Aktualny czas: 18.10.2019, 16:16 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Wróciliśmy do mangi, a na stronie pojawił się "już" 955 rozdział!
Tłumaczenia wszystkich zaległych są już prawie gotowe (został mi 958),
więc przygotujcie się na mały mangowy spamik:)
Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Autor Wiadomość
Eikichi Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,279
Dołączył: 31.07.2011
Skąd: San Escobar
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #11
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Przypominający baraniego satyra, Cragmorton gnał przez miasto ogarnięte totalną paniką. Zawalenie się Stójki Jotaro Kujo spowodowało nie lada katastrofę, setki oszołomionych lub rozgoryczonych antropomorfów przemieszczało się ulicami. Wysłannik Beczułki nie zwracał jednak na nich uwagi, pędził jak strzała przed siebie tratując przy okazji każdego kto wszedł mu pod kopyta.
Przestrzeń nad miastem przeszył potężny ryk. Ryu Lin obniżył lot i przelatując nad deptakami miasta ział wszystkim czym mógł, niszcząc budynki, a nieszczęśników trafionych jego zionięciami zmieniając w bezrozumnych merynosów. Ulice Golfa Wysokiego spłynęły haggisem, wełną i kawałkami oscypka.
Po kilku rundach nad miastem smok zmienił postać na humanoidalną i wylądował na pokrytej czerwoną dachówką, wieży kościelnej. Trzema parami oczu spokojnie rozejrzał się po mieście.
- Tylu powinno wystarczyć – skomentował, rozprostował podgniłe skrzydła i na powrót wzbił się w powietrze.
Zagrzmiało. Po ciemnych, gęstych chmurach przeskoczył piorun. Na bruk spadł gęsty deszcz.

Drzewiec, który po podlaniu przez sojuszników urósł na dwadzieścia metrów w górę, w końcu wspiął się na szczyt płaskowyżau. Milcząc, w akompaniamencie spadających kropel, kroczył swoim tempem w stronę murów miasta.
Mieszkańcy uciekający przed świeżo zarażonymi merynosami, nad bramą miejską zauważyli pokraczny łeb monstrum. Chwilę później wrota, wraz z nadbudówką poszły w gruzy. Zniszczone przez olbrzymie, przypominające konary dębów, ramiona stwora.
Antropomorfy krzyczały w panice, niektórzy w szaleństwie biegali tam i z powrotem, kończąc pod stopami enta lub w uścisku śmierci zarażonych.
Olbrzym wiedział gdzie iść. On też miał cel, musiał zrównać to miasta z powierzchni ziemi. Musiał zniszczyć podwaliny, skruszyć skałę wiążącą giganta.
Kiedy doszedł do miejsca skąd wystawała Stójka Jotaro Kujo wydał z siebie dziwny okrzyk i wbił swoje olbrzymie łapy w ziemię pod sobą. Nieopodal uderzył piorun podpalając kamienicę. Korzenie które wypuścił rozsadzały kamień wbijając się coraz głębiej i głębiej w płaskowyż.
Grunt pod nogami zaczął się trząść. Budynki których nie zniszczył upadek Stójki teraz upadały pod wpływem trzęsienia ziemi.

Ryu Lin wylądował tuż przed swym panem. Beczułka siedział z nogami założonymi na krzyż, na olbrzymim baranie o oderwanej szczęce i napęczniałym od gazów brzuszysku. Stali nieopodal urwiska skąd mieli doskonały widok na Golfa. Deszcz tu jeszcze nie padał, było sucho, ale wiał lekki wiatr zwiastujący niechybną zmianę pogody.
- Jotaro Kujo został ugryziony – zaraportował były smok. - Zgodnie z instrukcją zaraziłem również sporą ilość tubylców. Zaraza będzie się szybko rozprzestrzeniać.
- Miło słyszeć – odpowiedział lekko drżącym głosem nekromanta. - Cragmorton?
- Zrzucony.
- Dobrze. Wykonałeś swoje zadanie Ryu Lin, teraz pozostaje nam czekać. Kiedy to wszystko się skończy polecisz tam i odnajdziesz tylu merynosów ilu zdołasz, ktoś na pewno ocaleje.
- Tak jest – odpowiedział natychmiast trójgłowy merynos.
Beczułka wyciągnął drgającą nerwowo rękę i sięgnął po coś co trzymał w torbie. Na wpół cielesne, na wpół szkieletowate palce łapczywie chwyciły kawałek oliwkowego batona, z widocznymi kawałkami pistacji i sezamu. Zjadał go nie gryząc, po prostu połknął kawałek tajemniczego wyrobu cukierniczego tak szybko jak tylko potrafił. Po chwili niektóre z kościstych palców obrosły w mięśnie i skórę, oszpecona twarz stała się odrobinę mniej szpetna. Ustały nerwowe drgawki.
Beczułka poczuł ulgę, potem przeklął, następnie zaśmiał się szaleńczo. Ulga przyszła gdy stosując batona odegnał choćby na chwilę wirusa. Wiedział, że dla kogoś w tak zaawansowanym stadium nie ma znanego mu stuprocentowego lekarstwa, ale to musiało wystarczyć.
Przeklął przypominając sobie twarze jego kolegów z Kręgu kiedy podstępem ukłuli go igłą nasączoną ich wspólnym, nowym, magicznym wirusem. Przypomniał sobie chwilę gdy jego ciało oblał pierwotny strach przed śmiercią. Wiele razy to widział, był nekromantą, ale nigdy nie dopuścił do siebie myśli, że i jego kiedyś to czeka. Pamiętał jak przez mgłę ich uśmiechy i eksperymenty którym go poddawano. Dumę z tego, że wirus działa i będą go mogli wykorzystać na swoje upodobanie. Poczuł gniew na myśl o tym, że stał się pierwszą ofiarą jego własnego pomysłu.
Tego jak się wydostał nie sposób było mu sobie przypomnieć, wiedział jednak, że błąkał się po wioskach i lasach przez więcej jak pół roku. Potem zobaczył tylko oślepiające światło, sylwetkę która podarowała mu tajemniczy cukierniczy wyrób i usłyszał głos: "To coś jak lekarstwo, dzięki temu wrócą ci zmysły. Zrób sobie tego więcej, a teraz idź i rób co tam sobie uważasz." Postanowił więc wszystkich upodobnić do niego. Chciał by świat zgnił razem z nim.
Roześmiał się perliście. W oddali widział zalany deszczem płaskowyż, który miał zamienić się w bilet do spełnienia jego marzeń. Pierwszym jednak marzeniem było coś dużo bardziej prozaicznego od krwawych i absolutnych rządów nad stadem nieświadomych, gnijących owiec. Oj nie, chodziło o zwykłą zemstę, a nikt nie był lepszym narzędziem zemsty od jego osobistego tworu.

Cragmorton po kilku uderzeniach zrogowaciałych na kłykciach pięści, wyważył drzwi prowadzące do katakumb. Nie bacząc na ciemności wbiegł do środka. Ciemność nie bacząc na Cragmortona wprowadziła go prosto na kamienną ścianę. Merynos odbił się od niej z hukiem. Wstał, poprawił złamany nos i pobiegł dalej. Tym razem spokojniej.

Lake i Parszywek po wizycie dziwnych gości, o dziwo nie byli więcej terroryzowani przez żadne dziwne stwory chcące ich zabić. A przynajmniej przez dwie minuty. Postanowiwszy, że najwyższa pora odszukać Nierdzewkę i Vasyla, ruszyli jednym z korytarzy.
- Już za chwilę ich znajdziemy, no czuję to. W kościach, a nawet w żebrach! Znaczy, że to pewnik! - Z entuzjazmem krzyczał Andromander.
- No nie wiem... - odpowiedział z krzywą miną, chwytając się za brzuch szczurzy antropomorf.
- Druhu? - elfłąd położył mu rękę na barku. - Druhu? Coś ci jest? Widzę i to od chwili, że kurczowo ten brzuch trzymasz? - pochylił się nad nim i spojrzał mu prosto w dziwnie zaczerwienione oczy – Jeśli chcesz na dwójkę to... no druhu złoty, leć. Przecież poczekam, nie ma co wstrzymywać simby.
- No nie wiem. Coś jakby mnie...
Zong zgiął się w pół. Strącił dłoń Lake'a, chwycił się za skronie i zawył z bólu. Elf targnął go mocno za barki, odwrócił w swoją stronę i próbował ocucić kompana. Ten jednak tylko darł się w niebo głosy, nic a nic nie reagując na działania kolegi. W końcu Andromander uderzył Zonga w twarz. Podziałało, a przynajmniej co nie co. Szczur się uspokoił, ale po chwili znów przewrócił oczami i zaczął krzyczeć. Elf powtórzył cios. Raz, drugi...
Kiedy jego otwarta ręka po raz trzeci miała uderzyć towarzysza, Zong złapał ją i ścisnął tak, że gruchnęły kości. Patrząc się na wielbłądziego antropomorfa oczami skąpanymi w czerwieni odskoczył na kilka metrów w tył.
Machając błoniastymi, nietoperzowymi skrzydłami zawisł w powietrzu.
- Dobrze, że jesteś już zdrowy mój wspaniały ziomeczku, mordeczko, mordini – z uśmiechem na pysku rzekł Andromander.
- HUU-AH! Nic mi nie jest, czuję się wręcz... Wręcz potężny, silny, mocny! Kurwa, czuję się lepszy od ciebie, mojej matki, tatka... HA, czuję się lepszy od reszty! Cóż za fantastyczne uczucie! - Uśmiechnięty mówił Zong. Andromander zauważył lśniące kły, które były teraz niemal tak wielkie jak siekacze szczura.
- Najważniejsze, że ból ustąpił. Uf, nie powiem, odrobinę się już przeraziłem, ale wiedziałem, że z tego wyjdziesz. Chodźmy już...

Wielbłąd który był kiedyś elfem nie dokończył zdania, a wampir który kiedyś był szczurem nie zdążył mu odpowiedzieć. Obok nich ktoś przebiegł. Uderzył Zonga na odlew w głowę czym niemal wbił go w ścianę. Podbiegł do Lake'a i z pełnym impetem kopnął go w brzuch. Elf nie zdążył nawet mrugnąć, a klęczał na ziemi. Zaczął się dławić i wymiotować jednocześnie. Nie stracił jednak przytomności. Rozejrzał się, tajemniczy, agresywny wojownik zniknął w spowitym cieniem korytarzu.
Andromander podszedł do kompana i po nieudanej próbie ocucenia, zarzucił go na plecy. Ziemią zatrzęsło, elfłąd niemal stracił równowagę. Strop niebezpiecznie pękł. Po kilku sekundach trzęsienie ustało.
- Ha! No na co czekasz baranie!? Spieprzajmy stąd, inaczej niebo runie nam na głowy - Ryknął mu prosto do ucha mały antropomorf, który jak widać odzyskał przytomność.
- Musimy znaleźć Erikę, ona by nas tak nie zostawiła – odpowiedział lekko zdezorientowany elf.
- Gówno! Uciekałaby jak mój stary przed alimentami!
Zong rozłożył skrzydła i poderwał się do lotu.
- Chcesz to zostań, ja ich poszukam, ale na zewnątrz – powiedział na odlotne.
Wielbłądzi antropomorf przez chwilę stał i się zastanawiał. W końcu zwyciężył jednak instynkt przetrwania, pobiegł za Parszywkiem. Biegnąc przez korytarz musiał uważać na odpadające od sufitu kamienie. Pogodny ekperyment ulepszonej wersji merynozy przełknął ślinę i przyspieszył znacznie.

- Widzieliście! - krzyknęła podekscytowana Mrugalska. - Niemożliwe, a jednak! Tak! W końcu wyhodowałam gatunek wampiperza, który może zarazić wampiryzmem!
- Widzieliśmy, owszem – odpowiedział bez przekonania Stukpuk. - A widzieliście to coś co przebiegło obok nich?
- No. I, podeślijcie, tam, jakieś, zwierzaki, inaczej, ta, dwójka, nam, zaraz, stąd, ucieknie.
- Olbrzymie pająki ninja powinny już tam być – odpowiedział gładząc się po rudej brodzie alchemik.
- Czyścioch podziel nam wizję, każ dziewiętnastce lecieć za tą dwójką. I włącz trójkę, chcę widzieć to coś co nam wbiegło do katakumb – Zakomenderował mag w fioletowej tunice. - I niech ktoś zeskanuje podziemia. Te wstrząsy, trzeba zbadać przyczynę. Jeśli to druidzi to miarka się przebrała, spalimy im te ich szałasy i marzanny.
W mgnieniu oka Szaman wykonał polecenie. Hologram podzielił się na dwie części, w jednej z nich zebrani zauważyli biegnącego Andromandera. Duch numer trzy, prapradziadek Czyściocha transmitował zaś obraz jak z horroru. Krwawe ochłapy wielgachnych, ośmionogich i ubranych w czarne gi, potworów leżały porozwalane na całej długości korytarza.
Na sali zapanowała krótkotrwała cisza.
- Gdzie on biegnie? - Zapytała Nierdzewka – Czy czasem nie zmierza prosto do nas?
- Ewakuujemy się! Jeśli to coś zabiło pająki ninja w tak krótkim czasie to nie wróżę temu posiedzeniu dalszego sensu – Poddenerwowanym głosem powiedział Stukpuk.
- W mig robię portal i nas stąd zabieram
Jak powiedziała tak zrobiła, Mrugalska rozlała coś na podłodze, wyciągnęła kolejną flaszę, ale w tym samym momencie nastąpił kolejny wstrząs. Specyfik rozlał się na jej nogi, które w krótkiej chwili pokryły pęcherze, a zaraz potem zajęły się ogniem.
W ogólnej panice, która wybuchła po tym incydencie w drzwi do komnaty coś uderzyło. Tak mocno, że zawiasy prawie puściły.
- Niech ktoś zapali świetliki! Sytuacja kryzysowa! - krzyczał zacierając ręce Czyścioch.
Dzióbek to zrobił. Cała jego dusza krzyczała w nie bogłosy by tego nie robić, ale zapalił. Nagle w ciemnej komnacie stała się światłość i wszyscy zobaczyli się w pełnej krasie. Dokładnie tak jak tego nienawidzili robić.
Nie mieli jednak wiele czasu na obserwowanie siebie i tańczącej ognisty taniec wiedźmy. Pod naporem drugiego uderzenia, drzwi wyleciały z hukiem zabójczo skutecznie poznając się z Ryśkiem. Do sali wbiegł Cragmorton.
W kierunku merynosa poleciały kule ognia, mysie granaty, gołębie pocztowe z podatkami, nawet ciasto nafaszerowane trupim jadem. Satyropodobny stwór był jednak szybszy. Za szybki dla członków Kręgu.
Nierdzewka, oblana potem, przestraszona, wpatrywała się w scenę grozy, która odbywała się na jej oczach. Monstrum przeskakiwało od jednego członka, do drugiego, łamiąc kości, skręcając karki i miażdżąc czaszki. Krew sikała na wszystkie strony malując komnatę w kolory zachodu słońca.
Nie mogła dać się zabić. Musiała uciekać. Ktoś trafił potwora piorunem kulistym, pocisk urwał mu kawałek ręki i zwęglił sporą część wełny. Niziołka wykorzystała moment, pognała co sił w kierunku drzwi. Nagle ziemia znowu zaczęła się trząść, Erika potknęła się i wylądowała na podłodze. Kątem oka zobaczyła jak Cragmorton uderzeniem rogów rozgniata na ścianie Dzióbka.
Chciała wstać, ale nie mogła.
- Cholera. Cholera. Cholera! Zwichnęłam nogę! - ryczała, nawet nie wiedząc czy tylko w myślach czy na głos.
W komnacie na ułamek sekundy pojawił się świetlisty owal, z którego z uniesionym w wysokiej gardzie mieczem, wyleciał Vasyl. Antropomorf rozeznał się po sytuacji tak szybko jak tylko mógł i pognał w jej kierunku. Biegnąc poderwał ze stołu, ogłuszonego, ale ciągle żywego Czyściocha i zarzucił go sobie na plecy.
- Co ty tutaj robisz skurwysynie? - powiedziała łamiącym się głosem niziołka.
- Później! - krzyknął lew i jednym ruchem pochwycił ją pod pachę.
Wybiegli z komnaty, ale to nie był koniec. Nierdzewka widziała jak monstrum dobija ostatniego z Kręgu i rozgląda się za nimi. A potem jak zaczyna biec. Stukot kopyt odbijał się o posadzkę szybko. Za szybko dla Vasyla.
- Puść go! Po co nam on, zostaw tego dziada! - Ryczała wskazując na odzyskującego przytomność szamana.
- Masz wodę królewską? - zapytał ignorując krzyki alchemiczki, antropomorf.
- Mam.
- To jej kurwa użyj!
Nerwowym ruchem wyciągnęła z torby butelkę i rzuciła z całą siłą jaka jej została. Zabójca odskoczył przed pociskiem. Rzuciła jeszcze raz, znowu chybiając celu. Dyszała nerwowo, została jej już tylko jedna flaszka, a potem zwycięstwo lub śmierć z ręki potwora. Co jej przyszło do głowy by tu przyjeżdżać. Przeklęła swoją ciekawość świata. Wyciągnęła butelkę i wzięła zamach.
- Czekaj – powiedział najspokojniej jak potrafił patrzący teraz w jej stronę szaman. - Nie trafisz go tak. Posłuchaj...
- Pospieszcie się – przerwał mu Vasyl. - Ten chuj zaraz nas zabije!
- Słucham – teraz to niziołka zignorowała krzyki lwa.
- Po prostu rzuć mu to pod nogi. Musisz mi zaufać – mówił starając się zachować spokój szaman. - Teraz!
Jak powiedział tak zrobiła. Rozbiła butelkę z wodą królewską tuż za nimi. Śmiercionośny dla merynosów płyn rozlał się po podłodze. Czyścioch nadął się. Rękoma wykonał kilka skomplikowanych znaków. Przystawił do ust ułożone w rulonik dłonie i zadął weń. W kierunku zbliżającego się do nich potwora wyleciała cała zgraja duchów, wyglądających tak jakby stały w jakiejś kolejce. Nie były materialne, ale zadziałały resztki wrodzonych instynktów merynosa i choć nie zatrzymał się całkiem, tak zwolnił do żółwiego tempa. Kiedy Cragmorton wszedł w kałużę wody królewskiej kwas zaczął zżerać go od kopyt.
Przed zakrętem niziołka zobaczyła jeszcze jak potwór stopił się do pasa. Chciała coś powiedzieć, ale korytarz za nimi runął. Przerażona uczepiła się zdradzieckiego najemnika jeszcze mocniej.

W ostatniej chwili, tuż przed zawaleniem się katakumb na amen, wybiegli z nich. Stali w deszczu, urwanie chmury trwało w najlepsze. Czyścioch z zadowoleniem otarł o siebie swoje ręce, Szaman zmoczony do suchej nitki stał już o własnych siłach. Nierdzewka dalej pozostawała pod pachą lwa.
Wokół panował istny chaos, trzęsienie trwało w najlepsze. Nieopodal zawalił się kolejny budynek, kilkadziesiąt metrów dalej grupa merynosów zagryzała jakiegoś nieszczęśnika. Uwaga pani alchemik powędrowała jednak gdzie indziej. Dostrzegła ich, wielkiego wielbłądziego antropomorfa i latającego wokół niego zwampirzonego szczura. Pośród deszczu, obok przepełnionego wszelkim dziadostwem rynsztoka, walczyli z całą chmarą zarażonych. Widziała jak ciosy Anomandera wyrzucają w powietrze kolejne merynosy, a potem Zong urywa im łby.
- Chłopaki! - Krzyknęła, w tle zaklął lew. - Tutaj jestem!
Andromander niemal od razu, mimo całego zamieszania usłyszał niziołkę, którą ledwo znał, a mimo tego zdążył polubić. Pokazał coś gestem Parszywkowi i ciągle walcząc z zombie owcami zaczął biec w jej kierunku.
Vasyl chciał coś dodać, ale nie miał czasu. Tuż obok, jakby znikąd pojawili się kolejni wrogowie. Z zerem delikatności upuścił Erikę na posadzkę, wyciągnął miecz. Świsnęło kilka razy, na bruk spadły dwa merynoskie łby. Nadciągali kolejni.
Czyścioch wyciągnął swój tamburyn i zaczął na nich wystukiwać pewną melodię, ale cokolwiek chciał zrobić tak przeszkodził mu deszcz. Pogoda i ogólny chaos uniemożliwiły dalszą inkantację zaklęcia.
Andromander podbiegł do Nierdzewki, posadził ją opartą o jeden z kamieni, które kiedyś tworzyły kamienicę.
- Nareszcie cię odnalazłem moja ziomalko. Teraz to już tylko pozbędziemy się reszty merynosów i idziemy coś zjeść. Może frytki. No przecież, że frytki – elf westchnął głośno. - Kocham je kurde.
Zza zakrętu biegnąc co sił w nogach pędziła trójka znajomych dla nich twarzy. Na przedzie pędził przedstawiciel rasy wysokich z Malekith, ubrany w długi płaszcz, skórzane spodnie i wysokie buty. Długie, sklejone ze sobą włosy opadały mu na barki. Trzymał coś w prawej dłoni, ale Nierdzewka nie zdołała zobaczyć co takiego.
- Nandrus! - ryknął Vasyl tnąc przez łeb kolejnego merynosa.
- Lajonew! Szybko, zbierzcie się w kupę!
Lew nie zastanawiał się długo, podskoczył do czwórki pozostałych. W tym momencie zza gruzów jednego z domostw wyskoczyło kilkadziesiąt zombie owiec, z jedną olbrzymią, wielkości SŁONIA.
Abert ślizgiem znalazł się obok towarzyszy antropomorficznego lwa, uniósł szeroko ręce i zrobił piruet. Wokół piątki ocalałych zmaterializowała się półprzezroczysta, świecąca żółtym światłem bańka.
Grupa merynosów po krótkiej lecz zażartej utarczce zabiła dwóch kompanów najgroźniejszego osobnika w Golfie Wysokim. Kiedy skończyli od razu zaszarżowali na nich, jednak żaden cios nie zrobił na barierze nawet najmniejszego wrażenia. Wszystkie najprościej w świecie odbijały się jak piłka od podłogi.
- Co tutaj robisz Nandrus? - zapytał ocierając pot z czoła, lew.
- Cześć – powiedział uśmiechając się i machając ręką Andromander Lake. - Poznaliśmy się, pamiętasz?
- Najpierw ty mów – wydyszał zmęczonym głosem Wysoki.
- No dobra... Dostałem od Niego ultimatum – wskazał na Nierdzewkę i Czyściocha. - Mam ich uratować, ją i jakiegoś członka Kręgu. A ty?
- Podobna sprawa, tyle, że ja mam po prostu tobie pomóc – popatrzył diabelskim wzrokiem na elfłąda i wampira. - Oni są niepotrzebni jak rozumiem?
- HUU-AH! Hola śmietnikarzu, ja niepotrzebny? - Zong napiął się do granic możliwości i pstryknął Abertowi w nos. - Hamuj konie bo ci się coś jeszcze stanie.
Wysoki klasnął, w jego prawej dłoni pojawiła się lśniąca światłem słonecznym kula. Parszywek gdy tylko został oświetlony zaczął dosłownie się topić. Ostatkiem sił chwycił kulę światła razem z dłonią Aberta w swoje dwie. Skóra na rękach wampira nabrała czerwonego koloru.
- HA! Takiś straszny i ważny?
- Dość tego! - Krzyknęła Nierdzewka – Uspokójcie się! Nie widzicie co tu się dzieje? No właśnie... co tu się stało?
Nandrus wygasił swoje zaklęcie i strzepnął z siebie ręce wracającego już do normalnego stanu Zonga.
- Standard. Legenda o której wszyscy zapomnieli okazała się być prawdą. Wieża na środku miasta to kolosalny penis jakiegoś giganta. Ryu Lin jakimś cudem go ugryzł i viola, gigant zamienia się w merynosa. Te wstrząsy to pewnie następstwo jego budzenia się.
W tle o barierę ciągle uderzały zombie owce. Czyścioch spojrzał się pytająco na maga światła.
- Ile to wytrzyma? Ta bariera w sensie.
- Jest niezniszczalna – odpowiedział krótko Nandrus. - Szkopuł w tym, że niczego nie przepuszcza, w tym świeżego powietrza. Za kilka minut albo się udusimy, albo przywitamy się grzecznie z naszymi przyjaciółmi – mówiąc wskazał kciukiem na śliniące się i uderzające o bańkę owce.

Płaskowyż pękł. Z jego jednej strony wyrwała się wielka, zarośnięta wełną ręka. Z pod ziemi huknęło przeraźliwie głośnym: Beeeee-eee. Jotaro Kujo został przebudzony.

Mały gnom w białej tunice i o pięknym wisiorze z diamentem mieniącym się na kilka kolorów, rzucał przekleństwami i talerzami. Podający się za Niegodziwka rozbił lustro, zdewastował stolik nocny, rozerwał poduszkę. Zniszczył nawet portret swojej ex.
Kiedy lekko się uspokoił podszedł do szklanej kuli. Zobaczył w niej pękający płaskowyż, miasto w ruinie i olbrzymią rękę wyrwaną z okowów kamienia.
- By cię gamratka w tą twoją rzyć jebała! Myślisz, że wygrasz? O nie, nie, nie! Ja też mam swoje pionki. Też! Nie przeszkodzisz mi ty... ty... AAAAA! Nienawidzę cię!
Jeszcze raz popatrzył w kulę, tym razem ukazał mu się obraz przedstawiający grupę z Andromanderem, Nierdzewką i Zongiem.
- O nie cholero jedna, świat padnie, ale na moich warunkach. Zostaną tylko gnomy. Tylko słyszysz!? - ryczał w eter, dobrze wiedząc, że owa Cholera do której się zwracał go nie usłyszy.

[Obrazek: sygnajpg_qnexeaw.jpg]
26.07.2019 15:00
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Weather Offline
Shichibukai
Pirat

*
Liczba postów: 1,278
Dołączył: 28.04.2009
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 20%
Post: #12
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
- Tak jak myślałem…. Wszyscy umrzemy.
Zong stanął nieruchomo i przez chwilę trwał tak w ciszy, zanim jego szczęki otwarły się ponownie.
- JA NIE CHCEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!! - Zong zaczął biegać w bardzo małym kółku wewnątrz bariery, trzymając się za łeb. -Kurna a już było tak fajnie, stałem się wykokszanym wampirem, mogłem kopać tyłki i chędożyć kobiety, oh jakie dobre seksy by były, zwłaszcza z tą niziołką, ona na pewno poleciałaby na moje bicepsy ale to już koniec do cholery!
Jego krzyki ustały gdy Nierdzewka przywaliła mu w potylice, co prawda dobrze zgadł że leci na dużych i muskularnych i nawet by chciała by ją złamał w pół ale zasady to zasady.
- No no no koledzy i koleżanki i ci trzeci, nie znam odmiany bezpłciowej. Przecie nie ma co się załamywać Zongu kolego mój, jakoś się z tego wydostaniemy. A jak nie, to jestem pewien że spotkamy się w zaświatach i będziemy sobie miło wspominać o naszych ostatnich chwilach, no ja ciut dłużej bo ty na pewno padniesz szybko więc zajmij mi dobre miejsce.
Wielbłądzi niegdyś elf poklepał szczurzego kompana po plecach, śmiejąc się głośno. Niziołka zaczęła się rozglądać na wszystkie strony, próbując znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Wysoki czarodziej wyciągnął książkę i zaczął przeczesywać strony w poszukiwaniu jakiegoś zaklęcia. Zonga natomiast krew zalała.

Ty myślisz że to jest zabawne do jasnej cholery ty garbaty frajerze!

Szczur wydarł się na Lake’a, z łzami w oczach i pyskiem w wkurzonym grymasie. Rzucił się na towarzysza łapiąc go za futro na klacie.

- Ogarniasz ty jakkolwiek że jesteśmy martwi?! Wszyscy umrzemy! Myślisz że ja chcę umierać będąc rozszarpanym przez merynosów?!?!?

Szczur opuścił głowę, Andromander nagle spoważniał. Przymknął oczy i zaczął mówić spokojnym głosem.
Rozumiem cię dobrze przyjacielu, jako twój druh mogę zrobić tylko jedno by ci pomóc.

Nie minęła sekunda, a Lake siedział za Zongiem, trzymając jego głowę w rękach i przygotowując się do złamania mu karku.

Dam ci spokojną śmierć.

Na pysku Zonga pojawił się lekki uśmiech.
- Aah, to takie miłe z twojej strony.

Cisza trwałą przez chwila nim się ponownie odezwał.

- NO CHYBA PO CHUJU!!!!!

Zong ponownie rzucił się na niegdyś elfa, tym razem przygważdżając go do ściany kuli ochronnej.
Ja nie chce wogóle umierać ty palancie cholerny!!! Czy myślisz że umieranie w jakikolwiek sposób jest przyjemne!??! Wy zasrane kozaki się nie przejmujecie śmiercią i innymi pierdołami, ale my zwykłe antropomorfy nie mamy jak olać tego gówna, próbujemy ze wszystkich sił dotrzeć do następnego dnia, nie mamy waszych sił czy inteligencji, ja jestem zwykłą popierdółką a muszę jednak się szlajać z takimi jak wy!

Szczur urwał kiedy poczuł dziwne zmęczenie w ramionach, jakby się opierał o nie ale przecież stał na gruncie. Po chwili łokcie mu się ugięły i wylądował na klacie Andromandera. Czemu leżał na nim? Odrazu zaczął się rozglądać, ignorując teksty elfa o tuleniu. Wokół byli jego kompani, klękali na ziemi. Zong powoli podniósł się z wielbłądziego antropomorfa, podszedł do końca bariery światła, po drugiej stronie merynosi zawzięcie atakowały ale Zong się nimi nie przejmował, podszedł do miejsca gdzie akurat przez chwile nie było żadnego zombiaka. Zong podniósł jedną stopę, przyłozył do ściany BARIERY po czym podniósł drugą stopę, przez co cały ciężar ciała poszedł na pierwszą. Kula lekko potoczyła się do przodu, a Zong w ciszy stanął ponownie na dwóch szczurzych stopach.

-Tą barierę. Można. Przesunąć.

Zong szybko odwrócił wzrok w kierunku Nandrusa, było słychać trzask bicza przy tym, ale to był po prostu jego ogon. Czarodziej światła się zarumienił, i próbował schować twarz za jedną ręką jak nastoletnia uczennica z Zodiaku, kiedy rozmawia z osobą do której czuje mięte.
N-no nigdy nie było okazji by tego..no sprawdzić czy da się tak….

Podczas kiedy reszta drużyny kopała magika, Andromander maltretował swoją bródkę prawą ręką, po czym uniósł palec krzycząc “Eureka!”

No tak, możemy się stąd wyturlać!

Gryzoń antropomorf już chciał poddusić go swoim własnym ogonem, ale uznał że nie jest to warte zachodu. To nie tak że przestał się bać, albo nagle charakter mu stwardniał. Ostatnie akcje i wizja bliskiej okropnej śmierci sprawiła że był wyczerpany emocjonalnie, i jak to by powiedzieli młodzi i chuligani, przestał jak to kolokwialnie się mówi "dawać faka". Po jakimś czasie powróci do swojej zwykłej formy. Na razie jednak trzeba było jeszcze uporać się z obecną sytuacją.

No to mamy sposób na ucieczkę, ale i tak łatwo nie będzie tym sterować, plus może nam się skończyć powietrze zanim się stąd wyturlamy. Kurna, czemu nikt nie powiedział mi by nie wrzeszczeć by oszczędzić powietrze?!

Krzyknął lekko Zong, na co Nierdzewka mu odpowiedziała.

Bo jak ktoś panikuje i mówisz mu by się uspokoił by tlenu nie tracić, to nigdy to nie działa. Właściwie to mniej się straci jak jedna osoba się wykrzyczy niż jak cztery będą jednej mówiły by siedziała cicho.

No z tą Logiką Zong nie mógł się kłócić. Po chwili wszyscy zebrali się na przodzie, lew zajął pozycję na środku grupy.

- Jedyny sposób na ucieczkę z golfa wysokiego to droga w dół, w najgorszym wypadku runiemy w przepaść i będziemy się modlić o przeżycie, chyba że ktoś ma lepszy plan?

Oczywiście nikt nie miał, więc jak jeden mąż stanęli na przedzie kuli, wystawili prawą stopę. Vasyl wystawił lewą ale się poprawił. Przed nimi istna armia merynosów, tlen w kuli się kończył. Zong wziął głęboki oddech, on razem z innymi zdał się na lwa w wydawaniu kierunków. Celem było rozpędzenie się na wała i znalezienie czegoś co by przypominało rampę i pozwoliło się wybić poza kanion otaczający golfa wysokiego. Równie dobrze mogą spaść albo przynajmniej dolecieć do ściany skał i się złapać. Narazie to trzeba było zacząć.

- Dobra, robimy to….LEEEECHUUUUUUU JAAAACKIEWICZ!!!!!!!!

Lew krzyknął głośno jakieś imię, zapewne jego okrzyk bojowy, i ruszyli. Co prawda na początku powoli ale jak wdrapali się na merynosów i ziemia zrobiła się pochyła to nabrali tempa. Po chwili przez istne morze wełny pędziła złota kula, część owiec została nawet zmiażdżona ale celem była ucieczka. Adrenalina i wspólny cel pozwolił się tej grupie zgrać tak jakby to robili tysiąc razy.

- Mówiłem w lewo kurwa! - zagrzmiał Vasyl.
- Moje lewo czy twoje lewo?! - odpowiedział mu Zong.
- Przecież mamy wszyscy to samo lewo!

Wrzasnęła na obu niziołka. Może jednak nie było tak idealnie, ale po kilku minutach znaleźli się na dużym zboczu, to mogło się udać, już uradowani pędzili jak chomiki w kółku by dostać się na dół, nawet było widać kawałek skały na krańcu który mógł posłużyć im do polecenia na drugą stronę przepaści. Już każdy cieszył michę, kiedy nagle ziemia się rozstąpiła, a tona merynosów razem z naszymi bohaterami wyleciała w powietrze. Krew zamarzła im w żyłach, Zong już chciał krzyczeć kiedy kątem oka ujrzał wielką pokrytą wełną łapę która leciała w ich kierunku. Dłoń przywaliła w świetlistą kulę, posyłając ją jak pocisk lądujący poza kanionem wokół Golfa wysokiego. Zanim całkiem odlecieli, Andromader ujrzał jak wielka łapa zetknęła się z jeszcze większym łbem, a mieszkańcy golfa, bezradnie próbując się ratować, tuż przed końcem życia usłyszeli głos olbrzyma. Ostatni dźwięk jaki został podarowany przed śmiercią.

Baaaaaare baaaaaaaare daze…..

[Obrazek: a5d45uF.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.08.2019 23:04 przez Weather.)
01.08.2019 23:00
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 5,146
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #13
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Szli naprzód. Z początku poruszali się biegiem, byle tylko jak najszybciej zostawić za sobą ogarnięte epidemią miasto, z czasem jednak bieg został zredukowany do szybkiego marszu, ten natomiast naturalnie przeszedł w smętny chód. Prawdą było, że gdy kula rozrzuciła ich poobijanych na twardym, skalistym podłożu,z początku nie wiedzieli nawet dokąd teraz mają się udać, co zrobić, dokąd się śpieszyć? Co im bowiem pozostało? Płaskowyż wraz z całym Golfem Wysokim upadł - by nie powiedzieć wręcz: opadł - a zajadłość i przebiegłość z jaką Merynoza dokonała dzieła zniszczenia kazała wysnuwać niezbyt optymistyczne wnioski. Nie sposób bowiem było przeoczyć fakt, że miasto i jego fortyfikacje zostały pokonane zbyt sprawnie, jak na atak bezmyślnych, wełniastych trucheł, z którymi dotychczas mieli do czynienia. Nie, to nie epidemia zmogła miasto wraz z jego mieszkańcami. Właściwsze słowo pchało się na myśl samo: To była już inwazja. A to oznaczało, że ich niewesoła przecież sytuacja robiła się z każdą chwilą jeszcze gorsza - ich przeciwnikiem była bowiem już nie tylko nieznana im choroba, lecz także jakieś tajemnicze siły, które nauczyły się wykorzystywać epidemię do ich własnych, militarnych wręcz celów. A każdy o zdrowych zmysłach musiał odczuwać narastający niepokój na samą myśl o skali zniszczenia, do której mogło to doprowadzić.
Andromandra - czy też, jak się obecnie przedstawiał: Andromadera - Lake'a ciężko było jednak nazwać osobą o zdrowych zmysłach. Choć reszta grupy wlokła się w smętnym pochodzie, mającym na celu tylko pozostawienie Golfa Wysokiego jak najdalej za sobą, on wyraźnie nie tracił rezonu i dobrego humoru. Wciąż maszerował dziarskim, spacerowym krokiem, kołysząc przy tym wełniastymi ramionami i gdy nie opowiadał czegoś zawadiackim, anegdotycznym tonem, to gwizdał sobie wesoło, najwyraźniej za nic mając ponury wymiar wydarzeń sprzed ledwie kilku godzin. Szczerze mówiąc, to działał towarzyszom na nerwy do tego stopnia, że każdemu zdążyło już przez myśl przemknąć, czy aby na pewno ta wersja Merynozy nie jest jeszcze gorsza. Nierdzewce kilka razy cisnęło się na usta coś bardzo nieprzyjemnego, za każdym razem jednak odpuszczała. Po części dlatego, że pogodnego, wyluzowanego nastroju wielbłądziego elfa i tak nic nie było w stanie zgasić. A po części dlatego, że uczynny Andromader pozwolił jej wędrować wtulonej między jego kark a miękki garb - a w sytuacji gdy skręcona kostka wciąż piekła ją ogniem bólu, nie powinna narzekać na jedyny bufor pomiędzy nią, a nawierzchnią. Zresztą, przy okazji mogła zebrać kilka próbek wielbłądziej wełny, i teraz jej myśli krążyły wokół badań, które będzie musiała przeprowadzić przy pierwszej możliwości.
Faktem było, że posiadanie przy sobie nieagresywnego merynosa, choćby i innego gatunku, stanowiło obecnie jej jedyną deskę ratunku, jedyną szansę na gruntowne przebadanie tej zarazy. Nie mogła liczyć na informacje uzyskane od Kręgu - ten został wymordowany i pogrzebany gdzieś pod zgliszczami płaskowyżu zanim zdołała dowiedzieć się od nich czegoś naprawdę przydatnego. Został co prawda baran imieniem Czyścioch, ostatni ocalały członek organizacji, ten jednak zniknął przed godziną wraz z eskortującymi go mężczyznami.
- Tu musimy się rozstać. - powiedział wówczas Vasyl, po długiej i gorączkowej rozmowie na uboczu z Nandrusem - Tu powinniście być względnie bezpieczni, a my mamy swoje rozkazy... właściwie przesyłkę do dostarczenia.
Ruchem głowy antropomorf wskazał na ową "przesyłkę", którą stanowił ciasno oplątany łańcuchem członek magicznego kręgu, gorączkowo próbujący odkryć w sobie magiczną zdolność spopielania istot żywych samym spojrzeniem. Jednak gdy tylko rogacz spróbował tego na Wysokim, natychmiast dostał kopniaka pod żebro i szybko nauczył się patrzeć w inną stronę.
- Idąc drogą na zachód, powinniście osiągnąć swój cel. - dodał Nandrus, nie spuszczając wzroku ze swojego więźnia - Tak nam przynajmniej powiedziano. Tak samo jak to, że Parszywek…
- Dla ciebie łachmyto to ja jestem pan Zong! - wtrącił się wampiszczur, trzepocząc wściekle skrzydłami. Gdy jednak w dłoni maga zalśniła znów słoneczna kula, Parszywek pisnął i wraz ze swoją godnością schował się za lwem.
- … będzie znał drogę. - dokończył spokojnie Wysoki - Chodź jak dla mnie to bardziej przyczynicie się społeczeństwu, topiąc go w jakimś bagnie, bo jeszcze kogoś tą francą zarazi. No, Vasyl. Czas nam w drogę.
- Będzie dobrze. - spokojnym, choć nieco smutnym uśmiechem lew zbył liczne pytania, którymi próbowała go zatrzymać Erika - I nie martwcie się, coś mi mówi, że jeszcze się niebawem zobaczymy. Zwłaszcza że…
Nierdzewka nie miała pewności, odniosła jednak wrażenie, że wzrok antropomorfa na krótką sekundę ześlizgnął się na jej biust i zalśnił dziwną ciekawością. Nim zdążyła jednak zjechać Vasyla za tę impertynencję, przypomniała sobie o wciąż wiszącym na jej szyi amulecie. Sam lew machnął już tylko krótko ręką, przerzucił sobie więźnia przez ramię i nie przeciągając dłużej pożegnania, odszedł w towarzystwie Nandrusa.
- Tylko się nie daj zabić, dupku! - zawołała jeszcze za nim, wciąż zła i zawstydzona swoimi pierwotnymi podejrzeniami - Mam do ciebie jeszcze w cholerę pytań! No dobra, namachaliście się już, chodźcie. - ostatnie zdanie rzuciła do swych towarzyszy z bożej niełaski, którzy zdecydowanie zbyt długo i zbyt energicznie machali kolegom na odchodne. - Parszywek, ty podobno znasz drogę? Dokąd tędy dojdziemy?
- Dla ciebie łach…. A, taka tam wieś, Meeeksyk. - odparł Zong, zaskakująco szybko zmieniając nastawienie, gdy przypomniał sobie z kim rozmawia. Erika w krótkich, niemalże żołnierskich słowach zdążyła już przedstawić mu swoje poglądy na wyższość znietoperzonego szczura nad jej osobą, a wobec mocy jej argumentów ustąpić może i nie chciał, ale jednak musiał. - Znaczy, przynajmniej przed epidemią, bo teraz to nie wiem, czy tam coś zostało...
Nie marnując czasu na dalsze rozmowy, bo też nie było ani o czym dyskutować, ani z kim, niziołka poleciła wampiszczurowi ich prowadzić. Sama zaś ułożyła się wygodniej w ciepłej wełnie i wróciła do swoich rozważań nad niepewną przyszłością całego świata, naukową tajemnicą merynozy oraz wszelkimi możliwościami jej zapobiegnięcia. Nie zważała już nawet na trajkotanie Lake’a, do którego przyłączył się także i Zong. Z ponurego zamyślenia, gdy zastanawiała się czy może być jeszcze gorzej, wyrwały ją dopiero zimne krople, znienacka zaczynające kapać jej na nos.
- No tak, jasne, kurwa mać, jakby jeszcze sytuacja nie była zjebana to deszczu pierdolonego nam brakowało, jebać deszcz! - wydukał z siebie zaskakująco wulgarnie Parszywek, gdy kapanie wokół zaczynało przybierać rozmiary regularnej ulewy. Na zaskoczone spojrzenie niziołki, która nigdy nie słyszała go w aż takim stanie upodlenia językowego, wzruszył skrzydłami i dodał - Pomyślałem, że panicz Lake by tak powiedział, ale nie może. Bo jest chory i w ogóle…
- O tak, dokładnie tak bym powiedział! - elfbłąd nie uśmiechnął się szeroko chyba tylko dlatego, że już był szeroko uśmiechnięty - W mordeczkę, jak ten maluch mnie dobrze zna! Chodź no tu, wampirzy koleżko!
- Erika nie była pewna, czy bardziej zażenowana jest tym, że wielbłądzi Andromader objął ramieniem kark szczura i teraz czochrał go żartobliwie pięścią robiąc popularne wśród dzieci i idiotów “grzanie czachy”, czy bardziej jednak tym, że Zong nie tylko wobec tego nie protestował, ale wręcz cieszył się jak głupek. Którym z pewnością być musiał, skoro mimo kłótni w barierze tak dobrze zaczynał się dogadywać z tym całkowicie odrealnionym elfbłądem. Gdy jednak otworzyła usta, by wygłosić jakąś uwagę, poczuła w jednej chwili taki smród, że aż musiała przesłonić dłońmi nos i usta.
- Cholera, Dromek ty…. Jak ty jebiesz! - wyjęczała przez zatkany nos, nie siląc się na grzeczność i zbyt głębokie wdechy.
- No co poradzę, mokra wełna… - Andromader rozłożył rozbrajająco ręce, wypuszczając w końcu Parszywka - Tak już zawsze miałem, od maleńkości…
- Jakiej maleńkości, przecież ty jeszcze wczoraj… Ych, nieważne. - Erika postanowiła nie marnować resztek powietrza na jałową przecież dyskusję - Parszywek, błagam, powiedz mi, że to już jest chociaż blisko...
- No, niedaleko, prawie że na miejscu. Z kilometr może i powinniśmy tę zapadłą wiochę zobaczyć.
- No dobra, w takim razie... - kiwnęła głową, po czym zawołała - Dromek!
- Tak?
- Biegaj.

Szybki galop wielbłądziego elfa doprowadził ich aż do samego Meeeksyku już po niespełna dziesięciu minutach, trzeba było jednak przyznać, że koszt był wysoki. Oboje, zarówno wczepiony w garb Parszywek jak i owinięta ściśle wokół wielbłądziej szyi Nierdzewka, musieli bowiem znosić nie tylko ulewę, lecz także zabójcze tempo podróży połączone z jeszcze bardziej zabójczym zapachem ich środka lokomocji. Na domiar wszystkiego, chcąc odciągnąć ich uwagę od niekorzystnych warunków podróży, Lake zaczął... śpiewać.
- Jedzie tygrys jedzie, wielbłąd pod nim hasa, tygrys se ogląda swojego wielbłąąąąda! - Jakby sama piosenka, zeszłoroczny hit trubadurów w skłóconym z Tygrysorią Królestwie Małp, nie była wystarczająco tragiczna, to jeszcze elfbłąd musiał za każdym razem mrugnąć znacząco w stronę słuchaczy znad swych dziwnych okularów o przydymionych szkłach. Wszystko to składało się na podróż tak przykrą, że po wszystkim Erika czym prędzej pokuśtykała w stronę zabudowań. Owszem, uważała, że powinni traktować to miejsce jako podejrzane. Po pierwsze, wciąż w pełni nie ufała Vasylowi, nie mogąc uzyskać od niego informacji o tym dla kogo właściwie wykonywał swoje zlecenia. Po drugie: Przy całym tym merynoskim terrorze wokół nie spodziewała się ujrzeć normalnego życia w odsłoniętej, pozbawionej choćby ostrokołu wsi, a jednak w wielu oknach paliły się światła, więc miejscowość najwyraźniej wciąż istniała i żyła - a jeśli tak było, to należało mieć podejrzenia, czy może mieszkańcy tego miejsca nie byli istotami jeszcze bardziej niebezpiecznymi. Tak, Erika miała sporo niebezpodstawnych wątpliwości, te wyparowały jednak szybko, uleciały z niej stając się tylko nieistotnymi uprzedzeniami. Zwyczajnie marzyła już tylko o cichym, spokojnym i suchym kącie do odpoczynku, najlepiej przy kominku, a w dalszej perspektywie - tym dalszej, im bardziej jej mdłości przybierały materialną formę, zginając ją wpół pod pobliskim kaktusem - także ciepłym posiłku. Dlatego, gdy tylko żołądek jej na to pozwolił, pewnie podążyła błotnistą ścieżką ku największemu budynkowi we wsi. Ociekający strugami wody szyld głosił, że jest to karczma "Biały Wilk", co zresztą zdawała się zaznaczać również makabryczna kołatka w kształcie głowy wilka pożerającego owcę. Nie czekali długo, już po drugim zastukaniu drzwi uchyliły się, ukazując w szparze zapowiedź świata ciepłego, miękkiego światła i domowych zapachów. Oraz nad wyraz otyłej, antropomorficznej zajęczycy.
- Na bogi, nachodźcie, przecież wy całkiem mokrzy jesteście, no nachodźcie! - uchyliwszy drzwi na pełną oścież, gospodyni zachęciła ich do wejścia gestem i niemalże matczynym tonem. - W taką pogodę podróżować, do czego to podobne… Rozgośćcie się!
Wdzięczna Erika ściągnęła mokrą kurtkę i przez chwilę próbowała strząsnąć z ciężko podkutych butów nadmiar błota, lecz spotkała się znów z protestem własnej kostki. Obróciła się w stronę towarzyszy, chcąc wesprzeć się na którymś z nich, lecz nikogo przy niej nie było. Podążając wzrokiem za śladami ubłoconych łapek i kopyt, znalazła obydwóch już przy stole nieopodal kominka, gdzie radośnie wyszczerzeni stukali drewnianymi kubkami o cynowe talerze. Gospodyni zdawała się nie zwracać większej uwagi na ten przejaw chamstwa, dostrzegła jednak problemy niziołki.
- Ostrożnie, dziecko. - zajęczyca odstawiła trzymaną latarnię na parapet, wyjrzała krótko przez brudne okno na utopiony w deszczu wieczór, po czym zwróciła się z pomocnym ramieniem do Nierdzewki. Ta dopiero w tej chwili, gdy na oblicze antropomorfki padł miękki blask ognia, dostrzegła brak oka u gospodyni, przesłonięty dziwnie szeroką opaską. Powstrzymała jednak odruchowe wzdrygnięcie i pozwoliła zajęczycy zaprowadzić się do stolika. Po chwili stał już na nim dzban z ciepłym mlekiem oraz miska tłuczonej brukwi. Nie wybrzydzali, cała trójka pochłonęła ten nieprzesadnie elegancki posiłek z iście stosownymi do niego manierami, siorbiąc, ćlamkając i nawet popuszczając parę cichych beknięć. Przy posiłku Erika miała okazję się trochę rozejrzeć. Oprócz gospodyni, która przedstawiła im się jako Łucja Sadziwąż, w ciasnej izdebce znajdowała się tylko dwójka niemożliwie starych kozłów, zapewne stałych bywalców, łypiących na nich podejrzliwie znad swoich kufli. Pustka nie dziwiła jej, w końcu niewielu znalazłoby się takich, którzy w taką pogodę chcieliby wyściubić choćby kopyto poza próg chałupy. A jednak, już za chwilę ich grono miało się powiększyć.
- Widzę, że smakowało, musieliście być bardzo głodni. Niestety tylko tyle mogłam teraz podać, za to jutro… - Łucja właśnie zbierała wylizane do czysta* talerze, gdy drzwi otwarły się na oścież, wpuszczając do środka zimny wiatr, strugi wody oraz dwóch mężczyzn, a przynajmniej na mężczyzn brzmieli gdy siłując się z niedomykającymi się drzwiami, klęli na siebie naprzemiennie. Gdy oporna ościeżnica w końcu poddała się ich woli, jeden z przybyszy nawet bez patrzenia pochwycił stojącą na oknie latarnię i wyciągnął ją przed siebie, wyraźnie poszukując czegoś wzrokiem. Rozedrgane światło lampionu ukazało jego szarawą, owczą twarz, do połowy przesłoniętą czerwonym szalikiem skrywającym szczękę. Krople wody ściekały po jego zakręconych rogach, wystających spod przemoczonego kaszkietu. Cofnął się lekko, gdy tylko ich zobaczył, zaraz też zawołał gromkim, baranim głosem:
- Widzę mamuśka, że mamy gości? Kogoż to w taką pogodę przywiało? - zaciekawił się, odstawiając latarnię, tym razem na drugi parapet. Zaraz też dołączył do swojego towarzysza, młodego kozła w skórzanym płaszczu, grzejącego się już przy ogniu. - Skąd wy? Z Golfa może?
- Nie, my… tam dopiero mieliśmy zmierzać. - skłamała Nierdzewka, rzucając ostrzegawcze spojrzenia towarzyszom.Gdy zaspokoiła już najpilniejsze potrzeby ciała, znów wróciła do niej podejrzliwość. - Ale burza nas złapała no i… Tak trafiliśmy tutaj.
- I bardzo dobrze. - krótko stwierdziła Łucja,jedną ręką odstawiając na pusty stół miski z brukwią, drugą zaś ściągając baranowi z głowy mokry kaszkiet - Co ty, Kasz, bawół jesteś żeby w czapce do kolacji? Siadajcie, jedzcie.
- Ale nocować chyba u nas będziecie? - zainteresował się baran zwany Kaszem, podczas gdy jego kolega już futrował swoją porcję, nie spuszczając przy tym dziwnego wzroku z Parszywka. Nim jednak Nierdzewka zdążyła odpowiedzieć, albo Zong wszcząć rozróbę, znów wtrąciła się gospodyni.
- Oczywiście, że będą. W tę pogodę bym im nawet nie pozwoliła iść dalej. Rano pójdziecie, kochaniutcy. - zwróciła się do nich z tak ciepłym uśmiechem, że po prostu chciało się z nią zgodzić. - Pójdę wam przyszykować izbę, niestety mam tylko jedną, ale podejrzewam, że sobie poradzicie. Chłopcy… - zwróciła się do nowo przybyłych - ...przypilnujecie wszystkiego, dobrze?
I ruszyła po stromych schodach, wspinając się na nie z zaskakującą jak na jej tuszę sprawnością. Wspólna izba znów wypełniła się ciszą, którą jednak już zaczynało wypełniać radosne trajkotanie Andromadera, który próbował się zaprzyjaźniać z tubylcami. W końcu jednak Nierdzewka zdołała wejść mu w słowo:
- Ta wieś… Meeksyk, tak? Nie boicie się tutaj… Bo słyszeliście o Merynozie, prawda? My w drodze widzieliśmy… różne rzeczy. Dlaczego tutaj jest tak spokojnie, nie powinniście stawiać już barykad?
Baran wymienił z kolegą krótkie spojrzenie, ledwo zauważalne, lecz i tak zaniepokoiło niziołkę. Kozioł już otwierał brodaty pysk, ale Kasz go uprzedził:
- Ja powiem Mir, ty jedz. Otóż widzi panienka, wokół wsi, jak pewnie zauważyliście, rosną kaktusy. To jakaś dziwna odmiana, nietutejsza po prawdzie, ktoś je dobre kilkadziesiąt lat temu zasadził i rosną… I to z ich powodu zaraza nas omija. Te rośliny jakieś zapachy wydzielają czy soki, i zarażeni bardzo ich nie lubią… No i naszej wioski szczęśliwie unikają. Oj, podarzyło nam się szczęście, oj podarzyło!
Nierdzewka pokiwała głową w podzięce i oddała się rozmyślaniom. Obok niej przeleciał Parszywek, uczepiając się pazurkami krokwi pod sufitem i drwiąc sobie z porozwieszanego tu czosnku, Dromek spokojnym, przyjaznym głosem przytaczał nowym kolegom jakąś wesołą anegdotę o Mastodoncie, Chlevovianinie i Bawolandczyku, za oknem czasem rozległ się grzmot burzy, a w kominku ogień trzaskał cicho i pluł snopami iskier. Erika milczała. Odezwała się dopiero, kiedy zamknęły się za nimi drzwi udzielonego im pokoju.
- No dobra, panowie. - zaczęła niemalże natychmiast, zniżając ton do konspiracyjnego szeptu - Znacie taką grę “W ciula”? Bo właśnie ktoś z nami w nią gra. Ja dokładnie widziałam ten kaktus kiedy… kiedy tu szłam. I to jest zwykła cutasia vulgaris która nie posiada żadnych zdolności odstraszających merynozę. Coś tu wyraźnie nie gra.
- Ale numer…! - zawołał podekscytowany Adromader po czym znów się ubrał, bo już się zdążył rozebrać do spania. - Tajemnica, przygoda, sekrety małej społeczności! To mi się podoba! Zbadamy sprawę?
- Jakoś nie mam ochoty. - wyznała szczerze Nierdzewka - Coś mi tu bardzo nie gra… te ich spojrzenia… nerwowość… Nawet jakieś dziwne było to stawianie latarni w oknie. Myślę, że nie powinniśmy tu nocować, tylko wymknąć się gdy tylko…
- Wymykać to się muszą zacofane istoty nożne! Ja mam skrzydła! - Parszywek zaśmiał się pogardliwie i otworzył szeroko okiennice, wspiął się na parapet po czym wyskoczył, trzepocząc skrzydłami…I natychmiast zapiszczał przeraźliwie, gdy z świstem i furkotem coś przybiło mu błoniaste ramię do futryny. Krzyk tylko się nasilił, gdy kolejny WYSTRZELONY bełt zrobił to samo z drugim skrzydłem.
- Kurwa, musieliście tego próbować, co? - warknął jakiś stary baran na dole, przeładowując kuszę z miną osoby która nie znosi stania na warcie w strugach deszczu.
- O nie! Biją mojego ziomka! Trzymaj się, Parszywku! - zawołał autentycznie przejęty Lake, ale nim zdołał pomóc koledze, miał już własne zmartwienia. Drzwi do izby wypadły z zawiasów, gdy do wnętrza wbiło się kilku rosłych mężczyzn z Kaszem na czele. Rzucili się na Dromka i Nierdzewkę, ci próbowali odeprzeć atak, jednak zaskoczenie i przewaga liczebna nie pomagały im w walce. Elfbłąd co prawda kąsał przepięknie, jednak po otrzymaniu w głowę dębową lagą, nawet on musiał upaść zamroczony. Erika również nie zamierzała tanio sprzedać skóry, jednak zdążyła zdjąć swoją torbę z chemikaliami, a przeciwnicy byli od niej więksi. W ferworze walki pociągnęła jednak za czerwony szal okrywający szczękę Kasza… i przewróciła się aż na osłabionej kostce na widok czerwonych, głębokich śladów owczych zębów na szyi i policzku barana.
- Wy… wy jesteście zarażeni! - zawołała.
- Nie, panienko. Tylko ugryzieni. - odparł Kasz, po czym ruchem lagi zgasił niziołce wszystkie światła.

Poranek, w przeciwieństwie do nocy, był piękny i słoneczny. Cała lokalna społeczność, uśmiechnięta i pełna optymizmu, zebrała się więc zgodnie na placyku, gdzie właśnie rozpalano ogień pod kociołkami. Ostatnie dni były raczej chude, tym bardziej więc cieszył widok aż trzech obcych tkwiących w grzejącej się powoli wodzie, a którzy już wkrótce mieli napełnić spragnione mięsa żołądki.
- Wiem, że to wiele nie zmieni, ale nie wińcie nas. - zagadnęła do Nierdzewki nadzorująca prace Łucja Sadziwąż, widząc rzucane jej przez niziołkę, zabójcze spojrzenia.
- Jak cię nie winić ty kurwo, ty spasiona kaleko, ty zdradziecka żmijo, torbo jebana…! - przywiązana do poprzeczki nad garnkiem Erika zdecydowanie nie miała dobrego dnia, ani też więc powodów by być dla kogokolwiek miłą.
- Nie mamy innego wyjścia. - jednooka zajęczyca nie przejęła się zbytnio - Wszyscy tu jesteśmy ugryzieni, a to oznacza że nikt do nas nawet nie podejdzie. Nie mamy praktycznie żadnych dostaw a my też… Chcemy żyć. Robimy więc to co musimy.
- Zaraz, ale przecież owce.. Barany… Nawet zające… - wyliczył Parszywek - Wy wszyscy jesteście roślinożerni!
- Kiedyś tak było, i owszem. - odparł Kasz. Odkąd założył zabrane Dromkowi, ciemne okulary, w swoim kaszkiecie i szaliku cały czas wyglądał jakby zaraz miał zacząć pstrykać i nucić smutne piosenki. - Ale od czasu tamtego grila w sąsiedniej wsi…
Cały plac wypełnił się burczeniem żołądków na samo wspomnienie wyżerki tak znamienitej, że na zawsze odmieniła tutejsze nawyki żywieniowe. Łucja, ignorując kolejne wyzwiska Nierdzewki oraz Zonga, nabrała chochelką trochę wody z kotła by sprawdzić smak.
- Jest prawie dobrze. - zadecydowała - Wystarczy teraz dodać sezamik…
- Taaak! Sezam! Kocham sezam! - zawołał jakiś mały, antropomorficzny niedźwiadek i aż zanurzył pyszczek w stojącym worze z ziarnami, chrupiąc je ochoczo. Zajęczyca uśmiechnęła się na ten widok i pogłaskała chłopca po głowie.
- Jak my wszyscy, Kamilku. Jak my wszyscy. No, sypcie! - Na jej znak kilka młodych owiec przechyliło wielkie worki, które zaczęły wypełniać ciepłą wodę sezamem. Jedna z nich jednak aż upuściła ciężki wór, patrząc z dezorientacją na Dromka, po czym nieśmiało zaczęła tłuc go po głowie kopyścią,nie osiągając jednak zamierzonego efektu. Odwróciła się więc do Łucji z bezradnością w swych oczach.
- On… on nam wyżera sezam.
- O jakie to dobre… - wymamrotał Lake, który swą długą szyją co i rusz nachylał się do swojego kotła, by wyłowić paszczą kolejną porcję sezamu - Jadłbym i bym jadł!
- Przecież… przecież jakbyście dali się przebadać, moglibyście ocalić wszystkich! - Erika na chwilę zaprzestała bluzgów, spróbowała za to znów przemówić oprawcom do nieistniejącego najwyraźniej sumienia - Cokolwiek jest odpowiedzią na Merynozę, kryje się gdzieś w was, a wy, chuje, myślicie tylko o swoich żołądkach…! To przez was ten kraj wyginie, przez samolubnych, wrednych, owczych...
- Jadłbym i jadł… Takie dobre… Mimo iż to gorzkie takie… I w zęby włazi… Kurwa, ale to niedobre… Ja pierdolę…
Zaskoczona Erika odwróciła się w stronę Dromka… po czym bardzo tego pożałowała. Widok był bowiem conajmniej niepokojący, jak zresztą można by oczekiwać po szerokim, wielbłądzim pysku, którego nie pokrywa ani jeden włosek, nie licząc arystokratycznej elfiej bródki wieńczącej podbródek.Szczęka przeżuwająca pracowicie sezam po chwili także zaczęła się kurczyć, stopniowo powracając do znajomego kształtu elfiej twarzy. Na oczach wszystkich, zdumionych świadków tego zdarzenia, Anomander Lake splunął kilka razy ziarnami, rozejrzał się wkoło bojowym wzrokiem i zakomunikował:
-Który to kutas napakował mi tego gówna do ust? Chcę mu wpierdolić!

*Wszystkie przez Dromka.

[Obrazek: THQjwD2.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.08.2019 23:14 przez Szczery.)
01.08.2019 23:00
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Kyouchika Offline
Pomywacz
Pirat

*
Liczba postów: 1,058
Dołączył: 05.06.2009
Skąd: Trójmiasto :P
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #14
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Niegodziwek krążył nerwowo po komnacie, nie mogąc dalej patrzeć na spustoszenie, siane przez mitycznego giganta i bandę bezmózgich owiec w Golfie Wysokim. Irytował go fakt, że to one, a nie on dopuszczają się samosądu na mieście i jego mieszkańcach, odbierając mu tym samym tę niebywałą przyjemność. Pamiętał, jak dziś urazę, której doznał lata temu, przybywając w te strony. Młody, jeszcze nieprzesiąknięty nienawiścią do innych ras i ciekawy świata gnom, który na swej drodze poznał jego – Najśliczniejszego. Wtedy wszystko się zaczęło…

**

30 lat temu, jakaś pipidówa w ówczesnej Mastodonii

Do uszu mieszkańców Imperium Mistral od dawna dochodziły słuchy o dzikich, słabo zagospodarowanych terenach na wschód od Imperium Mistral – nic więc dziwnego, że znalazło się kilku śmiałków, którzy w pogoni za sławą, bogactwem, bądź po prostu uciekając przed czymś ruszali w podróż. Niegodziwek, czy też Naned, jak się rzeczywiście nazywał był jednym z nich – stosunkowo utalentowanym magiem, posiadającym drobne długi w rodzimym kraju, których oczywiście nie planował spłacać. Nie różnił się więc niczym od pozostałych podróżników – również kierowała nim żądzą pieniądza i był w stanie poświęcić wiele, aby osiągnąć swój cel. Niestety, sama wyprawa nie była taką sielanką, jakiej się spodziewał. Zamiast przez żyzne, obfitujące w bogactwa naturalne tereny przebijał się przez smutne, opustoszałe, niezamieszkałe przez nikogo. Na swej drodze spotykał jedynie cztery typy osób – innych poszukiwaczy przygód, kupców, zbójów, bądź tych, których podróż już się zakończyła na wieczność. Sam również, po kolejnej potyczce z grupą zbirów, wśród których znalazło się kilku z magicznymi zdolnościami znalazł się na skraju śmierci.
Był to niezbyt piękny, pochmurny dzień. Niestety, z nieba nie chciała spaść nawet kropla deszczu, umożliwiająca choćby chwilowe zaspokojenie łaknienia konającego gnoma. Ten patrzył pustym wzrokiem ku górze, licząc na cud, bądź odliczając sekundy, dzielące go od odejścia z tego świata. Był sam, towarzyszyły mu jedynie drzewa, kołyszące spokojnie nad jego głową swoimi bezlistnymi gałęziami. Ochładzało się i powieki stawały się coraz cięższe. Czuł, że to już jego koniec, jednakże wtedy na niebie pojawiła się łuna światła, opadająca powolnym, acz stałym ruchem ku ziemi. Oczy Naneda ożywiły się, uważnie śledząc to zjawisko i podążając za nim. Przypominało to drabinę, zrzucaną z góry na pomoc, pobudzając nadzieję na przetrwanie.
- A więc tak wygląda śmierć? – wymamrotał gnom, po czym mimowolnie, ostatkami sił wyciągnął swe ręce ku górze, próbując chwycić zbliżające się światło. Na jego twarzy zagościł uśmiech. Był już pogodzony ze śmiercią i czekał tylko, aż ta go zabierze. Powieki opadły, ręce też już niemal sięgnęły gruntu, jednakże coś je powstrzymało. Mag, zamiast twardego, chłodnego podłoża poczuł ciepło. Ciepło, które później rozprzestrzeniło się na wszystkie komórki jego ciała, powolutku przywracając funkcje życiowe. Powieki ponownie się otwarły, wzrok był lekko zamglony. Naned przyglądał się chwilę blaskowi, promieniującymi praktycznie przy jego twarzy.
- Magia lecząca? – zapytał z niedowierzaniem, czując, że część sił do niego wróciła – Jesteś kapłanem?
- Nie, nie jestem – odparł spokojnym, łagodnym tonem nieznajomy.
- Zatem przyszedłeś mnie zabrać na tamten świat? – zaśmiał się delikatnie gnom, nie spodziewając się takiej odpowiedzi.
- Ależ skąd! – odpowiedział natychmiast ten drugi, po czym wskazał coś, co znajdowało się za jego plecami – Pewna dziewczynka prosiła mnie o zebranie kwiatków, rosnących w tych okolicach, a że mi się nudziło, to przyleciałem.
Mag musiał przetrawić słowa, które właśnie usłyszał. Dawno nie spotkał się z takim bezsensem.
- Przylecieć? – zaczął ironicznie – Po kwiatki? – ciągnął dalej, powstrzymując się od śmiechu – Na początku zimy? – nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem, choć sprawiało mu to delikatny ból. – Co ty kurde, jakiś bóg jesteś? – poszła cała salwa, a z oczu ku jego zdziwieniu poleciały łzy szczęścia.
- Fakt… - odparł lekko zawiedziony przybysz – Przecież jest zima… - po czym przykucnął i dotknął ziemi.
- Właśnie! – zaśmiał się Naned – Pomyśleć, że spotkam tutaj takiego głupt…. – urwał, spoglądając na kucającą nieopodal istotę. Teraz, gdy jego wzrok odzyskał ostrość mógł przekonać się, komu zawdzięcza swoje życie. Zaniemówił, widok wstrząsnął nim niezmiernie. Kilka kroków od niego znajdowała się właśnie mierząca na oko pewnie ze trzy metry istota, posiadająca parę najprawdziwszych, błyszczących skrzydeł! Do tego długie, śnieżnobiałe włosy, sięgające pasa i ta poświata! Poświata, która okalała każdą partię bosko wyrzeźbionego ciała. Przyglądał się jej dłuższą chwilę, nie mogąc wykrztusić nawet słowa. W końcu zdołał wykrzyczeć:
- O kurwa, jaki śliczny! – na te słowa łypnęło na niego przeraźliwie ciemne oko, w dziwny sposób kontrastujące z resztą sylwetki. Usta złożyły się w coś na kształt szyderczego uśmieszku, z którego bił blask nieskazitelnie białych zębów
- Najśliczniejszy. – usłyszał jedynie w odpowiedzi, tonem bijącym niespotykaną pewnością. Po tych słowach postać podniosła leżący obok koszyk, po czym wzbiła się ku górze i poleciała w bliżej nieokreślonym kierunku. Niebo rozjaśniło się, a w miejscu, w którym moment wcześniej stała nieznana istota pojawiły się kwiaty.

**

- Jeb! Jeb! – dwadzieścia pięć sekund przerwy – Jeb! Jeb! Jeb! Jeb! Jeb! – Niegodziwek przysłuchiwał się z uwagą dźwiękom uderzeń o drzwi jego komnaty. Kiedy nabrał pewności, że osoba po drugiej stronie jest tą, na którą czekał otworzył portal, którym chwilę później w jego pokoju pojawiły się trzy postaci – Vasyl, Nandrus oraz rzucony przez nich na środek pomieszczenia Czyścioch.
- Witam Panów serdecznie – uśmiechnął się przyjemnie do przybyszy - Widzę, że udało Wam się wykonać zlecone zadanie… - pogładził się po brodzie, spoglądając z niekrytą satysfakcją na spętanego więźnia.
- Ano, udało… - mruknął w odpowiedzi lew, z niesmakiem przypominając sobie rzeź, której świadkiem byli jakiś czas temu – Chociaż nie będę ukrywał, że nie bez problemów… - spojrzał wymownie na czarodzieja.
- Ależ spokojnie Vasyl… - na jego minie pojawiło się wyraźne niezadowolenie, któremu towarzyszył niezwykle łagodny ton – Przecież wiesz, komu taki rozwój wydarzeń najbardziej pokrzyżował plany…
Antropomorf w prawdzie nie znał dokładnych zamiarów swojego pracodawcy, aczkolwiek nie mógł zaprzeczyć tym słowom, więc przeszedł do sedna i zapytał:
- Zatem… - przerwał na chwilę, wskazując leżące nieopodal ciało – Po cholerę Ci ten gościu?
- Po nic takiego… - gnom podszedł do owcy, kucnął przy niej i z pogardą dodał – Miałem udowodnić to wszystkim członkom Kręgu, ale wygląda na to, że będę musiał zadowolić się Tobą, a później… - spauzował, podsycając napięcie – A później się Ciebie pozbędę, wahahahahahaha!
Nandrus i Vasyl cofnęli się kilka kroków do tyłu, zgodnie stwierdzając, iż Niegodziwkowi odbiło. Jedynie Czyścioch, mimo sytuacji, w jakiej się znajdował zachował spokój. Spojrzał ze współczuciem na swojego oprawcę, po czym znużonym głosem powiedział:
- Naned… - spojrzał mu prosto w oczy – Ile razy tłumaczyliśmy Ci, że on nie istnieje!?
- On istnieje, przecież mnie ocalił! – zapierał się gnom.
- Jeśli istnieje, to czemu nie udało ci się go przywołać przez te kilka lat!? – podniósł głos szaman.
- Bo nie pochodzi z tego świata! – wrzasnął wyraźnie zdenerwowany.
- Khe… - szyderczo zagaił Czyścioch – Skoro nie pochodził z tego świata, to jak się tutaj pojawił?
Niegodziwek nie znał odpowiedzi na to pytanie. W prawdzie miał pewne podejrzenia, oparte na teorii portali, niestety jego pojęcie na ten temat ograniczało się do ich tworzenia i zamykania, i nie wiedział, na jakiej zasadzie dokładnie działają.
- Magia… - odparł słabo, najwyraźniej sam nieprzekonany do udzielonej przez siebie odpowiedzi – On zszedł z niebios…
- Ta, kurwa – zaczął wyraźnie zirytowany szaman – Z niebios… - parsknął śmiechem – A do tego latał, świecił i ożywiał roślinki!? – buchnął śmiechem, zapominając całkowicie o tym, że to on jest tutaj więźniem – Naćpałeś się i ci łepetyna jakieś niestworzone wizje podsunęła – podsumował, kręcąc dalej bekę z rozmówcy.
Gnom zacisnął piąstki i milczał, wyraźnie powstrzymując wzbierany w sobie gniew, bądź płacz. Vasyl przyglądał się tej scenie z zainteresowaniem. W prawdzie słyszał, że Niegodziwek, czy też wtedy jeszcze Naned był niegdyś członkiem Kręgu i wyleciał właśnie za takie bajdurzenie, jednakże nie spodziewał się, że te plotki były prawdziwe. W przeciwieństwie do szamana, mimo szczerej chęci powstrzymywał się od śmiechu, gdyż wiedział, że w jego przypadku taki wybuch mógłby się źle skończyć. Zerknął tylko na swojego towarzysza, chcąc sprawdzić jego reakcję. Zdziwił się, widząc mars na twarzy Wysokiego z Malekith. Ten po chwili uniósł głowę i łamiącym głosem zwrócił się w stronę milczącego maga:
- Chcesz powiedzieć, że widziałeś Anioła? – w oczach gnoma pojawił się błysk. Wyrwał się z marazmu i żywym krokiem zaczął podchodzić do niedbale zbitych desek, zdobiących centralną część pomieszczenia.
- No co Ty? – rzucił wyraźnie zdumiony członek Kręgu – Nie mów, że mu wierzysz…
- Nie to, że wierzę… - zaczął niepewnie Nandrus – Jednakże… - przerwał, wyraźnie próbując zebrać myśli. Widać było, że coś go gryzie – Jednakże… parę ładnych lat temu doszły mnie słuchy o dość osobliwych przypadkach, mających miejsce w moim rodzinnym Malekith… - dokończył, zerkając dyskretnie na Niegodziwka.
- Cóż to za osobliwe przypadki? – przerwał lew, udając zainteresowanie.
- Po prostu… - kontynuował Wysoki, układając i łącząc ze sobą w głowie pewne wydarzenia – W ostatnich kilkudziesięciu latach narodziło się kilkoro dzieci – ponownie uniósł głowę, po czym z nutką niedowierzenia dodał – Każde z nich posiadało skrzydła, a ich matki… - nastała cisza. Nandrus czerwienił się, gdyż nie spodziewał się, że kiedykolwiek przyjdzie mu wypowiedzieć takie słowa – Ponoć twierdziły, że ich ojcem jest Najśliczniejsza istota, jaką kiedykolwiek spotkały…
Vasyl i Czyścioch wbili w niego swoje spojrzenia z wyraźną dezaprobatą. Ten starał się ukryć przed ich wzrokiem, czując pogardę, jaką go teraz darzą. Niestety, nie udało mu się. Patrzyli tak na niego dłuższą chwilę, aż w końcu, mocno zawstydzony wymamrotał:
- Przecież powiedziałem, że nie to, że wierzę…
- Bingo! – donośnym, triumfalnym tonem wykrzyknął gnom – I co!? Łyso wam teraz!? – radował się coraz bardziej, wymachując przy tym rękoma. W prawdzie nigdy nie słyszał, o tym, żeby gdzieś na świecie pojawiły się jakieś skrzydlate bachory, jednakże faktem jest też to, że jego poszukiwania w zasadzie ograniczały się do Mastodonii, a gdy niesiony niepowodzeniem swojej misji trafił do Owczarnii… w zasadzie osiadł w niej na dobre, węsząc wokół spisek, mający na celu uniemożliwienie mu ponownego spotkania najwspanialszej istoty, jaką w życiu spotkał! Aczkolwiek dzisiaj, uzyskując przypadkowo tak istotną informację miało się ziścić!

Niegodziwek poszperał w kieszeni, wyjmując z niej niewielki, srebrny naszyjniczek w kształcie rombu. Przyglądał mu się chwilkę ze skupieniem, zamykając w końcu oczy. Tkwił tak w bezruchu kilkanaście sekund, aż w końcu je otworzył. Uśmiechnął się delikatnie, najwyraźniej zadowolony i podszedł żwawo do już nie tak wygadanego więźnia.
- Czyścioszku… - zaczął drwiąco – Teraz założysz ten uroczy naszyjniczek, a potem użyjesz swoich wspaniałych zdolności – posłał mu fałszywy, sarkastyczny uśmieszek.
- Phi… - odwarknął jedynie ten drugi, odwracając głowę w drugą stronę. Być może zrobiłby coś więcej, jednakże stan, w jakim obecnie się znajdował nie bardzo mu na to pozwalał. Wobec powyższego gnom bez większego oporu założył ozdobę szamanowi, po czym nakazał uwolnić go najemnikom. Ci uczynili tak, jak im nakazano. Mocno zdziwiło to obywatela Owczarnii, jednakże nie zamierzał skarżyć się z tego powodu. Rozprostowywał powoli ręce i nogi, przyglądając się uważnie, acz dyskretnie komnacie, w której się znajdował. Nadal pamiętał wcześniejsze deklaracje swojego dość dawnego „druha” i szukał drogi ucieczki. W prawdzie w pomieszczeniu było kilka wejść, jednakże biorąc pod uwagę, jak tu weszli raczej mało prawdopodobne było to, że wystarczy nimi po prostu wyjść. Do tego wyglądało na to, że dwóch dryblasów, stojących kawałek dalej niekoniecznie pozwoli mu odejść. Pozostała mu jedna opcja… w prawdzie rzadko kiedy przydawała się w tego typu sytuacjach, aczkolwiek pozostało liczyć na to, że właśnie teraz jakimś cudem się przyda. Tak, musiał użyć swoich mocy. Najciszej, jak mógł zaczął wypowiadać potrzebną inkantację. Ku jego zaskoczeniu nic, ani nikt mu w tym nie przeszkadzał. Zaniepokoiło go to, ale nie przerywał. Kiedy kończył, naszyjnik poruszył się i zabarwił na czerwono. W głowie szamana pojawił się jakiś obraz. Konający gnom, próbujący resztkami sił chwycić światła… a później… ta postać.

BUM!
Nieprzytomny Czyścioch opadł z impetem na ziemię. Nandrus i Vasyl niemal natychmiast do niego podbiegli, próbując go ocucić. Niestety, bez skutku.
- Co żeś mu kurwa zrobił!? – wrzasnął wyraźnie przerażony lew. Wiedział, że gnom sporo potrafi, jednakże po raz pierwszy widział w jego wykonaniu coś takiego.
- Nic takiego… - zaczął spokojnie – Po prostu chciałem coś sprawdzić – najemnik z niepokojem spojrzał na swojego zleceniodawcę, obawiając się, że sam też może tak skończyć. Czując zagrożenie wyciągnął miecz i wrzasnął do swojego towarzysza:
- Nandrus, szykuj się! – liczył na szybką, żołnierską odpowiedź, aczkolwiek odpowiedziała mu głucha cisza. Pełen obaw odwrócił się w stronę Wysokiego i zaniemówił.

Nandrus patrzył się z rozdziawioną gębą przed siebie. Chwilę temu znikąd zmaterializowała się przed nim postać nastoletniej dziewczynki, wpatrującej się teraz w jego oblicze swoimi wielkimi, jasnozłotymi oczyma. Wertowała go uważnie wzrokiem, najwyraźniej starając się go rozpoznać. We włosy, za uchem miała wpięty delikatny, jasnożółty kwiat, a jej głowę zdobił niezwykle barwny wianuszek. Wyglądało na to, że również pochodziła z Malekith. Przyglądała się mu dłuższą chwilkę, aż w końcu rzucając ostatnie spojrzenie na nieznajomego słodkim, lecz stanowczym głosem stwierdziła:
- Nie znam cię… - przerwała, dłubiąc sobie przy tym w nosie – A mamusia mówiła mi, że z nieznajomymi się nie rozmawia! – pokazała mu język, po czym szybko odwróciła się, ukazując swoje malusieńkie skrzydełka. Wyraźnie na coś czekała, gdyż chichrała sobie wesoło pod nosem, trzepocząc przy tym swoimi niespotykanymi narządami.
- A… anioł? – zdążył jedynie wymamrotać Wysoki nadal mocno zszokowany. Jednakże wyglądało na to, iż właśnie na te słowa czekała dziewczynka. Tempo jej machania wzrosło, po czym rozbawiona, zawiadacko, z lekkim rumieńcem na twarzy ponownie się odwróciła i zakrywając usta zapytała:
- Mówisz mi, że jestem śliczna? – słowa te najwyraźniej wybudziły Nandrusa z marazmu, gdyż bez chwili zastanowienia, najprawdopodobniej nauczony doświadczeniem odpowiedział:
- Wybacz, wolę starsze!
- Phi! – odparła wyraźnie zawiedziona. Przywykła do tego, że kiedy żyła wszyscy wokół mówili jej, jaka śliczna jest i teraz, gdy ponownie pojawiła się na tym świecie liczyła na to, że usłyszy to ponownie. Niestety. Rozpłakała się, po czym rzuciła w eter:
- Tato, tato! – płacz nabrał na sile – Jakiś dziwny Pan mnie zaczepia! – i znikła w zaświatach, mając nadzieję, że tego niemiłego prostaka spotka zasłużona kara.

- C.. c… co Ty kurwa zrobiłeś! – wyryczał Niegodziwek z niedowierzaniem, widząc znikającą dziewczynkę. Był mocno wstrząśnięty tym, że najprawdopodobniej stracił ostatnią okazję na to, by kiedykolwiek spotkać Najśliczniejszego. Coś ukuło go w serce, złapał się za nie i zaczął powoli osuwać się na podłoże.
- J… jak mogłeś!? – wymamrotał w stronę Nandrusa, wzrokiem pełnym nienawiści, wyciągając rękę jego w stronę – Z… zabiję cię…. – Wysoki już stawiał barierę, widząc szykującego się do zadania ostatecznego ciosu gnoma, aczkolwiek szok był zbyt wielki i ten padł ostatecznie na ziemię.

Mag światła przyglądał się ciału swojego niedoszłego pracodawcy, nie widząc żadnych oznak życia. Gdy uspokoił się wystarczająco, by móc znów w miarę spokojnie rozmawiać odezwał się do stojącego nieopodal Vasyla, próbującego znaleźć jakieś wyjście z komnaty.
- Myślisz, że powinniśmy mu pomóc?
- Pojebało Cię!? – odparł gwałtownym, podniesionym głosem – Przecież nas zajebie, jak się obudzi, niech zdycha, o ile już nie zdechł – dokończył bez ogródek, przeczesując dalej komnatę.
- Ale jak my mamy stąd wyjść bez jego pomocy? – odparł nieprzekonany.
- Nie pierdol, tylko szukaj! – lew miał już dość tego miejsca. W prawdzie na zewnątrz też nie było wesoło, ale tam przynajmniej mógł oddalić się na bezpieczną odległość. Wysoki nie wdawał się w dalszą dyskusję, podchodząc do nieprzytomnego Czyściocha. Wszystko wskazywało na to, że obudzi się za jakiś czas.
- Może on będzie wiedział, jak stąd wyjść? – wskazał blondyna ze złudną nadzieją.
- Wolałbym już dzisiaj żadnych duszków nie widzieć… - rzucił zirytowany Vasyl, mając w głowie sylwetkę dziewczynki – Weź mi tutaj poświeć.
- Myślisz, że do czego moja magia służy? – oburzył się Nandrus, aczkolwiek uczynił, jak prosił go kompan, nie chcąc żadnej kłótni. Wiązka światła przebiegła przez komnatę, rozjaśniając ją na jakiś czas.
- Dzięki. – odrzekł Vasyl, jednakże moment później usłyszał coś dziwnego. Komnata powoli zaczęła się trząść, a stojąca w jej centrum licha budowla zaczęła się świecić. W jej środku formował się portal.
- Nandrus… - spoważniał lew – Nie mówiłeś, że potrafisz tworzyć portale… - rzekł przyglądając się migoczącej przestrzeni.
- Nie potrafię… - odrzekł równie poważnie mag światła, nie kryjąc zaskoczenia i przerażenia. Wówczas przed portalem pojawiła się blisko trzymetrowa, półnaga, bosko umięśniona postać. Blask bił z każdej cząstki jej ciała, a skrzydła rozpostarły się szeroko, nadając jej jeszcze większego majestatu.
- To który zaczepiał moją córeczkę? – serdecznie się uśmiechnął, poprawiając jednocześnie swoje przeogromne piąchy.
- O kurwa, anioł! – zsynchronizowali swoje pełne zaskoczenia i zdziwienia głosy.
- Najśliczniejszy z nich! – odparła dumnie postać, napinając przy tym mięśnie. Teraz już rozumieli, skąd podobne zachowanie u wcześniej napotkanej dziewczynki…
- Tam leży – wskazali zgodnie Niegodziwka, odpowiadając na wcześniej zadane pytanie. Woleli nie ryzykować starcia z tym kolosem. Ten przyjrzał się spokojnie gnomowi, po czym zerknął na kulę, przedstawiającą wydarzenia z Owczarnii.
- Więc taką drogę obrałeś… – posmutniał, po czym odwracając się do pozostałej dwójki dodał – Dobra, to ja lecę. Pa! – już miał ponownie wejść do portalu, jednakże zatrzymał go Nandrus.
- Panie… - nie wiedział, jak się zwrócić do owej istoty – Aniele… Dokąd prowadzi ten portal?
- Wystarczy Najśliczniejszy! – puścił oko, po czym już spokojnie odpowiedział – Do Malekith.
- Kurwa… - przeklął Vasyl – Czyli nie wyjdziemy… - Najśliczniejszy spojrzał na nich z troską.
- Ty… - wskazał na Wysokiego – Umiesz w magię światła, więc masz… - z jego skrzydeł odłączyły się dwa piórka, zastąpione chwilę później przez kolejne i ułożyły się na dłoni najemnika – Ja pomogę Wam się wydostać, a Ty dla mnie załatwisz tego giganta… - wskazał kulę, ukazującą szalejącego Jojo Kujo. Moment później jedno z piórek podniosło się i anioł przepuścił przez nie drobną wiązkę światła, która po tym zetknięciu znacznie przyśpieszyła i zwiększyła swoje rozmiary, wybijając przejście w ścianie komnaty. Piórko znikło.
- Powodzenia! – Najśliczniejszy uśmiechnął się szeroko, po czym zniknął w portalu, który zaraz po tym zamknął się.
- Kurwa… - wymamrotał Nandrus, zastanawiając się co począć z drugim piórem.
- Powodzenia! – dorzucił Vasyl, śmiejąc się wniebogłosy.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.08.2019 03:02 przez Kyouchika. Powód: Poprawiona ortografia)
10.08.2019 02:37
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
fuszioms Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,258
Dołączył: 17.07.2012
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 15%
Post: #15
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Wieśniacy zaskoczeni nagłą przemianą Elfbłąda, stali w osłupieniu. Sylwetka więźnia zmieniła się. Stał przed nimi całkiem wolny elf, a pęta, którymi go związano leżały luźno na ziemi. Ona sam zaciskał pięści wyraźnie wkurwiony. Kasz, nie czekał, jako jeden z pierwszych oprzytomniał i krzyknął, reflektując swoich towarzyszy:
- Bierzcie za widły bo to Elf! Kupą go! – Pewność siebie wstąpiła w nich natychmiastowo. Kiedy zrozumieli, że ich posiłek chciał się nie tylko wyrwać, ale spuścić im też łomot, capnęli co mieli pod ręką i z krzykiem ruszyli na Anomandera.
- Wasze niedoczekanie skurwysyny! – Wrzasnął gniewnie przyszły władca Mistral. Z godnym siebie refleksem doskoczył do zajęczycy Sadziwąż i odpychając, wyrwał jej drewnianą lagę. – Zapraszam do tańca śmiecie! – rzucił gniewnie rozglądając się do koła, na otaczających go przeciwników. - Jeden, dwóch, trzech, ośmiu… Cholera, dużo ich – pomyślał, widząc skracający się dystans między nim a zarażonymi. Oczy nerwowo zerkały, to na zwanego Kaszem, a na innych zbliżających się. Nie miał czasu planować! Instynkt podpowiadał mu, by pierwszego capnąć byka za rogi. Pałka śmignęła z niebywałą prędkością i wylądowała między rogami napastnika. Twarda czaszka jednak pozwoliła zachować mu przytomność. Elf nie zwolnił, szybkim susem skrócił dystans i ciął od spodu. Jednak jak to cięcia pałką, zostawiła jedynie czerwony ślad. Uderzenie było na tyle mocne, by powalić Kasza na łopatki. Anomander chwycił leżącego Barana za poroże i wykonując Owczarskie Tornado, wymachiwał w koło nieprzytomnym antropomorfem. W oczach wioskowych zrodziło się przerażenie. Co dalej stojący wymieniali między sobą niepewne spojrzenia, wiedzieli, że nie mają z nim szans.
- No który teraz, który?! – krzyczał kręcąc się w koło Elf. Ci najbliżej stojący dawno leżeli z białkami zamiast oczu, a reszta rzuciła broń. Do uszu Anomandera dotarło skrzeczenie Zonga.
- Już wystarczy, poddali się! – Krzyknął próbując powstrzymać towarzysza, co skończyło się dla niego bardzo źle. Wypuszczony na komendę z rąk kolegi Baran, wyleciał z impetem i zabrał Parszywka ze sobą na najbliższe drzewo. Leżący plackiem, przygnieciony wampiszczur tylko lekko podrygiwał, a z ust wydobyła się ledwo słyszalna groźba. – By Cię szlag, Anomander!
***
Wydostawszy się z chaty, Nandrus i Vasyl widzieli terror siany przez Dumnostójkę. Jojo Kujo był ogromny! Byli podkomendni Niegodziwka patrzyli i nie wiedzieli co zrobić.
- Jedyne co mi teraz przychodzi do głowy – rzekł spokojnie Vasyl – to to, że beniz jest śmieszny.
- Muszę się z tym zgodzić. – Przytaknął patrząc na Lwa, jeden z Wysokich. – Tylko jak my to gówno pokonamy. – Podparłszy się pod boki, zapalił fajkę i wypuścił krąg dymu.
- Jak na razie niszczy i tak tylko Tych, którzy znajdą się w jego zasięgu. – mówiąc to nad głowami obu mężczyzn przeleciała zwalista skała, mijając ich jedynie o centymetry.
-Mówiłeś coś Lajonew? – zapytał, upuszczając fajkę Nandrus.
- Nic, a nic. – odpowiedział krótko. Vasyl, jako wieloletni najemnik mieszkający w Owczarni, słyszał legendy na temat potencji Stójek, jednak nie był pewien ich istnienia. Teraz, na jego oczach rozgrywała się tragedia, a on nie wiedział jak jej przeciwdziałać. Czuł na sobie presję NzŚ’a. Chciał działać, ale szabelką mógł co najwyżej pomachać i pogrozić. Ich przeciwnikiem był nie było kto, a Jotaro Kujo! Dlatego ich sytuacja zdawała się mu całkowicie tragiczna. Zadumę przerwało mamrotanie Wysokiego z Malekith.
- Co tam bełkoczesz, podziel się ze mną!
- Potencję bije impotencja! Światło mierzy się z ciemnością! – Przekonany mówił do siebie Nandrus, unosząc i opuszczając brwi. Na chwilę skupił się mocniej, co wyraźnie drażniło kompana.
- Bezczynność tylko pogarsza sprawę. – pomyślał lew, a musiał słuchać bzdur kolegi.
- Musimy Światło zamienić na mrok! – krzyknął po chwili milczenia Abert.
- To kurwa poczekaj do nocy, czy ki chuj! – wyraźnie zdenerwowany sytuacją Lew pacnął w policzek kolegę.
- Ała, za co to?! – popatrzył na niego Abert, wyraźnie niespodziewający się tego liścia. - Słuchaj! – wrócił do poważnej miny - Jojo sflaczał, teraz mamy jedyną szansę! – znowu uniósł i opuścił brwi –Musimy wysłać w niego wiązkę śmierci, czy jak wolisz mroku – powiedział, zaciskając ręce w pięści i patrząc na kolegę Nandrus.
- Ni cholery nie wiem o czym Ty do mnie gadasz, – chwycił go za barki lew - Jakiego mroku? – przekrzywił głowę w niedowierzaniu Vasyl.
- Mrok jest negatywną energią! Przeciwieństwem życiodajnego światła! – mówił pewnie, korzystając z wiedzy, którą zdobył w latach młodości .
- Czyli, że chcesz to gówno zabić ciemnością? Tylko jak, skoro mamy kurwa środek dnia?! – wtrącił się mu w słowo Lajonew, robiąc kółeczko z rękoma założonymi na siebie. Zrobił tak parę razy, po czym schował ręce do kieszeni i patrzył na kolegę bezradnie.
- Powiem Ci po drodze, uderzamy na Golfa! – ruszył dynamicznie Abert, chwytając towarzysza za ramię. Początkowo niechętny Vasyl ruszył za nim pokrzykując coś, czego widać nie chciał słuchać jego kompan.
***
- Jesteś ranny? – podbiegła do niego Nierdzewka.
- Nic, a nic – odparł spokojnie Anomander. – Ta banda wsioków nie była dla mnie nawet wyzwaniem. Takich jak Ci, to ja zjadam na śniadanie! – wyszczerzył do nich kły, czym spowodował widoczne zakolorowanie się twarzy Zajęczycy w barwy mleka. – Jak się czuje Zong? – Zapytał jakby z troską.
- Nic mu nie jest, tylko trochę go poobijałeś – odpowiedziała spokojnie, uderzając w głowę Kasza pałką wziętą od Elfa. Kasz próbując wstać, ponownie zapadł w sen.
- To dobrze – popatrzył w stronę drzewa – A teraz kocopoły jebane – odwrócił wzrok w stronę wieśniaków - wyśpiewacie mi, każdy po kolei, jak działa ta zaraza! – patrzył na nich z miną śmiertelnie poważną. Pozytywny Elfbłąd dawno zniknął, a w jego miejscu pojawił się zimny, pozbawiony skrupułów i wkurwiony Elf.
- Sezam. – powiedziała dygocząc się ze strachu Sadziwąż. – jemy sezam by przeciwdziałać naszej mutacji. – dokończyła kryjąc twarz za łapkami.
- Jak to kurwa sezam? – spojrzał na nich ze zdziwieniem – Mówicie, że to gówno cofa, lub hamuje Merynosów? – słowa zajęczycy wydawały mu się bez sensu. Jak pasza, której nawet nie dał by koniom (w Mistral konie karmiło się bardzo wyszukanymi mieszankami zbóż), może powstrzymywać mutacje. Zwłaszcza tak zabójczą.
- Przynajmniej tak nam się wydaje, nikt z nas nie stracił nad sobą kontroli! – powoływała się na przodków kobieta, mówiąc coraz bardziej rozdygotanym głosem.
- To bardzo prawdopodobne co ona mówi – wtrąciła się, ciągnąca na sznurku nieprzytomnego Parszywka, Erika. – Gdy byłam – kontynuowała – w podziemiach kręgu, na podłodze widziałam okruszki, teraz już wiem co to było. – Spojrzała poważnie na worek leżący u stóp gara, w którym jeszcze przed chwilą mieli zostać ugotowani.
Anomander złapał się za głowę, w jego myślach przeleciała mu scena jakby z innego życia. Zobaczył przed oczyma trzy dziwne postacie wyłaniające się ze światła, ale potem jakby wszystko się rozmyło i wizja się ulotniła.
- Parszywek! – Elf rzucił się do sznurka za niziołką – wstawaj baranie jeden, Ty też tam byłeś, musiałeś to widzieć!
- Co Ty robisz, jest nieprzytomny – próbowała go powstrzymywać, jednak nie miała tyle siły by odepchnąć elfa od nieprzytomnego kompana.
- Tsoo, co się dzieje? – wybełkotał wampiszczur, unosząc do góry lekko głowę. – Mamo, czy to Ty?
- Zaraz będę pasem Twojego ojca, jak Cię prał za dzieciaka! – zacisnął zęby Anomander. – Widziałeś trzech gości wychodzących ze światła w podziemiach? – szarpał półprzytomnym szczurem, Elf.
- T, tak, widziałem, chcieli mi dać chałwę, ale nie wiem co to i na co to – wybełkotał sepleniąc od potrząsanej głowy.
- Przestań nim tak rzucać bo Ci nic nie powie – doskoczyła wreszcie między nich Nierdzewka i uderzając kopniakiem Anomandera w kostkę, odsunęła go od mniejszego kolegi.
Ała – zasyczał elf, po czym odsunął się o krok.
– Po co im była ta chałwa, mów, Zong! – dopytała spokojnie Nierdzewka.
- W… Wody! – wybełkotał ponownie, omdlewający szczur.
- Dajcie mu wody! – wrzasnął na wieśniaków Elf, po czym kopnął w łeb ponownie próbującego wstać Kasza. Mieszkańcy rzucili się jak jeden mąż po wiadro. Wampiszczur pił łapczywie, a woda wylewała mu się po kącikach ust.
- Tylko nie nabierz wody w usta – mruknął Elf, zdając sobie sprawę z suchości swojego żartu. – Możesz już, zaspokoiwszy pragnienie, powiedzieć nam coś więcej o tej chałwie? – spytał, siląc się na ironicznągrzeczność.
- Jeden z tych trzech, ten z jednym okiem, mówił coś o leczniczym działaniu chałwy.
- Chałwy?! – popatrzyła na własne ręce Erika, po czym wbiła oczy w ziemie.
- Tak, - kontynuował Szczur – mówił, że trafili w sam środek merynozy i zmieniasz się w parzysto coś tam, chyba, że masz chałwę, na pod – podrapał się po głowie Zong - podboku? – zapytał niepewnie.
- Podorędziu – dokończył wychodząc przed wieśniaków Następca tronu Mistral. – Słuchajcie, bo nie będę powtarzał! – zwrócił się głośno i donośnie do wieśniaków, obarczając ich mrożącym spojrzeniem. Wiecie jak zrobić tę chałwę?
- To nie wystarczy – szepnęła Erika.
- Co nie wystarczy? – spytał jej, zaskoczony Zong, wyrywając z przemowy Elfa.
- Anomander, Parszywek, chodźcie na słowo – wskazała na nich pewnie i zaprosiła na bok, za szopę. Po chwili rozmowy, wrócili do tłumu, a Anomander ponownie wyszedł by przemówić.
- Słuchajcie – słowa ugrzęzły mu w gardle – moi drodzy – dokończył z trudem. – By wyzdrowieć, potrzebujemy waszego DNA.
- Czegooo? – po tłumie przeszły szepty zdziwienia.
- DNA! I nie przerywać kurwie syny! – wrzasnął na nich, powodując momentalny posłuch Zong.
- Dziękuję CI Parszywku za tę jakże – kontynuował udawanym słodkim tonem Elf – piękną wstawkę. – Po czym skłonił się nadzwyczaj szlachetnie Elf. – Chodzi o to, żeby pobrać próbki waszej wełny i zmieszać ją z sezamem, a następnie z resztą składników, które wam podamy. Ta oto tutaj niziołka, to alchemiczka, możemy was KURWA – podniósł głos – uratować psubraty.
- Jak to uratować? – podniósł się w końcu skopany Kasz. – Mówisz o surowicy?
- Coś w tym rodzaju – popatrzyła na nich śmielej Erika. Jej oczy płonęły blaskiem, czuła się dumna. Wiedziała, że to musi być to! Sezam, DNA zarażonych, plus miód (a zdrowotności miodu nikt nie odmówi).
- oby go mieli – pomyślała zafrasowana. – Także ten. Elf poda wam zaraz listę tego, co macie nam przynieść, a my, sporządzimy wam odtrutkę, czy zwał, jak zwał!
***
- Dobra, tylko czy musi być żywy? – zapytał biegnąc Lew mijając leżące na ziemi martwe merynosy. – Te kreatury rzucają się jak chore, o zadrapanie nie trudno!
- Jesteś najemnikiem odkąd pamiętam, zapewnij mi trochę czasu!– spojrzał stanowczo na kolegę Nandrus.
- Jak sobie chcesz, tylko nie każ mi czekać za długo! – wrzasnął i odbiegł od kolegi w stronę Golfa. Chyżość i zwinność Lwa była imponująca. Wskoczył w potwory i ciął je od prawej, do lewej. Jedynym tak po prawdzie problemem była ich ilość, jak i szalejący Jotaro Kujo. Olbrzym rzucał na wszystkie strony truchłami i kamieniami pozostałymi po mieście. Świszczące koło uszu Lwa kondygnacje zdawały się nie mieć końca. Co chwilę Lew rzucał ukradkiem spojrzenia w stronę skupionego towarzysza. Przed Nandrusem lewitowało małe piórko, z niego, jak i rąk Wysokiego biło piękne światło. – Już? – zapytał gniewnie – Bo jak kurwa widzisz… Nie ma ich końca! – wrzasnął, robiąc parę uników, których nie powstydził by się niejeden akrobata.
Po dłuższej chwili zmagań swojego kolegi z owcami, Abert wrzasnął na całe gardło, tak, że zwrócił też uwagę Jojo:
- Tak, teraz! – z jego oczu zamiast gałek widniały dwie gorejące i świetliste kule. Ręce złożone jak do modlitwy rozłożyły się. Jedna obok drugiej, a z nich poczęła ulatniać się z wolna wiązka światła. Mała struga przeniknęła przez piórko i rozszerzyła się gigantycznie. Była przynajmniej wielkości Stójki. Lew dzikim skokiem przesadził z pięćdziesiąt owiec. Przykucnął, naprężył wszystkie mięśnie w nodze i wybił na parę set metrów zarażoną. Mała, zgniła w połowie owca, poszybowała w przestworza becząc coś bez sensu.
- JOTARO, KISAMA! – wrzasnął lew, patrząc na lecącą w górę owcę. Strumień światła przeniknął stworzenie, a z pięknego, zmienił się w obrzydliwie fioletowo-czarny. Czuć było od niego śmierć! Życiodajny promień, teraz niósł zniszczenie. Wielka fala trafiła w sam środek Jojo. Potworny huk, mrugnięcie i rozbłysk białego światła przeszył niebo. Na chwilę wyszło słońce, spomiędzy chmur błysnął uśmiech przepięknej istoty. – Udało się – pomyślał Lajonew – zrobiłeś to Abert! – po czym jego oczy przysłoniła ciemność, a ciało zniknęło pod wielką łapą Jotaro Kujo.
- Dzięki, przyjacielu – wyszeptał wyczerpany Abert – Twoje poświęcenie nie pójdzie na marne! – po czym upadł i zasnął, a polanę przed Golfem pokrył smutny deszcz.

[Obrazek: 2mhyet3.gif]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.08.2019 11:06 przez fuszioms.)
16.08.2019 13:00
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 5,960
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #16
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Tuż po tym, jak Vasyl i Nandrus opuszczają komnatę za pomocą magicznego piórka, do uszu nieprzytomnego jeszcze na ten moment szamana, zaczęły dochodzić niepokojące głosy. „Do roboty. Do roboty. Do roboty”
- Do roboty! – Wreszcie usłyszał zdecydowany, złowrogi krzyk, który momentalnie go obudził.
- Do roboty. Do roboty – Zawtórowały mu inne, brzmiące równie niepokojąco jak ten pierwszy.
Otworzył oczy, lecz nikogo przed nim nie było. Podniósł się obolały z klęczek i wtedy zobaczył swój cień. Nie był to jednak zwykły widok. Cień nagle stracił kształt swego właściciela i przybrał postać przerażającej czarnej masy z ostrymi zębiskami i wyłupiastymi oczyma świecącymi czerwonym blaskiem. Po chwili cienisty demon na powrót przybrał postać szamana. Gdy tylko cale to dziwne zjawisko ustało, Czyścioch zaczął jeszcze bardziej, mocniej niż miał w swym zwyczaju, zacierać ręce. Pot spłynął mu po czole, wiedział aż za dobrze, co ta wizja oznaczała. A raczej to, co zobaczył, gdyż nic mu się nie przewidziało. Spojrzał nerwowo na tatuaż pod rękawem szaty. Klepsydra, którą prezentował była już w 90% wypełniona. Miał coraz mniej czasu. Wszystko wymknęło się spod kontroli. Jeszcze on sam padł ofiarą porwania... tak, nie miał na to wpływu. Wiedział jednak, że to nie będzie żadną wymówką. Znał cenę, a czas zapłaty nieubłaganie się zbliżał. Sam nie wiedział, jak poradzić sobie z tą sytuacją. A czasu na rozmyślania nie miał. Czuł upływ każdej kolejnej sekundy. Pod ścianą zobaczył Niegodziwka, sprawdził mu puls, nie żył. Nie miał pojęcia, co tu się wydarzyło. Rozejrzał się nerwowo i wtedy znów to usłyszał: „Do roboty!”- Zagrzmiał głos w jego głowie, aż szaman momentalnie dostał gęsiej skórki. Przełknął jednak ślinę, wziął głęboki wdech i spojrzał na swoją dłoń. Tak, nie lubił tego robić, właściwie bardzo rzadko się do tego uciekał, ale teraz... teraz nie miał wyjścia. Wyciągnął zza pazuchy sztylet z czaszką. Ponownie przełknął ślinę po czym wyciągnął rękę przed siebie.
- Wzywam was, złe duchy – wypowiadając te słowa zaczął nacinać sobie skórę po wewnętrznej części dłoni. Zacisnął rękę w pięść. Krew zaczęła ściekać z rany, a krople padać na posadzkę. Cień znów zaczął się deformować i przybrał postać rozdziawionej gęby. Ta ochoczo przełykała kolejne krople krwi. Czyścioch czuł straszne obrzydzenie sobą, że do tego dopuścił, że musiał dokonać czynu tak nikczemnego, jakim jest samookaleczenie. Nie tylko godziło to w jego poczucie czystości tej fizycznej, dającej się zaobserwować formie jaką było ciało, ale i duszy. Zachodzącej coraz większym mrokiem. Jak to naczynie z wodą, do którego wpuszczono kapkę czarnego atramentu, a po jakimś czasie znowu dodano kilka kropel, w skutek czego woda stawała się w nim coraz ciemniejsza i ciemniejsza. I zdawał sobie z tego aż za dobrze sprawę. Czuł, jak stacza się w ciemność. Wiedział, że musi działać szybko. Cień szybko przybrał czerwoną barwę, a w ciało szamana wstąpiły nowe siły. Rytuał się dokonał.
- Zanieście mnie do niej – oczy zapłonęły mu tym samym, złowrogim krwistym blaskiem jak jeszcze przed chwilą świeciły u jego cienia.
Z mroku na posadzce wypełzła chmara innych cieni, a z nich uformował się cienisty powóz. Wyglądało to jakby czarny malunek na posadzce – tyle, że żywy. Szaman usiadł na tym, po czym powóz zaprzęgany w cienie ruszył pędem z miejsca.
---


Ryu Lin, zatoczył nad Golfem Wysokim kilka kół, po czym wrócił do swego Pana z meldunkiem.
- Panie, wielki Jo został pokonany.
- Co?! – Beczułka wyskoczył z kibelka jak oparzony. W ręku trzymał jeszcze nadgryzionego batona. Szybko poprawił gacie i znów się odezwał do swego sługi.
- Jak do tego doszło?
- Liczyłem pozostałe merynosy, kiedy pojawiła się jakaś dwójka, nietutejsi. Strzelili jakimś dziwnym promieniem i olbrzym padł. Jeden przypłacił to życiem, ale drugi przeżył, Panie.
- Cholera jasna! – zaklął mistrz – Wiedziałem! Wiedziałem, że ci pieprzeni poszukiwacze przygód w końcu napytają mi biedy! I właśnie dlatego dobiłem targu i za siłę robotniczą w postaci niewolników, skierowałem na granice te wszystkie leniwce! By każdemu takiemu chojrakowi to wyperswadować! Ale nie, zawsze ktoś się musi przedostać! – tupał wściekły nogą.
- A nie chodziło o to, Panie, by zrobić na złość tym z Kręgu? Że oni chcieli mieć nowe obiekty badawcze, a ty im to utrudniałeś?
- No, o to, oczywiście też – uśmiechnął się na myśl, że mógł im cały czas kłaść kłody pod nogi, a oni nawet o tym nie wiedzieli.
- Co rozkażesz?
- Będzie tego dobrego! Wsiadam na Ciebie i lecimy do tego Golfa. Osobiście rozprawię się z tym ocalałym sukinsynem!
- Jak sobie życzysz. - Obniżył głowę, by umożliwić swemu Panu wejście na jego grzbiet, po czym machnął skrzydłami i oderwał się od ziemi.
---


Tymczasem w wiosce otoczonej kaktusami, sezamem płynącej, nastąpiło wielkie jak jeszcze nigdy poruszenie. Oto miał ktoś odczynić złą klątwę (niektórzy twierdzili, że to nie choroba, tylko klątwa) i mieli na powrót stać się pełnokrwistymi owcami, koziołkami, zającami - po prostu sobą. Ci bardziej sceptyczni nie dowierzali w te rewelacje i uważali, że to tylko taka wymówka przybyszów, by ich oszczędzono. Kto jednak widział, do czego zdolny był elf, ten wiedział, że nawet jeśli to tylko jeden wielki blef, to i tak z posiłku nici. Inni ochoczo rzucili się do spiżarni po miód, który ponoć był kluczowym składnikiem całej tej receptury. Nawet jak dziecko chciało sobie dodać łyżeczkę miodku do herbaty, matka natychmiast wytrącała mu ją z ręki i pędem zanosiła słoik na miejsce zbiórki. Była to gruba przesada, ale nikt nie chciał ryzykować, że zabraknie któregoś ze składników. Poza tym niziołka nie powiedziała dokładnie, ile czego będzie potrzebowała. Gdy zobaczyła te wszystkie worki sezamu i słoje z miodem w pierwszym momencie aż zaniemówiła.
- Yyy, dziękuję za tak szybkie uporanie się ze zgromadzeniem składników – odparła, będąc wciąż w wielkim szoku. Spojrzała na piętrzącą się przed nią górę składników. – Ale AŻ TYLE, to mi tego nie potrzeba, naprawdę – zrobiło jej się głupio. - No dobrze – zakasała rękawy - pora brać się do roboty! – krzyknęła pełna entuzjazmu i zabrała się za ważenie cudownego antidotum. Lake postanowił się rozłożyć na leżaku, przyniesionym przez Kasza i obserwować, jak inni harują. I tak nie zapowiadało się, by przez najbliższą chwilę miało się wydarzyć coś wartego jego uwagi. Zong tymczasem pomagał jak mógł. Alchemiczka nawet nie musiała go do tego specjalnie namawiać. Sam się zgłosił, a że krzepy mu w tej postaci nie brakowało, był z niego idealny asystent. Ochoczo chwycił za wielki kocioł, w którym jeszcze nie tak dawno temu mieli się wszyscy razem ugotować.
- Dobrze, Parszywek, a teraz wrzuć tu ten sezam, tak z 10... – Przekreśliła coś w swoim notesie – Nie, z 15 kilo.
- To w końcu 10 czy 15? Może byś się zdecydowała? – krzyknął w jej stronę elf, nie mogąc przepuścić okazji do szydery.
- A co cię to obchodzi, skoro i tak nie masz zamiaru pomagać?! – warknęła w jego stronę.
- Wiesz, jestem arystokratą. To inni zasuwają dla mnie, a nie ja dla nich – wyciągnął się wygodniej na siedzisku zakładając ręce za głowę.
- Mam mu przywalić? – zapytał Zong, który tylko szukał pretekstu do zaczepki z elfem.
- Dziękuję ci, ale szkoda na to czasu – siląc się na uprzejmość odparła niziołka. Tak po prawdzie chciałaby zobaczyć, jak elf dostaje po zarozumiałej gębie, ale miała świeżo w pamięci, jak skończyła się ich wcześniejsza „konfrontacja” i wiedziała, że tylko Zong byłby poszkodowany. – Zresztą, jesteś mi potrzebny tutaj – uśmiechnęła się i podała mu chochlę, by trochę za nią pomieszał.
Zong wnet odczytał przekaz i ochoczo chwycił za chochlę po czym mina mu zrzedła. Gęsta maź, która w dużej mierze składała się z miodu sklejonego z owczą wełną, stawiała bardzo zaciekły opór. Choć pod koniec ważenia, wylewał już z siebie siódme i ósme poty, starał się za wszelką cenę tego nie okazywać. Po kilkunastu minutach antidotum było gotowe.

- Skończyłam! – rozentuzjazmowana niziołka nie kryła radości z wykonanego dzieła.
- T-to naprawdę nam pomoże? – z niedowierzaniem patrzył na wywar w kotle Mir.
- No ba! – odparła dumna z siebie Nierdzewka. – To lek na całe zło tej krainy!
- No to chlup w ten głupi dziób – krzyknął Kasz i już był zanurzył pysk w kotle, gdyby nie został zdzielony po głowie chochlą. – Nie tak łapczywie! Ma starczyć dla wszystkich! – syknęła Nierdzewka.
- A skąd wiemy, że to w ogóle działa? – zagaiła zaciekawiona coraz bardziej zajęczyca.
- No, nie wiemy. Zero gwarancji, pieniądze fit, wyrzucone w błoto – zadrwił Kasz, jakby w jakimkolwiek stopniu przyczynił się do powstania tego wywaru.
- Ja to zrobiłam dla dobra nauki! Dla was wszystkich, nie dla pieniędzy! – krzyknęła oburzona, jakby kiedykolwiek wspominała o jakimś wynagrodzeniu.
- Nie zapominaj, że to JA odkryłem jak sezam wpływa na tę chorobę! I nie omieszkam o tym wspomnieć w swojej książce. Mam już nawet tytuł: ”Podróże Pana Lake’a!” Zong, kurwiu, ty tam wszystko notujesz jak trzeba? – łypnął na niego z leżaka elf.
- Tak, tak, oczywiście. – Wyjął pospiesznie notes, żeby się nie wydało, że wcale nie wszystko.
- Nie mam zamiaru odbierać ci Twoich WIELKICH zasług – ukłoniła się przed Anomanderem w pas Nierdzewka.
- Dobra, dobra – krzyknął ktoś zniecierpliwiony z tumu – wy tu się sprzeczacie, a wywar stygnie.
- Dobrze godo! – zawtórował mu ktoś inny.
- Nie gadać tylko ustawić się w kolejce! – przejął inicjatywę Zong. Nie mógł już znieść tych narzekań i niewdzięczności.
O dziwo posłuchali jego nakazu i wszyscy jak jeden mąż zaczęli się ustawiać jeden za drugim.
- Ja mam horo córgę! – krzyknęła jakaś owca.
- Wszyscy tu są chorzy, kobito! – warknął na nią ktoś z tłumu, któremu nie podobało się, że owa pani uzurpowała sobie prawo do pierwszeństwa.
- Spokojnie, wystarczy dla wszystkich – uspokajała Nierdzewka i podniosła chochlę, by wlać gęsty płyn do pyska pierwszego kandydata.
Kozioł przełknął substancję, oblizał się, no bo to w końcu miód i beknął.
- Ups, przepraszam.
Nierdzewka już miała mu wymierzyć cios chochlą, ale się powstrzymała. Było nie było przeprosił, poza tym teraz była ciekawa efektów.
- I jak? Czujesz coś? – zapytał go kolega stojący tuż za nim, który najwyraźniej też był ich ciekaw.
- Nie, niespecjalnie.
- Czyli nieee działa – ryknął głośno Kasz.
- Phi, tyle zachodu o nic! – ozwał się kolejny niezadowolony głos przypadkowego mieszkańca wioski, nad którym nie ma sensu się zbytnio pochylać.
- A-ale że jak to... – łamiącym się głosem odparła niziołka.
- A tak to! – odpyskował kozioł, który był pierwszym kandydatem.

- To nie jest Twoja wina, zdolna alchemiczko. - Ozwał się tajemniczy głos, po czym zza kaktusów wyłoniła się znana już jej postać.
- Ty... – spojrzała na dość dziwnie ubranego jegomościa odzianego w jakieś rytualne szaty. – Ty jesteś członkiem Kręgu!
- Ooo – rozległo się głośne zaskoczenie wśród tłumu.
- Owszem, choć poprawniej byłoby powiedzieć, że byłem – Zatarł ręce, choć na skutek świeżej rany, która wciąż krwawiła, sprawiło mu to dodatkowo ból. Zbliżył się do Nierdzewki i samego kotła.
- Widzisz, moja droga – szaman zatarł ręce tym samym kilka kropel krwi ściekło do kotła. - Krzykalski, wiesz, tamten rudy alchemik, wspominał coś, że dobra mikstura to dobrze wymieszana mikstura. Najwyraźniej tutaj ktoś – tu spojrzał na wampiszczura - się dostatecznie nie przyłożył.
- Co?! – syknął na niego Zong – Mieszałem to jak głupi przez cały kwadrans, a Ty mi mówisz, że za krótko?! – Już nawet nie chciał wspominać o tym, że od tej roboty piekły go ręce.
- Bardzo możliwe – odparł ze stoickim spokojem.
- A co ty tak trzesz te łapy? – zapytał podejrzliwie wampiszczur.
- To taki jego, yyy, tik nerwowy – westchnęła Nierdzewka. – Nie pytaj. – Zaraz zwróciła się w stronę szamana, który stał tyłem do kotła.
- O co chodzi? – zapytał, strzepując do wnętrza jeszcze kilka kropel.
- Skąd wiesz, że to pomoże? Że w ogóle receptura jest dobra? – rzuciła mu równie co wcześniej Zong, podejrzliwe spojrzenie. – I skąd ty się tu w ogóle wziąłeś?
- To długa historia. Odpowiadając na wcześniejsze pytania, wiem, bo widziałem to w mej wizji, a te nie kłamią. Poza tym, co ci szkodzi spróbować?
Tutaj mu musiała przyznać rację. Nic nie szkodziło. Mimo to musiała to przemyśleć. Nie pasowało jej, że członek Kręgu chce pomóc w odczynieniu choroby. To było podejrzane. Z drugiej strony Kręg już nie istniał. Co więcej, wszyscy, mało co, nie zginęli przez Merynosów. Może przez tę krótką chwilę współpracy, która miała miejsce w katakumbach, nawiązała się między nimi jakaś nić porozumienia? Może nie jest zły? Te i inne pytania kłębiły się w jej głowie, aż nie wytrzymała, musiała zapytać.
- Czemu chcesz nam pomóc?
- Podejrzliwa z ciebie istota. Cóż, Krąg przestał istnieć, a ostatnie wydarzenia, których sama byłaś świadkiem, dały mi sporo do myślenia. Chciałbym jakoś odkupić swe winy i podziękować losowi za to, że dał mi drugą szansę. Bo życie to miłość, to radość. Czystość ducha, która...
- Dobra, dość tego pierdolenia – krzyknął podirytowany Lake. – Na wymioty mi się zbiera jak słyszę takie pierdololo. - Splunął w dłonie i zatarł ręce – Noc nas zastanie, jak ty będziesz to mieszał, dawaj to – rzucił Parszywkowi pogardliwe spojrzenie. - Jedziemy z tym koksem! – chwycił oburącz chochlę i zaczął energicznie mieszać. Maź nie miała z taką siłą najmniejszych szans i grzecznie rozkładała się po ścianach wielkiego naczynia. Nierdzewka mogłaby przysiąc, że gdy skończył, wywar przyjął nawet inną barwę.
- Dobra, kurwie syny, gotowe! Żreć co dali! – po tych słowach wziął chochlę i wsunął ją razem z zawartością pierwszemu lepszemu kozłowi, który stał najbliżej.
Nieszczęśnik, który został tak znienacka potraktowany, zaczął się krztusić. Po chwili jednak przestał i poczuł się jakoś dziwnie. Tak jakby ciepło mu się na żołądku zrobiło. Ale nie to było ważne. O wiele istotniejszą kwestią było to, że oznaki merynozy zaczęły powoli samoistnie znikać.
- Eureka! To naprawdę działa! – krzyknęła Nierdzewka i z nadmiaru pozytywnych emocji rzuciła się w ramiona Zonga. Pieczenie rąk ustało jak ręką odjął.
Nastała głucha, nieprzenikniona cisza. Przez dosłownie chwilę, nie było słychać absolutnie nic. Wszyscy mieszkańcy wioski z niedowierzaniem patrzyli na swojego wyleczonego kolegę. Nie jednej antropomorficznej kobiecie spłynęły po policzkach łzy. Cisza ta nie mogła jednak w takiej sytuacji trwać zbyt długo. Nagle przerwał ją jeden, gromki, radosny ryk.
- UDAŁO SIĘ!!! – wrzasnęli wszyscy, jak jeden mąż i zaczęli na zmianę śmiać się i płakać. Radosnym okrzykom nie było końca. Elf odsunął się od kotła i pozwolił, by to Nierdzewka, ta najbardziej zasłużona, poiła po kolei wszystkich cudownym lekiem. A przynajmniej takie można było odnieść wrażenie. W rzeczywistości było inaczej. Nie chciało mu się stać przy kotle jak jakiś pajac i karmić całą wioskę. Na to był zbyt dumny. Raz, żeby zebrać zaszczyty to tak, ale nie jakieś ślęczenie przy kotle jak debil. O nie, to nie było w jego stylu.
Choć kolejne osoby cudownie ozdrawiały, nieliczni do końca nie mogli dać temu wiary, aż sami nie spróbowali gęstej substancji i objawy choroby u nich nie ustąpiły, a kocioł nie został wyzerowany. Nierdzewka wciąż nie mogła w to uwierzyć. Po tylu trudach, zmaganiach, w końcu udało się opracować recepturę, która naprawdę mogła zbawić świat. Bardzo była tym wszystkim podekscytowana. Do tego stopnia, że niemal zapomniała o szamanie, który najwyraźniej miał do niej sprawę, gdyż zaczął jej dawać jednoznaczne znaki, że chce coś powiedzieć.

- O co chodzi, szamanie? – zapytała wciąż z uśmiechem na ustach, dopisując do receptury „trzeba PORZĄDNIE wymieszać”.
- Przede wszystkim chciałbym Ci pogratulować, bo to, czego dokonałaś ty i Twoi przyjaciele, to naprawdę wspaniała rzecz.
- Dziękuję, ale gdyby nie ty – chciała już coś powiedzieć, ale szaman przerwał jej w pół słowa.
- Ja nic nie zrobiłem, tylko dodałem Ci wiary. To Ty tego dokonałaś i to Ty ich wszystkich uratowałaś – rozpostarł ręce szeroko pokazując uradowanych mieszkańców. Po chwili jednak musiał je zatrzeć, też po to, by ukryć ranę.
- Dziękujemy! - padł okrzyk jednego z miejscowych.
- Nigdy wam tego nie zapomnimy!
- Przepraszamy, że chcieliśmy was zjeść! – dodał Kasz.
- Już jesteście bohaterami, a mimo to, chciałbym was prosić o coś jeszcze. - Czyścioch zwrócił się głównie w stronę Nierdzewki.
- Jak szukasz rozwiązania problemu, to nie do niej, tylko do mnie! – zawołał Lake i ochoczo dołączył do dyskusji czując, że kroi się coś grubszego.
- Dziękuję za zainteresowanie Panie Lake. Chodzi o byłego członka Kręgu, Beczułkę i jego podwładnego – Ryu Lina.
- A tak, pamiętam to latające dziadostwo, raz już dostał ode mnie bęcki – dumnie odparł Anomander.
- Prawda, lecz przez to, że jest ogarnięty chorobą, a jego umysłem zawładnął właśnie Beczułka, nie został ostatecznie pokonany.
- Co sugerujesz, szamanie? – zapytała rzeczowo niziołka.
- Ryu Lin wraz z swym Panem zmierzają do Golfa Wysokiego.
- Co?! Znowu Golf Wysoki? Jak rany, przecież dopie...
Zong miał już powiedzieć o dwa słowa za dużo, ale Nierdzewka go w porę uciszyła.
- Kontynuuj, proszę – odparła, odsuwając palec od pyszczka Parszywka.
Szaman trochę się tą całą sytuacją zdziwił, ale nic nie powiedział.
- Podczas naszych ostatnich obrad, jedna z członkiń, Mrugalska, mówiła, że mogłaby sporządzić wywar, który odczyniłby ten urok.
- No tak, ale ona to już chyba jest, jak to się mówi – dead? – wtrącił niezbyt grzecznie Anomander.
- To prawda, ale posiadam umiejętność wzywania dusz zmarłych.
- Co?! – zdziwiła się cała trójka. O mieszkańcach wioski nie wspominając (choć mało kto był na tyle blisko, by słyszeć rozmowę).
- No, jestem szamanem. Zresztą, już raz jedno z was doświadczyło mych zdolności, a dokładniej Ty, Panie Lake’u.
- Co?! – zdziwił się potężnie elf. – Niby, kurwa, kiedy?!
- Kiedy wydawało ci się, że jadłeś frytki... – odparł nieco zawstydzony.
- Co robiłeś?! – Nierdzewka nie kryła zdziwienia
- To on naprawdę widział wtedy swojego dziadka?! – Zong też był w szoku. – Byłem pewien, że ma jakieś omamy i bredzi od rzeczy.
- Ech i po co o tym wspominać – zawstydził się też nieco sam główny zainteresowany. – A czemu to w ogóle służyło?
- Miał pan się go przestraszyć, bo to pański dziadek... Nakazałem mu co innego, ale duch twego dziadka był tak silny, że zrobił i tak po swojemu.
- No, cały mój dziadek! – dumnie odparł Lake.
- No dobrze – przerwała tę bezsensowną dyskusję Nierdzewka. - Czyli chcesz przywołać tu duszę tej Mrugalskiej, tak?
- Zgadza się. Chcę, by zdradziła przepis na ten wywar. Jesteś alchemiczką, wiec powinnaś bez trudu sobie z czymś takim poradzić.
Trzeba przyznać, że Czyścioch umiał łechtać innym ego.
- Zrobię, co w mojej mocy! – odparła pewna siebie.
- Wspaniale! – uśmiechnął się Czyścioch - W takim razie pozwólcie, że przywołam jej duszę.
- A po kiego grzyba? Przecież można by po prostu iść i skopać mu...
Nierdzewka zaraz rzuciła Anomanderowi gniewne spojrzenie.
- Ech te kobiety. Nic tylko kariera i kariera im w głowach – rzucił kąśliwą uwagę, ale nie doczekał się riposty.
- Już mogę? – zapytał jeszcze raz szaman.
- Tak – kiwnęła głową alchemiczka.
- Dajesz! – poparł sprawę również Zong, choć jego zdanie zbytnio tutaj się nie liczyło.

Szamana nie trzeba było dłużej namawiać, zwłaszcza, że jego cień się już mocno niecierpliwił. Czyścioch zaczął kreślić na niebie rękoma jakieś figury, sypnął jakimś proszkiem z kieszeni i z braku laku zanucił melodię (bo tamburyn gdzieś zapodział), po czym wszystkim obecnym ukazała się postać ducha Mrugalskiej.
- Czyścioch?! Ty żyjesz? - ozwał się zaskoczony widokiem starego kolegi duch wiedźmy.
- Ano jakoś mi się udało. Słuchaj, miałbym do Ciebie prośbę.
- A niby czemu miałabym ci pomóc, kochaniutki? – mrugnęła do niego zawadiacko.
- Chodzi o to, by pokonać Beczułkę, który, jak wiesz, stoi za tym całym mordem w katakumbach.
- A, to inna rozmowa – Na wieść, że miałaby zaszkodzić Beczułce od razu stała się bardziej skora do pomocy.
Nierdzewka, Lake i Zong nic nie mówili. Zresztą nie bardzo widzieli sens, by się wtrącać w tę dyskusję. Przynajmniej nie na tym etapie.
- Potrzebny nam przepis na ten wywar, którym chciałaś zdjąć urok z Ryu Lina – przeszedł w końcu do sedna szaman.
- A, to dlatego mnie wezwałeś! Wszystko jasne! – mrugnęła w jego stronę.
- Ta tutaj alchemiczka, sporządzi wywar zgodnie z Twoją recepturą – wskazał ręką na niziołkę.
Mrugalska łypnęła na nią z dezaprobatą, najwyraźniej zaklęcie przestało działać i już widziała inną osobę, niż wtedy w sali.
- No trudno, skoro Beczułce ma się to odbić czkawką, to zgoda. Potrzebujecie oliwy, pistacji, sezamu, wody tak z pół litra i szczurzego wąsa.
- Co?! – wzdrygnął się Zong.
- Jeden składnik już mamy – odparła Nierdzewka i jak gdyby nic pociągnęła za włosek Zonga.
- Ej – burknął na nią, choć cały zabieg nie był okupiony jakimś wielkim bólem.
- Sezamu też nam raczej nie braknie – wtrącił Lake patrząc na walące się wciąż tu i ówdzie wory z tym właśnie składnikiem, siłą rzeczy niewykorzystane przy robieniu antidotum.
- A oliwa i pistacja? – zagaiła niziołka do mieszkańców.
- Powinno się coś znaleźć – odparła zajęczyca i pobiegła do spiżarni.
- Tylko potrzebujemy szczypty, tak? Pani nie nosi znowu jakiś worów! – poprawił Zong. Wolał uniknąć powtórki z rozrywki.

Po chwili na stoliku były ułożone już wszystkie potrzebne składniki. Niziołka wzięła moździerz i zaczęła je rozcierać, aż utworzyła z nich jednolitą papkę.
- Wspaniale – Mrugalska puściła do niej oczko, choć wcale nie pałała do niej sympatią. – Teraz wystarczy wrzucić to poczwarze do ryja i będzie po sprawie. Ale zaraz.. Chwila! – krzyknęła. – Czemu Ty dodajesz tam miód i jakąś wełnę?!
- Żeby od razu wyleczyć Ryu Lina, może stać się cennym sojusznikiem – odparła, nie przeszkadzając sobie w pracy.
- Ma dziewczyna łeb na karku – nie krył podziwu Czyścioch.
- Tylko po co nam jakiś leszcz? - Lake, nie podzielał jego zdania. - Będzie mi się tylko pałętał pod nogami! A zresztą nieważne! Macie już wszystko? No! To pora iść skopać tyłek temu całemu Beczułce!
- A bardzo chętnie! – Mrugalskiej także udzielił się ten entuzjazm.
- Ty nie możesz – odparł szaman. – Zresztą za chwilę znikniesz.
- Co?! Jak...
Nie zdążyła dokończyć zadania, rozpłynęła się w powietrzu. Niziołka chciała jej chociaż pomachać, ale już nie zdążyła.
- Trochę smutne, ale w sumie i tak nie żyła. – Zong zarzucił sobie na plecy kuszę, którą dostał od Mira. – To w drogę!
- Co? Już nas opuszczacie? – posmutniała zajęczyca – Nie zostaniecie jeszcze? Urządzilibyśmy bankiet na Waszą cześć. Nie ma tego dużo, ale coś na ząb z pewnością by się znalazło.
- Chętnie byśmy zostali... – zaczęła uprzejmie niziołka.
- ...ale przygoda wzywa! – zawył entuzjastycznie Lake. – Poza tym świerzbią mnie pięści, żeby komuś przyłożyć!
-... chciałam raczej powiedzieć, że jest jeszcze wiele potrzebujących, którzy czekają na to antidotum.
- No, tak, rozumiem. – gospodyni chwyciła jej ręce w swoje dłonie. – Niech niebiosa mają cię w swej opiece, moje dziecko.
- Dziękuję.
- Ja, jeśli mogę, chętnie skorzystam z państwa gościnności. – szaman uznał za stosowne, że to będzie dobry moment na rozstanie.
- Oczywiście, że pan może! – odparła uradowana zajęczyca. Będzie nam bardzo miło!
- Wiecie – zwrócił się jeszcze w stronę niziołki i reszty - Z Beczułką nie mam szans, zresztą sami widzieliście, jak bezużyteczna w walce jest moja moc.
- No! – Lake od razu mu przytaknął - Większy już pożytek z tego gówniaka – to mówiąc wskazał na Parszywka.
- Dziękuję – alchemiczka podała szamanowi rękę – jednak dobra z ciebie osoba.
- Również dziękuję – zbliżył się do niej i po przyjacielsku ją objął ignorując wyciągniętą dłoń.
Nierdzewce zrobiło się trochę głupio, ale nic już nie powiedziała.
I tak, nasza dzielna trójka, ruszyła po raz wtóry do Golfa Wysokiego, by ostatecznie pokonać Beczułkę i uleczyć tę krainę z toczącej ją choroby, którą była merynoza.



Kilkadziesiąt minut po tym, jak Nierdzewka, Anomander i Zong opuścili wioskę otoczoną kaktusami, a Czyścioch zdążył się już trochę posilić korzystając z gościnności rozradowanych mieszkańców, wstał od stołu i spojrzał na tatuaż. Na klepsydrze wybiło już 98%.
- Pora na Waszą zapłatę - odparł spokojnie do złowrogo uśmiechającego się już cienia. Po chwili wypełzły z niego hordy innych, które zaczęły wchodzić mieszkańcom przez otwór gębowy do wnętrza ciała. Wioskę ogarnęła panika. Wszędzie było słychać krzyki i wrzaski. Nikt nie wiedział, co się dzieje. Owce, kozy, zające, wszystko co żyło, próbowało się ratować, uciekać, ale ich ciała odmawiały posłuszeństwa. Blokowały ich ich własne cienie, co jeszcze bardziej potęgowało uczucie STRACHU. Jeszcze chwilę temu wioskę wypełniały radosne okrzyki. Mieszkańcy pili do upadłego i korzystali z resztek zapasów, by celebrować ten wielki dzień, a teraz? Teraz cała ta euforia przemieniła się w czarną rozpacz.
- Spróbowaliście mojej rytualnej krwi... wasze dusze należą teraz do nich... OCZYSZCZENIE!
Gdy wykrzyczał te słowa, z ciał ofiar zaczęły wydobywać się wyciągane przez cienie dusze.
- Tak – zacierał bardzo żwawo ręce szaman – Czuję, jak mój wskaźnik przejęcia duszy znów się oczyszcza. Znów jestem na zerze, wspaniale! Współpraca z Wami to prawdziwa przyjemność – ukłonił się mrocznym cieniom, które tylko się uśmiechnęły i wolnym krokiem zaczął się oddalać od wypełnionej rozpaczliwymi krzykami wioski.

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.08.2019 10:47 przez Komimasa.)
24.08.2019 18:38
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Grigorij Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 3,426
Dołączył: 30.03.2009
Skąd: Super Bale Całą Noc
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #17
RE: Story Cubes -10: Szybko i Śmiesznie w Przeszłości
Kiedy nasi bohaterowie dotarli z powrotem do Golfa Wysokiego, miasta już nie było. Szaleńcza furia Jotaro nie pozostawiła w mieście kamienia na kamieniu, wystawiając pozostałych przy życiu mieszkańców na atak szturmujących klify merynosów pod dowództwem Beczułki. Sam czarownik dosiadał Ryu Lina, który kończył rozszarpywanie Nandrusa na kawałki, korzystając z tego, że świetlisty mag był nieprzytomny i wystawiony na atak.
- Ty potworze! Ilu antropomorfów zabiłeś?! - wyrwał go z beztroskiego bezczeszczenia zwłok okrzyk Anomandera.
- A czy ty liczysz, ile... to znowu wy? - Ryu Lin przyjął pozycję bojową, gdy rozpoznał awanturników którzy już raz mocno dali mu w kość.
- Znasz tych przybłędów, Ryu Linie? - zapytał Beczułka z grzbietu trójgłowego merynosa.
- Tak, mój panie. Już raz niemal mnie pokonali. Nieroztropnym byłoby nie docenianie ich.
W te słowa wzbił się w powietrze, wychodząc poza pole rażenia mikstur Nierdzewki, że o szponach elfiego arystokraty nie wspomnę, po czym zaczął ich sukcesywnie bombardować strumieniami wełny, haggisu i oscypków.

- Cholera, i jak mu teraz podamy to lekarstwo?! - zirytowała się Nierdzewka.
- Ja ci powiem jak! - odparł Lake - Zong, zrób w końcu użytek z tych twoich skrzydełek i wepchnij ten ulep bestii do gardła!
- Jak zwykle muszę wszystkich ratować. - odparł Parszywek. Robił dobrą minę do złej gry, bo co prawda był zesrany przed taką eskapadą, ale sam też był świadom że innego wyjścia nie mają. Wziął od Eriki cudowny wyrób cukierniczy i wzbił się w powietrze, skupiając na sobie przy tym całą uwagę Ryu Lina, który zaczął swoimi śmiercionośnymi strugami produktów rolnych celować właśnie w wampiszczura. Jednak to wcale nie pozwoliło dwojgu pozostałym śmiałkom odetchnąć z ulgą, gdyż o nowe zajęcie dla nich zatroszczył się sam Beczułka.
- Gdzie żeś ty byyywaaał, czarny baraaanie, czarny baraaaanie...~~ - zanucił z powietrza złowieszczy antropomorf, na co mu odpowiedziało wszechobecne:
- WE MŁYNIE WE MŁYNIE MÓJ MIŁY PAAANIEEE, WE MŁYNIE WE MŁYNIE MÓJ MIŁY PAAANIEEE!!!~~
I wówczas wszystkie merynosy chaotycznie błąkające się po okolicy skupiły swą uwagę na celu nadanym im przez ich pana - na Nierdzewce i Anomanderze.

Dwójka była otoczona ze wszystkich stron, ale nie dawała za wygraną. Alchemiczka siała pogrom w szeregach bestii za pomocą ognia alchemicznego, a Lake krył jej tyły swoimi zabójczymi szponami. Tymczasem Zong lawirował między ostrzałem Ryu Lina, by władować mu smakołyk prosto w paszczę. Jednak co nie znalazł luki w salwach jednej z paszczy, to dwie pozostałe ją osłaniały w zabójczej koordynacji, wijąc się jak węże na głowie MEDUZY. Po kilku nieudanych próbach Parszywek postawił wszystko na jedną kartę i dał nura w stronę najbardziej wystawionej, środkowej paszczy, która właśnie nabierała tchu by splunąć kolejną salwą oscypka. Wepchnął szczurzą łapę z batonem smokowi aż po łokieć, ładując się prosto w ogień krzyżowy wełny i haggisu. Futrzaste kłęby oplotły Zonga, a kleista pieczeń z podrobów skleiła wszystko ze sobą, uniemożliwiając szczurowi wyplątanie się i całkowicie krępując jego ruchy. Dzielny krwiopijca zaczął spadać prosto w morze rozsierdzonych merynosów. Jednak transformacja Ryu Lina już się rozpoczęła. A przynajmniej jego środkowej głowy.

Z uleczonej głowy zeszło baranie futro i zalśniła ona piękną, smoczą łuską. Pozbawiona litości paszcza zamieniła się w pogodny pysk dumnego wojownika. Jednak przemiana znacznie zwolniła w okolicy tułowia bestii, więc pozostałe głowy nadal siały zniszczenie na prawo i lewo. Początek ozdrowienia Ryu Lina umknął też uwadze Beczułki, który zadowolony ze strącenia natrętnego wąpierza polecił swemu słudze wesprzeć z powietrza merynoską armię.
Świadoma część smoka postanowiła wykorzystać tę nieuwagę i złapała swego niedawnego ciemiężyciela prosto w swoje szczęki. Lecz zanim przegryzła go na pół, ostatnia wola konającego czarownika wydała zniewolonej części Ryu Lina rozkaz bronienia go przed nim samym. W rezultacie dwie boczne głowy wbiły swe kły w środkową szyję. Wtedy postępujące uzdrawianie zaczęło sięgać też ich, ale było już za późno. Aorta środkowej głowy została przegryziona i cały smok zaczął się śmiertelnie wykrwawiać. Stracił przytomność i runął z nieba prosto na ziemię, wciąż z przegryzionym na pół Beczułką w pysku.

Pozbawione kontroli merynosy zmieniły się ze skoordynowanej armii z powrotem w bandę bezmózgich bestii, przez co ich szeregi zaczęły rozpraszać się i ustępować pod naporem alchemicznych ingrediencji i szablastych szponów elfa. Wyrąbując sobie drogę przez chaotycznie miotające się owce Anomander dotarł do miejsca upadku Parszywka, a Nierdzewka podążyła jego krokiem. Jednak było już za późno. Wampiszczur został pożarty żywcem przez nienażarte bestie. Połyskujące bielą obgryzione kości leżały wśród trucheł powalonych merynosów.
- Ech, ty kurwiu - westchnął beznamiętnie Anomander - Niczego nie potrafisz doprowadzić do końca jak trzeba.
Erika nie skomentowała tego, ale zauważyła u odwracającego wzrok elfa cieknącą po jego szpiczastym nosie, samotną łzę.

EPILOG

Merynoza jeszcze kilkanaście lat nękała ludność Owczarni Czarnej. Mimo zlikwidowania jej źródła i poznania receptury na lekarstwo, była już zbyt rozprzestrzeniona by uporać się z nią just like that. Sprawy nie ułatwiał też fakt, że główny producent sezamu w kraju, wieś Meeeksyk, zamieniła się w wioskę-widmo. Odcięci od dostaw remedium mieszkańcy zmuszeni byli pozbyć się bestii bardziej konwencjonalnymi metodami, czyli rozwaleniem merynosów na kawałki. Mimo to część zarażonych udało się uratować a Nierdzewka została uhonorowana za zasługi w zwalczeniu zarazy.

Czyścioch po zebraniu żniw ze świeżo uleczonych wieśniaków dał dyla za granicę by tam podjąć jakąś nową szemraną działalność. Nie wychylał się z nią zbytnio więc zdołał wieść dostatnie życie kosztem niewinnych przez długie lata.

Dziennik Zonga zaginął w bitewnej zawierusze i został odnaleziony dopiero dwieście lat później podczas wykopalisk archeologicznych. Stał się podstawą fabularną do kilku tandetnych horrorów klasy B.

Ziarna sezamu nigdy do końca nie wygnały Andromadera z ciała Anomandera, gdyż nowa generacja merynozy okazała się być chorobą likantropiczną. Czynnikiem aktywacyjnym przemianę okazały się być frytki, których Lake odtąd wystrzegał się jak ognia by nie dopuścić do przemiany. Swoje alter ego ukrywał w najgłębszym sekrecie nawet przed najbliższą rodziną, ale czasem świadomość Dromka przebijała się do mentalności Anomandera, przez co szlachcicowi zdarzało się na przykład pożerać co mu podstawią pod nos bez myślenia o konsekwencjach.

[Obrazek: vYg1BTA.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.08.2019 20:41 przez Grigorij.)
25.08.2019 17:45
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama