Aktualny czas: 18.01.2018, 13:59 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Story Cubes Dynamic - Układamy historię.
Autor Wiadomość
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,688
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Story Cubes Dynamic - Układamy historię.
Zestaw kostek nr 1.


[Obrazek: 23439494_10210235322186442_732921078_n.jpg]

Użyte: spadająca gwiazda, magnes, laska, kwiat.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.11.2017 03:25 przez Szczery. Powód: Poprawiona ortografia)
07.11.2017 23:43
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,688
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #2
RE: Story Cubes Dynamic - Układamy historię.
Światło południowego słońca sączyło się się przez rzadką mgłę, która znów spowiła Wąwozy. Rozproszone promienie oświetlały Vedranowi drogę wśród zdradzieckich nierówności i występów skalnych, które zdawały się upodabniać ścieżkę do wielkiego, chropowatego jęzora wyślizgującego się spomiędzy zębów kamiennego olbrzyma. Vedran znał jednak trasę na tyle dobrze, aby nie obawiać się przypadkowych osunięć gruntu czy zwichnięcia nogi. Co prawda ze względu na nierówność terenu, która szybko groziłaby złamaniem osi, sapacza musiał zostawić z Witaliyem już ćwierć mili wcześniej, nie miał jednak nic przeciwko pieszej wędrówce. Był przyzwyczajony. Kierując się w dół wyżłobionej przez jakiś dawny kataklizm, długiej na ponad dwa tysiące łokci koleiny , powoli lecz nieuchronnie zaczynał zanurzać się w nieruchome objęcia skał, schodząc poniżej poziomu gruntu. Szedł jeszcze kilka minut, bez strachu lecz ostrożnie, nim w końcu uznał że coraz słabsze światło staje się niewystarczające do dalszej drogi. Wtedy zatrzymał się przy sporym zdeformowanym, kamiennym występie, zdjął plecak i oparł się o wypukłość plecami. Nie było to najwygodniejsze, gdyż szary, oszpecony żyłką pęknięć blok był nachylony w dół zbocza, lecz pozwoliło Samowi zyskać bezpieczną pozycję do działania – strata równowagi byłaby już nawet nie tyle bolesna, co wręcz zabójcza, gdyż pechowiec który przewróciłby się na tej drodze zatrzymałby się dużo niżej, dopiero po przebyciu kilkuset łokci twardej, nierównej powierzchni. Vedran widział kiedyś ciało nieszczęśnika, którego to spotkało i wiedział, że taki upadek jest w stanie zerwać z człowieka skórę.
Zyskawszy pewne oparcie, mężczyzna zajął się wydobyciem z plecaka wysokiego, cylindrowego kształtu, szczelnie owiniętego brunatnym, poplamionym suknem. Rozwinąwszy dwie warstwy materiału odsłonił owalny, szklany słup, unieruchomiony czterema metalowymi prętami wokół oraz dopasowanymi do jego kształtu blachami z dołu i z góry. Latarnia Petrova. Zubożyła Vedrana o zawrotną wręcz sumę na targu w Novyjim God'je, lecz koszt jej zakupu zwrócił się z nawiązką już po kilku wyprawach, pozwalając mu zejść głębiej niż większości Samów. Otulając konstrukcję ramieniem, pewnie ale i zarazem delikatnie jak kibić kochanki, wolną dłonią zdjął górną pokrywę lampy. Jego nozdrzy dobiegł charakterystyczny, odpychający smród ryb przetworzonych wraz z wnętrznościami. Wstrzymując oddech Vedran zawiesił pokrywę na specjalnie do tego wyprofilowanym haku u jej podstawy i sięgnął do wewnętrznej kieszeni kubraka. Stamtąd wyciągnął długą, ciemnobrązową zapałkę, której czubkiem pewnym ruchem dłoni przeciągnął po szorstkiej powierzchni skalnego występu za swymi plecami. Nasączony patyczek zajął się ogniem już po pierwszej próbie i pozwolił mężczyźnie przenieść płomyk do specjalnego zbiorniczka w latarni. Lekki półmrok wokół Sama rozproszył się zauważalnie. Zamknąwszy lampę mężczyzna przewiesił szerokie koło przy pokrywie przez dziwacznego kształtu uchwyt na końcu wydobytego z kieszeni spodni przedmiotu. Podłużny, wykonany z jakiegoś lekkiego lecz wytrzymałego metalu kij posiadał regulowaną rączkę, która zależnie od potrzeb pozwalała rozsunąć kij na pożądaną długość. W odróżnieniu od latarni Petrova, ten wynalazek pochodził ze znalezisk Vedrana i szybko został przez niego zaadaptowany do roli przedłużenia zasięgu światła. Niejednokrotnie bowiem możliwość oświetlenia czegoś dalej – bądź wyżej – niż na łokieć, pozwalała znaleźć dodatkowe źródło dochodu. Lub zachować życie.
Zakładając plecak, Vedran raz jeszcze spojrzał na skrawek stalowoszarego nieba, wciąż jeszcze widoczny w szczelinie pomiędzy sufitem a szczytem drogi. Żegnał się z nim bez żalu, w zejściu do głębi Wąwozów upatrując szansy na poprawę samopoczucia. Już od rana bowiem pogoda na powierzchni była nie do zniesienia, ciężkie powietrze dawało tak naprawdę niewiele oddechu a towarzyszący duchocie upał wydawał się wręcz nienaturalny przy tak gęstej mgle otulającej całą okolicę. Vedran z doświadczenia wiedział, że temperatura w Wąwozach zawsze była o kilka - a na głębszych, najrzadziej przeszukiwanych poziomach, nawet o kilkanaście - stopni niższa, niż na powierzchni. Dzisiejsza wyprawa jawiła się mu więc jako wybawienie dla umęczonej gorącem głowy.
Nie marnując już ani chwili dłużej, Sam wzmocnił chwyt na rękojeści nieznacznie wydłużonego kijka i oświetlając drogę przed sobą, wznowił drogę w dół. Szare, brudne ściany wokół niego powoli zaczynały tracić swój poszarpany, naturalny kształt, ustępując regularności cechującej dzieła myśli ludzkiej. Dało się to dostrzec i bez wynalazku produkcji Petrova Kigzelovića, gdyż surowe ciemności podziemia wciąż rozpraszane były dzięki prześwitom w skalnym suficie, przez które w snopach światła wdzierały się nieśmiałe kłęby mgły, tworząc wręcz baśniowy widok. Vedran wiedział jednak, że tutaj od dawna nie było sensu niczego szukać – najwyższe sektory, z najlepszym dostępem do światła słonecznego, były wyszabrowane do cna, i to być może jeszcze zanim Vedran w ogóle się narodził. Dlatego, gdy zdradziecka nawierzchnia wyhamowała na chwilę swój pęd nieustannej pogoni za dnem i zbocze przeistoczyło się w niemalże proste klepisko, które pozwalało przejść na ścieżkę stworzoną z czarnej, szorstkiej materii rozlewającej się po bokach niczym zastygły wosk ze zgaszonej nagle świecy, mężczyzna nie skorzystał z tej okazji i szedł dalej. Już po kilkunastu krokach wznowił podróż drogą o jeszcze gwałtowniejszym spadku niż dotychczas. Tu dziur w sklepieniu było coraz mniej, aż w końcu przestały się pojawiać całkiem i tylko chwiejne światło latarni przedzierało się przez wszechobecny mrok, rozstępując go przed Vedranem. Jednak nawet ono nie było w stanie ukazać tego, co ciemność skrywała po obu stronach szerokiego na kilkanaście lub może nawet kilkadziesiąt łokci przejścia. Mężczyzna jednak wiedział to ze swoich licznych wypraw, które poświęcił tym właśnie sektorom. W swojej wyobraźni łatwo mógł zarysować obraz budowli, które się tu znajdowały. Nie wiadomo jak bardzo starych, lecz z pewnością starszych niż cokolwiek innego znanemu Vedranowi, zrujnowanych, straszących zwielokrotnioną czernią swych oczu. Jedne były rozległe, niskie, jak gdyby przylgnęły do ziemi aby nie stać się ofiarami szalejących nad nimi kataklizmów. Inne były znowuż smukłe, strzeliste, sięgające śmiało ku niebu – te zostały za swą zuchwałość ukarane, i choć nie brakowało też takich, które wierzchołkami wciąż sięgały do górnych sektorów, większość była strzaskana w pół, bądź przewrócona jak bezradny starzec pozbawiony laski i trwająca po dziś w smętnym, nienaturalnym pochyleniu – jeśli osuwając się, zdołały wesprzeć się na którymś z masywnych, kilkupiętrowych sześcianów. Te Vedran lubił najbardziej – ich liczne lecz nieznośnie ciasne pomieszczenia potrafiły okazać się istnymi skarbcami dla kogoś poszukującego szczątków dawnej technologii. Zwłaszcza, jeśli znajdowały się w kondygnacjach powyżej jakiegoś utrudniającego dostęp gruzowiska. Wówczas artretycznie poskręcane żebra balustrad, obrysowujących zewnętrzne podesty w większości z tych budowli, stwarzały świetną szansę zarobku komuś, kto nie boi się wspinaczki. Vedran zaś się nie bał, więc zawsze był skłonny przeszukać nawet najwyższe piętra, choćby to miało oznaczać balansowanie ciałem na kilkusetletnich prętach o co najmniej wątpliwej gwarancji wytrzymałości. Dlatego też odeszła od niego ostatnia kobieta, z którą był. Chciała, by przestał być Samem, aby zaczął żyć mniej niebezpiecznie, zarabiać na życie swymi zdolnościami mechanicznymi, zamiast proszeniem się o nagły zgon. Nie winił jej za strach, który odczuwała za ich oboje – doskonale wiedział, że życie Samów, obfitujące w niebezpieczeństwa, jest często również krótkie. Same zawały kilkusetletnich konstrukcji, które nikogo nie mogły dziwić, pochłonęły na przestrzeni wieków kilka tysięcy ofiar. Do tego dochodziły rzadsze, ale również zdarzające się upadki z wysokości, osunięcia gruntu, wybuchy starożytnych niewypałów czy wręcz zaginięcia, jeśli lekkomyślny poszukiwacz zapuścił się zbyt głęboko bez znajomości terenu. Vedran był wszystkich tych zagrożeń w pełni świadomy – dlatego nie powiedział ani słowa, gdy Vyera odchodziła. Nie była niczemu winna i on to wiedział. Ale nie potrafił postąpić inaczej.
Po dłuższej chwili ostrożnej wędrówki, Vedran w końcu przystanął. Był przekonany, że doskwierający mu upał zelżeje w chłodnym mroku podziemi, lecz ku jego zaskoczeniu nie odczuwał praktycznie żadnej różnicy. A jeśli już, to tylko na gorsze, bo do duchoty gorącego powietrza dołączył również ciężki zapach stęchlizny, zawsze dominujący w Wąwozach. Ocierając rękawem mokre od potu czoło, do którego lepiły się przydługie już kosmyki włosów, zdecydował się przejść w stronę budynków po lewej. Tutaj rozłożył nieco swój wydłużany kij i oświetlając latarnią ściany ponad swoją głową, zaczął iść wzdłuż muru, bacznie czegoś wypatrując. W końcu to znalazł – obtłuczona, niewyraźna, lecz była – tabliczka z nazwą ulicy i numerem budynku. Wtedy też dostrzegł, że jest o kilka bloków od numeru, którego poszukiwał. Zszedł więc jeszcze niżej, a gdy w końcu osiągnął pożądaną lokalizację, zstąpił ze zbocza na bardziej wyrównany poziom dawnej ulicy, na dobre pozostawiając za sobą ziejącą pustkę głębiny. Bywał już w jeszcze niższych sektorach, jednak nawet on, nazywany nieraz najlepszym Samem w Novyjim God'je – choć wiedział doskonale, że poprawność wymagała by użycia słów „najlepszym ż y j ą c y m” Samem, gdyż historia tego zawodu znała śmiałków którzy wzbogacili się o wiele bardziej od Vedrana, lecz ci nie mieli za to szczęścia dożyć jego wieku prawie czterdziestu lat – nigdy nie doszedł do samego końca tej drogi. Mówiło się, że Stary Pijak Honza, emerytowany Sam w którego żyłach płynęła już chyba wyłącznie wódka, był jedynym który dotarł do najniższych sektorów antycznego skupiska. On sam twierdził, że na samym dnie leży największa stalowa cukinia, jaką ktokolwiek w życiu widział. Ale Stary Pijak Honza nie zyskał swego przydomku za nic, toteż nawet najbardziej łatwowierni słuchacze mieli wątpliwości co do prawdziwości jego słów.
Odnalazłszy właściwą ulicę, Vedran już pewniej ruszył przed siebie. Wiedział, który sektor zamierza dziś przeszukać i chwila ta nadchodziła wielkimi krokami skórzanych butów. Wyminął kilkanaście przeszukanych już przez siebie budowli, dwa razy skręcił rozpoznając odpowiednią tablicę czy też charakterystycznie pogiętą, nadtopioną konstrukcję ze stali blokującą przejście w jedną z ulic. W końcu odnalazł poszukiwaną przez siebie gromadę niskich, dwu i trzypiętrowych budynków. Plan na dziś. Prosta robota.
Przeszukiwał budowlę po budowli, piętro po piętrze, pomieszczenie po pomieszczeniu. Z początku szczęście mu niezbyt dopisywało, i zaczynał podejrzewać, że cały ten kwartał został już przeszukany wielokrotnie. Po uważnym przegrzebaniu pierwszych dwóch ruin, w których nie znalazł żadnej technologii która nie zostałaby zredukowana – czy to wskutek Upadku czy też działań nieuważnych poszukiwaczy - do bezwartościowych szczątek, zaczął tracić nadzieję, że cokolwiek dzisiaj znajdzie. Tym bardziej zaskoczyło go znaleziska, jakie powitały go w trzecim budynku. Pierwszym był znaleziony w starej szufladzie Ręczniak - płaski, czarny prostokąt, nie większy od dłoni, z jednej strony matowy i połyskliwy z drugiej, oczywiście po przetarciu grubej warstwy kurzu. Przy jednej z krawędzi znajdowały się, namalowane lub wtopione w dziwny materiał, srebrzyste litery. Vedran uśmiechnął się lekko pod posiwiałym wąsem. Nigdy nie uczył się czytania zachodniego pisma, ale wiedział dobrze, co oznaczają te symbole. „Samsung”. - to od tego właśnie napisu, który ozdabiał sporą część dawnych technologii, wzięła się nazwa jego profesji. Ten konkretny artefakt był raczej powszechny, ale wciąż coś wart na właściwym rynku. Dużo ciekawsze okazało się drugie znalezisko – kanciasty, spłaszczony sześcian, szerszy niż dłoń lecz węższy niż łokieć. Obudowa z szarego, obtłuczonego materiału posiadała z jednej strony kilka przycisków oraz zarys mniejszego prostokąta, odznaczającego się pod palcami lekką wypukłością. Obce Vedranowi litery układały się w znaną mu całość. „SONY DVD PLAYER”. Nie zdołał powstrzymać uśmiechu. Taka technologia była już rzadkością. Rozejrzał się jeszcze po pomieszczeniu, z doświadczenia wiedząc, że przy takich przedmiotach często można znaleźć Lśniaki – płaskie jak paznokieć, okrągłe dzieła sztuki, malowane w rozmaite wzory na materiale, który z drugiej strony lśnił dziwnym, obcym blaskiem. Tutaj nie znalazł żadnych - być może zostały zabrane przez kogoś, kto przeoczył przy tym przedmiot prawdziwej wartości. Bowiem za samo szare pudełko czekała Vedrana sowita zapłata i to niezależnie od tego, do kogo się po nią zwróci. Do wyboru miał na przykład któregoś z próżnych Opiekunów bądź innych bogaczy ze skupiska, którzy lubili gromadzić wszystko z dawnych technologii, co miało lśniące powierzchnie lub liczne przyciski – traktowali to jak swoiste dzieła sztuki i prześcigali się między sobą w tworzeniu co wymyślniejszych kolekcji. Mógł też zwrócić się do kapłanów kultu Technologa, zawsze chętnie płacących za duże, okazałe sprzęty dawnej cywilizacji, dobrze wyglądające przy ołtarzu i skupiające wokół siebie grono zaciekawionych wiernych. Byli też Wstecznicy – ci najbardziej interesowali się Ręczniakami, a także ich większymi odpowiednikami o wyglądzie surowych, poczerniałych tablic, ale skupywali dużo rzeczy, najwięcej spośród wszystkich kupców. Nie było w tym nic dziwnego – w końcu Wstecznicy nazywali siebie poszukiwaczami wiedzy i żyli obsesją zrozumienia i odtworzenia dokonań sprzed Upadku. Oprócz przeprowadzania licznych badań i eksperymentów z dawnymi technologiami – co zdaniem Vedrana oznaczało niszczenie ich na wymyślne sposoby, inaczej nie potrzebowali by ciągle nowych okazów - byli też powiernikami wszelkiej wiedzy o dawnym świecie, jaką zdołano zachować poprzez przekazy ustne, choć te zdaniem niektórych były tak mętne i zniekształcone przez kolejne pokolenia, że bezużyteczne. To właśnie Wsteczniczka, nieżyjąca już Katja, zainteresowała Vedrana karierą Sama. Opowiedziała mu o dziejach ludzkości sprzed ponad trzystu lat, malując słowami iście baśniowy świat w którym technologia zaspokajała wszelkie ludzkie potrzeby, negując istnienie głodu, niedostatku, choroby czy nawet nudy. Opowiedziała o wymyślnych ludzkich artefaktach, i że wszystkie były ze sobą połączone niewidzialnymi więzami w masę zwaną Siecią – Vedran wiedział, że to głupie, ale wyobrażał to sobie jako wielką kopułę ze szkła zawieszoną nad światem, z odchodzącymi od niej szklanymi rurkami prowadzącymi do wszystkich tych urządzeń. W jego głowie miało to trochę sensu – w końcu szkło, którego receptura dziś pozostawała zapomnianą tajemnicą, było wówczas tak powszechne. Katja opowiedziała też o Upadku, który skończył tę erę nierealnego dobrobytu. O dniu, w którym cała ziemska technologia przestała działać, w mgnieniu oka udowadniając że największa potęga ludzkości była też jej największą słabością. Ponurej erze chaosu skąpanego w nienasyconym ogniu wojen. Niewielu ludzi zdołało przetrwać coś takiego. Ci, którzy nie zginęli podczas tych wydarzeń, w większości zmarli krótko później. Świat stał się niemalże bezludny i musiał odbudować się na nowo.
A potem Katja powiedziała mu, ile płacą dostawcom takich starych, niedziałających technologii. I tak został Samem. Nie widział w tym sensu, aby ktokolwiek chciał dawać aż tyle za tak bezużyteczne rupiecie, ale bardziej niż narzekanie interesowało go zarabianie. Rzucił wtedy praktykę mechanika i zajął się przeszukiwaniem pozostałości po dawnych skupiskach.
Czując, że nie zmarnował dnia, zaczął kierować się w drogę powrotną ku powierzchni. I tak przeszukanie tych trzech bloków zajęło mu dłużej, niż się spodziewał – musiał dopełniać lampę trzykrotnie, co oznaczało że minęło około pięciu godzin. Nie powinien tak się guzdrać, ale duchota spowalniała go, a upał otulał jego umysł miękką watą gnuśności, przez którą jego ruchy były powolniejsze. Zyskawszy jednak całkiem niezłe znaleziska, Sam wyszedł znów na koleinę i rozpoczął mozolną wędrówkę pod górę.
Prześwitujące zza rozrzedzonej mgły słońce chyliło się już ku zachodowi, kiedy Vedran wyszedł na powierzchnię. Czuł się bardziej zmęczony niż zwykle, a wyjście na nietypowy dla klimatu żar równiny wcale nie pomagało złapać oddechu. Na ostatnim odcinku dzielącym go od jego sapacza zmusił się jednak do szybszego kroku. Musiał napoić Witaliya, który na pewno nie zniósł dobrze tej pogody. Sam też był spragniony, zapas wody który wziął ze sobą pod powierzchnię, skończył mu się już kilka godzin temu. Marzył o tym, żeby wypłukać wyschnięte gardło z pyłu Wąwozów.
Masywna, kanciasta bryła okrytego brezentem sapacza wynurzyła się z mgły dokładnie tam, gdzie go zostawił. Witaliy spojrzał na Sama z urazą widoczną w jego ciemnych, inteligentnych oczach i nie dał się udobruchać byle drapaniem między sterczącymi uszami. Vedran poklepał osła po mokrej od potu szyi, wyszeptał mu do ucha kilka przepraszających słów i skierował się na tył sapacza, aby wziąć z paki wodę i załadować na nią sprzęt. Sięgnął po bukłak, spodziewając się przyjemnego ciężaru chlupoczącej zawartości. Zamiast tego odczuł nieznośną lekkość. Sprawdził pozostałe dwa bukłaki – wszędzie było to samo, jedynie po kilka łyków na samym dnie. Normalnie podejrzewałby kradzież, lecz tego dnia był skłonny przypuszczać zaistnienie mniej przyziemnych zjawisk. Odkorkował jeden z pojemników i powąchał ostrożnie jego zawartość. Miała jeszcze bardziej metaliczny zapach niż zwykle, lecz mogła to być wina upału. Przechylił ostrożnie bukłak, nabrał trochę wody w usta. Wypluł. Skrzywił się, czując dziwne, obce mrowienie na języku. Coś było nie tak. Postanawiając nie ryzykować zatrucia Witalija, z żalem odmówił mu napitku. Zamiast tego wsiadł do sapacza, postanawiając czym prędzej wracać do Novyjego Godu. Zaklął ponownie, gdy sprawdził poziom wody w silniku. Nie było jej wcale. Wysiadł w poszukiwaniu przecieku zbiornika lub nieszczelności zaworu, nie spodziewał się ich jednak znaleźć i w tej kwestii się nie przeliczył. Woda po prostu wyparowała. Być może nawet dosłownie, jednak wcale nie napędziło to zastygłego w bezruchu mechanizmu. Vedran rozejrzał się wokół, po mglistej równinie. Bez pary silnik sapacza był bezużyteczny, a w oślim tempie Witaliya nie zdążą dotrzeć do skupiska przed nocą. Musieli znaleźć wodę i schronienie.

Obudził się nagle, w środku upalnej nocy, sam nie wiedząc czemu. Spojrzał odruchowo na Witaliya, lecz zwierzę spało spokojnie obok, wycieńczone potrzebą ciągnięcia całego sapacza. Pogłaskał osła z wdzięcznością po czarnej grzywie, po czym zdał sobie sprawę, że zbudził go własny głód. Dobrze, że przynajmniej zaspokoili pragnienie. Woda w rzece była dziwnie ciepła i wcale nie lepsza w smaku od tego, co zostało w bukłakach, lecz Witaliy i tak wpił się w nią chciwie, więc i Vedran postanowił nie wybrzydzać. Wieczór spędził w cieniu potężnego, zarwanego mostu, wpatrzony w parujące odmęty Dniepru – znał tę rzekę dobrze, jak każdy. Podobno dopiero kiedy zatarła się dawna mapa granic, ludzie zaczęli znów odzyskiwać szacunek dla geograficznego znaczenia gór i rzek. Vedranowi wydawało się to dziwnym, jak w ogóle można było go utracić. Dzięki korytu, choćby tak na wpół wyschniętemu jak Dniepr, zawsze można było odnaleźć utraconą drogę.
Rozmyślając znów mimowolnie nad antycznym światem, uniósł spojrzenie ku prześwitom w poszyciu mostu. Mgła rozwiała się już, odsłaniając rozgwieżdżony nieboskłon. Przypatrywał się temu przez chwilę bez nadmiernej nostalgii, gdy zauważył przeciągły rozbłysk na niebie. W pierwszym odruchu wziął to za spadającą gwiazdę. Po chwili wciąż trwał w tym przekonaniu, jednak widział już, że nie może to być zwykłe zjawisko. Miast mignąć po niebie i zniknąć, warkocz komety ciągnął się za nią, a ona zdawała się rosnąć w oczach. Niebezpiecznie szybko rosnąć. Chwilę zajęło Vedranowi zrozumienie, że czymkolwiek jest owa gwiazda, kieruje się właśnie tutaj.
W niemym przerażeniu patrzył, jak skąpany w ogniu kształt zbliża się z zawrotną prędkością – i znika nagle za pobliskim wzniesieniem. Vedran spodziewał się hałasu, jakiegoś huku, może nawet wybuchu. Ku jego zdziwieniu, nie usłyszał niczego. Było przeraźliwie cicho. Walcząc z własnym instynktem samozachowawczym, wspiął się szybko po piaszczystym zboczu na brzeg dawnego koryta rzeki i pobiegł w stronę miejsca upadku. Wiedział, gdzie się kierować – w górę wznosił się stamtąd gęsty słup pary. Będąc już blisko, Sam spowolnił krok, spróbował uspokoić oddech. Nie wiedział, czego się może spodziewać, wolał więc zachować czujność. Gdy kłęby pary czy też dymu rozwiały się nieco, zobaczył najdziwniejszą rzecz w swoim życiu – wielkie jajo z lśniącej czerni. Po prawdzie nie było to do końca jajko, gdyż leżący poziomo kształt był dużo bardziej wydłużony, jednak skojarzenie było zbyt silne. Vedranowi przyszły nagle na myśl samoloty, o których opowiadał mu kiedyś kapłan Technologa. Latające sapacze, którymi wędrowali antyczni. Wtedy uznał to za bzdurę, lecz dzisiaj... Czy to możliwe, że to był właśnie jeden z nich?
- No co jest, czemu światła pogasiliście? Mało co a byśmy przeoczyli dobry adres! - głos który dobiegł go dokładnie zza jego pleców, ciężko było nazwać głosem. Był to raczej bulgot spienionego żwiru, jeżeli coś takiego mogło istnieć. Jednak mimo tej świadomości Vedran usłyszał go, jakby był to najczystszy Novoruski. Obrócił się odruchowo, z przestrachem. Ten nie znikł wcale, gdy stanął twarzą w – dość umowną- twarz przed najdziwniejszymi istotami jakie widział w życiu. Obydwie odziane były w jednakowe uniformy, jednak wówczas w ogóle na to nie zwrócił uwagi, zbytnio skupiony na ich powierzchowności. Jedyne czego w tej chwili był naprawdę pewien, to że żadna z nich nie była człowiekiem. Ta stojąca tuż przed nim na trzech nogach była przeraźliwie jadowitej barwy, z którą nigdy wcześniej się nie spotkał. Zdawała się nie mieć ust, nosa ani nawet powiek. Parę ciemnoczerwonych oczu otaczały jedynie dwie koliste narośle, zaczynające się u nasady czoła i kończące gdzieś pod oczami – lub na odwrót. Po obydwóch krańcach były tak zrośnięte z domniemaną głową przybysza, że Vedran nie miał pewności czy były to brwi sięgające aż pod brak nosa, czy też wąsy sterczące aż do czoła. Drugi stwór natomiast... Mężczyzna pożałował natychmiast, gdy zwrócił na niego swe spojrzenie. Wyglądał jak kupa świeżo wypatroszonych wnętrzności, gdyby nadać im barwę pogodnego fioletu. Ustalanie gdzie w tym dziwnym kłębowisku obślizgłości jest twarz, nie miało większych szans powodzenia – a mimo to wydało z siebie zaskakująco zrozumiałe brzmienia:
- A jesteś pewien, że to jest dobry adres? Znaczy... tylko popatrz na odczyty. Ani śladu wysokiej cywilizacji. To jest na pewno Terra? Współrzędne się zgadzają, odczuwam też ślady naszego komunikatu gratulacyjnego, ale... Ty. Człowiek. Gdzie Być Wasza Technologia? - tylko sobie znanym sposobem stwór zwrócił się bezpośrednio do oniemiałego Vedrana, w uniwersalnie obraźliwy sposób wykazując różnicę intelektualną między nimi. Ten, słysząc dobrze mu znane słowo, otrząsnął się nagle z otępienia w jakie popadł wskutek nierealności całej tej sytuacji. I sięgnął odruchowo do wewnętrznej kieszeni kubraka. Nie mówiąc ani słowa, na otwartej dłoni wyciągnął ku nim znalezionego niedawno Ręczniaka. Jedna z istot, ta na trzech nogach, złapała go za przegub trójpalczastą łapą i nachyliła się nisko. Żwir znowu zabulgotał i choć nie usłyszał tym razem w głowie tłumaczenia, sugestia przekleństwa była zaskakująco czytelna.
Czujesz to? - odezwał się do obrzydliwego towarzysza, nagle ożywiony – Powiedz mi, że się mylę. Powiedz, że to nie jest powtórka z Adnorry. Że nie usmażyliśmy naraz całej pierdolonej cywilizacji! Kurwa, przecież szefowie nas wywalą na zbity pysk! - tym razem, cokolwiek tłumaczyło mowę istot na Novoruski, nie zawiodło. - Co ja mówię, jak to się wyda to pójdziemy siedzieć! Kurwa!
Nie pójdziemy. - uspokoił go drugi. - Przylecieliśmy po Terranina i mamy Terranina. Nikt nic więcej nie musi wiedzieć. Nad człowieczkiem popracujemy po drodze, to będzie współpracował. Musi, dla dobra parytetu. Bierzemy go i w długą.
Vedran chrząknął głośno, czując że musi w końcu zapanować nad gardłem. Musiał coś powiedzieć. Jeśli nie teraz, to kiedy?

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.11.2017 20:27 przez Szczery.)
08.11.2017 16:02
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Eikichi Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,030
Dołączył: 31.07.2011
Skąd: San Escobar
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #3
RE: Story Cubes Dynamic - Układamy historię.
- Jak to w długą? Panowie... - Zastanowił się przed chwilę nad tym czy użył aby dobrego słowa. - Ja... Nie mam pojęcia kim państwo są, co się tutaj wyprawia i o czym jest mowa... - Mówiąc wgapiał się mniej więcej w środek "rozlfaczonego" kosmity.
- Ja wiem, że to może być dla ciebie szok… - Trójnogi wskazując dłonią na Sama, pytająco zawiesił głos.
- Vedran.
- A więc, szok Vedran. - Wznowił. - Ale mamy tutaj z kolegą Dahą – wskazał na towarzysza – bardzo ważną misję, zadanie i kurrrrrna koniecznie musisz z nami polecieć.
- I to natychmiastowo ponieważ. - kosmita nazwany Dahą zatrzymał się w pół słowa. - Już jesteśmy spóźnieni. No już już, chodź z nami.
- Nigdzie nie idę, ja…Ja mam swoje życie, hobby i pracę w jednym i właśnie miałem zostać bogaty i…
Nagle Sam poczuł delikatne ukłucie gdzieś nad biodrem i sekundę później cały jego świat okryła ciemność, czarna kurtyna, która przesłoniła jego umysł i zdusiła wszystkie zmysły. O niczym nie śnił, nie zdążył nawet pomyśleć, wyłączył się.

Kiedy otworzył oczy poczuł suchotę w gardle i oczach, tak jakby całkiem go odwodniono. Najpierw niczego nie widział, tylko zamazane sylwetki dwóch jegomości. Usłyszał też ich głosy, nie potrafił jednak ich zrozumieć, nie doszedł jeszcze na tyle do siebie.
Kiedy obraz się wyostrzył, a mózg Vedrana zaczął pomału wracać do normy, włączając takie funkcje jak „rozumienie sytuacji”, Sam zrozumiał co się z nim stało.
Został porwany.
Ta myśl zagrzmiała w jego umyśle. Dotarło do niego, że nie zobaczy przyjaciół, że całe jego życie zostało zrujnowane, zaczął się bać i ze strachu cicho załkał. Sucho gdyż odwodniony organizm nie potrafił wyprodukować łez.
Dwójka porywaczy, Daha i ten drugi, trójnogi coś do niego mówili, ale nie słuchał ich. Aż do momentu kiedy całkiem się otrząsnął i uspokoił. Zrozumiał, że przecież żyje i może uciec. Był Samem, a nie jakimś tam zwykłym sprzedawcą ryb, radził sobie w gorszych sytuacjach. Postanowił słuchać i obserwować.
Siedział w jakimś fotelu, nadspodziewanie wygodnym, czuł też wibracje, które pomału acz skutecznie relaksowały go i przywracały mu siły. Nie mógł jednak wstać, zupełnie jakby został przywiązany, ale nie widział żadnych sznurów.
Dali mu pić, jak mniemał wody, aczkolwiek nie pamiętał by kiedykolwiek wypił tak czystą wodę. Musieli coś do niej dodać, myślał w duchu.
Przed sobą widział wielki ekran, za którym migały światła o wielu kolorach, wydłużone, szybko zmieniające swe barwy. Vedran domyślał się, że został zaciągnięty na ich sapacza i że w tym momencie właśnie się przemieszczają, ale nie rozumiał dlaczego widok jest tak… niezwykły.
Obok niego walało się pełno różnych przedmiotów o kształtach i znaczeniu pozostającym tajemnicą dla Sama. To co jednak zdołał ustalić to fakt iż dwójka jegomości nie dbała o porządek. Sądząc po stanie podłogi, prawie wcale.
Daha i trójnogi, który jak się okazało miał na imię Pret'zel, siedzieli na własnych fotelach, tuż przed ekranem. Naciskali jakieś guziki rozmieszczone po panelu sterowania sapacza oraz używając wystającego przed jednym z fotelów drążka zakończonego połyskującą gałką, najwyraźniej sterowali machiną.
- To co? - Zagaił Daha. - Wybudziłeś się już na dobre Vedran? Może jeszcze wody?
- Nie będzie gadał, dalej jest w szoku.
- Już nie. - Dziarsko odszczekał człowiek. - I chcę wiedzieć gdzie jestem, teraz.
- Ho! Jaja widzę urosły, a przed godziną jeszcześ łkał, u was terran to chyba oznacza smutek? - Wyraźnie używał sobie Pret'zel. - Dobra już dobra człowieku, jesteś na pokładzie Czapli, zabieramy cię na Mafarę, planetę gdzie mieści się siedziba naszej agencji.
- I tam dowiesz się już reszty przyjacielu. - Przerwał trójnogiemu jego kolega. - Nie obraź się Vedran, po prostu my cię tam mamy dostarczyć, nie chcemy przekroczyć naszych upoważnień. Rozumiesz?
- Jesteśmy w powietrzu? Planetę?
- Jesteśmy w przestrzeni kosmicznej, a dokładnie w tunelu czasoprzestrzennym. - Całe ciało Dahy zatrzęsło się. - Normalnym sposobem, nawet podróżując z prędkością światła, droga zajęłaby nam… całe wieki.
- Przestrzeń kosmiczna to tam gdzie znajdują się gwiazdy. - Wyjaśnił Pret'zel. - Nie zapominaj Daha, że oni stracili technologię, nieświadomi są.
- No tak. Posłuchaj uważnie…
- Nie! Teraz to wy posłuchacie. Zabieracie mnie sobie siłą! Powtórzę, siłą z mojej Ziemi, dobrze rozumiem? Myślę, że tak… Jesteśmy w sapaczu, lecimy nim i jestem wam do czegoś potrzebny. - Nerwy uderzyły mu do głowy, zaczęło mu się w niej kręcić. - Gdzie jest Witaliy? Mój osiołek. - Dodał.
Z tyłu, zza fotela wyszedł zwierz, całkowicie normalny, zarżał.
- Dzień dobry Vedran. - Rzekł spokojnym głosem osioł.
- Ty mówisz? - Dawka emocji kotłująca się w człowieku pomału zaczynała przelewać czarę w jego umyśle, Sam poczuł słabość.
- I to jest twoje pierwsze pytanie przyjacielu? - Zwierz pokręcił łbem. - Żadnego „witaj”, albo „jak się czujesz Witaliy„? Nie, lepiej okazać zdziwienie… Nawet nie zwróciłeś uwagi na to, że jestem nagi, mi jest wstyd człowieku.
- On gada… - Powiedział cichym, zmęczonym głosem człowiek.
- Ah, to standardowa procedura. - Naukowym głosem powiedział Daha. - W przeciwieństwie do was, my… No w większości przynajmniej, szanujemy wszelkie życie i tak jakby pobudzamy ukryte w ich mózgach potencjały. Żebyś wiedział jakie wy macie krowy, niesamowite stworzenia, mistrzynie szachów! I zanim spytasz, żywimy się klonowanym mięsem, więc nie ma się co martwić o żarełko.
Widząc jego zdziwienie, cała trójka, w tym osioł, dali Vedranowi chwilę odpoczynku. Sam w życiu widział wiele, przeżył jeszcze więcej, ale i on potrzebował czasu do okiełznania tak niezwykłych okoliczności w których się znalazł.
- Możecie mnie odkuć? - Zapytał już po jakimś czasie.
Dwójka kosmitów spojrzała się po sobie pytająco, po czym Pret’zel wyjął z uniformu coś co przypominało ręczniaka i skierowawszy przedmiot w stronę człowieka, nacisnął guzik. Vedran niemal od razu poczuł swobodę ruchów. Pierwszym co zrobił było wyłamanie sobie knykci, następnie sprawdził czy może wstać, po upewnieniu się usiadł na powrót w fotelu.
- Może zaczniemy od początku? Słuchajcie, jeśli to takie ważne, to mogę wam pomóc, ale pod warunkiem, że po pierwsze, ja coś z tego będę miał, a po drugie, po wszystkim odstawicie mnie do mnie na Ziemię. Okej? - Starał się mówić pewnym siebie głosem.
Widział ich „twarze” i oczom nie wierzył w co się wpakował. Na szczęście nad sytuacją zaczęła dominować jego natura Sama, człowieka nieustraszonego i ciekawego czegoś nowego, strach zaczynał odchodzić. Dodatkowo oni wiedzieli o jego świecie coś czego on nie wiedział, coś co fascynowało go od czasu kiedy był jeszcze dzieckiem. Chciał poznać nieznane, a potem wrócić do domu i opowiedzieć o tym reszcie, a widząc tę technologię, te wszystkie artefakty z ich sapacza, wyobrażał sobie ile by za jedno takie cacko dostał.
- Dobra, aczkolwiek…
- Żadne aczkolwiek, zgadzamy się i tyle. - Powiedział szybko trójnogi. - Przystajemy na takie warunki, prawda Daha?
- Prawda. - Rzekł powoli i niepewnie rozflaczony.
- No to świetnie! Witaliy – człowiek spojrzał na swojego osła. - Jesteś ze mną?
- Jestem, ale wolałbym być ubrany. - Odpowiedział chowający się za jakimś chyba-meblem zwierz. - Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale wspominałem już o tym przyjacielu…

Po tym jak w urządzeniu nazwanym przez obcych „super drukarką 3D” pojawiło się ubranie idealnie pasujące na osła, w stylistyce przypominające uniformy noszone przez Pret’zla i Dahę, w tym samym miejscu kosmici wytworzyli jedzenie.
Ale nie jakieś dziwne, najprawdziwsze, doskonale znane Vedranowi z jego Ziemi pieczone mięso, białe, ptasie mięsko, chrupiące. Vedran zjadł je razem z Dahą. Później utworzono coś dla Witaliya, co przyjął z dozą nieufności, ale zjadł wszystko, a na końcu jakiś duży słoik pełen niebieskiego płynu, dla trójnogiego. Pret’zel wtarł płyn w głowę i resztę ciała, wyjaśniając Vedranowi, że jego rasa właśnie w ten sposób wchłania składniki odżywcze. Przechwalał się również tym, że zatracenie otworu gębowego świadczyło jakoby o postępie w ewolucji. Vedran choć nie powiedział tego na głos nie chciał sobie nawet wyobrażać jak wyglądało życie bez ust i nie myślał jedynie o jedzeniu.
Okazało się, że jego porywacze podobnie jak Ziemianie korzystali z godzinowego systemu mierzenia czasu. Podobno był on uniwersalny we wszechświecie i wielu wielkich naukowców głowiło się od milionów lat nad tym w jaki sposób tak gargantuiczna ilość ras dochodziła do tego samego sposobu mierzenia czasu.
Jednak Vedrana interesowało coś innego, był niezmiernie ciekaw nowej planety na którą lecieli, a także powodów jego zabrania z Ziemi. Mafara, miejsce do którego płynęli w tym jak to nazywali tunelu czasoprzestrzennym rozbudzała jego wyobraźnię.
Nagle coś wybudziło go z rozmyślań, pokładem Czapli potężnie zatrzęsło, a widok zza ekranu tak jakby zaczął zwalniać, zatrzymał się, a w końcu Vedran poczuł szarpnięcie i zrozumiał, że lecą do tyłu.
Usłyszał chrupot żwiru, który rozumiał już jako przekleństwo Pret’zla, obcy klął jak szewc i uderzał pięściami o blat kontrolny.
- Kurwa!
- Co jest stary? - Daha zerwał się z fotela, wcześniej spał.
- Ściągacz! To jest!
- O co chodzi? - Zapytał zdezorientowany Vedran. - Czemu się cofamy?
Pret’zel wstał od gałki do sterowania. Podszedł do szafy i wyciągnął z niej kilka podłużnych kijów, choć bardziej prostopadłościanów, z których mniej więcej w jednej trzeciej długości pod kątem trzydziestu stopni wyrastała jakby krótka gałąź. Kijki na dłuższym końcu świeciły się w kilku miejscach jasnym światłem.
Trójnogi rzucił jeden przedmiot Dasze, a drugi Vedranowi.
- Szyba instrukcja obsługi blastera - powiedział grobowym tonem – widzisz ten dzyndzel o tam? Przy złamaniu złamasie! - podszedł i pokazał człowiekowi. - O tak, w ten sposób trzymasz, światełka kurwa w stronę gdzie stoi ktoś do kogo celujesz, zwalniasz spust, ten dzyndzel właśnie, o tak, dokładnie ten, ale jeszcze kurwa nie teraz! No… reszta dzieje się sama, tylko nie trzymaj za długo.
- Ale po co to?
- Po to - Odezwał się Daha, rzekomy blaster w jakiś dziwny, niezrozumiały sposób trzymał się boku jego flakowatego ciała - żeby się obronić. Naszą Czaplę schwytał ściągacz, to takie jakby światełko, tylko skupione w podłużnej postaci, taki laser, jak trafi mniejszy lub nie posiadający specjalnych…
- Cholernie drogich… - Wtrącił Pret’zel.
- Osłon, statek, to działa na mniejszą jednostkę jak magnes i ściąga ją do siebie.
- Rozumiem, że nie robią tego sojusznicy, a my mamy się bronić?
- Szybko chwytasz. Dokładnie tak. - Pret’zel przesunął suwakiem na swej broni, gestem nakazał człowiekowi zrobienie tego samego.
- Kto to może być? - Vedran poczuł uwalniającą się w jego ciele adrenalinę.
- Najpewniej Republika Dagar, tobie to dużo nie gada, ale jeśli nie oni to się zdziwię. Posłuchaj Vedran, Dagarowie są niezwykle lubującą się w wojnach rasą, no niemalże jak wy ludzie.
- U nas nie ma wojen. Ale wiem, że były, dawno temu.
- Wyobraź więc sobie, że tutaj są ciągle, w kosmosie w sensie, a czarna dziura jej mać Republika Dagaru prowadzi wojenek całe mnóstwo. Większość konfliktów to ich sprawka.
- Musimy mieć okropnego pecha. - Smutnym głosem rzekł Daha. - Gdy tutaj lecieliśmy przestrzeń należała jeszcze do sojuszniczego nam kosmo-państwa, ale widocznie coś się zmieniło i teraz Dagarowie patrolują te okolice.
- Kurwa… gdybyśmy wiedzieli…
- Co możemy zrobić? - Vedran zauważył, że z ich czwórki, on jako jedyny się aż tak nie denerwuje. - Będziemy walczyć?
- Jeśli zajdzie taka potrzeba, ale najpierw spróbujemy ich przekupić, zawszeni demokraci uwielbiają łapówki.
- To po co ta broń w takim razie? Zobaczą ją i od razu do nas strzelą.
Dwójka obcych wydała z siebie odgłosy, które Samowi od razu skojarzyły się ze śmiechem.
- Jeśli nie przywitamy ich z wycelowanymi w nich lufami, to nie zdążymy zamienić nawet jednego słowa.
Czekali cierpliwie. Pot perlił się na czole człowieka, z deszczu pod rynnę myślał, ale nie zamierzał tanio sprzedać skóry, nie kiedy się dogadał i miał poznać tajemnice kosmosu. Co tam Wąwozy! Gdy wróci do Novyjego Godu zostanie ogłoszony największym Samem w historii świata! Teraz jednak czekał razem z pozostałymi, wpatrzony w drzwi.
Tak samo nagle jak przy rozpoczęciu ściągania proces zakończył się. Nie znajdowali już się w tunelu czasoprzestrzennym, a zwykłej próżni. Za szybą świeciły odległe o nie wiadomo jak wiele parseków gwiazdy. Pasażerowie Czapli poczuli ruch obrotowy statku. Daha wyjaśnił mu, że ustawiają ich tak by mogli rozpocząć dokowanie. Vedran mógł się jedynie domyślać co to oznacza.
W oknie zauważył potężnego czarnego molocha, podłużnego sapacza, z tej perspektywy wyglądającego na co najmniej kilkanaście razy większego od ich statku. Vedran usłyszał jak jego towarzysze wzdychają z ulgą.
- Na szczęście to tylko patrolowiec. Jest szansa, że ich przekupimy.
Właz do Czapli w bezgłośny sposób zwolnił zasuwy i drzwi przesunęły się w lewą stronę, niknąc w ścianie statku. Przed oczami człowieka pojawiło się trzech Dagarów ubranych w podobne do jego towarzyszy uniformy, z tą różnicą, że te najeźdźców pomalowano na czarno-czerwony kolory.
Byli tej samej rasy, humanoidzi, z dwoma parami rąk o czterech palcach. Dwóch idących po bokach nosiło po dwa blastery naraz. Ten pośrodku nie był uzbrojony, nosił też na głowie czapkę.
Rasę tę jak zauważył Vedran charakteryzowała trójka oczu o różnych kolorach każde, małe nosy i lekko zarysowana linia ust. Jedak tym na co człowiek w pierwszej chwili zwrócił uwagę była skóra kosmitów, wyglądająca niby bandaże, tak jakby ktoś niechlujnie owinął nimi jakiegoś dziwacznego człowieka. Vedran nie wiedział o tym, ale starożytni Egipcjanie przyrównali by Dagarów do dziwnych mumii.
- A nie mówiłem żołnierze? - Odezwał się bardzo spokojnym i okraszonym niezwykłą dykcją głosem Dagar idący w środku. - Żadnych ciastek i kawy, co wygrywam?
- Nikt nie przyjął zakładu kapitanie.
- Ano tak, zapomniałem. - Oficer uśmiechnął się. - Panowie panie i inni. - zwrócił się uśmiechnięty do załogi Czapli. - Ja nazywam się Luca, a to moi wspaniali podkomendni, Pablo i Giorgio. Jako, że znajdują się państwo na terytorium Republiki Dagaru, na mocy prawa nadanego mi przez samego prezydenta – uniósł wszystkie cztery ręce - chwała mu i cześć, ściągnęliśmy was by przeprowadzić wywiadzik.
- W sprawie tego, wywiadziku. - Przerwał Pret’zel. - Na ile możemy się dogadać?
- Nalegam o cierpliwość. - Luca spojrzał na swego podkomendnego. - Pablo zapisać proszę: na statku o rejestracji 007RPK znaleziono jednego preca, flakera, a także hohoho terranina? No to proszę państwa ja nie wiem czy państwo wiedzą, ale przewóz terran jest w republice niedozwolony. W tym wypadku musimy was zabić.
- I znowu pominięty… - Powiedział wyprzedzając komentarze całej reszty Witalyi. - Jak zawsze, w końcu jestem tylko osłem…
Kapitan zesztywniał nagle, chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił. Vedranowi wydawało się, że oficer w jakiś niezwykły dla ludzi sposób wpadł w zachwyt.
- Dagarowi jak mnie, komuś kto wiele widział ciężko jest czasem uwierzyć w humanitaryzm we wszechświecie. A jednak – palcem dolnej prawej ręki wskazał na osiołka. - Nadzieja istnieje. Ubraliście go, widać po nim, że jest najedzony, sierść zadbana, umysł uwolniony, piękna robota. - Westchnął. - Pablo, Giorgio, nie zabijamy ich.
- Czyli wielki kapitanie możemy zacząć rozmawiać o małej nagrodzie? - Pret’zel jeszcze przed chwilą o mało nie zemdlał, ale trzymał fason, sprawę trzeba było domknąć.
- Nic z tego, zabieramy was na nasz statek. Sprawa z terraninem ciągle obowiązuje, to poważne wykroczenie, humanitaryzm uratował was przed śmiercią, ale nie przed karą.
Vedran przypomniał sobie co ma zrobić z blasterem, jak go użyć. Dać się aresztować? Nic z tego, oj nic z tego. Nie miał zamiaru trafić za kratki, przecież jego przygoda dopiero co się zaczęła, perspektywa niewiadomej kary w ogóle do niego nie trafiała.
I zapewne wystrzeliłby, może nawet zabił jednego z Dagarów, ale los na to nie pozwolił. Los postanowił poigrać sobie z nimi wszystkimi objawiając się w postaci innego, większego statku, który rozpoczął ostrzał do dagarskiego.
Zasłonięte cieniem oczy najeźdźców zmieniły barwę na krwisto-czerwoną. Kapitan zupełnie inaczej niż wskazywało jego wcześniejsze zachowanie przeklął szpetnie i wymachując kończynami pogonił swych żołnierzy z powrotem na ich okręt. Moment później drzwi zasunęły się i po odwiedzinach pozostało żywe wspomnienie.
Vedran zauważył, że chłopaki rzucają na ziemię swoje blastery i czym prędzej zasiadają za sterami ich statku. Rozumiejąc powagę sytuacji usiadł na uznawanym już przez niego jako jego własnym fotelu i chwycił się oparć.
Sekundę później wystartowali, a ciągu kilkunastu następnych weszli w tunel.
Daha z nerwów zwalił się na podłogę.
- Udało się… uciekliśmy im… - Mówił drgającym głosem leżąc.
- Nie będą nas ścigać?
- Którzy Vedran? - Zapytał ściskając drążek Pret’zel. - Dagarowie na pewno, chyba, że wylecimy poza ich terytorium, musimy cholernie szybko dowiedzieć się dokąd teraz sięga.
- A ci drudzy?
- Nie mamy pojęcia kto to może być. - Daha wstał już, na tę część siebie, która mogła robić u niego za nogi. - Najważniejsze, że żyjemy.
- No to panowie. Na Mefarę! - Krzyknął entuzjastycznie człowiek, chciał trochę uspokoić swoich nowych towarzyszy oraz Witalyia.


[Obrazek: dB4Eis3.jpg]
09.11.2017 18:28
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Ponury Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,878
Dołączył: 03.07.2013
Skąd: tan zapach?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #4
RE: Story Cubes Dynamic - Układamy historię.
Od Mefary dzieliło ich jeszcze, jak to określił Daha, „5 skoków w nadprzestrzeń”…
Czymkolwiek była ta „nadprzestrzeń”…
Vedran siedział w skupieniu patrząc na zmieniające się obrazy na małym, przenośnym ekranie. Tak podobnym do tych znalezisk z Ziemi.
Obcy puścili mu jakiś film edukacyjny.
Wiele pytań kotłowało się w głowie Sama. Do tej pory życie stanowiło rutynę, nawet głębokie zejścia do kanionu nie stanowiły dla niego takiego wyzwania przed jakim stanął teraz.
Wreszcie coś nowego!
Nowe światy i rzadkie zdobycze. Ciekawe w czym płacą na tej Metanie?
Pozna nowych ludzi… Znaczy się kosmitów.
Pewnie nie wszyscy będą przyjaźnie nastawieni. Jak chociażby ci trójocy Dagarowie.
Tyle niewiadomych. To było ekscytujące i przerażające zarazem.
Z zamyślenia wyrwał go głos Pret'zela:
- Słuchaj, do tej pory używaliśmy pola translacyjnego…
- Czego?
- Eeee… Takiej sfery w której mogliśmy się porozumieć. Jednak nie wszędzie będzie można jej użyć, więc masz to.
Kosmita podał mu cylindryczny przedmiot z cieką igłą.
- To są mikroby Bab’il’onu. Malutkie pasożyty, które zagnieżdżają ci się w ośrodku mowy. Pozwalają zrozumieć większość języków w znanym nam wszechświecie. Tylko jest pewien haczyk…
- Tak?
- Mogą wystąpić skutki uboczne…Zależne od rasy. Najczęściej u ludzi pojawia się wysypka, chwilowy niedowład kończyn lub zmiana płci.
- Co?
- Wiem, że niedowład brzmi strasznie…
- TO OSTATNIE!
- Zmiana płci. Myślałem, że to nic wielkiego.
- Bo twoja rasa Precwelu jest 12 płciowa! – Krzyknął zza sterów Daha.
- 12? To jak wy się? Zresztą nieważne!
- Gatunek Genderomanów słynie z dużej różnorodności… Takie mamy DNA! Ale by długo o tym opowiadać. To jak będzie z tymi mikrobami?

[Obrazek: Nowy_obraz_mapy_bitowej.jpg]
WYBIERZ WARTOŚCIOWE FRANKY!!!
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.11.2017 05:40 przez Ponury.)
15.11.2017 19:03
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 5,501
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #5
RE: Story Cubes Dynamic - Układamy historię.
Vedran bez chwili wahania pokazał gestem płaskiej dłoni, że nie jest tą propozycją zainteresowany. To nie spodobało się jego gospodarzom, bowiem nastręczało to niewygodnych problemów, ale Terranin nie wydawał się tym specjalnie przejmować. Nie uśmiechało mu się ani dzielenia odtąd ciała z jakimś pasożytem, ani narażenie się na tak poważne skutki uboczne. Oczywiście jako człowiek trudniący się zawodem Sama od dawna żył z ryzykiem za pan brat, ale wszystko miało swoje granice. Pret’zelowi się to nie uśmiechało i nawet chciał coś powiedzieć, ale to nic w porównaniu do Dahy, który najchętniej by te mikroboty w Sama wmusił. Kłopot polegał jednak na tym, że już raz jego osobiste prawa pogwałcili. Co prawda wyznawali zasadę „raz o niczym nie świadczy”, ale zasada ta nie była ustanowiona formalnie. Choć więc najchętniej zrobiłby co trzeba, po usilnych błaganiach kolegi Pret’zla „Stary, wylądujemy za to w kryminale!”, ostatecznie odpuścił.
I tak droga im mijała raczej spokojnie, zresztą baza znajdowała się już niedaleko.


Mefara, planeta, gdzie znajdowała się główna kwatera sił, czy raczej organizacji, do której należeli Daha i Pret’zel. Planeta ta była niewielka i nie zamieszkała, toteż idealnie do tej roli się nadawała. Właściwie mało kto o niej słyszał. Powierzchnię jej stanowił ziarnisty karmazynowy pył. Roślinność była tam raczej uboga. Większość połaci porastały co najwyżej krzewy i krzewinki. To właśnie one skrzętnie kamuflowały olbrzymi właz prowadzący do znajdującej się pod ziemią bazy.
Choć na co dzień tutejsza klasa robotnicza nie narzekała na nudę, dziś panowało wyjątkowe poruszenie. I nie chodziło tutaj jedynie o dość elektryzującą wieść, że chłopaki Daha i Pretzel lecą tu z Terraninem, o czym zdążyli już stosownie wszystkich poinformować alfabetem morsa: „Się macie, mamy Terranina, który zgodził się nam pomóc! Szykujcie bibę!” Nie. Kłopot polegał na tym, że Dagarowie, bez powodu uzurpowali sobie prawo do większej przestrzeni kosmicznej, niż to widniało w papierach. Burmistrz jednej z planety „Ekstremalnie Niebezpieczna”, prosił o kontakt z nimi, gdyż, jak sam widział po palonych domach, ich odwiedziny miały charakter niebezpiecznie zbliżony do inwazji, ale u Dagarów ciągle włączało się irytujące połączenie z konsultantem, z którego nic nie wynikało. Ostatecznie, Mefara i z samym burmistrzem utraciła kontakt. Szykowano więc się do wysłania eskadry Orłów, elitarnej jednostki bojowej, która miała polecieć na wyżej wymienioną planetę zobaczyć, co się tam dzieje. Kłopot jednak polegał na skompletowaniu drużyny, która zatruła się kapustą i, delikatnie rzecz ujmując, była tego dnia, (zresztą nie tylko tego) niedyspozycyjna. Sytuacja z pozoru wydawała się błaha, jednak jeden z bardzo ambitnych członków tejże organizacji, niejaki Gacek Frogowski, odkrył, co naprawdę za tym stało. Jego długi, wścibski nos, o którym krążyły niewybredne żarty po całym ośrodku, wyczuł, że coś tu śmierdziało i to wcale nie był zapach zepsutej kapusty. Na sztuce kulinarnej się nie znał, nie potrafił nawet odróżnić zgniłych owoców od świeżych, więc czego jak czego, ale tego nikt po nim nie oczekiwał. Wykrył natomiast znacznie gorszy fetor. A nic nie śmierdziało tak, jak zdrada. Okazało się bowiem, że mniej więcej w tym samym czasie kiedy kucharz, Cylon, przyjmował skrzynie ze „świeżą kapustą”, odebrał sygnał z Republiki, że ta szykuje się do inwazji. Między innymi na Ekstremalnie Niebezpieczną. Krótko mówiąc kolaborował z wrogiem, a pod przykrywką „niefortunnego zatrucia” krył się najzwyczajniejszy w świecie sabotaż, który miał sparaliżować możliwości wojenne głównej kwatery. Oczywiście kucharza za to rozstrzelano, ale to kondycji żołnierzom nie wróciło. Gacek liczył, że za wykrycie tego spisku na pewno to on otrzyma nagrodę pracownika roku, a może nawet i awans. Ale oto nadciągały czarne chmury w postaci statku Czapli, na którego pokładzie znajdował się Terranin. Niebieski stwór przy akompaniamencie typowego dla siebie żabiego rechotu, nadymając swoje policzki do niemożliwości, uderzył ze złości swoimi płazimi łapami w nowo odpicowane biurko.
- Do diaska! Czy ci Dagarowie nie potrafią zrobić niczego porządnie?! – zaraz potem zakrył gębę, obawiając się, czy aby tego ostatniego zdania nie usłyszał ktoś niepowołany. Rozejrzał się nerwowo, ale jego koledzy, siedzący w podobnym pomieszczeniu jak on, za szybami, zdawali się zachowywać tak, jakby niczego nie słyszeli. Zresztą zaraz w duchu się uspokoił. W końcu tylko na nich ponarzekał, co w najgorszym razie można zrzucić na karb zazdrości. Nie było to coś, co jednoznacznie wiązało go z incydentem, jak się okazuje, wcale nie takim przypadkowym, zatrzymania załogi Czapli przez Lucę i jego ludzi. Jednak, świadomie lub nie świadomie, człowiek od Dragarów pokpił sprawę, bo patrol nie wiedział, ani z kim ma do czynienia, ani że Terranin nie może dotrzeć do miejsca docelowego. Żabiej istocie pozostało jedno, robić dobrą minę do złej gry. No i ewentualnie liczyć na to, żeby kolegom powinęła się noga. Choć jego złowrogi uśmieszek, który w tejże chwili pojawił się na jego szpetnej mordzie, oraz zacierania rąk, wyraźnie zdradzały, że nie ma zamiaru powierzyć sprawy ślepemu losowi.


Po wcale nie aż tak długiej podróży, załoga Czapli z Samem na swym pokładzie, dotarła na planetę Mefara. W pierwszej chwili Vedran czuł się nieco rozczarowany, oglądając z okna planetę, na której za chwilę mieli wylądować. Trudno mu się było dziwić. Kosmos, wysoka, nieznana mu technologia, spodziewał się więc ogromnej, monumentalnej budowli w stylu, którego nawet nie potrafiłby określić słowami, a tu goła ziemia. I choć człowiek zachował to w myślach, to jego parzystokopytny towarzysz, nie omieszkał okrasić tego niestosownym komentarzem.
- To tutaj lecieliśmy? Na jakieś kosmiczne zadupie? – prychnął osioł, nie kryjąc zawodu.
O ile Pret’cela niespecjalnie to ruszyło, no bo czemu miałoby go obchodzić zdanie jakiejś kobyły, tak w Dasze zawrzało. Tym bardziej, że od dziecka marzył, by pracować dla tajnej organizacji, a ta była tak tajna, że nawet jak kończył studia, to o niej jeszcze nie wiedział. Głównie dlatego, że była pozarządowa, co jeszcze bardziej go kręciło. A tu teraz ktoś miał czelność wyrażać niepochlebną opinię o jego drugim domu. Ledwie zdołał utrzymać nerwy na wodzy, ale najważniejsze, że się opanował.
Gdy statek zbliżył się odpowiednio blisko do powierzchni ziemi, nagle ta jakby się rozstąpiła, a przynajmniej tak wydawało się w tej chwili Samowi i Witaliyowi, którzy ze zdziwienia aż rozdziawili gęby. Ogromne połówki stalowej okrągłej płyty, przysypane dla kamuflażu ziarnistym pyłem i obrośnięte bujnie krzewami, zaczęły się rozsuwać umożliwiając lądowanie statku kosmicznego w głębi rozświetlonej bazy. Gdy Statek już zniknął w głębi ziemi, płyty ponownie się zasunęły. Vedran nie mógł się nadziwić ich technologii. Przez głowę mimowolnie przeszła mu myśl, jakich to odkryć mógłby dokonać, gdyby posiadał takie oświetlenie, jak tu mają.
- No, jesteśmy na miejscu, wysiadka – Oznajmił Pret’zel, po czym wszyscy troje opuścili okręt, zupełnie zapominając o ośle, który poszedł na szybko skorzystać z pokładowej toalety. Tłum w liczbie blisko tuzina obcych wiwatował na ich cześć. Co prawda mieli urwanie głowy, ale zarządzono piętnaście minut przerwy. W sam raz na powitanie kolegów, czy jak to inni widzieli, na szlugorosa. Grono to nie wyglądało może zbyt imponująco, ale biorąc pod uwagę świeżo-nieświeży kapuściany incydent, to i tak aż dziw, że tyle osób mogło jeszcze prawidłowo funkcjonować. Kosmici witali się z załogą Czapli przez podanie ręki, tudzież innej kończyny, a także się czule obejmowali i całowali w policzek. O ile jeszcze te pierwsze powitalne gesty Terranin rozumiał, tak ten ostatni bardzo mu się nie podobał i miał szczerą nadzieję, że nikt nie będzie się z nim tak witał. Tym bardziej, że kosmici wyglądali w jego mniemaniu niezbyt urodziwie, choć w porównaniu do fioletowego towarzysza z Czapli, mogli śmiało startować do konkursu przystojności. Zauważył jednak, że dziwnym trafem wszystkie te większe czułości jakoś tak omijają Daszę, postanowił więc strategicznie stanąć za nim.
Po chwili grupa się rozstąpiła, a do Pret’zla podszedł glutopodobny zielony jegomość w granatowym, skrojonym (na ile to w takim wypadku możliwe) mundurze. Obok niego stanęło coś, co Vedran mógłby przysiąc, do złudzenia przypominało wyrośniętego patyczaka, tyle że w granatowym mundurze i z czapką wysokiego stopniem oficera. Mokujin, bo tak nazywał się ów jegomość, był tak naprawdę głównym dowódcą tej bazy. Sama jego obecność świadczyła, że Daha i Pret’zel spisali się na medal. Był on jednak bardzo oszczędny w słowach. Podczas gdy glutopodobna istota gratulowała chłopakom świetnie wypełnionego zadania i ochoczo ściskała z nimi prawicę, Mokujin tylko uśmiechnął się pod wąsem i zasalutował. To jednak wystarczyło. Przekaz był jasny. Daha mało się nie popłakał, choć i tak nikt by tego raczej nie zauważył, bo niektórzy, choć dobrze się z nim znali, dalej nie do końca wiedzieli, gdzie on ma oczy. Również i Frogowski udał się powitać wracających z podróży gości. Robił to niechętnie, ale musiał stwarzać pozory. Zresztą byłoby to dziwnym, gdyby się nie pojawił. Podszedł więc do Pret’zla i wymownie go wyściskał.
- Stary, jesteś nareszcie! – objął kolegę z roku – Słyszałem, że udało Wam się sprowadzić tutaj Terranina! – zagaił jakby nigdy nic Frogowski.
- Hehe! Ano trafiło się ślepej kurze ziarno! – odparł niezbyt skromnie, odwzajemniając czułości.
A żebyś wiedział, że ślepej – odpowiedział sobie w myślach z przekąsem Gacek, ale nie dał tego po sobie poznać.
- No to gdzie macie tego cudownego Terranina?
- A tam się chowa – wskazał odnużą za Daszę. – Vedran, a ty co się tak kryjesz przed wszystkimi? Spokojnie, przecież cię nie zjedzą.
- Nie chciałem przeszkadzać – poprawiając sobie kapelusz odparł pewny siebie, choć w rzeczywistości mijał się z prawdą.
- Nonsens – Daha przesunął swoje cielsko.
- No, nie stójmy tu tak na lądowisku, nie stójmy. Chodźmy do pokoju narad, no chodźmy – poganiał jak to zwykle miał w swoim zwyczaju oficer, który otrzymał na obiekcie pseudonim Glutek. Głównodowodzący tylko skinął ręką w zapraszającym geście. Wszyscy ruszyli dziarskim krokiem, tudzież suwem, w kierunku dużych szklanych drzwi oddalając się od statku.
- A pana – zielony glut zwrócił się w stronę Verdana – proszę, aby udał się ze mną do sekcji oczyszczenia. W końcu musimy poddać pana kąpieli w płynie bakteriobójczym i spryskać płynem antywirus, musimy! Co by mieć pewność, że nie przywiózł pan ze sobą jakiejś cholery albo innej choroby ze swojej planety.
W głowie mężczyzny, który słyszał tylko niezrozumiały dla siebie bulgot pojawiło się mnóstwo znaków zapytania. Wiedział jednak, że z jakiegoś nie do końca zrozumiałego dla siebie powodu, jest dla nich cenny, toteż nie może chodzić o nic strasznego. Uśmiechnął się więc pół szczerze i poszedł za Glutem.
Za nimi ruszył Gacek, który zwietrzył w tym momencie okazję dla siebie. A może uda mu się dowieść, że załoga Czapli dopuściła się nadużyć względem Terranina, za co zostaliby być może zawieszeni, a może nawet postawieni przed sądem? Te i inne pytania kłębiły mu się w głowie, dodając nadziei, że jeszcze może wyjść na prostą i pogrążyć swoich kolegów.

PS Powinęła się noga to ta laska.

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2017 18:13 przez Komimasa.)
22.11.2017 14:15
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,688
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #6
RE: Story Cubes Dynamic - Układamy historię.
No to jak nie ma chętnych, to trudno. Teraz ja.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

27.11.2017 08:39
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 4,688
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #7
RE: Story Cubes Dynamic - Układamy historię.
Uroczyste powitanie przebiec miało jak wiele innych uroczystych powitań w całej galaktyce. Nim jednak mogło nastąpić, przedstawiciel obcego gatunku w postaci Vedrana musiał zostać poddany pieczołowitej opiece zespołu medycznego. Niewiele, a właściwie nic nie rozumiejący ziemianin poprowadzony został długim korytarzem, który zdawał się być wydrążony w litej stali. Pochodzące z regularnie rozwieszonych lamp, świetlne refleksy rozchodzące się po wypolerowanej, łukowatej powierzchni ścian i sufitu nieodmiennie rozpraszały mężczyznę. Jednak nawet i bez tego, koncentracja na niekończącym się bulgocie jednego z przewodników była utrudniona barierą językową. Najwyraźniej nieświadom tej przeszkody, szlamowaty osobnik w granatowym mundurze wydawał z siebie rozmaite dźwięki bez żadnej słyszalnej chwili na oddech, przez co Vedran zaczął się przez chwilę zastanawiać, czy zielonkawy stwór w ogóle musi oddychać. Po przejściu przez parę automatycznie podnoszonych drzwi, których cichy szmer przyprawiał Sama o dziwną irytację, znaleźli się wszyscy pięcioro – Vedran, glutowaty, dwóch identycznych, bezokich, beznosych i bezustych kosmitów o bladoszarej skórze i jednakowo nienaturalnie białych mundurach, oraz żabiej urody, długonosy typ, który dogonił ich w połowie drogi – w ślepym zaułku. Tak przynajmniej wydawało się zaniepokojonemu terraninowi, który poczuł się osaczony z chwilą, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi. Rzucając baczne spojrzenia na potencjalnych przeciwników, oparł się szybko plecami o ścianę i podniósł gardę, próbując przewidzieć, kto zaatakuje go pierwszy. Stawiał na długonosego, któremu naprawdę paskudnie patrzyło ze ślepi, jednak był świadom tego, że w tym może kryć się przewaga bezokich bliźniaków. Wszyscy jednak postanowili całkowicie zignorować jego bojową pozę, stając do niego plecami. Bulgocząca paplanina szlamowatego trwała dalej, gdy jeden z biało odzianych sięgnął do świetlistego kawałka ściany. Momentalnie całym pomieszczeniem szarpnęło, a Vedrana ogarnęło dziwne uczucie wytłumionego pędu, wywracające mu pusty żołądek i odzywające się nieznośnym wrażeniem, jakby ktoś wysysał mu zawartość uszu. Przez chwilę myślał, łapiąc się oburącz za głowę, że użyto na nim jakiejś dziwnej broni. Jednak coraz szybsze rozbłyski światła widoczne w szczelinie przymkniętych drzwi, podsunęły mu inną teorię.
- Znowu lecimy? - zdziwił się na głos, ściągając na siebie uwagę kosmitów, i przerywając gadaninę Glutka. W końcu.
- Właśnie przeleciał pan setki lat świetlnych... A nigdy nie jeździł pan windą? - zdumiony śluz odpowiedział dopiero po chwili, dziwnie jak na niego powoli, jednak Vedran i tak nie pojął ani słowa. Doskonale za to zrozumiał obrzydliwy, żabi rechot, który wyrwał się długonosemu. Poczuł się urażony i byłby może przywalił niebieskoskóremu, skoro jednak sytuacja nie przejawiała symptomów zasadzki, rozpoczynanie tutaj bójki byłoby wyjątkowo głupie. Powstrzymał się więc, postanawiając sobie zapamiętać tego osobnika na przyszłość.
Chwilę później drzwi znowu się otwarły i oczom całej grupy – a przynajmniej tym, którzy je posiadali – ukazał się podobny korytarz do tego wcześniejszego. Ten jednak lśnił tą samą nieprawdopodobną bielą, jaka zadziwiła Vedrana już w mundurach bliźniaczych istot. Jak gdyby wywołani tym podobieństwem, rzeczeni kosmici przeszli przez próg osobliwego, ruchomego pomieszczenia, i obrócili się na terranina - zaskakująco wymownie, jak na kogoś pozbawionego możliwości patrzenia. Glutowaty rozciągnął raz jeszcze przód swego ciała w parę podłużnych kształtów, którymi ujął dłoń Sama i potrząsnął nią energicznie. Wrażenie było odpychająco lepkie i mężczyzna był zdziwiony, że po wszystkim ręce miał suche. Poklepany lekko w plecy, poczuł się zobligowany do pójścia z czekającym na niego, bladoskórym duetem. Wyszedł więc, słysząc za sobą gorączkową wymianę bulgotów i skrzeków. Po paru poczynionych krokach dobiegł go zza pleców szum. Obracając się, zobaczył że drzwi, przez które przeszli, zamknęły się już, pochłaniając za sobą zielonkawy szlam w mundurze. Ku niechęci Vedrana, niebieski ropuch pozostał po niewłaściwej stronie wrót i człapał teraz za resztą grupy, wyraźnie zadowolony z siebie.
Tym razem wędrówka była krótka, i dobiegła końca po dotarciu do którychś z kolei drzwi, dla ziemianina identycznych z poprzednio mijanymi. Jeden z nietwarzowych osobników przesunął płaskim przedmiotem po panelu obok wejścia, sprawiając że to rozsunęło się na boki. Drugi poczynił zachęcający gest, najwyraźniej chcąc aby człowiek wszedł do środka. Vedran nie bez podejrzliwej niechęci, jednak wszedł w mrok pomieszczenia. Wejście zamknęło się za nim natychmiast, i nic nie wskazywało na to aby miało się szybko otworzyć. Pogrążony w ciemności mężczyzna przez krótką chwilę błądził dłońmi po omacku, gdy nagle z cichym trzaskiem pomieszczenie wypełniło się intensywnym, białym światłem. Oślepiony na sekundę czy dwie, odruchowo przesłonił oczy dłonią, po czym spojrzał pomiędzy palcami i... Stanął twarzą w twarz z innym człowiekiem.
Ledwo stłumił krzyk zaskoczenia, który odruchowo zrodził mu się w gardle. W ostatniej chwili powstrzymał się, widząc że mężczyzna naprzeciwko niego robi to samo. Dokładnie to samo. Kilka sekund zajęło Vedranowi zorientowanie się, że pobladła, wychudzona twarz o niedbałym, posiwiałym zaroście należy przecież do niego samego. Przeczuwając już, z czym ma do czynienia, podszedł i sięgnął powoli ręką przed siebie, pozwalając aby jego dłoń zetknęła się z dłonią Vedrana czyniącego ten sam gest. Opuszkami palców wyczuł zimną, gładką powierzchnię. Lustro. Nieprawdopodobnie wielkie, nieskażone odpryskami, zanieczyszczeniami, ani pęknięciami. Nietknięte. Piękne.
Vedran kilka razy w ciągu swojego trzydziestoośmioletniego życia miał okazję zobaczyć zwierciadła. Zawsze były to jednak małe, przybrudzone odłamki, oprawione przez tego, czy innego majstra w poręczne uchwyty. Ciekawostki, zabawki za które wołano sobie słoną cenę, ponieważ ich produkcja wiązała się przypuszczalnie z utraconą recepturą na tworzenie szkła. Spodziewał się, że możni ludzie pokroju Opiekunów mogli posiadać większe egzemplarze, być może nawet mało popękane, takie w których mogłaby się zmieścić choćby cała twarz człowieka, . Był jednak pewien, że czegoś takiego żaden ze współczesnych nawet nie miał okazji zobaczyć, a co dopiero posiadać na własność. To lustro wypełniało prawie całą ścianę, było pozbawione wszelkich wypaczeń i... O matko... W Novyjim God'je chyba nie znalazłby się nikt, kogo byłoby na nie stać. Przez dłuższą chwilę nie mógł oderwać spojrzenia od lśniącej, gładkiej tafli, wpatrywał się w nią jak urzeczony, ignorując fakt że ukazywała jego mało przystojną fizjonomię. Sunąc po niej bez końca dłońmi nie był świadom tego, że z drugiej strony szklana powierzchnia była całkowicie przejrzysta, i w sąsiednim pomieszczeniu blado-szarzy bliźniacy spoglądali ku sobie z niezręcznym zakłopotaniem, nie wiedząc jak mają się zachować w takiej sytuacji. Sytuacji nie poprawiał wzgardliwy rechot Frogowskiego, który nie mógł opanować uciechy z faktu, że terranin okazał się być upośledzonym idiotą.
Drugą rzeczą, której świadomość znalazła się poza możliwościami Vedrana, było odbywające się właśnie badanie. Co prawda słyszał zewsząd dziwne szumy i stuki, jednak przez nużące gadulstwo Glutka dość szybko nauczył się ignorować obce dźwięki, dopóki nie pochodzą z czegoś, co pędzi ku niemu z wrogimi zamiarami. Nawet jednak jakby zwrócił na nie uwagę, nie miałby prawa skojarzyć ich z całościowym skanerem biomedycznym, którym w gruncie rzeczy było całe pomieszczenie. Organizm skupionego na zwierciadle ziemianina poddany został gruntownej analizie, mającej na celu wykazanie wszelkich chorób, drobnoustrojów, wirusów i pasożytów, jak i ocenę generalnej kondycji fizycznej i zdrowotnej. Wyniki, nad którymi Asp i Ryn, para szaroskórych konowałów, toczyli przez chwilę ożywioną, telepatyczną debatę, były zaskakujące. Terranin okazał się być bowiem zarówno niesamowitego zdrowia, jak i niespotykanie chory. Po raz pierwszy bowiem w swej długiej historii pracowników medycznego zaplecza, spotkali się z opartą na węglu, szkieletoidalną formą życia, której płuca byłyby całkowicie wolne od pyłów i zanieczyszczeń, kręgosłup pozbawiony dyskopatii czy też innych zwyrodnień, serce mocne i silne jak u kogoś o jedną trzecią młodszego, a wzrok czujny, niezniszczony i daleki od krótkowzroczności nabytej. Nawet nieparzysty organ, który według skanera odpowiadał za składowanie toksyn w organizmie, zdawał się być pierwszej świeżości. Człowiek był co prawda nosicielem kilku ziemskich wirusów, jednak nie zdawały się nijak wpływać na jego zdrowie, nie radząc sobie z jego naturalnym systemem immunologicznym. Z drugiej strony jednak mikrofalowe badanie krwi wykazało bardziej niż poważne niedobory wielu minerałów i składników kluczowych dla poprawnego funkcjonowania terrańskiego organizmu. W fatalnym stanie okazały się być też przeciążone stawy ziemskiego układu kostnego - o samym skorodowanym szkielecie nie wspominając, włącznie z uzębieniem, na którego widok Ryn aż kręcił przez chwilę głową z dezaprobatą. Również cera Vedrana, choć zdaniem bliźniaczych medyków wyglądała całkiem w porządku, w opinii skanera była wskutek niedoborów niezdrowa, pomarszczona i właściwa dla osobników starszych niż jego wiek faktyczny. Terranin miał na ciele także niejeden ślad obrażeń cielesnych – co szczególnie zainteresowało Frogowskiego, który stał się w tej sytuacji samozwańczym obserwatorem z wydziału Wywiadu Wojskowego i chciał wiedzieć wszystko o przebiegu badania. Ku jego niezadowoleniu, nie były to jednak oznaki brutalnej i okrutnej przemocy ze strony transportujących go przedstawicieli Agencji, a stare, zabliźnione już uszczerbki.
Kolejnym etapem procedury była oczyszczająco-naprawcza kąpiel w soli biomedycznej. Wpierw jednak ziemianin musiał zostać rozebrany – co samo w sobie było nieco kłopotliwe, gdyż Vedran z początku wcale nie odpowiadał na grzeczne prośby zdjęcia odzieży. Zareagował dopiero na delikatne próby rozebrania przez medyków, jednak była to reakcja wysoce niestosowna, niegrzeczna i szalenie przykra dla Aspa, który dostał w ucho. Dopiero po chwili nieufny terranin uspokoił się na tyle, aby zrozumieć szczere i niewinne intencje szaroskórych i zdjąć swoje brudne, pokryte pyłem ubranie. Całkowicie ignorując jego pełne skrępowania próby zakrycia dłońmi genitaliów, kosmici wprowadzili go do półotwartej, okrągłej tuby z białego, połyskliwego materiału. Coś gdzieś szczęknęło, przez chwilę pobuczało, i na Vedrana zaczęły lecieć gęste, przyjemnie letnie strugi. Wiele mieszkań w Novyjim God'je miało proste prysznice, lecz i tak Sam był zaskoczony ciśnieniem i ilością wody, czuł się niemalże jakby wszedł pod ulewę. Nagle poczuł się bardzo spragniony, przypomniał sobie, że nie pił niczego od początku podróży gwiezdnym sapaczem. Niewiele myśląc uniósł głowę, rozchylając łapczywie wargi... Wypluł natychmiast, czując dławiący, ostro palący smak w ustach i na języku, zakrztusił się gwałtownie. Czymkolwiek go oblewali, było chyba bardziej łatwopalne niż palinka u Szamócy. Obwąchującego się podejrzliwie po tym prysznicu Vedrana poprowadzono do kolejnej tuby. Nawet nie musieli prosić go, aby zajął w niej miejsce – sam do niej wszedł, zachwycony szklaną obudową. Zaniepokoił się dopiero, kiedy kolista szyba obróciła się, zamykając mu drogę wyjścia. Przestraszył się na dobre, kiedy stalowe, wyraźnie mechaniczne ramiona pochwyciły go w kostkach oraz nadgarstkach, szarpnęły odsłaniając starannie skrywane dłońmi prącie i uniemożliwiły ruszenie ani ręką ani nogą. Widząc, że zbiornik zaczyna się napełniać cieczą, mężczyzna starał się uspokoić samego siebie, że kosmici mieli już wcześniej mnóstwo okazji aby go wykończyć i na pewno nie przywoziliby go tutaj tylko po to, aby go utopić. Z pewnością zachowałby się inaczej, gdyby mógł podsłuchać i zrozumieć gorączkową wymianę zdań między bezokimi medykami – wtedy panikowałby ile wlezie, słysząc kłótnię o to, czy Terranie, jako istoty żyjące na planecie złożonej w sześćdziesięciu procentach z wody, są w stanie w niej oddychać. Vedran miał już po szyję nieprzyjemnie pachnącej cieczy, kiedy gderający w myślach na czarnowidztwo brata Ryn podszedł z drabinką, wspiął się na nią i otworzywszy właz w górze zbiornika, nieco nieprzyjemnie wcisnął w usta i nozdrza terranina jakieś rurki. To szczęśliwie pozwoliło Samowi oddychać nawet, kiedy tuba wypełniła się całkowicie. Z odruchowo zamkniętymi oczami stał tak przez chwilę, skrępowany stalowymi uchwytami, po czym zobaczył przez powieki rozbłysk światła i poczuł nagłą falę intensywnego ciepła. Coś go zabolało, raz, potem drugi, poczuł dławiący boleścią ucisk w klatce piersiowej, gdzie kiedyś pękło mu żebro. Szarpnął się lekko w więzach, czując coraz więcej bólu w ciele, lecz ogarniające go ciepło szybko złączyło się w jedność z cierpieniem, które już po chwili pozostawiło po sobie jedynie wspomnienie, rozrzedzając się w ogrzewającej go błogości . Dryfował tak bezwładnie w przyjemnie ciepłej cieczy, czując jak, przynajmniej chwilowo, opuszczają go stres i zmęczenie. Poczuł się w końcu tak dobrze, jak nie czuł się od lat. Potem z nieprzyjemnym, ssącym odgłosem kąpiel zniknęła gdzieś pod zbiornikiem, mechaniczne uściski puściły, a drżącego z zimna Vedrana owiał gwałtowny wiatr, który zdawał się pochodzić z góry i z dołu naraz, nie pozostawiając na człowieku ani jednej kropli cieczy. Suchego już mężczyznę wypuszczono i podano mu świeży, jednoczęściowy mundur w kolorze zwiędłej trawy. Nie pasował być może na niego idealnie, lecz w zaistniałych okolicznościach Vedran cieszył się, że zgadza się w nim przynajmniej ilość kończyn. Zaniepokojony brakiem jego własnych ubrań, zaczął rozglądać się za nimi po obrzydliwie wręcz białym pomieszczeniu. Po kilku minutach intensywnych prób dogadania się z kosmitami na migi, w końcu zażądał na głos aby oddali mu chociaż kapelusz. Ku jego zdumieniu, zrozumieli wówczas od razu, i po chwili ociągania jeden z szaroskórych przyniósł mu jego fedorę z wytartej, ciemnej skóry. Nie mógł nie zauważyć, że nadgorliwi kosmici oczyścili ją z pyłu i brudu. Poczuł nieco irracjonalną irytację tym faktem. Lubił ten pył – świadczył o tym, że Sam zajmował się prawdziwą pracą, a nie siedzeniem za biurkiem.
Po chwili, nie wiadomo skąd i przez kogo przywołany, znów pojawił się szlam odziany w granat. Skinąwszy niepewnie głową w stronę bliźniaczych kosmitów, Vedran miał nadzieję, że odbiorą to jako gest dziękczynny – naprawdę od dawna nie czuł się tak dobrze: choćby odzywające się od czasu do czasu, źle zrośnięte żebro, teraz nie dawało już żadnych oznak bólu, nawet gdy wciągał na siebie kombinezon. Nieświadom tego, że Asp i Ryn mieli potem gorączkową dyskusję na temat nerwowych zaburzeń terrańskiego błędnika, każącego bezcelowo kołysać wyrostkiem łbowym, Vedran ruszył w końcu wraz z Glutkiem i Frogowskim na oficjalne powitanie w szeregach Agencji.


Powitanie pierwszego przedstawiciela nowej rasy w szeregach organizacji przebiegło, jak już wspomniano, podobnie jak wiele innych tego rodzaju. Vedrana podjęto gościnnie w pokoju narad, w otoczeniu ważnych szych z Mafary, gdzie sam Mokujin, głównodowodzący Wydziału Militarnego i obecny współwłaściciel Agencji, wygłosił płomienną mowę o pokoju opartym na wszechświatowej równości i zrozumieniu, wartościach które zawsze im przyświecały i których żywym symbolem była dziś obecność w tym miejscu terranina. Sam wspomniany terranin nie zrozumiał z tego ani słowa, podobnie jak z paru głośnych toastów, skierowanych ku niemu gratulacji czy podziękowań, oraz jednej przestrogi, aby uważał w kantynie na hlupazzowy cydr, ponieważ może mu wypalić kubki smakowe aż do dwunastnicy. Na wszystko odpowiadał milczącym uśmiechem, nie bardzo wiedząc o co może chodzić, i jak się z tego wykaraskać. Na szczęście całość trwała niespełna kwadrans, po którym to czasie obdarzony całym naręczem kwiatów - a przynajmniej ich tutejszego odpowiednika, gdyż „kwiaty” nie znalazłyby się na liście pięćdziesięciu sześciu pierwszych określeń, których użyłby Vedran do ich opisania – ziemianin został łagodnie lecz stanowczo odprowadzony do drzwi. Za nimi wręcz z radością powitał znajomy widok znudzonego oblicza Pret'zela i nieodmiennie nieoznaczonej fizjonomii Dahy. Ci natomiast, gdy tylko zobaczyli Sama, ujęli go pewnie pod ramiona i nie obdarzając go ani słówkiem, szorstko poprowadzili go między sobą.
Gdy ucichną już piękne słowa wielkich przywódców, głoszących światłe idee i wspaniałe wartości, kiedy ważne osobistości skończą okazywać swoje głębokie przejęcie istotnymi sprawami tego świata, jest to ten sam czas, kiedy trzeba znów wracać do roboty. Dziwnym trafem, w całej nieogarniętej długości i szerokości wszechświata, niezmiernie rzadko zdarza się, aby brały się za nią te same osoby, które przed chwilą wychwalały jej wagę i potrzebę. Zazwyczaj owe wielkie znakomitości znajdują sobie podwładnych, którzy zajmą się pracą za nich, pilnując aby wszystko to czego teoretycznym dowództwem zajmowały się osoby z góry, nie poszło przez nie w dav'aag.
Jak Vedran miał wkrótce się przekonać, w tym przypadku miał to być Hl'urg, kierujący małym ale kluczowym Wydziałem Zasobów Różnorasowych. W chwili kiedy Sam zobaczył go po raz pierwszy, Hl'urg chrapał w niewielkim, dusznym lecz zaskakująco przy tym przytulnym gabinecie, do którego towarzysze z Czapli wprowadzili Vedrana. Obficie spasione, miejscami wręcz okrągłe, humanoidalne cielsko wbite było w karykaturalnie przy nim mały fotel, a para skórzastych, splecionych dłoni spoczywała na unoszonym w sennym oddechu brzuszysku. Zarówno ręce, głowa jak i odsłonięty w rozchełstanym, spranym kombinezonie tors miały burą barwę ziemistego pyłu. Gdyby Vedran kiedykolwiek widział morsa, z pewnością skojarzyłby go z postacią przed sobą, za sprawą dwóch długich, masywnych wypustek, które stercząc w dół z krawędzi szerokich, sapiących przez sen ust, nieodmiennie musiałyby mu się kojarzyć z kłami tego zwierzęcia. Na, uwidocznionej rozpięciem kombinezonu, piersi istoty, tuż pod otłuszczonym podgardlem, spoczywał najbrzydszy medalion, jaki człowiek kiedykolwiek w życiu oglądał. W tej samej chwili jednak, gdy zwrócił na niego bliższą uwagę, medalion rozwarł się nagle, okazując się być wielkim, przekrwionym ślepiem.
-Coo, coo, coooo.. - odezwał się chrapliwie kosmita, obudzony nagle przez szum zatrzaskujących się drzwi. Otrząsnął się gwałtownie, patrząc początkowo bez zrozumienia na istoty przed sobą. Kilka mrugnięć piersią później, odzyskał jednak wyraźnie rezon i jasność rozumowania – No, wróciły nygusy. Macie chociaż coś z tej Terry?
-Terranin raz, wedle zamówienia! - wyraźnie dumny z siebie Pret'zel pchnął Vedrana w dół, prosto na krzesło, które w samą porę pojawiło się we właściwym miejscu. Poklepał ziemianina przy tym uspokajająco po ramieniu, głównie po to aby nie przeszkadzał w rozmowie, z której i tak nic nie będzie w stanie pojąć, po czym wraz z Dahą również zasiedli. Równocześnie, nie wiadomo na czyj sygnał, pomiędzy nimi a burym grubasem wyrósł spod ziemi stół - Misja zakończona powodzeniem, szefie!
-No zobaczmy... - wstając z wysiłkiem z przyciasnego fotela, zwierzchnik kosmitów z Czapli podniósł się ciężko i jeszcze ciężej wsparł się na blacie stołu, mierząc Vedrana spojrzeniem jedynego oka – Chuchro jakieś. I pomyśleć, że o takie coś tyle by zamieszania było...No dobra, Pewnie myślicie że uratowaliście dzień, ale na premie to nie liczcie. W końcu to przez waszą opieszałość te stresy... Ja i tak na to funduszy nie mam, ale może wyskrobiecie coś w Politycznym...
-Szefie, jest coś jeszcze. - przerwał mu Daha złowróżebnym tonem – Ten facet... cała jego rasa... To Ciemniaki są. Całkowite.
Fotel jęknął głucho, gdy opasły kosmita opadł na niego całym ciężarem ciała.
-Nie... - wystękał jeszcze bardziej chrapliwie – Kto? Dagary jebane? Prostaci? Czy znowu odwaliliście Adnorrę?
-Adnorra – potwierdził krótko Pret'zel, po czym od razu wszedł w płaczliwy ton tłumaczącego się winowajcy – Ale wie szef, że tym razem trzy razy sprawdziliśmy sygnał! To się nie miało prawa zdarzyć! To nie nasza...
-Militarny go widział? - przerwał mu chrapliwie Hl'urg, krótko i konkretnie.
-Już na lądowisku, sam generał Mokujin go przywitał. Ale spokojnie! - dodał szybko Daha, widząc rezygnację na obliczu przełożonego – Nie dogadali się z małpoludem, bo nie daliśmy mu jeszcze Bab'il'ońców, od zejścia z Czapli niekumaty. Nie, żeby wcześniej był bystry... - nie powstrzymał się od złośliwości Flak.
-Ryzykownie... - wyburczał zwierzchnik – Sprawdzą wam logi pokładowe i knax nam wtedy w dav'aag. A ciul Frogowski z Wywa już wczoraj pytał, czy będzie mógł skontrolować zapisy...
-Spoko, spoko, taką komedię z Dahą odstawiliśmy, że terranin sam odmówił, a nam nic nie zarzucą! - zielonoskóry kosmita pochwalił się przebiegłością swego planu.
-No, oby tak było. Dobra, to biercie się za to teraz, chcę z nim pogadać. - zarządził morsowaty.
Vedran przysłuchiwał się rozmowie od dłuższej chwili, z buntowniczym zacięciem próbując zrozumieć podstawy kosmicznych języków, .Uważał się za całkiem uzdolnionego w tej kwestii*, a bardzo nie chciał być wyłączony z rozmowy jak jakiś mebel. Nieoczekiwanie dla niego jego życzenie miało się zaraz spełnić, wpierw jednak poczuł nagły ból ukłucia w szyi. Kątem oka widząc łapę Pret'zela chciał się wyrwać, odwinąć, jednak wtedy poczuł się bardzo, bardzo chory. W jednej chwili jego członki były bezwładne, a w drugiej już wszystkie – bez wyjątku wszystkie – po kolei sztywniały nabiegając krążącą szybko krwią. Potem poczuł tylko, że osuwa się na ziemię i na chwilę stracił przytomność.
- Szefie, ze sto razy mówiliśmy, że nie musi szef palić tym kopciuchem – głos Dahy był pierwszym, co Vedran usłyszał po odzyskaniu świadomości. I zrozumiał.
- A ja wam, nygusy, sto razy mówiłem, że nie po to ojciec mnie palenia w piecu uczył, żebym o tym teraz zapominał i się grzał spedaloną elektryką! - ten głos był dla Vedrana nowy, chrapliwy, jednak również brzmiał na zrozumiały Noworuski.
- Ogłady i uprzejmości też na pewno mama szefa uczyła, i co...? - pozwolił sobie zażartować głos Pret'zela.
- Uważaj dzieciaku, bo tego że mnie uczyła boksu to jeszcze nie zapomniałem! - znów chrapliwy, życzliwy rechot. Również w noworuskim. Vedran wstał, w samą porę aby zobaczyć jak opasły kosmita zamyka drzwiczki zaskakującego w takim miejscu piecyka i kieruje się w jego stronę. Trzymany w ręku pogrzebacz odłożył niedbale na blat stołu, z głuchym, wibrującym brzękiem.
- Spokojnie, chłopcze. - zwrócił się do człowieka – Trochę się pomęczysz, może z dwa razy rzygniesz, ale nic ci poza tym nie będzie. Nikt cię nie chciał skrzywdzić. Te nygusy to dobre chłopaki, choć jeśli im nie pomożesz, grozi im kryminał. No ale po kolei. Jestem Hl'urg.
- Detektyw Hl'urg! Jeden z najlepszych! - podlizał się Pret'zel.
- Dawne dzieje. - Hl'urg machnął skórzastą łapą – Jak jeszcze Agencja się tym zajmowała, a od dawna nie zajmuje się już prawie wcale, odkąd poczciwy Pixle wyzionął ducha na Sarxonie, a Zonn na starość zidiociał i dał się przerobić nowemu wspólnikowi. Którego już zresztą poznałeś. Teraz wydział militarny jest największy i pomijając drobne działalności poboczne, to praktycznie jesteśmy czymś na kształt... nieoficjalnej armii do wynajęcia. Nadążasz... - kosmita zerknął ku lśniącemu panelowi na blacie przed sobą – ...Vedran?
Odpowiedział mu niepewnym kiwnięciem głową, więc morsowaty kontynuował.
- A widzisz, jak ma się prywatną armię, i nie jest związanym na stałe z żadnym rządem, to wielkie federacje cipieją ze strachu. Mamy więc mnóstwo obostrzeń, między innymi ten obesrany parytet...Krótko: Żeby zachować pozory bezstronności, musimy mieć przynajmniej po jednym przedstawicielu każdej planety, która osiągnie dany poziom technologii. Mamy na to rok od tego momentu, inaczej Pixle & Zonn traci licencję, co niektórym byłoby w smak. No i prawie rok temu spotkało to twoją planetę, Vedran. Nasz rok, bo przy waszym tycim słońcu, to będzie pewnie z kilkaset. Miał przylecieć ktoś od was, ale najwyraźniej zdarzył się pewien...- Hl'urg chrząknął gardłowo – wypadek....

* Istotnie, Vedran miał doświadczenie w szybkim dogadywaniu się z obcojęzycznymi kupcami na Ziemi, i nie raz i nie dwa udało mu się przyswoić podstawy innych dialektów . Tutaj jednak jego usiłowania były skazane na klęskę, ze względu na niewyobrażalną dla niego skalę trudności – dla przykładu: gramatykę języka preców charakteryzowało dwanaście rodzajów rzeczowników, flakowie tak naprawdę nie mówili tylko wibrowali, a o K'lishach, której to rasy reprezentantem był Hl'urg, najlepiej świadczył fakt, że znali trzydzieści osiem słów na sos mięsny, i ani jednego na serwetkę.

[Obrazek: zbojcerzemaszeruja_kopia3.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.12.2017 00:38 przez Szczery.)
30.11.2017 03:24
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 5,501
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #8
RE: Story Cubes Dynamic - Układamy historię.
Ja bym się już dawno zgłosił, ale dopiero dziś wyjdę na prostą z OP, przy czym nałożyłem sobie zabójcze tempo, bo 5 odcinków i rozdział zrobię w tym tygodniu i dalej daję priorytet na SC na Fobos, także słabo... Ale chętnie bym pisałSmile

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


17.12.2017 14:43
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama