Aktualny czas: 20.08.2017, 23:04 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Wstępne wyniki II edycji Rywalizacji Załogowych podane!
Na razie na prowadzeniu Soge, ale jest jeszcze dużo czasu
i nic nie jest przesądzone! Wygrać może każdy!
----> Dotychczasowe Punkty <----
Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
Autor Wiadomość
fuszioms Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 3,568
Dołączył: 17.07.2012
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 15%
Post: #171
RE: Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
Albowiem ten, kto wypełni wolę Papy Smerfa i doprowadzi socjalizm w głąb lasu okupowanego przez Mroczne Elfy, uwolni go ze snu wiecznego i sprowadzi jego krwiożerczą wolę na Fobos, co zgodnie z przepowiednią prastarej wieszczki z rodu Like będzie początkiem końca kontynentu nieludzi
Księga trzecia Podań i baśni ELfickich Zomera Augusta Like.

Kolejni padali u jego stóp, a długie pazury ociekały czerwona posoką, która zgrabnie i powoli opadała raz na mech u jego stóp, a raz na fioletowe wyziewy bulgocącej cieczy pokrywającej znaczną część lasu. Elf powoli podniósł wzrok znad trupów ścielących się przed nim i kopnął od niechcenia odrzucając na trzy metry truchło martwego niedźwiedzia zabitego przed chwilą. Przed mężczyzną kotłowała się grupa widocznie przestraszonych masakrą, która jawiła się przed ich czarnymi oczkami. Im dłużej spoglądali na wyrastającego im na potwora elfa, tym ich morale skutecznie zbliżało się do zera. Raz z prawej raz z lewej do szpiczastych uszu „potwora” docierały głosy nielicznych walczaków, próbujących motywować swoje wojsko, jednak generał, Smerf Generał bacznie obserwował stojącego naprzeciwko niego stwora.
- Tym razem się wycofamy, ale to nie koniec, już ja wymyślę jak Ci utrzeć tego nochala!
Zwykle skory do odpowiedzi i znany z ciętego języka elf, tym razem stal w milczeniu i uśmiechał się szkaradnie wystawiając na pokaz swoje ostre zęby. Powoli, praktycznie nie wzburzając drgań powietrza, zbliżył do ust dłoń i oblizał pazur.
- Byście się zdziwili mali pojebańcy co może Res Lake – krzyknął elf zadzierając głowę do góry i wskazując na niebieskie stworki swoimi długimi rękami - Śmiało, będę czekać – roześmiał się głośno i okropnie, co spotkało się z szybką reakcją i odwrotem Smerfów, które przeskakując nad sobą przypominały walkę nieba z chmurami o prymat koloru na niebie.

Cichy szelest stóp zwrócił uwagę Lake’a, który momentalnie odwrócił się na pięcie spotykając się twarzą w twarz z naburmuszoną Levi. Nie była zadowolona. Jej grymas sugerował więcej niż sam Res mógł zrozumieć. Mężczyźni zawsze mieli problem w odczytywaniu gestów, a Res nawet nie chciał zgadywać o co może chodzić kobiecie. Przeszedł obok niej i zatrzymał się spokojnie.
- Jeśli chciałaś powiedzieć, że jesteś ze mnie zadowolona, to nie musisz, bo kurwa sam z siebie jestem, ha! – zadarł długi nos i potrząsnął sumiastym wąsem. Dziewczyna kopnęła go w łydkę z całej siły, co mimo jego refleksu i siły odczuł dość mocno – Co Ty robisz kobieto!
- Trzeba było mnie słuchać! Teraz wrócą w trzy razy większej ilości! – wykrzyczała groźnie wymachując swoimi małymi rękami, co wywołało salwę śmiechu, wyglądała uroczo w swojej złości. Nawet sam Res zaczął się śmiać. Cisza przed burzą, tak… to właśnie myślał.
- Przejście, zrobić przejście! – krzyczał wysoki fioletowy mężczyzna ubrany w pikowaną zbroję. W ręku trzymał zaostrzony metalowy kij, a jego długie włosy opuszczone były do samej ziemi – Przejście dla Wojewody! Wojewoda Eldrik Sztans był niskiego wzrostu starym mrocznym elfem. Gdzieniegdzie jego fioletowa skóra zaczynała blaknąć, były to oznaki przekroczenia granicy młodości i wkroczenia w starość. Mimo wieku włosy nie traciły blasku, a jego czarne oczy przenikały na wskroś. Starzec powolnym krokiem szedł, a wszystkie stojące obok elfy kłaniały się i tworzyły fioletowy szpaler. Na końcu stał Res patrząc się krzywo na niskiego mężczyznę.
- Co Cię do mnie sprowadza dziadziu? – Bez większego namysłu i szacunku wypalił prosto z niewyparzonych ust. Na reakcję czekać długo nie trzeba było. Wysoki elf z zaostrzonym kijem podleciał jednym susem i podstawił mu pod gardło końcówkę
- Uważaj do kogo mówisz ty elfi synu! – wycedził sycząc przez zęby i patrząc groźnie. Res wiedział, że taki wzrok mają ludzie, którzy zabijali nie raz.
- Jesteś idiotą prawda – uśmiechnął się do niego Res – sam jesteś kurwa elfem! Czy może uważasz się za lepszego?! Możemy to sprawdzić! – chwycił za prawie dotykającą jego gardła broń. Chwilę potem poczuł na dłoni delikatny uścisk, to była Levi, kiwająca głową. Puścił. Eldrik podszedł bliżej i popatrzył na stojącego przed nim przedstawiciela znienawidzonej rasy. Jego wzrok przenikał go na wskroś, czuł to w środku, jakby do niego mówił jednak jego usta pozostawały zamknięte. Wreszcie przemówił, a jego głos rozbrzmiał po całym lesie tak donośnie, że większość mrocznych elfów upadło zatykając swoje uszy. Kapitan straży który uprzednio groził Resowi podszedł do starca i szepnął
- Wojewodo, nie tak głośno, ludzie mdleją!
- AH, no tak! Zapomniałem! – Eldrik wytrzeszczył oczy po czym zakaszlał przeciągle co przypominało odpalającego trabanta.
- Sprężaj się dziadek, spieszy mi się! – ponaglił go Res starając się zrobić minę znudzonego, jednak ciekawiło go co miał do powiedzenia wiekowy elf.
- Nie wiem – zaczął powoli ledwo teraz otwierając pomarszczone wargi – jak się tu znalazł ktoś ze znienawidzonej przez nas rasy tych wysokich, ale masz moją wdzięczność za to co tu się stało. Jednakże! – zapadła niezręczna cisza, elf milczał przez kilkanaście sekund i patrzył przed siebie jakby nie widząc nic w odległości centymetra.
- Jednakże co? – zdziwił się Res po czym dotknął starca. Rozległo się przeciągle chrapanie – Zasnął jebany! Hahaha, jak to kurwa możliwe?! Weź go obudź bo chyba miał coś ważnego do powiedzenia ten stary cep!
- Wojewodo! – szturchnięcie przez wojskowego podziałało, a sam Sztans popatrzył wokół siebie zdziwiony.
- Gdzie ja jestem? Co tu robi ten psi elf?!
- To ten, z którym chciałeś rozmawiać – szepty trwały jeszcze dobrą minutę, przerywane głośnymi pytaniami cały czas nieogarniającego sytuacji dziadka.
- A! Muszę z Tobą porozmawiać na osobności, pójdziesz ze mną – jego ton zmienił się nie do poznania, Lake wiedział, że nie mógł odmówić, poszedł za nim. Levi została lekko zmartwiona wszystkim. Na odchodne dała chustkę Resowi na pożegnanie, kto wie, może nie na zawsze.

Po drodze do mieszkania Eldrika mijali wiele niesamowitych konstrukcji ciągle zdumiewających Resa. Najbardziej spodobał mu się dom wbudowany w drzewo ze świecącymi na niebiesko lampami zasilanymi wielkimi robalami o odwłokach w tym samym kolorze. Szybki szkic od razu trafił do jego notatnika, następnie uwiecznił kilkoro starych mrocznych elfów grających w bierki na grzybie wielkości solidnego dębowego stołu o czterech nogach. Dokładnie tyle samo nóżek miał tenże grzyb. Wszystko wyglądałoby normalnie gdyby nie paradoks grzybów grających na grzybie.
Dom wojewody był mały, mimo pozycji jaką elf zajmował. Nie lubił przepychu, głównie dlatego bo już go nie potrzebował. Większość czasu spędzał na spaniu i podjadaniu resztek z lodówki. Mieszkanie nie miało w sobie nic wartego uwagi, co zniesmaczyło Resa, oczekiwał nowości, które posiadały tylko mroczne elfy, za to spotkał go jedynie zawód. Zasiadł w czarnym fotelu, koło małej szafeczki z grawerowanym nazwiskiem starego elfa. Pokój pachniał ładniej niż wyglądał, miły aromat kwiatów stojących na parapecie dochodził do jego nozdrzy co umilało mu oczekiwanie na herbatę.
- Dobrze, Panie Lake - zaczął powoli - Mimo wojny jaką odwiecznie prowadzimy, jestem naprawdę wdzięczny za poświęcenie się w walce. Zdaję sobie sprawę, że gówno pana obchodził los naszych kobiet i dzieci, a zrobił to Pan dla własnego pieprzonego rozgłosu, ale mimo wszystko, dziękuję.
- Ha, kurwa, co za sytuacja, mroczny elf dziękuje mi za robotę. Proszę Cię kurde bardzo!
- Dobra, wstęp mamy za sobą, przejdę do rzeczy – Wojewoda spoważniał a na jego twarzy nie było żadnych emocji. To o czym mówił było ciężkie do pojęcia dla Resa, jednak od razu uwierzył w słowa starca. Było w nich coś, co mu nie dawało spokoju odkąd się tu znaleźli. Teraz po części rozumiał dlaczego na Fobos panują tak dziwne warunki, a wielkie „ogrodzenie” z wilków strzeże wejścia.
Po dłuższym milczeniu elf spojrzał na Eldrika i przemówił spokojnie i rzeczowo.
- Oczekujesz, że znajdę tę rzecz i nie pozwolę doprowadzić do ponownego obudzenia tego czegoś? – milczenie ponownie zagościło w pokoju. Dwoje mężczyzn patrzyło na siebie, a napięcie wzrastało z każdą chwilą.
- Tak. Podejmiesz się tego?
- Co prawda mam ze sobą jeszcze dwójkę… Chuj tam, zgodzili się mi pomóc, biorę to! – sumiasty wąs Resa podskoczył z radości, widać było ten dreszczyk, który nim wstrząsnął. Dawno nie czuł takiego podniecenia i bynajmniej nie był to efekt myśli o samobójczej misji, ale głównie to, że to jego, a nie Faldo proszą o takie rzeczy i że jest w stanie zmienić podejście dwóch ras elfów do siebie.

Przed budynkiem przywitało go ciepłe powietrze, które od razu zamieniło się w smród nie do wytrzymania. Zapomniał zmoczyć chustki. Wyciągnął mapę z kieszeni i zaczął przeglądać wskazówki rozpisane przez wojewodę Sztansa. Nie wiedział dokładnie o co chodzi jednak czuł, że nie powinien doprowadzić do obudzenia Papy smerfa. Gdy tak dumał nad mapką na jego plecy opadła ciężka ręka. Mężczyzna w masce stał obok niego i patrzył mu przez ramię.
- Co to za papierek?
- Brzoza kurwa! – Res wrzasnął odrywając część kartki trzymanej w ręce – ja pierdole, patrz co zrobiłeś!
- Co to za papierek?
- Teraz to mamy przejebane… właśnie tego fragmentu nie przeczytałem jeszcze!
- Jakiego fragmentu?! – zupełnie zaskoczony reakcją towarzysza Brzoza dopytywał opędzającego się od niego elfa.
- Musimy znaleźć Johnsona, opowiem ci po drodze.

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze głucha dzicz i gęsty las były jedynymi rzeczami jakie można było zobaczyć w promieniu wielu mil, dwie burzliwie walczące ze sobą siły formowały istnienie. Zderzenia ich mocy dały początek każdemu życiu na tej pięknej ukrytej za mgłą wyspie. Migotliwa burza świateł, pył opadający na grunt i ogień mieszający się z wodą. Głuche dźwięki w przestrzeni, powietrze przeszywane grzmotami i cisza. Długa cisza, z której wyłonił się zwycięzca. Życie pojawiło się na Fobos. Z mgławicy spłynęły na ziemię najróżniejsze zwierzęta i istoty, pierwsze były Elfy, jakże różne w swojej karnacji i budowie. Jedne fioletowe i mroczne, drugie wysokie o długich pazurach. Trzecią siłą były niebieskie stworki. Małe, niepodobne do niczego innego, ale zabójcze w swej żądzy. Odkąd pamięcią sięgnąć, bitwa między nimi i mrocznymi elfami trwała, jednak klęska mrocznych była nieunikniona. Prastare złe bóstwo Papa Smerf, jako lider Smerfów jednym ruchem ręki niszczył dziesiątki wojowników. Pochód do samego serca puszczy, bijącego źródła życia Fobos szła bez problemu. Plaga niebieskich stworów przekształcała domy elfów w morze krwi, ciągnęła się za nimi śmierć. Ostatni bastion postawiono za stolicą, wielkie jezioro utrudniało zgrupowanie się przeciwnikom, a pomagało ustawić potężną defensywę, jednak mimo to walka była stracona aż do czasu…

Na czele wojsk mrocznych elfów stanął największy wojownik, był zdecydowanie najwyższy z całej rasy, jako jedyny też nosił wąs. Odziany w szarą szatę i długą laskę, Comasz Tomidaj był jedynym znanym na całym Fobos w jego długiej historii posiadaczem Kryształu Życia i Śmierci. Jako jedyny zgłębił jego działanie i odkrył, że część, której brak to sam w sobie Papa Smerf. Była to jedyna zdolna pokonać go broń.
Na spotkanie ze Smerfem w czerwonej czapce wyszedł sam. Wiedział, że jest ostatnią szansą jego narodu. Potężne ucieleśnienie kryształu zaatakowało, cios padł z boku, płat ziemi poszybował w sam środek wojsk Elfów robiąc z nich mokrą plamę. Comasz skoczył, wymamrotał czar, z kostura w kierunku smerfa poszybowała struga żółtego światła. Mrok, cisza, dudnienie w uszach i przytłaczająca presja… Stał nad nim i wdzierał mu się do duszy.
- Nie weźmiesz go potworze! – wrzask przeszywający skórę aż do kości, niszczący bębenki w uszach, miażdżący swoją presją przebił go na wylot. Przyklęknął jednak nie opuścił kryształu. Struga światła dalej uderzała w potwora. Kolejny zamach ręką, kolejne trupy – Zabiję Cię w imię mojego ludu i całego Fobos, przepadnij! – ryk Tomidaja, z kostura poleciała trzy razy grubsza struga, trafiła Smerfa w bark ale stwór nie upadł. Fala sejsmiczna odrzuciła elfa na dziesięć metrów, gruchot kości kręgosłupa zamroczył go, nie mógł wstać. Potwór był silniejszy, to był koniec. Widział jak niewyraźny kształt ma zadać mu nasączony złą magią ostateczny cios i przypomniał sobie. Z jego klatki piersiowej do kryształu zaczął wypływać biały prawie przeźroczysty płyn. Sekretne zaklęcie, które zdołał opanować lecz ze względu na jego działanie schował głęboko w pamięci, aż prawie zapomniał, aż do teraz. Powoli tracił świadomość a kształt znikał mu z oczu, umierał. Dusza oddana kryształowi opuszczała go w zamian za ostatnią moc. Papa Smerf chwycił go a kostur upadł na ziemię.
- Chyba czas Cię pożreć marne stworzenie. Myślałeś, że masz szanse, a tu proszę, taka niespodzianka. Chyba zacznę od tych Twoich uszu, muszą być smaczne… - nigdy nie poczuł smaku, ciało Comasza rozlało się białym blaskiem i zniknęło w powietrzu. Kryształ uniósł się nad Pape smerfa, sączące się z niego energia pokrywała próbującego się wyrwać z całych sił Smerfa, ale było za późno. Zaklęcie wiążące zamroziło stwora. Sam kryształ rozprysł się na 7 części i rozleciał na wszystkie strony Fobos ukrywając przed światem. Powiadają, że Smerfy trzymają ciało swojego dawnego wodza, a tak naprawdę ósmej części kryształu w swojej wiosce ukrytej przed światem i czekają, aż ktoś, obudzi go by dokonał swojego zadania, zniszczenia Fobos.
Kryształ składał się oryginalnie z 8 części, jednak jedna wyrwana podczas tworzenia się w czasie walki stwórców opadła na ziemię i pobierając jej energię stworzyła Papę smerfa. To monstrum pała tylko jedną żądzą, żądzą zniszczenia całego kontynentu, który powróci do złej strony stwórcy i pomoże mu zapanować nad tą częścią przestrzeni. Do obudzenia Smerfa potrzeba pradawnego artefaktu przekazywanego wśród mrocznych elfów od pokoleń. Jest to serce puszczy, jednak nikt go nie widział od stuleci. Moc ta ukryta przed okiem świata, odnaleziona może być tylko przez prawego i odważnego bohatera, który nie będzie chciał jej wykorzystać dla siebie, a celem jego będzie złączenie kryształu poprzez wyciągnięcie jego mocy z Papy Smerfa. Nie wiedząc na co się zgodził, Res Lake rozdarł kluczowe informacje do osiągnięcia celu, choć jeszcze o tym nie wiedział, to miała być jego największa przygoda w życiu.

[Obrazek: Witra_HS.jpg]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2017 23:19 przez fuszioms.)
08.08.2017 00:24
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Eikichi Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 1,874
Dołączył: 31.07.2011
Skąd: San Escobar
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #172
RE: Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
Ubrany w podniszczony garnitur, aktualnie bez marynarki, i małe, stylowe lenonki, siedział ze skrzyżowanymi nogami na ubitej trawie. Przed sobą miał równo ścięty pniak, sporawego zapewne za życia, klonu. Okręgi świadczące o wieku drzewa przysłaniała plansza do szachów, rozkład oraz ilość pionów świadczyły o zaawansowanym etapie rozgrywki.
Wielgachna dłoń udekorowana pazurami, których mógłby pozazdrościć niedźwiedź, delikatnie chwyciła pion reprezentujący Gońca i nie odrywając go od planszy przesunęła w nowe miejsce.
- I znowu mamy szach Mistrzu Agrevast. - Spod przyciemnianych okularów wyleciał czerwony wzrok i dziarsko wbił się w oponenta.
- A żeby ci tak w ten głupi pysk piorun przypenkalił Faldo. - Rzekł przeciwnik potężnego elfa, następnie zbił wrogiego Gońca swoją Wieżą i rozsiadł się na rybackim siodełku, na tyle na ile tylko pozwalał mu ten maleńkawy mebel.
Mężczyzna z którym pogrywał najstarszy z braci Lake’ów był krasnoludem o zaplecionej w dwa warkocze i spiętej złotymi krążkami brodzie, nosił się w czarnym płaszczu o szerokich mankietach, upstrzonym w kanciaste symbole. Płaszcz pozostawał rozpięty, tak by dać odetchnąć pokaźnych rozmiarów brzuszysku i klacie. Obok niego wbity w ziemię stał nienaturalnie czarny kostur, o głowicy w kształcie trzech przeraźliwie wykrzywionych w krzyku twarzy. W miejscu gardzieli maszkar ziała przestrzeń prześwitująca przez trzon głowicy, przypominając nieco upiorne, łukowate bramy.
Krasnolud patrząc na elfa przygryzał nerwowo wargę i mruczał pod nosem. Zwyczajem niedzielnego gracza najpierw wykonał ruch piona, a dopiero po fakcie zorientował się o tym jakie ów zagranie przyniesie konsekwencje. Wkurzało go to niemiłosiernie.
A co do konsekwencji, zgodnie z oczekiwaniami pojawiły się chwilę później.
- I mat. - Faldo uśmiechnął się szczerząc kły.
- No to gratulacje i owacje… - Podirytowanym tonem rzekł krótko krasnolud.
- Musisz przyznać czarnoksiężniku, że to było wspaniałe zagranie! Typowa strategia wyprowadzenia w pole przeciwnika! Mój dziad mógłby się ode mnie uczyć, ha!
- Starczy tych gadek, wracamy do obozu, moi ziomkowie może już co wymodzili.
- Ano ano, mam nadzieję. Szczerze to oczekiwanie na kolejne żniwa naszych wspólnych wysiłków pomału zaczynają się już źle odbijać na mojej cierpliwości.
- Mistrzu Lake. - Krasnolud wyciągnął z gruntu swój kostur, złożył siodełko i włożył je pod swą pazuchę. - Magia wymaga czasu, szczególnie w tak niestabilnym miejscu jak to.
- Dobrze wiesz Mistrzu Agrevast, że ni w ząb się na tym nie znam, a i nie chcę. - Elf machnął ręką imitując ruch różdżką. Zaśmiał się.
- Za dużo winaś wypił Lake. Znak, że pora już wracać.
Czarodziej powiedział coś pod nosem, uniósł wyżej kostur i począł malować nim w powietrzu jarzące się bladym światłem runy. Kiedy skończył, poszczególne symbole połączyły się w jednej chwili siecią magicznych łańcuchów. A potem wybuchło światło i przed dwójką szachistów zmaterializował się stabilnie wyglądający portal o mętnym obrazie.
- Ykhm… - Chrząknął elf na widok może półtorametrowego portalu.
- Właź, schylisz się czasem, nic ci się nie stanie.
Weszli.

Po drugiej stronie panował istny rozgardiasz, może nie taki jak w miastach, ale na pewno porównywalny do zakorkowanej ulicy pełnej nerwowych kierowców. Kierowców najpewniej jadących z rozgadanymi teściowymi.
Wylądowali na wyłożonej kamieniem drodze po której powoli toczył się wóz, woźnica nie zdziwiony w ogóle dwójką jegomości ściągnął kapelusz na znak szacunku i pojechał dalej.
Wokół pałętali się przedstawiciele niemal wszystkich ras zamieszkujących Fobos: z wolna kroczyły krasnoludy, tu i ówdzie szczerząc zęby robiły figle młode niziołki, jakiś gnom dostawał pieniądze za oberwanie w pysk, a wielki i tłusty troll wydzierał się na pięknie odwdzięczające mu się gobliny. Nie zabrakło też i elementu nierozpoznawalnego, czyli po prostu orków.
Wszystkim towarzyszyły wozy, konie i ładunki, pełne wszelakich dóbr. Niektórzy rozkładali stoły i wyciągali beczki z piwem, do których coraz to chętniej podchodzili zebrani wokół nieludzie.
Faldo i Agrevast znajdowali się nigdzie indziej jak w Dolinie Ściętych Drzew, mistycznym zakątku leżącym w środkowych górach Kamal. Jak okiem sięgnąć całą dolinę wypełniały ścięte pniaki z nieznanego nauce i magii materiału, o barwie kory cedru. Teren gdzieniegdzie przecinały wyłożone kamieniem drogi, a w jego centralnym punkcie piętrzył się wielki posąg krasnoluda trzymającego w górze dwa topory, pod nim zaś, na podwyższeniu, stał dziwny sześcian.
Boki prostopadłościanu mierzyły po około dziesięć metrów, a ściany koloru metalicznie połyskującego brązu dekorowały przeróżne, dziwne i niezrozumiałe grawerunki. Proste linie zwieńczone okręgami z iksami pośrodku, kończące się prostopadle do innych wyżłobionych kresek, spirale, kółka, prostokąty. Sześcian wyglądał tajemniczo i taką samą rozsiewał wokół siebie aurę.
Nieopodal dziwnego bloku stało pełno namiotów, paliły się tam ogniska od których z wiatrem niósł się zapach piwa i pieczonego mięsiwa. Dwójce bohaterów zaburczało w brzuchach.
- HEJ! - Krzyknęli niemal jednocześnie Faldo i Agrevast.
Gdy ich spostrzeżono raban nieco się wzmógł. Ktoś zaczął ku nim biec.
Ork, który podbiegł, nie licząc czarnych rękawiczek, nosił się podobnie jak większość zebranych w luźną biała koszulę, spuszczoną na szmaciane spodnie i sandały. Jak przystało na orkoida prezentował się dla pozostałych ras dość nienormalnie. Niska postura, długie ręce na których biegał i krótkie, podwinięte pod klatkę piersiową nóżki, całokształt zwieńczał łososiowaty kolor skóry.
- Mistrzowie… - Zdyszany rzekł ork. - Jest! Znaleźliśmy w końcu!
- Ha Ha Ha Ha! Wspaniale!
- Udało się?! - Nie dowierzał mag. - Prowadź więc! A chyżo!
Czym prędzej podbiegli do największego z namiotów, a wraz z nimi udało się jeszcze kilku innych ciekawskich. Na podłożu leżała wymalowana w magiczne symbole mata, na środku której stała osadzona na metalowym stojaku kryształowa kula.
Faldo odsuwając gapiów dorwał się do niej jako pierwszy, zajrzał do środka, ale oprócz zamglonego obrazu dostrzegł jedynie czerwony punkcik, rozświetlający z lekka mgłę.
- Suń się Mistrzu Lake, by niemagowie zobaczyli pełnię obrazu potrzeba rzucić jeszcze jedno zaklęcie.
Czarnoksiężnik podszedł do kryształowej kuli, postronni wraz z Faldem odsunęli się od niego, wbił w grunt swój kostur czym rozerwał matę, zamknął oczy. Rozszerzył szeroko ręce, na jego skroni ukazały się zmarszczki. Klasnął głośno.
- POKAŻ SIĘ! - I Ryknął aż zadudniło w uszach.
Z kuli ni stąd ni zowąd wystrzelił w górę cienki strumień światła, następnie niczym pergamin rozwinął się w dwie strony pokazując wszystkim wokół obraz.
- Oto i miejsce drugiego pierścienia aktywacji! - Krzyknął mag.
- Res…? - Z cicha rzekł Faldo.
A potem wyjaśnił im co przedstawia widziany przez nich obraz. Kula pokazywała brata najstarszego z wnuków Anomandera z rzekomym pierścieniem założonym na palcu, idącego w towarzystwie kilku jegomości.
- Załatwisz dla nas to cudeńko?
- Mój brat nie jest żadnym problemem, poza tym siła nie będzie tutaj w ogóle potrzebna, bowiem Res musisz wiedzieć mości Merfi, jest wybitnym odkrywcą! Jestem przekonany, że po wyjaśnieniach z chęcią pomoże naszej sprawie. - Faldo z uśmiechem wykonał gest „kciuka w górę”. - Ale ale mój drogi mistrzu Agrevaście, zlokalizowałeś pierścień, twoi ziomkowie zaś zjechali tłumnie. - Elf spojrzał poważnie na krasnoluda. - Pora byśmy objaśnili wszystkim wokół o co chodzi. I radziłbym się pospieszyć, sam wiesz kto może nas nawiedzić.
Krasnolud prychnął z lekka i machnięciem ręki zachęcił zebranym wyjście z namiotu.

Faldo poznał Czarnoksiężnika Merfiego Agrevasta w jego rodzinnych stronach, w Krainie Os. Szukając odpowiedzi na to w jaki sposób naprawić „zepsuty” kontynent Fobos w końcu natknął się na osobę obeznaną z tym tematem i o takim samym celu jak on.
Krasnolud okazał się być mistrzem gildii kupieckiej w swoim państwie oraz szanowanym kupcem na terenach całego Fobos. Handlarze podobnie jak elf chcieli otworzyć swoje ziemie na przybywających z Argentyny i Antropii wszelkiej maści osobników. Wtedy Faldo po raz pierwszy usłyszał o Dolinie Ściętych Drzew i o tajemnicy tamtego miejsca. Kiedy we dwójkę zgodzili się na zawiązanie współpracy, Agrevast używając magii przeniósł ich do wprost do doliny.
Pierwszą rzeczą na jaką zwrócił uwagę elf był oczywiście kolosalny posąg krasnoluda, drugą zaś sześcian znajdujący się u jego stóp, a co najważniejsze grawerunki wyryte na figurze. Malunki do złudzenia przypominające jakiś skomplikowany ponad miarę i zrozumienie dla śmiertelnika techniczny rysunek schematyczny. Schemat działania maszyny.
Elf podzielił się swoją wiedzą z Agrevastem, którego nagle olśniło, rozpoczęli planowanie nad tym co zrobić dalej.

- Panie i panowie! Moi wspaniali ziomkowie którzyście ściągnęli tu swoje zady ze wszystkich stron naszego jeszcze zamkniętego świata!
Rozpoczął mag. Stał na podwyższeniu, tuż przed sześcianem, w rękach trzymał kostur który służył mu za coś w rodzaju mikrofonu, obok niego z założonymi na siebie rękami dumnie piętrzył się w górę Faldo Lake.
Handlarze, członkowie gildii kupieckich z całego Fobos, oczywiście akurat ci którzy wtedy tam dotarli, siedzieli przy rozłożonych przed podwyższeniem ławach i wdzięcznie raczyli się niezwykle cienkim piwem, nad którym to debatowano równie zawzięcie jak nad i resztą towarów zwiezionych przez ich własny cech.
Agrevast chciał kontynuować, aż nagle gdzieś z boku usłyszał tętent, ale nie koni, a czegoś mniejszego. Kupcy zgodnie odwrócili głowy w jednym kierunku gdzie chwilę potem zmaterializowało się im przed oczami stadko kilku lam.
- Mówiłem, trzeba się było pospieszyć. - Rzekł rozbawionym głosem Lake. - Zostaw ich mnie czarnoksiężniku, wiem jak z nimi gadać.
- Muszę bo inaczej im mordy kosturem poobijam…
Lamy grzecznie wyhamowały tuż przed ławami zastawionymi piwskiem i głównie to właśnie nim. Niemal wszystkie zgodnie splunęły pod siebie i oddały się błogiej czynności konsumowania trawy.
Nie jednak parzystokopytne zwierzaki zwróciły uwagę handlarzy, a ich jeźdźcy, górskie krasnoludy. Wszystkie siedem, ubrane w kierpce, wysoki na pół brzuszyska pas, portki i białe koszule na które narzucili bezrękawniki z lamiej wełny, dziarsko pogwizdywały i machały ciupagami.
Ten który nosił czapkę z wetkniętym weń orlim piórem podszedł do jednej z ław i wyrwawszy gnomowi kufel, wypił jego zawartość na jeden raz. Następnie zagulgotał niby dziecko i rąbnął naczyniem o blat stołu.
- Witamy cnych górali! Witamy gospodarzy! - Od razu zakrzyknął odważnie i wesoło Faldo. - A co to takiego was ku nam sprowadza? Powiecie Baco?
- A cóz mom wom jo co godać!? Psyjechalimy bo z gór upatsylim biesiada, ze hej! - Baca spojrzał po siedzących. - Dejcie no tu kupcyki jakie siodełecka do moich bracisków, a i piwka a i zarła! No chyba, ze zamierzocie ku nom wselaki to brak kul… kultyny… Kulkul... - Baca, któremu ktoś podstawił kufel i krzesło usiadł na nim i znów napił się cienkiego piwa. - Ło co mie się miarkuje wiycie! A i dobze z wasyj to strony, ze to wy godocie panocku Faldo, bo głosu tego twojego kolegi to zdzierzyć ni mozna, taki to jad wstrętny z tego pyska bije niby som tam bazylisek w nim siedzioł! - Odwrócił się do swoich braciszków. - Nie braciskowie!? Aha!?
- A HEJ! - Odpowiedziały chórem pozostałe górskie krasnale.
- Takoze my tu psyjechali, biesiady to a i obycaju zazyć, posuchać ło cym to tu mości panockowie kupcyki i ty cny Faldo rozprawiocie. Bo my tu som w górach Kamal gospodorze i tako nom nosz ci król Herming pedzioł za razu, by tego to miejsca łot casu do casu dopatrywać, co by skody tu żodyn duryń nie wyzondził. To my som, pacym i suchom, bo my tu dobze wiymy, ze co waznego godocie, a gupki z nos nie som! Nie domy się wom wyruchać!
- Jakiż by to musiał być dureń by taką bandę śmierdzących dziadów brać, to sami bogowie nie wiedzą! - Nie wytrzymał czerwony ze złości Agrevast.
- Godalim! - Zaryczał Baca wskakując na stół i wypił resztkę zawartości kufla. - Godalim, jaki to jad pieronowy z pyska tego wylatuje! Godej no co planujecie cechu diabelski bo jak niy to tak wom dupy przepłazujem ciupagami, ze niy rok, a trzy roki na rzyci nie siedniecie!
Po tych słowach i braciszkowie wyskoczyli na blat, a wraz za nimi „cech diabelski” również uzbrojony w broń, na prędko zakupioną u jednego szczęśliwca, który ewentualność spieniężenia jej dobrze przewidział.
Faldo przez kilka chwil próbował mitygować towarzystwo, ale nawet do jego kompana żadne słowa już nie docierały. Przeszedł więc do czynów i każdemu z osobna przywalił leciuteńko z liścia w pysk. Po niespełna pięciu minutach wszyscy znowu siedzieli przy stołach i popijali piwo, z tą jedynie różnicą, że niemal każdy przykładał do opuchniętej szczęki, zakupioną u kolejnego szczęśliwca, zmoczoną szmatkę.
- Mistrzu Agrevast. - Rzekł z uśmiechem Faldo. - Czy możesz kontynuować?
- Mogę. - Rzekł i jęknął lekko z bólu czarnoksiężnik, próbując rozmasować obolały policzek. I zaczął mówić.
- Jak niektórzy z was wiedzą, a niektórzy nie – Złośliwie łypnął na górali. - Jestem magiem specjalizującym się w logistyce. Czyli portale, zmniejszanie objętości towarów, znajdywanie różnorakich materiałów itp. itd.. Wielu z was pewnie mi tego zazdrości, jest bowiem czego, dzięki temu zyskałem taki tytuł jaki mam. - Wciągnął brzuszysko. Reszta siąpiąc piwo słuchała, znali go, wiedzieli, że musi się wygadać. - Mając dostęp do ksiąg magicznych czasem trafia się na pewne historie i to nie tylko na te rozsądne, logiczne. Czasem trafi się jakaś od tych śmierdzieli z Mrocznej Kniei. W tych historiach pojawia się często nazwa Serce Puszczy, jest też mowa o czymś takim jak Kryształ Życia i Śmierci. Elfie gadanie panowie.
- Pieprzenie! Pierwsy to ci raz się zgadzamy.
- Miło mi niezmiernie Baco, ale to nie do końca bujdy. Papa Smerf jest realny, mamy na to dowody, skąd? Kupiłem je od któregoś z królów. Nie ważne którego waszmościowie. Ważne jest to, że podobnież owe Serce Puszczy jest na tyle dużym zbiorowiskiem energii by być w stanie otworzyć ten kontynent, bądź też utrzymać go w ryzach. Są przesłanki, że Mroczne Elfy przetrzymywały je wiele lat u siebie, w stolicy Valarmorghulis. Prawdopodobnie do momentu kiedy stała się wiadoma katastrofa i w Fobos uderzyła kometa Mammoragan. Niektórym z naszych braci udało się uciec na Antropię, inni musieli przetrwać lata post-apokaliptycznego kryzysu tutaj, zamknięci. Zgodnie z tym co mówi mistrz Lake, ciągle żywa jest u nich nie tyle jego wymarła u nas rasa Wysokich Elfów, ale i Ryboludzie.
- Tutaj bym nie przesadzał Czarnoksiężniku, one akurat już na wymarciu.
- A to czemu?
- Wszędobylski homoseksualizm. - Elf lekko się zarumienił.
- Dobze jo to miarkuja, ze to chodzi ło to, ze tak chłop ze chłopem?
- Dobrze miarkujecie Baco, a teraz dalej. - Agrevast postukał kilka razy w głowicę kostura, która nagle zaczęła zniekształcać jego głos. Pomogło. - A więc. Wiadomym jest, że jeszcze prawdopodobnie na sto lat przed owym zderzeniem, nasz kontynent upodobało sobie jedno bóstwo. - Zrobił krótką przerwę. - Perpetum Mo-Bile. Bóg technologii coś tutaj gmerał, podstępem ukradł Mrocznym Elfom Serce Puszczy i do czegoś go użył.
- Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem owy wielki sześcian. - Przemowę kontynuował Faldo Lake, wziął od Agrevasta kostur i wskazał nim na znaki wyryte w prostopadłościanie. - Moją uwagę zwróciły owe grawerunki, które w moim, rozwiniętym technicznie świecie oznaczają tyle, że to coś jest najprawdopodobniej maszyną. Nie potrafię jej objąć rozumem, owszem, ale choćby przez wzgląd na to uważam, że jest to dzieło najwyższych lotów geniusza. Nie śmiem nawet myśleć jaki trzeba mieć umysł by stworzyć tak zaawansowany układ, a to przypuszczalnie jedynie góra lodowa całości… - Podał kostur Merfiemu. - Niesamowite.
- Kiedy Mistrz Lake powiedział mi o tym zacząłem łączyć fakty i razem opracowaliśmy pewną hipotezę. Machina ta jest dziełem Perpetum Mo-Bile, goniąc za nowym, coraz to bardziej zaawansowanym cudem, doszedł on do wniosku, że pora na coś nowego. Postanowił stworzyć teren gdzie zmieni obecnie panujące warunki na takie, które całkowicie ograniczą mu możliwości używania konwencjonalnej technologii, w której używaniu był mistrzem.
- W ten sposób rozwinie się w zupełnie nowym kierunku. Pokona własne ograniczenia, bo nawet bogowie moi mili je mają. - Faldo uśmiechnął się szeroko.
- Dokładnie. Deliberując doszliśmy w końcu do wniosku, że najpierw potrzebował czegoś co wykrzywi przestrzeń na tak kolosalnym terenie jak kontynent. Dlaczego tak dużym? Kij go wie, ambitny jak myślę. - Agrevast zaśmiał się krótko, ale szybko wrócił do opowieści, jego ziomkowie kochali opowieści. - Do tego jednak trzeba mu było źródła gigantycznej energii. Wtedy to zabrał Śmierdzielom z Kniei ich cenne Serce Puszczy, zamknął je w tym sześcianie i ruszyło! Mamy świat gdzie nie działa technologia której Mo-Bile był mistrzem, kontynent z rozwiniętą ponad miarę magią, technologią organiczną, energią pary.
- Dobra dobra! - Krzyknął ktoś z tłumu. - A jaki to ma związek z pasem Psich Golemów, morzem mgieł, poziomą ścianą odgradzającą nas od chmur?
- Zgodnie uważamy, że to efekt późniejszych działań mających na celu ogrodzić od świata zewnętrznego, nasze zanieczyszczone na skutek uderzenia komety środowisko. - Odpowiedział jak z marszu Faldo. - Panowie! To co przed chwilą wygłosił mistrz Agrevast może być tylko naszą chorą ideą, prawda jest jednak taka, że machina ta działa i wypacza świat wokół, a do ciągłego funkcjonowania potrzebuje kolosalnych ilości energii. Taka moc nie jest domeną śmiertelników.
- Możliwości może być dużo. W środku może być mechanizm, który sam się nakręca, może tam być jedna lub kilka części Kamienia Życia i Śmierci. - Ciągnął Czarnoksiężnik. - Z tego co udało mi się już wcześniej ustalić do otworzenia mechanizmu zdecydowanie nie wystarczy siła fizyczna…
- Ano! - Ryknął Baca, a z nim jego braciszkowie. - Nasi ludkowie ode samego sam pocątku starali siem to dziadostwo łotwozyć. Ni chuchu panockowie, ni chuchu. Prawie i dwadziścia setek zim, wiosen, jesieni a i nawet lat, my w to rypali cym popadło w nase rynce. Moi dziadkowie jesce mieli nadzieje, że to rozłupią, bo cholerstwo psuje widoki. Do casu aż miłościwy łociec króla Herminga pedzioł coby to szajstwo łostawić i do roboty siem wziąć. To usuchali nasi, bo z królem wykłócać ni ma co, bo zaroz do kamienia łupać zaciongo.
- Ja też już próbowałem. - Rzekł spokojnie Faldo. - Niestety sam doszedłem do wniosku, że materiał z którego wykonano sześcian jest prawdopodobnie niezniszczalny. Używając mojego Dziarskiego Ciosu udało mi się roznieść w drobny pył barierę stworzoną z mgieł, ale rdzenia tej całej machiny obawiam się, że i mój najsilniejszy cios nawet go nie draśnie.
- A ten cały raban z pierścieniami? - Krzyknął perfumujący się niziołek. - O co chodzi?
- W sześcianie jest siedem otworów. - Agrevast przestąpił z nogi na nogę, suszyło go już od tego gadania, a szczęka dalej potwornie bolała. - Po magicznych oględzinach udało mi się zdobyć cząstkę energii po której byłem w stanie określić gdzie i czym właściwie są przedmioty pasujące do otworów. Okazało się, że do każdej ze szczelin przypasowany jest odpowiedni pierścień. O taki – Mag wskazał kosturem na swoją dłoń. Na grubym, sękatym paluchu widniał szary, niespecjalnie ciekawy dla oka, pierścień. - Wraz z Mistrzem Lake’em znaleźliśmy już trzy z nich.
- I by nie było. - Odezwał się Faldo i wzniósł swą prawicę w górę. - Ja mam pozostałe dwa. Panowie, czwarty po długim czasie szukania w końcu został wykryty i ma go mój rodzony brat.
- A pozostałe?
- Jesteśmy niemal pewni, że przynajmniej jeden z nich jest w rękach króla Mrocznych Elfów. Wiadomym jest, że większość śmierdzieli nie chcą za żadne skarby integracji z pozostałymi kontynentami i dlatego ukrywają przed światem klucz do otwarcia granic. - Agrevast mówił dalej. - Lokalizacji pozostałych dwóch nie znamy, choć możliwe, że i one są w posiadaniu drowów.
Jeden goblin wyszedł na blat stołu, przechylił kufel z piwem i pociągając głośno nosem, dziarsko tupnął.
- A więc w skrócie Agrevast, jaka jest gwarancja, że po pierwsze primo, po znalezieniu pierścionków wszystko wyłączy się na cacy i metaforycznie włączy nam się światło? Po drugie, cholera, a co z Psim pasem? I w końcu po trzecie…
- Najpierw odpowiem na dwa pierwsze pytania. - Oratorskim tonem wtrącił się Czarnoksiężnik. - Szansy, że plan się powiedzie i rozbroimy maszynę obliczyć nie można, ale mogę się z tobą założyć o 600k golda, że damy radę. - Kiedy mag to mówił Goblinowi szczęka wpadła do kufla innego goblina i rozlała piwo. - Po drugie…
- Pasem Golemowych Psów zajmę się ja sam. - Powiedział bez emocji Faldo. - Jak załatwimy sprawę z tym tutaj sześcianem to osobiście przejdę cały kontynent i zabiję każdego ogara którego znajdę.
- A po trzecie. - Ryknął ktoś inny, niziołek, który przed chwilą psikał się jakimś perfumem. Głos lekko mu się łamał. - Co do cholery jasnej zrobimy z wojną!? Tamci już się zbroją, po miastach gada się, że próbują forsować pas jak tylko się da! I nie wciskajcie nam tu już kitu. Chodzi o kasę, nam zawsze chodziło o kasę, bo w kocu jesteśmy kupcami. Ja jak i moi ziomkowie…
- Panie Willybumber…
- Nie willybumberuj mi tu Agrevast! Nam zależy na zyskach z nowych ziem jak tylko się da, czuję to złoto, ale nie chce mi się wierzyć, że tamci ot tak po prostu nas nie zaatakują. Chciałeś może znać nasze stanowisko, otóż uważam, że wojna, która wybuchnie po tym jak tamci wejdą w głąb lądu da nam same straty!
- WOJNY!!! - Wrzasnął przeraźliwie głośno Faldo. - NIE BĘDZIE! - I tupnął aż zadrżała ziemia. - Uspokójcie się! Nigdy nie pozwolę moim rodakom i innym Antropijczykom na agresję w waszą stronę. Daję wam moje słowo honoru!
Zapanowała krótka chwila ciszy.
- A teraz gdy już wszystko mamy wyjaśnione. - Podjął Agrevast. - Mistrz Lake jeszcze dzisiaj wyruszy i jak najszybciej przyniesie nam czwarty pierścień. A do was jako zwierzchnik co poniektórych, a mam nadzieję, szanowany konfrater innych, mam prośbę. Pytajcie wszędzie gdzie się da, na dworach, na targach, na gościńcach. Pytajcie o podobne do mojego pierścienie. Dla każdego kto przyniesie właściwy pierścień 300k golda nagrody! Razem panowie i panie otworzymy tę oto – Wskazał kosturem na sześcian. - Puszkę Pandory, a z nią nasz świat!
Rozpoczęły się owacje i krzyki, a potem zajęto się już tym co nieludzie, ludzie, antropomorfy i wszystkie inne rozumne stworzenia na świecie lubią najbardziej: Zabawą.

Późnym wieczorem, kiedy większość biesiadników albo tańczyła na stołach razem z góralami, albo udała się już na spoczynek, miało miejsce pewne spotkanie.
Dwójka osobników pod płaszczem nocy spotkała się obok jednego z licznych ściętych pniaków. Jednym z nich był ork o łososiowej barwie, o długich ramionach na których chodził, a drugim był niziołek Willybumber.
Mężczyźni nie rozmawiali długo, ot wymienili jedynie kilka zdawkowych zdań. Następnie niziołek z kabzy swoich spodni wyciągnął grzyba przypominającego kanię i zerwał mu kapelusz. Nowo powstały koniec grzyba rozjaśnił co nie co mroki tworząc wokół siebie delikatną aurę bladego światła.
Willybumber poświecił towarzyszowi, a ten począł grzebać w przyniesionym plecaku. Chwilkę później ork wyciągnął dwa jajka, na jednym wymalowano litery S.U. na drugim zaś C.M.. W oba jaja wbił duże palce swych chwytnych stóp i „odkorkował” je.
W środku znajdowały się piękne pisklaki, już w ładnym puszku i ani śladu żółtka czy białka. Obu z czubka głowy wyrastał czerwonawy róg. Willybumber przejął jedno jajko z pisklakiem i kciukiem wcisnął małemu rożek w maleńki łebek, następnie przybliżył doń głowę i coś wyszeptał. Kończąc wyrzucił jajko wysoko w górę, a mały ćwirćwirek rozerwał skorupkę i z niezwykłą prędkością pofrunął w siną dal.
Po pierwszym przyszła kolej na drugiego, z którym proceder kropka w kropkę się powtórzył.
Kiedy dwójka okrytych nocą kompanów zakończyła swe działania kiwnęli jedynie do siebie z lekka głowami i oddalili, jeden w jedną, drugi w drugą stronę.

O poranku następnego dnia siedzący za biurkiem i przeglądający papiery Syceron Ubek usłyszał lekki stukupuk dobiegający zza okna. Starannie zamknął dokumenty i ułożył w takim miejscu na biurku by nie przeszkadzały. Spojrzał w prawo, za oknem dostrzegł maleńkiego ptaszka próbującego za wszelką cenę przebić się przez szybę.
Nacisnął guzik telefonu Lan-Sarskiej roboty i zakomunikował pani Kasi by przez kolejne kilkanaście minut nikt mu nie przeszkadzał.
Podchodząc do okna pogłaskał delikatnie po dziobie swojego rogoczuba bagiennego, przez antropijskich cudzoziemców nazywanego foboskim. Przypominający małą czaplę, brunatno-pióry ptak wyróżniał się skostniałym wyrostkiem na czubku głowy.
Otworzył okno.
Maleńki ptaszek wleciał do pokoju po czym od razu wtulił się w gniazdo na którym siedział jego starszy kolega.
- No i co my tu mamy.
Ubek zręcznym ruchem chwycił pisklaka, następnie palcem lekko stuknął go tył łebka. Wbity w czaszkę rożek odkształcił się do swojej pierwotnej formy, wystając dumnie z łebka ptaszka.
Mężczyzna przybliżył małego niczym słuchawkę do ucha.
- Wiadomość do Ubeka i Mamby. Godzina 24:45. - Przemówił ptaszek głosem Willybumbera. - Res Lake znajduje się na południe od naszej stolicy. W pogoń za nim udał się Faldo Lake. Prawdopodobny kurs – środek kontynentu, Dolina Ściętych Drzew. Knowania w zakresie otwarcia granic przybierają na sile, zalecane natychmiastowe działanie. Bez odbioru.
Syceron Ubek wierzył swoim szpiegom. Wiedział, że wiadomość dotrze również do Mamby, Pitbulla i Luviela, to go nie martwiło, ale już na pewno coś innego. Bo albo ktoś w stolicy knuje przeciw interesowi państwa, albo on o czymś nie wie i teraz pozwalają odkrywcy na więcej niż powinni. Druga opcja była niemożliwa, król nigdy by na to nie zezwolił.
Postanowił wysłać wiadomość do władcy, ale później, dopiero wtedy gdy dowie się o schwytaniu Resa Lake’a. Wolał pisać do króla z dobrymi wieściami, tak dla czystej przezorności. Król bowiem nie miał w sobie dużo miłości.
Chwycił ptaszka za głowę i zręcznym ruchem złamał mu kark, maleńkie ciałko wrzucił zaś do niszczarki niedojedzonych skórek po kanapkach.
Gdyby tego nie zrobił mały rogoczub powtarzałby zapisaną w mózgu wiadomość przez całe życie. Ptaszków tych używało się w szeregach armii Mrocznych Elfów od dawien dawna, od momentu kiedy ktoś odkrył, że wciskając pisklakowi rożek do łba, maluch zapamiętuje kilka zdań i po wróceniu rogu do normalnego kształtu powtarza je całe życie. Informację tę postanowiono wykorzystać, alchemicznie ulepszono gatunek, w taki sposób by już po wykluciu potrafił piekielnie szybko latać i jego jedynym celem było gniazdo w którym zniesiono jego jajo.
Ptaszki te zrobiły furorę, no a poza tym te którym pozwolono dorosnąć dość ładnie wyglądały i świetnie nadawały się na maskotki do biura.

Dzień wcześniej, po tym kiedy Res zdążył już przetłumaczyć Handzyłowi co nagadał mu wojewoda, obaj znajdowali się już na bagnach, w drodze do sztucznego miasteczka należącego do Levi.
- Wierzysz w to? - Zapytał Brzoza. Używając swojego artefaktu stworzył sobie maskę przeciwgazową, był to jedyny sposób by wytrzymać w panującym wszem i wobec smrodzie. Jechał na Aferze, którą zabrał ze sobą do Valarmorghulis.
- Sam kurwa nie wiem. Ale stary dziad na pewno nie kłamał, takie rzeczy widać, wierzył w te swoje pierdolenie. Tylko, że równie dobrze mogą to być wyssane z cipy gównoprawdy.
- Ten papa istnieje. Widziałem go.
- Serio kurwa?
- Poważnie. Wziąłem go jednak za rodzaj czczonego nieboszczyka. Tak mi się przynajmniej wydawało.
- A jebać to, naszym celem od początku było naprawienie tego spierdolonego miejsca, a te jebane Serce Puszczy może co pomóc. Mamy jakiś konkretniejszy trop. No i już kurwa na pewno będzie o czym pisać. - Elf uśmiechnął się szpetnie. - Przy okazji Brzoza, nie czuję tego bagiennego smrodu naokoło, mam jeszcze ocipinkę środku na te gówno, ale wyraźnie czuję krew. Umyłbyś się popierdoleńcu.
- Od ciebie czuć ją nawet przez tę maskę.
Długo jechali w milczeniu, do momentu aż na bagnach zastała ich noc. Jakimś cudem zebrali trochę suchych gałązek i przenocowali na jednej z wielgachnych gałęzi jednego z prastarych drzew, przy skromnych ognisku i posiłku. Ustawili warty, nie znali terenu na tyle by mu zaufać. Na drzewach nie musiało roić się od dzikusów, wystarczył jeden wąż. Po prawdzie wąż był nawet groźniejszy od dzikusów.
Wstali o świcie i w ciszy ruszyli dalej. Nie było łatwe nawigować w tak zaciemnionym terenie, ale Res doskonale zapamiętywał szlaki. Już tędy szedł i wiedział w jaki sposób dotrzeć tam skąd przyszli.
Około 10 przed południem zobaczyli granicę lasu z polanką na której już na pewno stały chaty ze skansenu panny Swarz.
- Powiedz kurwa Brzoza, bo tak się zastanawiam. - Res spojrzał po człowieku. - Nie zapytam cię skąd u chuja widziałeś Papę Smerfa, ale chcę wiedzieć jedną rzecz.
- Słucham zatem. - Drewniana maska odwróciła się w kierunku elfa. - Ciekawym.
- Ano kurwa i ja ciekawym. Gadaj jak nazywają się pozostałe cele.
- Skąd ta zmiana zdania?
- Chuja cię ona obchodzi. Wolę wiedzieć przed spotkaniem jakiej osoby mam ci wpierdolić.
- Merfi Agrevast. - Odpowiedział chłodno Osmańczyk. - Trzecie nazwisko niech pozostanie tajemnicą.
Lake nie skomentował. Wydobycie jednego w zupełności go usatysfakcjonowało. Sprawa na nowej ziemi zaczynała się robić śliska i elf poważnie zaczynał rozmyślać o tym co zrobi w przypadku gdy osoba pomocna w naprawie Fobos okaże się celem kultysty Alpa Aczino. Znał jego priorytety, były proste, w zupełności wypełnione przez misję.
Gdy weszli do sztucznej wioski pierwszy dostrzegł ich Ringeril, koń od razu pokłusował do swego pana. Lake pogłaskał go po grzywie, następnie szybkim krokiem podszedł do Johnsona. Kowboj nie był sam.
- Pierdolisz!? Orkowie!
- Ano my w samej rzeczy! - Rzekł siedzący na ramieniu Biczesa i dłubiący mu w zębach swą dzidą, Pauluś.
- Odkryłem jebanych orków! - Ryczał podskakując z radości elf.
- Chyba ja jeśli już? - Kowboj pociągnął łyka z tykwy. - Nie pomyliłeś czegoś?
- A widziałeś ty ich? Nie. To chuj ci w rzyć! - Res chwycił dolną szczenę Prajka w łapę i obróciwszy ją w dwie strony zachwycił się po raz wtóry. - Jebani orkowie...
- Nie wszyscy. Biczys jest prawiczkiem. - Odezwał się wyrwawszy się energicznie z uścisku elfa, Prajk. A wspomniany kolos zarumienił na fioletowo.
- Ale dobra! - Pauluś klasnął. - To co? Budujemy statek i płyniemy?
Odpowiedziała mu głucha i niezrozumiała cisza. Usiedli i jedząc jadło przygotowane przez trójkę orków, opowiedzieli sobie swoje historie.
- Elfie gadanie. - Skomentował Pauluś. - Nie warto słuchać, lepiej budować statki, albo oglądać wrestling.
- Chuja Paulusiu. My najpierw załatwiamy nasze sprawy, a potem z kurwa gigantyczną chęcią zabiorę was do nas na Antropię. - Res chciwie wyrwał kawałek mięsa z udka kurczaka i zaczął przeżuwać.
- Hmmprf! - Skomentował Biczes. - Hmmprf, hmmprf! - Krzyknął po raz wtóry wyrzucając z radości Paulusia w górę.
- Zgoda, pomożemy zatem waszej kampanii. Choć tak jak Prajk gadał, elfiego gadania słuchać nie warto.
- Też jestem kurwa elfem.
- Ale kolega to inna sprawa, zaraz poznać, śmierdzisz panie, owszem, ale podróżą i bitką, a nie siarą jak ze smoczego zada. - Rzekł Prajk i cała trójka orków roześmiała się.
Nagle ni stąd ni zowąd Biczes zaczął się trząść, drgawki były tak nasilone, że Pauluś spadł z niego. Handzył podskoczył doń i chciał włożyć mu do ust kawałek deski. W drogę wszedł mu Pauluś.
- Spokojnie. Biczes polubił was bardzo i chciałby się pochwalić.
- Czym kurwa? Zaawansowaną padaczką?
- Naszym rodzinnym skarbiem. - Odpowiedział Prajk.
- W takich chwilach. - Dodał palący papierosa Johnson, to był jego ostatni. - Żałuję, że jestem ślepy.
Ciało pomarańczowego orka zaczęło zmieniać barwę na intensywniejszy pomarańcz, zaś idąc od pępka aż po samo gardło stawało się coraz to bardziej zielonawe. Nagle wielkie brzuszysko orkoida podzieliło się tak jakby na dwie części. Jedna z nich zaczęła iść w górę.
Pauluś stojący krzywo obok Prajka patrzyli się na to wszystko takim wzrokiem jakim rodzice obdarowują swoje dziecko gdy temu uda się w końcu jazda na rowerze.
- Biczes jest wybrańcem naszej rodziny, przechowuje przekazywany od pokoleń w naszej rodzie skarb. - Rzekł nisku ork.
- Aha… - Odpowiedziała reszta.
Brzoza ściągnął maskę. Konie odwracały spojrzenia. Nawet ślepy igliczanin słysząc dławiący się ni to jęk ni świński kwik zastanawiał się czy aby na pewno chciałby to widzieć. Res z wywieszonym jęzorem pospiesznie szkicował odbywający się akt.
Kiedy połowa brzuszyska znalazła się już w miejscu gdzie normalnie zameldowane jest jabłko adama hełm spadł z głowy Biczesa ukazując przepiękne, głębokie oczy koloru nefrytów i zaczesany do tyłu elegancki fryz. Nie to jednak zwróciło uwagę zebranych, a wypluta w powietrze flegma wielkości Prajka.
- Hmmprf. - Rzekł stojący jak gdyby nigdy nic pomarańczowy ork. Schylił się po hełm i założył go, na powrót przysłaniając swe niebywałe piękno. Był też oczywiście o połowę chudszy niż jeszcze przed chwilą.
- O cię chuj! To się nazywa kłaczek.
Res jako pierwszy podbiegł do czegoś co przed chwilą wypluł jego nowy kolega. Reszta udała się zaraz za nim. W powietrzu zaśmierdziało mokrym psem.
Kula flegmy okazała się być potwornie wypaczonym, pogarbionym stworem. Nie był to jednak ork, ani tym bardziej nic innego. Pokrzywiony wypaczeniec zamamlał bezzębnymi ustami, zakaszlał wypluwając płyny.
- To Szczęściarz. - Powiedział dumnie Pauluś. - Nasza rodzina co pokolenie wybiera nowego orka by miał to szczęście opiekować się nim. Musicie wiedzieć. - Rzekł do skołowanych kolegów. - Że jest to wielki bohater.
- Ano! - Krzyknął dźwigając swą siekierkę wysoko w górę seledynowy ork. - Wiele, wiele lat temu, uratował on naszą rodzinę. Zrobił to w zamian za obiecaną mu nieśmiertelność.
- To nazywacie nieśmiertelnością? - Zapytał się Johnson.
- Mój skarbie… - Rzekł cicho Szczęściarz. - Mój kochany skarb…
Wypaczeniec w rękach trzymał szary, niespecjalnie ciekawy pierścionek. Wgapiał się weń jak ciele w namalowane wrota. Pocałował go. Nawet orkowie odwrócili wzrok.
- A to co jest kurwa? - Zapytał Res.
- Dziadostwo. Zawsze to ściska gdy się go wypuszcza.
- Wezmę to sobie. - Elf podlazł do Szczęściarza i wyrwawszy mu pierścionek z chuderlawych rączek otrzepał z flegmy. - Zajebista pamiątka kurwa. I zanim cokolwiek powiedziecie jebaniutcy. - Zwrócił się do orków. - Potraktujmy to jako część zapłaty.
- Żartujesz? - Odezwał się Brzoza. - Zamierzasz to zabrać?
- Znam pokurwieńców gotowych sprzedać zamek by kupić takie gówno.
Szczęściarz tak jakby zapłakał, wyciągnął w kierunku elfa swe wątłe dłonie. Ale nie dosięgnął gdyż w torsie chwycił go Biczes, który najwyraźniej postanowił, że pokaz się skończył.
Proces wkładania nieśmiertelnego bohatera do jego cudownego apartamentu był na tyle okropny, że już nikt nie chciał być jego widzem.
Jakiś czas później gdy Biczes wrócił, kompania postanowiła okulbaczyć konie i ruszyć na wschód, w kierunku Doliny Ściętych Drzew, tam gdzie sugerowała kierować się notatka dana Resowi przez wojewodę mrocznych elfów. A i jak się później okazało, orkowie mniej więcej znali drogę.
Ruszyli. Dwóch ludzi, dwa konie, trzech orków i jeden elf.

Na drugi dzień gdzieś około południa kompania towarzyszy postanowiła zrobić sobie dłuższą, dwugodzinną przerwę, przeczekać prażące wyjątkowo uciążliwie słońce i zjeść. Pierwszą rzeczą jaką Res zaobserwował u orków było ich niesamowite wręcz uwielbienie do wszelakich gier. Kiedy tylko mogli wyciągali karty i rżnęli w nie zakładając się o pieniądze, okruszki, czy nawet liście. Dużo też opowiadali, o dziadku którego zwali Kleszczem, o magicznej telewizji, o wrestlingu i ich nowym ulubieńcu Dick the Kidzie. Pozostali również posiadali swe własne tiki. Johnson jak zauważył Lake, kiedy nie miał przy sobie używek zaczynał żuć trawę, łaził w kółko i milczał. Ulubionym zajęciem Brzozy było zaś doglądanie zwierząt, dbanie o sprzęt. To ten typ idioty co ciągle musi pracować, myślał w duchu elf.
On sam zaś obserwował i rozmyślał, nad książką, nad przygodą, a nawet o rodzinie za co karcił się w duchu, obrażając się od maminsynków i kutafonów. Coś nie dawało mu spokoju, czuł na plecach maleńkiego ślimaka, który za żadne skarby świata nie chciał zleźć. Czuł, że są śledzeni.
- I wtedy założył mu backbombera! - Ryknął Prajk trzymając Paulusia w poprzek nad głową i wgniatając łeb w jego plecy.
- Magia. - Odezwał się wygięty niczym łuk Pauluś. - Dick jest wyczepisty na maksa!
- Hmmprf!!! - Biczes zaburczał energicznie wymachując rękami.
- My u siebie też mamy wrestling, ale u nas to pic na wodę fotomontaż. - Powiedział żujący trawę kowboj. - Oglądają to tylko podlotki i Mastodończycy.
Nagle Brzoza zerwał się jak strzała i instynktownie wyciągnął z pochwy jatagana. Ostrze nie opuściło jeszcze swego domku, a pozostała piątka również wyskoczyła do pozycji pionowej, a każdy trzymał jakąś broń, nie licząc Lake’a rzecz jasna.
- Wyłazić! - Krzyknął z wycelowaną w knieję spluwą Johnson. - Wiem gdzie jesteście. Oni może nie, ale ja słyszę was sukinsyny jakbyście łazili po krakersach!
- Gdzie są? - Zapytał Res rozglądając się.
- Dwójka stoi tam gdzie celuję. - Igliczanin lekko ruszył nadgarstkiem dłoni w której trzymał gnata. - Trzeci jest gdzieś za nami.
- Wyłazić pędraki! - Zawołał Prajk. - Pokażcie no te wasze mordeczki.
- Jeśli wam wasze chujowe życie miłe radzę kurwa się pokazać. - Ryknął Res przystawiając dłonie do ust. - Mamy ślepego strzelca, ale kutas nie pudłuje!
- Cicho Lake. - Odezwał się Brzoza. - Zaczynają się ruszać.
Ubranie Handzyła Nagharuka zaczęło zmieniać kształt, wszędzie łącznie z maską zamieniając się w żółtawo popielate bandaże. Opatrunki objęły niemal wszystko, wliczając w to obnażone ostrze. Jedynym co pozostało odkryte były jego oczy. Chwilę później osmańczyk zniknął, wtapiając się w otoczenie niby kameleon.
Nikt nie skomentował, rozglądali się za tymi którzy ich naszli.
- Res Lake! - Krzyknął ktoś z kniei. - Jesteś aresztowany, a wy… Kimkolwiek jesteście, spróbujcie mu jedynie pomóc, a i was skuję i zawiozę przed oblicze Anomandera.
Tym który mówił był elf o szarych oczach, ubrany w koszulę i spodnie w stylu morro i wysokie glany, bardzo podobne do tych Resa. Obok niego szedł antropomorficzny pitbullowaty pies, ubrany identycznie jak elf, u pasa niósł zwinięty bat.
- Kto by kurwa pomyślał. Sam jebany kapitan Luviel przyniósł tutaj swoją rzyć i zaszczycił nas swym smrodliwym głosem. - Wąsacz zaśmiał się szczerze. - Spierdalaj Straus. - Dodał poważnie i przyjął niską gardę.
- Hmmprf.
Biczys uśmiechnął się i ruchem niezwykle szybkim jak na kogoś jego wzrostu wyciągnął z kołczanu strzałę, naciągnął cięciwę i szył prosto w elfiego kapitana. Luviel chwycił strzałę w locie i zaczął biec w kierunku kompanii.
- A więc wszyscy macie przejebane! Brać ich! - Krzyknął i przyspieszył. Obrócił strzałę w dłoni.
Pierwszym co przeszyło milisekundę później eter były trzy strzały oddane przez Johnsona. Kowboj trafił jednak w pustkę, celował w Pitbulla, ale antros zwinął się nienaturalnie dziko w powietrzu i uniknął strzałów.
Psowaty odbił na prawo, prosto w Resa. Wyciągnął swój bat, szybkim ruchem nadgarstka rozwinął go, następnie pociągnął do siebie i chwycił w lewą dłoń w około jednej trzeciej długości broni. Jeszcze raz odskoczył w prawo i wściekle szybko zanurkował w elfa, strzelając w niego ze swego batogu.
Powietrze przeszył trzask uderzenia i rozerwanej skóry, po napiętym bacie spływała struga ciemno czerwonej krwi. Juchy płynącej z ręki Resa pewnie trzymającego końcówkę bata.
- Nawet nie wiesz kurwa jakiego masz pecha pojebańcu. - Rzekł uśmiechnięty od ucha do ucha Lake. - Bat to moja ulubiona broń.
Pitbull nie myślał jednak konwersować i spróbował wyrwać broń z uścisku Resa. On sam nosił rękawiczki, a dłoń przeciwnika krwawiła, powinien bez problemu ją wyrwać. Ale nic się nie stało. Zaparł się po raz wtóry i nagle poczuł pociągnięcie w drugą stronę.
Res, śmiertelnie poważny, instynktownym, wyuczonym ruchem szarpnął bat do siebie, strzepnął go w powietrzu, a rękojeść chwilę później wylądowała w jego prawej ręce. Wąsacz smagnął nim dwa razy w powietrzu na próbę i uderzył w powietrze nad oponentem, który zdążył już wstać i ruszył ku niemu.
- Chyba z dziesięć jebanych lat nie miałem takiego w łapach. - Res smagnął raz jeszcze. Trafił Pitbulla w nos, który eksplodował niczym jeżyna. Antros zachwiał się. Res strzepnął batem po raz drugi i zawinął go tuż pod kolanem przeciwnika. Pociągnął najszybciej jak umiał, coś strzyknęło, a psowaty wylądował na glebie i zakwilił przeraźliwie z bólu. Widać było, że próbuje wstać, po nieziemskim wysiłku udało mu się to.
Res odwinął do siebie broń, chwycił w drugą dłoń z której lała się ciemno czerwona krew i uderzył po raz trzeci. Bat zawinął się na szyi Pitbulla.
- Uciekaj. - Rzekł zduszonym głosem antros.
Lake szarpnął. Następnie zluzował uścisk i strzepnął bronią ku sobie, tak by chwycić jej końcówkę w drugą rękę.
Tymczasem z drugiej strony Luviel rzucił się na trójkę orków. Kapitan trzymał w dłoni rytualny nóż. Jako wysoki stopniem oficer wojskowy miał prawo do noszenia takiego, był więc jedynym chodzącym po świecie elfem uprzywilejowanym do posiadania własnej broni. Luviel był świetnym bokserem, ale w walce jak ta wolał polegać na broni białej.
Orkowie wydali mu się być z początku chaotyczną bandą dziwaków, szybko jednak zmienił zdanie.
Zaszarżował na niskiego, ten jednak został wyprzedzony i zniknął za biegnącym w kierunku szarookiego elfa grubasem. Luviel wyprowadził szybki sztych w przód chcąc upuścić krwi z cielska pomarańczowego kolosa. Ale cios zablokował diabelnie szybkim ruchem mały, pokraczny, siedzący na ramieniu grubego.
Wtem zza wielkiego wybiegł zielony i szybkim ruchem zamachnął się nisko w lewy goleń elfa, czyli najwyżej jak umiał. Luviel podskoczył. Kiedy był w powietrzu pomarańczowy rzucił w niego pokracznym, a ten pchnął weń z całych sił swą włócznią.
Pauluś nie lada się zdziwił gdy wysoki elf zdołał sparować jego szybki atak, ale nie przejmował się ani trochu. Może jemu się nie udało, ale Prajk kiedy tylko wielkolud wylądował na glebie, wykonał piruet i grzmotnął wroga tarczą prosto w kolano.
Biczes naciągnął cięciwę, miał na niej założone trzy strzały, które z odległości metra poleciały prosto w elfa. Ten jednak puścił swój nóż i chwycił wszystkie trzy za jednym razem. Następnie obrócił się na lewej nodze i zamierzył się nimi na spadającego w dół Paulusia.
Trzy strzały pękły w drzazgi trafione pozostałymi nabojami Johnsona. Kowboj otarł czoło, bał się jak cholera, że nie trafi.
Biczes wbiegł w elfa uderzając go ramieniem w brzuch. Pauluś wskoczył mu na drugi bark. Prajk ustawił się obok nich, z tarczą trzymaną wysoko, tak by zasłonić się przed atakiem w głowę.
Niesamowici pomyślał Luviel. Nigdy w życiu nie widział by ktoś tak doskonale się rozumiał, jako wojownik doskonale wiedział jak wielkie musi być ich zgranie by działać tak szybko. Zaczął o nich myśleć jak o jednym przeciwniku. Od dawna tak dobrze się nie bawił.
Nagle wszyscy zebrani usłyszeli huk. Potem kolejny i kolejny, a z każdym następnym uderzenia były coraz to głośniejsze. W końcu przed ich oczami wylądował wysoki ponad miarę elf w garniturze i czarnych lenonkach.
- Lord Faldo? - Zapytał Luviel. - Co wy tutaj robicie lordzie, zresztą nieważne, pomóżcie mi schwytać waszego brata. Jestem tutaj by go zaaresztować i zawieźć tam gdzie jego miejsce.
Res spojrzał na swojego starszego brata. To był ten rodzaj wzroku, którym obdarowuje się odwiecznego wroga. Nie odezwał się jednak. Podobnie uczynili pozostali.
Faldo rozejrzał się po polu bitwy. Uśmiechnął się w kierunku Ringerila, który zachrapał bojaźliwie na jego widok. Spojrzał na swego brata trzymającego bat i martwego antrosa leżącego niedaleko niego. Zobaczył kilku orków i kapitana Luviela, a obok nich kowboja z ciągle parującym od niedawnego strzału, rewolwerem. Poczuł też obecność jeszcze dwójki osób, ale ich nie zauważył. Z butonierki wyciągnął chusteczkę i otarł czoło, „biegł” tutaj prawie piętnaście godzin i nawet on miał prawo poczuć się odrobinę zmęczony.
- Aresztować kapitanie?
- Tak jest lordzie. - Rzekł surowo Straus. - Twój pieprzony brat zbiegł z Mistral, wcześniej obezwładniając radnego Anomandera, twego dziada.
- Naszego kurwa. - Przemówił Res. - Najchętniej wyparłbym się skurwysyna, ale nie mogę. - Na widok brata na plecach perlił mu się pot, a w gardle i brzuchu wybuchnął nieprzyjemny ból. Resa przeszedł strach.
- Nic z tego kapitanie. - Siłacz uśmiechnął się szczerze. - Mój braciszek jest mi potrzebny do rozwikłania pewnej niezwykle ciekawe zagwostki. Normalnie nie zawahałbym się w ujęciu go, ale cóż, przychodzą czasem takie sytuacje w których trzeba wybrać nietypowe drogi. Nawet jeśli to nie po myśli mojego dziadka. Wycofajcie się kapitanie. Res idzie ze mną.
- Chuj ci w rzyć. Wybieramy się kurwa do Doliny Ściętych Drzew i choćbym miał się zesrać ze strachu prędzej zdechnę niż zmienię kierunek!
- Wspaniale! - Faldo klasnął w wielgachne dłonie. - Bo i ja chciałem cię tam zaprowadzić.
- Nic z tego lordzie. - Szarooki schylił się po nóż. - Nie ma wyjątków, dostałem rozkaz, jeśli i ty jesteś przeciwny to i ciebie zaaresztuję.
Faldo wybuchnął bardzo nieprzyjemnym śmiechem czym zdezorientował pozostałych.
- Ależ proszę kapitanie, tylko bez żartów. - Otarł łzę.
Luviel nie czekał, wystartował w kierunku najstarszego z Lake’ów i ciął na odlew z dołu, celował w pachwinę. Faldo ciągle ocierając oczy lewą ręką, prawą chwycił ostrze między dwa palce i je złamał.
Luviel zakręcił się na pięcie w prawo, podskoczył i wycelował weń z lewej pięści. Bezbłędnie trafił, prosto w policzek. Lake nawet nie drgnął. Kapitan zaczął okładać go ile tylko się dało, kopał i boksował, na zmianę. Długo, minęło pół minuty aż Faldo zareagował.
- Dość. - Rzekł długowłosy elf chwytając kapitana straży za rękę, wygiął ją do granicy wybicia ze stawu. - Naiwniak z ciebie Straus, jesteś jak mój brat i wielu innych, wydaje ci się, że możesz mi coś zrobić. Nie możesz. Może trzy lata temu coś bym poczuł, ale już nie.
Puścił ramię Luviela i uderzył go z liścia tak, że kapitan wykonał potrójną śrubę w powietrzu, a następnie nieprzytomny położył się na ziemi.
Wtedy ciało Falda przebił bełt. Wbił się na centymetr w jego tors, a z miejsca uderzenia unosił się gaz. Faldo spojrzał na to zdezorientowany po czym szybkim ruchem wyrwał pocisk, grot był czarnego koloru.
- Obsydianowe groty. - Skomentował siłacz. - Niezwykłe trudne do wytworzenia, użyto najpewniej jakiejś magii odkształcającej, choć i to jest mało efektywne gdyż… - Głos zaczął mu lekko drgać. - Obsydian jako metal niesamowicie twardy nie jest podatny na odkształcenia… - Coraz to bardziej. - Cóż to musiało… Być… - Faldo sztywno upadł na glebę.
Res i reszta obrócili się w tył, przed granicą z lasem, pomiędzy krzewami stała kobieta o wężowatej twarzy, o smukłym ciele bez nóg, a jedynie z rękami w których trzymała kuszę wycelowaną w miejsce gdzie przed jeszcze chwilą stał Faldo.
Nie zdążyli nawet się odezwać, a ni stąd ni zowąd z torsu kobiety wyszło ostrze, przekręciło się i cięło w bok rozrywając jej ciało i zwalając ją martwą oraz całkowicie skołowaną na ziemię.
Brzoza nagle znowu zaczął być widoczny. Biegł w kierunku leżącego na ziemi Falda, a jego strój pomału wracał do standardowego który nosił. Z tym jednak wyjątkiem, że smagłej twarzy nie zasłaniała żadna maska.
Upadł przed rannym na kolana, szybkim ruchem wyciągnął z jednej ze swych kieszeni jakąś fiolkę, nerwowo ją odkorkował. Przypadł jeszcze bliżej, nachylił głowę i zaczął ssać ranę Lake’a. Po chwili oderwał się od rany i splunął płynem do przygotowanej fiolki. Potem powtórzył czynność. Wiele razy.
Pozostali stali jedynie w milczeniu i przypatrywali się.
- Co to kurwa było, że powaliło mojego jebanego brata? - Zapytał w końcu Res.
- To jad mantykory. Najrzadsza i najbardziej zabójcza trucizna jaką znają rozumne gatunki tego świata. - Brzoza wsadził korek do prawie pełnej fiolki, następnie schował ją do swych kieszeni. - Co do twojego brata, jest silny, jemu powinno udać się przeżyć, tym bardziej, że udało mi się odratować sporą dawkę jadu. Nie liczyłbym jednak na rychły powrót do zdrowia. Kuracja potrwa z pół roku.
- Zrobiłeś to dla jadu? - Zadał pytanie Johnson.
- Oczywiście.
- Zanim kurwa zaczniecie się napierdalać. - Rzekł nerwowym głosem Res. - Handzył odratował mojego skurwiałego brata, to się liczy. - A teraz kurwa…
- Res… - Odezwał się słabym głosem Faldo. Miał zamknięte oczy, a jego wargi ledwo się ruszały. - Dolina Ściętych Drzew… Tam jest… Me… Agrevast… On powinien zaradzi...ć – Rzekł i zemdlał z wycieńczenia.
Spojrzeli się po sobie, wymienili kilka zdań. Zgodnie orzekli, że skoro i tak idą w tamtym kierunku to pomogą starszemu bratu Resa. Jako, że jednak Faldo ważył ponad tonę zmajstrowano mu naprędce jakąś deskę i zapięto linami do koni.
Od tego momentu Res dużo baczniej obserwował każdy ruch kultysty Alpa Aczino. Nie mógł pozwolić na to by ten wtrącił się w jego interesy, ale równocześnie potrzebował go do domknięcia tychże właśnie interesów, a przynajmniej wtedy tak uważał.




[Obrazek: dB4Eis3.jpg]
11.08.2017 23:16
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama