku nieopodal, jeden z niewielu który nie był zabarykadowany deskami. No dobrze to było kłamstwo, bo po dokładnym przyjrzeniu się, były pozostałości po rozwalonych deskach i gwoździach w ścianach i framugach. Anomander zauważył że w przeciwieństwie do innych, tu wyglądało jakby owe deski i blokady rozwalono od środka. Po tym jak usiedli, szczur w końcu zaczął gadać.
- J-jestem Zong Parszywek, pochodzę z Szczuronii...Przybyłem do wioski kłębiastych pól miesiące temu, chciałem zarobić jako kreator odzieżowy. Hehe, miałem nawet pomysł na ten, giry nie kurna, gimmick jak to ktoś mówił. Bym zapraszał panny owce i przerabiał wełnę które już mają na sobie w ubranka, tak tu ciut uciąć, tu trochę przesunąć hehe.
Zong zaczął lekko chichotać, na co Złomka podniosła brew i zapytała.
- A co z facetami owcami?
W chwile Zong spoważniał i się zapytał ją jak głupią. -A co z nimi?-
Niziołka sobie to zanotowała w pamięci i uznała że z osobnika będzie dobry wabik. Lake co prawda problemów z dziewojami nie miał, ale i tak wymienił z szczurem, kiwnięcie głowy na znak uznania jego pomysłowości.
- Niestety biznes nie szedł tak dobrze jak chciałem, więc zacząłem sprzedawać zwykłe ubrania.Potem zaczęły się plotki….potem zniknięcia….a teraz….widzicie w jakim stanie jest wioska. nie jest to jedno z większych miast, zostaliśmy olani przez resztę owczarnii i wszystko zeszło na psy.
Wiele im jego gadanei nie dało, ale Lake wiedział lepiej by oczekiwać wszystkich odpowiedzi na samym początku wędrówki.
Słuchaj, ja dojdę do sedna tego całego gówna, rozumiesz? Pytanie tylko jest, co ty możesz nam zaproponować jeśli chcesz się z nami szwędać. Możesz co prawda się tu zamknąć i mieć nadzieję że cie nie dopadną, ale będziesz trzymał się kogoś tak mocnego jak ja.Więc jak będzie?


Szczur miał swoje obawy, jednak coś mu mówiło że elf nie da mu tyle czasu ile chce więc Zong odpowiedział szybko.
- J-ja znam okolice, ogólnie jestem rozeznany w terenie! Podróżowałem całe życie, jeszcze wiele rzeczy się o uszy obija….
No i oto chodziło, i już jest przewodnik za friko. Teraz tylko go trochę emocjonalnie i psychologicznie pomaltretować, by bardziej bał się uciekać od niego, niż od owiec.
No to przynajmniej tyle, ale już się ciut ściemnia i trzeba rozbić bazę na dziś. Pozatym korci mnie by przeanalizować wszystkie próbki które pobrałam.
Na szczęście Złomki, mały domek miał jeszcze piwnice tak dużą jak główny pokój, szybko se zrobiła tam swoje miejsce i rozłożyła sprzęt. Anomander natomiast siedział na górze i częstował Zonga częścią swojego prowiantu.
-Nie trzeba by...no trochę...zabezpieczyć domu na w-wypadek?-
-A dało to coś wcześniej wam?- Odpowiedział chłodno elf.
-No...no nie- Odpowiedział, głośno przełykając ślinę szczur. - Tym bardziej jak się ta dwójka napatoczy…..-
Anomander odrazu skupił się ponownie na swoim nowym przewodniku. -Jaka dwójka?-
Zong opuścił głowę. -Każdy który zostaje..przeklęty czy zarażony cholera wie, staje się jednym z nich….porośnięty wełną i tak dalej…..Problem z tym, że w tej wiosce mieliśmy nietypową dwójkę…..Mistrza Fung Ku Bah Won’a, który był z bawolandi, i jego młody uczeń Ryu lin….z smoczej utopii….Co prawda stali się owcami, ale….ich fizjologia pozostała taka sama….jak ich instynkty ze sztuk walk….Módl się by ich nie było w pobliżu…..
Anomander odwrócił łeb w kierunku okna, gdzie było widać księżyc przysłonięty chmurami, wyszczerzył zęby jak najszerzej tylko mógł, i zrobił odwrotnie niż jak Zong go prosił.

[Obrazek: a5d45uF.png]
16.06.2019 19:54
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Eikichi Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,304
Dołączył: 31.07.2011
Skąd: San Escobar
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Lake zrobił dokładnie na odwrót jak prosił go Zong. Zaczął modlić się do wszystkich bogów jakich znał, by dwóch Merynosów zjawiło się jeszcze tej nocy. Coś takiego to by było dopiero, mógłby się wykazać, może zdobyć jakieś dodatkowe informacje. Kto wie co kryły ciała tych dziwnych indywiduów. Anomander wiele razy zastanawiał się już – jaki może być powód by żyjące, zdrowe ciało pod wpływem jedynie jednej rany, mogło zamienić się w martwą owcę. Jak to się mówiło: są takie rzeczy o których się filozofom nie śniło.
- Przy okazji – odezwał się elf klęcząc przed oknem – Potrafisz pisać?
- Oczy-oczywiście, tak tak, potrafię – szybko i bez zastanowienia odpowiedział szczur.
- Doskonale! - ryknął wyraźnie uradowany Anomander – kto by się spodziewał, że w miejscu jak to spotkam osobę. I to wyglądającą jak ty Parszywek. Która pisać potrafi.
Wskazał na niego palcem.
- Nie tyle co będziesz przewodnikiem, na chleb zarobisz też spisując moje czyny – zrobił chwilę przerwy. - No i powiedzmy kurwa, że i tej alchemiczki. Jasne?
- Wszystko zrobię-zrobię. Co tylko mistrz rozkaże-każe. - Rzekł i wyraźnie głośno przełknął ślinę.
- No to bierz kartkę, bierz długopis, świecę i idziemy w las. Poszukamy sobie tej niezwykłej dwójki. Zabijemy ich, a truchła damy karla jej mać hobbitce.

Dziesięć minut później szli już przez ciemny las. Elf z przodu oświetlając sobie drogę pochodnią, a tuż za nim drżący na całym ciele dreptał antros. Zong z przewieszoną na plecach kuszą i ze świeczką przylepioną woskiem do jego pyska, stale coś pisał. Energicznie, tak jakby miał termin oddania książki na przedwczoraj.
Las wydawał się ciągnąć w nieskończoność, aż w końcu nagle się urwał. Za nim rosła niewysoka trawa, Gdzieniegdzie krzewy i pojedyncze drzewa wyrywały się ze schematu polanki.
Wygląda jakby coś pasło się tutaj regularnie – powiedział Lake i przykucnął delikatnie. - Czujesz? Tak pachnie gnijące mięso, pewnie zaraz zobaczymy tych skurwysynów – dodał i oblizał wargi z podniecenia.
Szczur nie odpowiedział, zamiast tego wąchał powietrze, wyczuł coś, coś zdecydowanie martwego od dłuższego czasu.
- Mistrzu, musimy-musimy wracać. To nie są zwykłe merynosy-nosy.
- Masz spisywać, nie pierdolić Zong. Idziemy.
Anomander zaczął na kolanach skradać się przez polne trawy. W miarę jak posuwał się do przodu zauważył źródło zapachu, dwa kształty oświetlone przez światło księżyca. Jeden z nich, wielki, umięśniony w barach baran stał nieruchomo na dwóch nogach. Lake był za daleko by zauważyć w jakim stopniu rozkładu jest ten osobnik. Drugi za to, to było dla niego coś zupełnie nowego. Wysoki i smukły merynos o trzech głowach bujał się lekko w lewo to w prawo. Panicz nie wiedział co dokładnie, ale wyczuwał od nich jakąś złowrogą aurę, to nie był tylko zwykły smród gnijących zombie. Te były inne.
Odwrócił się by powiedzieć Parszywkowi o tym by teraz powziął specjalną uwagę na jego czyny, ale antrosa tam nie było. Znikł.
- Jebany szczur spierdolił!
Ryczał w myślach ze złości młodzian. Jednocześnie nie kontrolując do końca swojego gniewu uderzył pięścią w trawę przed nim. Nie wiedział, że w zielonej gęstwinie szedł akurat piszczak. Gumowe zwierzę przypominające kość, które po naciśnięciu wydaje z siebie głośny pisk.
- Kurwa.
Zdołał jeszcze skomentować. Wstał i chciał przygotować się na atak merynosów, ale jednogłowy baran już leciał w jego stronę. Lake nie zdołał osłonić się przed szerokim kopnięciem, które uderzyło z siłą młota w jego nogę. Elf poczuł jak zaczyna się chwiać, na szczęście przed kolejnym ciosem pięścią zdążył przygotować osłonę. Zdołał jakoś wstać, wyprowadził kilka prostych, ale jeśli któryś już trafiał, to był zręcznie blokowany.
Kung-fu, dość młoda technika walki o której czytał panicz, nie była wcale tak słabowita jak opisywał ją Gol Emonim – znany mistralski historyk. Najdziwniejsze jednak wydało się elfowi to, że merynos walczy samotnie. Nie widział co robi ten trójgłowy, ale słyszał jak beczy. Nic dziwnego, ale to beczenie brzmiało jakby drugi z zombiaków naigrywał się z poczynań Lake'a.
- Psia twoja mać!
Zaryczał uderzony w klatkę piersiową, następnie rzucił się w kierunku potężnego barana, w ciszy biegnącego w jego kierunku z wyciągniętymi przed siebie sztywno rękami. Starli się trzymając nawzajem za łapy i siłowali przez krótką chwilę.
Lake właśnie miał wygrać pojedynek siłowy kiedy głowę barana przebił na wskroś bełt. Elf zerwał mu ją i spojrzał w kierunku z którego nadleciał pocisk. Z trawy wyłonił się biegnący do niego Zong, jednocześnie ładując kuszę przy pomocy koziej nóżki.
- Hahahaha! Moje-Moje! Zabiłem dziada! - Krzyczał radośnie szczurzy antros.
Parszywek stanął nad pozbawionym woli życia truchłem i wypalił z samostrzała jeszcze raz, wyraźnie ciesząc się całą sytuacją.
Trójgłowy baran zamarł w miejscu.
Zong uciekł w trawę i znowu znikł Anomanderowi z pola widzenia, ten jednak nie zamierzał martwić się szczurem. Przed sobą miał tajemniczego merynosa. Chciał sprawdzić czym zaskoczy go ta sztuka. Nigdy jednak nie podejrzewałby, że zombiak zacznie się zmieniać. Po krótkiej chwili przed paniczem stał wysoki na kilkanaście metrów, DŁUGOSZYI smok. Bestia porośnięta wełną, o trzech baranich łbach patrzyła się na elfa z góry pobekując co po chwilę.
Anomander nie zwlekał, jego dziadek zawsze powtarzał by przeciwnika bić, a nie się na niego gapić. Tak też uczynił. Najszybciej jak potrafił zaczął szarżować na oponenta. Zobaczył jak jedna z głów odchyla się do tyłu, a chwilę później owczy smok zombie zionął na niego. Grudowata maź uderzyła z wielkim ciśnieniem tuż przed nim przewracając go na ziemie.
- Co to jest!? Śmierdzi jak... - nie dokończył ponieważ musiał zasłonić twarz ręką.
- Uważaj! To haggis!
Hobbitka wybiegła z lasu, w obydwu rękach kręciła procami. Lake zauważył, że koszyki są naładowane, najprawdopodobniej tą samą wodą królewską której użyła podczas jatki w karczmie. Nie było czasu na pytania co niziołka robi w tym miejscu, bowiem teraz druga barania głowa odchylała się do tyłu.
Z owczego łba, prosto w elfa poleciał strumień wełny. Nieludź odskoczył w lewo, czym uniknął ataku który oskalpował z trawy podłużną połać pola.
Nierdzewka wycelowała i wypuściła dwa pociski. Jedna fiolka chybiła, ale druga trafiła prosto w łeb ziejący śmiercionośną wełną. Głowa zaczęła się topić, jednak pozostałe dwa łby nawet się tym nie przejęły. Środkowy nadął się potwornie, coś grubego zaczęło przetaczać się przez szyję prosto w górę do pyska.
Lake'a dzieliło już tylko kilka metrów od skoku na potwora, kiedy ten wystrzelił w jego kierunku pocisk. Olbrzymi oscypek chybił o centymetry i roztrzaskał o ziemię tuż za elfem.
- Wę-wędzony – skomentował celujący z kuszy Parszywek.
- A jakże, to w końcu smok! - dodała hobbitka pospiesznie ładując do koszyków procy nowe fiolki. - Lake! Zajmij się środkowym łbem! Ja spróbuję strącić jego haggisową głowę! Słyszysz!?
Anomander milczał, co ona sobie wyobrażała, że on znajdzie czas na pogawędki podczas wspinaczki po szyi tego monstrum? Szybkimi ruchami znalazł się na samej górze, usiadł tuż za rogami, zakładając na siebie nogi tak by nie spaść. Splótł palce w jedną pięść i potężnymi zamachami zaczął uderzać w łeb zombie które kiedyś było Ryu Linem.
Po kilku ciosach Lake poczuł jak twarda barania czaszka zaczyna ustępować. Odchylił się jeszcze raz, bardziej do tyłu niż wcześniej. Strumień haggis poleciał w stronę elfa i mimo tego, że nie trafił w cel, tak Lake nie mógł zaradzić odruchowi bezwarunkowemu. Zatkał nos, poluzował nogi i zaczął spadać. Dwie fiolki Nierdzewki rozbiły się o szyję plującą haggis wyżerając w niej sporą wyrwę. Szyja załamała się jak wystarczająco nadrąbane drzewo i uderzyła w trawę.
Smok zombie owca zorientował się, że stracił dwie głowy z trzech. W mig wrócił do swojej mniejszej formy, zostawiając sobie jedynie postrzępione, wełniane skrzydła, a następnie becząc gardłowo odleciał.
Zong wycelował. Nacisnął spust i zobaczył, że nie załadował bełta. Przeklinając pod nosem wyciągnął kartkę i wrócił do pisania. Mimo tego, że świeczka którą nosił na pysku dawno zgasła.
- Co ty tutaj robisz kurwa? - zapytał elf podchodząc do hobbitki.
- Dupę wam ratuje! Nie było was to zaczęłam was szukać!
- Dzięki, ale poradzilibyśmy sobie i bez ciebie. Ród Lake, znany jest z doskonałego radzenia sobie i w najgorszych sytuacjach – powiedział Anomander szturchając smoczą głowę, która nawiasem mówiąc została w swojej dużej formie.
- Dzięki, zapamiętam sobie – skomentowała poirytowanym tonem Nierdzewka. - A teraz jeśli możesz to łap za te rogi i targamy szczątki tej wyjątkowej dwójki do naszego schronienia. Muszę je sprawdzić, porównać wyniki z tym co mam. Zong! - Ryknęła na szczura. - Ty weź głowę tego umięśnionego barana.
- Tak tak tak – odpowiedział pochylając głowę antros. - Oczy-oczywiście.

Na drugi dzień Anomandera obudził krzyk. Elf aż podskoczył z łóżka, wyciągnął pięści, rozejrzał się po pokoju. W kącie, na kocu spał Parszywek, chrapiąc tak głośno, że Lake'a zdziwiło, że dopiero teraz się obudził.
- Eureka!
Zawołał ktoś, kim jak się moment później okazało była Nierdzewka. Hobbitka wybiegła z drzwi prowadzących do piwnicy trzymając za wełnę dwie merynoskie głowy i fiolkę z połyskującym, zielonawym płynem.
- Budzić się! Budzić powtarzam!
Krzyczała, przy okazji budząc antropomorficznego szczura, który ospałym wzrokiem patrzył przed siebie.
- Coś odkryłaś? - zapytał zarzucając sobie nogę na nogę Lake. - Może sekret tej jebanej choroby?
- Nie, nie do końca, ale to i tak fascynujące – położyła fiolkę i głowy na podłodze. - Zaprezentuję wam.
Poczekała aż Zong podejdzie bliżej by móc obejrzeć wyniki jej badań. Odkorkowała fiolkę, a następnie wylała odrobinę na głowę jakiegoś merynosa oraz tej którą zwykł nosić mistrz Kung Fu Bah Won. Po kontakcie z eliksirem z pierwszej zaczęły tryskać iskry, wełna zanikła, a w jej miejsce ukazała się zwykła szara sierść. Zgniła skóra nabrała barw, a źrenica z prostokątnej przeszła w okrągłą. Nie minęło jednak kilka sekund, a cały proces cofnął się do stanu z przed kontaktu z eliksirem. Drugi egzemplarz, ten który należał do jednego z tajemniczej dwójki, nie wykazał takiej chęci do odmiany. Jedynymi zmianami okazały się zmniejszone rogi oraz lekki zanik zgnilizny. Mimo wszystko już po krótkiej chwili i druga głowa wróciła do stanu wejściowego.
- Pozwólcie, że wytłumaczę co tutaj właśnie miało miejsce
- Mi? Chcesz oświecać mnie,dziedzica? - Zapytał patrząc na hobbitkę z góry Anomander. - Ale z drugiej strony mów alchemiczko, mój ród mimo całej mądrości nie może przecież wiedzieć wszystkiego.
Niziołka kopnęła elfa w przyrodzenie i kiedy ten oprzytomniał z bólu wróciła do wyjaśnień.
- Ten eliksir powstał na podstawie moich wcześniejszych badań – Wskazała palcem na fiolkę. - To mieszanka śliny niedźwiedzia, krzywokostu, dziurawca i odrobina tego czegoś przez co w naszych organizmach wędruje kupa. Nigdy nie pamiętam jak się to nazywa.
- Je-jelito – Odpowiedział Zong, a widząc pytające spojrzenia dodał. - Kiedyś by-byłem lekarzem – Zastanowił się. - Znaczy-naczy tym co kroi-kroi i zszywa.
- Wracając – przerwała niezręczną ciszę hobbitka. - Eliksir ten ma za zadanie usuwać efekt choroby, ale do wczoraj nie był kompletny. Coś mnie podkusiło by zrobić odwar z gałek ocznych tego trzygłowego monstrum. Mówię i robię, taka jestem, ciekawska. No to zrobiłam, dodałam i sprawdziłam – Mówiąc to Nierdzewka wyraźnie się emocjonowała, co bawiło Lake'a. - No i działa! Tylko, że nie dość, że jedynie na moment, to patrząc na nasze porównanie z przed chwili, osobniki które zostały zainfekowane wcześniej są zdecydowanie bardziej odporne na działanie leku niż te, które przemieniły się wcześniej. Zong, wiesz może kiedy ta dwójka potężnych merynosów się zaraziła?
- Chy-chyba z osiem miesięcy temu. Jakieś dwa-dwa miesiące po tym jak dowiedzieliśmy się we wiosce o wybuchu cho-choroby – Odpowiedział patrząc nerwowo szczur.
- Czyli zdecydowanie wcześniej niż moje dotychczasowe egzemplarze. Nie zwróciłam jednak uwagi na najważniejszą kwestię – ciągnęła dalej pani alchemik. - Moim zdaniem to nie tylko problem natury alchemicznej, ale i duchowej. Musimy to sprawdzić, znaleźć jakiegoś szamana, nekromantę, kogoś związanego z zaświatami, który to zbada.
Elf powstał z siedziska.
- No to komu w drogę temu kurwa czas – popatrzył na Parszywka. - Szamana albo innego cudaka najszybciej znajdziemy w jakimś większym zbiorowisku. Masz pomysł czy gdzieś tutaj ostało się kurwa choćby jedno zawszone miejsce?
- Golf -Golf Wysoki. Jeśli jakiekolwiek większe miasto było w stanie się obronić-nić to-to tylko tam – Wyciągnął kartkę i pióro. - Znam-znam drogę, poprowadzę. Tylko...
- Tylko co? - zapytali unisono Nierdzewka i Anomander.
- W żołądku pusto-pusto. Ciężko działać, kiedy burczy-czy – mówił gładząc się po brzuchu.

Kiedy zjedli, od razu spakowali wszystkie swoje manatki i czym prędzej wyruszyli w drogę. Anomander chciał iść przez każdą wieś, którą mogliby przekroczyć, ale niebotycznymi staraniami Zong i Nierdzewka odsunęli go od tej myśli. Parszywek zasugerował, że nawet nie chodzi o dużą ilość zarażonych kręcącą się po wsiach, ale o czas który straciliby na wybicie ich.
Owczarnia Czarna po niemal roku od wybuchu epidemii wyglądała potwornie. Bohaterowie jeśli już widzieli jakieś chaty tak niemal zawsze, albo stały spalone, albo w totalnej ruinie. Nie spotkali żywej duszy, nawet zwierząt było jak kot napłakał. Gościniec którym szli wiał pustką i ciszą. Co po niektóre drzewa znaczyły ślady próchna i aż dziwnie nadmiernego mchu. W pewnym momencie jedno z drzew, które już całkiem zarosło mchem i próchnem wyskoczyło z korzeniami i zaatakowało grupę towarzyszy. Nie mogąc jednak utrzymać równowagi przewróciło się i spadło z urwiska. Nierdzewka zabrała ze sobą część spróchniałego konaru.

Podróż zajęła im dwa dni, ale w końcu dotarli na miejsce. Miasto zobaczyli już na długo przed podejściem do niego. Golf Wysoki wznosił się na stromym płaskowyżu, który w całości był obszyty wełnianym golfem. Zresztą i inne części zabudowy miasta, takie jak wieża w środku grodu, baszty i mury również zostały udekorowane różnokolorowymi materiałami.
- Mają rozmach skurwysyny – skomentował elf. - Ciekawe czy ktoś tam jeszcze dycha, bo jak nie to się poważnie wkurwię.
- Powinni panie Lake. Do miasta prowadzi tylko jedna-jedna droga, most wiszący-szący nad rozpadliną.
- Przy okazji – wtrąciła się hobbitka. - Pokaż coś tam już napisał Zong.
Szczur jakby zaniemógł. Schował kartkę za plecami i zaczął energicznie kręcić głową.
- Nie nie nie! Pokażę wszystko-szystko, ale jak będzie-będzie skończone. Teraz nie nie nie – Popatrzył na nich jakby spoglądał na kata. - Proszę-proszę o cierpliwość – dodał uśmiechając się nerwowo.
- Dobra, wyjebane. Idziemy dalej.
Niedługo później zauważyli wielki kanion otaczający Golf Wysoki ze wszystkich stron. Do dwóch słupów po jednej i po drugiej stronie rozpadliny przywiązano liny, deski i tak powstał wiszący most. Architektura na miarę możliwości ciekawych czasów.
Lake stanął na krawędzi i spojrzał w dół. Zobaczył roztrzaskane o kamienie setki gnijących ciał merynosów. Po drugiej stronie mostu, na beczce siedział wartownik. Antropomorficzny lew o siwej grzywie, z kolczykiem w uchu. Siedział z nałożonymi na siebie nogami, w napierśniku, z krótkim mieczem obosiecznym u boku i nabitą fajką w ustach. Zdawało się, że ich nie widział, ale ledwie hobbitka wykonała pierwszy krok by wejść na most, strażnik krzyknął:
- Przejścia nie ma!
- Przecież my nie merynosi, tylko zwykli obywatele kurwa! - Krzyknął do niego panicz. - Masz przed sobą dziedzica roku Lake, mądrą alchemiczkę i ich sługę! Puść nas!
- Ja tam widzę potencjalne zagrożenie dla życia i spokoju mieszkańców tego oto wspaniałego miasta – wstał i wskazał ręką na wznoszący się za nim gród.
- A ja widzę kogoś komu należy spuścić wpierdol.
Elf zrobił krok w przód i zamierzał wejść na most kiedy zauważył jak lew trzyma wyciągnięty miecz z ostrzem nastawionym tuż nad jedną z lin, trzymających kładkę w miejscu. Lake zatrzymał się w półkroku.
- Jeden ruch – powiedział spokojnie strażnik. - Tyle mi wystarczy by przeciąć te liny.
- No ja pierniczę! - krzyknęła poirytowana Nierdzewka. - Barani łbie nie widzisz, że nie jesteśmy zagrożeniem? Nie wpuścisz potrzebujących? Merynosów nie widziałeś? Czy ja chodzę jak jakieś zombie i porasta mnie pieprzona wełna?
- Jako najemnik widziałem w życiu sporo. Jako strażnik tego mostu... rzeczy w które ciężko uwierzyć - Odpowiedział spokojnym tonem, ostrze miecza ciągle trzymając tak by jednym ruchem zniszczyć most. Pyknął z fajki przekładając ustnik na drugą część pyska. - Ale wiem jedno. Istoty rozumne, a przecież za takie się uważacie, znają pojęcie pieniądza. WA-LU-TY. Jeśli znacie takie coś to osobiście nie widzę problemu byście przekroczyli most i zaszczycili tę podrzę... wspaniałą mieścinę swoją obecnością.
Wyciągnął ku nim wolną rękę.
- To jak będzie? - uśmiechnął się.
- Trzeba było tak od razu gadać, a nie jakieś cyrki kurwa, przedstawienia. Powinieneś w się zastanowić nad występami.
Powiedział Anomander. Zerwał z paska jeden z kilku mieszków i rzucił go prosto do lwa, który chwycił przesyłke bez najmniejszego problemu.
- Możecie przejść nie-merynosi – rzekł antros otwierając woreczek.
- Choć to dziwnie zabrzmi z ust najemnika, złota tutaj nawet i za dużo – powiedział lew gdy towarzysze przeszli już przez most. - Może mógłbym wam i jakoś pomóc? A i w razie czego, gdyby złota było tyle co jakiś czas, to i dłuższa współpraca wchodzi w grę – puścił oczko Nierdzewce.
- Jeśli chodzi o teraz to szukamy szamana, nekromanty, kogoś kto mógłby pogadać z duchami – odpowiedziała lekko zaczerwieniona alchemiczka. - Jeśli kogoś takiego znasz to zaprowadź nas do niego.
- No to komu w drogę? No i mówcie mi Vasyl, nazwiska nie mam, tam gdzie się urodziłem to była ostatnia rzecz na którą mogliby wpaść rodzice.
- Zo-zostawisz most? - zapytał oglądając się za siebie Zong.
Najemnik westchnął ciężko i odpowiedział.
- Oni płacą mi złotą monetę na miesiąc, a od szanownego dziedzica rodu Lake dostałem dziesięć za przejście do miasta. Prosta kalkulacja mały kolego.
- Nad współpracą to się jeszcze zastanowimy, a teraz kurwa prowadź – zakomenderował Anomander i udali się krętą ścieżką w stronę bram Gofla Wysokiego.

Tymczasem niedaleko grodu, kilkaset metrów nad ziemią leciał merynos który niegdyś był Ryu Linem. Wszystkie trzy zregenerowane w pełni łby wypatrywały czegoś w oddali. Wełniane i podziurawione skrzydła uderzały raz po raz w powietrze niosąc dziwne monstrum przed siebie. W końcu w niezalesionej dolinie między kilkoma górami trzy pary oczu dostrzegły to czego szukały.
Smoko owco zombie wylądował na wystającym w górę na kilkanaście metrów, kamiennym tworze. Przed sobą widział wielką masę stojących nieruchomo zarażonych. Stanął sztywno wpatrując się w tłum.
- Beeeeee!
Zaryczał, a morze merynosów w jednym momencie spojrzało w jego stronę. W oczach owiec zombie płonął krwisto czerwony ogień.
Ruszyły.

[Obrazek: sygnajpg_qnexeaw.jpg]
21.06.2019 12:22
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
fuszioms Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,273
Dołączył: 17.07.2012
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 15%
Post: #6
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Pomiędzy kanionem przemknęło echo przeraźliwego ryku, zwróciło ono uwagę naszych bohaterów. Pierwszy obrócił się Anomander, jego wyczulony słuch rozpoznał coś na miarę beczenia, ale do końca nie był pewny gdyż dźwięk został zniekształcony przez ukształtowanie terenu. Drżenie powietrza niosło wrzask, znieruchomiała ze strachu Nierdzewka wskazała palcem w głąb kanionu, cała czwórka nie mogła oderwać wzroku od białej, wełnianej masy toczącej się przez jego dno.
- Jest ich za dużo – powiedział Zong łamiącym się głosem. Słowa ledwo przeszły przez jego zesztywniałe gardło, po czym upadł na ziemię i zbladł.
- Musimy się pospieszyć bo inaczej ta cała masa zaleje pobliskie wsie i miasta, i nie będzie ratunku nie tylko dla Owczarni, ale też pobliskich krajów! – głos Eriki brzmiał bardzo poważnie, a sądząc po reakcji, nawet sam Lake wiedział, że nie może jej odmówić racji.
- Chodźcie, w mieście jest taki typek, który zna każdego, on wam pomoże znaleźć tego szamana, czy Bóg wie kogo szukacie – pogonił ich Vasyl po czym ruszyli nie ociągając się prosto do Golfa. Brama do miasta była, jak na panujące w pozostałej części kraju warunki, bardzo imponująca. Drewniane pale, wbite do ziemi sterczały na wysokość paru metrów. Konstrukcja wydawała się solidna, a głównym wejściem były małe drzwiczki u jej podnóża. Lew zapukał mocno w drewno, a przez mały wziernik wyjrzało czarne, okrągłe oko.
- Czeeeego Tuuuu – zabeczało stworzenie. Lew przedstawił się i krótko opisał swoich towarzyszy. Niechętny do współpracy, starszy baran o wełnie czarnej jak smoła, otworzył drzwi i wpuścił naszą dziwną kompanię cały czas mamrotając coś pod nosem.
- Dziwny jakiś ten baran, pewnie go już wszy w dupę gryzą – zarechotał cicho Anomander.
W mieście panował spokój. Na błotnistej dróżce, którą w tym przypadku nazwiemy ulicą, krążyły powoli białe, a gdzieniegdzie szare antropomorficzne owce. – Gdzie ten typo? Mówiłeś Vasyl, że go znasz? To owca jak reszta? Czy może kolejne dziwadło? – dopytywał się Lake.
- Spokojnie, wszystko w swoim czasie. – odpowiedział rozglądając się w koło Lew – Parę metrów stąd jest taka karczma „RogoWina”, tam spotkamy się z kim trzeba by dostać się do niego. Ruszyli powoli coraz bardziej oddalając się od bramy i uważnie obserwującego ich barana. Idąc przez wąskie alejki mijali lekko podupadające chaty, ale też takie, które kipiały wręcz luksusem. Rozstrzał majątkowy w Golfie Wysokim zaskakiwał nawet Anomandera. – To tutaj, pamiętajcie, że jak wejdziecie dajcie mi mówić. Tutejsi goście nie lubią obcych, a my nie chcemy za bardzo się rzucać w oczy, przynajmniej bardziej niż teraz. – Drzwi zaskrzypiały a zapach alkoholu i potu uderzył ich jednocześnie, mówiąc im co to był za przybytek. W RogoWinie panował półmrok, antropomorfy mieszały trunki, pijąc i krzycząc na przemian sprośne słowa. Vasyl rozejrzał się po izbie, a unosząca się mgiełka od papierosów lekko przeszkadzała w poszukiwaniu wzrokiem konkretnej osoby.
- Nie podoba mi się to miejsce – szepnęła Nierdzewka – czuć, że zaraz może odwalić się tutaj niezła bitka, czujecie to?
- No, może trochę - zastanowił się Zong.
- Żadna bitka mi kurwa nie straszna – przerwał mu głośno i pewnie Elf czym zwrócił natychmiast uwagę trzech drabów siedzących przy ścianie w cieniu małej świecy. Jeden był łysy, z blizną na policzku, drugi dziobaty, z nienaturalnie poszerzonym uśmiechem, a trzeci… wyglądał normalnie, długie włosy zaczesane do tyłu, smukła twarz, ale oczy, oczy jak u diabła: przenikliwe i strasznie zimne.
- Widzisz, mówiłam, Ty jełopie – uderzyła pięścią Anomandera - Co robimy Vasyl? idą tu! – popatrzyła na niego oczekując odpowiedzi, jednak to co zobaczyła to uśmieszek w kącikach ust.
- Vasyliew Lajonew. Długo Cię nie widziałem! – cedząc słowa, odezwał się nienaturalnie niskim głosem ten o diablich oczach. Lew nie odpowiedział jednak, patrzył dalej zawadiacko się uśmiechając.
- Vasyliew? Widzę żeś nam nie wszystko powiedział najemniku. To teraz może przejdziemy do sprawy? Szukamy kogoś, kto zaprowadzi nas do szamana lub nekromanty – wystąpił na przód Elf, po czym pewnie stanął twarzą w twarz z dziobatym, który odruchowo zasłonił swojego szefa. Był on od niego odrobinę niższy, lecz dwukrotnie bardziej barczysty. – Paskudna morda Panie kolego – błysnął kłami. I ustawił gardę dziedzic rodu Lake’ów.
- Chcesz to mogę Ci zrobić taką samą – odpowiedział, napinając mięśnie dziobaty. Widać było jednak, że czekał na znak od długowłosego. Ten go jednak nie dał, wskazał tylko na draba ze szramą by przyniósł im Rozchodniaka. Był to tradycyjny owczy napitek zrobiony ze sfermentowanego mleka ze spirytusem. Nazwa wskazywała sama na siebie, napój pomagał rozejść się strawionemu obiadowi znacznie szybciej.
- No to może przedstawisz mnie znajomym Vasyl, czy jak tam lubisz siebie nazywać. – przerwał napięcie, podając całej czwórce biały napój. – Na zdrowie, kamraci, - Powiedział zimno. Małe drewniane kubeczki poszły w górę, a wszyscy prócz Lajonewa i mężczyzny o długich włosach popili napitek.
- To Abert Nandrus – powiedział spokojnie odstawiając pojemnik Lew. -, najniebezpieczniejsza osoba w Golfie, a jeździ BMW ( Bardzo małym wózkiem), wie wszystko, choć nie chcecie wiedzieć jak te informacje zdobywa.
- No wiesz co – żachnął się Abert - mogłeś mnie milej przedstawić. Nie przeczę jednak, wiem wszystko o tym miejscu. – uśmiechnął się, przy czym jego niski głos nie pasował do tego uśmiechu całkowicie. Oczy zdawały się być łagodne, ale Anomander nie dawał się oszukać, to co widzieli wcześniej nie mogło być pomyłką.
- Potrzebujemy dostać się do Kręgu. – spoważniał całkowicie Vasyl, a pytanie, które zadał widocznie nie pasowało rozmówcy.
- Już dla nich nie pracuję! – odpowiedział natychmiast - Wiesz jak się to skończyło ostatnio! Połowa z naszych teraz beczy razem z zarażonymi! – Słowa, które wypowiadał Nandrus były dla reszty niezrozumiałe jednak wyczuli, że ma to coś wspólnego z epidemią.
- Chcemy powstrzymać tę zarazę! – wyszła naprzód Erika. – wiem, że musi być jakiś sposób, a ja mam pewien pomysł, bez szamana, czy nekromanty, który wejrzy w sferę duchową nie uda nam się tego osiągnąć. Chcesz mieć na sumieniu tu obecnych?! – dobitnie spojrzała mu w oczy, czym sama wyglądała jak mała diabliczka.
- Chyba chciałaś powiedzieć sprać dupska tej hołocie bym mógł wynieść mój ród na szczyt! – przerwał jej Lake. – Jam jest Anomander Lake, przyszły władca Imperium Mistral! Mam nadzieję, że wiesz o czym mówię, Panie Nandrus. Pańska pomoc nie zostanie niedoceniona, wróć! Niedopłacona – uśmiechnął się w swoim stylu, po czym zabrzęczał złotem, które miał przy pasku.
- Tu nie chodzi o pieniądze – odwrócił się mężczyzna - ale zainteresowaliście mnie, usiądźmy, a o kręgu pogadamy za chwilkę, wasze zdrowie. – Druga kolejka weszła wszystkim dużo lepiej, jednak nadal bez popitki radzili sobie Ci sami co wcześniej. Przed obradami wszyscy udali się do toalety, Rozchodniak zaczął działać.
--
Rzeka owiec zombie w kolorze mleka płynęła dnem kanionu, wszystkie w szeregu, zwarte i zdyscyplinowane. Nad ich głowami majestatycznie unosił się i ryczał dawny uczeń mistrza Fung Ku, Ryu Lin. Nagle bestia zaczęła pikować i usiadła na małej polance parę kilometrów od Golfa Wysokiego. Przemiana w jednogłowego smoka byłaby wielkim widowiskiem, jednak na polance panowała cisza i spokój. Jedynie szum liści samotnego drzewa zagłuszał spokój. Naprzeciwko niego znikąd pojawiła się czarna postać w kapturze, z laską zakończoną czaszką z dwoma czerwonymi rubinami. Nieznajomy machnął nią a Ryu Lin otrząsnął się jakby ze snu i upadł na ziemię. Jego umysł został oczyszczony z szału, a usta znów mogły mówić.
- Wstań Ryu Linie! – odezwał się metaliczny głos spod kaptura – Jesteś teraz świadomy swojego istnienia, moje słowo jest dla Ciebie rozkazem!
- Tak jest Panie – skłonił się przed nim, czuł w sobie pustkę, jakby czegoś mu brakowało. – Jakie jest Twoje słowo?
- Zombie owce będą Cię słuchać, idź przed siebie, niszcz wszystko i zarażaj jak najwięcej kolejnych, to Twoja misja, ja zajmę się resztą. Owczarnia zostanie przejęta, później przyjdzie pora na kolejne kraje. – Tajemniczy mężczyzna zdjął kaptur, a światu ukazała się potwornie poparzona, spleśniała twarz, resztki wełny wystawały znad ledwo widocznego prawego ucha. W jedynym oczodole który pozostał paliło się czerwone światło, tak jak u owiec. Ryu Lin zadrżał, mimo iż nie czuł strachu reakcja organizmu wskazywała na pozostałości smoczeczeństwa*. Ukłoniwszy się swojemu Panu odleciał porykując głośnym „beeee”.
Tajemniczy nekromanta powoli położył dłoń na drzewie. Skóra na jego prawej ręce była pomarszczona, a na kciuku widniała naga kość. Wyszeptał coś pod nosem, po czym z jego lewej dłoni wytrysnął zielony dym, który powoli otoczył drzewo. Widocznie zaczęło ono się kurczyć. Korona zmieniła się we włosy, a gałęzie w cztery ręce. Na środku pojawiły się dwa oczodoły, które wypełniło niebieskie światło. Ze zdeformowanej dziury przypominającej usta wyciekał śluz. – Teraz idź mój sługo, niedaleko stąd jest Golf Wysokii, masz zrównać to miasto z ziemią! – dziwaczny stwór, pół-drzewo pół-człowiek ruszył pędem ryjąc ziemię za sobą, a jego siła trzaskała kamienie, które rozwalał jednym ciosem.
- Niedługo cała Owczarnia, – zamyślił się – nie, cały kontynent będzie mój! Ci co wątpili, wszyscy z Kręgu zostaniecie częścią moich bezmyślnych owczych niewolników! BEEEEEEEEEEEEEE! – Zaryczał przeraźliwie i rozpłynął się tak, jak pojawił.
--
- Czy to na pewno dobra droga? – Zapytał niespokojnie Zong – robi się coraz ciemniej, jedyne światło to tylko to z tej migającej pochodni.
- Nie marudź, jest z Tobą Anomander Lake! No i też ten Vasyl, w końcu to najemnik. Musi umieć o siebie zadbać. – Lew spojrzał na nich z boku, uśmiechnął się i odwrócił.
- Tak, dobrze idziemy, Abert nie podaje złych informacji, w końcu z nich żyje. Jakby zwątpiono w jego umiejętności to nie zarobił by ani grosza. Jego lichwa jak i hazard słabo przędą. Za to w infiltracji jest mistrzem, dlatego się tak cholernie boję tego skurwysyna. Co może was zdziwić jego początki to występowanie w kabaretach i śpiewanie piosenek tego typu. Jednak nigdy nie był to dochodowy biznes.
- Hobbitka popatrzyła na niego przenikliwie i spytała – wydawać by się mogło, że znacie się bardzo dobrze, a jednak więcej było niechęci niż sympatii w waszych głosach.
- To długa historia, a także niechętnie wracam do tamtych czasów. W skrócie, Krąg jest to tajne stowarzyszenie, w którym praktykuje się czarną magię, nekromancję, alchemię i wiele innych groźnych dziedzin nauki i magii. My z Nandrusem, zwanym także informatorem, byliśmy ochroniarzami. Nie wiedzieliśmy czym się zajmują przez pierwsze parę lat. Gdy przystaliśmy do nich na dobre poznaliśmy ich świat. Z posady zwykłych ochroniarzy zgromadzeń zaczęliśmy zajmować się porwaniami, zabójstwami, ogółem brudną robotą. Nie jestem z tego dumny, jednakże co taki młody lew jak ja, który od zawsze nie śmierdział groszem mógł sobie pomyśleć gdy dostał pierwszą wypłatę. Przepiłem, poruchałem i nie czułem nawet wstydu skąd te pieniądze są. Zapach śmierci towarzyszył mi od zawsze. – Smutno westchnął, po czym wrócił do siebie i jak gdyby nigdy nic oznajmił im, że są na miejscu. – To tutaj. Za tym przejściem znajduje się krypta, albo bardziej coś na kształt katakumb. Trzymajmy się razem bo już stąd nie wyjdziecie. Pamiętajcie też, że żaden z nich nie odda wam się, ani nie pomoże dobrowolnie. Spodziewałbym się prędzej ataku ze strony ochroniarzy, czy też innych stworów – tu przerwała mu w pół zdania Erika.
- Nie bój się Vasyl! Ja też jestem alchemiczką jak niektórzy z nich! Co nieco mam w zanadrzu, a tych dwóch też umie o siebie zadbać.
- Dobrze to słyszeć, wchodzimy!
--
Kamienne drzwi otworzyły się bez oporu, po nogach przeszedł dreszcz chłodnego powietrza, z katakumb biło zimno i ciemność. Mimo panującego mroku Vasyliew wiedział gdzie iść i pewnie prowadził pozostałą czwórkę.
- Coś cicho tutaj, na pewno mają dzisiaj to zebranie? Spodziewałem się niezłej kabały, w końcu Zong musi opisać moje wyczyny! – Anomander w sekundzie zatrzymał się i niczym dąb jak wryty wpatrywał w otchłań. – Zong, gdzie Twoja świeczka! Przecież tak kurwa nic nie zapiszesz PO CIEMKU!
- Zupełnie zapomniałem Panie Lake! – przerażony Zong cofnął się odruchowo – ale ja to wszystko zapamiętam! Proszę tylko… - nagle głos szczura urwał się w połowie a zamienił w pisk, jego nogi straciły przyczepność, a ciało zaczęło wpadać w przestrzeń.
- Uruchomił zapadnię, łap go Anomander! – Krzyknął Vasyl – jak tam spadnie to się z nim pożegnamy! – refleks Elfa był niesamowity, nim lew dokończył zdanie już trzymał towarzysza i wyciągał z powrotem na górę.
- Było blisko – zadyszana powiedziała Nierdzewka – mogłeś nas uprzedzić o takich przygodach Vas – zdrobniła jego imię myśląc, że tak będzie milej.
- Ciemność to jak widać nie jedyny nasz nieprzyjaciel, idziemy dalej! Nie traćmy tu więcej czasu, ten pisk nie mógł przejść bez echa.
Na nieszczęście naszej grupy Lajonew nie mylił się, a hałas dotarł do wyższych części kondygnacji. Uszy czarnoksiężników zostały poinformowane, wiedzieli, że ktoś jest w środku, czekała ich jeszcze niejedna niespodzianka.
* Smoczeczeństwo – inaczej człowieczeństwo odmienione i stosowane do innych ras niż ludzie.

[Obrazek: 2mhyet3.gif]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2019 01:22 przez fuszioms. Powód: Poprawiona ortografia)
27.06.2019 20:35
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Kyouchika Offline
Pomywacz
Pirat

*
Liczba postów: 1,060
Dołączył: 05.06.2009
Skąd: Trójmiasto :P
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #7
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Nie musieli długo czekać na reakcję gospodarzy. Niemal natychmiast z głębi korytarza zaczął dochodzić do nich przeraźliwy, skrzekliwy śmiech, zbliżający się do nich z zawrotną prędkością.
- C-co to jest? – wymamrotał łamiącym się głosem Parszywek, ściskając mocniej swoją kuszę. Vasyl chwilę przysłuchiwał się tym dźwiękom, po czym ze spokojem oznajmił:
- Wygląda na to, że chochliki – odwrócił się do towarzyszy, nie kryjąc ulgi – Zwykły komitet powitalny, raczej niegroźny.
- R-raczej? – zapytał zaniepokojony niedopowiedzeniem Zong, na wszelki wypadek sięgając po bełt.
- Takie tam małe gówienka – pogardliwie dodał Anomander – Chwały mi nie przyniosą, co najwyżej w dupę dźgną…
Jedynie Nierdzewka nie pokusiła się o żaden komentarz. Ze względu na swoją profesję miała okazję zetknąć się kilka razy z tego typu stworzeniami. Owszem, nie należały one do szczególnie niebezpiecznych, aczkolwiek miały pewną, irytującą cechę. Były upierdliwe, bardzo upierdliwe. Ponadto posiadały dość specyficzne usposobienie, które w zestawieniu z charakterem części jej współtowarzyszy mogło stworzyć mieszankę wybuchową.
- Obym się myliła… - pomyślała tylko, zerkając ukradkiem na największego buca w grupie.
- To co, ruszamy? – rzucił antropomorficzny lew, kierując się w głąb korytarza.
- No ba! – natychmiast odpowiedział Lake, szczerząc się na myśl o tym, że niedługo na dobre rozpocznie się ich przygoda – Oby twoja pamięć była tak niezawodna, jak myślisz, bo jak nie… - zwrócił się do kroczącego za nim Parszywka – To wiesz co kurwa, nie? – skończył, niejako grożąc swojemu skrybie. Nudził się, a nękanie towarzysza pozwalało mu się odrobinę rozerwać. Poza tym wyglądało na to, że niedługo będą trochę zajęci, więc wypadało przypomnieć mu jego miejsce.
- Ta… - odpowiedział jedynie zrezygnowany Zong. Niemiłosiernie wkurzało go to, jak traktuje go jego zleceniodawca i pewnie by mu to wygarnął, gdyby nie fakt, że elf jest dość wybuchowy i w przypływie gniewu mógłby zrobić mu długotrwałą krzywdę. Zastanawiał się teraz, jak doszło tego, że mimo doprowadzenia spotkanej wcześniej dwójki do Golfa Wysokiego i przekazania roli przewodnika komuś innemu dalej z nimi podróżuje. Co więcej – trafił, jak się okazuje ze swojej stosunkowo bezpiecznej pipidówy w centrum tego całego gówna i teraz łazi po katakumbach jakiejś szemranej organizacji w towarzystwie szukającego sławy elfa, najemnika z co najmniej podejrzaną przeszłością i alchemiczki.
- Zong? Zong!? – nagle z rozmyślań wyrwał go kobiecy głos – Słuchasz ty mnie w ogóle?
- T-tak? O co chodzi? – wymamrotał zdezorientowany. Udało im się przejść kilkaset metrów. Śmiech, który wcześniej słyszeli wypełniał już praktycznie całą przestrzeń, a echo odbijające się od ścian tylko potęgowało to wrażenie.
- Hihihihihihihihihihih! Pindolki! Pindolki! – rozległ się niemal chóralny głos. Wokół grupy prowadzonej przez Vasyla przemykały teraz niewielkie, niespełna metrowe kształty, delikatnie szarpiące od czasu do czasu któregoś z bohaterów. Grupa zbliżyła się do siebie, formując krąg i odganiając od siebie agresorów.
- Kurwa, dużo ich… - podjął Anomander – Jeszcze ciemno, jak w dupie… jak ja mam je kurwa zajebać?
- Tylko byś siły używał – odparła podirytowana hobbitka – Te stworzonka szybko się nudzą, więc wytrzymasz jeszcze trochę i same odlecą…
- Pojebało cię, czy co!? – wrzasnął oburzony – Próbujesz mi powiedzieć, że mam nic nie robić!?
- Niech się Pan uspokoi, Panie Lake – spokojnym tonem odezwał się najemnik – Przecież wspominałem, że to jest tylko komitet powitalny… - niechlujnie ciął mieczem w powietrzu – Jak Pan wcześniej powiedział, one mogą Pana co najwyżej w tyłek dźgnąć… - i wtedy stało się. Jeden z chochlików, korzystając z różnicy wzrostu między swoimi ofiarami wbił się w środek i dźgnął elfa w cztery litery, po czym przefrunął między jego nogami, oddalając się na bezpieczną w jego ocenie odległość.
- Hihihihihihih! Cienias! Cienias! – skomentował pogardliwie do czego z aprobatą przyłączyły się pozostałe stwory. Wówczas na całym korytarzu nagle zapaliły się pochodnie. Ich oczom ukazały się pomarańczowe istoty z poszarpanymi skrzydełkami. Każda z nich posiadała parę rogów i dzierżyła w swym ręku niezbyt dobrze naostrzone widełki. Szczerzyły się niemiłosiernie, pokazując swoje nieliczne, choć dobrze naostrzone ząbki i ciągle powtarzały „Cienias! Cienias!”. Elfowi chwilę zajęło, nim przywykł do światła, jednakże gdy już to zrobił wyszedł z kręgu i oblizując swoje pazurki powiedział na głos:
- No to się doigrałyście… - te wyszczerzyły się tylko mocniej i wszystkie naraz, a było ich ze 40 ruszyły w stronę poszukiwacza przygód. Światło znowu zgasło. Lake ciął na oślep, jednakże jego uderzenie nie napotkało żadnego oporu. Co więcej sam również niczego nie czuł. Zastanawiał się, co jest grane, jednakże wtedy zza jego pleców dobiegł dźwięk tłuczonego szkła i głośny krzyk.
- Pooooooomooooooooooocyyyyyyy! – bez chwili namysłu odwrócił się i ruszył przed siebie, prąc w kierunku, jak mu się wydawało oddalającego się coraz bardziej głosu, z czasem zagłuszanego częściej przez chichot wrednych chochlików.


Vasyl stał spokojnie w miejscu, nasłuchując dźwięku oddalających się kroków. Kiedy nabrał pewności, że te oddaliły się na tyle, by móc spokojnie uwolnić ze swego uścisku wyraźnie niezadowoloną z tego faktu Nierdzewkę uczynił tak.
- Ty pierdolony kutasie! – zaczęła swój wywód hobbitka – Co to ma znaczyć!? Nie mów mi, że jesteś jednym z tych, którzy stoją za tą całą zarazą! – wyjęła z torby dwie wody królewskie i rzuciła nimi bez namysłu w stronę antropomorfa – Czemu!? Czemu pozwoliłeś na to, by zabrali Parszywka!?
Lew bez problemu uniknął obu buteleczek, licząc na to, że uspokoi to Erikę, jednakże przeliczył się.
- No co, nic nie powiesz!? Już ja zaraz to z ciebie wyciągnę! – zaczęła grzebać w torbie, szukając specyfiku, który pomoże jej boleśnie, bądź bezboleśnie wyciągnąć wszystkie potrzebne informacje. Najemnik westchnął ciężko i oddalając się na wszelki wypadek parę kroków dalej zapytał:
- Pani Eriko, jaki jest Pani główny cel w tej podróży?
- Zbadanie fenomenu, jakim są Merynosi! – w jej oku pojawiła się iskra, która niemal natychmiast zgasła, ustępując drogi zdrowemu rozsądkowi – Znaczy chciałam powiedzieć powstrzymanie tej niebezpiecznej zarazy…. – dodała nieśmiało, zawstydzona faktem, że pozwoliła przejąć swoim żądzom chwilowe panowanie nad sobą. Najemnik uśmiechnął się jedynie, widząc słabość swojej towarzyszki.
- W każdym razie… - podjął rozpoczętą wcześniej przemowę – Tutaj możesz znaleźć odpowiedź na oba pytania.
- Tutaj!? Chcesz mi powiedzieć, że… - przerwała na chwilkę, zbierając myśli. Jakby nie patrzeć znajdowała się teraz w domniemanej siedzibie Kręgu, organizacji zrzeszającej w swych szeregach czarnoksiężników, nekromantów, alchemików i wszystkich tych, zajmujących się zakazanymi sztukami. Tak, teraz wszystko nabierało sensu i łączyło się w spójną całość.
- Chcesz mi powiedzieć, że tutaj się wszystko zaczęło!? – odpowiedziała jej głucha cisza. Vasyl uśmiechnął się smutno, jego twarz pobladła. Zdjął z ucha kolczyk i przyglądał mu się dłuższą chwilę, milcząc. Nierdzewka nie potrzebowała niczego więcej, by potwierdzić swoje przypuszczenia.
- Nie wiem, ile osób jest w to zamieszanych, jednak jak już kogoś spotkasz musisz być ostrożna. – oznajmił sucho.
- Czekaj, czekaj… - wstrzymała swojego towarzysza hobbitka widząc, że przygotowuje się do wykonania jakiejś podejrzanej czynności – Co z Anomanderem i Parszywkiem!? Dlaczego pozwoliłeś im podążyć za tymi chochlikami!? A co najważniejsze… - wstrzymała głos, wzięła ogromny wdech i zbulwersowana wyrzuciła z siebie – Skąd ty kurwa wiesz takie rzeczy!? Po cholerę te spotkanie z Abertem było, skoro zdaje się, że jesteś z tym wszystkim dobrze obeznany!?
- Już ci damulko tłumaczę – lew oderwał wzrok od kolczyka, odwracając się w jej stronę – Tutaj panują pewne zasady… jak już wcześniej wspominałem w Kręgu nie ma nic za darmo, jednakże… - przełknął ślinę, przypominając sobie wydarzenia z przeszłości – … istnieje pewien towar, który jest tutaj zdecydowanie bardziej ceniony, niż pieniądze…
- Masz na myśli obiekty badawcze? – odparła bez owijania w bawełnę. Jako osoba zajmująca się badaniami doskonale rozumiała ich znaczenie i wiedziała, jak wiele są w stanie poświęcić niektóre osoby, by móc zyskać obiekt, nadający się do ich eksperymentów.
- Dokładnie – potwierdził lew – Każdy, kto się tutaj zjawi ma tylko dwie opcje.
- Cóż to za opcje? – zapytała ironicznie, co nie uszło uwadze jej rozmówcy.
- Przepaść bez słuchu, kończąc jako przedmiot rozważań jakiegoś szaleńca, albo – wskazał ręką pustą przestrzeń przed nimi – Dostarczyć Kręgowi jakiś towar, zyskując tym samym ich aprobatę.
Nierdzewka zagryzła wargi. Była teraz w patowej sytuacji. Nie spodziewała się, że przyjdzie jej zmierzyć się z takimi rozterkami. Z jednej strony być może była o krok od przybliżenia, jeśli nie rozwiązania całej zagadki, z drugiej strony nie spodziewała się, że zostanie postawiona w tak niezręcznej sytuacji. W prawdzie nie znała zbyt dobrze pozostałych uczestników wyprawy, jednakże mimo tego czuła się z nimi w pewnym stopniu związana. Wahała się, jej serce kołatało jak szalone, a w głowie przewijało się tysiąc myśli. Vasyl, widząc targające nią wątpliwości rzucił tylko bez jakiejś szczególnej troski:
- Przecież powiedziałaś, że ci dwaj potrafią o siebie zadbać…
- Powiedziałam… - odrzekła słabym, niemal niesłyszalnym głosem kobieta. Dopiero teraz zaczęła się zastanawiać, czy rzeczywiście tak jest. O ile Anomander nie przejawiał nawet najmniejszych oznak słabości, no może pomijając przesadną pewność siebie i zbytnią impulsywność, to Zong kompletnie nie pasował do ich ekipy. Właśnie o niego się najbardziej martwiła.
- Więc o co chodzi? – zapytał zaczepnie Vasyl, wybudzając hobbitkę z letargu – Chyba jakoś sobie poradzą, będąc we dwójkę, nie? – słowa te zawisły w powietrzu w oczekiwaniu na odpowiedź. Ta nie nadeszła, wobec czego lew ciągnął dalej – Zatem skorzystajmy z tej jakże szczęśliwej sposobności i spotkajmy się z ludźmi, których szukacie.
- Nie ma mowy! – warknęła wyraźnie niezadowolona Erika, po czym z pełną stanowczością dodała – Najpierw musimy znaleźć pozostałą dwójkę! Dopiero wtedy będziemy mogli ruszyć dalej!
- Nie moja droga, nie musimy – antropomorf zaczynał się powoli niecierpliwić przedłużającą się konwersacją, co zasygnalizował zmianą tonu swojego głosu. Był on teraz zdecydowanie bardziej donośny, zabarwiony odrobinę gniewu i irytacji – Mnie przynajmniej część z nich zna, ty jesteś alchemiczką, ale jak ja mam im kurwa wyjaśnić nadętego elfa i strachliwego szczura!?
Nierdzewka oniemiała. Nie spodziewała się tak gwałtownej reakcji od tego osobnika. Stała w bezruchu, wpatrując się jedynie głupio w stojącą nieopodal sylwetkę, która najwyraźniej starała się uspokoić.
- No co się tak gapisz? – zagaił, powracając do swojego poprzedniego tonu – Chce wyjść z tego cało, więc się nie dziw, że gdzieś mam tamtą dwójkę – wzruszył ramionami – Jak to się mawia baby z wozu koniom lżej, a ich zniknięcie znacznie ułatwia sprawę… - ponownie zerknął na kolczyk, po czym uniósł go i cisnął nim z całej siły o podłogę. Ten po zetknięciu z twardą powierzchnią zamienił się w pył, pokrywając nieznaczną część posadzki. Porozsypywane drobinki nagle zaczęły się przemieszczać i po chwili utworzyły niewielki, mający koło metra średnicy krąg. Poruszał się on teraz zgodnie ze wskazówkami zegara, nabierając znacznie na prędkości i ciągle przyśpieszając. W końcu zapalił się, a moment później buchnął ogromnym płomieniem, próbując przyjąć bliżej nieokreślony kształt. Kiedy ten ukazał się Vasylowi i Nierdzewce z niezadowoleniem, jakoby wyrwany ze snu rzucił tylko:
- Czego?
- Gówna psiego. – odpowiedział lew.
- Ty, Sratan… - istota, na którą patrzyli wydawała się delikatnie poruszyć w bliżej nieokreślonym kierunku – Ofiary są? – wyraźnie na coś czekała, w końcu oznajmiając – Dobra, właźcie. – w tym momencie Płomień zniknął i na podłodze pojawiła się pulsująca, czerwono-czarna materia. Erika patrzyła na nią z niedowierzaniem, zastanawiając się, co tutaj się tak właściwie stało.
- Panie Vasyl… - zaczęła mocno zmieszana, pogłębiając swoje podejrzenia – Rozumiem, że problemem było odprawienie tej magicznej szopki nieco wcześniej… - ten zbył ją milczeniem. Mimo wszystko Nierdzewka nie ukrywała, iż zjawisko to mocno ją zainteresowało i powoli ciekawość brała górę nad troską o jej niedawnych współtowarzyszy.
- Ma Pani 30 sekund – obwieścił krótko lew, po czym już z uśmiechem na twarzy dodał – Więc albo Pani wchodzi, albo Pani nie wchodzi… - wszedł pewnym krokiem na powstały obiekt i zniknął.
Alchemiczka przyglądała się jeszcze chwilę tej scenie, która była najwyraźniej przyczyną zachodzących właśnie zmian. Znikąd zaczęły nagle wyrastać ściany, inne z kolei znikały. Momentami korytarz zwężał się i poszerzał. Sufit się obniżał, bądź wystrzeliwał nagle w górę. Podłogę pokrywały kolejno, kostka, marmur, piach, kamień. Część korytarzy waliła się. Iluzja, czy rzeczywistość? Jedno było pewne – katakumby, w których się znajdowała przechodziły szereg gwałtownych zmian i najwyraźniej się przekształcały. Ostatni raz spojrzała w stronę miejsca, w którym niegdyś znajdował się korytarz, w czeluściach którego zniknęła dwójka ich współtowarzyszy. Nie wiedziała, co może ich tam czekać i czy jeszcze kiedykolwiek się spotkają. Przypomniała sobie na wszelki wypadek tę pogardę, z jaką kilkukrotnie traktował ją elf oraz Parszywka, którego i tak planowała wykorzystać jako wabik za głoszone przez niego poglądy na temat kobiet. Tak, na sercu od razu zrobiło się lżej i jej poczucie winy znacznie, choć niecałkowicie zmalało. Pacnęła się w twarz dla ogarnięcia, po czym również stanęła w kręgu.
- Powodzenia Panowie… - wymamrotała pod nosem, po czym niczym mantrę powtarzała słowa wypowiedziane wcześniej przez lwa– Bądź ostrożna… - jeszcze raz spojrzała na otaczający ją chaos, dodając sobie w duchu – I nikomu nie ufaj… w szczególności Vasylowi.


Chochliki rozpierzchły się desperacko we wszystkie strony, upuszczając na ziemię Parszywka. Wokół panował straszny harmider. Obolały Zong z niedowierzaniem przyglądał się otaczającej go kakofonii dźwięków i kształtów, próbując zrozumieć, co tak właściwie się dzieje. Niestety, nie rozumiał. W końcu, czując powiew kolejnego, mijającego go o centymetry obiektu stwierdził, że nie ma sensu dalej nad tym rozmyślać i trzeba zadbać o swój tyłek. Niestety, nauczony wcześniejszym doświadczeniem miał obawy i bał się postawienia nawet jednego kroku. Ponownie pogrążył się w myślach, powoli godząc się z tym, że być może to jego koniec. Zamknął oczy i przypominał sobie po kolei scenki ze swojego życia. Dzieciństwo. Szczuronię. Pomysł na biznes, przez który trafił do Owczarni. Zarazę. Przy tej zatrzymał się na chwilkę, uświadamiając sobie jedną rzecz:
- Cholera, przecież mogłem wrócić do Szczuroni jak się zaczęła, zamiast w tej dziurze siedzieć… - pokręcił głową załamany, ubolewając nad tym, ile mógł sobie w ten sposób stresu zaoszczędzić, po czym przewijał dalej. Alchemiczka, elf, najemnik i… chochliki. Te pierdolone, małe gówienka, jak to Lake mawiał (swoją drogą niewiele niższe od niego), które korzystając z chwili jego roztargnienia przytargały go… właśnie, gdzie? Rozejrzał się naokoło, licząc na to, że uda mu się znaleźć przydatną wskazówkę. Bez powodzenia, jednakże wspomnienie elfa rozpaliło w nim coś. Nagle odnalazł w sobie nowe pokłady energii i motywacji, wyrzucając na głos:
- Ale tego chuja, to ja obsmarujeeeeeeee! – cała zebrana w nim złość znalazła ujście. Słowa te niosły się niczym wiatr, przekazując tę wieść w najciemniejsze zakamarki katakumb. Zniknął strach, zniknęła obawa. Nie było już żadnych wątpliwości. Chciał po prostu przeżyć. Otoczenie również się uspokoiło, niejako reagując na rzucone wyzwanie. Obok zajaśniała pochodnia. Parszywek spojrzał na nią i bez zastanowienia po nią chwycił. Wówczas usłyszał podejrzany dźwięk. Przeszedł się po bliżej nieznanej przestrzeni, w której się obecnie znajdował i poświecił w kilku miejscach. Dostrzegł głównie gruz, będący pozostałością po zachodzących chwilę wcześniej zmianach, jednakże dwa z tych miejsc wyróżniały się na tle pozostałych. Po bliższych oględzinach Zong doszedł do wniosku, że są to sarkofagi, bardzo popularne w tego typu miejscach, aczkolwiek bardziej zmartwił go fakt, że w jednym z nich płyta zaczęła się samoistnie poruszać. Cofnął się kilka kroków, licząc na to, że gdzieś blisko znajduje się jego kusza, bądź coś, czego będzie mógł użyć do obrony. Tymczasem zza jego pleców zaczął dobiegać drugi, równie niepokojący głos:
- Że niby kogo kurwaaaaaaaa!? – należący do wyraźnie niezadowolonego Anomandera.


- Ohohohoh! – przerwał niewysoki mężczyzna, ubrany w długą, sięgającą kostek, turkusową tunikę ze złotymi zdobieniami – Wygląda na to, że mamy gości… - spojrzał wymownie na zebrane w sali persony. Żadna z nich nie odezwała się słowem, jednak na twarzy większości z nich zagościł szyderczy uśmieszek. Widząc, że wszyscy zrozumieli, o co mu chodzi dokończył – To co… zanim przejdziemy do sedna dzisiejszego spotkania może mały zakładzik… - przerwał, rozglądając się po wszystkich zainteresowanych – Jak myślicie… czyj zwierzaczek dopadnie naszych dzisiejszych zwiedzających?


Nierdzewka, ku swojemu zaskoczeniu znalazła się w przestronnym, dobrze naświetlonym pomieszczeniu. Otaczały ją fikuśne meble, przystrojone bogatymi, złotymi dodatkami. Ściany były obwieszone obrazami, przedstawiającymi nieznaną jej wcześniej istotę, której cechą charakterystyczną była pełna blasku poświata, zastępująca twarz. Jednakże tym, co najbardziej przykuwało uwagę była skromna, wykonana z najzwyklejszej sosny brama. Dwa słupy, dwie poprzeczki, zbite ze sobą bez szczególnej staranności. Cała ta konstrukcja w centralnym punkcie komnaty. Nijak pasowała do reszty wyposażenia. Hobbitka przyglądała się jej jeszcze chwile, kiedy nagle znikąd odezwał się głos:
- A ty coś za jedna? – alchemiczka rozejrzała się po pomieszczeniu, szukając miejsca, z którego dochodził. Szukała i szukała, aczkolwiek nie mogła znaleźć.
- Tutaj, tutaj… - coś szarpało delikatnie jej torbę. Erina niemal natychmiast spojrzała w tę stronę i oburzona rzuciła:
- Zostaw, bo jebnie! – szarpanie ustało.
- To teraz mi powiesz coś za jedna? – odezwał się ponownie. Oczom niziołki ukazał się jeszcze niższy od niej gnom, odziany w śnieżnobiałą szatę. Na szyi miał zawieszony złoty naszyjnik ze starannie oszlifowanym diamentem, mieniącym się w kilku barwach.
- Nierdzewka – odpowiedziała po chwili namysłu, uznając tę opcję za najbezpieczniejszą.
- To ja będę Niegodziwek – przedstawił się spokojnie, aczkolwiek z nutką uszczypliwości – Zatem cóż sprowadza cię Nierdzewko w me skromne progi? – kobieta zignorowała pytanie i rozejrzała się, szukając Vasyla.
- Gdzie jest Vasyl? – przerwała na chwilkę i nie będąc do końca przekonana poprawiła się – Znaczy ten antropomorficzny lew, z którym tu przybyłam?
Gnom przyglądał się jej chwilkę z rozbawieniem. Nie wiedział, co ją spotkało, ale wygląda na to, że musiało to być kilka niespodzianek.
- A nie wiem… - zaczął sarkastycznie – Pewnie go starzy koledzy na chwilkę zaprosili… - uśmiechnął się złowieszczo, po czym dodał – Chyba mówił ci, że tutaj panują pewne zasady, prawda? – zaakcentował te słowa, przypominając dziewczynie, że znajduje się obecnie na terenie wroga. Moment później wszystkie wejścia do komnaty zostały zablokowane. Erikę, aż przeszedł dreszcz. Już trzymała rękę w swojej torbie, szykując się do walki, jednakże wtedy Niegodziwek, już z podobną obojętnością, jak na początku rzekł:
- No, ale masz szczęście… - hobbitka spojrzała pytająco na rozmówcę – No co? – zapytał retorycznie – Wisiałem mu przysługę, to się teraz odwdzięczam… - pogrzebał w kieszeni i wygrzebał jakiś naszyjniczek, rzucając go w stronę alchemiczki – Bierz i paszoł won!
W tej chwili jedne z drzwi otworzyły się i jakaś magiczna siła wypchnęła hobbitkę z komnaty. Ta zdezorientowana przyglądała się raz otrzymanemu podarunkowi, raz kamiennej ścianie, która najwyraźniej na dobre zastąpiła ulokowane tu wcześniej wejście. Zastanawiała się do czego on służy, jak może tego użyć? Co on znaczy? Chciała zadać te pytania, aczkolwiek wszystko wskazuje na to, że nie było jej dane.
- Cóż… - westchnęła ociężale – Pozostaje przekonać się w praktyce… - w każdym razie wszystko wskazywało na to, że znajdowała się obecnie w głównej siedzibie Kręgu. Była sama, po Anomanderze i Parszywku wcięło także Vasyla. Czy da sobie radę? Odpowiedzi na to pytanie teraz szukała.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.07.2019 22:36 przez Kyouchika. Powód: Poprawiona ortografia)
06.07.2019 00:53
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 5,977
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #8
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Sala, gdzie odbywały się spotkania Kręgu była bardzo ciemna. Mrok rozświetlały jedynie świece, które były umiejscowione wysoko nad oparciami krzeseł, na których zasiadali zacni członkowie Kręgu. Takie, a nie inne oświetlenie sprawiało, że nikt nie widział, gdzie kto ma ręce. Nie było to jednak przypadkowe. Wielu członków Kręgu, jeśli nie każdy z nich, cierpiał na specyficzny tik nerwowy, przez co notorycznie komuś gdzieś te ręce latały. Co więcej, nawet jak ktoś nie czuł potrzeby podrapania się czy pukania palcami o stół, to widząc innych, którzy oddają się bezrefleksyjnie swoim pokusom, automatycznie się ten tik załączał i u nich. Wpierw wymyślono, żeby przed wejściem, służący wiązali wszystkim ręce, ale nie spotkało się to z aprobatą większości. Zwłaszcza jedna wiedźma oburzona stwierdziła, że jest to łamanie praw czarodzieja. Niemniej, podczas pierwszego zgromadzenia tak to rozpraszało uwagę, że nic sensownego nie dało się uradzić. No, może poza tym, że właśnie nakazano tak ustawić oświetlenie, żeby tych rąk nie było widać. Podczas drugich, równie owocnych obrad, ustalono, że na stole będzie rozłożony obrus z owczej wełny, żeby wyciszać wszelkie te stukania i pukania, które również okazały się być na dłuższą metę uporczywe. To rozwiązanie przynosiło też dodatkową korzyść. Wybuchy, słynącej ze swojego ognistego temperamentu pani wiedźmy, stały się dzięki temu dużo bardziej znośne. Ekscentrycznie ubrany jegomość odziany w turkusową tunikę nie musiał długo czekać na reakcję zgromadzonych. Niemal natychmiast ozwał się basowym głosem rosły czarodziej runiczny siedzących po prawej stronie stołu.
- Zakład może poczekać. Najpierw obowiązki, a potem przyjemności - machnął rękami w przeciwne strony formując dłonie z tzw. „dzióbki”. Oczywiście nikt tego teraz nie zobaczył, ale jak to się mówi, co się zobaczyło, to się już nie odwidzi i po pierwszym posiedzeniu na stałe przypięto mu łatkę „Dzióbek”.
- No właśnie! – podniosła głos żywo wiedźma Mrugalska. - Jak łatwo można było się domyślić, cierpiała na tik nadmiernego mrugania. Mało tego, jej długie rzęsy sprawiały, że rzucała dość zalotne spojrzenia. Krótko mówiąc rozpraszały uwagę pozostałych. Niestety w jej wypadku niewiele można było z tym zrobić (bo założenie opaski na oczy nie wchodziło w grę, prawa czarodzieja, te sprawy). Dlatego też nad jej głową świeca była zawsze zgaszona (a przynajmniej od trzecich obrad). – Trzeba zrobić coś z tymi leniwcami! – grzmiała tak, że samą burzę z piorunami by zawstydziła. – Odkąd się pojawiły na granicy, ilość śmiałków, czyli ma się rozumieć królików doświadczalnych, raptownie spadła! I nie dziwota! Mnie też by się nie chciało użerać z tymi roślinożercami!
- To fakt – poparł ją głos z lewej. – Gdzie te antropomorficzne gepardy się podziały? – westchnął ciężko chudzina nekromanta, wspominając czasy, kiedy Owczarnia praktycznie nie znała takiego słowa jak „biurokracja” czy „kolejka”.
- To jeszcze nic! – wiedźma buchnęła pięścią w stół, a raczej w owczy puch, co siłą rzeczy nie zrobiło na nikim wrażenia. – Ostatnio chciałam załatwić sobie asystenta. Dałam nawet ogłoszenie do gazety. Podałam numer kontaktowy i wrzuciłam swoją fotkę. Telepatyczne łącza się dosłownie urywały! Ale co z tego, skoro jak tylko wspominałam, że chodzi o Owczarnię i trzeba będzie przesłać papiery, to zaraz następowała głucha cisza!
- Się głupia dziwi, przecież tu panuje zaraza – zaszydził niewysoki mężczyzna w turkusowej tunice.
- A gdzie tam! Ludzie są żądni przygód! Owczarnia im nie straszna. Ale te kłopoty na granicy? Jeden rozmówca tylko dopytał, czy chodzi o to miejsce, gdzie papiery załatwiają sławne już na cały kontynent leniwce. Odparłam, że niestety tak i szukaj wiatru w polu!
- Wszystko fajnie – wtrącił zniecierpliwiony już Dzióbek – ale mówiąc obowiązki, miałem na myśli raczej tę hecę z Ryu Linem i poczynania naszego dawnego „kolegi” – Beeeczułki, a nie jakieś po gówno warte leniwce!
- Trzeba przyznać, że obrósł w piórkaaa! – odezwał się sopranem niski alchemik z dość bujną, rudą brodą, kończąc zdanie, jak to zwykle miał w zwyczaju, wysokim C. Na tę przypadłość też nic się nie dało poradzić. Na szczęście, dla reszty zgromadzonych, raczej rzadko zabierał głos.
- Chyba raczej owczą wełnę – zauważył jakże błyskotliwie szczerbaty okultysta. Co każde wypowiada słowo pukał pacami w stół, stąd okrzyknięto go „Stukpukiem”. To głównie przez wzgląd na niego pojawił się pomysł puchowego nakrycia na mebel.
- Wracając może do meritum – uciął w zarodku tę bezsensowną pogawędkę szaman Voodu. Był to niebieskooki blondyn po czterdziestce. – Beeeczułka niewiele może zrobić. W swej wizji widziałem, że wiedzie na nas swego sługę. Jakiegoś drzewca. Chyba stworzył go na własny obraz i podobieństwo, bo pokraczny jak sam twórca. Coś takiego nie jest w stanie nam zaszkodzić – kontynuował pewnym, zdecydowanym tonem - nawet lin nie trzeba będzie przecinać, bo deski pod nim zwyczajnie nie wytrzymają i poczwara runie w dół – cały czas, gdy mówił, tarł ręka o rękę, jakby je mył.
- Czyścioch, a Ryu Lina widziałeś? – przerwał mu zaraz Dzióbek, widząc, że kolega najwyraźniej nie rozumie, w czym jest problem.
- Nie, jego wizja nie uwzględniła.
- To gówno warte są te Twoje wizjeee! – zaznaczył dość dobitnie, ze względu na swoją przypadłość, rudobrody alchemik.
- Tego bym nie powiedział, ale umknął koledze bardzo ważny szczegół – podrapał się pod pachą czarodziej w turkusowej tunice. – Ryu Lin lata, a więc jak najbardziej stanowi dla nas zagrożenie. Dotąd był bezrozumny, ale Beeeczułka zawładnął jego umysłem i teraz jest mu całkowicie posłuszny.
- A tam, gadanie – prychnęła lekceważąco wiedźma. Taki „czar” łatwo będzie zdjąć. Potrzebny będzie tylko odpowiedni wywar. Właściwie, do jego przyrządzenia, brakuje mi tylko szczurzego wąsa.
- O! – zatarł ręce okultysta i zaraz puknął palcem w stół, bo puknąć musiał. – To się świetnie składa, bo właśnie Vasyl sprowadził nam tu jednego szczura!
- No co ty nie powiesz!
- Ale co my poczniemy z tą całą armią? – zafrasował się Dzióbek. – Nam ona nie zagraża, ale rozpanoszy się to po okolicy i wszystkich nam pozaraża. Jednym słowem, równowaga w przyrodzie zostanie zaburzona.
- Jak to w ogóle się stało, że ten cały Ryu Lin zdołał poderwać całą armię? - głośno rozmyślał szaman Voodu. To nam strasznie bruździ w planach – zatarł ręce jeszcze bardziej nerwowo, niż to miał w swoim zwyczaju.
- A w wizji tego nie zobaczyłeś? Pytam serio. – dodała wiedźma, bo kogo jak kogo, ale ją o sarkazm nie trudno było posądzić.
- Widziałem. Wylądował na jakimś kamiennym tworze, zabeczał i już.
- To nie mógł być przypadkowy twór! – zauważył dumny z siebie okultysta.
To było dla Mrugalskiej o jedną tego typu uwagę za dużo. Już wcześniej ją to irytowało, ale teraz poziom irytacji przekroczył dopuszczalną SKALĘ. Nie wytrzymała.
- Stukpuk, jeszcze jedno takie genialne stwierdzenie, a za siebie nie ręczę! – Wrzasnęła na niego. Puściła mu też wrogie spojrzenie, ale tego nie mógł zobaczyć. Zwróciła głowę w stronę szamana. – Gdzie to było?
- W dolinie przyczajonej czapli i ukrytej mszy.
- Tam mroczne rytuały się odprawiały – ozwał się dotąd raczej milczący nekromanta. Zwłaszcza po kebabach z ostrym sosem.
- Dziękujemy za tę wartościową uwagę – syknął wrogo czarodziej w turkusowej tunice.
- Ale nie, poważnie – Nie dał się tak łatwo uciszyć. – Może to nie tam pierwszego ożywienia dokonano, ale za to to właśnie w tej dolinie, po raz pierwszy udało się nie-umarlaka jakiegoś ujarzmić. Że polecenia posłusznie wykonywał i wszystko podług woli pana swego robił. Na kamieniu tym jakieś dziwne pismo widniało.
- Może runy? – powziął temat Dzióbek. – To by wiele wyjaśniało. Runy, zwłaszcza te starożytne, mają ogromną moc, a o ile mi wiadomo, tamten kamulec leży tam nie od wczoraj.
- Dasz radę przełamać to zaklęcieee? – zapytał rzeczowo alchemik.
- Możliwe, w końcu nikt nie zna się tak dobrze na runach jak ja.
- To wspanialeee! – krzyknął uradowany, przerywając mu w pół słowa.
- ...ale nie na wiele się to zda – dokończył i pomachał przecząco głową, grzebiąc w sercach pozostałych resztki nadziei. – Mogę złamać zaklęcie, żeby kamulec stracił tę właściwość, ale nie odstanę tego, co się stało.
- Chyba chciałeś powiedzieć, co się stało, to się nie odstanie, ale nieważne – machnęła na to ręką Mrugalska. Wiedziała, że to oznacza jedno, że Dzióbek jest bezużyteczny. - A może Ty, Krzykalski, byś coś poradził? Jesteś alchemikiem. Może machnąłbyś jakiś specifik czy coś?
- Mogę spróbować, lecz niczego nie obiecujęęę!
- Dobrze – klasnął w dłonie uradowany czarodziej w turkusowej tunice i zaraz podrapał się po czterech literach. Cieszył się jak nigdy, że jest tak ciemno i nikt tego nie widział – Skoro już mamy jakiś plan, to...
- Chwileczkę! A co z tymi cholernymi leniwcami?! – wiedźma nie dawała za wygraną.
- Zrobię miksturę szybkości: Flaaash! Wleje się ją im do kawy, nawet nie zauważąąą!
- Co? – oburzyła się. – Leniwce mają być szybkie? Przecież to wbrew ich naturze. To jawne łamanie praw czaro...
- No właśnie! – przerwał jej w pół słowa Dzióbek. – One nie są czarodziejami. W ogóle nie parają się magią, więc ich te prawa nie obejmują.
- A, no chyba, że tak! – przytaknęła koledze.
- Doskonale! Przejdźmy zatem do przyjemności, czyli naszego małego zakładziku! – zatarł zniecierpliwiony ręce. Na jakiego zwierzaczka stawiacie?
- To chyba jasne, że na wampiperze! – rzuciła jako pierwsza wiedźma. – Na własnym strychu hodowałam! - dumnie oświadczyła wypinając przy tym pierś. Zaraz jednak wróciła do pozycji wyjściowej, bo i tak nikt tego nie zobaczył. Nie spuściła jednak z tonu. - Tym maszkarom nic nie jest straszne, a już na pewno nie ciemności!
Argument, jakby nie patrzeć był słuszny, toteż Krzykalski i Dzióbek przyznali jej rację. Czyścioch także, choć jak na szamana przystało, sercem był ze swoimi podopiecznymi, duchami przodków. Wiedział jednak, że jako byty nienamacalne, krzywdy to one nikomu nie zrobią. Wystraszyć – to tak – ale Anomander już zdążył udowodnić, że nie ma niczego na tym świecie, czego mógłby się lękać.
- A ja sądzę, że to kościotrupy moje będą – nekromanta lubił rywalizację i nie miał zamiaru ustępować pod tym względem pola. Zwłaszcza, że miał w zanadrzu jedną brudną sztuczkę.
Jego z kolei poparł okultysta. Nie, żeby jakoś przesadnie w nie wierzył. Tak na złość, Mrugalskiej.
- Ciekawe, ciekawe – podrapał się po swej brodzie inicjator zakładów. – Ja bym jednak stawiał na Płonące Bomby. Im zacieklej się je atakuje, tym one bardziej rosną, więc taki furiant jak ten elf spowoduje pewnie nie lada eksplozję!
- Zwariowałeś?! Chcesz nas wysadzić? Co ja ci mówiłam o tych Twoich bombkach, co?! Poza tym oni mają być ŻYWI!
- A no tak...
- Dyskwalifikacja, panie kolego, a te Płonące Bomby to pan odwołujesz, i to wężykiem – ponaglił go Dzióbek.
- Dobrze, dobrze...
- A ja sądzę, że nic tej dwójce nie da rady! – ozwał się nowy, dotąd nie słyszany w tej sali głos.
Był to nie kto inny jak Nierdzewka. Mimo, że nie wiedziała, co tu jest grane, a rozmowę słyszała dopiero od momentu jak padły słowa „wampiperze”, nie dawała po sobie nic poznać. Weszła pewnym krokiem i zbliżyła się do stołu. Po chwili jednak się potknęła i przewróciła.
- Rany! Czy tu musi być tak strasznie ciemno?!
- MUSI! – sala zabrzmiała jednym, zgodnym głosem.
- Dobra, dobra – po omacku znalazła dla siebie siedzenie i na nim usiadła. W tej samej chwili, nad jej głową zapaliła się magiczna świeca, a oczom wszystkich ukazała się twarz Nierdzewki.
- A, ty musisz być ta nowa, o której nam wspominano – połączył szybko fakty okultysta.
Mrugalska już nawet tego nie skomentowała. Zresztą teraz była zainteresowana czym innym.
- Jak miło, koleżanka! – uradowała się widokiem nowej członkini. Pomachałaby jej, ale zaraz zdała sobie sprawę, jakie byłoby to bezcelowe. – Ty, kochanieńka, zdaje się, jesteś alchemiczką. To dobrze, pomożesz Krzykalskiemu w robieniu mikstury.
Nierdzewka nie zdążyła nawet zaprotestować, a już padło z ust koleżanki następne pytanie.
- Zatem mówisz, że są tacy niepokonani?
- A, tak. Wiem, że dadzą sobie radę – Tak naprawdę nie była tego pewna. Tak na dobrą sprawę nawet ich nie znała, ale coś jej nakazywało w nich wierzyć. Może chciała, by tak było, żeby uspokoić sumienie, które z każdą chwilą coraz bardziej ją gryzło? A może było to coś innego. Nie potrafiła tego wytłumaczyć.
- To, co? Może jednak zostawię te Płonące Bombki? – zarzucił nieśmiało jeszcze raz tematem czarodziej w turkusowej tunice. Po chwili poczuł na sobie wrogie spojrzenia wszystkich członków Kręgu. – Dobrze, dobrze, nic nie mówiłem...


Zong zdążył już się pozbyć chochlików. Ot nie odpowiadał na ich zaczepki i te się znudziły. Poza tym komitet powitalny dostał jasne polecenie, że ma się ulotnić i zrobić miejsce prawdziwym gospodarzom. Niebezpieczeństwo zdawało się być zażegnane, ale długo tym spokojem szczur się nie nacieszył. Po krótkiej chwili do jego uszu zaczął docierać odgłos trzepoczących skrzydeł, ale inny niż wcześniej.
- C-c-co to znowu jest? - zapytał sam siebie, słysząc łomotanie swego serca – W-wydaje mi się, czy coś błysnęło w ciemnościach? T-t-t-t-to chyba z-z-z-ęby – serce zaczęło mu tak mocno kołatać, jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej i uciec byle jak najdalej stąd.
Dobrze mu się zdawało. Wampiperze nastroszyły skrzydła, rozwarły paszcze ukazując swoje błyszczące kły i rzuciły się do ataku.
- Aaa! Nie zbliżajcie się do mnie! - Zaczął jak opętany miotać w ich stronę kamieniami. Adrenalina dała o sobie znać. Organizm wyraźnie czuł się zagrożony. Zong w życiu by nie pomyślał, że może tak szybko wypuścić z ręki taką szybką serię. Wampiperze też nie. Spodziewały się, że ofiara będzie stawiała opór, ale nie, że zasypie ich gradem kamieni, a dosłownie tak to wyglądało. Szczur miotał nimi szybciej, niż strzelałby z kuszy, gdyby ją teraz miał. A piszczał przy tym przeraźliwie. Mordercze zwierzaki już same nawet nie wiedziały, co gorsze. Głupie jednak nie były i oflankowały swą ofiarę.
- Aaaa! – zawył, gdy kły jednego z oprawców zanurzyły się w jego wątłym ciele.
- Sieroto, wytrzymaj! Nadciąga odsiecz! – zawył Lake i sprzątnął pazurami wampiperza, który właśnie się posilał.
Ten złamał kła i zrozpaczony zniknął gdzieś w mrokach jaskini. Reszcie się atak na ich pobratymca bardzo nie spodobał. Jeden coś pisnął w nietoperzym i zaraz uformowano bojowy klucz w kształcie strzałki, która zaczęła pikować w stronę elfa. Ten jej nie widział, ale widział za to połyskujące kły, a to wystarczyło. Wyskoczył w stronę adwersarzy. Wampiperze nawet nie miały dość czasu, żeby przeprowadzić skoordynowany odwrót. To one miały być tu postrachem, drapieżnikiem. Tymczasem stało się na odwrót. Pazury cięły bezlitośnie. Wampiperze spanikowały. Szybko powzięły decyzję, że gra nie warta świeczki, najwyżej ich pani będzie na nich zła, ale życie ważniejsze i rozpierzchły się we wszystkie strony.
- E, myślałem, że będzie z nimi więcej rozrywki!
- Uratowany! Mój zbawco – rzucił się na elfa i już go miał nawet pocałować, kiedy zobaczył niezadowolony grymas elfa. Zaraz przeszła mu ochota na okazywanie uczuć.
Ale za wcześnie było na radość, bo oto naszym bohaterom ukazały się kościotrupy, na które, bardziej niż kiedykolwiek, liczył w tej chwili okultysta Stukpuk. Uzbrojone w miecze ruszyły na elfa, który dopiero co wyswobodził się ze szczurzego uścisku. Szabla jednego z nich starła się z pazurami Anomandera. Wtedy ten dostrzegł, że sączy się z niej jakaś dziwna, fioletowa maź.
- Ssa! To trucizna! – odskoczył szybko w obawie, że jego pazury mogą nie wytrzymać tej konfrontacji.
- T-to nie jedyny problem! Patrz! – Rzucił kamieniem w kościotrupa i urwało mu łeb.
Ten jednak zbytnio się tym nie przejął. Schylił się, po omacku wymacał grunt w poszukiwaniu głowy i założył ją sobie na kark.
- One są nieśmiertelne!
- No! Taka zabawa, to ja rozumiem!
Skoczył w górę i odbijając się od sufitu ciął prostopadle szkielet w nerki, a przynajmniej tam, gdzie one powinny się znajdować. To jednak nic nie dało. Kościotrup się pozbierał, podniósł szabelkę i z niemym okrzykiem, bo nie miał narządów mowy, rzucił się na elfa. Ten uskoczył na bok.
- A żeby ich! Co by tu z nimi zrobić... a, już chyba wiem! Zong, postrącaj im te łby!
Wyszczerzył zęby i znów wyskoczył w górę. Tym razem jednak od niczego się nie odbijał, za to zaczął orać pazurami sufit. Po kilkunastu razach, zwały gruzu runęły prosto na kościotrupy szukające w tym czasie na ziemi swoich głów.
- To powinno wystarczyć – otrzepał swoje dłonie dumny z siebie Anomander.
- Ładnie sobie poczynasz wnusiu.
Wtem Lake ujrzał coś, czego miał nadzieję nigdy więcej nie zobaczyć, a już na pewno nie usłyszeć – swego dziadka.

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.07.2019 11:19 przez Komimasa. Powód: Poprawiona ortografia)
13.07.2019 00:43
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Grigorij Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 3,437
Dołączył: 30.03.2009
Skąd: Super Bale Całą Noc
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #9
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Anomander przetarł parę razy oczy ze zdumienia. Stał przed nim nikt inny, jak jego własny dziad, Andropauzus Lake, rzekomo zmarły sześć wiosen temu na chroniczne zatwardzenie. Miał na sobie turban, chodaki z brzozy, legginsy i kurtkę z pomarańczowego ortalionu. Stał za straganem z arbuzami. Po ponownym zamknięciu i otwarciu oczu młody elf zdał sobie sprawę, że obaj stoją na środku ssykońskiego bazaru. Stary coś tam pichcił i zagaił wnouka:
- Może frytek, chłopcze?
Gdy padły te słowa, cały absurd tej sytuacji przestał mieć dla Andzia znaczenie. Każda jego myśl zaczęła oscylować wokół tego jednego słowa: frytki! Jego nozdrza dosięgnęła bajeczna woń smażonego ziemniaka. Ślinianki zaczęły pracować na pełnych obrotach. Zrobił maślane oczy i odparł ekstatycznie:
- Z rozkoszą...
- Z JAJKIEM sadzonym jak lubisz, raz! - odparł dziad, i po chwili przed młodym szlachcicem pojawiła się porcja przysmaku jego dzieciństwa, w którym zanurzył się bez pamięci.
- Mmm, uwielbiam! Mmm, ale to dobre! Wyszły ci jak nigdy, dziadziusiu!
Zong patrzył z niedowierzaniem na zaćpanego kompana, wydającego w majakach smakowite odgłosy. Po pokonaniu kościotrupów zaczął się dziwnie zachowywać. Szczur zauważył na jego nadgarstku skaleczenie. Musiał je dostać gdy blokował szponami szable szkieletorów, a dziwna substancja którą były pokryte miała działanie narkotyczne.
- P-panie! S-sefie! Ocknijże się, nadchodzą kolejne monstra! - Parszywek próbował docucić towarzysza, jednak ten już tonął w oceanach frytkowych rozkoszy i ani myślał wypływać na wierzch świadomości. Co gorsza, ciemnym korytarzem zaczęły nadbiegać wyżełłaki.
***
- I co, i co dalej?! - dopytywali się koledzy z kręgu kolegi wizjonera.
- Są otoczeni przez wyżełłaki. Anomander niezdolny do walki. Chyba wyjdzie na twoje, Rychu. - odparł do opasłego, antropomorficznego kocura, który obstawiał sukces psich likantropów. Kot Ryszard nie był żadnym magiem, ale po prostu kolegował się z paroma członkami kręgu i lubił ich odwiedzać.
- Wystawiłeś mi ich na tacy! - zaśmiał się Rysiek do nekromanty - Twoje pupile go wyeliminowały z użytku, ale to ja spiję całą śmietankę!
- Nie mów hop, koteczku. - odparł blady jegomość - To tylko pierwsza faza. Bo widzicie, postanowiłem połączyć zakład z pewnym eksperymentem. To, czego ofiarą padł nasz drogi elf to nowa, prototypowa generacja merynoskiej zarazy i właśnie będziemy świadkami jej działania.
- To już jest nowa wersja? - podekscytował się cały krąg - Wrzućcie tego wróża na duży ekran, ja też chcę zobaczyć!
Ktoś klepnął zdającego relację szamana w potylicę i z jego oczu poleciały dwa strumienie światła - czerwone i zielone, które po skierowaniu jego głowy na białą płachtę na ścianie dały lekko rozdwojony obraz. Reszta kręgu wyjęła swoje okulary 3D, niektórzy nawet prażoną kukurydzę, i zaczęli oglądać seans z przygód dzielnych intruzów.
***
- Panie, ta drzewna abominacja zawaliła most do miasta! - zdał mistrzowi relację Ryu-Lin - Spadł na dno kanionu.
- Doskonale. Więc ich jedyna droga ucieczki jest odcięta. Podaj mi konewkę.
Ryu-Lin podał blaszaną podlewaczkę z namalowanymi dookoła fikuśnymi muchomorkami. Nekromanta zaczął nią fikuśnie wymachiwać w skocznym kroku i zanucił mrożącą krew w żyłach pieśń:
- Gdzie żeś ty byyywaaał, czarny baraaanie, czarny baraaaanie...~~
- WE MŁYNIE WE MŁYNIE MÓJ MIŁY PAAANIEEE, WE MŁYNIE WE MŁYNIE MÓJ MIŁY PAAANIEEE!!!~~ - odpowiedziała mu armia merynosów sunąca dnem kanionu. Pieśń wprawiła monstra w trans. Owce zaczęły skakać wraz z ich panem w skoordynowanej choreografii, podając sobie konewki i podlewając enta, który wczepił się w ścianę klifu pod miastem. Dziwna substancja która była w konewkach wniknęła w korzenie drzewnej istoty, a ta zaczęła rosnąć.
***
Zong już nie miał dokąd uciekać. Dotychczas majaczący Anomander teraz całkowicie stracił przytomność, a szczur był za mały by nieść na plecach rosłego elfa. Dodatkowo wyżełłaki otoczyły ich ze wszystkich stron. Wlepiały w nich złowrogie ślepia groźnie powarkując. Zdesperowany, oddał na oślep kilka strzałów z kuszy, którą w międzyczasie znalazł przy jednym z pokonanych kościejców. Parę bestii oberwało, ale resztę to tylko sprowokowało do ataku. Rzuciły się zajadle na osaczoną dwójkę z wystawionymi kłami. Gdy już Parszywek żegnał się z życiem, fala szarżujących likantropów została odrzucona serią ciosów kung-fu jakiegoś parzystokopytnego antropomorfa.
- Ihaa! Trzymasz się, mój antruchu?! - zawołał jowialnie stojący w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą dogorywał z gorączką Lake, garbaty zwierz z długą szyją i okularami przeciwsłonecznymi.
- Ty... ty jesteś...
- Twoim brachem, zią! To ja, Andromader Lake! Skoczymy może na frytki?

[Obrazek: vYg1BTA.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.07.2019 14:16 przez Grigorij. Powód: Poprawiona ortografia)
13.07.2019 07:06
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Orzi Offline
Yuusha
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,838
Dołączył: 11.05.2011
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 10%
Post: #10
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Zonga zatkało. Nigdy nie był szczególnie rozmowny, ale niespodziewana przemiana towarzysza podróży zbiła go z tropu w szczególności. Także nie odpowiadał na przyjacielskie zaczepki wełniastej i garbatej wersji elfa, który rozprawiwszy się z wyżełłakami siedział na kupie nieprzytomnych psów z założoną jedną nogą na drugą.
- Kurczę blaszka, to nas te psiska urządzić chciały. Ale nie bój żaby, kumplu najdroższy! Dopóki jestem tu ja to nic ci nie grozi!
- Ku-ku-kurcosiędziekujęszęniejedzmnie! - zdążył w końcu wykrztusić z siebie Parszywek luźny zbitek sprzecznych ze sobą myśli, które kotłowały się w jego głowie.

W odpowiedzi elf roześmiał się jedynie, szczerze i perliście. Śmiech ten urwał jednak nagły rozbłysk światła i świszczący dźwięk, który wypełnił korytarz.

BZIUUUUMMMM

Odwrócili się machinalnie w kierunku źródła, spodziewając się kolejnej fali potworów wysłanej przeciw nim. Nowi przybysze co prawda zbyt wyględni nie byli, ale nie wyglądali też jak rzucane naprzeciw nim dotychczas monstra. Przede wszystkim było ich tylko trzech, z kompletnie różnych ras. Goblin, antropomorf z okoniem zamiast głowy i jednooki... W sumie trudno określić. Za niski na Wysokiego z Alekith, za wysoki na gnoma. Wszyscy byli ubrani w dziwne ciuchy i, co ważniejsze, wyraźnie pokiereszowani. Jakakolwiek walka wydawała się więc nie wchodzić w grę.

- Czy to nie jest czasem garbaty elf w swetrze? - RTS jako pierwszy przerwał chwilę ciszy nie bardzo zwracając uwagę, że mało który sweter opatula noszącego od paluszków stóp, aż po sam czubek głowy.
- Jak durnym żeś się urodził, tak durnym pozostaniesz. - parsknął w odpowiedzi Łukasz Waligrosz - Przecież to antropomorf jest. Wielbłądzi, dobry jak każdy inny.
- O nie, nie, nie ziombel, rybogłowy ma rację. - odpowiedział wesoło Lake, po czym zeskoczył z kupy psowatych i podszedł do Reala - Strzałeczka! Adromader Lake jestem, dla przyjaciół Dromek!
- A widzisz, i kto teraz jest durny, co? Coooo? - odparł Lucasowi RTS krzywiąć się z bólu, gdyż elf trząsł dość energicznie jego poobijanymi rękoma - Zaraz... Anomander Lake? Nie poznałem spod swetra.
- Adromader. - poprawił elf - Podobne imiona, często się mylą.
- A, to dobrze... Już się bałem, że mogę popsuć temporalny związek przyczy... AUUU!

Okoniowaty ugryzł się w język, czując w kostce tępy ból. To Romuś kopnął go w kostkę, gdyż zauważył, że skuszony obecnością w domyśle innej koronowanej głowy monarcha zapomniał o paru podstawowych zasadach podróży w czasie. Widząc, że goblin z antropomorfem zaczęli się sprzeczać nasz dzielny dromader podszedł do Łukasza z wyciągniętą dłonią. Ten już miał odpowiedzieć na gest, lecz w ostatniej chwili zawahał się.

- Ty tam, szczurowaty. - krzyknął w stronę Parszywka obserwującego całą scenę z wciąż rozdziawionym pyskiem - To jest elf, czy wielbłąd?
- E-elf. - odparł Parszywek wywołany do odpowiedzi - Mam nadzieję. Zmienił się w to... Coś po walce ze szkieletami.
- Który mamy rok?
- Będzie 1274 po zwycięstwie naszej świątobliwej Panienki Mirii nad plugawymi armiami Hellandu, tak...

Łukasz się zamyślił. Zamyślił się głęboko objawiajac to różnymi tikami nerwowymi, ktore dawały o sobie znać w takim momencie. Podrapał się w policzek, przeszedł kilka kroków w przód i w tył, w końcu strzelił kilka razy palcami jakby oczekiwaną odpowiedź miał już na końcu języka. Powtórzywszy ten rytuał kilka razy w końcu przypomniał sobie pewną informację z filmu*, mogącą tłumaczyć sytuację w której się znaleźli.

- Romuś, myślę że wypadałoby brać stąd dupę w troki.
- Nareszcie! - prychnął wyraźnie podirytowany goblin - Przypominam, że mamy o wiele ważniejsze sprawy na głowie.
- Jeszcze chwila, jeszcze moment! - odkrzyknął RTS odwracając się od Zonga, którego instruował aby w swoim notesie naszkicował podobiznę "przyszłego, wielkiego władcy" i gawędził z Dromkiem jednocześnie - W końcu trafiliśmy na autochtonów wrażliwych na blask mej chwały!
- O ile nie chcesz skończyć jako wielbłąd czy owca to się zbieraj. - odkrzyknął poirytowany Łukasz - Trafiliśmy w sam środek epidemii merynozy.
- Czego? - spytał się RTS
- Choroby. Zmieniasz się w parzystokopytne i robi ci się coś z głową. Chyba, że masz chałwę na podorędziu.
- Chałwę? - tym razem zainteresował się Parszywek. Sam co prawda w tym momencie pragnął jedynie znaleźć się jak najdalej stąd, jednak jego instynkt biznesmena nie dawał za wygraną. Ten jednooki dziwoląg widocznie coś wiedział na temat trawiącej kontynent choroby, a za taką informację mógłby wyciągnąć niezłe hajsy od Nierdzewki. A także od rodu Lake, gdy zobaczą w jak opłakanym stanie znajduje się ich dziedzic.
- No, chałwę. Nie wiesz czym jest chałwa?
- I się nie dowiesz. - przerwał wyraźnie zniecierpliwiony Karapiejko - Miło było, ale ruszamy w jazdę. RTS, przestań się migdalić z wielbłądem i chodź do nas.

Rybi król wykręcał się jak mógł. Naprawdę dobrze dogadywał się z sympatyczną wersją Anomandera, więc chciał opóźnić podróż choćby o chwilę. Kto wie gdziedy będzie musiał znosić te dwie parszywe mordy przez najbliższy czas? Romuald poszedł w jego stronę, aby odciągnąć go od wielbłądziego kumpla. Łukasz widząc oddalającego się goblina tylko kiwnął w stronę Parszywka głową, jakby chciał powiedzieć "dobrze się domyślasz". To zrobiwszy skierował się w stronę szarpiących się podróżników w czasie. Kilkadziesiąt sekund, kilkanaście przekleństw i kilka ckliwych pożegnań później znowu rozbłysło jasne światło, powietrze wypełnił świst i przybysze zniknęli tak samo szybko, jak się pojawili.

- Dziwne to były ziomki. - rzucił Lake ni to w eter, ni do Parszywka
- Zawsze lepsze to niż kolejna fala potworów. Swoją drogą, wiesz czym jest chałwa?
- Wielbłądziego pojęcia nie mam.

* kiedy minęło kilkaset lat, epidemia merynozy zaczęła mocno oddziaływać na wyobraźnię raczkującego przemysłu filmowego. Wielu reżyserów o wątpliwym talencie i jeszcze skromniejszym budżecie upodobało sobie ten okres, kręcąc takie klasyki jak "Poranek Żywych Owiec" czy "Merryland Saga". Doprowadziło to do wielu przekłamań i wyolbrzymień na temat tej choroby.

---

- To, było, niewiarygodne. - odezwał się niewymieniony do tej pory z imienia członek Kręgu, którego tikiem było wstawianie przecinka po każdym słowie - Skąd, tu, się, wzięła, ta, trójka? To, ty, ich, nasłałaś, na, naszych, gości, Niegodziwko?
- Nie, nie mam pojęcia skąd oni się tam wzięli. - zbyła pytanie Nierdzewka.

Niegodziwka. To by wyjaśniało dlaczego udało jej się wbić na naradę Rady bez większego problemu. Pogładziła naszyjnik, który w drodze na to spotkanie założyła na swą szyję. W Mistral alchemicy i magowie nie darzyli się zbytnią sympatią, jednakże pracowali ze sobą na tyle często, aby móc poznać wyroby drugiej grupy. A ta błyskotka otrzymana od gnoma aż śmierdziała magią. Widocznie tajemniczy gnom nasycił artefakt mocą iluzji. Tak, to by pasowało do tej paskudnej rasy.

Teraz jednak miała na głowie ważniejsze sprawy. Przede wszystkim omal nie podskoczyła na krześle, gdy z pyszałkowatego elfa zrobił się wielbłąd. Mogła sobie wmawiać, że towarzysze podróży obchodzą ją niewiele. W tym momencie jednak zapiekła ją zwykła, niziołcza przyzwoitość. Potem nastąpiła ta niedorzeczna scena z trzema intruzami. Trójwymiarowy wzrok szamana co prawda nie transmitował dźwięku, ale nawet na tym podłej jakości wyświetlaczu zauważyła, że o czymś gadają. Szczególnie zaciekawiła ją reakcja Parszywka, który pod sam koniec wizyty wydawał się czymś wyraźnie pobudzony.

- No to myślę, aby rzucić ten zakład w diabły. - Dzióbek powoli zacząć wstawać od stołu - Mamy świeżego osobnika zarażonego zaawansowaną wersją merynozy, szkoda byłoby, jakby się uszkodził.

Przez salę przetoczył się jęk zawodu. Jeżeli członkowie Kręgu lubili coś bardziej od badań, był to bezmyślny rozlew krwi. Rozgorzała krótka dyskusja, którą zakończył konsensus. Lepiej będzie najpierw przebadać wielbłąda, a potem ewentualnie puścić go bestiom na pożarcie.

- Będziemy musieli odnowić zaklęcia antyteleportacyjne. - zmieniła temat Mrugalska - Skoro wizyta tych trzech obdartusów nie jest zasługą naszej nowej koleżanki, widocznie czary ochronne szwankują.
- To, będzie, kosztowało, w, cholerę. Rychu, weź, się, w, końcu, na, coś, przydaj, i, sypnij, groszem, na, zabezpieczenia.
- Tak traktujesz zwycięzcę? - kot się obruszył. Mimo, że uchodził za jednego z najbogatszych kupców w Golfie Wysokim nie miał najmniejszego zamiaru dzielić się swym bogactwem - Przecież jesteśmy kolegami, koledzy pieniędzy sobie nie wypominają!
- Pragnę przypomnieć, że macie tutaj doskonałą wiedźmę. - zamrugała Mrugalska - Mogę poprawić zabezpieczenia w naprawdę promocyjnej cenie.
- Mrugalska! - obruszył się jegomość w błękitnej szacie - Nie dość, że cały czas zalegasz ze składkami na działalność Kręgu, to jeszcze masz czelność rządać pieniędzy za rzeczy leżące w zakresie twych obowiązków?
- Ogłaszam, że nasze spotkanie dobiegło końca. - przez kiełkującą kłótnię przebił się głos Dzióbka, który chciał zapobiec przerodzeniu się zgromadzenia w awanturę z błahego powodu - Trzeba kazać służbie zamknąć nasze nowe króliki doświadczalne w jakiejś klatce. Ktoś chce im to przekazać?

Nierdzewka się podniosła. To był ten moment. Miała pytania. Wiele pytań. Dlaczego Krąg, złożony przecież z elity elit, to robi? Czy jest na to jakieś lekarstwo? Jak zamierzają wziąć za to wszystko odpowiedzialność? Przede wszystkim zaś - w jaki sposób powstała ta zaraza? W tym momencie jednak chciała skorzystać z możliwości komersu z towarzyszami podróży. Parszywek może coś wiedzieć, coś o czym nie ma pojęcia ta grupa nadętych dupków. No i Anomander... Tak, uratuje go, a potem będzie mu to wypominać za każdym razem, kiedy próżny elf zacznie się wymądrzać. Tak o to chodzi. Otworzyła więc usta...

- Zzzostańmmy jeszzzcze chhhwilę. - powiedziała jednak wbrew swojej woli - Pooobssserwuuujmy jego zdolnośśści bojowwwee.
- A tak, racja.
- Zresztą szczur jeszcze dycha. Chcę zobaczyć, co wykończy tego gryzonia.

Erika chciała krzyczeć. Dała się podejść jak PIERWOTNIAK. Iluzje były jedynie przykrywką. Jak mogła nie wyczuć, że naszyjnik nasączony jest także inną magią! Gnom musiał zamaskować je po mistrzowsku. Spróbowała zdjąć biżuterię, jednakże naszyjnik ani drgnął. Zacisnęła zęby. Ktoś właśnie zakpił sobie z niziołka, a jej rasa takiej zniewagi nie wybaczała.

---

Gnom, który Nierdzewce przedstawił się jako Niegodziwek, rozsiadł się wygodnie w swojej kieszonkowej komnacie. Nie spodziewał się, że wśród tylu uwełnionych mord zobaczy kogoś ze swojej rasy! Jego plan zemsty na Kręgu był pielęgnowany długo. Długie miesiące przygotowań, zwodzenia co mniej wyczulonych na magię członków zgromadzenia, omijania zabezpieczeń w końcu miał wykiełkować. Na domiar dobrego ten sprzedajny lew przyprowadził mu tuż przed momentem egzekucji planu tak wspaniały prezent!

Być może myślicie, że gnom powinien odczuwać wyrzuty sumienia z powodu tak okrutnego wykorzystania koleżanki. Nic z tych rzeczy! Niegodziwek przez lata pielęgnował swoją nienawiść co do innych ras. Obwinianie owczych antropomorfów oraz każdego, kto nie jest gnomem za własne niepowodzenia i kompleksy weszło mu w krew. Dlatego też gdy zobaczył kogoś, kogo uznał za przedstawiciela tej samej rasy od razu wcyiągnął złe wnioski. Przecież każdy gnom pała nienawiścią do innych ras, więc Nierdzewka zrozumie. Tak, rzucił co prawda zaklęcie splątania języka na podarowany jej medalion, ale przecież robi to dla wyższego dobra! Wszystko dla świata, na którym będą tylko gnomy! Na pewno zrozumie, na pewno poprze jego dążenia gdy wszystko stanie się jasne...

Zaślepiony nienawiścią Niegodziwek popełnił jednak jeden kardynalny błąd. Błąd, którego żaden gnom nie powinien popełnić, jednakże lata patrzenia jedynie na owcze mordy zrobiły swoje. Pomylił niziołka z gnomem. A ta pomyłka miała go w przyszłości wiele kosztować...

---

Wśród przyjezdnych istniały różne hipotezy mające wytłumaczyć, czemu budynki Golfu Wysokiego były przystrajane w wełnę. Dla mieszkańców jednak było to bardziej oczywiste, znali wszak legendę wyjaśniającą istnienie wysokiej wieży w centrum miasta. By jednak wytłumaczyć genezę tego zwyczaju musimy cofnąć się w czasie o milenia, zanim owcze miasto zostało wybudowane. Otoczony kanionem płaskowyż, skąpo porośnięty roślinnością zapewne nie wyróżniałby się spośród wielu podobnych mu miejsc, gdyby nie jeden szczegół. Było to ogromne, wysokie na kilkadziesiąt metrów (acz niespecjalnie grube) prącie wyrastające na środku wyżyny. Skąd się wzięło - nie wiedział nikt.

Istniały na ten temat różne legendy. Najpopularniejsza z nich mówiła, że przed tysiącami lat ziemie Owczarni zamieszkiwała rasa gigantów. Byli jednak na skraju wymarcia ze względu na prześladując mężczyzn tej rasy chroniczną impotencję. Tak więc gdy na ich ziemie przybyła dobra wróżka i spytała się ostatniego z żyjących olbrzymów, znanego jako Jotaro Kujo, jakie jest jego życzenie ten bez wahania odpowiedział - chciałbym Stójkę. I och, Stójkę on dostał. Jednakże odpływ krwi z mózgu był tak potężny, że Jotaro omdlał. Wróżka z przestrachem obejrzała swoje dzieło i widząc, że olbrzym nie budzi się przez długie tygodnie, ostatkiem swej magicznej mocy rzuciła na Jotaro zaklęcie mające utrzymać nieszczęśnika przy życiu, po czym wyziąneła ducha. Mijały wieki, kolejne warstwy ziemi przykrywały leżącego olbrzyma. W końcu ponad ziemię wystawała dumnie jedynie Stójka Jotaro, na cześć tej opowieści nazwana Dumnostójką. Wielu uczonych próbowało kopać w ziemi w nadziei na znalezienie reszty ciała olbrzyma, jednak po jakimś czasie natrafiali jedynie na niemożliwą do przebicia warstwę skał. Nikt do tej pory nie dowiedział się, czy legenda owszem jest prawdziwa.

To nie przeszkodziło przybyłym w to miejsce owcom wybudować osady wokół sterczącej z ziemi Dumnostójki. Wszak ogromny pal był widocznym z dala drogowskazem, który mógł naprowadzić kupców i podróżników w to miejsce. Nie bez znaczenia pozostawał także fakt, że emitowane przez prącie ciepło pozwalało przetrwać choćby w namiastce komfortu ostre zimy panujące w tej części kontynentu, które przynosiły ze sobą prądy atmosferyczne z nad Foehn Dahn Dal. W ostateczności zaś Dumnostójka mogła zostać wykorzystana jako źródło pożywienia w przypadku klęski głodu. Biorąc pod uwagę wszystkie te korzyści początkowo małą osada zaczęła się rozrastać, by w końcu stać się bogatym miasteczkiem kupieckim. Wdzięczni mieszkańcy w ramach trwonienia swego bogactwa na pierdoły, a także by nie gorszyć dzieci i młodzieży uszyli ogromny sweter chowający wewnątrz Dumnostójkę. Pomysł chwycił, a ośmieleni popularnością zaswetrzonej wieży postanowili przystroić w ten sposób wszystkie budynki w mieście.

W tych parszywych czasach Golf Wysoki znacznie podupadł z dawnej chwały, a geneza wieży została zapomniana. Nie dla wszystkich jednak, o nie. Beczułka wiedział, a teraz mając pewność że droga z miasta została odcięta przystąpił do realizacji drugiej części swojego planu. Nad miastem pojawiła się ogromna istota. Dokładniej rzecz ujmując - dwie istoty. Niewielkiego humanoida nie dało rady jednak dostrzec z Ziemi - jedynym co było widoczne była sylwetka Ryu Lina. Zmerynosiony smok krążył wokół Golfu Wysokiego, w ponury sposob zwiastując nadchodzące nieszczęście. Po kilku okrążeniach gad zawył dziko, wbijając się zębami w sam środek Dumnostójki. Mocował się dość długo z porządnym, wełnianym golfem okrywającym wieżę, jednak w końcu mu się udało. Zęby wbiły się w mięso, a po kilku chwilach prącie zaczęło pokrywać się prawdziwą wełną. Jednak nie to było najgorsze - po tysiącach lat, pod wpływem zarazy Dumnostójka przestała stać! Wiele ton mięsa i wełnianego golfu zawaliło się na sąsiadujące budynki, grzebiąc pod sobą setki istnień.

Na taki rozwój wydarzeń czekał przyczepiony do Ryu Lina drugi merynos, przed zarażeniem znany jako Cragmorton. Został on stworzony osobiście przez Beczułkę, który widząc przybite do drzewa ogłoszenie mówiące "Do wynajęcia wojownik. Morduje, zabija, gwałci, zarzyna, dobija, ubija - do wyboru. Ceny na każdą kieszeń" nie wahał się ani chwili. Po skontaktowaniu się z najemnikiem, pod pretekstem uścisku dłoni naciął mu skórę igłą z naniesionym wirusem merynozy, zmieniając go w owczą maszynę do zabijania. Cragmorton zeskoczył z Ryu Lina, nie robiąc sobie nic z wysokości dzielącej go od ziemi. Wbił się w brukowaną kostkę jak we swoje, wstał, otrzepał się i ruszył w kierunku siedziby Kręgu. Miał cel.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.07.2019 16:31 przez Orzi. Powód: Poprawiona ortografia)
18.07.2019 10:48
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama