Aktualny czas: 12.11.2019, 23:44 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Wróciliśmy do mangi, a na stronie pojawił się "już" 958 rozdział!
Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Autor Wiadomość
Orzi Offline
Yuusha
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,827
Dołączył: 11.05.2011
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 10%
Post: #1
Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Zasady:
Cytat:1: Górny limit stron to 6 stron A4 - oczywiście jak ktoś lekko przekroczy to nic się nie stanie;
2: Termin oddania to tydzień od momentu wrzucenia na forum - i jeśli ktoś to przeskoczy to też nic się nie stanie - w razie czego jak wiemy, że nie będziemy mieć czasu to i zamienić się można;

Kolejność:
1 - Weather
2 - Fufu
3 - Orzi
4 - Grigorij
5 - Eikichi
6 - Szczery
7 - Rudzish
8 - Kyouchika
9 - Komimasa

Ilość tur: 2 (z możliwością przedłużenia)

Kostki:
[Obrazek: IMG_20190831_192634.jpg]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.09.2019 10:34 przez Orzi.)
01.09.2019 18:16
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Weather Offline
Shichibukai
Pirat

*
Liczba postów: 1,278
Dołączył: 28.04.2009
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 20%
Post: #2
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
MPO!
Mastodońskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania. Od wielu lat zajmuje się usuwaniem gnójstwa i świństwa z ulic miast, dając staruchom i debilom proste i tanie zatrudnienie. Dzięki nim, nie tylko nie śmierdzi ci spod okna przez kubły na śmieci, a kontenery osiedlowe są ładnie ogrodzone ścianą z drzwiami na klucz, które jedna babka non stop zamyka choć są skonstruowane tak że nie otworzysz bez wsadzenia klucza tak czy srak, ale nie trzeba marnować cenne sekundy na przekręcenie klucza bo kuźwa wejdą i kradną śmieci!
Dodatkowo, MPO rozwija system utylizacji śmieci dzięki czemu złomowiska przestają być popularne, co przyprawia trójke młodocianych z podobnymi imionami o płacz i zgrzytanie zębów ale to mała cena za czystość w miastach. Co prawda dalej jest brudno, ludzie i antropomorfy nie segregują, ogólnie całe przedsięwzięcie powoli idzie, i są problemy z dotacjami. Ale cała inicjatywa idzie z tego, że nam zależy na zdrowiu środowiska!
- Aaaa gówno tam a nie środowisko!
Parsknął Tomek Zgrzyczarszki, opos antropomorf i pracownik MPO, na filmik instrukcyjny który leciał w kawiarence firmy. Obok niego siedział nowy rektur, młody człowiek Brajan Ruzwelt, po studiach z literatury skończył tutaj by opłacić kredyt studencki.

- No panie nie unoś się tak, źle to szkodzi na energię Chi-p. Zresztą czemu uważa pan że kieruje nimi coś innego niż zwykła troska o matkę naturę? Tak trudno uwierzyć że ktoś chce lepiej dla świata i odechciało mu się od tak wywalać śmieci do jakieś dziury?
Tomek przerwał młodemu, waląc dłonią o stół.
- Oh to nie to że nie chcą, tylko nie mogą. Nie po tym co się stało dekady temu. Kiedy ta dziura powstała.
Tomek odpowiedział, wgapiając się w kubek gęstej czarnej kawy. Brajanowi kropla potu zleciała po skroni.Tomek postanowił podzielić się z młodym, kawałkiem historii świata o którym nie uczą w szkołach ale można usłyszeć jako zabobon albo na internecie wyczytać jako jakąś creepypastę. Gdyż tak naprawdę nikt nie wie, co się dzieje w miejscu zwanym.

Królestwo “Zł0m0w1sk0w0”


Lata temu, w Mastodonii wyszedł problem zbyt wielkiej ilości śmieci. Kubły były wszędzie przepełnione, śmierdziało jak dupa Jaszczura. Były propozycje jak się z tym uporać jak segregacja i recykling, ale wtedy uznano to za frajerstwo a nikt nie chciał być frajerem.Zamiast tego postanowiono po prostu wywalić te śmieci w cholerę. Wyznaczono kawałek ziemi leżący pomiędzy Mastodonią a Mistralem. Na początku nie było to nic dużego, ot zwykłą dziura wielkości małego osiedla, kilka metrów głębokości, ogrodzone siatką.Ciężarówki zaczęły do niej wywozić wszelkie śmieci z miasta, potem gdy zaczęło się przepełniać, wysłano ekipę by tą dziurę poszerzać, i tak sobie rosła. Po kilku tygodniach, Mistral zauważyło co Mastodonia robi, więc postanowili się przyłączyć, oczywiście za umową że załatwią siłę roboczą do poszerzania dziury.
Złomowisko powiększało się coraz bardziej, nowe dziury wykopywano które szybko się zapełniały i stosy śmieci zaczęły tworzyć górki, by po chwili zostać połączone z oryginalną dziurą. Miejsce zaczęło się rozrastać coraz bardziej, aż w końcu rozmiarem zaczęło dorównywać mistralowi.
Po latach wywożenia i układania śmieci jedne na drugich, coś dziwnego zaczęło się dziać.
Młody Tomek lat dwadzieścia, przechodził przez sektor A złomowiska, niosąc worek pstych puszek. Wtedy pod nogami zauważył mały biurowy rozszywacz, wiecie takie co wygląda jak szczęki zwierzęcia. Dygotało sobie na ziemi, niby dziwne ale może jakiś robal był w środku i tym się bawił. Młody opos zignorował to i poszedł dalej.Następnego dnia znowu natrafił na ten rozszywacz, jednak tym razem nie tylko dygotał, ale również poruszał szczękami. Tomek wziął go w ręce i obejrzał, ale w środku żadnego owada nie było. W końcu wziął to dziwne znalezisko by pokazać kolegom którzy siedzieli w pobliskiej chacie gdzie mieli przerwę. Na początku go zignorowali, jednak zobaczyli że coś jest nie tak z tym małym złomem. Jednak to co dopiero ich zaskoczyło, to kiedy ten rozszywacz zaczął śpiewać. Dziwny melodyjny głos wydobywał się z metalowych szczęk, po chwili podobne dźwięki zaczęły się wydobywać z całego złomowiska, inne małe śmieci zaczęły się poruszać, a potem wszystko zaczęło się trząść jakby było trzęsienie ziemi. Każdy pracownik czy to człowiek, antropomorf czy nieludź brali nogi za pas. Nikt nie chciał tam wracać, byli zbyt przerażeni. Nawet przełożeni musieli się zgodzić, gdy zobaczyli że pomimo braku trzęsienia ziemi, złomowisko w dalszym ciągu się porusza.

Po tym incydencie, przez 4 lata nitk nie ośmielał się tam wracać, jednak trzeba było w końcu tam wrócić i zbadać sytuację. Zebrano ekipe składającą się z naukowców, badaczy zjawisk paranormalnych jak i kilku księży. Wysłano ich razem z obstawą na wypadek niebezpieczeństwa. To co ujrzeli na miejscu, sprawiło że ich szczęki uderzyły o ziemię. . Zamiast zwykłej tony śmieci i odpadów, ciągnących się poza horyzont. Ich oczom ukazała się, metropolia.
Przez te lata, z złomu gratu i śmieci, uformowały się budynki, drogi i dodatkowo...ludzie. A przynajmniej coś co przypominało ludzi. Stworzenia zrobione ze złomów najróżniejszej maści, jedne humanoidalne, inne wielonożne, wieloramienne, jak zwierzęta jak antropomofry.
Głowa ich rozbolała od tego widoku, sam widok był porażający, ale też to że wszystko miało zlewające się kolory rdzy. Trudno było ujrzeć detale i zespół badawczy dostawał oczopląsu.
Zajęło im godzinę by przystosować się do tego widoku, i w pełni ujrzeć to zjawisko.. Infrastruktura była bardzo unikalna, w jednym miejscu domki jak niskie mieszkania, gdzie indziej pojedyncze domki, w stylu wiejskim, inne jak z opowiadań dla dzieci, kształtem przypominające lodówki czy garnki. Gdzieś w oddali widzieli budynki jak wieżowce biurowe, choć wysokie nie były i na dodatek dość krzywe. Park gdzie z ziemi wyrastały porośnięte mchem konstrukcje imitujące drzewa, huśtawki karuzele i inne takie, wszystko z odpadków. Po momencie, zszokowany zespół, przestał suszyć sobie ząbki jak to mówią, a zaczęli się uśmiechać. Każdy po prędce rozpoczął swoje badania i analizy. Naukowcy zaczęli pobierać próbki, paranormalni walili swoimi skanerami na lewo i prawo, duchowni zaczęli grzebać w swoich księgach. Naukowcy już snuli hipotezę o tym jak wyewoluowała tu nowa form abakterii która użyła złomu by stworzyć to miasto i te wszystkie stworzenia.Panormalni mieli teorie że uczucie porzucenia zmanifestowały się w śmieciach i dało im życie. Księża natomiast modlili się do Anaszpana, wierząc że to on zesłał dar życia na tą kupę gówna.

. Jednak nie mieli szansy by pokazać który z nich ma rację, ich zachowanie było co najmniej niekulturalne. Tu niszczyli domki i inne konstrukcje, tam pisano symbole i lano wodą, pod koniec to chcieli nawet ukraść jedną istotę która trochę przypominała małe dziecko. Wtedy nagle znaleźli się w cieniu 2 metrowej istoty o czterech grubych ramionach zrobionych z grubych rur.

-Drodzy państwo, myślę że trochę nadużyliście naszej gościnności. Chcieliśmy dać wam szansę na opamiętanie się gdyż rozumiemy jaki wpływ szok kulturowy może mieć na gości. Jednak Dopuszczacie się teraz bardzo haniebnego czynu, a nawet komitet powitalny nie zdążył tu przyjść.

Każdy oczekiwał bardzo głębokiego i strasznego tonu, jakim ten wielki potwór przemówi., Jednak ten osobnik, przemówił głosem jak dżentelmen wysokiego statusu, pełen inteligencji, łagodność ale jednak czuć było od niego stanowczość. Zaczęli go okrążać ze wszystkich stron, dokładnie mu się przyglądając. Wysoka istota jedynie pokręciła głową, gdy zrozumiała że oni go wcale nie słuchają.
Więc po prostu szybko złapał każdego za ciuchy i wyrzucił ich poza tereny złomowiska, razem z obstawą która zapomniała o swojej misji gdyż nie mogli ogarnąć co się dzieje wogóle. Po powrocie zaczęła się istna burza względem dyskusji. Niedowierzania, kłótnie, ale w końcu wszyscy doszli do wspólnego wniosku. Że na tych istotach na pewno można się wzbogacić, jakoś. W Mistral trwały podobne dyskusje, i doszły one do podobnego zdania.

Siły obu miast zebrały się przed złomowiskiem, politycy i dowódcy rozpoczęli swoje sprzeczki o to kto ma pierwszeństwo do splądrowania tej rudery. Ich sprzeczki zostały jednak przerwane gdy coś zaczęło wychodzić z miasta śmieci.
12 istot o bardzo podobnym wyglądzie, kierowało swo kroki w kierunku przedstawicieli Mastodonii i Mistral. Zołnierze szybko obrali ich za swól cel, jednak ich dowódca, Marek Podwojnik, człowiek w wieku 46 lat, machnął ręką na nich by opuścili broń. Obok niego stanął Trejs River. elf o czuprynie niczym znana postać z bijatyki Ulica Fighter, Guile. Obaj wyczuli że te istoty nie miały zamiaru atakować, a pozatym mieli tylko zwykłe dzidy, czyli brak zaawansowanej broni. Zresztą, zauważyli że ci “zołnierze” otaczają kogoś w środku.
Dwa metry od nich, , ochroniarze z śmieci zatrzymali się a potem rozeszli na boki, ukazując kolejną istotę która wywarła niemałe wrażenie na wojskowych. Ten osobnik miał formę bardzo zbliżoną do umięśnionego człowieka, na dodatek był odziany w trochę popruty i brudny garnitur, na ramionach zawieszony miał płaszcz z futerkiem, ale to co najbardziej rzucało się w oczy była jego głowa. A raczej jej brak, gdyż zamiast niej było widać mały rozszywacz biurowy. Już się zachciało wszystkim na śmiech, jednak głos przybysza przerwał imto.
“Moi drodzy sąsiedzi, odłóznie swe narzędzia mordu. Jestem wybranym reprezentantem naszego królestwa, Zł0m0w1sk0. Nazywam się Alejandro Rikardo. Uważam że możemy nawiązać miłą współpracę między naszymi królestwami. Niestety wymiany surowców nie możemy zapewnić bo nic przydatnego dla was nie mamy, ale jednocześnie nie wymagamy nic gdyż jesteśmy samowystarczalni. Jednak zawsze zostaje wymiana kulturowa, dzięki czemu możecie poszerzyć swoje horyzonty, a nam zapewni to bodźce do dalszego rozwoju. Jak wiecie, jako istoty jesteśmy dość młodzi.
Tutaj Rikardo urwał, widząc zachowanie ludzi przed nim i jego głos nabrał smutnego tonu.
Wy jednak nie traktujecie mnie poważnie, widzę jak na mnie patrzycie, na moje rodzeństwo. Miałem nadzieje że zachowanie tamtej grupy to był wyjątek, ale niestety nie macie pokojowych zamiarów. Nie pozostaje mi nic innego jak to.

Elficki dowódca uśmiechnął się i zaczął strzelać knykciami.

No proszę panie kurwa główka, pokaż jakiego złoma wyciągniesz zza pazuchy, a przysięgam ci że znajdzie się w twoich wnętrznościach.
Rikardo tylko pokręcił głową gdy wyciągnął dwa kawałki papieru z kieszeni.

To jest broń owszem, ale jest ona w stanie skrzywdzić tylko specyficzne osoby, a ja do tych osób nie naleze. Wy natomiast.
Obaj dowódcy zaczęli się przyglądać temu co on wyciągnął. Zobaczyli że to jakieś zdjęcia, i odrazu zbledli po czym zaczęły im nogi dygotać tak że kolana obijały się o siebie.

-S-ss-skks--SKAd tt-t-tyy to
Obaj zaczęli się jąkać, gdy ich towarzysze chcieli podejść bliżej, ci natychmiast kazali im spierdalać jak najdalej, próbując zasłonić rękami widok na zdjęcia. Po chwili, Rikardo ponownie przemówił.

- Tak, to są zdjęcia uwieczniające wasze mniej okazałe momenty. Coś co nikt nigdy nie powinien ujrzeć, inaczej ryzykujecie całkowitą utratą reputacji i zaufania bliskich. Osobiście uważam że każdy przechodzi przez takie moemnty w życiu i powinien im stawić czoła by nie być spętany poczuciem winy, ale obecnie cieszy mnie że woleliście spróbować zapomnieć o tym, pozbywając się dowodów. Dodatkowo ja mam tego więcej, znacznie więcej, z obu waszych królestw, ludzie z wysoką rangą, z mocą, bogactwem, pozbywali się właśnie takich dowodów, i one trafiły do naszego złomowiska. Zdjęcia, dokumenty, zniszczone czy nie, one są teraz w moim posiadaniu. Jeśli zechcecie nas najechać i zniewolić, to wasza sprawa. Ale końcowy efekt będzie taki, że wasi poddani, ujrzą najciemniejsze strony swoich przywódców.

- Teraz poproszę ładnie tylko raz. Proszę nas zostawić w spokoju. My z chęcią ugościmy wędrowców czy tych którzy mają uczciwe zamiary względem nas. Też nie rozpowiadajcie o nas, potrzebujemy trochę ciszy i spokoju by rosnąć dalej. Życze państwu, miłego dnia.

I w ten sposób, reprezentant tego dziwnego królestwa miał pdo swoim butem Mastodonie i Mistral. Może to niektórych dziwić, bo w scenie politycznej na przykład non stop się wyciąga brudy na innych. Ale po prawdzie, to są takie lekkie brudy które politycy zostawiają by odwróciły uwagę od innych brudów, które są o wiele silniejsze. Co prawda nie była to broń idealna, jakby chciał sobie ich podporządkować, to jednak poczucie własnej godności by wygrało i Zł0mow1sk0w0 zostałoby zniszczone w trymiga. Ale jedyne co od nich oczekiwano, to zostawienie ich w spokoju. Dzięki temu, Rikardo zapewnił spokój swojemu ludowi.

Oczywiście, spokój nie trwa wiecznie. Ludzie dalej gadają. I w końcu, coś się obije o uszy. I to takim którzy wykorzystają tą okazję by się trochę, wzbogacić.

Dobra panowie, sprawa jest prosta. Tak prosta że kuźwa skomplikowana! Ale jak się uda, no to będziemy pływać w mamonie.
Wewnątrz starego garażu osiedlowego w Szuleri, przy stole stała trójka osób. Oprychy, bandyci, menele i dziesiątki innych rzeczy których je nazywali. Pierwszy który mówił był szefciu, tiefling zwanym Sizzler. Purpurowo włosy o ciemno czerwonej cerze. Metr sześćdziesiąt miał chop ale głowę na karku. Potrafił się odnaleźć na ulicy i w gorszych miejscówkach, talent do wyczuwania niebezpieczeństwa i okazji jak i nawiązywanie kontaktów. Szlajał się w zwykłym dresie podczas pobytu w mastodonii, ale zawsze trzymał ze sobą swoje oryginalne odzienie. Purpurowe portki podarte na kolanach i dupie by ogon miał jak wystawać., brązowa kamizelka zawsze otwartą by klatę pokazać.

- Hum. Obliczam nam prawdopodobieństwo zwycięstwa na. 94,5638236% hum.
Tu młody Grzechu “Matrix” Przedsiębiorski poprawił sobie okulary. Ten osobnik akurat chodził w garniturze, a przynajmniej tak było widać z daleka. W rzeczywistości miał koszulę która wygląda jak garnitur, miał ciemne nażelowane włosy. Jego długie kościste place pracowały na jego własnym, którego skręcił z różnych urządzeń jak GPS, kalkulator, przenośne radio, gameboy. Jak Sizzler zdobywa informacje, to Matrix ich używa by skombinować plan akcji.
- Czyli kolokwialnie mówiąc, nie ma bata.

Grzechu jest dość wybitnym młodzieńcem, próbował stworzyć swoje imperium hakerskie używając komputerów w szkole ale go wykopali za ściąganie pornoli z wirusami. Jak mądry był to widok cycek sprawiał że przestał myśleć i klikał co popadnie. Kilka lat temu spotkał Sizzlera i jego kumpla i stał się częścią paczki.

A ja wam mówię, że to do dupy plan. Nie ogarniam tego, ani tej miejscówki, szybko padniemy.
To był ostatni członek drużyny, Karkat Skorupny. Antropomorf kraba kokosowego. Bydle jakich mało, o ciemnej skorupie i szczypcach co potrafiły przegryźć się przez nawet najtwardsze cholerstwo, plus dobrze otwierały słoiki. Odziany w spodnie z szelkami pracownika budowlanego, gdyż tam pracował zanim go Sizzler nie zrekrutował. Zawsze marudny bo przez życie co jak próbował coś osiągnąć albo zrobić, to zawsze kończyło się porażką. Co prawda z Sizzlerem mieli powodzenie non stop ale Karkat nauczył się by nigdy nie mieć nadziei że wszystko się ułoży. Wielki pesymista, potężny kozak, a uśmiechał się tylko gdy coś albo kogoś ciął swoimi szczypcami które nazywał “clams”.

Karkat ja cię tu proszę nie wybrzydzaj! Taka sytuacja to jeden na pierdyliard! W końcu to dzięki tobie mamy ten trop!


Karkat przypomniał sobie ten wieczór, dosłownie jeden na pierdyliard. Gdy Karkat odcedzał ziemniaki w ciemnej alejce, a jedna ważna szycha wychodziła z klubu z chlania, i krab usłyszał jak po pijaku zaczął gadać o jakimś złomowisku, i o materiałach do szantażu co mają. Normalnie to podsłuchanie tego byłoby niemożliwe, a jakby się nawet udało, to ten co usłyszał zostałby odrazu sprzątnięty. Ale Karkat nie był tam by podsłuchiwać, nie wiedział nawet że oni tam są. Właśnie dlatego nikt z ochrony nie zareagował gdy ich szef zaczął mielić ozorem. Jak dzieciak który czeka z matką przy kasie, i trzyma w rączkach paczkę chrupek którą kompletnie zapomniał położyć na taśmie, wyjdzie z sklepu i nikt nawet się nie obejrzy, bo sam nie wie że kradnie.

- No dobra kurna dobra, pójdziemy do tego miasta czy cholera wie czego, jakoś przejdziemy przez zupełnie inny kurna świat z istotami których nikt nie ogarnął jeszcze i podpierdzielimy im to czym szantażują każdego.

Tutaj Sizzler wyszczerzył ostre ząbki.

Nie musimy im wszystkiego kraść, potrzebujemy tylko jedną rzecz. Jedno zdjęcie, jeden dokument, jedno byle co! Po czym znajdziemy frajera do którego to należy i zbijemy kasę grubą jak cholera! Grzechu, założysz w końcu własną firmę hakierską jak zawsze chciałeś! Karkat druhu, w końcu będziesz mógł poprosić starego tej dziołchy którą lubisz o błogosławieństwo na wydymanie czy chodzenie z nią, cokolwiek chcesz, wyjdziesz na ludzi, a raczej na porządnego antropomorfa!

Obaj kiwnęli na to głową, normalnie szantaż prosty nie jest, i szybko staje się tak że szantażysta, przecenia swoją kontrolę nad ofiarą, i wtedy szybko zjada kulkę. Tiefling taki nie był, zawsze wiedział kiedy się droczyć podczas wymiany czy interesów, a kiedy spuścić głowę bo albo zbyt potężna opozycja, albo zbyt tępa i jedyny argument jaki zna to otwarcie ognia.

Dobra Sizzler, jedziemy z tym koksem. Mam nadzieję że Matrix ogarnął ile prowiantu i innego cholerstwa musimy pozyskać.
Grzechu tylko poprawił okulary, co było znakiem by się nie przejmować bo ma wszystko obcykane. Grzechu potrafił się porozumiewać na poprawianie okularów z swoimi kumplami, choć niekiedy próbował przekazać jakieś bardziej skomplikowane wiadomości to wtedy dostawał w łeb.

W końcu każdy wziął swoją torbę i udali się na dworzec. Musieli zinfiltrować miejsce jak żadne inne z istotami których nikt nie ogarniał jak działają. Sizzler chihotał całą drogę, gdyż on kochał wyzwanie bardziej niż własną matkę. Przed wejściem do pociągu, zobaczyli pracownika MPO którego całkiem znali. Starego Oposa który im niekiedy załatwiał butelki zwrotne i puszki gdy z kasą było gorzej.

A witam panowie, a gdzie się to wybieracie? Na jakieś panny?
Powiedział żartobliwie, na co Sizzler tylko bardziej wyszczerzył ząbki.

Właściwie to idziemy trochę pogrzebać w śmieciach i złomie, by znaleźć jakieś brudy. Więc mamy podobne plany, hahaha!

Pomimo wszystkiego, Pan Tomek zrozumiał o czym niski kolega gada. Spoważniał i popatrzył na każdego z nich, po czym złapał daszek swojej czapki, i zniżył ją na twarz.

W takim razie powodzenia. Nie daj się tam, Sizzler.

Po tym obaj poszli w swoim kierunku.

PS: Akcja dzieje się przed rzeszą tysiącwarzywną

[Obrazek: a5d45uF.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2019 16:24 przez Weather.)
10.09.2019 14:23
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
fuszioms Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,262
Dołączył: 17.07.2012
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 15%
Post: #3
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Parę lat wcześniej, gabinet podwojnika.
Drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem, mężczyzna siedzący przy biurku podskoczył na krześle z przerażenia. Do środka wszedł drugi osobnik, wysoki, postawny, o długich uszach i równie długich pazurach.
- Siemanko Podwojnik! – wesołym głosem, powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha Elf.
- Uważaj! Zamknij te drzwi! – Krzyknął człowiek, gwałtownie łapiący leżące na stole zdjęcia rozrzucane przez wiatr.
- Sory, sory – nadal nie zdejmując uśmiechu z ust odpowiedział mu Trejs River, po czym usiadł wygodnie w fotelu zakładając nogę na nogę. – Nowa zabawka? – zapytał, masując rzeźbioną w drewnie, przedstawiającą głowy mastodontów poręcz.
- Tak. Mniejsza teraz o to. Odkupiłem właśnie, za całkiem niemałą sumkę, kilka dość kompromitujących zdjęć! Trejs, słuchaj – Marek zawiesił głos i dość długo patrzył na biurko i leżące na nim fotografie.
- Ej, dobra, już dobra, słucham! – River odsunął rękę z poręczy – Co na nich jest?! Jesteś potwornie blady! – Elf patrzył na kolegę, którego twarz wyraźnie zmieniła kolor.
- Podejdź i sam zobacz. – człowiek odsunął się od biurka, dopuszczając Mistralczyka do niego. Mężczyźni wymienili spojrzenia. Obaj zdecydowanie przestraszeni faktem tego co widzą, pocili się nadmiernie.
- Co z tym robimy? – zapytał Podwojnik, czując, że to wierzchołem góry lodowej.
- Ważniejsze jest, czy osoba, która Ci to sprzedała, jest tą, która zrobiła te zdjęcia?! – River chwycił kolegę za ręce i patrzył na niego bardzo poważnym wzrokiem.
- Niestety nie. To był tylko pośrednik. – Marek zmartwił się wyraźnie po czym usiadł. Wiedział, że było tylko kwestią czasu, jak tajemniczy fotograf się odezwie. Przeliczył się, nigdy się nie odezwał, a ta dwójka zapomniała o całej sprawie, aż do czasu odwiedzin Złomowiska.

Ulewny deszcz nie dawał za wygraną. Zakapturzona postać żwawo kroczyła przed siebie, aż stanęła pod chwiejącym się szyldem. Napisany niedbale tekst wskazywał, że owy przybytek mógł nazywać się „pod ropiejącym strupem”, albo też „pod Trupią ropuchą”. Nazwa jednak nie była ważna, gdyż trafił tam, gdzie chciał. Tutaj bowiem miał spotkać pewną osobę. Bar sam w sobie był obskurnym miejscem. Niezadbane, od dawna nieczyszczone stoły, pajęczyny w kątach sali, a także niezbierane od paru dni kufle na ladzie, pełniły wątpliwy wystrój tej meliny. Mimo tego człowiek ten usiadł spokojnie i czekał.
Parędziesiąt minut później drzwi lokalu otworzyły się, a do środka wszedł chudy, dziobaty mężczyzna. Nie mógł przestać drapać się po twarzy, a na szyi zwisała mu mała plakietka z napisem „Mastodoński klub fotograficzny”. Młody człowiek podszedł szybkim krokiem do lady. Zaczepił stojącego za nią barmana, antropomorficznego bawoła i zapytał.
- Przepraszam, czy wchodził tu ktoś poza mną? Czekam na ważnego gościa.
- Panie, nie wiem, spytaj tamtego. – Burknął na niego przez nozdrza, po czym wrócił do polerowania kufla, który tylko brudził się bardziej, przez paskudną starą szmatkę w jego rękach. Przybysza zdziwiła reakcja pracownika lokalu, ale nie rozwodził się nad nią dłużej i udał się w stronę stolika okupowanego przez nieruchomo siedzącego mężczyznę.
- Dzień dobry – zwrócił się uprzejmie zajmując miejsce obok niego – zakładam, że przyszedł Pan po zdjęcia. – głos zmienił mu się na zimny i ciężki – To będzie 2 tysiące. Zdaje sobie pan sprawę ile mnie to kosztowało prawda? – Zapytał twierdząco. Na jego twarzy pojawił się cwaniacki uśmiech, ale wcale nie był pewny swojego tonu. Czuł, że powiedział za dużo, a osoba wyglądająca dość groźnie zaraz mu odwinie. Nie miał zamiaru jednak ustąpić, to była jego szansa na odbicie się od finansowego dna.
- Biorę wszystkie, oto Pana dwa tysiące. – Metalowa ręka sięgnęła po zdjęcia. Zdziwiony mężczyzna nie mógł uwierzyć, że to koniec negocjacji.
Cco? Tak szybko? Zadnych negocjacji? – kropla potu spłynęła po jego twarzy. – spod kaptura błysnął metalowy ząb. Tajemnicza postać widocznie wyszczerzyła kły. Ręka schowała papierki do koperty, a ją samą pod płaszcz.
- Zabezpieczenie na przyszłość. Koszt nie grają roli, biorę, powtarzam. – mruknął metalicznym głosem nieznajomy, po czym wstał, skłonił się lekko i wyszedł wyraźnie kuśtykając i zostawiając dziobatego z uśmiechem pełnym zdziwienia.

Strzał. Głuchy odgłos rozbrzmiał nad wysypiskiem. Młody mężczyzna upadł w kałużę, brudząc już dość nieciekawie wyglądającą wodę swoją krwią. Jeden z trójki stojących nad postrzelonym splunęła na niego, po czym wymierzyła mu kopniaka pod żebra. Pozostali dwaj wybuchli śmiechem.
- Myślałeś, że obronisz panienkę? – Najwyższy z nich zaśmiał się w głos – To teraz kto Ciebie obroni? NIKT! Zdechniesz tu psie! – śmiał się patrząc na konającego chłopaka.
- Dobra spierdalamy Panowie – odezwał się głos ze starego samochodu stojącego za nimi – Wyżyjecie się na butelce wódki! Gość i tak już gryzie piach, strzał było na pewno słychać. Zaraz się zlecą te maszyny! – Czterech mężczyzn energicznie, a wręcz tchórzliwie ze strachem zwróciło i wbiegło do samochodu, po czym odjechali w dal, zostawiając konającego młodzieńca z połową ciała w błocie.
Zza kupki śmieci i paru starych opon zaczęły dochodzić dziwne metaliczne szepty. Małe robociki na kółkach wyjechały w stronę pół-martwego człowieka.
- Co to jest? – zapytał jeden z nich podjeżdżając bliżej i szturchając nieruchome ciało małymi łapkami.
- Pewnie ten z wysokich, człowiek czy jak mu tam! – dodała niepewnie druga zabawka.
- Wszyscy są dla nas wysocy bo mamy po dwadzieścia centymetrów głuptoku! – trzecia dodała swoje dwa, a nie trzy grosze, zważając na wielkość.
- Co z tym robimy? Jest to ranne, tak mi się zdaję. – niepewnie podjechała bliżej druga robotyczna istota.
- Ja bym się zmywała, nie można im ufać! Tacy jak oni wyrzucają nas na śmietnik, a wcześniej mówią, że jesteśmy niezastąpione – smutno zapiszczała pierwsza z nich. Wszystkie trzy patrzyły na siebie, to na umierającego. W końcu ta druga przemówiła.
- Musimy go uratować, nie chcemy być jak oni prawda! – pewnie wykrzyczała piskliwym głosikiem.
- TAK! Zgodnie wykrzyknęły pozostałe dwie pozostałe.
- Zawołam starszego, był niedaleko! – pisnęła pierwsza kolejny raz.
Po chwili oczekiwania wróciła ze sporych gabarytów robotem o dwóch rękach i gąsienicach zamiast nóg. Starszy wziął człowieka i uniósł go w górę, krew kapała mu na blachę.
- Zawieziemy go do rozszywacza – wycedził – on będzie wiedział co z nim zrobić.

Wielka istota z głową rozszywacza patrzyła na łatanego za pomocą różnych blaszek mężczyznę. Specjalistyczne roboty medyczne, które uzyskały samoświadomość naprawiały postrzelonego i pociętego młodzieńca. Jeden z "lekarzy wyciagnął z KUFERKA małe zawiniątko, po czym wcisnął mu w szyję. Gardło zostało zasklepione blaszką z różnych stopów tytanu, na wypadek przechodzenia przez wykrywacz metalu, a jego ręka amputowana i zastąpiona mechanicznym ramieniem. Nowy, bardzo wytrzymały stop odkryty na Złomowisku był gwarancją długiego użytkowania.
- Ocknąłeś się wreszcie – spokojnym głosem zwrócił się do niego jeden z robotów. Mężczyzna półprzytomny nie wiedział komu zawdzięcza życie, ale jego strach przed tym co widział powoli narastał. Szybko chwycił kubek obok łóżka i już miał nim uderzyć robota, gdy powstrzymało go jedno z czterech ramion.
- Spokojnie młodzieńcze. Zawdzięczasz nam życie! Opanuj swoje emocje, jesteś teraz na Złomowisku. W sumie to na naszej łasce. Zrobisz z tym co chcesz, ale mamy dla Ciebie lukratywną propozycję. Od Ciebie zależy czy na nią przystaniesz, czy nie. Chłopak spojrzał niepewnie na mechanicznego stwora, po czym zasnął ze zmęczenia. Jego sen trwał ponad dwa dni, ciało było zmęczone, a także musiało dostosować się do implantów. Zanim stanął na nogi minęły kolejne tygodnie. Nim zdał sobie sprawę był już w przyjaźni z trzema małymi robocikami, Starszym jak i Rozszywaczem. Po rozmowach z czteroramienną istotą stwierdził, że zostaje. Pełnił rolę najemnika, a jego ciało co chwilę było modyfikowane by stało się bronią, która będzie użyta w razie zagrożenia. To zagrożenie miało nadejść szybciej niż się spodziewali. Tak oto jakiś czas później dwie armie krajów ościennych stanęły u ich bram, a tylko dzięki zdobytym przez niego zdjęciom udało im się powstrzymać rzeź, przelew krwi i smaru. Jednak afera z kompromitującymi fotkami Trejsa i Podwojnika dopiero miała nabrać rumieńców. Do ich państewka zbliżała się zachłanna władzy i pieniędzy grupka złodziejaszków, gotowych wykraść wszystko, na swoją korzyść.

[Obrazek: 2mhyet3.gif]
17.09.2019 17:40
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Orzi Offline
Yuusha
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,827
Dołączył: 11.05.2011
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 10%
Post: #4
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Pędzli 209 km/h na godzinę.

Nieźle, jak na starego, przerdzewiałego Żuka.

Gdy Sizzler po raz pierwszy powiedział swoim towarzyszom, w jaki sposób chcą się dostać na teren tajemniczego Złomowiskowa, ci nie byli przekonani. Matrix syknął z pogardą, po czym zaczął snuć plany shakowania rządowego śmigłowca. Karkat tylko popukał się w głowę. Tak naprawdę chciał się po prostu podrapać, co z wielkimi szczypcami wyszło nadzwyczaj niezgrabnie. Jednak diablik użył wyjątkowo przekonujących argumentów, czemu dostawczak jest najlepszym wyborem.

Po pierwsze - kamuflaż. Jadą w końcu do krainy złomu, więc kolejny rupieć nikomu w oczy się nie rzuci. Ba, nawet zaparkowanego pod dworcem Żuka nikt nie chciał ruszyć.

Po drugie - miejsce. Kto wie, jak w Złomowiskowie z noclegami. W przestronnej pace jest wystarczająco miejsca, aby urządzić bazę wypadową.

Po trzecie - i tak nie mają nic innego do wyboru.

Skromne zabudowania przyszłej Szulerii mieli już za sobą. Mknęli gładką, wąską drogą wybudowaną specjalnie w celu wywożenia śmieci na wyznaczony teren. Obecnie nie jeździł nią prawie nikt. Większe prawdopodobieństwo było, że Żuk się po prostu rozleci od tego pędu, a nie że zderzą się z innym samochodem.

- Mam dla Was zagadkę. - przerwał ciszę Matrix, chcąc umilić towarzyszom podróż.
- No co tam młody? - odpowiedział diablik
- Co byście wybrali? Wypić kubeczek moczu, czy zjeść widelczyk gówna?
- Hmmm... - prowadzący samochód Karkat zamyślił się głęboko - Kubeczek moczu. Chyba.
- Odważny wybór. - pokiwał głową Grześ - A ty, szefie?
- Ani jedno, ani drugie - wzruszył ramionami Sizzler - Wolałbym kebsa opierdolić. Co ja, salmonellą mam się zarazić?
- Sprytne, naprawdę sprytne.
- A ty, młody? Sam odpowiedz, jak jesteś taki mądry!
- Ja to bym zjadł widelczyk i popił kubeczkiem! Jak się bawić, to się bawić!

Nastała dłuższa chwila ciszy. Dopiero po kilkunastu sekundach krab zaczął się krztusić, żeby zamaskować śmiech.

I tak, żartując sobie przednio, nasi bohaterowie jechali w nieznane.

***

Czerwone promienie zachodzącego słońca kąpał w swym blasku latającą platformę Lan Sar. Kraina, w której uwięziono boga, nie na darmo była zwana miastem cudów. Jednak na samych obrzeżach Lan Sar nie było nic cudownego. Jedynie plątanina rur, odprowadzająca różnokolorowe dymy z platformy, prosto na znajdujące się na południu tereny Złomowiskowa. Niewielu mieszkańców zapuszczało się w te rejony, także nikt nie zauważył ruchu małego stworzonka biegającego pośród aluminiowego labiryntu. Szczęk cyrklowych nóżek po metalu był jedynym odgłosem urozmaicającym monotonny szum. Stworzonko bowiem było nieme. Za jedyny sposób komunikacji służył mu stary, chlevowiański zegarek marki "Гри́шка", który miało zamiast głowy.

Złomowy ludzik biegał wzdłuż krawędzi platformy, widocznie za czymś się rozglądając. Gdy to ogdłosów maszynerii dołączył głośny ryk silnika, stworzonko podbiegło do samego brzegu miasta. W dole, po drodze z cienkiego asfaltu, mknął brudnopomarańczowy samochód marki Żuk.

- (OwO)! - znaki pojawiły się na monochromatycznym wyświetlaczu.

Ludzik wziął krótki rozbieg i skoczył. Ten pojazd będzie w sam raz. Istotka w końcu będzie mogła wrócić do domu.

***

- Tak mnie zastanawia, czemu ten lanser to się nad ziemią unosi?

Rzadko się zdarzało, aby ciszę przerwał Karkat. Przebyli już wystarczającą ilość drogi, aby znaleźć się na cienkim pasie ziemi niczyjej między Mastodonią, a nowopowstałym państwem śmieci. Monotonny, piaskowy krajobraz burzyła kolosalna sylwetka unoszącego się obok Miasta Cudów.

- To jest Lan Sar. - odparł Matrix poprawiając okulary - I nie powinno Cię to dziwić. Lan Sar jest technologicznym eldorado Antropii. To oni w końcu wynaleźli internet. Jestem przekonany, że to jakaś niesamowicie zaawansowana technologia, której nasze maluczkie umysł nie są w stanie jeszcze objąć.
- Technologia-srechnologia! - parsknął Sizzler - Przecież wszyscy wiedzą, że to sprawka boga.
- Głupoty pieprzysz Szefie. Bogowie nie istnieją, to tylko bajeczka żeby kontrolować ciemny lud.
- Jasne, a Godhunter to niby kogo złapał? Tirfa?
- Na pewno nie boga. Słyszał szef o Manlych. Na pewno to była kolejna bajeczka wymyślona, aby utrzymać świetność rodu!
- Trzeba było chodzić na więcej lekcji religii, a mniej informatyki, to byś wiedział cokolwiek o tym świecie Młody!
- A może to unosi się tak... Po prostu? - krab przerwał sprzeczkę swoich towarzyszy
- Jak to po prostu?!? - odpowiedzieli jednocześnie
- No nie wiem, bo chce?
- Nic w tym świecie nie dzieje się bez przyczyny! - odparł stanowczo zbyt głośno Grzesiek - To podstawowe prawo całej nauki. Akcja powoduje reakcje.
- Dobra, Panowie, starczy! - przerwał Sizzler - Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym.
- Na przykład?
- Nie wiem Młody, Ty jesteś dobry w te klocki. Weź zarzuć jakimś tematem.
- Ech... No dobra. Gdybyście mogli być albo nieśmiertelni, albo nieznisczalni. Co byście wybrali?
- A to nie to samo?
- Noooo. Nie. Jak jesteś niezniszczalny, to umrzesz ze starości. Jak jesteś nieśmiertelny, to może coś Cię zabić. Kula zbłąkana, nie wiem.
- Ja to bym chciał być niezniszczalny. - odpowiedział Karkat - W wypadku bym nie zginął.
- To raczej nam nie grozi. Tu jest pustkowie, a z Lan Sar raczej nic nie spa... O WSZYSCY ŚWIECCY!

Gdy tylko wypowiedział te słowa rozległ się trzask tłuczonej szyby. Mały, metalowy przedmiot wpadł przez okno do wnętrza pojazdu. Żukiem zarzuciło. Na szczęście stalowe nerwy i opóźnione reakcje kierowcy pozwolił zapobiec zjechaniu z trasy. Kiedy tylko trochę się uspokoili, spojrzeli się na kawałek metalu, który wleciał do środka. W odpowiedzi kawałek metalu spojrzał się na pasażerów.

- (OwO)? - pokazał wyświetlacz. Po chwili ciąg znaków zmienił się na - (^_^)/
- To antropomorf?
- Zdurniałeś Karkat, widziałeś kiedyś antrosa ze śmieci? To złomoludź z tego wysypiska jest!
- HAI! - pokazał wyświetlacz
- Co z tym robimy szefie? - zapytał krab
- Jak to co, łapać to dziadostwo! - wtrącił się Matrix - Rozpierdzieliło nam Żuka!
- (O_O) - wyświeliło stworzonko, po czym czmychnęło pod siedzenie

Młody haker zanurkował tuż za nim. Stalowe nerwy kraba po raz drugi zapobiegły kolizji. Pod siedzeniem odbyła się krótka, lecz gwałtowna przepychanka w następstwie której Grzegorz nabił sobie przynajmniej jednego guza. Złomowy ludzik wyskoczył spod fotela prosto na kolana tieflinga. Ten próbował złapać stworzonko to jedną ręką, to drugą.

- (/><)/

Zegarkowa głowa wymykałą się z rąk diablika niczym ryba. W końcu skoczyła do tyłu, prosto w wyciągnięty przez Skorupskiego "clams". Niezwykle precyzyjny, ale jednocześnie delikatny uchwyt unieruchomił pasażera na gapę. Stworzonko szarpało się jeszcze trochę, próbując opuścić żelazny uścisk antropomorfa. Po kilku nieudanych próbach dało jednak za wygraną.

- (T_T) - pokazała elektroniczna tarcza zegarka
- Co z tym zrobimy?
- Wyrzuć to w cholerę! - wydarł się Matrix, wciąż masując obolałą potylicę
- Czekaj. - odparł Sizzler - Ten maluch może się nam przydać, tam gdzie jedziemy.
- Niby jak?
- Jak zobaczą nas z jednym ze swoich, to nie będą podejrzliwi. Dobra, złomku, masz jakieś imię?
- ^^^
- Chyba pokazuje na ten napis na górze.
- Lyyyy... Pyyyy... Nyyywka? - męczył się z odczytaniem haker

Karkat obrócił szczypce w swoją stronę.

- To chlevowiański. Tu pisze Griszka.
- A więc Griszka. - odpowiedział Sizzler - To twoje imię?
- (UwU)!
- Pieprzone świnie. Nie mogą pisać po argentyńsku, jak cały cywilizowany świat, tylko jakieś swoje abecadła wymyślają.
- Dobrze, Griszko. - spytał spokojnie przywódca bandy - Czemu zawdzięczamy twoją wizytę w naszych skromnych progach?
- DOM - na wyświetlaczu pojawił się normalny napis, w cywilizowanym języku
- A więc chcesz wrócić do domu.
- TAK
- I mówisz, że jadąc cały czas tą drogą w końcu dojedziemy do twojego domu?
- TAK
- No to w porządku, możesz jechać z nami.
- Ale szefie, to nam stłuk...
- Cichaj młody, to szczegóły. - uciszył hakera diablik, po czym znowu zwrócił się do Griszki - Możesz jechać z nami, ale pod dwoma warunkami?
- (*_*)!
- Po pierwsze, załatwisz nam nową szybę na miejscu. Po drugie... Dużo masz znajomych?
- TROCHE - sześcioznakowy limit wyświetlacza został zapełniony w całości
- Więc zapoznasz nasz z nimi, tymi i owymi.
- (^_^)b
- No! To się zgadzamy. Jakieś "ale", Panowie?
- Jacy panowie? - odpowiedział pytaniem Karkat
- To stworzenie może być szpiegiem tajnej policji Złomo...
- Młody, ty się tu nie pieklij, tylko zalep czymś dziurę w szybie. Migusiem!

***

Pik-pik. Pik-pik.

Grzesiek lekko uchylił powieki. Był środek nocy, a przynajmniej nieprzenikniona ciemność we wnętrzu Żuka na to wskazywała. Mniej więcej godzinie po dołączeniu Griszki ekipa zdecydowała się przenocować na poboczu. Oryginalny plan zakładał, że nocą będzie prowadził Sizzler. Drogi na pasie ziemi niczyjej były jednak nieoświetlone, co w połączeniu z kiepskim asfaltem stanowiło za duże zagrożenie. Wspólnie zdecydowali, że lepiej będzie przeczekać do rana. Wnętrze furgonetki okazało się wyjątkowo wygodne, więc nawet natarczywe pikanie nie było w stanie wyrwać Matriksa ze snu. Zwłaszcza, że samochodem tak przyjemnie kołysało...

Pik-pik! Pik-pik!

- Mmmmm, jeszcze pięć minutek mamusiu...
- (>д<)!

Zrobiony ze spinaczy biurowych ogonek chlasnął hakera po twarzy. Ten podskoczył jak oparzony i, półprzytomny, zaczął się rozglądać po otoczeniu. Szybko wychwycił bladozielone światło zegarka Griszki. Złomostworek stał obok jego śpiwora. Wyraźnie czymś poruszony pikał wściekle za pomocą wbudowanego w zegarek budzika.

- Co znowu, mała wredoto?

Rozejrzał się jeszcze raz. Oczy powoli przyzwyczajały się do zmroku, mógł już odróżnić sylwetki swoich pozostałych kompanów. Antropomorf leżał jak zabity, nie wydając nawet najcichszych odgłosów. Przedsiębiorski przysiągłby, że potężny antropomorf będzie chrapał jak stary traktor. Z kolei Sizzler wiercił się strasznie przez sen, tak jak przewidywał. Skoro obaj mocno śpią, przynajmniej będzie mógł wyrzucić tę kupę złomu za okno. Spróbował wstać, czego jednak szybko pożałował. Żuk naprawdę podskakiwał rytmicznie, jakby pływał po wodzie. Mocniejszy ruch przewrócił go z powrotem na posłanie.

- Ugh! Co... Co tu się dzieje?
- HOBOSY - wyświetliła Griszka na swoim zegarku
- Co takiego?
- ZŁE - napis na ekranie zmienił się po raz kolejny
- CHODŹ
- PATRZ

Stworek zaczął szarpać hakera za rękaw bluzy z kapturem. Młodemu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Trzymając się karoserii podszedł do okna. Krajobraz na zewnątrz był tak samo monotonny, jak przez ostatnie kilometry. Niemniej jednak dało się zauważyć, że samochód porusza się wzdłuż trasy. Haker zaczął rozważać opcje. W pierwszej chwili chciał po prostu krzyknąć przez okno, aby spłoszyć złodzieja. Szybko się jednak powstrzymał. To byłoby nierozważne. Nie wiedział, z czym mają do czynienia. Próba wyciągnięcia informacji z Griszki mogłaby trwać za długo. Szybkim susem wrócił więc na pakę, po czym zaczął trząść śpiącym diablikiem.

- Szefie, wstawaj! Samochód nam kradną!

Reakcja tieflinga była natychmiastowa. Skoczył na równe nogi, przygwoździł Grześka do ziemi, po czym przystawił mu trzymany w ogonie nóż do szyi. Po krótkiej chwili, gdy zorientował się kto go obudził, poluźnił jednak uścisk.

- Młody? Do ciężkiej cholery, co ci odbiło żeby budzić ludzi po nocach? - zamilkł na chwilę - Co tak pikapem telepie?
- No mówię, auto nam kradną - powtórzył Matrix oddychając ciężko - Złom mówi, że to jakieś homosie...
- HOBOSY - zaświeciła groźnie Griszka - (>_<)!
- Zwał jak zwał.
- Dobra młody. Budź Karkata, trzeba będzie coś z tym zrobić.

Nauczony doświadczeniem, Matrix jedynie szturchnął ogromnego kraba, po czym przytomnie odskoczył. Na swoje szczęście, gdyż do tej pory leżący bez ruchu antropomorf tak zamachnął się clamsem, że mało dziury w karoserii nie wybił. Głuchy brzęk pewnie było słychać w samej Mastodonii. Samochód momentalnie przestał się kołysać. Nastało kilka sekund ciszy, po czym Żukiem zatrzęsło jeszcze raz. Porządnie, jakby ktoś opuścił furgonetkę z wysokości conajmniej piętnastu centymetrów. Karkat w końcu otworzył oczy.

- Ło Krezusicku... Tak się przyjemnie spało. Co tu się stało?
- Samochód nam kradli. - odparł podirytowanym głosem Sizzler
- Ale tak w białą noc? - dopytywał krab - Nie jesteśmy już przecież w Mastodonii.
- Skurwysyny są wszędzie. - odparł swoim zwyczajowym, sarkastycznym tonem Matrix
- Dobra, trzeba będzie ogarnąć co i jak. - zamyślił się diablik - Griszka, wiesz czym są te hobosy?
- TAK!
- MAŁE
- WREDNE
- ZŁE
- (>_<)
- Tak się wiele nie dowiemy. - pokręcił głową Sizzler - Karkat. Zerknij no na zewnątrz. Ja i Młody będziemy cię ubezpieczać.
- Spokojnie Szefie, nie trzeba. - powstrzymał starszych wspólników zupełnie już rozbudzony haker - W końcu od tego tu jestem.

Otworzył walizkę ze swoim potężnym laptopem, po czym zaczął robić jedyną rzecz, przy której naprawdę mógł się zrelaksować. Komputery! Co prawda bez internetu jego możliwości były okropnie ograniczone, ale nie na darmo przed wyjazdem zamontował do furgonetki parę bajerów. Palce śmigały po klawiaturze jak szalone. Po kilkudziesięciu sekundach (hej, na komputer z tych czasów to i tak szybko!) na monitorze laptopa wyświetlił się obraz z zamontowanej pod zderzakiem kamery noktowizyjnej. Trzy pary oczu i jeden zegarek zaczęły wpatrywać się zaciekawione w ekran na którym było widać...

- Co to, do diabła, jest?
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.09.2019 19:51 przez Orzi. Powód: Poprawiona ortografia)
23.09.2019 19:49
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Grigorij Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 3,427
Dołączył: 30.03.2009
Skąd: Super Bale Całą Noc
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
...hobosy.

***

Tymczasem ulice Złomowiskowa ogarnęła ekscytacja. Złomoludzie ze wszystkich stron zmierzali na plac centralny, gdzie mogli być świadkami niecodziennego widowiska. Tajemniczy gość przybył do ich ojczyzny i w geście przyjaźni wdrożył ich w tajniki niezwykłej gry, na punkcie której lokalsi z miejsca dostali bzika. Sam przywódca złomków, Alejandro, patrzył na wszystko z wysokiej trybuny uradowany szczęściem jego ludu. Towarzyszył mu ów tajemniczy gość - pulchny, antropomorficzny kalafior w przyciasnym, czerwono-granatowym dresie.
- Wspaniałe widowisko, drogi Kalafiorze. - włodarz nie mógł się nadziwić niezwykłości gry - Przyznam ci szczerze, po ostatnich wydarzeniach zaczynałem już wątpić że uda nam się nawiązać z inną rasą przyjazne stosunki. Nie spodziewałem się że odwiedzi nas ktoś nie w celu żerowania na nas, a żeby podzielić się swoim dziedzictwem kulturowym.
- Na te wory mięcha nie ma co liczyć, Alek. - Kalafior bardzo szybko porzucił konwenanse dyplomatyczne i zachowywał się w stosunku do gospodarza bardzo bezpośrednio - Warzywa są lepsze od innych ras, zawsze to powtarzamy.
- Być może uznałbym to za aroganckie stwierdzenie z waszej strony, gdyby nie miało potwierdzenia w rzeczywistości. Faktycznie, różnica jest aż nadto widoczna.
Pod trybunami kilku ochotników poznawało zawiłe tajniki bejzbola. Wysoki, czteroręki robot kręcił młynka rękami wyposażonymi w cztery PAŁKI i odbijał nimi serie rzucanych w niego z dwóch stron białych i czerwonych piłek. Po odbiciu białe były przechwytywane przez dwa małe, latające robociki z siatkami na motyle, a czerwone energicznie unikane były przez wszystkich na placu.
- Drogi Kalafiorze, czyżbyśmy mieli ssykoński pat? - zapytał pan z krokodylkiem do zszywek zamiast głowy, starając się zapamiętać wszystkie niuansiki skomplikowanej gry - Leonard przelobował piłkę nad drążkiem z ćwierćobrotu, chociaż był kryty od zawietrznej. Nie powinieneś zadąć w gwizdek?
- W większości przypadków tak, stary, ale mamy wyjątek. Leoś ma czerwoną szarfę piątego stopnia, a kryjący go Terry okrążył bazę już trzy razy. Co ci to mówi?
- Pięć i trzy... - Rikardo się zastanowił przez chwilę - Pięćdziesiąt trzy to liczba pierwsza! Można lobować nad drążkami jeśli mecz odbywa się w pierwszą kwartę księżyca!
- Dokładnie! - odparł Kalafior, dumny z tego jak szybko Alek i jego ludzie załapali większość zasad.

Mieszkańcy Złomowiskowa grali w bejzbol cały dzień, co partię zmieniając składy. Okoliczne dzieciaki również próbowały sił w grze na swoich podwórkach. Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Alejandro odprowadzał Kalafiora do samochodu.
- Sprawiłeś nam niesamowitą radość, przyjacielu. - przywódca złomowców serdecznie żegnał gościa - Liczę na ponowną wizytę. Koniecznie odwiedźcie na całą drużyną.
- Z rozkoszą, brachu. Macie tu paru niezłych zawodników, Stare Ropuchy pykną z wami sparing z prawdziwego zdarzenia. Dasz dryndnąć jeszcze zanim pojadę? Od razu przekażę chłopakom zaproszenie, na pewno się ucieszą.
- Ach, chcesz skorzystać z telefonu? - odgadł Alejandro, nie do końca nadążający za podwórkowym żargonem Kalafiora - Ależ oczywiście, posłuż się aparatem w moim gabinecie.

Miasto Karkazony, centralna Mastodonia

Starodawny telefon z tarczą spoczywał na dębowym biurku w zacienionym salonie przyjemnego, podmiejskiego domku. Gdy zadzwonił, po chwili słuchawkę podniósł elegancko ubrany dżentelmen i odparł kulturalnie:
- Słucham?
- Kopyta ci walo!
- Kalafior? - mężczyzna poznał nie tyle po głosie, co po kiepskim dowcipie który zawsze palił swojego rozmówcę - Cześć! Jak tam leci?
- Andriej, byku, git malina! Jest Muniek u ciebie?
- Zygmunt? Jest, szykujemy się na trening.
- No i git. Przekaż mu, że wbijamy całą ekipą na te pustynne złomowiska. Ziomale tu są jedwabiste, pogramy sobie konkret.
- A to dobra wieść, przekażę Potejtowi! - odparł wampir i rozłączył się z trenerem.

Po przekazaniu informacji Potatowski zaśmiał się złowieszczo.
- Niakniakniakniakniak! Sukces! To miejsce to kopalnia innowacji! Może posiądziemy sekret przeszczepów mechanicznych! Albo przeciągniemy któregoś z tych mechanicznych ludzi na naszą stronę! Nasz wielki cel się ziści!
- A przez wielki cel masz na myśli... - zagaił Wasilewski, bo Potejt miał ich kilka.
- Oczywiście puchar ligi bejzbola! Johann jest na tacierzyńskim więc mamy osłabiony skład. Drużyna Dżagers reprezentująca Tygrysorię tylko na to czeka. Musimy jakoś odrobić tę stratę.
Andriej dobrze zgadł który cel Potato miał na myśli. Nic ich tak nie trzymało razem jak bejzbol.
- No to to super! Jak tylko Kalafior zajedzie ruszamy. A teraz... pykniemy partyjkę?
- To chyba pytanie retoryczne. - odparł przyszły postrach Mastodonii i okolic, a obecnie gwiazda świata sportu The Darkest Potato.

[Obrazek: vYg1BTA.png]
25.09.2019 18:23
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Eikichi Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,284
Dołączył: 31.07.2011
Skąd: San Escobar
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #6
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Oczom bohaterów ukazały się małe, niesięgające nawet dwudziestu centymetrów stworzenia. Mrok nocy rozświetlały lampki oliwne niesione przez niektórych osobników. W blasku świateł dostrzegli kilkadziesiąt tęgo zbudowanych ludzików, o porośniętych sierścią paszczach i oślich uszach. Większość nosiła proste skórzane odzienie. Hobosy biegały naokoło panikując, nie minęła jednak chwila, a stojący obok osobników trzymających lampki, większy egzemplarz, batogami przywołał swoich ziomków do porządku.
- Kurwa... - skomentował, gapiąc się w ekran monitora, Karkat – To jakieś połączenie miśka, krasnala i osła jest?
- Nie obchodzi mnie to – Powiedział wstając na równe nogi Sizzler. - Są małe, a to znaczy, że łatwo się je leje.
- Szefie ich jest kilkadziesiąt... - napomniał Matrix.
- NIE! - Pokazało się na tarczy Griszki.
- ZŁE!
- (!_!)!
Tiefling jednak nie posłuchał złomki, właściwie nie widział nawet tego co zegarczany złomoludź pokazuje. Zwyczajnie skierował wzrok w innym kierunku. Zza kabury przy pasie wyciągnął stary rewolwer, złamał go i wstawił załadowany nabojami bębenek.
Z kieszeni wyciągnął pogniecione zdjęcie, popatrzył na nie dłuższą chwilę. Obraz przedstawiał popiersie pulchnej na twarzy diabliczki w średnim wieku. Długie fioletowe włosy opadały na pobrudzone ramiączka sukienki.
- Matulu... - powiedział do zdjęcia oprych.
Chrząknął, zaciągnął się i opluł wyciągniętą fotografię.
- Jak ja cię stara flądro nienawidzę! - po czym schował zdjęcie z powrotem do kieszeni. - No to teraz jestem w nastroju by lać co popadnie. Karkat! Matrix! Wiecie co macie robić?
- Jasne Sizzler! - Krzyknęli unisono.
Przedsiębiorski chwycił swój laptop w jedną rękę, Griszkę pod pachę i usiadł w kącie kanciapy, zarzucając na siebie koc. Antropomorf i tiefling wyskoczyli z tyłu wozu krzycząc jak wariaci. Trzeba było przyznać, że mogliby i próbować jakoś dogadać się z dziwnymi stworzeniami, można rzec konfratrami. Problemem był charakter Sizzlera, który wyznawał zasadę "Jak Sizzler kraść krowę to jest dobrze. Jak Sizzlerowi kraść krowę to jest źle".
Wpadli między zamierzających się ponownie do podniesienia wozu, hobosów niczym Pussyhunter wchodzący do burdelu. Karkat rył swymi szczypcami po asfalcie, krusząc jego cienką warstwę i przy okazji zabijając wszystko co mu pod nie wpadło. Sizzler postrzelił większego hobosa z batem, nożem zadźgał kilku innych.
Misio-osło-krasnoludki z początku całkowicie nie wiedząc co począć, zaczęły uciekać. A przynajmniej te, które robiły za siłę roboczą.
Powietrze przeszył świst. W świetle lampek antropomorf dostrzegł biegnących w ich kierunku kilkunastu hobosów. Po trzech, czterech trzymali zdezelowane goldchestery. Stare karabiny, których użyto do spacyfikowania Mastodonii przed prawie dwustu laty.
- Oni mają gnaty! - Krzyczał Sizzler strzelając do nadbiegających pokurczy.
- Wiedziałem, że to się tak skończy – skomentował Karkat miażdżąc w clams kolejnego wroga.
Z tyłu nadleciały w ich kierunku kule. Wszystkie chybiły celu, ale dwójka chojraków w mig pojęła swoją aktualną sytuację. Dopiero teraz zauważyli ilu hobosów zebrało się przy żuku. Otaczała ich w tym momencie około setka dziwnych, małych i złośliwych cosiów. Dźwigający wcześniej żuka przegrupowali się, również sięgając po rozmaitą broń.
- HOBO HOBO BO BO BO BO! - Krzyczał stojący na przedzie hobos w okularach przeciwsłonecznych i malutkim pistoleciku w rękach. - Hobo hobo... - dodał wyszczerzając zęby jak igły.
Jeden celny strzał z rewolweru pozbawił gadającego głowy i połowy torsu.
- Za kółko Karkat! - krzyczał do kompana, wskakujący na pakę diablik. - Spierdalamy!
Antropomorfowi nie trzeba było więcej gadać. Przeszarżował przez otaczających go coraz ciaśniej hobosów i wskoczył do samochodu. Szybko zapalił silnik i ruszył.
W jego stronę poleciała salwa kul, dwie trafiły celu. Antropomorf dostał jedną kulkę w bark, druga urwała mu pojedynczą czułkę. W tym momencie jednak niczego nie czuł, adrenalina sprawiła, że całkowicie skupił się tylko i wyłącznie na ucieczce. Wcisnął gaz do dechy, clams zaciskając na kierownicy.
W lusterku zobaczył potężny blask szperacza. Reflektor był umocowany do czegoś co Karkat widział kiedyś w książce z obrazkami: do czołgu parowego. Machina wystrzeliła, na nieszczęście hobosów trafiając w asfalt.

- I jak? Będzie z nim wszystko w porządku? - Zapytał głos Sizzlera.
- ... - odpowiedziała mu cisza.
- To chyba znaczy, że tak szefie. Ja bym się tak nie martwił, Karkat to spory chłop, nie pierwszy, nie ostatni raz jak zarobił kulkę. W kompie policzyłem, że jeśli Griszka zna się na medycynie to jest 66% szans, że przeżyje. Dodałem do obliczeń oczywiście minusowe modyfikatory za to, że o tym co mu jest, zorientowaliśmy się dopiero po tym jak przestał jechać.
- A jak się nie zna?
- To prawdopodobnie będzie musiał mu wystarczyć bandaż z twoich brudnych, wczorajszych gaci i woda utleniona, którą zrobiłem z coli. W internecie czytałem, że colka ma mnóstwo zastosowań. Co szkodzi spróbować.
- Eh Grzesiek, ciebie to czasem trzeba, by po prostu zlać, ale tak porządnie. Może byś chłopie kiedyś myśleć zaczął.
Rozmowa trwała w najlepsze. Antropomorf zdał sobie sprawę, że leży na czymś miękkim, najpewniej kocu, który zabrali z domu sąsiadki Przedsiębiorskiego. Czuł potworne zmęczenie i ból w okolicach barku i głowy. Słyszał o czym rozmawiają jego kompani, ale nie miał na tyle sił, by wstać.
Zasnął.


Hurkot silników wydobywający się z wielkiego, dwuwirnikowego śmigłowca wojskowego, było słychać już z daleka. Rikardo mimo uprzedzeń jego doradców zalecił nie interweniować, co jak się okazało było poprawną decyzją. Niedługo po tym jak usłyszano Chinooka, przez lunety zauważono wymalowane na bokach symbole: Czarne, brodate ropuchy na białym polu.
- Są szybciej niż myślałem – rzekł patrząc w niebo Alejandro.
- To chyba dobrze, nie uważa pan?
Pytający stał oparty o ścianę z założonymi na siebie czterema rękami. W robotycznych ustach trzymał czerwony od gorąca odcinek rury wydechowej, z jego końca unosił się dym. Lampki robiące mu za oczy świeciły delikatnym światłem.
- Oczywiście, że tak Batista. Nie mogę się doczekać meczu!
W chwilę potem na taras, na którym stała dwójka Złomoszczan wbiegł mężczyzna. Całe ciało nie licząc jego twarzy tworzyły sploty drutów, kabli oraz metalowych ustrojstw. Na jego prawej nodze oraz lewej ręce starały utrzymać się i jednocześnie coś lutować, dwa małe robociki, wyglądem przypominające połączenie małpki i telewizora.
- Gizmo! Wróciłeś przyjacielu.
- No nareszcie chłopaku!
Przywitali młodzieńca zarówno Rikardo jak i Batista. Jegomość stanął i prawą ręką wskazał na nadlatujący śmigłowiec.
- Wy to widzicie? Przecież to jednostka wojskowa? Mam to zniszczyć? Co tu się wyprawia, wracam z misji tępienia hobosów, a wojska jakichś perfidnych drani ot tak lądują sobie w naszym królestwie?
- Spokojnie przyjacielu – wyprzedził prezydenta czteroręki. - Opakowanie może i nie wskazuje, ale w środku tej paczki jest...
- Zepsułeś! - przerwał wypowiedź cienki głosik robocika, który wisiał na lewej ręce cyborga. - Usunąłeś wiatraczek, który montowałam Panu przedwczoraj!
- To ty zepsułaś! TY! - piszczał drugi, wiszący na kolanie, złomek. - Zrujnowałaś port na chipy językowe! Wgrałem tam nawet chlewoviański! RUJNUJESZ MOJE ŻYCIE!
Dwa maluchy rzuciły się na siebie i zaczęły okładać po monitorach, do momentu aż Gizmo nie chwycił ich w ręce i nie odsunął od siebie, na bezpieczną dla siebie i dla nich odległość.
- Uspokójcie się, dobrze? - zapytał patrząc na jednego i drugiego. - Jedyneczko, Dwójku weźcie sobie jeden dzień wolnego zróbcie.
- A co z ciągłymi modyfikacjami?
- No własnie? Kto Panu tryby nasmaruje, wleje oleju do głowy?
Zamartwiały się robociki. Batista zaśmiał się lekko pod nosem.
- Spokojnie, dam sobie radę. Idźcie się napić benzyny, zapalić rurę czy co.
Puścił obydwa, podały sobie ręce i poszły, chwilę później znikając za rogiem korytarza. Alejandro wyjaśnił pokrótce młodemu o co chodzi, czym go odrobinę uspokoił. Odrobinę ponieważ Gizmo już dawno przestał ufać wszystkiemu, co nie ma chociaż połowy siebie zbudowanej z metalu.

Rikardo, cyborg, czteroręki oraz inni ważni obywatele miasta, w tym pani Sprężyna, lord Gejben i wielu innych, stali na lądowisku w oczekiwaniu na gości.
Kiedy Chinook zbliżał się do lądowania, podmuch wiatru poprzewracał co mniejsze robociki, większym zrzucając czapki z jednostek centralnych.
Gdy śmigła w końcu stanęły w miejscu, rampa z tyłu śmigłowca zaczęła powoli opadać na ziemię. Ze środka machiny zaczęły wychodzić, atletycznie zbudowane, warzywne antropomorfy. Każdy jeden wyglądający jak zawodowy żołnierz sił specjalnych. Ubrane w białe stroje w czarne, pionowe paski. Na głowach różnych gatunków warzyw, nosili czapki z daszkiem, z tyłu czerwone, z przodu przedstawiające rysunek czarnej, brodatej ropuchy na białym tle.
Na końcu wyszedł znajomy już Złomowiszczanom Kalafior, w żółtym garniturze, w ustach żujący źdźbło trawy. Obok niego spokojnie kroczyła prawdziwa niespodzianka. Zwykły, lekko blady mężczyzna o żółtych oczach, cienkim, eleganckim wąsie i wielkim sombrero, które zasłaniało założoną czapkę z daszkiem. Alejandro poczuł coś dziwnego patrząc na tego osobnika, poczuł jakby spoglądał na coś prastarego i groźnego.
Jednak to nie człowiek o wydłużonych kłach zwrócił jego największą uwagę. Pośrodku, pomiędzy mężczyzną i Kalafiorem, szedł mały, nawet nie półmetrowy, antropomoficzny ziemniak. Zdziwił go z początku ten widok, tak małej istotki pośród tych wszystkich olbrzymów, ale w momencie gdy nawiązał z ziemniakiem kontakt wzrokowy zrozumiał swoją pomyłkę.
W jego stronę zmierzała istota, której wiedział, że musi się obawiać. Poczuł to. Głęboko w jego obwodach eksplodowała pojedyncza emocja: Strach.
Wtem całe to napięcie zostało przebite jak balonik z powietrzem.
- Niak niak niak niak niak! - Zaśmiał się kartofel. - No i jesteśmy! Witajcie złomoludki! Podobno chcecie grać?
Pyra podeszła do Rikardo i wyciągnęła ku niemu wolną od trzymania kija basebalowego rękę. Uśmiechała się od ucha do ucha ukazując ostre zębiska. Przedstawiciel złomków oddał uścisk i również na swój sposób "uśmiechnął się" rozszerzając delikatnie rozszywacz.
- Witamy i was, możecie mówić mi Alejadro Rikardo.
- Ja jestem Zygmunt Potatowski, ale mówicie mi Potejt. Ten dziwak po mojej lewej to Andriej, jest wampirem, więc niech się nasz gospodarz nie unosi, żaden to mięsny śmieciak jak reszta – potarł niecierpliwie ręce i dodał z uśmiechem. - To kiedy gramy?


Słońce wisiało już na niebie dobre kilka godzin, kiedy Karkat otworzył oczy po raz pierwszy od wypadku. Koszulę, gacie, ogólnie całe ubranie lepiło się od potu i krwi. Śmierdział. Marzył tylko o tym by wskoczyć pod zimny prysznic, a potem wypić czteropak Morświnka, lokalnego piwa, które uwielbiał.
Podniósł głowę. Był dziwnym antropomofem, dość humanoidalnym by jego twarz można było nazwać twarzą, a nie pyskiem, ale o potężnych kleszczach, czułkach i mocnym hitynowym pancerzu. Uniósł swoje wielkie cielsko podpierając się niepewnie clamsami o podłogę. Żukiem trzęsło, więc musieli jechać. Albo to, albo Sizzler sprowadził panienki, co było możliwe. Tym bardziej, że krab zawsze miał pecha do tego by takie okazje go omijały.
W tylnej części gdzie leżał, nie było nikogo poza nim. Spróbował wstać, ale wywrócił się na koc. Próbował tak jeszcze kilka razy, w każdym przypadku tracąc równowagę.
W końcu dostawczak zatrzymał się. Na pakę z tyłu wskoczyli niemal jednocześnie Grzesiek, Sizzler i Griszka.
- (^_^) - ukazało się na zegarku złomki. - DZIAŁA
- Raczej żyje baranie
Mówiąc to podskoczył do kompana diablik, po czym kopnął go w kolano.
- No nareszcie się obudziłeś!
- On chciał pewnie powiedzieć: Miło, że wróciłeś do żywych stary – dodał Przedsiębiorki.
Karkat spojrzał na całą trójkę i niespodziewanie kopnął tieflinga w krocze.
- A owszem obudziłem się. Tylko cholera panowie nie mogę wstać. Czuję się jakbym był najebany.
- Bo ci te małe chujki odstrzeliły tego dinksa co masz dwa na czole – piskliwie odpowiedział Sizzler jednocześnie skręcając się z bólu na podłodze.
- Ale spokojnie Karkat – powiedział klepiąc kolegę po zdrowym barku Matrix. - Griszka całą noc majstrowała i viola, mamy tutaj dla ciebie coś zastępczego.
Wziął robocika w ręce, w małych dłoniach spoczywała powykręcana, pozaginana, ale w miarę czysta antena z radia, na której końcu przyczepili jakieś igły. Grzesiek puścił złomkę, a ona doskoczywszy do wielkoluda wbiła mu do głowy zmajstrowany wynalazek.
Karkat poczuł kopnięcie prądem, a potem aż podskoczył. Następnie zaczął chodzić po tylnej części wozu.
- Nie mogę się zatrzymać... - powiedział chwytając się za nogi swoimi szczypcami.
- (0_0)p – odpowiedział mu napis.
- Co to znaczy? Co? - Sizzler chwycił robocika w obie ręce i potrząsnął nim energicznie. - Miał chodzić normalnie, a to co jest? Jakaś paranoja kurna, jak on się nie może zatrzymać to ... a ja nie wiem co. No fuszerę odwaliłaś Griszka, fuszerę!
- DZIAŁA
- Ale wadliwie. W jaki sposób on ma przestać chodzić? - Zapytał Grzegorz, jako jedyny z ekipy potrafiący zachować zdrowy rozsądek.
- PUP
- Co pup? Ruchać ci się teraz chce? Za taką robotę to żaden burdel w Morświnoujściu cię nie wpuści – Sizzler uderzył pięścią w bok auta.
- (*_*)! - pojawiło się na ekraniku. - PUP
- Jej chyba chodzi o to by mu tę antenę wyciągnąć – zauważył Przedsiębiorski. - Weź no spróbuj Karkat.
Ich wielki kolega posłuchał rady i z grymasem bólu wyciągnął sobie antenę z głowy, następnie upadł na ziemię prawie zarywając samochód.
- DZIAŁA
- Ta... - Skomentował Sizzler. - Dobra stary, wiemy co i jak, teraz to ci musi wystarczyć. Potem w Mastodonii za kasę z akcji wykupimy jakiegoś konowałka i cię w mig naprawi. A teraz wbijaj sobie to z powrotem w łeb, trzeba ci co pokazać.

Wyszli na zewnątrz. Ich oczom ukazała się wielka metropolia, domki z garnków, małe wieżowce z gór śmieci, zardzewiałe kolosalne figury przedstawiające rowery, telewizory i elektryczne dilda. Pierwszym jednak co rzucało się w oczy była brama z napisem "Królestwo Zł0m0w1sk0w0".
No to jesteśmy panowie – powiedział zadowolony jak diabli, diablik.

Na przygotowanym profesjonalnie boisku zgromadziły się dwie drużyny. Jedni ubrani w doskonale wyprasowane, nakrochmalone stroje o tych samych barwach. Pozostali w zniszczone zlepki zebranych ze śmietniska szmat, albo na golasa.
Potejt widział, że drużyna przeciwników ma w sobie potencjał, po kilkuset latach gry potrafił to ocenić dość dobrze. Był pewien zwycięstwa.
Pierwszy mecz warzywa wygrały ze zdecydowaną przewagą. Nie wpuszczono na boisko nawet Wasilewskiego, który obok The Darkest Potato i Zwiebela robił za jedną z głównych gwiazd zespołu. Mimo jednak tak druzgocącej przewagi wszyscy świetnie się bawili, stosując najróżniejsze techniki, od zwykłego poczwórnego uderzenia w piach, po gaz pieprzowy schowany w wypchanej owcy.
Grali do późnego wieczora, drużyna Złomkesów, jak kazali się nazywać Złomiszczanie, z meczu na mecz grała coraz to lepiej. W końcu za piątym razem udało im się wygrać, a cały stadion aż zatrząsł się od śmiechu Potatowskiego.
- TAK! Teraz będziemy grać na poważnie! - Potejt spojrzał się na wampira. - Andriej! Wchodzisz. Reszta! Narada!

- Na jakiej stanąć pozycji? - zapytał krwiopijec. - Mam iść na pałkarza i spróbować zastąpić jakoś Johanna?
- Nie, nie, nie – Potejt podskoczył energicznie w górę. - Staniesz jako łapacz. Gramy na poważnie. Dyniak, idziesz na zapolowego w centrum, Cukinia w tobie nadzieja w ataku, masz pięknie uderzać. Kalafior?
- Co jest Zigi?
- Jakiś plan na rozbicie ich techniki potrójnego kaczora? Użyli tego już kilka razy i w każdym przypadku traciliśmy punkty. Wymyśl coś na szybko. Czas się kończy! Wracamy na boisko panowie!
- Zigi – trener Starych Ropuch chwycił Potatowskiego zanim ten odbiegł. - Przygotowałem coś na tę okazję, mówię to tylko tobie bo inaczej nie zostaną spełnione warunki. Posłuchaj...
Szeptali jeszcze przez chwilę, do momentu aż Potejt roześmiał się na głos.
Zawodnicy stanęli naprzeciwko siebie, pierwsi mieli atakować Złomkesi. Na pozycji pałkarza ustawili do tej pory najlepszego zawodnika, Batistę. Andriej ustawił się za nim w pozycji łapacza, nie założył stroju obronnego, zmierzchało więc ściągnął sombrero. Na prawej ręce przewiązaną miał niebieską szarfę.
Potejt chwycił piłkę rzuconą mu przez Gizma, specjalnie klaszcząc wcześniej, by uniknąć późniejszych konsekwencji, gdyby przeciwnicy chcieli zastosować taktykę "Zagubionego Niedźwiadka".
- Riki! - krzyknął podrzucając piłkę w dłoni bez rękawicy. - Gramy ostatniego mecza, na mega poważnie. Zagramy o coś? Co ty na to? Trochę pikanterii się przyda, co nie? - uśmiechnął się paskudnie.
- Jasne Zygmuncie. Tylko o co chcesz grać? - Alejadro wychylił się zza barierek odgradzających siedzenia od boiska.
- Jak my wygramy to nam dacie projekty technologiczne, a mi załatwicie taką zajebiaszczą, mechaniczną łapę.
- Zgoda, ale jak to nam się uda zwyciężyć to rozwiążecie dla nas pewną sprawę... Umowa? - Robot wzruszył ramionami, wydawać by się mogło, że popatrzył pytająco w kierunku kartofla.
- Deal!

Potejt stał w swoim polu miotacza. Popatrzył na piłkę, zacisnął na niej swą patykowatą dłoń, odchylił się w tył. W duchu chichotał paskudnie.
Rzucił.
Batista, do tej pory najlepszy z pałkarzy, o wielkim talencie do wybijania na home run, nawet nie zauważył kiedy piłka znalazła się w rękach Andrieja. Złomoludź ze zdziwienia aż obejrzał się za siebie, zobaczył jak z rąk wampira aż dymi po otrzymanym zagraniu.
- To jakaś sztuczka? - Zapytał niedowierzający w to co się przed chwila wydarzyło Alejandro.
- Nie – rzekł zadowolonym tonem, trener Starych Ropuch. - Zigi może iść na całość tylko jeśli Andriejek stoi na łapaczu. Lepiej coś wykombinujcie bo normalnie to już nie zdobędziecie w tym meczu punktu.
Wiedział, że jest to możliwe, było wielu zawodników, którzy radzili sobie z battery Potatowski-Wasilewski. Choćby Tygger, czołowy pałkarz Dżagersów. Niestety dla przeciwników, wiedział również, że choć uczą się piekielnie szybko, z poważnym baseballem nie mają szans.
Cóż, miło się to oglądało, ale to tyle jeśli chodzi o ten mecz. Myślał w duchu Kalafior.
Po wyautowaniu przez Potejta kilku zawodników przyszła pora na atak. Jako pałkarz na boisko wyszedł Cukinia, na brzuchu przewiązaną miał wiewiórkę, na czole trzy pióra bażanta, gołębia i orła przedniego.
Warzyści nie spodziewali się jednak, że ich taktyka zostanie podręcznikowo skontrowana. Złomkesi, trzynaście sekund po tym jak wszyscy naraz głośno tupali, wyrzucili w powietrze dwanaście matowych baloników.
W pierwszej zmianie Stare Ropuchy nie zdobyły punktu. Mecz stał się dość monotonny, kiedy to Stare Ropuchy broniły, duet kartofla z wampirem rozbijał atak przeciwników w perzynę. Gdy atakowali, obrona Złomkesów również nie dawała za wygraną. Pierwsze punkty warzywa zdobyły dopiero w czwartej zmianie, po użyciu zagrywki przygotowanej w tajemnicy przez Kalafiora "Zrzutu donatów z zeppelina zasłaniającego słońce o zachodzie".
Kalafior odgwizdał koniec ósmej zmiany. Stare Ropuchy prowadziły 8:0, Złomkesi nie mogli już wygrać. Stary trener znał tę grę od wieków, studiował ją jeszcze w czasach gdy zamieszkiwali Agrentynę. Poznał nawet wampira Sebastieniena, kolegę Andrieja, z którym między innymi ich krwista loża wymyśliła ten cudowny sport.
A jednak coś nie potrafiło go przestać gryźć. Coś mu w grze złomoludków nie pasowało, grali zwyczajnie, kontrując czasem lepsze zagrywki SR. Podczas meczu swym bystrym okiem trenera zauważył, że do czegoś się przygotowują. Na pewno szli na "starego Joe", to by im pozwoliło wyrównać punkty, ale Kalafior widząc to, zawczasu ostrzegł swoją drużynę i bez problemu wybronili się z patowej sytuacji.
Tylko, że uczucie przegrania meczu nie ustąpiło.
W końcu zawodnicy wyszli na boisko na ostatnią, dziewiątą zmianę. Ropuchy broniły. I wtedy się zaczęło.
Zawodnicy Złomkesów stali jak wryci, czasem tylko pobekując.
- Czarny Jaś? - zapytał Kalafior Rikarda. - Wasilewski ma na ręce niebieską szarfę, to nie zadziała przyjacielu.
- Oglądaj – odpowiedział rozwalony wygodnie w fotelu Alejandro.
Po tym jak Potejt wyautował Batistę, wszyscy basebaliści po stronie złomków poczęli tupać lewą nogą o ziemię. Złomek, który podczas obrony robił za łącznika stanął na rękach nucąc "Hej Sokoły", środkowy zapolowy uścisnął dłoń pałkarza.
Kalafior zrozumiał jako pierwszy. Wszystkie części układanki powoli zebrały się w jeden obraz.
- NARADA! - Krzyknął trener jednocześnie przeskakując przez barierki.
Stanęli w kółku. Sportowcy z wyczekiwaniem spoglądali na zmachanego maleńkim wysiłkiem selekcjonera.
- Czy ktoś z was ma tatuaż konika na biegunach wytatuowany na lewym pośladzie?
Odpowiedziała mu cisza, którą przerwał The Darkest Potato.
- Zwiebel...
- Czekaj, żartujesz sobie? - powiedział Andriej i momentalnie ucichł gdy zrozumiał o co chodzi. - Idą na exodię?
- Tak. - Rzekł stanowczo trener. - Szykują to od początku meczu, mogliśmy to przerwać, ale kurwa, kto by się spodziewał exodii.
- Nikt do jasnej cholery, psia twoja mać! - krzyczał kartofel. - Ja nawet nie wiedziałem, że to jest realne do zagrania... Przecież to jest taki banał do wybronienia jak się o tym wcześniej wie...
- Teraz już za późno. Przykro mi panowie – skwitował kwaśno wampir. - Ja to widziałem tylko raz, Sebastienien ze swoimi Nocnymi Kochankami zagrali to na moich Nieznoszących Światła. Jak nie mamy tatuażu z konikiem na biegunach, na zadku to lipa.
- Pozostaje nam wyjść na boisko i przegrać z honorem. - odpowiedział Dyniak.
- SZAJSE! - Potejt darł się tak, by wszyscy go usłyszeli.
Mecz trwał jeszcze tylko chwilę. Podczas rzutu Potatowskiego pałkarz wywrócił się. Zaraz po tym Batista urwał sobie lewą rękę i rzucił ją na środek boiska. W tym samym momencie podobny zabieg, z tą tylko różnicą, że oderwano sobie inne kończyny, zademonstrowało kilku innych Złomkesów.
Duch i magia sportu chciały, by z utworzonych części powstał on: Wielki, złoty i robotyczny mężczyzna. Stanął dumnie tuż za spoglądającym na niego krzywo, Potejtem.
- EXODIA!
Okrzyk kolosa przebił się przez stadion i doleciał aż na sam skraj Królestwa. Olbrzym uniósł wysoko ręce, połączył w powietrzu swoje dłonie. Między nimi wybuchło nagle światło, które oślepiło wszystkich wokół.
Światło skropliło się do rozwartych ust giganta. Przechodząc przez przełyk zatrzymało się w okolicy mostku, który również rozbłysł. Wtem z oczu Exodii wyleciał słoneczny promień. Po krótkiej drodze trafił w tablicę z wynikiem, ustawiając go na 8:99999.
Po tym akcie tytan upadł, następnie rozdzielając się na kilka części, które wróciły do swoich poprzednich właścicieli.
Złomkesi zwyciężyli.
- JEST! - Ryknął najszczęśliwszy na świecie Alejadro Rikardo.

[Obrazek: sygnajpg_qnexeaw.jpg]
01.10.2019 12:48
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 5,151
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #7
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Istnieje przekonanie, poparte słowami wypowiedzianymi niegdyś przez niejakiego Isaaca Newtona, że każdej akcji towarzyszy reakcja. Dokładny cytat może nie ujmuje tego do końca w ten sposób, zwłaszcza, że Newton był tylko prostym handlarzem pamiątkowymi dzbanuszkami, sosjerkami i cukiernicami, nie miał więc potrzebnego wykształcenia do budowania takich tez. Właściwie wszystko, co podczas kłótni na bazarku powiedział na ten temat do wkurzonego sadownika ze stoiska naprzeciwko, to: "A rzuć to tylko, to ci zaraz kurwa oddam!". Ani akcja, która wówczas nastąpiła, czyli oberwanie przez Isaaca w twarz nadgniłym jabłkiem, ani też towarzysząca jej reakcja w postaci krzyku, wyzwisk, kontrataku czajniczkiem i otrzymanego wezwania na kolegium, nie zawierają się w żadnych podręcznikach fizyki. Nie są też szerzej znane żadnej społeczności - z wyjątkiem, rzecz jasna, bazarku przy Majowej, na który pan Newton nie miał już wstępu - i nikt* nigdy nie zauważył, jak doskonale ta sytuacja odbijała podstawowe prawa rzeczywistości.
Każdej akcji towarzyszy reakcja. Na przykład takiej, jak uwolnieniu przez Exodię magicznej energii sportowego ducha, tworzącej oślepiający rozbłysk światła, tak wielki, że widziany był nawet na całe dziesiątki kilometrów od przystrojonego tężcem Stadionu Nardzewiałego w Zł0M0w1sk0w1e. Wystarczyło tylko być w dobrym miejscu, gdzie nieba nie przesłaniałyby chmury ani wysokie budynki, patrzeć w odpowiednią stronę i nie mrugnąć w kluczowym momencie, by dostrzec ten krótki, króciutki moment gdy magiczne fotony wystrzeliły wysoko w górę, aby natychmiast zostać wessanymi z powrotem.
Każdej akcji towarzyszy reakcja. Pewien mastodoński dżentelmen, dotąd uparcie unikający zamknięcia swojej osobowości w takich nieistotnych banałach jak miejsce pracy czy adres zamieszkania, poczuł powiew chłodnego, wczesnojesiennego wiatru. Obwiązując szyję nieco szczelniej swoim przybrudzonym szalikiem, pomyślał o nadchodzącej pomału zimie, jedynej porze roku która potrafiła zmusić go do rozważań nad powrotem do domu. "Może już faktycznie czas z tym skończyć" pomyślał sobie, wznosząc spojrzenie na ciemniejące powoli niebo "Ileż można wędrować, błądzić. Mirce też przyda się pomoc, przecież ma tylko tego niewychowanego, leniwego...". Akcja: Urwał nagle, gdy jego oczom ukazało się nigdy wcześniej niewidziane zjawisko. Wybuch światła, wznoszącego się nagle w ogromnym słupie na horyzoncie, który zniknął równie szybko, jak się pojawił. Reakcja: Myśli o odległym domu zostały całkowicie zapomniane, wyparte przez pobudzoną ciekawość świata. Zaintrygowany mężczyzna podrapał się po zarośniętym policzku i spokojnym krokiem wznowił wędrówkę, za kierunek swej bezcelowej drogi obierając ten wskazany mu przez tajemniczy rozbłysk.
Każdej akcji towarzyszy reakcja. Postawny, smagły mężczyzna, o twarzy mogącej się nawet podobać, jeśli komuś nie przeszkadzałaby wypisana na niej ewidentna tępota alkoholowego upojenia oraz skrzywiony złamaniem nos, wytoczył się na dwór. Drzwi za jego plecami zamknęły się szybko, chrobocząc zapobiegliwie zamykanymi zamkami, lecz on nawet tego nie słyszał, skupiony wyłącznie na swoim zadaniu - ulżeniu pęcherzowi. Nie chcąc zachowywać się jak typowy, lejący gdzie popadnie obszczymur, człowiek skierował swoje chwiejne kroki na tył knajpy. Czy też, jak nazywał to w swych próbach uchodzenia za inteligenta: "stronę przeciwną od frontu lokalu, czyli afront lokalu". Po krótkiej utarczce z własnymi, nieposłusznymi nogami, stanął w końcu w wymarzonym przez siebie miejscu, aby wolny od obywatelskich trosk zacząć oddawać mocz na niski płotek. Rozluźniony wyraźnie tą czynnością i towarzyszącą jej ulgą, mężczyzna odetchnął głęboko i uniósł wzrok na nieboskłon nad okolicznymi polami. Akcja: Zobaczył to w dokładnie tej chwili, nagły, niespotykanie wysoki rozbłysk, jak gdyby wytrysk świetlistej ropy na odległym horyzoncie. Reakcja: Zjawisko zniknęło niemal natychmiast, lecz mężczyzna i tak zdążył się przestraszyć, podskoczyć i skropić moczem swoje kowbojskie buty. Nie trudząc się nawet schowaniem przyrodzenia, przez chwilę tłukł się obiema dłońmi po twarzy, przeklął kilkukrotnie własne, zawodne zmysły, aż w końcu wypowiedział solenne przyrzeczenie: Musi przestać tak zachlewać pałę. Pora otrzeźwieć, na pewno nie jest jeszcze na to za późno! Sporządnieje, zadba o swoje zdrowie, może zrobi też w końcu te łydy, zawsze na siłowni skrzętnie pomijane w myśl stwierdzenia, że po pijaku nogi się nie liczą. Tak, koniec tego cotygodniowego chlania na umór! No... oprócz dzisiaj, w końcu zostawił w knajpie pół kufla piwa, a piwo to piwo, nawet jeśli we wtorkowej promocji - marnować je to grzech. Teraz więc tam wróci, ale na pewno niedługo się za siebie weźmie! Jutro, pojutrze, czy za miesiąc.. Ale niebawem!
Każdej akcji towarzyszy reakcja. Jednym z przekleństw rozumnej egzystencji jest zdolność do odczuwania w życiu pustki, bez świadomości czego brakiem jest tak naprawdę spowodowana. Nie była to czysto ludzka skaza, potrafiła bowiem przywieść na kozetkę psychoanalityka także niejednego antropomorfa. I tego właśnie obawiał się antropomorficzny wąż w krwistoczerwonym fezie - że najzwyczajniej w świecie zwariuje. Jego koledzy i koleżanki z pracy właśnie zwijali namiot i ładowali sprzęt na wozy, podczas gdy on, owinięty wokół gałęzi mistralskiego drzewa i wpatrzony w ciemniejące niebo, dumał nad swoim losem. Wiecznie i nieustannie żył na krawędzi rozstrojenia między własnymi pragnieniami, a całkowitą niewiedzą, czym one właściwie są, czego pragnie .Próbował już w swoim życiu niejednego, a gdy dołączał do trupy, przez chwilę naprawdę myślał, że w końcu trafił, że tym razem to jest to. Okazało się jednak, że to co omylnie wziął za spełnienie swoich marzeń, było tylko zastrzykiem andrenaliny - nieuniknionej dla kogoś, kto para się zawodem akrobaty i woltyżera, nie posiadając ani rąk, ani nóg. Smakowało jak gdyby podobnie, wciąż nie było jednak tym, czego szukał, dlatego coraz częściej myślał o opuszczeniu cyrku. Ten zresztą też nie był już tym, co kiedyś. Wszystko po prostu dziadziało. Paggliaci, wielki Klan Szyderca, przebywał na oddziale zamkniętym, dochodząc do siebie po mentalnym załamaniu nerwowym - biedaczek żył swą zasłużoną sławą przez całe lata i wciąż nie mógł wyjść z szoku po incydencie, gdy usłyszał bardziej ciętą ripostę od swoich własnych. Madame Corsica, słynna Baba z Brodą, musiała odejść w niesławie i atmosferze skandalu, po tym jak wypadek ujawnił jej oszustwo. Broda była prawdziwa, gorzej jednak wypadała pierwsza część numeru - zwykły facet w peruce, który naupychał sobie szmat w biustonoszu i świrował kobietę by zarobić na chleb. Można rzec, że gwoździem programu stał się tego dnia gwóźdź, o który zaczepiła się suknia Madame Corsicy, ujawniając publiczności płeć artysty oraz jego wyjątkowo niewyjściową bieliznę. Do tego wszystkiego jeszcze ta sprawa z Szalonym Andrzejkiem…. Naczelny kaskader trupy do dziś przeklinał dzień, w którym postanowił wystrzelić samego siebie z armaty. Sam w sobie numer nie był zły, Andrzejek robił to już po wielokroć. Błędem przy pracy, który kosztował go karierę, było użycie tym razem armatki wodnej. Zanim pechowy cyrkowiec zdał sobie sprawę ze swojej pomyłki, nagły wytrysk wody pod dużym ciśnieniem na długi, długi czas położył kres kolejnym wyczynom - a przy okazji także zdolności chodzenia. Szalony Andrzejek został z trupą, ale to wydarzenie zmieniło go na zawsze, wpędziło w wieczne rozdrażnienie i objęcia alkoholizmu. Tak, cyrk powoli się staczał na dno, a wąż nie zamierzał iść tam razem z nim. Z samego rana złoży na ręce dyrektora swoją rezygna…Akcja: I tak wąskie szparki źrenic antropomorfa zwięziły się na sekundę jeszcze bardziej, gdy niebo przed nim przecięła wstęga jaskrawego światła. Urzekająco piękna, sympatyczna, pociągająca, niemalże jak gdyby na krótką chwilę objawiła mu się wężyca stworzona z płomienia. Reakcja: To wzbudziło w wężowym akrobacie natłok myśli i emocji, a także przyjemne przyspieszenie bicia serca. Miał pomysł, którego realizacji nie mógł się oprzeć. Ześlizgnął się z drzewa, czując przypływ utraconej niegdyś determinacji. Tak, z samego rana porozmawia z dyrektorem i przedstawi mu pomysł na swój nowy numer - zostanie połykaczem ognia!
Oczywiście nie trzeba było naprawdę patrzeć we właściwą stronę we właściwym czasie, żeby ujrzeć tę świetlistą erupcję magicznej energii. Wystarczyło, że zjawisko zostało uchwycone na taśmie filmowej przez ekipę kręcącą niesamowicie nudny dokument o Puszczyku Pustynnym. Ujęcie wyłapane podczas montażu przez edytora, szybko stało się zawartością wysłanego przez niego listu pośpiesznego priorytetowego ekonomicznego. Jego adresat, redaktor naczelny telewizyjnego programu o zjawiskach paranienormalnych “No chyba nie!”, nie podjął ryzyka wpuszczenia tego na antenę. Natychmiast przekazał materiał w ręce znajomego z telewizji publicznej, wiedząc, że ten zadba o doręczenie go we właściwe miejsce. Tak właśnie się stało, oczywiście po zaliczeniu po drodze kilku pośrednich biurek. Ostatecznie jednak nagranie zdołało trafić do gabinetu samej głowy mastodońskiego Ministerstwa Innowacji. I tam właśnie nastąpić miała najważniejsza z reakcji.

Jest pewien specyficzny sposób pukania, którego Marek Podwojnik szczerze nie znosił. Takie niby ciche, mdłe i rozwlekłe, jak gdyby starające się nie zwracać niczyjej uwagi, równocześnie jednak wystarczająco donośne i przytomne, by uniknąć posądzenia o zwyczajne miarkowanie pukania, w celu uniknięcia zaproszenia do środka. Bezcelowo zachowawcze, leserskie zachowanie tchórzy, które zawsze wzbudzało w nim potrzebę zgrzytania zębami. Tym bardziej więc bolało go samego, że tym razem to on zapukał w dokładnie taki sposób. Ku jego wielkiej zgryzocie, głos po drugiej stronie drzwi zareagował natychmiast:
- Wejść!
Marek nacisnął klamkę, powoli i niechętnie wkraczając do gabinetu ministra innowacji. Ten stał przy oknie, wpatrzony w nie z rękoma założonymi za plecami, najwyraźniej pogrążony w niezwykle poważnej zadumie. Marek miał podejrzenie graniczące z pewnością, że minister Sakurowiecki specjalnie tak się ustawił, aby wyglądać jak jeden z tych wpływowych polityków w filmach - zwłaszcza, że za oknem i tak było widać tylko ceglany mur fabryki cementu. Gdy tylko Podwojnik zamknął za sobą drzwi, polityk odwrócił się i zmierzył gościa surowym spojrzeniem spod krzaczastych brwi.
- Gabriel, słuchaj, to było tak... - uznając, że najlepszą formą obrony jest wymówka, Marek postanowił przejść do niej od razu. Minister uciszył go jednak uderzeniem dłoni o blat biurka.
- Mieliście rozkazy, pułkowniku! - syknął, niezbyt głośno, z wystarczającą jednak stanowczością. Podwojnik już wiedział, że musi być naprawdę źle, inaczej Sakurowiecki nie wyskakiwałby z tym oficjalnym tytułem w rozmowie w cztery oczy. - I chciałbym wiedzieć, dlaczego wciąż nie uzyskaliście żadnych rezultatów!
- Panie ministrze... - Marek również przyjął urzędowy ton, wytrzymując orle spojrzenie swojego zwierzchnika - Jak napisałem w raporcie, struktury stworzone przez śmie... mniejszość recyklingową sformowały wyraźne środki oporu, nie stanowiąc jednak żadnego zagrożenia dla granic terotyrialnych naszego kraju. Uznanie ich autonomii było najroz...
- Żadnego zagrożenia, mówisz... - Gabriel uśmiechnął się kącikiem ust, w jego oczach nie było widać jednak wesołości - To bardzo jestem ciekaw, jak wyjaśnisz to!
Siadając przy biurku, Sakurowiecki wyciągnął z szuflady pilota, którego wymierzył w zestaw VCR stojący na komódce. Nacisnął guzik. Bezskutecznie, ciemny wyświetlacz za nic nie chciał rozbłysnąć światełkami, nawet pomimo kilkukrotnego powtórzenia czynności, wytrząśnięcia baterii z pilota, włożenia ich odwrotnie, oraz ponownej ich zamiany, gdy to również nie zdało egzaminu. W końcu zażenowany pułkownik ulitował się nad ministrem innowacji, pokazując mu prawidłowy guzik pilota. Wtedy na podłączonym do video telewizorku w końcu wyświetlił się film, i to nie z gatunku tych, które leczą chore sąsiadów sny. Wręcz przeciwnie.
- Żadnego zagrożenia... - powtórzył minister, gdy seans dobiegł końca, po czym sięgnął po leżący na biurku dokument - Dosłownie, za twoim raportem: "...dodatkowo stan zasobów i przydatności tworzącej się struktury państwowej należy ocenić na nędzny, składający się w większości z rdzy i blachy falistej, nie rokujący na poważny rozwój technologiczny. Wobec powyższego komisja nie uznaje za stosowne dłużej inwestować w ten teren środków ani zainteresowania ministerstwa innowacji, szkoda pańskiego czasu.". Tak napisałeś. Powiedz mi w takim razie, Marek... - minister zniżył ton głosu, nachylając się nisko nad blatem - ...z czego te sukinsyny przeprowadziły próby jądrowe? Z blachy falistej?!
- Moment! - z ulgą witając porzucenie urzędowych tytułów, pułkownik Podwojnik nieco swobodniej podjął dyskusję - Gabriel, przecież nie wiadomo, co to do końca było. Nie jest potwierdzone że energia jądrowa, czy atomowa nawet, to mogło być wszystko!
- Tak, tu masz rację. - zgodził się Sakurowiecki - Ale nie wiemy dlatego, że twoi ludzie się za wcześnie wycofali. Wiesz co by się działo, jakby to nagranie trafiło nie do mnie, a do mediów? Zaraz by się zrobiła afera, że po co był zespół wysyłany, że raporty fałszowane, że łapówki poszły, komisje śledcze by zrobili, po dziennikach by nazwisko ućmoruchali... A całe bagno przez to, że tobie się do domu spieszyło! Najpierw pozwoliłeś się wymknąć Adamczykowi, a teraz to, słowo daję, nie można na tobie polegać! Właśnie przez takie błędy siedzę dalej tutaj, zamiast w Małym Domu! - Minister skrzywił się, jak gdyby poczuł kwaśny smak własnej, niespełnionej ambicji, szybko jednak wznowił wyładowywanie swej frustracji na Marku - A teraz, jak w końcu miałem szansę na upragniony sukces... Nie możemy tego spieprzyć, Marek. To jest nasz wóz albo przewóz przed kolejnymi wyborami!
Podwojnik zmilczał, choć na usta cisnęło mu się wiele słów. Głównie związanych z tym, że na jednym z posiadanych przez recykludzi zdjęć był także i Sakurowiecki, i to w sytuacji cokolwiek niefotogenicznej. Wycofując się więc ze Zł0mow1sk0wa, pułkownik zrobił najlepszą rzecz, jaką mógł by ratować polityczną karierę Gabriela - nie mówiąc już o własnej, nieposzlakowanej opinii w Osiedlowym Towarzystwie Grzybiarza.
- Musimy tam wrócić. Potrzebujemy sukcesu, nie kompromitacji. - podsumował Gabriel, po czym odetchnął głęboko, najwyraźniej kończąc tyradę - Dlatego postanowiłem przeznaczyć na to wszelkie środki, jakimi dysponujemy. Wiem co powiesz, ale to już postanowione. - minister przesunął po blacie biurka blaszaną ODZNAKĘ - Dla nowego członka twojego oddziału. Piżmaka. Uformujesz nową komisję, i on wejdzie w jej skład, rozumiemy się? Będzie w twoim gabinecie o trzynastej.
Marek jęknął głucho, choć tylko w swoich myślach. Nie dość, że musiał wrócić na teren szantażującego go wroga, to jeszcze to... Piżmaka nie znosił jeszcze bardziej, niż tchórzliwego pukania.
- Nie sądzę, by to był najlepszy... - próbował oponować, ale Sakurowiecki przerwał mu nieuprzejmie:
- Pamiętaj, jak wam się powiedzie, chwała idzie na całe ministerstwo, ale jeśli zawiedziecie… Wszystko spada na wasz wydział. Taka jest polityczna potrze… - tym razem jemu przerwano, głośnym pukaniem do drzwi. Porządnym, grzecznym, ale i odważnym, takie jakie Marek lubił.
- Można? - drzwi się uchyliły, wpuszczając do gabinetu trwałą blond - Obiad ci przyniosłam... O, cześć Mareczek. Przeszkodziłam wam?
- Cześć Basieńka! - Podwojnik chętnie przywitał się z panią ministrową, po czym westchnął markotnie - Nie... Obawiam się, że już skończyliśmy, niestety...
- Coś się stało? - gdy tylko za pułkownikiem zamknęły się drzwi, rozkładająca aluminiowe menażki Sakurowiecka wzięła męża na spytki - Jakiś zgaszony Mareczek był...
- Jak zawsze, kiedy musi zrobić coś dla dobra kraju! - prychnął minister- Daję słowo, już dawno bym tego lenia pogonił, gdyby tylko nie był twoim bratem. No ale co zrobisz, rodzina.. O….znowu warzywka na parze? - jęknął, zdeprymowany widokiem parujących brokułów, marchewek i selerów.”A mogłem się ożenić z Bogusią.” wytknął sobie w myślach, próżno grzebiąc widelcem w poszukiwaniu choćby skrawka jakiegoś zwierzęcia “Jej ojciec ma zakład mięsny, brat jest doktorem nauk, to była dopiero partia. Ale nie, Bogusia była dla mnie za gruba, a mi się zachciało rudej i zgrabnej… To i masz, męcz się teraz z taką, co nie dość że się na złość małpa przefarbowała i zgrubła, to jeszcze kaszanki nigdy nie da czy mielonego, bo koniecznie musi pokazać jak to zdrowe żywienie jest ważne.Jakie zdrowe, jak z tego mam ciągle tylko nerwy i sranie, nerwy i sranie. To gdzie tu zdrowie? I jakoś po niej to nie widać, żeby jedzenie warzyw coś jej dawało, wręcz przeciwnie, nic tylko by... ”
- Smakuje ci?
- Jak zawsze wyborne, kochanie.


Od czasu rozmowy z Gabrielem, Podwojnik zdążył sobie poprawić zepsuty humor na cały szereg sposobów. Zjadł chałkę z chałwą, pooglądał obrazki ze śmiesznymi kotami porozwieszane na tablicy w pokoju socjalnym, a co najważniejsze, zepsuł humor swoim podwładnym, informując ich o nadchodzącym zadaniu. Im jednak bliżej było do godziny trzynastej, tym bardziej jego samego ta misja drażniła, nieuchronnie wymazując dokonania przedpołudnia. Za pięć trzynasta powlókł się do swojego gabinetu, próbując mentalnie przygotować się do nadchodzącej rozmowy. Wiedział, że nie musi się śpieszyć, Piżmak nigdy nie miał w zwyczaju przychodzić wcześniej, niż to było umówione. A też, po prawdzie, nie było tak znowu do czego gnać. Gabinecik miał raczej mały i obskurny, typowy dla stanowiska przydzielonego mu po znajomości, ale z łaski. Nawet fakt, że litery tworzące napis “PŁK. PODWOJNIK MAREK ZARZĄD EKSPEDYCJI ZBROJNYCH” były pomalowane złotą farbą, niezbyt go pocieszał. Przywykł do luksusów, jakie miał w swoim prawdziwym gabinecie, tym który jeszcze kilka lat temu zajmował w Ministerstwie Spraw Międzynarodowych. Tęsknił za nim, tęsknił za ręcznie rzeźbionymi poręczami foteli, tęsknił za tamtymi czasami, władzą, nawet za swoim elfim kumplem. No ale cóż, po incydencie z 52.. Miał szczęście, że miał chociaż tyle.
Chwilę po tym, gdy ponury jak mops Podwojnik zajął miejsce za swym biureczkiem, rozległo się zdrowe, dziarskie walenie pięścią o drzwi. W normalnych warunkach słyszenie czegoś takiego, niewątpliwie świadczącego o zdrowym charakterze pukającego, poprawiłoby mu humor. Teraz jednak skulił się tylko w swoim krześle i stęknął:
-Proszę…
- Bardzo przepraszam za spó-źnie-nie - Groteskowa postać wsunęła się do gabinetu, typowymi dla siebie, nienaturalnie urywanymi ruchami. - Zaspałem i mój dziadowski, bio-lo-gi-czny zegar nie zdołał mnie w porę wybudzić.
- Spóźnienie…? - autentycznie zdumiał się Marek, zerkając na zegarek - Nie, jesteś dokładnie…
- Dokładnie o sześćdziesiąt dwie se-ku-ndy za późno. Jest mi niezmiernie przykro. To się więcej nie po-wtó-rzy.
- Uhm, oczywiście, nic się nie stało. Proszę, możesz usiąść… - zmieszany Podwojnik wskazał gościowi krzesło, próbując za bardzo nie gapić się na jego obscenicznie wręcz masywne uwypuklenie w kroczu. To było coś nowego, jakaś kolejna absurdalna przeróbka Z czego on to wziął, z byka? Czyjekolwiek by nie było, Marek ucieszył się, że zniknęło mu z pola widzenia. Oczy wręcz zaczynały mu łzawić od wymuszonego niegapienia się, gdy Piżmak jednak usiadł, pozostało tylko nie gapić się na prawą łapę.
- Usiadłem, udając że wszy-stko-jest-o-kej. Tak naprawdę jestem jednak urażony tym, że mó-wi mi pan na ty. - poinformował gość. Głos, który z siebie wydobywał, przypominał jego ruchy, wypowiadał zdania o nierównym tempie i urywanej tonacji, jak gdyby kierowała nim rozregulowana sprężyna - Jestem bowiem absu-rdalnie wyczulony na punkcie ty-tu-łów i zwrotów grze-cznościo-wych.
- Tak, masz… Ma pan rację, przepraszam. - Marek poluzował nerwowym ruchem kołnierzyk, dostrzegając jak bacznie oczy Piżmaka śledziły ten ruch. Lewa, mniejsza ręka gościa powoli uniosła się do jego własnej szyi, również wciskając palec między gardło a materiał i poszerzając ciasny kołnierzyk munduru. Zdaniem Podwojnika, o jakieś dwa milimetry. - Rozumiem, że pan Minister poinformował cię już o naszym zadaniu?
- Tak, pułkowniku. Mamy ha-ha-ha zabawa słowami, posegregować śmieci. Ale ja-ja.- zakomunikował Piżmak, po czym klepnął się dwukrotnie w udo. - Proszę wyba-czyć. Humorem sta-ram się zamasko-wać moją nie-pewną, naturę melancholika, powodowaną rozregulowaną gospo-da-rką hormona-lną.
Marek ledwo powstrzymał westchnięcie, zamiast tego w milczeniu przekazał swemu nowemu podwładnemu odznakę. Już zaczynała go boleć głowa, a dopiero zaczęli rozmawiać. Nie wyobrażał sobie, że ma spędzić z tym czymś kilka najbliższych dni. Piżmak - a właściwie 3.14-2MAC, bo taki numer seryjny miał ponoć na pudełku, które zasilało cały ten jednoosobowy cyrk osobliwości - działał tak na większość ludzi. Ministerstwo jednak nie zamierzało rezygnować z jego usług. W końcu jak często ma się okazję posiadania w swych szeregach uciekniniera z Lan-Sar?
Zdegenerowany robot nigdy nikomu nie powiedział o powodach, dla których opuścił swoją znienawidzoną ojczyznę, ani dlaczego tak bardzo pragnął przestać być robotem. Praktycznie całe jego życie aż do momentu gdy zeskoczył na stały grunt, było jedną wielką tajemnicą, której przestrzegał bardziej, niż czegokolwiek innego. 3.14-2MAC konsekwentnie zresztą odmawiał mówienia o czymkolwiek, co wiązało się z jego dawnym domem, próżne były więc wysiłki ministerstwa w wyciągnięciu od niego jakichkolwiek danych technologicznych. Choć więc Piżmak dawał niewiele, szybko za to nauczył się brać - wykorzystując zainteresowanie mastodońskiego środowiska naukowego, zaznajamiał je stopniowo ze swymi własnymi projektami bio-inżynieryjnymi, które krok po kroku przybliżały go do upragnionego celu: zostania prawdziwą, żywą istotą. Jednak w swej ciągłej wymianie części mechanicznych na biologiczne, nie kierował się żadną konsekwencją przyrodniczą. Z tego powodu przed Podwojnikiem siedziała teraz istota, ujmując to delikatnie, unikatowa. Największą uwagę zawsze zwracała - aż do teraz, gdyż tę rolę zapewne przejmie świeżo pozyskane przyrodzenie - prawica Piżmaka, którą stanowił przeszczep z ogromnej, gorylej łapy. Drugie ramię, dla odmiany i zadań wymagających większej precyzji, było ludzkie, podobnie jak niemalże nieruchoma, łysa głowa o szczęce rozciągniętej w nienaturalnym uśmiechu. Oczy zostały podebrane jakiemuś sokołowi, choć Podwojnik podejrzewał, że były wciąż tylko ruchomą fasadą dla robocich kamer. Beczkowaty korpus wymieniono na tors o piersi mającej w sobie coś z pancerza żółwia, zaś nogi należały niegdyś do jakiegoś rasowego ogiera - choć tajemnicą poliszynela było, że Piżmak miał w nich wciąż ukryte kółeczka i silniczki, Bardzo gorąco się jednak tego wypierał i zawsze obrażał się, gdy ktoś ośmielił mu się je wytknąć. Ludzkie uszy były takimi tylko przez błąd w sztuce, gdyż nietoperz uciekł laborantowi z klatki.
Ministerstwo było cierpliwe i optymistyczne. Wierzyło, że przybysz z Lan-Sar w końcu zdradzi sekrety technologii swojego kraju, jeśli uprzednio uda się pozyskać jego wdzięczność. Dlatego chętnie pomagano mu w dążeniach do swego biologicznego “ja”, zaś za kosztowne komponenty i robociznę Piżmak odpłacał pracą, działając na rzecz tej czy tamtej komórki rządowej. Tak zwana “mokra robota” pojawiała się na liście zadań Lan-Sarczyka częściej niż powinna, był w tym jednak pewien powód - obawiano się, że naśladujący we wszystkim ludzi robot w końcu odkryje sens moralności lub, co gorsza, religii, starano się więc maksymalnie wykorzystać ten korzystny okres iście mechanicznej obojętności.
- No dobrze, cóż… Przedyskutujmy plan działania, dobrze? - Podwojnik chrząknął, próbując odzyskać przed podwładnym rezon - Gab...pan minister zaznajomił cię z instru…
- Przerwę panu, bo jestem nie-cie-rpliwy a moje wychowanie było dzia-dowskie! - zakomunikował uprzejmie Piżmak - Znam instrukcje. Przerzut. Inflitracja. Dochodzenie. Likwidacja zagrożenia. Łatwizna! Robiłem to chyba z osiemdziesiąt trzy ra-zy! Ha-ha. Hiperbola. Czterdzieści osiem. Ma pan o-chotę zapalić, pułkowniku? Dym nikotynowy pozwoli nam się od-prę-ży-yć, zjednoczyć socjalnie i przyspieszyć rozw-ój szeregu interesu-jących chorób. - zaproponował Piżmak, po kolei wyciągając z kieszonki munduru dwa papierosy i układając je na biurku w idealnie równoległym położeniu. Chyba zdał sobie sprawę ze zbyt dużej precyzji swych działań, bo zgniótł obydwa starannie niedbałym ruchem. Marek westchnął i wyciągnął swoją paczkę, częstując z niej biorobota. Przez chwilę palili w milczeniu, które w końcu postanowił przerwać Podwojnik.
- Zastanawiam się… Nie ma pan oporów przed tą misją? Być może będziemy musieli zrobić sporo… wyłączeń.
-To są śmieci. Roboty śmie-ci. Popsute zabaw-ki. Nie myślą. Nie czują. Nie kocha-ją. Nie zasługują więc na kocha-nie. - Podwojnik mógłby przysiąc, że na sekundę ton Piżmaka uległ zmianie, nie był jednak pewien, czy to cokolwiek oznaczało. W końcu ten sztuczny głos robota cały czas był jedną, wielką niestałą - Więc zdepczemy je jak śmieci. Mają służyć nam, lu-dziom, a nie się buntowa-ać.
- No tak, rozumiem… - Marek zaciągnął się papierosem, obserwując z namysłem 3.14-2MACA, po czym wypuścił z siebie dym i pytanie - W tym całym Lan-Sar… też nie traktowali maszyn dobrze, co?
Niemalże krzyknął, gdy wielkie, włochate ramię jednym ruchem strąciło wszystko z biurka. Piżmak wstał i nachylił się do Podwojnika, nisko, niebezpiecznie, zastraszająco.
-Nie usłyszysz ode mnie ani słowa,, psie! Nikt nie usłyszy! Nikt, kto tam nie był, nie zasługuje na to, by choćby sły-szeć o cudach Lan-Sar! NIGDY! Ro-o-zu-u-miesz?! - ryknął, świdrując Marka spojrzeniem przerażających, ptasich oczu. Zaskoczonemu Podwojnikowi przyszło nagle na myśl, że Lan-Sarczyk naprawdę zaczyna przypominać człowieka. Inne, nieudolnie naśladowane przez niego stany i uczucia bardziej przypominały żart, nieśmieszną parodię prawdziwych emocji, ta złość jednak… On naprawdę stawał się coraz mniej roboci.
-Radzę się wyspać, pułkowniku. Ruszamy bardzo wcześnie. Do widzenia. - Piżmak uspokoił się nagle i skierował do wyjścia. W progu odwrócił się jeszcze, rzucając swemu przełożonemu trudne do rozszyfrowania spojrzenie - Pamięta pan jak mó-wi-łem że jest mi bardzo przykro i to-się-wię-cej nie powtórzy? Ha-ha. Kłamałem.
I wyszedł, pozostawiając Podwojnika w jeszcze gorszym humorze.

*Oprócz, rzecz jasna, tej jednej osoby, dla której dostrzeganie takich zależności stanowiło wręcz jej naturę.

[Obrazek: THQjwD2.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.10.2019 11:39 przez Szczery.)
04.10.2019 17:07
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Kyouchika Offline
Pomywacz
Pirat

*
Liczba postów: 1,058
Dołączył: 05.06.2009
Skąd: Trójmiasto :P
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #8
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
- Niedługo znajdziemy się nad celem, proszę się przygotować! – oznajmił zdecydowanie głos, dobiegający z głośnika. Marek Podwojnik i Piżmak znajdowali się obecnie kilka tysięcy metrów nad ziemią, szykując się do skoku.
- Jest Pan go-to-wy? – zapytał z nieskrywaną pogardą lansarski zbieg, widząc dygoczące ze strachu nogi swojego „zwierzchnika”. Ten miał się czego obawiać. Był już wiekowym człowiekiem i w życiu by się nie spodziewał, że przyjdzie mu skakać ze spadochronu i infiltrować teren obcego państwa. Wsłuchiwał się uważnie w dźwięk, odliczający powoli czas, który pozostał do rozpoczęcia misji. Może czułby ekscytację, gdyby nie to, iż jego kariera opierała się w znacznej części na jego koneksjach rodzinnych, a w prawdziwym wojsku ograniczał się jedynie do dowodzenia. W końcu, niepewnie, wyobrażając sobie niemiłe rzeczy, jakie mogą spotkać go po niezbyt udanym lądowaniu zagadał do swojego współtowarzysza:
- Wiesz Piżmak… - na te słowa sokole oczy gwałtownie zwróciły się w jego stronę – Znaczy… Panie Piżmak… - poprawił się szybko, przypominając sobie wczorajszą uwagę robota.
- Słucham Pa-na uważnie – ten odpowiedział mechanicznie, odwracając wzrok i narzucając na plecy spadochron.
Pułkownik milczał przez chwilę, rozmyślając nad doborem słów. Zamknął oczy, wyobraził sobie po raz kolejny, jak łamie sobie którąś ze swoich kończyn i zaczął:
- Nie wydaje się Panu, że lepiej będzie, jeśli w tej misji weźmie udział tylko Pan? – przerwał na chwilę, czekając na reakcję agenta. Ten zastygł w bezruchu, wyraźnie domagając się uzasadnienia – No wie Pan… robił to już Pan tyle razy… do tego mówimy tutaj o Złomowisku, a Pan… - zagryzł wargę, czując, że pożałuje tego, co za chwilę powie - … a Pan jest robotem…
Dziesięć, dziewięć, osiem…
- Dopilnuje żeby Pan już ni-gdy nie objął żadnego sta-no-wis-ka, ha-ha-ha – oznajmił Piżmak, po czym słysząc liczbę jeden wyskoczył z samolotu.

Marek Podwojnik przyglądał się powoli zamykanym drzwiom. Godził się powoli z myślą, iż to może być koniec jego kariery politycznej, jednakże biorąc pod uwagę fakt, że miał już swoje lata i udało mu się swoje nakraść przyszłość nie rysowała się najgorzej. Myślami był już w swoim domku na plaży. Cieszył się w nim z drinków, przynoszonych przez młode, skąpo ubrane Panienki, których widok z pewnością radował jego oczy. Kiedy tak krążył myślami po plaży nagle go oświeciło. Żwawym krokiem ruszył w stronę kabiny pilotów i z uwagą przyjrzał się rozłożonej tam mapie. Jego uwagę przykuł niewielki punkt, znajdujący się w odległości ładnych kilkunastu kilometrów od granic Zł0m0w1sk0w4, który miał być miejscem ich zrzutu. Nie zastanawiał się nad tym wcześniej, gdyż to Piżmak miał być głową całej akcji, aczkolwiek teraz, kiedy ich drogi się rozeszły zaczęło go to frapować.
- Ej, co tu jest i dlaczego mieliście nas zrzucać akurat tutaj? – zaczepił drugiego pilota, chwilowo oderwanego od sterów maszyny. Ten chciał „uprzejmie” powiedzieć politykowi, żeby nie przeszkadzał, jednakże przypomniał sobie, iż jest jego podwładnym, więc ukrywając irytację odpowiedział.
- Pozostałości jakiegoś starego kamieniołomu… - przyglądał się mapie jeszcze chwilkę – Pan Piżmak nakazał zrzut w tym miejscu, więc jego proszę pytać. Ja tu tylko wykonuje rozkazy. – po czym powrócił na swoje stanowisko.
Pułkownik przyglądał się mapie jeszcze jakiś czas. Nie znał się na tym zbytnio, ale nawet on, patrząc na legendę mógł stwierdzić, że wokół tego miejsca nie ma nic poza pustynią, co wydało mu się bardzo podejrzane. W prawdzie tajniki wojskowości również były mu obce, jednakże lansarski uciekinier musiał wiedzieć coś więcej na temat tego miejsca. Pytanie co?
Podwojnik uśmiechnął się szkaradnie pod nosem, widząc szansę na ubicie swojego ostatniego interesu – skoro u siebie jest spalony, to czemu nie miałby się dogadać ze Złomowiskiem? Po tylu latach z pewnością mieliby więcej do zaoferowania, a informacja o infiltracji ich środowiska ze strony Mastodonii może być sporo warta.
- Dobra, Panowie! – oznajmił z determinacją – Nie wracamy do stolicy, będziemy lądować na naszym lotnisku wojskowym w Pisiorkach! – Pisiorki były niewielką mieściną, znajdującą się w odległości pięćdziesięciu kilometrów od latającej platformy Lan Sar – Proszę poinformować lotnisko o naszym przybyciu i poprosić o przygotowanie auta! – w tym momencie położył rękę na sercu i oficjalnym tonem dodał – Mam misję do wykonania... – a w myślach już snuł wizje o nagrodzie, jaką obdarzą go Złomoludzie.

**********

Karkat krążył wokół Żuka, nie mogąc się zatrzymać. Zachowanie to przykuło uwagę kilku maleńkich robocików, które najwyraźniej uznały ten proceder za zabawę, gdyż moment później przyłączyły się do kraba i razem z nim, ku jego niezadowoleniu wykręcały kolejne kółka.
- DOM
- \(^^)/ - wyświetliła Griszka, po czym wyraźnie zadowolona także oddała się radosnej zabawie ze swoimi pobratymcami.
- Wygląda na to, że dotarliśmy na miejsce. – stwierdził ten niezaprzeczalny fakt Grzesiek. Prawdę powiedziawszy nie do końca, nawet po spotkaniu nietypowego pasażera dowierzał w to, że takie państewko rzeczywiście istnieje, jednak teraz nie mógł mieć już żadnych wątpliwości. Wręcz przeciwnie! Nagle, znikąd zaatakowała go ogromna fala optymizmu, zmuszająca go do szybkiego sięgnięcia po swoją maszynę. Niestety, w tym miejscu, mimo bliskości kraju cudów nie było internetu.
- Geniusz z ciebie, Matrix… - odparł podirytowany Sizzler. Wszystko wskazywało na to, że jako jedyny pamiętał, w jakim celu się tutaj pojawili. Przyglądał się uważnie otoczeniu. Ulicy było stosunkowo puste i przewijało się przez nie niewielu mieszkańców. Wyglądało na to, że jego plan przyjazdu Żukiem się sprawdził, gdyż tylko nieliczni tubylcy zwracali na nich uwagę i to też częściej ze względu na dziwne zachowanie Karkata, niż fakt, że byli „nietutejsi”. Większość z nich zajmowała się jakimiś naprawami, bądź budową kolejnych, śmieciowych budynków i była tym wyraźnie zaabsorbowana.
- Griszka, cho no tutaj… - krzyknął tak, żeby ta usłyszała. Niestety, obserwacja nie pozwoliła mu dojść do żadnych, istotnych wniosków, więc potrzebował pomocy kogoś tutejszego. Ta wyrwała się z łańcucha, żywo krążącego wokół Żuka i podjechała do diablika.
- DZIEKI
- Ty mi nie dziękuj, tylko swojej obietnicy dotrzymaj! – uśmiechnął się najserdeczniej, jak mógł do maleńkiej istoty.
- (>.<)p – wyświetliła w odpowiedzi na tarczy, niezadowolona z powodu przerwania jej zabawy.
- Ty mi tutaj moja droga focha nie strzelaj… - rozpoczął spokojnie – Zapomniałaś już, jak nam pojazd uszkodziłaś? – wskazał palcem stojące nieopodal auto.
- (X.x)
- (T.T)
- {…}
- TAM
- Dobra, chłopaki! – palnął w łeb najmłodszego członka wyprawy, wpatrującego się bezmyślnie w monitor – Wsadzać dupy do Żuczka, jedziemy dalej. – Sam zasiadł za kierownicą, Przedsiębiorski na miejscu pasażera, Griszka na desce rozdzielczej, a Karkat na kocyku, aby zminimalizować skutki upadku po odłączeniu się od swojego „dopalacza”.

**********

Griszka dzielnie kierowała ekipę, wyświetlając na swej tarczy następujące komendy: PROSTO, PRAWO, LEWO, STOP, TYŁ, PIRAT, SZYBKO, MNIEJ, (ToT), które równie dzielnie odczytywał Grzesiek, aż w końcu, po kilkudziesięciu minutach dotarli na miejsce.
Ich oczom ukazała się niewielka budowla, wykonana głównie ze przeżartej już rdzą blachy. Na jej szyldzie znajdowało się kilka niezbyt widocznych napisów, najprawdopodobniej w kilku różnych językach, znaczących ni mniej, ni więcej, niż „Informacja turystyczna”. Na ten widok, zarówno Matrix, jak i Sizzler spojrzeli pytająco na swojego malusieńkiego przewodnika.
- (^.^)d – otrzymali w odpowiedzi, po czym złomoludek domagał się wypuszczenia na zewnątrz, pukając delikatnie o karoserię auta.
- No cóż… - wymamrotał nieco zawiedziony diablik – Widać, nie mamy wyboru… lepszy rydz, niż nic… - i wyszedł z samochodu. Zaraz po nim uczynili tak również Matrix i Griszka.
- A co ze mną kurna!? – dobiegł do nich głos z paki pojazdu.
- Pilnuj Żuka – odpowiedział jedynie Sizzler, nie chcąc kolejnych gapiów.

Do budynku wchodziło się starymi, dębowymi drzwiami bez klamki, których zamknięcie graniczyło z niemożliwością. Otwierały się do wewnątrz i wystarczyło delikatne pchnięcie, by te stanęły przed interesariuszem otworem. Tak też było i tym razem, dzięki czemu trójka bohaterów niemal natychmiast wkroczyła do ciasnego, nieprzestronnego pomieszczenia, w którym nie znajdowało się nic poza biurkiem i kilkoma stojakami. Na ścianach były porozwieszane liczne plakaty, informujące o mniej lub bardziej aktualnych wydarzeniach, które już się odbyły, bądź dopiero się odbędą.
Drzwi uderzyły nieprzyjemnie o blachę, wydając metaliczny, niezbyt miły dla uszu dźwięk. W tym momencie światło padło na twarz Sizzlera i jego grupy, skupiając się ostatecznie na Griszce.
- DOBRY
- (^-^)/ - wyświetliła na tarczy Griszka, po czym światło przeskoczyło gwałtownie na pozostałą dwójkę, oślepiając ich niemiłosiernie. Ci, niemal natychmiast zasłonili oczy, dając tym samym znak, iż nie życzą sobie takiego traktowania.
- Dzień dobry… - wymamrotał w końcu diablik słabym głosem, nadal ochraniając oczy – Mógłby Pan zgasić to światło?
- Przepraszam… - odpowiedział im lekko zmieszany głos. W tym momencie rozjaśniło się w całym pomieszczeniu i ich oczom ukazała się mierząca nieco ponad metr wysokości istota. Nogi i ręce były wykonane z krótkich, wyraźnie wyciętych i pociętych przez kogoś szyn. Korpus stanowiła obudowa odkurzacza, która plastikową rurką łączyła się z gigantyczną żarówką, przyozdobioną abażurem.
- Dawno, żem cię nie widział Griszka, gdzieś ty była? – zapytał ze zmartwieniem w głosie.
- GÓRA
- KRAJ
- CUD
- Co !? – złomoludź mignął kilka razy wyraźnie zaskoczony – Jak ty się tam niby znalazłaś?
- HOBOSY
- Co? – ponowił pytanie, tym razem z wyraźnym zwątpieniem – Niby co wspólnego mają Hobosy i Lan Sar? - mignął raz, ale utrzymał swoje światło przez parę sekund, sygnalizując tym samym, że na coś wpadł – Pewnie znowu się po przedmieściach szlajałaś i ci się śniło…
- (-_-)p
- (>.<)
- SPADAJ – i odjechała w kąt, pozostając tam w bezruchu – (T-T)
- A co to są te Hobosy? – przerwał Sizzler, wyczuwając okazję na zdobycie jakichś przydatnych informacji – Spotkaliśmy kilka po drodze i nie były raczej zbyt przyjaźnie nastawione…
Złomoludź spojrzał z marsową miną na przybyszy po czym zniżonym głosem dodał:
- A żebyśmy my wiedzieli… - ściszył głos jeszcze bardziej – Podejrzewamy, że pojawiły się tutaj jakiś czas po nas, jednakże bardziej we znaki, dają się nam dopiero ja wiem… może od pięciu lat… w każdym razie… - przerwał, wypatrując, czy nikt nowy nie wszedł – Proszę na nie uważać, bo nigdy nie wiadomo, gdzie i kiedy mogą się pojawić!
Mastodończycy przełknęli ślinę, przypominając sobie wcześniejsze spotkanie. Mieli nadzieję, że już nie trafią na te małe potworki.
- Ale wracając do tematu… - przerwał, przyglądając się dalej nadąsanej Griszce – Zakładam, że Panowie to turyści i chcieliby Państwo spędzić u nas milutko swój czas? – zapytał uprzejmie, wertując w międzyczasie jakieś katalogi i ulotki – Interesuje Państwa coś konkretnego? – zatrzymał się na jednej z nich, po czym pokazał ją przybyszom – Ostatnimi czasy notuje się u nas wzrost turystyki, związany z rozwojem naszego nowego narodowego sportu! – przyjrzał się uważnie odwiedzającym – Chociaż nie będę ukrywał, że Panowie, to tak średnio do profilu pasują, haha – zaśmiał się pod nosem. Miał oczywiście na myśli antropomorficzne warzywa, które ostatnio w dość sporej grupie pojawiły się w ich kraju.
Sizzler rozejrzał się dyskretnie po plakatach, porozwieszanych w całym pomieszczeniu. Kilka z nich przykuło jego uwagę, w związku z czym po chwili namysłu odpowiedział.
- Cenimy sztukę… - rozpoczął uprzejmie, uśmiechając się delikatnie – Szczególnie cenimy sobie dobrą fotografię, a usłyszeliśmy, że macie u siebie kilku bardzo zdolnych fotografów.
Słowa te zaniepokoiły delikatnie pracownika punktu turystycznego. Można było zobaczyć w jego reakcji, że coś podejrzewa, lecz nie wychodząc z roli uprzejmie zapytał:
- A którzy fotografowie Państwa szczególnie interesują?
- Złomko Fotowengo i Robix Robco – odpowiedział Sizzler. Były to jedyne dwa nazwiska, jakie udało mu się zapamiętać z plakatów i zaczął zastanawiać się, czy nie odkrył się z tym pytaniem, chociaż jednocześnie był mocno zdziwiony, gdyż nie spodziewał się, aby o informacjach wagi państwowej mieliby wiedzieć zwykli, szarzy obywatele.
- Ja z kolei chciałbym zobaczyć fotografie Denka Smecoviksa – dodał z entuzjazmem Grzesiek – Dawno, żem tak pięknych maszyn nie widział! Da się je gdzieś tutaj na żywo zobaczyć? – zamachał przy tym wymownie swoim sprzętem, sygnalizując, że lubuje się w takich dziwnościach – Część z tych maszyn jest owiana legendą i w naszych stronach ostatni raz można je było zobaczyć, ja wiem… - przerwał na chwilę, szukając odpowiedniej miary czasu – Wieki temu!
Reakcja Przedsiębiorskiego mocno zdziwiła Złomoludzia, tym samym rozwiewając znaczną część powstałych wątpliwości. Jeszcze raz przewertował foldery, po czym wyciągnął kilkanaście z nich:
- Najbardziej polecam Panu Muzeum Zagranicznych Technologii i Muzeum Cudów Technologii Współczesnej – wyjął dwa katalogi, wręczając je Grześkowi – Tam część z tych maszyn znajduje się w oryginale! – następnie wrócił do trzymanych przez siebie papierków – Galerii Fotografii mamy u nas kilkanaście, niestety żadna z nich nie jest poświęcona tylko i wyłącznie jednemu autorowi… – przyjrzał się posiadanym materiałom – Dlatego najbardziej polecam Galerię Złomowiskową, Galerię Śmieciową oraz Galerię Fotografii Współczesnej – przeczytał z uwagą programy każdej z nich – Szczególnie wystawy w tej ostatniej są ciekawe, gdyż pokazują obcym, jak są przez nas postrzegani! – uśmiechnął się serdecznie, po czym dołączając kolejne katalogi zapytał – Mogę Państwu jeszcze w czymś pomóc?
Matrix poprawił okulary, dając znak Sizzlerowi, że ma za co mu dziękować. Ten westchnął tylko, po czym zapytał pracownika:
- Może nam Pan jeszcze powiedzieć, gdzie możemy wymienić szybę?
- Szybę? – zapytał lekko zdezorientowany Złomoludź. Griszka ruszyła się z kąta i podjechała do Mastodończyków:
- CICHO
- (T-T)
- LANTOR
- ZŁY
- (T-T)
- Lantor? – spojrzał pytająco Sizzler
- Ehhh… - westchnął jedynie Złomowiszczanin, po czym wyciągnął kupon rabatowy do jakiegoś warsztatu i wręczył go diablikowi – Zrobią to szybko i tanio.
- Dziękuje i do zobaczenia – odparł tieffling, po czym wraz z Griszką i Matrixem wyszedł z budynku.

**********

DRYŃ DRYŃ DRYŃ! – dźwięk telefonu dobiegał z zaplecza.
- Lantor, słucham.
- I jak ci nowi przybysze? – zapytał krótko, acz stanowczo niski głos.
- Raczej spoko, ale poobserwuje chwilę tego kurdupla…
- Sam jesteś kurdupel – odparł prześmiewczo rozmówca – Liczę na ciebie, bez odbioru.

**********

- Hobo Bo Hobo Bo Bo Bo Hobo… - mamrotały między sobą maluśkie, sięgające ledwo dwudziestu centymetrów istoty, kryjące się za licznymi w tym miejscu skałami. W centrum kamieniołomu, stała teraz wielka, jak na ich standardy postać, o bliżej nieokreślonym kształcie. Przypominała zlepek przeróżnej maści istot, tworzących wspólnie… no właśnie, co? Była bowiem jeszcze dziwniejsza od samych hobosów, których widok wzbudziłby wstręt i odrazę w praktycznie każdej, innej rasie Antropii, o ile nie całego świata. Jednakże to, co przykuwało teraz uwagę tych stworzeń było jeszcze dziwniejsze, straszniejsze i bardziej przerażające. Tę wizję dopełniał dodatkowo fakt, iż wokół tej istoty leżały teraz truchła ich trzech, większych i odważniejszych pobratymców, którzy chwilę temu jeszcze im przewodzili. Teraz, kiedy byli pozbawieni przywództwa nie pozostało im nic innego, jak się ukryć i czekać na wsparcie, gdyż żaden z nich nie kwapił się do objęcia schedy po tragicznie zmarłych. Na ich szczęście potwór nie miał ochoty ich gonić i stał praktycznie w miejscu, wyraźnie czegoś wyczekując.
- Hobo Bo Bo Bo Hobo Bo Bo Bo? – dalej rozmawiały między sobą, nie kryjąc zdziwienia takim rozwojem sytuacji i przez najbliższych kilka godzin bacznie obserwowały, stojącego w bezruchu stwora, same przy tym zasypiając. W końcu, po kilku godzinach na niebie pojawiły się jakieś latające maszyny, a od strony płytkiego jeziorka, znajdującego się przy jednej ze ścian skalnych wynurzyła się grupka tych większych przedstawicieli hobosów i szybciutko skierowała się w stronę skał, w których ukrywały się ich mniejsze odpowiedniki.
- Hobo! Hobo! – wrzasnęły donośnie, batożąc przy tym wszystkich śpiochów. Dwóch z nich zostało zatłuczonych dla przykładu tak, aby pozostałe od razu poczuły się żywsze. Sposób okazał się skuteczny.
- Hobo! – odparły obiboki, niemal natychmiast podnosząc się na nogi, po czym ustawiły się parami w rządku i ruszyły za swoimi nowymi przywódcami. Na końcu grupy dwóch nieszczęśników było niesionych przez największego z „opiekunów”.

Latające, mechaniczne pajączki krążyły nad głową Piżmaka, prześwietlając go przeróżnymi laserami, skanerami i innymi urządzeniami. Ten, najwyraźniej przyzwyczajony do podobnych zabiegów nic sobie z tego nie robił, cierpliwie czekając, aż skończą. Kiedy jeden z nich podleciał do niego zbyt blisko, ten chwycił go swoją gorylą ręką i krótko zakomunikował:
- 3.14-2MAC, szy-bci-ej debilu, ha-ha – po czym wypuścił ustrojstwo z ręki, licząc na to, że gest ten przyśpieszy cały proces. Nie zawiódł się, moment później jedna z maszyn zarzuciła na niego siatkę, w którą pozwolił się złapać, po czym, z zawrotną prędkością ruszyła w bliżej nieokreślonym kierunku.

**********

Kilkanaście minut później, z łoskotem został opuszczony na ziemię i uwolniony, znajdując się momentalnie w przestronnym tunelu. Niemal natychmiast zapaliły się tam wszystkie światła, a jego oczom ukazała się sylwetka niewysokiego, mającego już swoje lata hobgoblina w otoczeniu kilku większych hobosów.
- Jak żeś mnie znalazł? – zapytał bez ogródek przybysza, wyraźnie niezadowolony z tego faktu – Przysyłają cię z Kraju Cudów? – zaczął nerwowo łazić wzdłuż korytarza, drapiąc się po brodzie – Nadal nie mogą wybaczyć mi tych Śmiechopiesokotełów? – przyśpieszył – Miały nieść radość mieszkańcom! Co ja poradzę, że przez to czasowo im produktywność spadła… - zatrzymał się na chwilkę – Przecież już dawno je wycofali, nie powinni już o nich pamiętać! – i nie pamiętali, jednakże Godauke, bo tak się zwał ten jegomość miał problem ze zbytnim przeżywaniem i rozpamiętywaniem dawnych spraw.
Fakt był taki, że ta dwójka nigdy wcześniej się nie spotkała, ani nie poznała, jednakże numer seryjny, rozpoczynający się od 3.14 był czymś, czego goblin się obawiał. Prawda jest taka, że Piżmak, umykając z Lan Sar posiadał kilka mniej lub bardziej istotnych informacji, wśród których znalazła się ta, o pewnym naukowcu, zajmującym się… ujmijmy to dość prosto – szeroko rozumianym życiem. Oczywiście, ze względu na pewne zboczenie temat ten mocno zainteresował Piżmaka, dzięki czemu, z pomocą swoich osobistych znajomości i sieci kontaktów udało mu się mocniej zgłębić temat, a że akurat jego nowy kraj zainteresował się sprawą, w której będzie można tę wiedzę wykorzystać, to postanowił z tej okazji skorzystać. W końcu nie chciał się ograniczyć do poznania prawdy o domniemanym posiadaniu bomby atomowej, chciał zniszczyć Zł0m0w1sk0w0 i wszystkich jego mieszkańców!
- Kraj jest gotów wy-ba-czyć ci dawne przewinienia, ha-ha-ha – oznajmił mechanicznym głosem, zwracając się do naukowca. Następnie spojrzał w stronę jego ochroniarzy i kontynuował – Proszę opowiedzieć mi o tych pa-sku-ud-nych hobosach – zaakcentował najwyraźniej, jak mógł ostatnie słowo, dając tym samym do zrozumienia, iż te istoty są mu znane i nie był to pierwszy raz, kiedy się z nimi spotkał, co było oczywiście prawdą, gdyż zdarzyło mu się natknąć na te stworki kilkukrotnie podczas misji na mastodońskiej granicy.
- Ehh… - westchnął zrezygnowany Godauke. Wcisnął jakiś przycisk, znajdujący się na pilocie, trzymanym kurczowo w jednej z dłoni, po czym przed ich oczyma ukazała się niewielka, szklana kapsuła, wypełniona jakimś dziwnym, zielonkawym płynem. Znajdowało się w niej niewielkie ciałko, podłączone kilkoma rurkami do wielu otworów, wychodzących z pojemnika. Moment później wcisnął przycisk po raz kolejny i inkubator zniknął równie szybko, co się pojawił.
- Mój kolejny projekt… - rozpoczął niepewnie goblin – Po porażce, jakim ostatecznie okazały się moje Śmiechopiesokoteły, co zmusiło mnie do opuszczenia Kraju Cudów… - przerwał, przypominając sobie niemiłe przeżycia z tym związane – Zacząłem zastanawiać się nad stworzeniem społeczeństwa idealnego… - podrapał się po brodzie – Potrzebowałem istoty idealnej, która przedkładałaby ciężką pracę i dobro społeczeństwa ponad dobro własne, całkowicie odrzucając swoją indywidualność – obszedł naokoło swoich strażników, przyglądając im się uważnie – Dlatego po wielu badaniach doszedłem do wniosku, że wytrzymałość krasnali, upartość osła i siła niedźwiedzia byłyby idealnym połączeniem! Niestety… - zamilknął na chwilę – Mimo wszelkich, dołożonych starań nie wyszło… - rozłożył bezradnie ręce, na co zareagował jeden ze strażników kopiąc go w tyłek.
- Jak widzisz… - ciągnął dalej, masując się delikatnie po pośladkach – Zamiast wspaniałych istot otrzymałem to… - wskazał wolną ręką, stojących obok hobosów – Małe, wredne, włochate kurwiszcza, których mowy za chuja nie rozumiem… - tak, Godauke mimo pewnych umiejętności nie należał do najlotniejszych, lansarskich naukowców i został wydalony z Kraju Cudów za swe w większości debilne pomysły. Oczywiście wszystkie te fakty były znane Piżmakowi i pojawił się w tym miejscu właśnie ze względu na te hobosy. Niezwykle imponował mu fakt, że te małe, z pozoru niegroźne stworzonka mogą być strasznym utrapieniem i chciał je wykorzystać w swoim planie zrównania z ziemią Złomowiska.
- Chce mi Pan po-wie-dzi-eć, że nie jest Pan w stanie panować nad swo-i-mi tworami, ha-ha-ha – przerwał wywód i chwilę później dodał – Ha-ha-ha-ha-ha – aby podkreślić, jak bardzo jest rozbawiony.
- No, nie bardzo… - odpowiedział, wyraźnie zawstydzony naukowiec – Jakby to powiedzieć… - milczał chwilę, zbierając myśli – Gdyby nie fakt, że odpowiadam za ich reprodukcję pewnie już by mnie tutaj nie było… - zakończył bez przekonania. Oczywiście nie było to do końca prawdą, jednakże wolał nie chwalić się tym, że od czasu do czasu zdarza mu się „zlecać” porwanie jakichś Złomoludków, których wartość na czarnym rynku bywa dość spora. W końcu kto by nie chciał poeksperymentować na czymś tak niespotykanym. Czymś, co nadal jest nierozwiązaną zagadką i czeka na wyjaśnienie?
- W każdym razie… - ponowił z nutką zainteresowania i ciekawości w głosie – W czym mogę pomóc Krajowi Cudów?
- Niczym, ha-ha-ha-ha-ha – zakpił sobie z rozmówcy 3.14-2MAC. Godauke nie zdawał sobie sprawy z tego, że stojące przed nim dziwadło już jakiś czas temu opuściło Lan Sar i działało obecnie dla rządu mastodońskiego – Taki żart oczywiście, ha-ha-ha – wyjaśnił szybko agent – Potrzebuję mapy po-d-zie-mi Zł0m0w1sk0w4 i dużej grupy twoich ni-e-sfo-r-nych hobosów.
- Skąd…? – wymamrotał pod nosem cichutko, wyraźnie wystraszony goblin.
- OBSERWACJA – usłyszał w odpowiedzi. Faktem było, że posiadane przez Piżmaka dane zawierały informację na temat tuneli, tworzących sieć podziemnych przejść, połączonych z kamieniołomem, w którym lądował, aczkolwiek dane te były mówiąc delikatnie mocno nieaktualne i korytarze te zdążyły się znacząco rozrosnąć.
- 3.14…. – wyszeptał jedynie. Bał się coraz bardziej i liczba ta dźwięczała ciągle w jego uszach. Moment później tuż obok pojawił się dron, który podleciał następnie do Piżmaka.
- Teraz za-pro-wa-dzi-cie mnie do wyjścia, znajdującego się najbliżej centrum Zło-mo-wi-sko-wa… - tutaj specjalnie zrobił pauzę – Jutro o dwu-nas-tej przy tym wyjściu ma-ją czekać hobosy, zro-zu-mi-a-no?
- 3.14… - usłyszał jedynie w odpowiedzi, po czym ruszył za przydzielonym chwilę wcześniej przewodnikiem.
3.14
14.10.2019 02:23
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 5,969
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #9
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Gdy tylko wszyscy zapakowali się do auta, a Sizzler miał już odpalać Żuka, Matrix w wymowny sposób poprawił okulary. Dodatkowo, choć nie miał tego w zwyczaju, chrząknął, dając jasno do zrozumienia, że on chce już teraz do Muzeum Zagranicznych Technologii. Karkata nikt nie pytał o zdanie, zresztą jemu teraz było wszystko jedno. Diablikowi niezbyt to rozwiązanie się spodobało. Chciał już poczuć delikatny papier cennych fotografii, a jeszcze bardziej gramaturę tego o wysokich nominałach. Poza tym nie uśmiechało mu się tak jeździć po mieście bez szyby. Spojrzał w stronę "rozmówcy", ten dosłownie świdrował go wzrokiem. Normalnie by dostał za to "po gębie" i byłby koniec negocjacji, ale teraz było inaczej. Szef bandy jeszcze nigdy nie widział, by Matrixowi tak na czymś zależało (albo po prostu nie mógł sobie takiego momentu przypomnieć, bo nie przywiązywał do tego wagi). Przypomniał sobie, jak wiele razy chłopak o coś go prosił, ograniczając się oczywiście głównie do gestów, nie słów, a diablik to zbywał i stawiał na swoim, tak na złość. Niczym brat bratu, zjadając ostatniego cukierka na jego oczach. Aż zrobiło mu się głupio. "A, niech chłopak ma coś z życia. Godzina nas nie zbawi” pomyślał i po chwili zastanowienia odparł:
- Niech Ci już będzie, tylko przestań wreszcie łypać na mnie spod tych swoich okularów!
Grzesiek nic nie odparł, ale na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech. Sizzler widząc to, choć nigdy się do tego nie przyzna, w duchu sobie pomyślał - warto.

Po godzinie drogi, która upłynęła podróżującym przede wszystkim na podziwianiu dość niecodziennej, awangardowej można by wręcz powiedzieć architektury złomowiska, dotarli na miejsce. Sizzler prowadził, Matrix myślał o cudach jakie tam będzie mógł zobaczyć, a Karkat grał w zgadywankę z Griszką.. Siedział na kocyku i starał się odgadywać emocje, które maszynka pokazywała na swoim malutkim ekraniku. Szło mu to dość topornie, więc na nudę w żadnym wypadku narzekać nie mógł. Gdy usłyszał "dojechaliśmy", nawet czuł lekki zawód, bo zdążył w tym czasie odgadnąć raptem parę emotek. Zaś dla Griszki, to było jak wybawienie. Z początku ta zabawa jej się podobała, ale potem zaczęło już ją to zwyczajnie nużyć.
- Dobra, Karkat - diablik wziął i wetknął w łeb kolegi wiadomą antenkę - pilnujesz auta. Jak się pojawią te wredne małe gówna, to wiesz, co z nimi zrobić.
- Się wie, szefie! - odparł zataczając kółka wokół żuka. - Szef patrzy! Matrix zrobił mi nawet specjalne cuś, co pokazuje, ile schudnę! Po to te cyferki.
- Aha, fajnie - przewrócił oczyma Sizzler.
- Nie, ile schudniesz, tylko ile kilometrów zrobisz i jak to się przekłada na spalanie kalorii. Nie ukrywam, że sam jestem ciekaw wyniku, zwłaszcza tych kilometrów. – sprostował jak to miał w swoim zwyczaju Grześ.
- Ale ja nie mam ognia, to jak mam coś spalić... – skonsternowany krab zataczał dalej koła.
- Karkat, jakim cudem ty zrobiłeś prawo jazdy? - Grzesia od jakiegoś czasu dręczyło to pytania i w końcu zdecydował się je zadać.
- Szef mi kupił.
- >.< - wyświetliła Griszka na swoim ekraniku.
Grześ tylko poprawił okulary, na taką odpowiedź kolegi nie mógł znaleźć cenniejszej riposty.
Był jeszcze jeden dobry powód, by zamilknąć. Gdy tylko wyszedł z samochodu ujrzał budynek muzeum i momentalnie, chcąc nie chcąc, w oczy rzuciła mu się fallicznego kształtu przybudówka na windę GÓRUJĄCA nad dwoma znacznie niższymi komorami zaopatrzenia po bokach, co wśród mieszkańców Mastodonii mogłaby uchodzić za coś mocno kontrowersyjnego. Chłopak jednak wyszedł z założenia, że najwyraźniej taki symbol dość często widniał na różnych rzeczach, toteż złomki go podchwyciły i zaadaptowały do własnej architektury, uznając, że skoro tak często występuje, znakiem tego jest on ważny. Sizzler za to nie mógł nie okrasić takiego widoku stosownym komentarzem.
- Ty, młody, patrz! Budowlę w kształcie kutasa sobie rąbnęli! Mają rozmach, skurwysyny! I patrz tych! - pokazuje Grzesiowi różnych, najróżniejszych odwiedzających przewijających się na chodniku z parkingu i do muzeum - Nikt nawet nie zwróci na to większej uwagi! Nikt! Ale jaja! No dosłownie! - wybuchł śmiechem.
- Szefie - zaczął ostrożnie Matrix badając grunt, czy wolno mu mówić, czy może lepiej nie. Diablik jednak był tak ubawiony, że nie zwrócił na to większej uwagi. Chłopak więc kontynuował - starajmy się może nie zwracać na siebie zbytniej uwagi...
Po chwili, gdy minęli przybudówkę, która nie wiedzieć czemu znajdowała się dosłownie frontem do zwiedzających (co również mocno bawiło diablika), ich oczom ukazało się Muzeum w pełnej krasie, które swą nowoczesnością praktycznie zwalało z nóg. Nie była to architektura podobna do tych, jakie widywał Matrix, gdy bywał na wycieczkach szkolnych w Mastodonii czy Iglicach. To było coś zupełnie odmiennego. Niby dało się przyjąć, że ma jeden ogólny kształt przypominający chlebak, co samo w sobie wydawało się Grześkowi odważnym i ciekawym posunięcie, ale najbardziej uwagę przykuwały wszelkie mechanizmy, które z tego budynku wystawały. Interpretując to leksykonem jaki był bliski hakerowi, widział budowlę, z której wyrastało pełno kolorowych kabli. Te następnie układały się na na coś na wzór drzewa wystającego z dachu. Splot kabli był dość gęsty, mieszały się one ze sobą oraz przecinały pod różnymi kątami, a gdzieniegdzie wisiały na nich prostokąciki do złudzenia przypominające chipy, jakie są w układach scalonych. Drzewa tego normalnie nie było widać od razu, z parkingu, bo zasłaniało je, no, to, co zasłaniało. Jakby tego było mało, z boku budowli fragmenty stali i innych stopów układały się w coś co przypominało strzał z miotacza lasera, tylko że języki płomieni były tu zastąpione harmonijkami z żelaza, ledwo się ze sobą stykającymi. Tworzyło to wrażenie, jakby budynek ten uwieczniał w moment otrzymaniu ciosu pociskiem z taikej broni. Całość robiła imponujące wrażenie.
- Jeeej! - Oczy Matrixa zaświeciły jak złote monety. - CUDO! Cóż za gracja! Co za fason! Te metaliczne kształty! Ślicz-noś-ci! Ślicz-noś-ci! - Wybiegł do przodu, padł na kolano i zaczął machać rękami na boki wychwalając cudo architektury. Jakby to było możliwe, wypuszczałby pewnie z rąk serca.
Nie było jednej osoby, która w tej chwili by się na niego nie popatrzyła.Po chwili silny cios pięścią, który wymierzył mu w głowę Sizzler, z prędkością światła sprowadził chłopaka na ziemię.
- "Nie zwracajmy na siebie uwagi", powiedział! A taki cyrk mi tu odpierdziela! Idź, bo jak cię, palnę! - pogroził mu znów pięścią, ale Matrix już za pierwszym razem od razu zrozumiał swój błąd.
- Ne trzeba, szefie! - zaczął machać nerwowo przed sobą rękami jak nie on - Już pojąłem.
- Niby taki mądry, a taki głupi! - rzucił mu jeszcze złowieszcze spojrzenie i rozluźnił rękę.
- :roll: - wyświetliło się na ekraniku małego robocika.
- No, Grzesiu - krzyknął stojący w odległości dwustu metrów od nich Karkat, który wciąż "stał" na czujce przy aucie. - Żeś się nie popisał! - to wykrzykując przyłożył oba szczypce do ust, żeby nadać lepszy pogłos wypowiadanym słowom. Nauczył się tego w harcerstwie, czemu tak się robi nie wiedział.
Na pewno jednak zwrócił w ten sposób na siebie uwagę przechodzących w pobliżu robotów.
- A ty CZEGO tak się drzesz przez cały parking, debilu?! - ryknął na niego wściekły Sizzler.
- X...X
- WEJŚĆ – wyświetliła resztę komunikatu Griszka.
- Ta, chyba masz rację, mała - przytaknął diablik. - Najlepiej będzie zniknąć gapiom z oczu.
Weszli do środka. Matrix oczywiście był zachwycony. Sizzler praktycznie młodego nie poznawał. Zawsze cichy, spokojny, teraz w ogóle siebie nie przypominał. Był jak to dziecko w sklepie z zabawkami, które ekscytowało się każdą nową zabawką, która wpadła mu w oko, a takich było tu dużo. Nie ma jednak co się tym wszystkim zachwytom dziwić, bo kolekcja, którą zaprezentowało muzeum, rzeczywiście zapierała dech w piersiach. Nie tyle eksponaty same w sobie, ale też, a może i nawet przede wszystkim - sposób w jaki były one zaprezentowane. Nie brakowało choćby interaktywnych galerii, gdzie dana maszyna wykonywała jakiś określony ruch, co przywodziło na myśl przesuwające się w ścisłym porządku obrazy. Ta część cieszyła się ogromnym zainteresowaniem wśród zwiedzających. Wszystko za sprawą pełnej robotyzacji. To jednak w oczach Grześka przemawiało właśnie na jej niekorzyść. On wolał zobaczyć oryginalne okazy, coś, co nosi ślady użytkowania. Prawdziwy ruch takiej maszyny, a nie takie „efekty specjalne”. I tak, zatrzymał się na dłuższą chwilę przy maszynie do pisania, przy której siedział pracownik muzeum. Nie bez kozery tam stacjonował, bowiem na prośbę zwiedzających robił charakterystyczny „klik” w klawisz, by ci mogli usłyszeć ten dźwięk na własne uszy. Matrix nie omieszkał i z tej opcji skorzystać. Właściwie robocik naprodukował na jego prośbę aż kilka zdań. On również był pasjonatem starego sprzętu, więc widząc w chłopaku geeka z prawdziwego zdarzenia, aż na pamiątkę podarował mu kartkę, na której zapisał dyktowany przez chłopaka tekst. Grześ był tym gestem tak wzruszony, że mało mu łzy do oczu nie napłynęły, ale chciał być twardy i nie dał tego po sobie poznać. Griszce także się podobało, a widząc to z jakim uczuciem chłopak darzy te wszystkie maszyny zaczynała czuć do niego coraz większą sympatię. Tylko diablik był diabelnie tym wszystkim znudzony, a im dłużej tam przebywali, tym częściej nachodziła go myśl „co my tu właściwie jeszcze robimy”. Aż zdążył zapomnieć o ich głównym celu, czyli w jego mniemaniu Galerii Fotografii Współczesnej.
Nie wiedział, ile czasu tam już siedzą. Natomiast czuł, że za długo. Zwłaszcza w nogach. Wtedy przypomniał sobie o Karkacie, którego zostawili przed autem.
- Młody, będzie tego zwiedzania, bo Karkat tam niedługo maraton strzeli! O ile już nie padł ze zmęczenia.
Grześ z początku chciał zaprotestować. Zbyt wiele rzeczy było jego zdaniem jeszcze wartych zobaczenia. Z drugiej strony pomyślał, że pewnie nawet jakby zabawili tu do późnego wieczora, to i tak mu by nie wystarczyło czasu, by wszystkiemu dobrze się przyjrzeć. Wszystko dotknąć, wszystkiego posłuchać. Przysiągł więc sobie, że jak tylko zainkasuje swoją dolę ze sprzedaży wartościowych fotografii, przyjedzie tu na wakacje i zrobi sobie wtedy tournee po co bardziej znanych muzeach. Ta myśl osłodziła mu smutek, którego towarzyszył mu, gdy przekraczali z powrotem prób muzeum.
- Przepraszam, czy mogę zająć chwileczkę? – zagaił Sizzlera i pozostałych stojący nieopodal wejścia niskim głosem robot odziany w gustowny, granitowy garnitur. Swą posturą przypominał jakby żółwia, a przynajmniej takie konotacje budziła masa stopionego żelaza i innych tworzyw składająca się coś, co do złudzenia przypominało skorupę właśnie takich przedstawicieli gadów.
- Czego? – diablik spojrzał na garnitur, stonowany krawat z grenadyny i ułożone na czole elegancko antenki. Jak jednak zawsze mu powtarzano, „poznasz właściciela po butach jego” więc spojrzał też i na dół: czarne derby. - Nie jestem zainteresowany – odparł zdecydowanie, uważając, że najwyraźniej chce mu wcisnąć jakąś reklamę.
- Drogi panie, zaszło tutaj chyba jakieś nieporozumienie, zapewne zmyliło pana moje odzienie – zbliżył się do ucha diablika na mniej niż na trzydzieści centymetrów - To tylko taki kamuflaż – odsunął się i uśmiechnął szeroko.
Diablik z początku chciał mu dać po zębach, ale ostatnie słowo go zaintrygowało. Wydał mu się podejrzany, ale w tym pozytywnym sensie, a przynajmniej dla niego.
- Nie? To po co den dandy ciuszek, co?
- A, to wie, pan, to tak dla niepoznaki. No przecież nie będę handlował w jakimś ciemnym płaszczyku z szerokimi kieszeniami z kapeluszem zakrywającym pół twarzy – zaśmiał się rozmówca.
- HANDLI - wyciągnęła esencję z jego wypowiedzi Griszka.
- No właśnie! Więc jednak jesteś zwykłym handlarzyną! – odepchnął go szef bandy.
- Spokojnie. I nie tak głośno... – ściszył głos. – Nie chcemy przecież przykuwać uwagi organów ścigania – tu zrobił krótką pauzę po czym kontynuował. - Handluję, ale nie jest to legalne. – Sprostował szybko jegomość uznając, że spokojnie może z tym się odkryć. Wiedział, że może, bo tylko obcy zwracają uwagę na podłużny kształt budowli widocznej od frontu, a Diablik kilka godzin temu dał jasno do zrozumienia, że Mastodońśkie znaki nie są mu obce, a nawet więcej, są mu one bardzo dobrze znane. Resztę wyciągną z tego, co powiedział mu Lantor.
- Wreszcie mówisz do rzeczy! – klepnął go w plecy Sizzler.
- Mniemam, że panowie interesują się – zawiesił na chwilę głos udając greka – fotografią – wyciągnął z wewnętrznej kieszeni otwartą kopertę i wręczył ją diablikowi.
Grześ, odczytując niemal natychmiast minę szefa, odciągnął na bok Griszkę do Karkata. Nie przejął się tym, że jego kompan tam już ciężko dyszy, ani nawet tym, że ten doczekał się już fanów i naśladowców w postaci małych robocików biegnących razem z krabem. Widząc, że jego kamrat ma towarzystwo, wrócił do tajemniczego handlarza.
Diablik w tym czasie zdążył już zapoznać się z wnętrzem koperty. Zawartość stanowiła pojedyncza fotografia. Nie była to jednak byle jaka fotografia, gdyż przedstawiała człowieka wysoko postawionego w rządzie Mastodońskim wchodzącego do domu uciech. Aż się spocił. Już wiedział, że ten handlarz ma to, po co on tu przybył.
- Kurna, nieźle, naprawdę nieźle.
- To oczywiście tylko przedsmak tego, co mam do zaoferowania w moim „sklepie”.
- Zaraz – wtrącił się Matrix – skoro handluje pan nielegalnymi fotografiami, to dlaczego nie stoi pan pod Galerią Fotografii Współczesnej tylko akurat tutaj?
Rozmówca nie dał się zbić z tropu. Poprawił sobie garnitur i spokojnie odrzekł.
- Widzisz, kolego, taki trefny handel to u nas poważne przestępstwo. Wcześniej tacy jak ja próbowali tam prowadzić interesy, ale władze szybko zwietrzyły, co jest na rzeczy i stanie tam stało się zbyt ryzykowne. Stąd też i mój kamuflaż. Poza tym, jest to dość znane miejsce i jedno z pierwszych, gdzie tacy jak wy – wskazał palcem na nich - szukają osób takich jak ja – wskazał dumnie kciukiem na siebie.
- Widzisz, młody? Takiś niby mądry, a takiś głupi. No świata nie znasz!
Chłopak tylko poprawił okulary szybkim ruchem, wskazując na zrozumienie swojej pomyłki i zapewnienie, że wtrącał się już nie będzie. Choć nie podobało mu się, że to była już druga tego typu uwaga w tym dniu.
- To może prowadź pan do tego swojego sklepiku – zatarł ręce diablik.
- To tylko parę kilometrów, ale wygodniej byłoby myślę jakimś środkiem transportu.
- Świetnie, w takim razie zapraszam do auta – gestem powitalnym wskazał kierunku w którym to zaparkowali Żuka.
Gdy zbliżył się do pojazdu zobaczył Karkata, a za nim biegające jakieś dzieci i dwoje dorosłych robotów, najwyraźniej zadowolonych z czynności przez nich uprawianej.
- Dobra, Karkat, starczy tego biegania, jest robota! – kopnął go w cztery litery. To jednak nie pomogło i w sumie nie było co się temu dziwić. Sizzler zdążył zapomnieć o czasowej dysfunkcji kompana. Zrezygnowany wyciągnął antenę. Gdy tylko kolega się zatrzymał, reszta robotów momentalnie straciła zainteresowanie i nagle sobie poszła.
- No wreszcie! Już myślałem, że zabiegam się tu na śmierć!
- No, no! – spojrzał ze zdziwieniem na wskaźnik Grześ – Chyba minąłeś się z powołaniem. Nawet w Mastodońskich Maratonach się tyle nie biega.
- Serio? – wydyszał ledwo żywy krab.
- Echm. – odchrząknął jegomość w skorupie – Możemy?
- A tak! – zreflektował się diablik. Pan wsiada – wskazał miejsce obok kierowcy.
Matrix wymownie poprawił okulary dając do zrozumienia, że to jego miejsce, ale diablik jeszcze wymowniej dał mu do zrozumienia, że nie, pokazując palcem na tył Żuka „tam!”.

Ruszyli. Sizzler był w wyśmienitym humorze. Nie było też co się temu dziwić, w końcu był na dobrej drodze do zdobycia tego, po co tu w ogóle przyjechał. Zaczął więc mimowolnie, rytmicznie stukać rękami o kierownicę.
- Dobrze, a jak zamierzają mi koledzy zapłacić za moje skarbeńka? – rozpoczął nagle negocjacje jegomość w garniturze. Kiedyś, jak jeszcze chodził na kurs dla sprzedawców powiedziano mu, że element zaskoczenia bywa w negocjacjach kluczowy, więc nawet mimo upływu kilku lat od jego ukończenia, wciąż wiernie trwał przy tej zasadzie. Diablik wiedział, że to pytanie w końcu padnie. Odpowiedź była dla niego jedna i dość niecenzuralna. Zaczynała się na „wp”, a kończyła „olem”, ale wiedział, że na tym etapie negocjacji nie może jeszcze „odkryć kart”. Tak więc, jak gdyby nic, dalej sobie postukiwał „The Final Countdown”. Uśmiechnął się w stronę żółwia i tylko odparł krótko:
- Mamy dużo dobrego staffu, coś na pewno się koledze spodoba – i wrócił oczami na drogę.
Karkat w tym czasie podchwytując rytm, zaczął też pogwizdać. Odpowiedź nie zadowoliła potencjalnego kontrahenta, ale nagle, coś zaczęło sprawiać mu dziwną, nieopisaną przyjemność. Niespotykane jak dotąd doznania słuchowe. Nigdy czegoś takiego nie czuł. Nie wiedział jak to opisać, ale czuł jakby obcował z czymś wielkim. Szybko zrozumiał, że owe uczucie jest nierozerwalnie połączone z dźwiękami, które wybrzmiewały w żuku i nikt tutaj, bynajmniej, nie miał na myśli krztuszącego się silnika.
- Możecie mi zapłacić tym! – zawołał rozentuzjazmowany.
- Czym? – aż przestał wystukiwać rytm diablik, gdy współpasażer wskazał jego ręce.
- No – zawiesił się na chwilę robot nie mogąc znaleźć dobrego słowa – TYM czymś! – rozpostarł szeroko ręce.
- Chcesz naszego Żuka? – spojrzał na niego jak na wariata diablik - No nie wiem, trochę ta maszynka z nami przeżyła, ale w sumie...
- Jemu chyba chodzi o muzykę, umiejętność tworzenia rytmicznych dźwięków i komponowania jej w miłe dla zmysłów słuchu dźwięki – zauważył trafnie Matrix.
- Tak! Tak! –podskoczył na krześle żółwi handlarz – MUZYKĘ! Tak! To jest to!
- Co? – zdziwił się kierowca i aż zapomniał zatrzymać się na czerwonym, nie żeby i tak miał to zrobić. – Muzyką? Serio?
- Jak najbardziej – opanował się nieco jegomość w garniturze, by nie tracić fasonu - Wdrożenie mnie w tajniki jej powstawania będzie odpowiednim wynagrodzeniem.
- Ty, słyszałeś go, Karkat?
- No jak nie jak tak, szefie!
- Eee! To ja myślałem, że trzeba będzie dać mu w mor... – w porę się opanował – dać mu w morzu skarbów zapłatę – z braku lepszego pomysłu dokończył niefortunnie zdanie w dość poetycki sposób – A tu takie coś! Haha!
- A co to za „zapłata w skarbach morza”? – zainteresował się handlarz.
- A nic takiego, nieważne. Czyli muzykę chcesz tak? – diablik postarał się ominąć sprawnie temat. – To myślę, że dobijemy targu!
- Bardzo mnie to cieszy!

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.10.2019 18:08 przez Komimasa. Powód: Poprawiona ortografia)
22.10.2019 23:08
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Orzi Offline
Yuusha
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,827
Dołączył: 11.05.2011
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 10%
Post: #10
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
- (UwU)
- (UwU)
- (UwU)
- (UwU)
- (UwU)
- Daj mi spokój, bo dostaniesz w mordę!
- TAK!
- TEGO
- CHCĘ!
- ZRÓBTO
- Ech...

Matrix zatrzasnął klapę swojego laptopa z głośnym brzdękiem. Złapał za spinaczowy ogonek niezwykle podekscytowanego robocika, który za wszelką cenę chciał sie wbić pomiędzy jego twarz, a ekran monitora. Otworzył drzwi do zajmowanego przez nich pokoju, wyrzucił Griszkę na zewnątrz, po czym ostentacyjnie trzasnął drzwiami.

Internet na tym odciętym od świata zadupiu działał jeszcze gorzej, niż na mastodońskich modemach. Każda strona wczytywała się kilka minut, a bardzo abstrakcyjny przedmiot wyszukiwania nie pomagał. W końcu każdy podręcznik do muzyki zakładał, że użytkownik WIE czym jest muzyka. Że nawet najmniejsze dziecko potrafi rytmicznie powtarzać śpiewaną przez mamę kołysankę, łączyć dźwięki w coś, co choćby przypomina rytm. Nauka samego pojęcia rytmu wychodziła zaś poza pojmowanie autorów. Po kilku godzinach surfowania po internecie był tak samo daleko znalezienia czegokolwiek wartościowego, jak i na początku.

Sizzler wpadł na najlepszy pomysł z nich wszystkich. Trzeba będzie się wrócić do Morświnoujścia, wtajemniczyć w plan jakiegoś zaufanego nauczyciela muzyki, po czym przywieźć go z powrotem i pozwolił uczyć te złomy. Grzesiek za to podziwiał Diablika. Każdy inny Mastodończyk próbowałby samemu niezgrabnie uczyć nową rasę tajników melodii. Ich szef zaś wychodził z założenia, że do każdej roboty niezbędny jest właściwy człowiek na właściwym miejscu. Pewnie mknęliby już asfaltówką na powrót do ojczyzny, gdyby nie pogarszający się stan Karkata.

Okazało się, że żółwiopodobny jegomość poza zdjęciami handluje też rzeczami, które łatwiej spieniężyć. Handlarz jednak nie był zainteresowany prostą wymianą kaset magnetofonowych na fanty - w końcu na wysypisku było ich pełno. Chciał konkretnie posiąść umiejętność tworzenia muzyki. Dlatego też pilnie potrzebował jakiegoś podręcznika, by wymienić go na fanty którymi można by opłacić operację antropomorfa na starych śmieciach.

Tak czy inaczej czekał go długi wieczór. Od kilku godzin, gdy tylko pożegnali się z podejrzanym handlarzem, surfował po interencie. Tyle dobrego, że znajomi Griszki mieli u siebie na chacie wolny pokój z kablem telefonicznym. Zawsze lepsze to niż mrok i chłód wnętrza Żuka. To będzie ciężki dzień. Zrezygnowany Matrix rzucił się na podstarzałe łóżko...

Po to tylko, aby zaraz podskoczyć z krzykiem. W rozmyślaniach Grzegorz zapomniał, że złomoludzie nie potrzebowali materaca i spali na samych sprężynach.

---

Tymczasem po ulicach miasteczka spacerowało dwóch jegomościów, którzy BARDZO tam nie pasowali. Kalafior, wraz ze swym przydupasem Rettishem wyróżniali się na tle mniej lub bardziej złomowych ludków. Nikt nie zwracał jednak na to uwagi, gdyż warzywne antropomorfy były dla mieszkańców powszechnie znane dzięki transmitowanym na cały kraj rozgrywkom bejsbola. Pardon, nie zwracałBY, gdyby Rettish nie uznał, że akurat w tym momencie wypada drzeć mordę na całą ulicę.

- Nie mogę uwierzyć, że chcą abyśmy załatwili dla nich TĘ sprawę! - zawodził swym wysokim, rzodkiewkowym głosem po raz kolejny
- Szczymryj. - parsknął Kalafior, również nie pierwszy raz - Ilekroć mam ci powtarzać, że to jest sprawa najwyższej wagi dla naszej organizacji.
- Dlatego nie mówię wprost o co chodzi. Z naciskiem mówię, że chodzi o TĘ sprawę, nie precyzując o co chodzi. W ten sposób żaden ewentualny podsłuchiwacz nie dowie się, CZYM jest to, czego zażyczył sobie od nas Alejandro.
- Tyle dobrego. Ani się waż powiedzieć o co chodzi. Ściany mają uszy, szczególnie w państwie, gdzie każdy budynek jest zbudowany ze starych telefonów i puszek połączonych sznurkiem.
- Z drugiej strony. - Rettish zaczął się kręcić nerwowo - No korci mnie Kalafior. Korci mnie, aby wykrzyczeć TO, o co nas prosili. Żeby zawołąć, ile sił mam w płucach, wygadać wszystkim TĘ tajemnicę, dać czytelnikom tak potrzebną EKSPOZYCJĘ, zakończyć SUSPENS!
- O czym ty znowu bredzisz? - skrzywił się warzystowski oficjel - Zastanwiam się, czemu się w ogóle z tobą zadaję, Rettish.
- Bo nikt inny nie chciałby być twoim przydupasem. - odrzekła rzodkieweczka
- W sumie masz rację.
- Kalafior?
- Co?
- Dłużej nie wytrzymam.
- ZeUS Makak, Rettish, zamknij w końcu tę mordę.
- ALEJANDRO CHCIAŁ OD NAS...

W tym momencie wiatr powiał wystarczająco głośno, aby zagłuszyć całą rozmowę. Nikt się nie odwrócił, nikt nie wytężył słuchu. Wszyscy byli zajęci przytrzymywaniem swoich kapeluszy, aby nie zostały porwane przez nagły podmuch.

- Rettish?
- Tak?
- Jeżeli kiedyś dojdzie do wojny z mięsoworami to osobiście dopilnuję, aby cię posłali na pierwsze linie frontu.

---

- Kurwa mać ja pierdolę! - krzyknął Matrix, po czym zaklął szpetnie

Obdrapany przez stare sprężyny haker przeklinał głośno i ostro. W swym nagłym napadzie gniewu nie zauważył, że Griszka tylko sobie znanym sposobem znalazła powrotną drogę do pokoju. Mały złomoludek podskakiwał, tupał i ogólnie próbował zwrócić na siebie uwagę człowieka. Ten jednak nadal był zajęty lżeniem materaca. Robocik w końcu nie wytrzymał i skoczył hakerowi na twarz.

- Ała! Griszka, co znowu?
- UCIEKJ
- SĄSIAD
- LESZEK
- ZARZTU
- BEDZIE
- Co? - odpowiedział zdziwiony Grzesiek na wyświetlane naprędce komunikaty - Jaki sąsiad Leszek?
- (O_O)

Było jednak już za późno. Za drzwiami rozległ się głos piosenki znanego, metalowego zespołu Motorhead*. Ściany prowizorycznego mieszkania zaczęły się trząść od wciąż narastającej głośności metalowych riffów. Młody zamarł wpatrując się tępo w drzwi. Griszka wyrwała się z uścisku i dała dyla pod łóżko. Dźwięk gitar nasilał się coraz bardziej, aż w końcu znalazł kulminację w głośnym trzaśnięciu o ścianę otwieranych drzwi. Muzyka ucichła, a we framudze pokazał się Pan Leszek we własnej osobie.

Pan Leszek nigdy nie miał szczęścia do sąsiadów. Kilka lat temu, gdy jeszcze mieszkał w Paszołowicach, krwi napsuł mu podrostek od mieszkających za płotem Moritzów. Starał się dzielnie znosić jego wybryki, ale gdy gnojek każący się nazywać Łukaszem Waligroszem przyfasolił mu pięścią pełną miedziaków, miarka się przebrała. Lemmy, bo tak też Leszka nazywali przyjaciele, sprał gówniarza po dupie i jeszcze tego samego dnia opuścił Paszołowice. Spokojna okolica niewielkiego miasteczka Skarland, gdzie się przeprowadził, zdawała się być lekarstwem na jego utrapienia. Jednak po kilku wybrykach mieszkających po sąsiedzku Freda i Bena jego cierpliwość do sąsiadów sięgnęła zenitu. Męczony traumatycznymi doświadczeniami, stał się nadwrażliwy na punkcie ciszy i spokoju.

Lemmy postanowił opuścić Mastodonię i jej wrednych mieszkańców na zawsze. Nowo formujące się państwo, gdzie przedstawiciele ras rozumnych bali się zapuszczać, wydawało się idealne. Otoczony przez cichych i grzecznych złomoludzie Pan Leszek mógł skupić się na tym co kochał najbardziej - tworzeniu hałaśliwej w pizdu muzyki heavy metalowej. Nikt nie przeszkadzał, nikt nie protestował, wszak mieszkańcy Złomowiskowa nie rozumieli koncepcji muzyki. Jego idylla jednak skończyła się dzisiaj.

- NIEEE, TEGO TO JUŻ KURWA ZA WIELE! - krzyknął w twarz młodemu krajanowi
- Zaraz, co pana napadło?
- Mnie napadło? MNIE? NAPADŁO? To TY przeszkadzasz mi dzisiaj cały dzień. Skupić się nie można, ani odpocząć! Jak nie stuka w te klawisze, to kurwa knie i przeklina jak pierdolony, niewychowany cham! Kto to kurwa widział, aby tak przeklinać?
- Dobrze, Panie... Eeee, Leszku. Przepraszam.
- No! - sąsiad wyraźnie się udobruchał - Żeby mi to było ostatni raz! Muzyki nie mogę tworzyć w tym harmidrze!

W oku młodego hakera pojawił się błysk.

- Tworzy pan muzykę?
- Czy ja ci wyglądam na malarza? Jasne, że tworzę!
- A umiałby pan, nie wiem... Nauczyć jej kogoś, kto zupełnie nie pojmuje jest istoty?
- Hmmm... Masz na myśli te dziwne wihajstry, które tu mieszkają?
- W myślach mi pan czyta.

Po krótkiej wymianie zdań, trochę dłuższym targowaniu się o cenę oraz najdłuższym tłumaczeniu gospodarzom, którzy właśnie wrócili do domu z zakupów, czemu framuga jest wybita doszli do konsensusu. Sąsiad Leszek zgodził się pomóc w ich niecnym planie.

*nieważne której, wszystkie ich piosenki i tak brzmią tak samo.

---

- Szefie? Możesz mi już wepchnąć ten czułek w głowę?
- Chwila Karkat. Musimy mieć pewność, że te warzywa sobie poszły. - diablik wychylił się zza winkla i zerknął w stronę, w którą odeszło dwóch warzystów. - No dobra.

Wcisnął wihajster w mózg antropomorfa. Oparty dotąd o ścianę Karkat znowu zaczął kręcić się w kółko niczym Suzaku.

- Szefie, tyś wiesz o czym oni tam konwersowali między sobą?
- Mniej więcej. - mruknął Sizzler - Nie znam szczegółów, ale brzmiało to jak coś, na czym można zarobić. Te fotki to tylko początek naszej drogi do pogactwa Karkat! Jak to mówi staromastodońskie przysłowie, "Na co mi grosze jakiegoś żebraka? Wystarczą mi diamenty!"
- Myśli szef, że to aż tyle warte?
- Skoro zamieszany jest w to naczelnik tego grajdołu, to musi być.
- Szefie?
- No?
- Ja też znam jedno przysłowie w sumie, może się przyda w tej sytuacji. "Gdy na morzu posucha, i chłop chłopa..."
- Karkat! Na litość boską, ile razy ci powtarzałem, że nie interesują mnie twoje przygody z czasów kiedy byłeś marynarzem?
- Prz'pszam szefie...
05.11.2019 21:17
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama