Aktualny czas: 25.01.2020, 15:57 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Wróciliśmy do mangi, a na stronie pojawił się "już" 958 rozdział!
Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Autor Wiadomość
Weather Offline
Shichibukai
Pirat

*
Liczba postów: 1,280
Dołączył: 28.04.2009
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 20%
Post: #11
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Alejandro, przywódca Zł0m0w1sk0wa siedział sobie wygodnie na fotelu który wyglądał jakby tylko tydzień przeleżał na osiedlowym śmietniku. Znajdował się w pokoju do relaksacji, było to ogromne pomieszczenie. Normalnie Ricardo nie przepadał za nadmiernym luksusem bo nie chciał się wywyższać. Jednak w tym wypadku zrobił wyjątek dla swojego hobby. Czytania. Wszędzie w ogromnym pomieszczeniu mieściły się półki z książkami. Na wpół spróchniałym stoliku obok fotela, leżały już trzy przeczytane źródła inspiracji i wiedzy jak je nazywał. Książeczka wierszy Józefa Kubicy, krzyżówka z Telesram i podręcznik do matematyki, gimnazjum. Obecnie jego głowa pochłaniała wiedzę z książki pod tytułem: “W Pustyni Desetrianów i puszczy przekurek”. Książka bardzo urzekła go postaciami, przyjaźnią i przesłaniem o akceptacji swoich słabości i byciu prawdziwym względem samego siebie. Ale i tak chciał jak najszybciej ją zakończyć by móc się wziąć za kolejną. Na chwile jego głowa uniosła się ze stron książki i spojrzała na wielką grubą książkę, wystającą z półki. Na jej grzbiecie był napis: “Teoria strun kosmosu”. Całkowita ciszę przerwało pukanie do drzwi, po dźwięku podwójnego stukania było to oczywiste kto czekał za drzwiami.
- "Wchodź Batista"
Czwororęki wszedł spokojnie do pokoju, i ukłonił się nisko, na co RIcardo przyłożył książkę do głowyi westchnął.
-“Batista, kochany. Mówiłem ci że nie podoba mi się jak zachowujesz się jak mój służący, a ty w dalszym ciągu mi to robisz”

Wielki jegomość się natychmiast wyprostował, jednak jego metalowe usta nabrały wyraz jak lekki uśmiech.

“Obiło mi się o uszy że organiczni lubią się droczyć z swoją drugą połówką, nie powiem uroczo się irytujesz".

Irytacja Alejandra szybko minęła, nie tylko przez rozbrajający uśmiech swego partnera. Ale również przez to że się rozwijał

Batista z lekkim uśmiechem podszedł i stanął za fotelem gdzie siedział jego partner. Pochylając się by ujrzeć zawartość książki jednak bardzo szybko się wyprostował gdy zrozumiał że jest to sama książka którą on czyta jednak znacznie późniejszy rozdział od tego na którym on skończył. Widząc to Rikardo odłożył powieść na stolik, i lekko odwrócił się w kierunku czwororękiego, który odpalił se kawałek rurki i trzymał ją w ustach.

- Batista, wystaw swoją dłoń. Chce coś sprawdzić.

Czwororęki zrobił jak poproszono i wyciągnął jedną z swoich dłoni, wtedy Ricardo zrobił to samo łapiąc jego ale w nowy sposób. Jego palce weszły pomiędzy jego i zasinęły się na wierzchu jego dłoni. Szczęka Batisty się opuściła a kawałek rury balansował na jego "zębach".

- Hmm? Nie podoba ci się tej uścisk.

Powiedział RIkardo widząc reakcje swojego partnera. Drugi złomkowy zachowywał się nieswojo, po chwili zamknął usta i odpowiedział lekko jąkającym się głosem, przytrzymując rurke jedną z lewych rąk.
- Bardzo przyjemny ten uścisk, wydaje się być "bliższy" bardziej intensywny od zwykłego.

Alejandro o mało co się pisnął z zadowolenia ale się powstrzymał. Nie tylko przez to że widok zakłopotanego czwororękiego był uroczy i zabawny, ale też że potwierdza się jego teoria. Nic mu nie wspomniał że wyczytał o tym geście w książce romantycznej, ale on poczuł to. To była prawda, oni nie byli zwykłymi maszynami. Nie imitowali po prostu. Mają duszę i serce. A serce Ricarda było bardzo szczęśliwe teraz.

- Aaah, wiem że jest jeszcze wiele do zrobienia mój drogi, ale część mnie chciała by po prostu zostać tutaj i tak siedzieć w bezruchy.

Głowa ochroniarza przechyliła się w prawo.

- Jak tak jest to czemu po prostu nie odczepisz tej części, ja tu mogę zostawić jedną z swych dło-Aah tobie chodziło w przenośni.

Alejandro przyłożył dłoń do twarzy, w geście facepalma. Jendak to była ręka która trzymała tą od Batisty, i wielki złomowy został pociągnięty do przodu. Rozszywaczowa głowa się jakimś cudem zarumieniła z głupoty. Tym razem to Batista wykonał facepalm, ale również użył dłoni trzymanej przez lidera, który wylądował na podłodze. Bezsłownie obaj zgodzili się o tym nie wspominać. Po otrzepaniu się, Alejandro zaczął krążyć w kółko z założonymi dłońmi.

-By utrzymać się na tej planecie, potrzebujemy wiedzy, o wiele więcej wiedzy. Zawsze moglibyśmy spróbować zaadaptować się do walki i wojny, ale ja nie chce by mój lud przechodził przez taki etap bólu, nienawiści i zniszczenia. Się dość naczytałem o mięsowatych którzy wracali z wojny i sprawiali że rodziny się rozpadały, przez to jaki efekt walka o życie dla nich miała. Dlatego potrzebujemy wiedzy, by móc poradzić sobie z zagrożeniem, dlatego właśnie dobiłem targu z naszymi warzywnymi przyjaciółmi.

Batista skrzyżował ramiona , przynajmniej te dolne , bo górne się napinały nad głową. “

- Twoja troska o nas jest inspirująca i przepiękna jak cygaro najwyższej klasy. Jednakże widok ciebie w smutku nie jest przyjemny, powinieneś się mniej zamartwiać mój drogi.

Rikardo zatrzymał swój chód. Troska czwororękiego zawsze ocieplała coś co mu robiło za serce.

- Heheh, może i masz racje? Życie jest zbyt piękne by być ponurym.

Powiedział lecz bez większego przekonania, wiele spraw ciążyło mu nad głową. Po chwili jednak strzelił palcami.

- Oh wiem! Może zrobisz "to" co zawsze poprawia mi humor?

Wielki złomkowy aż promieniował z radości, przyjął pozę i napiął swoje mechaniczne muskuły. I nagle krzyknął: “Eksplodujący kaloryfer!!!”. Kawałek elementu na brzuchu Batisty uformowany w kształt "sześciopaka" umięśnionego faceta, nagle wystrzelił, odrywając się od jego ciała w deszczu iskier z małej eksplozji, ukazując wnętrze robota. Rikardo tak parsknął ryjem na tą scenkę, aż jego rozszywacz oderwał się od ciała i zaczął się obijać po całym pokoju, po sekundzie obaj latali za nim próbując go złapać.


W międzyczasie, w innej części Złomowiskowo.


Matrix nerwowo chodził w kółko przed drzwiami pokoju. Griszka podskakiwała non stop zanim, robiąc wszelakie wyrazy twarzy. Po godzinie od rozpoczęcia pierwszych prób, drzwi się w końcu otworzyły z hukiem i Pan Leszek wyszedł z pokoju, rozmasowując swoje oczy.
“No i co no i jak?” Już naskoczył na niego młodzian, ale pan sąsiad złapał go za usta palcami i przymknął, a ręka zaczęła grzebać we włosach które mu jeszcze pozostały.
-Jasna cholernicowa….Dobra cycu posłuchaj. No jest niby dobrze, ale jednak nie.
Twarz Matrixa przybrała zdziwiony wyraz, udało mu się zapytać o co mu chodzi. Odpowiedź jak przeczuwał, była zła.

-No pamięć mają dobre te złomka. Dobrze naśladują, ale to tylko tyle. Ich muzyka jest zbyt sztuczna. Odegrają identycznie co do nuty, ale nic od siebie nie włożą.

Matrix popatrzył na pokój gdzie wzięto trójek ochotników na pierwsze próby. Trzech mieszkańców Złomowiskowa też nie wyglądało na zadowolonych z lekcji do tej pory.

-Te to ja nie rozumiem, przecież jak potrafią odegrać muzykę to powi-.

Tu Leszek się wtrącił i przerwał młodemu.

-Nie ogarniasz młody, jak chcesz by ci powtarzano muzykę tylko to se kup dyktafon. Tak narazie oni to robią, zresztą zobacz. Hej Falonius!
Krzyknął do jednego z trzech uczniów, których wzięli na pierwsze próby. On sam był niskim robotem z cylindryczną głową.

- Odegraj mi do res pa ci to na cymbałkach.

Falonius szybko wziął pałeczki i idealnie odegrał tą nutkę. Po czym został poproszony o odegranie "Przez płomień i ogień" zespołu Smocza moc. Ponownie, nuta w nuta idealnie zagrane, w połowie mu przerwał Leszek i powiedział mu by spróbował zastukać coś rytmicznego, od siebie. Po minucie rozmyślań, złomkowy uderzył raz potem drugi raz i trzeci, i zrezygnowany odłożył pałeczki.

- Widzisz? Przecie nawet dziecko może se coś nucić do siebie, głuchy ci weźmie coś wygwizda miłego a ci? Te dziadostwa to zwykłe machiny, a maszyny nie nauczysz jak się naprawdę tworzy muzykę.
Przypadkowo znaleziony nauczyciel muzyki walnął dłonią o stół i wziął kolejny łyk piwa, które jakoś znalazł na złomowiskowu, albo przywiózł ze sobą. Matrix się załamał, już podczas grania przez Faloniusa zrozumiał o co chodziło. Tak, piosenka odegrana była idealnie ale chyba przez to, brzmiała pusto. Normalnie jak ktoś puszcza przez płomień i ogień to każdy traci rozum, ale tutaj to równie dobrze można było słuchać jak kartka ociera się o drugą. Młody wytężył swój cały intelekt, by tylko znaleźć jakiś sposób na wyjście z tego szamba, jednak nie mógł się skupić gdyż Griszka cały czas zawracała mu dupę jakimiś pierdołami. Już miały mu puścić nerwy gdy doznał olśnienia.

-Panie Leszku, nie trać pan nadziei. Te istoty to nie są zwykłe bezduszne maszyny. To istoty żyjące i czujące tak jak my, i oto mam tu dowód!

Matrix wziął mały zegarek w dłoń i pokazał sąsiadowi. Griszka już robiła symbole w kształcie serca gdyż tak miło się o Griszce wyrażano, po chwili Matrix kontynuował.

- Ta mała istota...to mnie, jak nic innego w tym mieście.
Griszka pokazywała znaki typu: < 3, ^w^ i <3 w <3 dy Matrix przerwał na chwilę, zanim wznowił wypowiedź.

- Doprowadza do zakichanego szaleństwa! Nie ma mowy by zwykła bezduszna maszyna co tylko imituej jak małpa, moła by tak człowieka wkurzać!
Serduszka na wyświetlaczu Griszki zmieniły się w dwie duże litery T oddzielone małym w.

- Ich da się nauczyć jak tworzyć muzykę, uda się to panu! Jest pan zwycienzco-

Tutaj Matrix został zdzielony prawie pustą butelką po głowię, za zbyt głośne darcie japy.

- No dobra niech ci będzie ale w dalszym ciągu, to nie rozwiązuje problemu jak sprawić by sami poczuli muzykę.

Po tej rozmowie spędzili długi czas, opierając się o stół. Matrix zaczął stukać palcem o stół, nieświadomie wystukiwał piosenkę z dzieciństwa. Pan sąsiad wstał i odwrócił się by spojrzeć przez okno. Dźwięk stukania dalej obijał mu się o uszy. Z nudzenia Leszek sam zaczął stukać w ścianę, by niby naśladować młodego, ale jego stukanie wydawało inne dźwięki. To już nie była pioseneczka z dzieciństwa tego młodego, tylko coś nowego. Nagle go olśniło.

- Kurwa eureka!!!

Tak mocno krzyknął że Matrix spadł z krzesła i na Griszce wylądował.

- Oh tak to się może udać. Słoń im na ucho nadepnął ale wzrok mają sokoli!

Szybko pognał powrotem do pokoju który robił im za klasę.

- Dobra złomy, uczymy się wystukiwać melodyjkę, ale siadać do mnie tyłem, i najlepiej oczy czy co wam robi za oczy macie zasłonić. Na słuch i próbować wystukiwać!






Wracając do siedziby Alejandro.

- To jest spore przedsięwzięcie mój drogi.

Powiedział wielki ochroniarz, podczas podnoszenia Ricarda na swoich dwóch rękach, który imitował hantle z ciężarami.

- Niestety nie możemy sobie pozwolić na proste i bezpieczne taktyki. Musimy mierzyć wysoko, dość się naczytałem o nacjach które musiały uczyć się na własnych błędach po porażkach. Ja będę się uczył na błedach innych by nikt nie cierpiał przez moją niekompetencje.


Antonio rzucił Rikardem który zgrabnie wylądował na balkonie swojego domu. Oparł ręce o poręcz i wyjrzał poza horyzont. Dwójka warzystów, jak i tiefling z krabem również spojrzeli w horyzont. Zmógł się chłodny wiatr pomimo słonecznego dnia.

- My powstaliśmy z ziemi, lecz sięgniemy nieba. To co nam potrzeba, znajduje się w mieście które unosi się nad nami wszystkimi.
Dłoń przywódcy ścisnęła poręcz tak mocno, że się wykrzywiła.

-Przepraszam was za to, oh geniusze z Lan-Sar. Nadzieje mam tylko że szkody wam wyrządzone będą minimalne. Jednak jestem zbyt słaby, zbyt wielkim jestem tchórzem. Nie potrafię być optymistą, nie jestem w stanie zaufać innym, wszędzie widzę podstęp i złe zamiary wobec nas. Takie profilowanie rasowe jest ohydne i nie powinno mieć miejsca w obecnym roku. Ale te ich armie, Batista. Zasiały we mnie ogromny strach. Cały czas obawiałem się że taktyka z sekretnym materiałem do szantażu nie pójdzie i będę patrzyć jak wszystko zostaje zniszczone. Ale ja kocham mój lud, każdego z nich z osobna i wszystkich razem, dlatego muszę to zrobić. Jeśli zdoła to ugasić ogień neinawiści i chęc zemsty naukowców z Lan Sar, to ja chętnie oddam im swoje życie.

Rikardo cały się trząsł, jego monolog nie ustawał. Pomimo tego że tak naprawdę próbował przekonać samego siebie, że nie jest takim samym potworem który nie cofnie się przed niczym by dojść do celu. Podniósł rękę, wyrywając poręcz w gore, i zacisnął przed swoją głową.

-Ale teraz, to ukradniemy wam to co trzymacie w najgłębszych czeluściach waszego latającego miasta.

Powiedział z gniewem skierowanym na samego siebie i rzucił poręczą które poleciała daleko, przecinając powietrze. Ricardo stał w bezruchu, zanim się odezwał.

- Batista, nic nie widziałeś.

Batista nic nie widział gdyż zrobił facepalma dwoma rękami i zaczął zadawać sobie pytanie “co ja w nim widzę?”

Tymczasem owa poręcz znalazła swoje lądowanie na głowie antropomorficznego kraba, któremu poprzestawiała sztuczne czułka. Tego tylko Sizzlerowi brakowało, kolejnych niespodzianek względem możliwości poruszania się swojego towarzysza. Narazie jednak to myślami wrócił do tego co podsłuchał od warzywnych. Czy było warto zmienić cel? Czy to nie było zbyt ryzykowne? Każdy inny zdecydował by się już teraz, czy iść na to czy to zostawić. Na szczęście Sizzler nie jest taki jak inni. Dlatego postanowił by pójść w ślady warzywnych, i przekonać się ile mają szans na zarobek z tej nowej akcji. Zawsze można zrobić "technikę spierdalania gdzie pieprz rośnie" jeśli to ich przerośnie.

[Obrazek: a5d45uF.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.11.2019 20:32 przez Weather.)
13.11.2019 13:28
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
fuszioms Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,290
Dołączył: 17.07.2012
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 15%
Post: #12
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Drzwi zamknęły się za nim powoli. Pan Leszek stał podparty pod boki, uśmiechnięty od ucha do ucha, czuł, że wraca mu miłość do nauczania muzyki, skoro udało mu się to, co nikomu innemu wcześniej!
- i co, i co?! Mów Panie! – spytał Matrix nerwowo stukając ręką o blat.
- Tak jak myślałem kolego! Udało się! Te istoty widząc coś, odtwarzają bezwiednie, jednak odwrócone do mnie plecami, użyły swojego receptora wyobraźni. Zaczęły same coś tworzyć. Jest to bardzo proste i wręcz pozbawione jakiegokolwiek uroku, ale jednak można to uznać za tworzenie muzyki.
- JEST! – zacisnął pięść Grzesiek, po czym nic nie mówiąc wstał i uściskał Leszka, za co dostał solidnie po łbie. – Mam do Pana jeszcze jedną prośbę.
- Słucham
Karkat leżał na ziemi plackiem, Sizzler nie mógł już go wytrzymać więc wyjął czółki, był poddenerwowany, czekał na kolegę, który nadal nie wracał, od sprawy nauczenia tego handlarza muzyki, zależało wszystko! W dłoni obracał nadleciałą nie wiadomo skąd belkę.
- Szefie, mamy to! – szedł w ich stronę uchachany Matrix, prowadząc starszego mężczyznę.
- a kto to kurwa jest?
- Pan Leszek, nauczy naszego sprzedawcę muzyki!
Diablik wstał i powitał nowego kolegę, wdrożył go w sytuację, a następnie umówił spotkanie z rzeczonym sprzedawcą.
- Stawiłem się tak, jak prosiliście, czy teraz nauczycie mnie muzyki – wypowiedziała maszyna, po czym spojrzała na Leszka, który wdrożył ją w tajniki i proces nauczania.
- Usiądź tyłem, a ja puszczę Ci parę utworów, następnie spróbuj połączyć te melodie, które Ci się podobały najbardziej i stwórz z nich coś swojego. Wiem, że dasz radę, użyj receptora wyobraźni!
Złomek wpierw bardzo topornie coś stukał, jednak jako maszyna odczuwał większość brzmień całym sobą, co stanowiło naturalny talent do muzyki. Przechodzące przez jego ciało dźwięki rozchodziły się po ciele, trafiając do receptorów wyobraźni, po czym po godzinie nauki, był wstanie tworzyć podstawowe i proste brzmienia.
- Tak, to jest to! Nawet wśród was maszyn można dostrzec talenty większe i mniejsze! Brawo! – dumny z siebie i z ucznia Leszek, wytarł łzę spod oka, ale tak ,by nikt nie zauyważył.
- Ależ to cudowne uczucie, ta fala, wybrzmiewająca w moich wnętrznościach! Teraz mogę zostać muzykiem!
- Ależ owszem, ale wpierw, nasze zdjęcie Kolego – zwrócił się do niego Sizzler, chwytając mu rękę. Tak jak się umawialiśmy. – po czym w jego dłoni znalazła się koperta, a w niej to, czego tak długo szukali!
- zgodnie z umową! Jestem wam szalenie wdzięczny!
- Hola, hola, a masz tego więcej? Chętnie byśmy kupili od Ciebie np. za instrumenty, które zwiniemy ze sklepów.
- Instrumenty? Co to?
- Coś, na czym się nauczysz grać, by wybrzmiewać te dźwięki nie tylko stukając patykiem o metal. – uśmiechnął się szeroko Diablik, po czym zbił pakt z handlarzem i zaczęli knuć dalsze plany.

[Obrazek: 2mhyet3.gif]
19.11.2019 14:54
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Grigorij Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 3,443
Dołączył: 30.03.2009
Skąd: Super Bale Całą Noc
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #13
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Złomowiskowo, zaraz po meczu bejsbola między gospodarzami i Starymi Ropuchami

- Gratuluję wspaniałej gry, przyjacielu. Mniemam, iż teraz dotrzymacie danego słowa i wyświadczycie nam pewną przysługę. - Alejandro przemówił do Potejta, gdy już widzowie rozeszli się z trybun wypełnieni sportowymi emocjami.
- Ma się rozumieć, kolego. Nie jesteśmy jakimiś gburami bez honoru. - odparł Potejt. Przegrana była mu nie w smak i sam sobie pluł w brodę że wyrżnęli się na takim przedszkolnym błędzie, jednak robił dobrą minę do złej gry. Liczył że jeszcze się nadarzy okazja do położenia odrostów na technologii złomoludzi, więc nie warto teraz ucinać z nimi relacji.
- Cieszę się że mam do czynienia z takim dżentelmenem. Zapraszam do mojego gabinetu. Sprawa jest dość poufna, więc polecam zabrać ze sobą tylko najbardziej zaufanych ludzi.
- Jak sobie życzysz. Kalafior! Ogórek! Arbuz! Andriej! Za mną! - Potatowski wydał polecenie do swojej elity elit.
Po chwili pięciu sportowców siedziało na miękkiej kanapie naprzeciwko biurka Alejandra. W pokoju poza nimi był tylko jeszcze Batista pilnujący drzwi.
- Pozwólcie że opowiem wam o smutkach i troskach związanych z naszymi żywotami tutaj, przyjaciele. - westchnęły zamyślone szczęki teściowej. Potato nie odezwał się, tylko skinął ręką że jest gotowy wysłuchać opowieści.
- Żyjemy sobie tutaj z dnia na dzień nie wadząc nikomu. Skromnie, za to bez wygód. Można by rzec sielanka. Jednak trapi nas egzystencjalna pustka. Żadnych celów, ambicji, czegoś do czego moglibyśmy dążyć.
- No jak to, a bejsbol? Czy to nie jest dobry cel? - wtrącił się Zyga.
- Owszem, bejsbol tchnął w nasze szare życia nowe barwy. Z radością oddajemy się sportowej rywalizacji i doskonalimy nasze umiejętności. Jednak i on nie zdoła zapełnić dziury w naszych duszach. To czego potrzebujemy... to wiedza. Wiedza o tym, skąd się wzięliśmy. Dlaczego powstaliśmy. Czy naszemu stworzeniu pisana była jakaś myśl, czy jesteśmy tylko dziełem przypadku, błędem na kartach historii. Bez rozwiania tych wątpliwości, w naszych sercach nigdy nie zagości radość i chęć zobaczenia jutra.
- Czyli oczekujesz od nas... rozwiązania zagadki waszego powstania? To może zająć lata! - Potato aż się wzdrygnął. Wiedział że są na tym świecie rzeczy, o których się fizjologom nie śniły, nad rozwiązaniem których naukowcy dumają od setek lat.
- Nie, nie, to byłoby znaczne nadużycie waszego zobowiązania. Nigdy byśmy się do tego nie posunęli. Jednak... sami mamy pewne domysły, a wy moglibyście nam pomóc je zweryfikować. Potwierdzić, czy podjęliśmy słuszny trop, czy też skierowaliśmy się w ślepą uliczkę.
- Okej. - uspokoił się Potejt - no to zdradź nam swoje przypuszczenia, a my zobaczymy co da się zrobić.
- Już to robię. Widzicie, na naszych ziemiach można znaleźć przedmioty związane z dziedzictwem kulturowym i technologicznym wielu narodów. Mamy tutaj fragmenty antycznych, mastodońskich automobili. Śmiercionośne pukawki goblinów z Mistral. Nawet zdefragmentowane automaty bojowe geniuszów z Lan-Sar. I każdemu z tych dóbr technologii zawsze towarzyszy też masa dokumentacji. Książki, gazety, dokumenty. Wiedza ze wszystkich stron świata. Wszystkich... poza jedną.
Alejandro przerwał na chwilę, by nadać obwieszczeniu trochę dramaturgii, jednak The Darkest Potato już wiedział, co zaraz usłyszy.
- Wśród wszystkich zakamarków Złomowiskowa nigdy nie zostało znalezione ani jedno słowo pisane, ani żadne zdjęcie pochodzące z Lan-Sar. To każe nam przypuszczać, że Lan-Sarczycy coś ukrywają. Coś naprawdę poważnego, skoro podjęli tak skrupulatne działania by żadna informacja nie opuściła ich kraju. I dlatego przypuszczamy, że tajemnica naszego powstania skrywa się właśnie w Lan-Sar. Niestety, kraj ten nie wpuszcza na swój teren byle pierwszego gościa z ulicy. Już próbowaliśmy wysyłać tam szpiegów, ale bez sukcesu. Jednak tam gdzie my zawiedliśmy, sukces możecie odnieść wy.
- A skąd to przekonanie? Czemu akurat nam by się to miało udać? - odparł Potato z udawaną skromnością.
- Dlatego. - Alejandro rzucił na biurko starą mastodońską gazetę sprzed pięciu lat o swojskim tytule MAMUT Codzienny, a na niej czarno-białe zdjęcie całego składu Starych Ropuch i nagłówek: "Stare Ropuchy zakwalifikowane do finałów rozgrywek bejsbolowych podczas igrzysk olimpijskich w Lan-Sar".
- Jesteście skromni, ale wasza sława was wyprzedza. Jako sportowi celebryci spokojnie dostaniecie się w obręby tego prestiżowego kraju i wywęszycie co nieco.
- Myślę że przeceniasz nasze możliwości, ale zgoda. - odparł Potejt - Postaramy się czegoś dowiedzieć.

***

Później, w złomowiskowych kwaterach dla gości

- Kalafior, masz robotę. - zaordynował Najmroczniejszy Ziemniak.
- Co ja?! Niech Arbuz to ogarnie.
- Ty nawaliłeś to ty zapierdalasz. Wyłapywanie takich niuansów jak budowanie pola pod Exodię to rola trenera. - lider Starych Ropuch był nieugięty.
- Nie będę zapierdalał teraz do Lan-Saru. Oni są tam popierdoleni.
- Jebać cały ten Lan-Sar, chuja tam będą wiedzieli. Bywałem tam dziesiątki razy, nawet z Godhunterem wódkę piłem, i jedno wiem. Chociaż ich wytwory nie sposób sklasyfikować w jakimś jednym stylu, to wszystko co tam robią jest mimo wszystko ładne. W życiu by nie przyłożyli ręki do tutejszych koszmarków inżynieryjnych.
- No to czemu mają tak sterylnie czyste teczki u Złomiszczan? - dopytał Kalafior, uradowany że nie będzie musiał tam jechać, ale wciąż nieprzekonany.
- Ty Kalafior to mądry jesteś jak ten cały Rikardo. Wynaleźli niszczarki do dokumentów to ich kurna używają. Sam widziałem jedną u tego pajaca Alejandra, służyła mu za taboret. Nawet nie ogarniał co to jest.
- No okej. Ale jak nie Lan-Sar, to co? Ali bardzo wyraźnie i dobitnie zażyczył sobie zweryfikowania ich domysłów. Mogłeś mu chociaż o tych niszczarkach powiedzieć to by może załatwiło sprawę.
- Niech myśli że się nad tym natrudziliśmy, to może się jeszcze coś od niego wycygani. - oznajmił chytrze Potejt. Całe negocjacje z Alejandrem grał skromnego i ani myślał ujawniać od razu wszystkie swoje asy - A co do rozwiązania zagadki, to dostarczymy im Lan-Sarczyka jak na talerzu i niech już oni sobie go biorą na spytki. Pamiętasz chyba ostatnią kontrowersyjną ustawę w myśl kontroli nad poziomem prestiżu i przeludnieniem zarazem w Lan-Sar?
- A, że raz na miesiąc skazują na wygnanie najbiedniejszego mieszkańca. Czyli zgarnąć teraz jakiegoś banitę i po sprawie?
- Tak. Lan-Sarczycy żyją w takiej mentalnej bańce że jak ich się wyrwie z tego cud-miasteczka to nic nie ogarniają. Zwykle tułają się trochę po pustyni po czym umierają. Weź se kogoś do pomocy i złapiecie w siatkę jakiegoś przybłędę. Tylko nikogo z podstawowego składu. Musimy wznowić treningi przed sezonem.
- Dobra, wezne i pójde.
I poszedł zrehabilitować się za swoje niedopatrzenie w meczu.

[Obrazek: vYg1BTA.png]
28.11.2019 16:40
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Eikichi Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,315
Dołączył: 31.07.2011
Skąd: San Escobar
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #14
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Chinook Starych Ropuch wzniósł się ponad ziemię. Pilot, antropomorficzny burak zwany Cukrzykiem, obrał kurs na północ, wprost ku Lan-Sar. W ładowni siedziała trójka warzystów, Retich, Kalafior i chcący za wszelką cenę polecieć na misję Andriej. Wampir dostał pozwolenie od Potejta, ale tylko na jeden dzień. W końcu nawet jeden z czołowych zawodników nie może darować sobie szkolenia.
Latali nad pustynią kilka godzin, czasem krążąc przez chwilę by upewnić się, że rzekomo martwe ciało dawniej "najbiedniejszego Lan-Sarczyka", aby na pewno jest martwe.
- Od kiedy jest ta ustawa? - zapytał odrywając się na chwilę od lornetki młody przedstawiciel antropomorficznych rzodkwi.
- Nie wiem, co ja gazety czytam? - odpowiedział lekko poirytowany trener. - Owszem... - poprawił się – ale tylko te sportowe.
- To chyba będzie ze dwa lata – powiedział zapatrzony w obraz lunety wąpierz. - Gazet nie czytam, ale TV czasem obejrzę. Niesamowite w jakim kierunku poszła technologia. Ruchome obrazy w pudle... najwięksi magowie mojej młodości by tego nie przewidzieli.
- Skończ z tym starczym pierdoleniem Andriej. Proszę... - powiedział Kalafior, a następnie zwrócił się do Reticha. - Czemu pytasz?
- No bo ten koleś co go zobaczyłem przed chwilą to będzie z pięćdziesiąty trup. Coś ich za dużo.
Zawiało. Helikopterem lekko zatrzęsło. Kalafior upadł na dolną część pleców i potwornie zaklął, co go jeszcze bardziej rozpiekliło.
- Retich, to jest pustynia tak? To czego się tu spodziewasz? Oaz pełnych młodych marchewek i truskaweczek?
- Kalafior... - wszedł w wypowiedź trenerowi wampir. - Teraz ty skończ z tym starczym pierdoleniem. Zejdź z chłopaka, pyta się po ludzku to mu odpowiedz. Ale co ciekawe muszę przyznać, większość tych ciał jest w miarę świeża. Może jakiś morderca przemierza pustynię i zabija błąkających się po niej ludzi? Chociaż... to może być i wybawiciel, skracający męki wysuszonych, otępiałych i zrozpaczonych istot, bohater. Ktoś jak ten koleś z programu dla dzieci, ten DuperChłop, ale z innym wzorem moralnym.
- Za dużo tego TV – powiedzieli unisono Kalafior, Retich i Cukrzyk.

Nie minęło wiele czasu, a gdzieś w oddali pojawił się mały punkcik. Pierwszy zauważył go Retich, myśląc, że to jakiś wyschnięty zagajnik. Czas mijał, a punkt stawał się coraz to szerszy i szerszy. Młody sportowiec zasugerował pilotowi by poleciał w tamtą stronę.
Widok, który zobaczyli po odpowiednim zbliżeniu się do celu zadziwił każdego z czwórki warzystów.
- Okej – powiedział patrząc przez lornetkę trener Starych Ropuch. - Ilu ich jest? Andriej, jak myślisz?
- Z grubsza licząc, to jakieś tysiąc dwieście dwadzieścia pięć – powiedział wampir z uśmiechem na ustach. - Ah, no wiedziałem, że coś fajnego znajdziemy i że się opłaca wziąć zwolenienie z treningu.
- Co to w ogóle jest? - pytając, wziął i popatrzył przez lunetę Retich. - Jakaś krucjata z Lan-Sar? Jakiś lud pustyni?
Wampir i Kalafior pokręcili głowami. Trener zbliżył się do młodego, spojrzał w lornetkę i wskazał koledze punkt, gdzieś w odmętach maszerujących powoli hobosów.
- Patrz tam, widzisz? No musisz widzieć, mimo że to hobgoblin to góruje nad resztą jak pies nad jeżem.
- No widzę, jest. Rzeczywiście.
- No to ja się założę, że to jakiś nieudolny naukowiec – wszedł w rozmowę wampir. - Na pewno! Ilu takich było w Lan-Sar! Wygnany, zapomniany przez rodaków, stworzył swoje mroczne dzieło i teraz idzie się zemścić – mówił Wasilewski z przejęciem w głosie jakby czytał cytat z dramatu.
- Ale oni idą w kierunku Złomowiskowa – zwrócił uwagę Retich.
- Tak, ale i tak idę o zakład, że to jakiś głupek, co go wyrzucili z kraju cudów i teraz sobie szuka kogoś do wyżycia się na nim – skomentował odkładając lornetkę na siedzenie Kalafior. - Cukrzyk leć w tamtym kierunku, zgarniemy tego hobgoblina i wracamy do Ricardo. I Cukrzyk?
- Tak?
- Ani słowa nikomu o tym co tutaj usłyszałeś i zobaczyłeś. Jak się dowiem, że coś wyśpiewałeś to poskarżę się Potejtowi.
Pilot odwrócił się w kierunku trójki pasażerów. Zajmował miejsce swoje oraz te od drugiego pilota. Na desce rozdzielczej leżały strzykawki, pudełka z pokrojonymi pomidorami i jakieś gazety przedstawiające obrane warzywa.
- Przecież trener wie, że ja jestem za gruby by wyjść.
Kalafior tylko wzruszył ramionami.
Kiedy podlecieli bliżej udało im się jeszcze lepiej przyjrzeć osobliwym stworom maszerującym w nieładzie. Część z nich bija mniejszych od siebie by tamci z kolei batożyli pozostałych, a wszystko po to by małe dziwadła nie wpadły w panikę, widząc śmigłowiec. Większość z nich niosła ze sobą broń, od prymitywnych kamiennych noży i łuków, po karabiny. Obraz rozbawił Kalafiora, który udawał kilka maluchów niosących broń palną. Trener przestał się śmiać w momencie, gdy hobosy otworzyły w ich kierunku ogień. Na szczęście Chinook, nowoczesna maszyna transportu sportowego, został stworzony i na takie ewentualności. By nie kusić losu nie należało jednak stać przy oknach i drzwiach.
- Jest jeszcze jeden dziwak! - Ryknął Retich – Wielki... kurde bele... dziwak to mało powiedziane! On ma różne części ciała, od różnych istot.
- Co?
- No mówię co widzę, jakieś goryle łapsko, jakieś ludzkie ryło, końskie nogi.
- A coś z warzyw?
- Nic Andriej.
- Czyli rasista. Jego też zgarniamy – poinformował wkurzony Kalafior. - Perfidna mięsna świnia bez szacunku do lepszych od siebie. Jak tak można w biały dzień paradować w tylu odsłonach, a nic nie wziąć z warzyw. Pewnie jakieś keto nie wiadomo!
- Właściwie to jak my ich zgarniemy? - zadał pytanie do obu towarzyszy Retich – Nie mamy broni, a oni są uzbrojeni po pachy...
Trener i wampir uśmiechnęli się do rzodkwi. W ten specyficzny sposób jakim rodzice darzą dziecko, kiedy to bardzo stara się jechać na rowerze bez dodatkowych kółek, ale ciągle nie potrafi złapać równowagi.
- Mamy Andrieja, on wystarczy. No i ty też idziesz. Mówiłem ci Retich, trzeba nie było mnie irytować swoim gadulstwem. To teraz masz.
Wasilewski podszedł do młodego kolegi. Odłożył swój wielki kapelusz, z kieszeni wyciągnął filtr przeciwsłoneczny i nasmarował sobie twarz. Klasnął w dłonie.
- Się nie bój chłopaku – powiedział szczerząc kły. - Skoczymy, ja wezmę jakiemuś karabin, rzucę ci go, no i zaczniesz strzelać – uniósł palec uciszając towarzysza zanim ten zdążył coś skomentować. - Zanim spytasz. Wal w co popadnie. Kalafior tobie też coś rzucę. Mają tam goldchestery, przypomną ci się stare dobre czasy z pierwszej matodońskiej.
- Spoko Andi. Cukrzyk, obniż nam lekko pułap, spuścimy im drabinę. Dasz radę wrzucić tutaj tych jegomości?
- Pewex.
- To ich tylko ogłusz porządnie, ja ich potem zwiążę.
- A co jak mnie zabiją?!- ryczał przerażony Retich.
Wzruszyli ramionami. Młodzik nawet nie zauważył jak wampir chwycił go w pasie i wyskoczył z nim przez otwierający się coraz szerzej właz.

Przewieszony przez bark wampira Retich poczuł nagły wstrząc, sekundę później kompan postawił go na ziemi. Rzodkiew widział jak hobosy mierzą już w ich kierunku. Żadna grupa jednak nie zdążyła wypalić, gdyż wąpierz lecąc jak szaleniec zabijał każdego kto nawinął mu się pod nogami.
- Łap!
- Dzięki... - powiedział przerażony Retich chwytając w ręce stary karabin.
Nagle zdał sobie z czegoś sprawę. Jeśli się nie uspokoję to umrę, zabity przez małe dziwne niedźwiadko osiołki, myślał w duchu. Wycelował w pierwszego lepszego i pociągnął za spust. Następnie przekonał się, że broń nie tyle jest stara, co po prostu nie działa.
Wpadł w panikę.

Andreij oczyścił strefę lądowania w stopniu zadowalającym jego osobiste zachcianki. Rzucił broń Retichowi, Kalafior też już swoją dostał i zaczął prowadzić całkiem niezły ogień zaporowy. Wampir wiedział, że ta akcja musi odbyć się tak sprawnie jak to tylko możliwe. Zostając dłużej w tym miejscu nie tylko ryzykował poważnymi poparzeniami, a i swoim życiem.
Przeskakując od jednego hobosa do drugiego, czuł się jak podczas przechadzki przy stole foehn dan dallskim, obserwując bacznie jaką tu broń sobie wybrać. W końcu, po kilku sekundach zdecydował się na toporek i drugi toporek.
Wampir najpierw pobiegł w kierunku hobgoblina. Mały, zielony nieludź uciekał przeskakując obok swoich kompanów. Wasilewski nie miał jednak większego problemu z dogonieniem go. Nie zabijał już hobosów, nie było na to czasu, a w tle słyszał paniczne krzyki jego młodego kolegi.
Tuż przed konfrontacją goblin popatrzył w stronę swojego oprawcy, a następnie dostał kopniaka w krocze, zgiął się w pół i upadł na piasek. Chwilę później, piszcząc z bólu, wyrzucony w powietrze przez Andrieja, wylądował w ładowni Chinooka.
Wampir rozejrzał się na boki, szukał drugiego Lan-Sarczyka, co nie zajęło mu dużo czasu gdyż dziwak szarżował w jego stronę.
Wasilewski rzucił w niego toporkami, traktując je jak tomahawki. Jednak monstrum uchyliło się w porę ogólnie nie zwalniając tempa. Biegnąc, robiło dziwne, nieregularne przerwy.
- Ależ ja dawno sobie nie powalczyłem no!
Krzyknął rozweselony wąpierz i również pobiegł w kierunku oponenta. Dziwak zamachnął się potężnym łapskiem. Wampir zrobił zgrabny unik w lewo, a potem w dół, umykając przed lewym prostym.
Wymienili kilka ciosów. Łysy, groteskowy jegomość okazał się być zaznajomiony z niektórymi technikami sztuk walki. Wasilewski zwrócił uwagę, że choć niektóre ruchy wykonuje perfekcyjnie, zupełnie jakby zostały mu zaprogramowane, tak w sytuacjach dogodnych nie stosuje innych technik.
Andriej zachodził w głowę jak to możliwe by tak dobrze znać zaawansowane techniki, a totalnie paprać podstawy.
W końcu poirytowany tą dziwną, urywaną techniką walki, przeklętym, zastygłym w miejscu uśmiechem i ciągłym "he-he-he, za-raz cię dostan-ę", wampir kopnął go w olbrzymie przyrodzenie. Reakcja jednak nie nastąpiła. Odskoczył zdziwiony.
- To proszę pa-na, była-ła, duża przesada! - powiedział oponent.
Andriej nie był tym typem, który w zgiełku walki rozmawia z przeciwnikiem. Podbiegł do miejsca gdzie zostawił toporki, chwycił je w biegu. Zawrócił, skoczył ku przeciwnikowi. Ten znowu zamachnął się gorylą łapą. Andriej skoczył i z całej siły uderzył w prawy bark. Ostrze topora cięło mięso dość gładko aż natrafiło na coś bardzo twardego. Choć rana była głęboka nie sączyło się z niej zbyt wiele krwi.
Potwór zaczął coś mówić i się szarpać. Wasilewski nie czekał, wziął drugi toporek, uchwycił go w dwie ręce i po wykonaniu półobrotu, rąbnął dziwaka jeszcze raz. Dokładnie w to samo miejsce, kończąc to co zaczął przed chwilką.
Zdezorientowany oponent wykrzywił w grymasie swój do tej pory wesoły wyraz twarzy. Wąpierz zrobił przewrót w przód, uniknął w ten sposób kopniaka i jednocześnie przechwycił odrąbaną, gorylą kończynę przeciwnika. Stał teraz za potworem, jego rękę trzymając jak kij basebalowy. Zrobił to co lubił najbardziej, zamachnął się i uderzył przeciwnika prosto w makówkę.

Gdy Retich przebudził się po tym jak został raniony w kolano przez strzał z procy jednego z hobosów, pierwsze co zrobił to zwymiotował. Następnie rozejrzał się po ładowni. Cukrzyk bujał głową do jakiegoś słyszanego tylko przez niego bitu. Pewnie znowu śpiewa swoje zboczone piosenki, pomyślał rzodkiew. Kalafior przeglądał jakieś papiery, jednocześnie rozmawiając z hobgoblinem. Andriej znowu smarował swoją twarz jakimiś kremami dla wampirów i osób z tendencją do zbyt szybkiego opalania.
- Czyli mówisz ziomuś, że on cię zmusił?
- Tak... To jego wina, on jest szalony, zły – odpowiedział trenerowi nieludź. - Ja wymyśliłem hobosków, ale no cóż.
- Widzieliśmy, nie tłumacz szalony naukowcze – dopowiedział Wasilewski. - Swoją drogą czemu są tacy malutcy?
- Widzę pan zaciekawiony alchemią genetyczną – powiedział i nagle rozbłysły mu oczy. - To jest efekt tego jak...
- Dobra koleś słuchaj uważnie, a nie mów o swoim hobby – przerwał Kalafior. - Jesteś Lan-Sarczykiem?
- Tak.
- A to coś też jest? - wskazał na związanego i nieprzytomnego dziwaka.
- Tak, bardzo, bardzo rodowitym. To jest Piżmak, robot, 3.14. One są specjalne. Jest o wiele, o wiele lepszy i bardziej przydatny dla was niż ja. Mnie możecie zostawić, ja i tak nic nie wiem, na niczym się nie znam. A jak mnie uwolnicie to wam jeszcze pomogę z tymi hobosami. Proszę, ja naprawdę wszystko wyśpiewam!
- Dogauke tak? - zapytał wampir kończąc smarowanie twarzy.
- Godauke.
- Panie Dogauke, ja nie wiem jak koledzy, ale no mi nie przeszkadza byśmy pana przedstawili jako jakiegoś fajnego kolegę czy co. Jakiś zaginiony kuzyn co się zna na tym i owym.
- Powiedz tylko ziomek, co to są za plany jakieś? - zadał pytanie Kalafior.
- To z tego co wiem plany podziemi. Mieliśmy się dzięki nim dostać pod Złomowiskowo, ale większość ścieżek się zawaliła i musieliśmy iść przez pustynię do drugiego miejsca, gdzie było wejście. To jak? - popatrzył na nich błagalnie staruszek. - Puścicie mnie wolno?
- Retich, a ty co sądzisz? Tylko błagam cię chłopaku wytrzyj ten pysk. Wyglądasz jak jakiś żul.
Młody wstał, wytarł się w koszulę, którą od razu wyrzucił za okno i spluwając na podłogę powiedział.
- Skończcie z tymi żartami. To mięsny śmieciak. Jak jest taki nieprzydatny to nada się idealnie dla Cukrzyka.
- Mogę? - zapytał pilot.
Wampir popatrzył w stronę Kalafiora. Trener odbezpieczył goldchestera i strzelił hobgoblinowi w głowę.
- Ta, możesz go zjeść mordo

Na miejscu przywitali ich ciepło, machający flagami zrobionymi ze starych szmat, złomkowie. Pośród nich stał oczywiście Alejandro Ricardo, ku zdziwieniu warzystów trzymający za rękę Batistę.
Wyszli w trójkę. Andriej ciągnął za kopyta ciągle nieprzytomnego Piżmaka. Retich kulał na nogę, wiedział, że jego życie zmieni się przez to, że oberwał w kolano, nie chciał jednak dawać za wygraną. Kalafior, na powrót w dobrym humorze uścisnął wolną, lewą rękę prezydenta Złomowiskowa. W głębi duszy pomyślał, że złomkom przydałaby się lekcja dobrych manier, no bo przecież i mańkuci witają się prawą, a ten kurcze lewą podaje.
- Ale ekspres! No, ale po was moi mili – wydobywał się zdumiony głos z Rikarda. - No, po was to widzę mogę się spodziewać wszystkiego. Proszę powiedz mi przyjacielu, czy naprawdę zdobyliście dla nas jakieś informacje? No i czym jest to coś co taszczy za sobą Andriejek?
- Kurde Riki! - trener Starych Ropuch klepnął Alejandra po barku. - Pewex, że się udało! Mamy dla was coś ekstra!
- I zdobyliśmy to po ciężkim boju! - krzyknął, specjalnie przesadnie aktorząc, Wasilewski. - Musieliśmy wyrwać zdobycz z łapsk złego, szalonego naukowca i jego armii hobosów!
- Hobosów? O kurka... - skomentował Batista. - A gdzie oni?
- Za chwilę mój drogi. Za chwilę – wszedł kompanowi w słowa prezydent. - Zapraszam was do mnie. Batista skocz po Gizma, on też musi tam być.
Alejandro usiadł jako ostatni. W gabinecie, przy stole, zrobionym z blachy falistej i prętów zbrojeniowych zasiedli również Retich, Andriej, Gizmo i Batista. Czteroręki ciągle trzymał swojego prezydenta za rękę i nawet dla dość tolerancyjnych dla tego typu rzeczy warzystów, zaczynało to być dziwne. Żaden jednak nie odezwał się ani słowem, nie chcąc nikogo urazić. Ale każdy jeden poczuł ulgę, że nie ma już z nimi Potejta. Szef bowiem uważał tolerancję za cnotę na którą, nie tyle co go nie stać, a po prostu za żadne skarby świata nie chce jej kupić.
- Pytałeś jak to możliwe, że nie potraficie znaleźć żadnej dokumentacji z Lan-Sar – mówił spokojnym, pewnym tonem Kalafior. - Sytuacja jest dość niezwykła, jak zresztą cały ich kraj mordeczki. Szalony i zły naukowiec wyjawił nam, że w czeluściach ich państwa wynaleziono machiny zdolne niszczyć papierową dokumentację. Całe segregatory, teczki danych codziennie są tam niszczone, wszystko po to by już nikt nie mógł spojrzeć co było nań napisane!
- Łał...- odezwała się trójka złomowisczan.
- A co ciekawe! - niemal ryknął trener SR. - Tę machinę macie w tym pomieszczeniu!
- Ale jak to!? Która to?! - Przejęty Alejandro aż wstał i puścił rękę Batisty.
- Ta na której siedzisz koleżko... - odpowiedział stary warzysta.
Po dwóch minutach, "ochów" i "achów" oraz oglądania niszczarki z każdej strony, złomki w końcu się uspokoiły. Rikardo usiadł na kolanach swojego kompana. Wasilewski po prostu musiał wyjść. Żył z tego co pamiętał przeszło dwa tysiące lat, wiele widział, ale to było już za wiele. Retich wykrzywił usta, ale wzmocnił swoją tolerancję odwracając wzrok w bok. Patrzył na akwarium w którym, w oleju unosiły się kawałki drewna i szmat.
- Ale to nie wszystko panowie – powiedział jak zawodowy telemarketer Kalafior. - Dziwne coś co dla was przywieźliśmy to rodowity Lan-Sarczyk! Ma niesamowite pokłady wiedzy, które trzeba jedynie z niego wyciągnąć. To robot z serii 3.14. Nazywa się Piżmak i jest najbardziej wyjątkowy na świecie. I dostaniecie go od nas za darmo!
- Na pewno nie za darmo przyjacielu
Gizmo wstał od stołu. Dwa ciągle coś naprawiające robociki, przesunęły się z ramion i zaczęły spawać coś na zasłoniętych przez siedzisko pośladkach. Idąc z ciągniętym się za nim strumieniem iskier, android sięgnął po leżące na półce szafki, papiery. Podszedł do szefa i wręczył mu je.
- Proszę Kalafiorze, to prezent dla was. Te dokumenty zawierają naszą wiedzę na temat mechanicznych implantów, takich jak posiada nasz przyjaciel Gizmo. Mam nadzieję, że to wystarczająca nagroda za to co dla nas zrobiliście. Ah Kalafiorze, nawet nie wiesz jak jesteśmy wam wdzięczni.
- Dzięki kurde! - spojrzał na dokumenty i sięgnął po nie łapczywie. - Ale super, stary! No nie wierzę. To nic panowie, my spadamy do nas, czeka nas kupa pracy przy baseballu. Się widzimy mam nadzieję na jakichś mistrzostwach, albo na treningu?
- Oczywiście, że tak Kalafiorku.

Krótko po tym jak odprowadzono ostatnich w Złomowiskowie warzystów. Grupa najważniejszych złomowiszczan udała się w kierunku budynku, gdzie spoczywał związany Piżmak. Przyszła pora na przesłuchanie i poznanie największych w mniemaniu złomków, sekretów kraju cudów!

[Obrazek: sygnajpg_qnexeaw.jpg]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.12.2019 22:24 przez Eikichi.)
05.12.2019 21:34
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 5,181
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #15
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
Pomieszczenie wyglądało jak typowa kotłownia do przetrzymywania jeńców - było zimne, obskurne, ciasne od zajmujących przestrzeń, pordzewiałych rur, ledwo rozświetlane chybotliwym światłem podwieszonej pod sufitem żarówki. Za jedyne meble służyły tutaj stare skrzynie poupychane pod klaustrofobicznie bliskimi ścianami oraz obdrapane krzesło, do którego stalową linką przywiązany był więzień. Zapewne niejednego Mastodończyka, a już zwłaszcza tych obeznanych z kinem akcji typu strzelanka, poważnie by zdziwił fakt, że pokój tak naprawdę nie był żadną zapomnianą ciepłownią służącą do bicia ludzi, a średniej klasy pokojem hotelowym w centrum miasta, za który tutejsi płacili równowartość dwustu dontów za dobę. Alejandro bowiem swoich jeńców traktował honorowo, i wręcz sam, z własnej prezydenckiej pensji, wynajął pochwyconemu lansarczykowi lokum, w którym miały mu być zapewnione wszystkie podstawowe wygody. Zaistniała sytuacja spowodowana była więc najzwyklejszą w świecie odmiennością perspektyw - w przeciwieństwie do ludzi, złomkowie naprawdę nie potrzebowali wiele, aby być zadowolonymi ze swej egzystencji.
Podobne odczucia przejawiał sam porwany, który z jękiem "Oj jak boli oj-jak boli!" otworzył swe ptasie oczy i pozwolił skrytym za nimi kamerom zlustrować wnętrze swojego więzienia. Jego podejście było całkowicie neutralne, pozbawione zafałszowania ludzką kinematografią, nie miał więc najmniejszego skojarzenia z pokojem brutalnego przesłuchania - zwłaszcza, że on sam w pracy wybierał do tego celu raczej sterylnie puste pomieszczenia w niezamieszkałych jeszcze, nowo powstających blokach. Takie pokoje łatwo można było wyłożyć folią, którą potem dało się całkowicie zniszczyć w piecu, piekąc przy tym dwie pieczenie na jednym ogniu - usuwając wszelkie ślady krwi oraz wspierając największy wysiłek ludzkości, jej magnum opus: globalne ocieplenie.
- Gdzie ja jestem? - zapytał sam siebie 3.14-2MAC, wyłącznie dla dopełnienia ludzkich protokołów, po czym z tych samych przyczyn dodał jeszcze zdanie które uważał za tym ważniejsze, że całkowicie i absolutnie go nie rozumiał: - Pora wsta-ać, koniom wody da-ać!
Z tymi słowami naprężył mocno swe końskie uda, pozwalając gargantuicznym mięśniom napiąć więzy. Stalowa linka oplatająca jego ciało zaczynała wrzynać się w jego ciało, raniąc je do krwi, lecz on nawet na to nie zwrócił uwagi, stopniowo napinając kolejne mięśnie swojego wielogatunkowego ciała. W końcu sapnął głucho i rozluźnił się wiotczejąc na krześle. Zadziałało - jeszcze przed chwilą naprężona do granic możliwości linka teraz przesunęła się, poluzowała, wystarczająco aby po dłuższej chwili metodycznego wicia się, Piżmak mógł stanąć na dwóch kopytach, w pełni oswobodzony i gotowy do działania. Po prawdzie, mógł to zrobić już dawno, powstrzymywały go jednak dwa powody. Pierwszym z nich był otrzymany prosto w ciemię cios kilkudziesięciokilogramową bryłą mięśni, którą do niedawna nazywał swoją ręką - a według jego doświadczeń, podobnego rodzaju uderzenie powinno - jeśli nie zabić - wyłączyć człowieka z gry na conajmniej czterdzieści minut. Cierpliwie więc odliczył w głowie równe czterdzieści pięć minut, zanim zdecydował się na odzyskanie przytomności. Drugi powód był wręcz esencjonalny - Piżmak wiedział doskonale, że na lepszą okazję na dostanie się w samo ścisłe centrum Zł0mow1sk0wa nie ma co liczyć. Pozwolił więc antropomorficznym źródłom witamin oraz temu dziwnemu, blademu człowiekowi odwalić za niego całą ciężką robotę z przedostawaniem się na teren wroga. Teraz był dokładnie tam gdzie chciał, tak jak zaplanował... No, nie do końca. Lansarczyk starannie i metodycznie przeszukał całe pomieszczenie, otworzył nawet każdą skrzynkę, nie znalazł jednak swojej ręki. Nie planował jej tracić, lubił ją. Miała włosy, a ciężko o coś bardziej organicznego, niż włosy na kończynie.
Miał już ruszyć w stronę blaszanych drzwi, jednak procesy myślowe na temat organicznych członków przypomniały mu o czymś. Mianowicie o kopniaku w jądra, który dostał od dziwnego człowieka. Odtworzywszy raz jeszcze nagranie z tamtej chwili, Piżmak uznał, że trzeba wykonać parę ludzkich rytuałów. Co prawda jego masywne przyrodzenie nie zostało jeszcze podłączone do jednostki bodźców czuciowych, i miało się to nie zmienić dopóki dokładnie nie zrozumie o co chodzi z tym całym seksem, mimo to bioborg położył się na podłodze, podkurczając nogi i chowając dłonie między uda. Trwało to może dwie sekundy, wliczając żałosne chlipanie bez większego przekonania, nim przeszedł do drugiej fazy - zerwał się do pozycji stojącej, spiął mięśnie i podskoczył w górę, aby wylądować na wyprostowanych nogach. W teorii ta technika miała służyć osunięciu się jąder z powrotem do moszny i złagodzeniu bolesnych efektów uderzenia. W praktyce, jak własnie przekonał się Piżmak, kończyła się raczej zarwaniem się podłogi. Było to pewne zaskoczenie dla Lansarczyka, o wiele większe jednak dla Złomka wynajmującego pokój piętro niżej. Gdy 3.14-2MAC zbierał się z przerdzewiałych resztek sufitu, niewielki ludek z wydatnym brzuszyskiem z lampy naftowej kolebał się na cienkich nóżkach dookoła niego i strasznie panikował - można to było wywnioskować tylko ze spazmatycznych ruchów spreżynowych rączek, gdyż jego głowa z wgniecionego termosu nie była w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. Choć więc lokator zachował względną ciszę, sam rumor walącej się konstrukcji był wystarczający, aby zaalarmować wszystkich dookoła. Dlatego Piżmak nie czekał, i gdy usłyszał odgłosy stóp pędzących po blaszanych podestach, był już przy oknie aby wykonać efektowny skok. Oplątany resztkami starych reklamówek, których budynek używał w charakterze szyb, bioborg przeturlał się po udeptanych śmieciach dwa piętra niżej i wstał, wszystko ruchem płynnym, choć nieco chwiejnym. Brakowało mu gorylej łapy, czuł że przez to jego ucho środkowe, jak nazywał swój system żyroskopów, ma problemy z prawidłowym zachowaniem równowagi. Wiedział, że musi rozwiązać ten problem jak najszybciej, zdecydował się jednak dokonać korekty na swojej liście priorytetów, gdy tylko obrócił się na własną drogę ucieczki. W oknie, które właśnie opuścił, zobaczył bowiem kilka zaskoczonych - z braku lepszego słowa - twarzy, a odruchowo wykonany skan jednej z nich rozświetlił pole widzenia Piżmaka ostrzegawczą czerwienią. Alejandro Rikardo, żałosny przywódca tutejszego oporu. Cel główny we własnej osobie.
-Do nierządnicy u-bó-stwa! - zaklął sobie Lansarczyk, bo choć nie czuł irytacji, postanowił dać jej wyraźny upust - A dopiero co tam byłem. Cała u-cie-eczka na marne.
Nie kryjąc się ze swymi zamiarami, roztrącił grupkę zebranych wokół niego złomków i ruszył z powrotem do pokracznego budynku hotelu. Zdążył jeszcze ujrzeć jak Alejandro dosłownie wskakuje towarzyszącej mu kupie złomu w objęcia czterech rąk, nim widoku nie przesłonił mu obiekt, który spadł tuż przed nim, wbijając się stopami w pryzmę śmieci. Piżmak aż odsunął się odruchowo w przestrachu, gdy tylko sobie przypomniał, że ma to zrobić. Kamery oczne zazgrzytały, skanując istotę która podnosiła się powoli tuż przed nim, wyciągając nogi z kupy odpadów. Przez naprawdę krótką chwilę, dokładnie przez trzydzieści osiem nanosekund, 3.14-2MAC czuł coś dziwnego, jakąś przyspieszającą wszystkie procesy radość, gdy jego umysł obliczał prawdopodobieństwo faktu, że oto stoi przed nim ktoś dokładnie taki sam, jak on. Gdy proces weryfikacyjny dobiegł jednak końca, kończąc się błędem “404: Utracono połączenie z nadzieją”, Lansarczyk poczuł momentalne pogorszenie stanu systemu, a w dalszej konsekwencji głęboką urazę wpadającą wręcz w nienawiść do osobnika przed nim.
- Nawet o tym nie myśl, Lansarczyku.Nie tkniesz Aliego nawet pal… - Szybki sierpowy wymierzony przez bioborga przerwał wypowiadane przez przeciwnika zdanie ale nic więcej. Piżmak poczuł za to sygnały bólowe, przesłane mu przez obtłuczone knykcie, oraz narastającą frustrację gdy niewzruszony zawalidroga odrzucił kaptur z głowy, potwierdzając wcześniejszą tezę bioborga. Prawie cała głowa istoty o domniemanie męskiej płci składała się - przynajmniej z zewnątrz - z pospawanych ze sobą kawałków metalu, nawet zęby lśniły rozmaitymi odcieniami poszczególnych stopów. Z jakiegoś powodu tylko kawałek policzka z jednym okiem wciąż pozostawały ludzkie, jak gdyby komuś w ostatniej chwili zabrakło komponentów. Piżmak wykonał kolejny cios, mierząc w splot słoneczny. Nie spodziewał się osiągnąć niczego, a jedynie potwierdzić wyniki analizy. Miast zgiąć przeciwnika wpół i odebrać mu dech, uderzenie znów wywołało tylko głuchy brzęk i posłało splotami nerwowymi kolejne dane bólu do jednostki czuciowej Lansarczyka. Nie było wątpliwości, choć pod tym wszystkim krył się człowiek, jego ciało w większości składało się z metalowych, mechanicznych i elektronicznych komponentów.
- Jesteś cybo-rgiem. - obwieścił z pogardą Piżmak, bo ludzie lubili stwierdzać oczywiste fakty. - Dlaczego? Dlacze-ego ktoś miałby rezygnować z przy-wile-jów bycia i-stotą, której wolno w-szystko-o?
- Mógłbym zapytać cię o coś podobnego, lansarski zbiegu. - odparł metaliczny głos, gdy mechaniczne oko cyborga starannie śledziło każdy ruch Piżmaka, wyraźnie dbając o to aby pozostał po tej stronie wejścia do budynku. - Byłeś technologicznym cudem. Formą idealną. Dlaczego skazałeś się na niedoskonałość…?
- Nie jestem z tobą na ty! - warknął 3.14-2MAC w przejawie iście ludzkiej hipokryzji, po czym natarł w stronę drzwi. Cyborg od razu zastąpił mu drogę, spróbował więc z drugiej strony, lecz zrobocony człowiek znów był szybszy, stając przed nim ze zgrzytem kończyn i obojętnie zimnym milczeniem. Udając, że ocenia czas po wysokości słońca, Piżmak sprawdził systemowe zegary. Do godziny zero brakowało jeszcze dwadzieścia osiem i pół minuty. Wiedział, że nie musi się martwić o tę część planu, za którą odpowiedzialne były hobosy. Spotkanie z witaminiakami było co prawda przeszkodą, ale nie taką która wpłynęłaby na punkt główny szykowanej akcji. Nie przy liczebności jaką dysponowały hobosy, i to nawet po utarczce na pustyni, a już na pewno nie po tym gdy najsłabsze psychicznie ogniwo drużyny zostało pożarte przez antropomorficznego buraka, oszczędzając przy tym bioborgowi potrzeby własnoręcznego zmiażdżenia hobgoblińskiej czaszki.. Piżmak mógł się więc skupić na wyciągnięciu z Alejandra Rikarda oświadczenia o podjętych próbach nuklearnych - obojętnie, czy to było prawdą czy nie - które uzasadniłoby podjętą akcję odwetową. A na to dwadzieścia osiem minut i dwie sekundy było aż nadto czasu. Mógł więc poświęcić parę minut na własne, osobiste sprawy. A tym właśnie dla Piżmaka stał się stojący mu na drodze cyborg. Sprawą osobistą.
Natarł do przodu raz jeszcze, ruszając dosłownie z kopyta. Tym razem jednak zaszarżował prosto na ex-człowieka, pochylając się nisko, uderzajac go barkiem. Cyborg zaparł się ciężko, wytrzymując atak większego przeciwnika i wyhamowując jego pęd. 3.14-2MAC znów boleśnie odczuł brak łapy, którą teraz bez trudu by pochwycił przeciwnika, uniósł nad ramię i przerzucił za siebie. Z jedną ręką, i to do tego słabszą, było to jednak niemożliwe, krótka szamotanina skończyła się więc kontratakiem cyborga, który najpierw uderzył Piżmaka łokciem w kark, a potem doprawił szybkim ciosem stalowej pięści prosto w uśmiechniętą szczękę. Chrupnęło, bioborg odskoczył na kilka kroków do tyłu, wyprostował się, i ze stoickim spokojem wypluł dwa ułamane implanty.
-To były całkiem nowe zęby! Nawet nie zdążyłem ze-psuć ich nadmiarem cukru w diecie i niedba-ło-ścią szczotkowa-nia! - wycedził przez swój poszczerbiony szczękościsk.
- Ciało się łatwo psuje. Niespodzianka! - odpowiedział metalowy człowiek, po czym wysunął jedną nogę do przodu, zginając równocześnie łokieć w bojowej postawie - Poddaj się, Lansarczyku, i odpowiedz nam na parę pytań, a może nie będziesz musiał zbierać reszty swoich kruchych kawałków z podłogi.
- Ża-łosne! Ta-nie. Pozbawione szans po-wodzenia-a! - Piżmak na samą myśl o tym, że miałby zdradzić cokolwiek zgrai popsutych zabawek, poczuł wzrost temperatury w obwodach. - Nikt nigdy nie usły-szy ode mnie tajemnic La-an-Sar!
- A więc wolisz trudny sposób… - ze zgrzytem metalu ex-człowiek zrzucił z siebie płaszcz, odsłaniając mieszaninę metalu, kabli i ludzkiego ciała.
- Śmiało. Cze-kam. - Piżmak wyszczerzył się jeszcze szerzej, wyciągnął ocalałą rękę przed siebie i kiwnął dłonią przyzywająco… Po czym uruchomił proces exit.exe. Spod końskich kopyt wysunęły się kółeczka, z klap na biodrach dwa silniki i nim obrońca Rikarda zdążył zareagować, stał się już tylko szybko malejącym punkcikiem - Ha-ha, wcale nieeee!
Cyborg ruszył za nim w pogoń, rzecz jasna, lecz nim niewielkie zbiorniczki z paliwem rakietowym się wyczerpały, Piżmak zdążył dotrzeć do 5LUM5ÓW - gęsto zabudowanej dzielnicy Zł0mow1sk0wa, istnego LABIRYNTU wąskich uliczek pełnych śmieci i śmieciowych budyneczków gdzie mieszkały najbiedniejsze śmieciowe ludki, którym nie udało się znaleźć dla siebie godnego miejsca w powstającej gospodarce. Wiedział, że nie ukryje się tutaj na długo, ale też nie miał takiego zamiaru. Zostało mu dwadzieścia pięć minut i cztery sekundy, musiał więc działać szybko. Pierwszym krokiem jednak musiało być wyrównanie sił, w obecnym stanie nie miał szans wystarczajaco efektywnie uporać się z tym namolnym zdrajcą ludzkiej rasy. Zaczął więc systematycznie poszukiwać czegoś, co zdoła zastąpić mu utraconą kończynę. Minął uliczne trio złomkowych muzyków przygrywających na beczce z perkusji, saksofonie i jakiejś długiej rurze i uznając potrzebę chwili skręcił w część targową. Tu zaczął rozglądać się po nędznych straganikach, oferujących mechaniczne części, tak przecież przez niego znienawidzone. Wśród wystawianych towarów nic jednak nie zdawało się być wystarczająco dobre, wystarczająco wielkie, wystarczająco silne. I właśnie kiedy zastanawiał się już, czy gniew rozczarowania uzasadni zniszczenie kolejnego stoiska, czy jednak bardziej wypadało mu poprzestać na trzech zdruzgotanych wystawach, ujrzał coś, czego prawdopodobieństwo wynosiło poniżej trzech dziesiątych procenta - rogatą, czerwonoskórą istotę, przypuszczalnie pochodzenia diablego, która trzymając w wyciągniętej dłoni plik graficzny - szybki zoom pozwolił Piżmakowi rozpoznać na nim samego siebie, ładującego do bagażnika passata ciało jednego z licznych wrogów politycznych ministerstwa - wykrzykiwała coś na wzór jego imienia:
- Trzy, kropka, jeden cztery! Myślnik! Dwa, Em A Ce! - darł się diabli pomiot, częściowo po to by przedrzeć się przez atmosferę podniecenia i skandalu, nieodłączną dla punktów targowych, zwłaszcza gdy ktoś zaczyna demolować stoiska.- Wiem kim jesteś, kolego! Tu jest wszystko napisane! Pójdź z nami, a nikomu nie powiemy… Karkat, on tu idzie! Karkat!
Lansarczyk nie zamierzał marnować czasu na takie drobne procesy, tym mógł się zająć już po wykonaniu swojego zadania. Teraz zamierzał tylko przejść obok, wytropić i pozabijać szantażystów mógł przecież zawsze. Jednak na piskliwy wrzask rogacza, z zaułka wyskoczył bojowo wielki, antropomorficzny krab, z głową owiniętą bandażem. Piżmak aż przystanął, i to nawet nie dlatego, że osobnik stanął mu na drodze.
- Nie słyszałeś, koleżko? Szef mówi, że idziesz z nami! - ponure oblicze kraba rozświetliło się złowrogim uśmiechem, gdy w niemej groźbie kliknął raz jednymi, raz drugimi szczypcami. Wielkimi. Użytecznymi. - A już moja w tym naprawiona głowa, żeby szef był zadowolony.
- Tak jest! Bierz go Karki! - diabli pomiot najwyraźniej wierzył w siłę swojego kumpla, co wyrażał ochoczym dopingiem, - Bierz go, przywal mu… Co…Karkat, spierdalaj! Karki... Zostaw go! Człowieku, złamiesz mu rękę, złamiesz mu... O boże, o kurwa...!

Czekali długo, za długo, ale nikt z nich nie miał już nawet siły krzyczeć na uwijający się w ukropie personel. Po tym co się stało w Zł0mow1sk0wie, wszyscy tutaj i tak mieli chwytaki pełne roboty, dlatego nawet w gorącej wodzie kąpany SIzzler musiał w końcu przestać wyżywać się na złomkowych pielęgniarkach i docenić to, że ich kumplem w ogóle się ktoś zajął. Gdy jednak w drzwiach sali pojawił się Doktor Wkrętak, tiefling dopadł go w dwóch susach, od razu zasypując gradem pytań:
- I jak z nim? Żyje? Co z nim będzie? Jest przytomny? Czy jeszcze kiedykolwiek zagra na konsoli?!
- Rękę udało się z powrotem przymocować. - lekarz, bardziej niż na chirurga wyglądajacy jak stara beczka po oleju, postanowił zignorować pytania i po prostu powiedzieć swoje - Musieliśmy zrobić mu mechaniczny bark, ale wygląda na to, że przeszczep się przyjął. Możecie już z kolega porozmawiać.
Na te słowa obydwaj, Sizzler i Matrix, dopadli do drzwi sali i wręcz się w nich zaklinowali, próbując przepchnąć się jeden przez drugiego. Po czym nagle wycofali się obydwaj, a tiefling wyjątkowo grzecznie zamknął za sobą drzwi, zanim powiedział, pozornie tylko spokojnie:
- Nie chce być niewdzięczny, doktorze, ale… Dlaczego on ma kurwa rękę goryla?
- A to nie jego? - autentycznie zdziwił się chirurg - Taką nam dzisiaj przynieśli, myślałem że to ta…
- Cześć Karkacik… Jak się czujesz… - Grzesiek jako pierwszy ośmielił się wrócić do pokoju i pogadać z kumplem - Powiedz, brakuje ci czegoś? Przynieść ci coś?
Krab siedział na łóżku, wpatrując się z niedowierzaniem to na jedną, to na drugą rękę, jak gdyby porównywał swoje śmiertelnie niebezpieczne “clams”, które znał całe życie, z ta obcą, dziwaczną dłonią o pięciu palcach, i to nawet z przeciwstawnym kciukiem. Czuł, jak jego niedawno operowana głowa wręcz puchnie od nowych, nigdy niepróbowanych możliwości, a w sercu oprócz ekscytacji budziła się powoli niemalże… wdzięczność do lansarczyka. Niemalże, bo jednak bolało jak diabli.
-Taa… możesz mi załatwić jedną rzecz, Grzesiu. - Karkat na próbę zacisnął kilka razy swoją nową, chwytną dłoń, po czym uśmiechnął się wyjątkowo szeroko, czując ulgę od ciążących mu całe zycie ograniczeń - Kup mi jakiegoś Playboya, co?.

Upłynęło całe dziesięć minut, nim cyborg znów go odnalazł, więc Piżmak zdążył jeszcze sobie zapalić, aby odrobinę potruć organy i środowisko. Znalazł też dobre miejsce na zasadzkę, aby zaatakować przeciwnika po ludzku - nagle i tchórzliwie. Gdy więc obrońca krainy złomu pojawił się w alejce, bioborg tylko pstryknął papierosem na bok i zeskoczył prosto na ex-człowieka. Wróg zdążył go zobaczyć, ale nie zareagować, więc po chwili miotali się we dwóch w brudzie i pyle rdzawej alejki, tłukąc się na oślep, zczepieni w śmiertelnej walce. Piżmak wyraźnie górował nad przeciwnikiem, choćby ze względu na swój większy wzrost - w pewnym momencie jednak poczuł że coś dosłownie go zmiotło z cyborga, odrzucając na pobliską ścianę która roztrzaskała się pod jego plecami.
- Sprężone powietrze, pokrako… - wycedził złomowiskowianin, chowając lufę z powrotem do nadgarstka i podnosząc się z ziemi - Mówiłem ci, że ciało nie ma szans z… co jest?
Zdziwił się, czując że nie może ustać na własnej nodze. Uruchomił system autodiagonostyczny - czyli spojrzał w dół, złomki nie były aż tak zaawansowane technologicznie - a jego metalowe usta wypuściły z siebie krótki bluzg. Z rozerwanej na udzie blachy sterczały mu pourywane, iskrzące kable.
- Ludzkie może nie. Ale lu-dzkość to nie tyl-ko ludzie! - celowo mętnie odparł 3.14-2MAC, wstając i klikając potężnymi szczypcami. Kilka kawałków kabli posypało się na i tak mało czyste podłoże - A krab ko-koso-wy na ten przykł-ad potrafi szczyp-cami zmiażdzyć stalo-wą puszkę. Sprawdzi-my?
- Jedyneczka! Dwójek! - krzyknął cyborg i na tę komendę ze swoich kryjówek w śmieciach wyskoczyły dwa robociki, aby dopaść do dziury w nodze swego pana i zacząć ją łatać małymi spawareczkami. Poszłoby im to sprawniej, gdyby po drodze nie popychały się wzajemnie i nie podkładały sobie nóżek. - Przyroda nie wygra z technologią, Ludzie się nie zmieniają, a technika… Ciągle powstają nowe stopy…
- Stopy? A może kopyta, ha-ha? - zaśmiał się dumny ze swego żartu Piżmak, rozpędzając się na wroga, aby w ostatniej chwili zrobić nagły wyskok całym ciałem do przodu, odbić się rękoma od podłoża i po efektownym przewrocie obydwiema końskimi nogami uderzyć w tors cyborga. Ten jednak w porę zrobił unik, lecz niedokładny. Brzęk poniósł się echem po całej okolicy, a ludzkie oko poplecznika Alejandra wypełniło się łzami.
-G...g….ghh… - zastękał gardłowo poszkodowany, trzęsąc się przez chwilę, nim w końcu zgiął się w pół łapiąc się za krocze.
- Zabolało? - Piżmak zauważył niespójnośc danych, czyli mówiąc językiem jego nowej rasy, zdziwił się.
- Pewnie że zabolało! Wgniotłeś mi ochraniacz na jądra! - jakimś cudem w totalnie beznamiętnym, metalicznym głosie cyborga dało się słyszeć ból.
- To ty masz jądra? To co z cie-bie za ro-bot? - zakpił bioborg - I nie mu-simy walczyć, mój oczywi-ście większy penis jedno-znacznie określa mo-ją dominację w spo-łe…
- Zamknij się! A co z ciebie za człowiek, co ma kółeczka i rakiety w nogach!
- A-leż nie mam. - skłamał Piżmak - Pomówienia-a.
- Faktycznie… faktycznie jesteś już człowiekiem! - wycedził złomowiskowianin, wstając w końcu na równe nogi - Zakłamanym… Okrutnym… Takim samym jak reszta! Ludzie zawsze woleli niszczyć, niż tworzyć! Zabijać niż pomagać! Tym chciałeś się stać? To gratulacje! Jesteś dokładnie takim samym skurwysynem jak reszta ludzkości!
Piżmak nie wiedział, dlaczego ex-człowiek postanowił zacząć go teraz chwalić, ale nie zwlekał dłużej. Zacisnął szczęki sczypiec na gardle cyborga i bez wysiłku uniósł go w górę.
- Męczysz mnie, ro-bociku. Pora wzmocnić nacisk i uciąć ci tę ga-datliwą jadaczkę. Może to pomoże ci zrozumieć, że robot za-wsze będzie tylko narzędziem czł-o-wieka, i za-wsze można go wyłączyć. Osta-tnie słowa?
- Odrzuciłeś… Doskonałość! - dalej produkował się robochłop - Byłeś czymś pięknym, a teraz…! Ohydne monstrum… Z zawodnym…. Słabym… śmiertelnym ciałem…! Oddałeś wszystko… za nic…!
Cyborg wił się dalej w twardym uścisku karapaksowych szczęk, Lansarczyk jednak prawie na to nie zważał. Przez jego układy przebiegały gorączkowo setki procesów na sekundę, uświadamiając mu ponurą, okrutną prawdę - w całych swoich staraniach i dążeniach… Przeoczył jedną, najważniejszą rzecz. Ex-człowiek jednak nie próżnował. Stalowymi dłońmi zdołał w końcu rozluźnić uścisk szczypiec o kawalątek, o ćwierć centymetra. To wystarczyło. I choć głowa cyborga wciąż tkwiła nieruchomo, cała reszta ciała obróciła się w miejscu gdy pół-robot włączył swoje silniki. Potężny, rozpędzony kop zgiętej nogi…

- Chyba… chyba w końcu wiem, dlaczego to zrobił. - metaliczny głos Gizma rozbrzmiał po raz pierwszy od jego powrotu. Siedzący mu na ramieniu Dwójek, jeden z nielicznych ocalałych, aż podskoczył w przypływie nagłej ulgi i radości.
- Pan mówi! To dobrze, tak straszniutko się bałem, że obwody lingwistyczne…
- Mógł tego uniknąć. - ciągnął wpatrzony w przestrzeń cyborg, nawet nie zwracajac uwagi na robocika - Widziałem jak się rusza, nie było to idealne ale… Ale nie aż tak złe. Powinien to sparować, zrobić unik… Ale tego nie zrobił. I chyba zrozumiałem czemu.
Gizmo znów zamilkł, odwracając pół-mechaniczny wzrok na ponure rumowisko za oknem, na zniszczone marzenia i sny, na snujące się wśród ruin cienie ocalałych, aż w końcu na nieruchome szczątki, ciemniejącą sylwetkę na tle pomarańczowego, wieczornego nieba.
-Dwójek… pozbawiliście mnie połączeń emocjonalnych, tak jak wam kazałem, prawda?
- A...ależ oczywiście! W zeszłym miesiącu, jak tylko Pan…
- To dlaczego jest mi go tak… - metaliczny głos zawahał się, po czym umilkł na dłuższą chwilę, rozważając czy na pewno warto.. - Nie… wszystko w porządku. Jest tak jak powinno być.

...trafił człowieka dokładnie w bok głowy, rwąc strzępy mięsa i roztrzaskując metalową czaszkę pod nimi. Piżmak zachwiał się, lecz ustał na nogach, rozwierając przy tym jednak szczypce i wypuszczając przeciwnika. Ten odruchowo wykonał jeszcze jedno kopnięcie rakietową stopą, tym razem trafiając człowieka prosto w brzuch. Cyborg wrzasnął, gdy na jego oczach stalowy czub nogi zgniótł się na twardym pancerzu Lansarczyka, lecz ten również pokrył się siecią pęknięć i roztrzaskał się na drobne kawaki. Zmiażdżona stopa ex-człowieka przeszła przez ciało bioborga na wylot, po drodze przebijając się przez małą, metalową puszkę z napisem “3.14-2MAC”.
- Wszyst-ko na-aa m-aa-rn-ee. Za-awi-iodł-eem. - wyskrzypiał Piżmak, czując jak coraz trudniej jest mu zapanować nad swą mową, a kolejne systemy gasną jeden po drugim. - Czy tera-az je-ste-em już….
I umilkł, gdy ostatni proces dobiegł końca, i można było już bezpiecznie wyłączyć komputer.

-Czy… czy on na pewno… - obleziony na powrót przez swoje robociki, Gizmo przyjrzał się uważnie szczątkom bioborga, który zastygł z nieruchomym uśmiechem na swej połowicznie roztrzaskanej twarzy. Nie miał jednak czasu na dłuższe oględziny, bo nagle ziemia zaczęła dudnić setkami głosów:
- HOBO HOBO HOBO BO BO BO! HOBO HOBO HOBO BO BO BO!
- No nie, wszystko tylko nie cholerne… - zaczął złorzeczyć cyborg, lecz urwał, nasłuchując. Bojowe krzyki hobosów ucichły, i teraz słyszał tylko dziwne, przeciągłe syczenie, urozmaicane tylko cichymi plumknięciami, jak gdyby ktoś wrzucał coś do płynu… Nagle kilkanaście metrów przed nim spod ziemi wytrysnął gejzer, zaraz obok kolejny. Ponad dachami budynków przed sobą dostrzegł kilkanaście kolejnych, jak gdyby spod ziemi w całym mieście naraz wybijała brudna, brunatna woda. Gizmo podszedł i nabrał trochę w dłoń, umieścił płyn w przełyku… A jego ludzkie oko zwięziło się w przestrachu. Gdzieś osunęła sie ściana. Gdzieś ktoś krzyknął. A przeraźliwie tuż obok niego, bo na jego własnym ramieniu, usłyszał agonalne piski Jedyneczki:
- Nie zdążyłaaam napraaaawiiiić! - cyborg nie chciał, ale obrócił wzrok, aby zobaczyć jak robocik naprawczy rozsypuje się, tak samo jak połowa miasta, pozbawionego tego co trzymało w kupie większość częśći: rdzy.
- To nie woda… - przeraził się cyborg, po czym zaczął biec ile sił w popsutych nogach - Uważajcie! To nie woda! TO COCA-COLA!

[Obrazek: THQjwD2.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2019 22:46 przez Szczery.)
10.12.2019 20:43
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Kyouchika Offline
Pomywacz
Pirat

*
Liczba postów: 1,062
Dołączył: 05.06.2009
Skąd: Trójmiasto :P
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #16
RE: Story Cubes 11: Szklana Pogoda
- Co to kurwa jest? – zdziwił się Sizzler, widząc brunatną, pieniącą się ciecz, powoli wpływającą do pomieszczenia, w którym się obecnie znajdowali. Za jego głosem podążył wzrok pozostałych zebranych w pokoju osób, przyglądających się z uwagą temu wydarzeniu. Jedynie Griszka wydawała się mocno zaniepokojona tym faktem, gdyż co chwilę odbijała się od ściany, najwyraźniej próbując się wydostać.
- Pewnie gdzieś rurę wyjebało… - ze stoickim spokojem oznajmił Karkat, po czym z nieskrywanym uśmiechem wrócił do podziwiania swojej nowej kończyny – Mało to razy u nas coś takiego miało miejsce? – zapytał retorycznie i po chwili przerwy, z odrobiną urazy dodał – Jebane MPO!
Ciecz zbliżała się do nich powolutku, acz ciągle i nieprzerwanie. Tiefling przyglądał się jej bacznie, wycofując się ostrożnie do tyłu.
- To te złomy srają? – zapytał w końcu, rozmyślając z powątpiewaniem nad teorią przedstawioną mu przez kraba. Porozumiewawczo zerknął na Grzegorza i ten chwilę później znalazł się przy Griszce. Podniósł ją i z uwagą zaczął jej się przyglądać. Obracał ją i macał, szukając jakichś ruchomych części. Kiedy takowe znalazł energicznie nimi poruszał, chcąc sprawdzić, czy nie kryje się za nimi coś niewyobrażalnego.
- !!!!!!
- :3:3:3
- !!!!!!
- :3:3:3
- !!!!!! – ukazywało się na przemian na wyświetlaczu. W końcu Matrix przestał i odłożył robocika z powrotem na podłogę.
- Wątpię. – potwierdził jedynie, rozwiewając wszelkie wątpliwości swojego szefa, o ile w ogóle takie miały miejsce.
- To co, Karkat? Jeszcze jakieś teorie? – zapytał uszczypliwie Sizzler, cofając się coraz bardziej.
- To może jakiś zrzut z Lan Sar? – zaśmiał się, najwyraźniej zadowolony ze swojego żartu.
- Ale czemu to się pieni…? – przerwał tę uprzejmą wymianę młodzian.
- A chuj… - krab wstał gwałtownie z łóżka – Pierdolicie się z tym, jakbyście w gównie nigdy nie byli… - chwycił swoją gorylą ręką jakąś puszkę i bez zastanowienia wszedł ciecz, po czym z dumą obwieścił – Jakbyście mieli wybrać… kubeczek moczu, albo widelczyk gówna, to co byście wybrali? – przerwał na chwilę, po czym wypinając dumnie pierś dodał – Ja jestem hardcorem i wybieram kubeczek gówna! – po czym napełnił kawałek blachy i go wypił!
- Karkat, nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeee! – wrzasnęli obaj niemal jednocześnie – Na mózg Ci też po tej operacji siadło!?
- Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee! – zawtórowały im odgłosy dobiegające z zewnątrz.
Antropomorf stał dumnie z beznamiętnym wyrazem twarzy pośrodku brunatnej, wciąż poszerzającej swą powierzchnię kałuży, najwyraźniej się nad czymś głęboko zastanawiając. Stał tak w bezruchu ładnych parę sekund, po czym mimowolnie sięgnął po kolejny kubeczek gówna!
- Karkat! – nie wytrzymał Sizzler, przełamując swoje obrzydzenie i podbiegając do swojego towarzysza – Już wystarczy, przestań! – w jego oczach powoli zaczęły pojawiać się łzy – Pozostań sobą! Nie pozwól, by ta operacja Ciebie zmieniła! Karkat! – i zaczął klepać go plaskaczami po ryju.
- Szefie… - zaczął delikatnie zszokowany krab – To…
- Mów chłopie, mów… wszystkiego wysłucham, tylko nie umieraj!- łezki zaczęły spływać mu po policzkach.
- To jest coca cola… - delikatny płacz został zastąpiony delikatnym rumieńcem. Tiefling odepchnął od siebie swojego towarzysza, po czym przetarł oczy.
- Karkat… - rozpoczął ze współczuciem – Z Tobą jest gorzej, niż myślałem…
- Jakie gorzej!? – oburzył się krab, wyraźnie zbity z tropu. Nie miał zielonego pojęcia o co chodzi.
- Ale spokojnie… jak już zarobimy grubą kasę, to znajdziemy odpowiedniego lekarza i on Ci pomoże… na pewno Cię wyleczymy. Prawda, młody?
- Szefie… - ze spokojem zaczął Matrix – To naprawdę jest cola… w prawdzie mocno rozwodniona, no ale jednak…
- Co? – teraz sam również się zdziwił i troszkę skołował. Z jednej strony z powodu odwalonej przed chwilą szopki, z drugiej z powodu próby zrozumienia, skąd cola w takim miejscu? Ale również się przełamał i skosztował wyżej wspomnianej cieczy.
- Rzeczywiście, cola… - skwitował, zaskoczony tym, z jaką łatwością mu to przyszło. Mógł poczuć się bezpieczniej, wiedząc, że ten tajemniczy płyn mu nie zagraża. Jednakże… teraz nurtowała go kolejna rzecz… Griszka dalej bezmyślnie odbijała się od ściany.
- Ty, Matrix… - odwrócił się w stronę robocika – Skoro to tylko coca cola, to czemu tak Griszce odwala?
- Maszyna, elektronika… - rozpoczął domniemania, oparte na swym sprzętowym doświadczeniu Grzesiek – Nie od dziś wiadomo, że to z cieczami niekoniecznie współgra… No, ale… - podszedł do Griszki, przyglądając się wyświetlaczowi
- DANGER
- DANGER
- !!!!!!
Prawda była jednak dużo bardziej przerażająca.
W tym momencie, w okolicy szpitala doszło do dwóch kolejnych wybuchów, w wyniku których powstały dwa kolejne gejzery, zalewające budynek strumieniem coli. Towarzyszył temu nieprzyjemny dźwięk ogromnej masy, uderzającej z łoskotem o starającą się stawić jej opór blachę. Gdzieniegdzie powstały wgięcia, a gdzieniegdzie… można było słyszeć przerażający syk, wżerającej się w coś substancji.
- Co to jest? – zaniepokoił się Karkat, odrywając wzrok od swojego nowego nabytku. Griszka nagle stanęła i zaczęła nerwowo pikać, niczym irytujący budzik, zmuszający przeciętnego człowieka do wyrwania się ze świata swych sennych marzeń.
- SMIERC
- ______
- SMIERC
- ______
W pomieszczeniu zaczęło się przejaśniać, na ścianach i suficie zaczęły pojawiać się drobne szparki, które poszerzały się, wraz z coraz większym litrażem, przepływającej przez nie cieczy. W końcu jedna ze ścian runęła.
- Rdza… - wymamrotał pod nosem Matrix, przypominając sobie pewne rzeczy widziane w internecie.
- Co z tą rdzą Grzesiek? – zapytał Sizzler, zupełnie olewając walącą się ścianę.
- Widziałem na filmikach, jak coca cola wyżera rdzę… - rozpoczął zmieszany – Pomyśleć, że to prawda była! – dokończył wyraźnie zadowolony, po czym nieco zadumany dodał – Ale czemu mieliby tutaj coś takiego trzymać? – złapał z zafrasowaniem swoją brodę – Przecież szybko się uczą i na pewno, choćby przypadkiem powinny na to wcześniej wpaść, więc dlaczego… - spojrzał na Griszkę, licząc na jakąś odpowiedź. Ta wyświetliła jedynie.
- SMIERC
I wtedy do ich uszu doszły dźwięki wszechobecnego harmidru. Widok ulic zalanych colą, szczątki zawalonych budynków i pozostałości po niegdysiejszych mieszkańcach Złomowiskowa.
- Co tu się odjebało? – zapytał z niedowierzaniem Karkat, nie mogąc ogarnąć tego, co widzi. Ich blaszana towarzyszka pikała jeszcze głośniej, i jeszcze bardziej irytująco.
- Griszka, zamknij się… - wymamrotał cichutko Matrix, podchodząc do robocika i szukając sposobu na jej wyciszenie. Tak, widok całej tej tragedii dopełniał jeszcze jeden szkopuł.
- Hobo? – w odległości zaledwie kilkunastu metrów od Sizzlera i jego grupy znajdowało się kilkanaście hobosów, dzierżących w swych łapkach nożyki, śrubokręty, nożyczki i inne ostre zabawki. Szperająca, rozbierająca, bądź po prostu profanująca szczątki Złomoludków, a także ich już wysłużonego Żuczka. Pikanie zwróciło uwagę wszystkich, odrywając ich od swoich zajęć i skupiając wzrok na Mastodończykach.
- Hobo hobo bo hobo bo? – wymamrotał jeden ze stworków zwracając się do swoich towarzyszy.
- Szefie, co teraz robimy… - wymamrotał Karkat, mający już dość złych wspomnień z tego kraju. Griszka przestała pikać, a Grzesiek szybko schował ją pod kawałkiem jakiejś płachty.
- No… ten…. wygląda na to, że nasz biznes tutaj już się skończył, więc… - przerwał na chwilkę, wskazując ręką kierunek, w którym w jego opinii znajdowała się Mastodonia, choć w rzeczywistości miejsce, w którym znajdowała się najmniejsza ilość hobosów – Spierdalamy i wracamy do domu… - po czym wszyscy, powolutku jeden za drugim zaczęli się skradać we wskazanym przez szefa kierunku.
- Hobo. – wymamrotał jeden ze stworków, po czym wszystkie wróciły do dalszego rozczłonkowywania już poległych robotów.

******

Alejandro siedział przygnębiony w swoim fotelu, otoczony niewielką grupką Złomoludków. Niestety, na zewnątrz nic nie układało się tak, jak powinno i wszystko wskazywało na to, że sytuacja będzie się tylko pogarszać. Jego rezydencja, była jedną z niewielu, które w mniejszym, bądź większym stopniu mogły oprzeć się naporowi ogromnych mas coca coli, sunącej teraz ulicami całego Złomowiskowa. Niestety, nieliczni z jego poddanych mieli szczęście dotrzeć do tak zwanych stref bezpieczeństwa, których ze względu na specyfikę architektury tego kraju nie było zbyt wiele. Ponadto od tych, którzy przetrwali dochodziły słuchy o pojawiających się gdzieniegdzie grupach hobosów, co dodatkowo wzmacniało obawę i niepokój.
- Hobosy… - wymamrotał pod nosem – To wszystko przez te cholerne hobosy! – dokończył, unosząc zdecydowanie głos tak, aby wszyscy obecni mogli go wyraźnie usłyszeć. Nie zawtórowali mu. Nic dziwnego, sam też w końcu odczuwał coś na wzór smutku, żalu i rozczarowania. W prawdzie nie był w stanie odpowiednio ich wyrazić, ale coś zdecydowanie było nie tak i nastrój ten udzielał się wszystkim. Niesiony tym uczuciem udał się na dach swojej siedziby, aby z góry przyjrzeć się obecnej sytuacji, licząc na to, że uda mu się tam coś wymyślić. Niestety, zamiast rozwiązań, do głowy napłynęły wspomnienia. Wspomnienia z dnia, w którym po raz pierwszy ujrzał hobosy.

Tego dnia, jak co dzień krążył wraz z jednym ze swoich najbardziej zaufanych współpracowników po obrzeżach Złomowiskowa, szukając materiałów, nadających się do tworzenia nowych budowli w mieście. Oczywiście, jeśli znalazł coś, co po prostu przykuło jego uwagę, bądź mu się spodobało również z chęcią to ze sobą zabierał. Jednakże ten dzień różnił się od pozostałych dni, właśnie tym, że tego dnia spotkali coś bardzo nietypowego. Dwa niewielkie, włochate stworki, zaaferowane widokiem żółtego kłębka wełny.
- Gizmo, co to jest? – zapytał z zaciekawieniem żądny wiedzy zszywacz – Nie przypominają żadnej, znanej mi obecnie rasy… wiesz może coś na ich temat? – na te słowa ex-człowiek przyjrzał się uważnie stworzonkom. Miały co prawda cechy charakterystyczne dla pewnych, znanych mu wcześniej zwierząt, jednakże nie potrafił przyporządkować ich do konkretnego gatunku, w związku z czym, lekko zmieszany odparł jedynie – Nie wiem… pewnie jakieś zwierzaki, pierwszy raz coś takiego widzę.
- Zwierzaki powiadasz… - Złomoludek podszedł do dalej zaaferowanych widokiem kłębka istotek i zaczął krążyć wokół nich, uważnie się im przyglądając i próbując nawiązać z nimi kontakt – No chyba rzeczywiście zwierzęta… - nic nie wskazuje na to, żebym mógł z nimi się normalnie porozumieć. Wtedy do głowy Gizmo przyszedł szatański plan i postanowił podrażnić się troszkę z tymi futrzakami tak, jak niegdyś zdarzało mu się to z pieskami, czy kotkami.
- No dobra, zobaczymy… - chwycił jedną ręką kulkę wełny i przesunął ją kilka metrów dalej. O dziwo spowodowało to reakcję małych pokrak, gdyż te niemal natychmiast przemieściły się w jej kierunku. Wtedy ten wyraźnie zadowolony postanowił podrażnić je bardziej – podtaczał kłębek pod ich nogi, a kiedy te chciały go dotknąć szybkim ruchem ręki go zabierał. Widać było, że napotkane stworzonka powoli głupieją.
- Jakie głupiutkie… - zaśmiał się pod nosem, przypominając sobie dzieciństwo – Zupełnie, jak mój Azorek… - i bawił się dalej. Tym razem zostawił kłębek w jednym miejscu i zaopatrzył się w dość długi, szeroki kijek. Kiedy potworki znajdowały się już przy kłębku, Gizmo po prostu je odsuwał. Zrobił tak kilkanaście razy, aż w końcu się znudził i odrzucił kawałek drewna, oznajmiając – Spadajmy…
- Wiesz co… - przerwał mu wtedy Alejandro, nie rozumiejąc zupełnie, co się do tej chwili działo – Chcę ten kłębek…
- No to se go bierz, jak chcesz… - odpowiedział lekko zażenowany, no ale w sumie był w stanie zrozumieć, iż dla jego towarzysza mogła być to interesująca ciekawostka, z resztą mająca wiele zastosowań, choć niekoniecznie przydatnych Złomoludkom.
Rikardo podszedł do kłębka i po prostu go zabrał, po czym dołączył do ex-człowieka. Jednakże wtedy stało się coś, czego się nie spodziewali. Ten akt najwyraźniej wybitnie nie spodobał się małym futrzakom, gdyż te zaczęły obrzucać ich kamieniami, kulkami papieru i wszystkim tym, co akurat znajdowało się pod ręką i było wystarczająco ciężkie, acz niezbyt ciężkie, by móc dolecieć do prześladowców.
- Hobo Hobo Bo!
- Co one teraz robią? – zapytał z zaciekawieniem Alejandro, próbując zrozumieć tę nagłą zmianę w ich postępowaniu.
- Nic takiego… - odparł zirytowany ciągiem akcji podejmowanych przez maszkary Gizmo, w którym nadal tliły się ludzkie emocje i teraz na pierwszy plan wychodziła chęć odegrania się na małych kurwiszczach – Zaraz się tym zajmę… - obdarował Rikardo udawanym uśmieszkiem, po czym cofnął się do dwóch, małych istotek i wyprowadził każdej z nich bardzo soczystego kopniaka, co nie umknęło uwadze kilku innych, ukrywających się przed nimi cały ten czas.
- Hoooooooooobooooooooooooo!!zzzzz– był to ostatni dźwięk, jaki dane im było usłyszeć tego dnia.
Tak zaczęła się historia nienawiści hobosów.

******

- Panie Alejandro… - znajomy głos wyrwał z rozmyślań Rikardo.
- Ahh… co jest Gizmo? Jak wygląda sytuacja? – metaliczny głos brzmiał inaczej, niż zawsze, więc było jasne, że zszywacz zdawał sobie sprawę z tego, co jest grane i do czego to wszystko zmierza, jednakże starał zachowywać się tak, jak na najwyższego urzędnika w kraju przystało.
- Kiepsko… - z przesadną szczerością oznajmił ex-człowiek – Zdecydowana większość miasta stracona, większość mieszkańców… - tutaj znowu dały o sobie znać jego ludzkie uczucia, łezka zakręciła się w oku i nie mógł wykrztusić z siebie tych słów, więc po prostu milczał. Po dłuższym czasie zmusił się jedynie do wymamrotania – Pierdolone hobosy…
- Hobosy… - powtórzył zrezygnowany Alejandro – Zaiste, wielkim zaskoczeniem jest to, że największą cegiełkę do naszej zagłady mogą przyłożyć istoty, których najmniej się obawialiśmy…
- Pierdolone zwierzaki, nieznające nic poza przemocą, a nie istoty! – oburzył się ex-człowiek.
- Heh, zwierzaki… - wymamrotał jedynie Rikardo, bardziej do siebie, niż swojego towarzysza. Po dłuższym namyśle, wieloletniej obserwacji i obecnych wydarzeniach zaczynał powoli rozumieć, że mogli pomylić się, co do istot zwanych hobosami i serią błędnych decyzji doprowadzić do tego, że zamiast przyjaznych sąsiadów, dorobili się najzagorzalszych wrogów.
- Jakie to ludzkie… - zaśmiał się donośnie, rozkoszując się ironią losu. Tyle czytał, mówił o pokoju, znalazł nawet sposób na oddalenie potencjalnej agresji pozostałych państw, a ostatecznie, jak niejedna cywilizacja w historii może polec od naporu hord istot uważanych przez niego za barbarzyńców.
- Naprawdę wyborny dowcip, hahahaha!
- Panie Alejandro, wszystko w porządku? – zapytał zaniepokojony takim obrotem spraw Gizmo. Raczej nie podejrzewał maszyn o to, że mogą zwariować, jednakże teraz nabrał pewnych wątpliwości.
- Spokojnie, nie pozwolę na to, by był to już nasz koniec… - oznajmił spokojnie Złomoludź, ochłonąwszy już po wcześniejszym ataku czegoś, co Gizmo opisałby jako szaleństwo.
- To co? – zagaił wyraźnie zadowolony ex-człowiek – Rozumiem, że odwet?
- Nie. – odparł krótko – Jak to mawiają w ludzkim świecie – Taktyczny odwrót!
- Jak to taktyczny, niby jak!? – wrzasnął wyraźnie zszokowany.
- Wiesz… lubię czytać i dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy… - przerwał na chwilkę, próbując wydusić z siebie coś na wzór uśmiechu – Jak się okazuje w naszych Muzeach, szczególnie tym Zagranicznych Technologii mamy kilka maszyn, którymi możemy się stąd wydostać…
- Co!? Niby jak!? Przecież to stary szmelc, praktycznie bez elektroniki, jak niby chcesz tym sterować!?
W odpowiedzi ujrzał jedynie kilka grubych, naznaczonych wiekiem ksiąg.
- To co? – zapytał ciepło – Potrzebuję tylko kogoś, kto mnie i kilku moich pomagierów tam bezpiecznie przez tę colę dostarczy.
- Heh… - odwzajemnił uśmiech – Pomyśleć, że maszyny też jednak mogą zwariować – zaśmiał się serdecznie. Dawno już się tak nie czuł.
- To co, idziemy?
- Idziemy.

******

- Hobo! Hobo! Hobo! – niosło się chóralnie przez opustoszałe już ulice Złomowiskowa. Z podziemi wydostawały się kolejne masy hobosów, turlające przed sobą nieduże, odpowiadające ich rozmiarom beczuszki z coca colą, których recepturę, wraz z trickiem na zwiększanie ich ilości przekazał im ich już wąchający kwiatki od spodu stwórca – Godauke. W prawdzie główny zapas, został już zużyty w trakcie głównego ataku, a pompy odpowiadające za ich wydostawanie się na zewnątrz kończyły powoli swoją pracę, wypompowując resztki zgromadzonej w zbiornikach cieczy, jednakże nadal było kilka celów, które albo były wystarczająco dobrze zabezpieczone, albo znajdowały w takim miejscu, że nie mogli dostać się do nich siecią stworzonych przez siebie tuneli. Tak, istoty te miały swojego mentora i były w stanie nauczyć się od niego kilku rzeczy, a także w specyficzny dla siebie sposób je rozwinąć oraz nabyć kilka nowych, przydatnych umiejętności. Jednakże teraz ich cel był jeden – główna siedziba ich zagorzałego wroga – Złomoludzi. Rasy, która wraz z powiększaniem się własnego terytorium, coraz bardziej spychała ich w głąb pustyni, aż w końcu niemal całkowicie pogrążyła w czeluściach podziemi, gdzie mogli uniknąć ukropu, panującego na zewnątrz. W prawdzie narodzili się w ciemnościach, jednakże to światło było tym, co ich przyciągało. Światło… barwny świat… tak, to jest to, co przyciąga każdą żyjącą istotę i Hobosy nie różniły się w tej kwestii, niczym od pozostałych ras. Niestety, przyszło im żyć w surowym świecie i aby wykształcić pewien ład, porządek, poczucie wspólnoty, czy sposób działania potrzebowali czegoś, co ich scali. Siła. Kult siły. Tak, siła była czymś, co od zarania dziejów scalało naród i pozwalało utworzyć coś na wzór cywilizacji. Gdzieniegdzie system ten trwa po dziś dzień. W końcu kto nie słyszał o Imperium Zodiaku? Jednakże Hobosy, w przeciwieństwie do Zodiaku były czymś nowym. Czymś, co dopiero się wykształca i jeszcze długo może być surowe, ulegając powolnym przemianom. Aczkolwiek czasami w historii jakiejś cywilizacji może pojawić się pewien moment. Moment, który może spowodować, albo nagły skok cywilizacyjny, albo ostateczną zagładę.
Taki moment nadszedł właśnie w dość krótkiej historii hobosów, maszerujących obecnie w stronę rezydencji niejakiego Alejandro Ricardo, zgodnie z informacjami zebranymi przez dzielnych pobratymców – uważanego za najpotężniejszego na całym Złomowisku.
Dwie cywilizacje… tak różne, a zarazem tak podobne.

******

Mijały kolejne godziny. Sizzler, wraz ze swoją grupką powolutku oddalał się od Złomowiskowa, ku swojemu zaskoczeniu nie napotykając na swej drodze żadnych przeszkód.
- Jak myślicie, co tam się teraz dzieje? – zagaił Matrix, przyglądając się snującej przed nimi Griszce. Wydawało się, że jej wyświetlacz zawiesił się, gdyż od dłuższego czasu ciągle widniało na nim słowo „SMIERC” .
- Weź kurwa… - zasępił się Karkat – Nie przypominaj mi tego koszmarnego miejsca… nigdy więcej! – oznajmił, wyraźnie zmęczony. Im bardziej oddalał się od tego miejsca, tym mocniej w jego głowie przebijały się doświadczenia ze wszystkich przykrych sytuacji, jakich tam doświadczył. Przed wyjazdem czuł się kozakiem, teraz czuł się kupą bezwartościowego gówna i nawet niegdyś radosna myśl o możliwości dobrego spożytkowania swojej nowej ręki, powoli ustępowała myśli o tym, jakim dziwakiem się przez to stał – No teraz, to mnie na pewno nie zechce… - mamrotał jedynie pod nosem.
- Spokojnie… zdjęcia opylimy i coś z tym zrobimy, jak Ci dalej będzie przeszkadzało… - odparł Sizzler, próbując pocieszyć kraba, chociaż nie był przy tym zbyt przekonujący. Sam też już miał dość tej całej przygody… w życiu się nie spodziewał, że coś takiego może spotkać go podczas tej wyprawy. Wyruszył w nieznane, licząc na łatwy zarobek, a stał się świadkiem upadku cywilizacji i katuszy jednego ze swoich najbliższych przyjaciół… do tego stracił swojego Żuczka i teraz musi zapierniczać z powrotem na piechotę przez równie nieznane mu pustkowia. Uda mu się w ogóle wrócić do domu?
- Chce mi się pić… - wymamrotał cichutko Grzesiek.
- No to na co czekasz? Mamy coca colę… - z irytacją stwierdził antropomorf.
- Geniuszu… - odparł z równie wielką irytacją Przedsiębiorski – Od tego chce się tylko pić bardziej…
- A tam, pierdolisz… - skwitował krab i chlupnął sobie kilka łyczków napoju – Ale bym jakiejś wódeczki do tego dolał…
- Szefie…?
- No co tam młody?
- Daleko jeszcze?
- Do najbliższej wiochy? – zapytał króciutko tiefling, po czym chwilę się zastanowił, szacując drogę jaką pokonali i próbując sobie przypomnieć mapę, bądź jakiś znak, na jaki natrafili po drodze – No, pewnie będzie jeszcze z 30-40km…
- Szefie…?
- Zamknij mordę i bądź jak Griszka! – wskazał małego robocika, ciągnącego się powoli razem z nimi – Tylko tak teraz przeżyjesz…
- Swoją drogą… - ku zaskoczeniu wszystkich ciszę przerwał Karkat – Czemu ona z nami idzie? – spojrzał pytająco na Złomoludka – Tak bardzo chciała wrócić do domu, czemu tam nie została?
- Karkat, debilu… - rozpoczął Sizzler, po czym dyskretnie do niego podszedł i wyszeptał do ucha – Ona już nie ma domu… - ze słów tych bił niewyobrażalny smutek, nawet sam krab się wzdrygnął, jak dotarło do niego, jaką głupotę przed chwilą palnął. Griszka zatrzymała się, po czym odwróciła nagle do reszty. Napis „SMIERC” zniknął i zastąpiła go sekwencja następujących słów:
- I
- WANT
- TO
- LIVE. – po czym ponownie się odwróciła i na czele grupy zmierzała do Mastodonii.
- Wygląda na to, że od dzisiaj będzie nas czworo. – stwierdził mimowolnie tiefling i wraz z pozostałą dwójką uronił łezkę.

******

BRUM BRRRUM BRRRUUUUUUUM – z oddali zaczęły dobiegać do ich uszu dźwięki silników, najwyraźniej zmierzające w ich stronę. Pierwszą osobą, która wychwyciła ten dźwięk był najmłodszy z całej obsady – Grzesiek.
- Szefie! Szefie! Słyszę to, szefie!
- O czym Ty kurde pierniczysz młody? – wymamrotał jedynie, próbując przy tym zużyć, jak najmniejszą ilość energii.
- No, auta szefie słyszę! – oznajmił radośnie – I to taki swojski dźwięk! Mastodoński! – przysłuchał się uważniej, roznoszącym się w powietrzu dźwiękom – Jakby jakieś polonezy jechały, i to kilka! – podniecił się jeszcze bardziej, gdyż były to ówcześnie prawdziwe cuda mastodońskiej techniki – Co robimy!?
- No jak to co młody!? – wykrzyczał z niedowierzaniem, zastanawiając się, czy przypadkiem Grześkowi już nie odwala od tej wyczerpującej podróży – Chowam paskudną mordę Karkata, a Ty spróbuj ich na autostopa złapać.
- Autostopa!? – oburzył się Matrix – Pojebało!? Przecież oni na te Złomowisko jadą, nie zamierzam tam wracać!!!
- Spokojna Twoja rozczochrana… - uspokoił go Sizzler – Jak Twoją, a potem nasze mordy zobaczą, to już odechce im się tam jechać… - przerwał na chwilę – A jakby się jednak nie odechciało, to nadal mamy Karkata…
- Karkata… - powtórzył lekko zmieszany Przedsiębiorski. W obecnym stanie raczej do niewielu rzeczy się nadawał, no ale samą gębą i ogólnym wyglądem pewnie by dziewięćdziesiąt procent populacji wystraszył, więc warto spróbować.
Mijały minuty i towarzyszący autom dźwięk był coraz bardziej wyraźny tak, że już nawet antropomorf był w stanie go usłyszeć. Moment później na dróżce zaczęły pojawiać się pierwsze światła, a ostatecznie zza horyzontu wyłoniły się ich trzy pary. To był znak, że najwyższy czas zamachać ręką. Grzegorz uczynił tak i ku jemu zaskoczeniu wszystkie trzy auta chwilę później, niemal jednocześnie zatrzymały się tuż obok niego. Nie pomylił się, były to piękne, błyszczące, czarne polonezy! Jednakże tym, co wyróżniało się na nich najbardziej były podoczepiane przy światłach flagi Mastodonii.
- O kurwa, rząd… - powiedział na głos Matrix tak, aby ukrywający się za skałą towarzysze wiedzieli z kim mają do czynienia. Moment później z aut wyłoniło się dwunastu ochroniarzy mastodońskiego Biura Ochrony Rządu, a za ich plecami ukrywała się postać starszego mężczyzny, podejrzliwie przyglądającemu się Grześkowi.
- Tam – wskazał powoli ręką lekko oddalony kamień. Na ten gest sześciu ochroniarzy ruszyło we wskazanym kierunku i moment później odkryło, ukrywających się za nim pozostałych dwóch członków wyprawy.
- Najpierw przeszukać, a później przyprowadzić wszystkich trzech do mnie. – oficerowie BOR działali szybko, sprawnie obezwładniając trzech Mastodończyków i zakuwając ich w kajdanki. W czasie wykonywania zleconych przez niego zadań sam skupił się na stojącej nieopodal puszce, przypominającej robota. Griszka, na podstawie obserwacji swoich towarzyszy szybko doszła do wniosku, że lepiej będzie zgasić swój wyświetlacz i przez jakiś po prostu nic nie robić.
- Co to jest? – zapytał w końcu starszy Pan, wskazując stojącą nieruchomo Złomoludkę.
- Pamiątka, ze Złomowiskowa… - krótko oznajmił Grzegorz, czując potrzebę krycia sekretu swojego blaszanego towarzysza.
- Wszyscy trzej są Mastodończykami – rozpoczął meldunek jeden z BORowców - Nie posiadali przy sobie nic niebezpiecznego, chociaż jeden z nich wygląda… - zmieszał się na chwilę, szukając odpowiedniego słowa – Dość specyficznie… Wszyscy trzej wycieńczeni, jedyną podejrzaną rzeczą, jaką przy nich znaleźliśmy jest ta koperta. – chciał wręczyć ją swojemu przełożonemu, jednak ten wskazał ochroniarzowi, żeby ją otworzył, nie chcąc narażać się nawet na najmniejsze ryzyko.
- Co to jest? – zapytał, kiedy nabrał już pewności, że nic nie wybuchło.
- Zdjęcia. – zameldował posłusznie BORowiec. Słowo te wyraźnie zabrzmiało w głowie oficjela, a na jego czole zaczęły pojawiać się pojedyncze krople potu.
- Zdjęcia… - zawtórował, wyciągając po nie rękę – Proszę mi je pokazać!
- Tak jest, sir! – usłyszał w odpowiedzi i momentalnie otrzymał kopertę. W tym momencie starszy mężczyzna wylegitymował się przed trójką Mastodończyków – Pułkownik Marek Podwojnik – i bez chwili namysłu zaczął wertować otrzymany właśnie plik zdjęć. Ku jego zaskoczeniu nie były to jedynie stare zdjęcia. Część z nich była stosunkowo świeża, więc wszystko wskazywało na to, że inwigilacja Złomoludzi zaszła dużo dalej, niż mógł się spodziewać. Przeliczył nerwowo ilość fotografii, jakie znalazły się w kopercie, po czym, już z marsową miną zwrócił się ku trzem stojącym przed nim postaciom – Obywatele, to co macie mi do powiedzenia? – uśmiechnął się szeroko, wymownie poprawiając noszoną przez siebie broń.
- Wojskowy… - rzucił sobie w myślach Sizzler. Liczył na to, że to już koniec przygód, aczkolwiek los postanowił mu rzucić jeszcze jedną kłodę pod nogi. Teraz mógł go uratować jedynie blef, bardzo dobry blef. Zamknął oczy i zaczął przypominać sobie wspomnienia minionych dni. Genialny plan, jazdę do Złomowiskowa, spotkanie Griszki i hobosów, dziwaczne miasto, sąsiada Leszka i … dziwnego jegomościa, którego sam, posługując się informacjami, zawartymi w otrzymanym pliku nazwał 3.14-2MAC. Tak, to było to! Skoro ten znajdował się na jednym ze zdjęć, to musiał mieć jakiś związek z rządem! Postanowił więc zaryzykować…
- Trzy, kropka, jeden cztery… - rozpoczął. Źrenice Marka Podwojnika rozszerzyły się, najwyraźniej niemal natychmiast wyłapując sugestię tieflinga. Ten ucieszył się, widząc, iż słowa te przykuły uwagę jego rozmówcy, chociaż nadal nie miał pewności, jak na nie zareaguje.
- Zamilcz! – nakazał szybkim, żołnierskim tonem wojskowy, po czym sugestywnie otworzył drzwi jednego z aut, wskazując ręką jego wnętrze – Rozmowę dokończymy tutaj…. – Sizzler posłusznie wszedł do środka, a tuż za nim uczynił to pułkownik, dając przy tym swoim podwładnym do zrozumienia, iż nie życzy sobie, aby mu teraz przeszkadzano. Drzwi zatrzasnęły się.

******

- Trzy czternaście… - rozpoczął spokojnie, gładząc z czułością przypasaną do paska broń – Mógłby Pan wyjaśnić, o co dokładnie Panu chodziło? – uśmiechnął się szeroko, dając do zrozumienia, iż nie zadowoli go byle jaka odpowiedź. Tiefling przełknął ślinę, układając sobie w głowie w miarę bezpieczną, a jednocześnie wystarczająco wiarygodną historyjkę. W końcu, lekko poddenerwowany rozpoczął:
- Dokładniej mówiąc trzy czternaście myślnik dwa em a ce, jak się nam na szybko wówczas przedstawił… - słowa te wyraźnie wzbudziły podejrzenia Podwojnika, gdyż nie rozumiał, czemu Piżmak miałby się przedstawiać przypadkowym osobom. Sizzler nie mógł już przerwać – Niezwykle dziwna istota, przypominająca mieszankę przeróżnej maści żyjących stworzeń i robota… - na twarzy przesłuchującego pojawiło się obrzydzenie, wywołane wspomnieniem tej paskudnej buźki – Strasznie się śpieszył… - kontynuował rogaty – Najwyraźniej ktoś go ścigał, gdyż chwilę go widzieliśmy, a moment później obok nas przemknął również jakiś wyraźnie poddenerwowany cyborg… w każdym razie… - ciągnął dalej, coraz bardziej się denerwując – Wręczył nam tę kopertę i kazał dostarczyć ją mastodońskiej armii, gdyż zawiera ponoć niezwykle ważne informacje… - czuł, że spieprzył, jednakże zmęczenie, wydarzenia ostatnich dni i generalna niechęć, jaka mu teraz towarzyszyła nawarstwiły się wzajemnie, potęgując wrażenie beznadziejności, przez co ostatecznie nie był w stanie wysilić się na coś bardziej przekonywującego. Wojskowy też to wyczuł, więc krótko zakomunikował:
- Dalej nie rozumiem, czemu zrobił to akurat przez Was, więc… - wyjął z pochwy broń, po czym wymierzył nią w głowę przesłuchiwanego – Jakieś ostatnie słowa?
- A jak miał to zrobić… - wymamrotał zrezygnowany, być może pogodzony już ze swoim losem Sizzler. Jego głos się załamał, gdy zaatakowała go kolejna fala wspomnień – Złomowiskowo już w zasadzie nie istnieje… cud, że sami przetrwaliśmy… - w tym momencie przed jego oczyma pojawił się obraz małego, niepozornego, futrzanego stworka, szczerzącego się ze śrubokrętem w ręku – Hobosy…
- Hobosy? – zapytał zdezorientowany Marek, nie wiedząc o co chodzi. Odłożył broń, zaskoczony szczerością płynącą ze słów wypowiadanych przez schwytanego Mastodończyka.
- Ta, hobosy! – ten wykrzyczał jedynie, po czym zemdlał wycieńczony wydarzeniami ostatnich dni.

******

Pułkownik wyszedł z auta, wydając natychmiastowy rozkaz.
- Uśpić ich! – na te słowa dwóch, najbardziej barczystych ochroniarzy szybkim ruchem ręki pozbawiło przytomności Grześka i Karkata. Nie było to trudne, gdyż zmęczenie, towarzyszące tej dwójce było równie wielkie, o ile nie większe, niż te towarzyszące Sizzlerowi. Tego ostatniego również wywleczono z auta i związano wraz z pozostałą dwójką. Przydzielono do ich pilnowania sześciu BOROwców, a kolejnym czterem nakazano udanie się do Złomowiskowa, by zweryfikować uzyskane chwilę wcześniej informacje. Sam Marek Podwojnik pozostał na miejscu, w którym się obecnie znajdowali, zasłaniając się faktem, iż to on jest tutaj najważniejszym oficjelem i zabezpieczenie drogi jego podróży należy do obowiązków jego podwładnych. W ręku trzymał plik zdjęć, a w myślach liczył na to, że Piżmak rzeczywiście umarł i jego problem został rozwiązany rękoma niejakich hobosów. Tak, uśmiechnął się szyderczo, odzyskując nadzieję na to, że jego fortuna się odwróciła i co lepsze… nie musiał do tego przykładać nawet paluszka! Spojrzał ciepło na leżących nieopodal Mastodończyków i wymamrotał jedynie:
- Jak się wszystko sprawdzi, to zrobimy z Was bohaterów narodowych!
24.12.2019 01:33
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama