Aktualny czas: 18.11.2017, 06:16 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Z mniejszym ale wciąż poślizgiem przedstawiamy: Rozdział 884 PL
Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
Autor Wiadomość
fuszioms Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 3,924
Dołączył: 17.07.2012
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 15%
Post: #171
RE: Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
Albowiem ten, kto wypełni wolę Papy Smerfa i doprowadzi socjalizm w głąb lasu okupowanego przez Mroczne Elfy, uwolni go ze snu wiecznego i sprowadzi jego krwiożerczą wolę na Fobos, co zgodnie z przepowiednią prastarej wieszczki z rodu Like będzie początkiem końca kontynentu nieludzi
Księga trzecia Podań i baśni ELfickich Zomera Augusta Like.

Kolejni padali u jego stóp, a długie pazury ociekały czerwona posoką, która zgrabnie i powoli opadała raz na mech u jego stóp, a raz na fioletowe wyziewy bulgocącej cieczy pokrywającej znaczną część lasu. Elf powoli podniósł wzrok znad trupów ścielących się przed nim i kopnął od niechcenia odrzucając na trzy metry truchło martwego niedźwiedzia zabitego przed chwilą. Przed mężczyzną kotłowała się grupa widocznie przestraszonych masakrą, która jawiła się przed ich czarnymi oczkami. Im dłużej spoglądali na wyrastającego im na potwora elfa, tym ich morale skutecznie zbliżało się do zera. Raz z prawej raz z lewej do szpiczastych uszu „potwora” docierały głosy nielicznych walczaków, próbujących motywować swoje wojsko, jednak generał, Smerf Generał bacznie obserwował stojącego naprzeciwko niego stwora.
- Tym razem się wycofamy, ale to nie koniec, już ja wymyślę jak Ci utrzeć tego nochala!
Zwykle skory do odpowiedzi i znany z ciętego języka elf, tym razem stal w milczeniu i uśmiechał się szkaradnie wystawiając na pokaz swoje ostre zęby. Powoli, praktycznie nie wzburzając drgań powietrza, zbliżył do ust dłoń i oblizał pazur.
- Byście się zdziwili mali pojebańcy co może Res Lake – krzyknął elf zadzierając głowę do góry i wskazując na niebieskie stworki swoimi długimi rękami - Śmiało, będę czekać – roześmiał się głośno i okropnie, co spotkało się z szybką reakcją i odwrotem Smerfów, które przeskakując nad sobą przypominały walkę nieba z chmurami o prymat koloru na niebie.

Cichy szelest stóp zwrócił uwagę Lake’a, który momentalnie odwrócił się na pięcie spotykając się twarzą w twarz z naburmuszoną Levi. Nie była zadowolona. Jej grymas sugerował więcej niż sam Res mógł zrozumieć. Mężczyźni zawsze mieli problem w odczytywaniu gestów, a Res nawet nie chciał zgadywać o co może chodzić kobiecie. Przeszedł obok niej i zatrzymał się spokojnie.
- Jeśli chciałaś powiedzieć, że jesteś ze mnie zadowolona, to nie musisz, bo kurwa sam z siebie jestem, ha! – zadarł długi nos i potrząsnął sumiastym wąsem. Dziewczyna kopnęła go w łydkę z całej siły, co mimo jego refleksu i siły odczuł dość mocno – Co Ty robisz kobieto!
- Trzeba było mnie słuchać! Teraz wrócą w trzy razy większej ilości! – wykrzyczała groźnie wymachując swoimi małymi rękami, co wywołało salwę śmiechu, wyglądała uroczo w swojej złości. Nawet sam Res zaczął się śmiać. Cisza przed burzą, tak… to właśnie myślał.
- Przejście, zrobić przejście! – krzyczał wysoki fioletowy mężczyzna ubrany w pikowaną zbroję. W ręku trzymał zaostrzony metalowy kij, a jego długie włosy opuszczone były do samej ziemi – Przejście dla Wojewody! Wojewoda Eldrik Sztans był niskiego wzrostu starym mrocznym elfem. Gdzieniegdzie jego fioletowa skóra zaczynała blaknąć, były to oznaki przekroczenia granicy młodości i wkroczenia w starość. Mimo wieku włosy nie traciły blasku, a jego czarne oczy przenikały na wskroś. Starzec powolnym krokiem szedł, a wszystkie stojące obok elfy kłaniały się i tworzyły fioletowy szpaler. Na końcu stał Res patrząc się krzywo na niskiego mężczyznę.
- Co Cię do mnie sprowadza dziadziu? – Bez większego namysłu i szacunku wypalił prosto z niewyparzonych ust. Na reakcję czekać długo nie trzeba było. Wysoki elf z zaostrzonym kijem podleciał jednym susem i podstawił mu pod gardło końcówkę
- Uważaj do kogo mówisz ty elfi synu! – wycedził sycząc przez zęby i patrząc groźnie. Res wiedział, że taki wzrok mają ludzie, którzy zabijali nie raz.
- Jesteś idiotą prawda – uśmiechnął się do niego Res – sam jesteś kurwa elfem! Czy może uważasz się za lepszego?! Możemy to sprawdzić! – chwycił za prawie dotykającą jego gardła broń. Chwilę potem poczuł na dłoni delikatny uścisk, to była Levi, kiwająca głową. Puścił. Eldrik podszedł bliżej i popatrzył na stojącego przed nim przedstawiciela znienawidzonej rasy. Jego wzrok przenikał go na wskroś, czuł to w środku, jakby do niego mówił jednak jego usta pozostawały zamknięte. Wreszcie przemówił, a jego głos rozbrzmiał po całym lesie tak donośnie, że większość mrocznych elfów upadło zatykając swoje uszy. Kapitan straży który uprzednio groził Resowi podszedł do starca i szepnął
- Wojewodo, nie tak głośno, ludzie mdleją!
- AH, no tak! Zapomniałem! – Eldrik wytrzeszczył oczy po czym zakaszlał przeciągle co przypominało odpalającego trabanta.
- Sprężaj się dziadek, spieszy mi się! – ponaglił go Res starając się zrobić minę znudzonego, jednak ciekawiło go co miał do powiedzenia wiekowy elf.
- Nie wiem – zaczął powoli ledwo teraz otwierając pomarszczone wargi – jak się tu znalazł ktoś ze znienawidzonej przez nas rasy tych wysokich, ale masz moją wdzięczność za to co tu się stało. Jednakże! – zapadła niezręczna cisza, elf milczał przez kilkanaście sekund i patrzył przed siebie jakby nie widząc nic w odległości centymetra.
- Jednakże co? – zdziwił się Res po czym dotknął starca. Rozległo się przeciągle chrapanie – Zasnął jebany! Hahaha, jak to kurwa możliwe?! Weź go obudź bo chyba miał coś ważnego do powiedzenia ten stary cep!
- Wojewodo! – szturchnięcie przez wojskowego podziałało, a sam Sztans popatrzył wokół siebie zdziwiony.
- Gdzie ja jestem? Co tu robi ten psi elf?!
- To ten, z którym chciałeś rozmawiać – szepty trwały jeszcze dobrą minutę, przerywane głośnymi pytaniami cały czas nieogarniającego sytuacji dziadka.
- A! Muszę z Tobą porozmawiać na osobności, pójdziesz ze mną – jego ton zmienił się nie do poznania, Lake wiedział, że nie mógł odmówić, poszedł za nim. Levi została lekko zmartwiona wszystkim. Na odchodne dała chustkę Resowi na pożegnanie, kto wie, może nie na zawsze.

Po drodze do mieszkania Eldrika mijali wiele niesamowitych konstrukcji ciągle zdumiewających Resa. Najbardziej spodobał mu się dom wbudowany w drzewo ze świecącymi na niebiesko lampami zasilanymi wielkimi robalami o odwłokach w tym samym kolorze. Szybki szkic od razu trafił do jego notatnika, następnie uwiecznił kilkoro starych mrocznych elfów grających w bierki na grzybie wielkości solidnego dębowego stołu o czterech nogach. Dokładnie tyle samo nóżek miał tenże grzyb. Wszystko wyglądałoby normalnie gdyby nie paradoks grzybów grających na grzybie.
Dom wojewody był mały, mimo pozycji jaką elf zajmował. Nie lubił przepychu, głównie dlatego bo już go nie potrzebował. Większość czasu spędzał na spaniu i podjadaniu resztek z lodówki. Mieszkanie nie miało w sobie nic wartego uwagi, co zniesmaczyło Resa, oczekiwał nowości, które posiadały tylko mroczne elfy, za to spotkał go jedynie zawód. Zasiadł w czarnym fotelu, koło małej szafeczki z grawerowanym nazwiskiem starego elfa. Pokój pachniał ładniej niż wyglądał, miły aromat kwiatów stojących na parapecie dochodził do jego nozdrzy co umilało mu oczekiwanie na herbatę.
- Dobrze, Panie Lake - zaczął powoli - Mimo wojny jaką odwiecznie prowadzimy, jestem naprawdę wdzięczny za poświęcenie się w walce. Zdaję sobie sprawę, że gówno pana obchodził los naszych kobiet i dzieci, a zrobił to Pan dla własnego pieprzonego rozgłosu, ale mimo wszystko, dziękuję.
- Ha, kurwa, co za sytuacja, mroczny elf dziękuje mi za robotę. Proszę Cię kurde bardzo!
- Dobra, wstęp mamy za sobą, przejdę do rzeczy – Wojewoda spoważniał a na jego twarzy nie było żadnych emocji. To o czym mówił było ciężkie do pojęcia dla Resa, jednak od razu uwierzył w słowa starca. Było w nich coś, co mu nie dawało spokoju odkąd się tu znaleźli. Teraz po części rozumiał dlaczego na Fobos panują tak dziwne warunki, a wielkie „ogrodzenie” z wilków strzeże wejścia.
Po dłuższym milczeniu elf spojrzał na Eldrika i przemówił spokojnie i rzeczowo.
- Oczekujesz, że znajdę tę rzecz i nie pozwolę doprowadzić do ponownego obudzenia tego czegoś? – milczenie ponownie zagościło w pokoju. Dwoje mężczyzn patrzyło na siebie, a napięcie wzrastało z każdą chwilą.
- Tak. Podejmiesz się tego?
- Co prawda mam ze sobą jeszcze dwójkę… Chuj tam, zgodzili się mi pomóc, biorę to! – sumiasty wąs Resa podskoczył z radości, widać było ten dreszczyk, który nim wstrząsnął. Dawno nie czuł takiego podniecenia i bynajmniej nie był to efekt myśli o samobójczej misji, ale głównie to, że to jego, a nie Faldo proszą o takie rzeczy i że jest w stanie zmienić podejście dwóch ras elfów do siebie.

Przed budynkiem przywitało go ciepłe powietrze, które od razu zamieniło się w smród nie do wytrzymania. Zapomniał zmoczyć chustki. Wyciągnął mapę z kieszeni i zaczął przeglądać wskazówki rozpisane przez wojewodę Sztansa. Nie wiedział dokładnie o co chodzi jednak czuł, że nie powinien doprowadzić do obudzenia Papy smerfa. Gdy tak dumał nad mapką na jego plecy opadła ciężka ręka. Mężczyzna w masce stał obok niego i patrzył mu przez ramię.
- Co to za papierek?
- Brzoza kurwa! – Res wrzasnął odrywając część kartki trzymanej w ręce – ja pierdole, patrz co zrobiłeś!
- Co to za papierek?
- Teraz to mamy przejebane… właśnie tego fragmentu nie przeczytałem jeszcze!
- Jakiego fragmentu?! – zupełnie zaskoczony reakcją towarzysza Brzoza dopytywał opędzającego się od niego elfa.
- Musimy znaleźć Johnsona, opowiem ci po drodze.

Dawno, dawno temu, gdy jeszcze głucha dzicz i gęsty las były jedynymi rzeczami jakie można było zobaczyć w promieniu wielu mil, dwie burzliwie walczące ze sobą siły formowały istnienie. Zderzenia ich mocy dały początek każdemu życiu na tej pięknej ukrytej za mgłą wyspie. Migotliwa burza świateł, pył opadający na grunt i ogień mieszający się z wodą. Głuche dźwięki w przestrzeni, powietrze przeszywane grzmotami i cisza. Długa cisza, z której wyłonił się zwycięzca. Życie pojawiło się na Fobos. Z mgławicy spłynęły na ziemię najróżniejsze zwierzęta i istoty, pierwsze były Elfy, jakże różne w swojej karnacji i budowie. Jedne fioletowe i mroczne, drugie wysokie o długich pazurach. Trzecią siłą były niebieskie stworki. Małe, niepodobne do niczego innego, ale zabójcze w swej żądzy. Odkąd pamięcią sięgnąć, bitwa między nimi i mrocznymi elfami trwała, jednak klęska mrocznych była nieunikniona. Prastare złe bóstwo Papa Smerf, jako lider Smerfów jednym ruchem ręki niszczył dziesiątki wojowników. Pochód do samego serca puszczy, bijącego źródła życia Fobos szła bez problemu. Plaga niebieskich stworów przekształcała domy elfów w morze krwi, ciągnęła się za nimi śmierć. Ostatni bastion postawiono za stolicą, wielkie jezioro utrudniało zgrupowanie się przeciwnikom, a pomagało ustawić potężną defensywę, jednak mimo to walka była stracona aż do czasu…

Na czele wojsk mrocznych elfów stanął największy wojownik, był zdecydowanie najwyższy z całej rasy, jako jedyny też nosił wąs. Odziany w szarą szatę i długą laskę, Comasz Tomidaj był jedynym znanym na całym Fobos w jego długiej historii posiadaczem Kryształu Życia i Śmierci. Jako jedyny zgłębił jego działanie i odkrył, że część, której brak to sam w sobie Papa Smerf. Była to jedyna zdolna pokonać go broń.
Na spotkanie ze Smerfem w czerwonej czapce wyszedł sam. Wiedział, że jest ostatnią szansą jego narodu. Potężne ucieleśnienie kryształu zaatakowało, cios padł z boku, płat ziemi poszybował w sam środek wojsk Elfów robiąc z nich mokrą plamę. Comasz skoczył, wymamrotał czar, z kostura w kierunku smerfa poszybowała struga żółtego światła. Mrok, cisza, dudnienie w uszach i przytłaczająca presja… Stał nad nim i wdzierał mu się do duszy.
- Nie weźmiesz go potworze! – wrzask przeszywający skórę aż do kości, niszczący bębenki w uszach, miażdżący swoją presją przebił go na wylot. Przyklęknął jednak nie opuścił kryształu. Struga światła dalej uderzała w potwora. Kolejny zamach ręką, kolejne trupy – Zabiję Cię w imię mojego ludu i całego Fobos, przepadnij! – ryk Tomidaja, z kostura poleciała trzy razy grubsza struga, trafiła Smerfa w bark ale stwór nie upadł. Fala sejsmiczna odrzuciła elfa na dziesięć metrów, gruchot kości kręgosłupa zamroczył go, nie mógł wstać. Potwór był silniejszy, to był koniec. Widział jak niewyraźny kształt ma zadać mu nasączony złą magią ostateczny cios i przypomniał sobie. Z jego klatki piersiowej do kryształu zaczął wypływać biały prawie przeźroczysty płyn. Sekretne zaklęcie, które zdołał opanować lecz ze względu na jego działanie schował głęboko w pamięci, aż prawie zapomniał, aż do teraz. Powoli tracił świadomość a kształt znikał mu z oczu, umierał. Dusza oddana kryształowi opuszczała go w zamian za ostatnią moc. Papa Smerf chwycił go a kostur upadł na ziemię.
- Chyba czas Cię pożreć marne stworzenie. Myślałeś, że masz szanse, a tu proszę, taka niespodzianka. Chyba zacznę od tych Twoich uszu, muszą być smaczne… - nigdy nie poczuł smaku, ciało Comasza rozlało się białym blaskiem i zniknęło w powietrzu. Kryształ uniósł się nad Pape smerfa, sączące się z niego energia pokrywała próbującego się wyrwać z całych sił Smerfa, ale było za późno. Zaklęcie wiążące zamroziło stwora. Sam kryształ rozprysł się na 7 części i rozleciał na wszystkie strony Fobos ukrywając przed światem. Powiadają, że Smerfy trzymają ciało swojego dawnego wodza, a tak naprawdę ósmej części kryształu w swojej wiosce ukrytej przed światem i czekają, aż ktoś, obudzi go by dokonał swojego zadania, zniszczenia Fobos.
Kryształ składał się oryginalnie z 8 części, jednak jedna wyrwana podczas tworzenia się w czasie walki stwórców opadła na ziemię i pobierając jej energię stworzyła Papę smerfa. To monstrum pała tylko jedną żądzą, żądzą zniszczenia całego kontynentu, który powróci do złej strony stwórcy i pomoże mu zapanować nad tą częścią przestrzeni. Do obudzenia Smerfa potrzeba pradawnego artefaktu przekazywanego wśród mrocznych elfów od pokoleń. Jest to serce puszczy, jednak nikt go nie widział od stuleci. Moc ta ukryta przed okiem świata, odnaleziona może być tylko przez prawego i odważnego bohatera, który nie będzie chciał jej wykorzystać dla siebie, a celem jego będzie złączenie kryształu poprzez wyciągnięcie jego mocy z Papy Smerfa. Nie wiedząc na co się zgodził, Res Lake rozdarł kluczowe informacje do osiągnięcia celu, choć jeszcze o tym nie wiedział, to miała być jego największa przygoda w życiu.

[Obrazek: Witra_HS.jpg]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.08.2017 23:19 przez fuszioms.)
08.08.2017 00:24
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Eikichi Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,001
Dołączył: 31.07.2011
Skąd: San Escobar
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #172
RE: Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
Ubrany w podniszczony garnitur, aktualnie bez marynarki, i małe, stylowe lenonki, siedział ze skrzyżowanymi nogami na ubitej trawie. Przed sobą miał równo ścięty pniak, sporawego zapewne za życia, klonu. Okręgi świadczące o wieku drzewa przysłaniała plansza do szachów, rozkład oraz ilość pionów świadczyły o zaawansowanym etapie rozgrywki.
Wielgachna dłoń udekorowana pazurami, których mógłby pozazdrościć niedźwiedź, delikatnie chwyciła pion reprezentujący Gońca i nie odrywając go od planszy przesunęła w nowe miejsce.
- I znowu mamy szach Mistrzu Agrevast. - Spod przyciemnianych okularów wyleciał czerwony wzrok i dziarsko wbił się w oponenta.
- A żeby ci tak w ten głupi pysk piorun przypenkalił Faldo. - Rzekł przeciwnik potężnego elfa, następnie zbił wrogiego Gońca swoją Wieżą i rozsiadł się na rybackim siodełku, na tyle na ile tylko pozwalał mu ten maleńkawy mebel.
Mężczyzna z którym pogrywał najstarszy z braci Lake’ów był krasnoludem o zaplecionej w dwa warkocze i spiętej złotymi krążkami brodzie, nosił się w czarnym płaszczu o szerokich mankietach, upstrzonym w kanciaste symbole. Płaszcz pozostawał rozpięty, tak by dać odetchnąć pokaźnych rozmiarów brzuszysku i klacie. Obok niego wbity w ziemię stał nienaturalnie czarny kostur, o głowicy w kształcie trzech przeraźliwie wykrzywionych w krzyku twarzy. W miejscu gardzieli maszkar ziała przestrzeń prześwitująca przez trzon głowicy, przypominając nieco upiorne, łukowate bramy.
Krasnolud patrząc na elfa przygryzał nerwowo wargę i mruczał pod nosem. Zwyczajem niedzielnego gracza najpierw wykonał ruch piona, a dopiero po fakcie zorientował się o tym jakie ów zagranie przyniesie konsekwencje. Wkurzało go to niemiłosiernie.
A co do konsekwencji, zgodnie z oczekiwaniami pojawiły się chwilę później.
- I mat. - Faldo uśmiechnął się szczerząc kły.
- No to gratulacje i owacje… - Podirytowanym tonem rzekł krótko krasnolud.
- Musisz przyznać czarnoksiężniku, że to było wspaniałe zagranie! Typowa strategia wyprowadzenia w pole przeciwnika! Mój dziad mógłby się ode mnie uczyć, ha!
- Starczy tych gadek, wracamy do obozu, moi ziomkowie może już co wymodzili.
- Ano ano, mam nadzieję. Szczerze to oczekiwanie na kolejne żniwa naszych wspólnych wysiłków pomału zaczynają się już źle odbijać na mojej cierpliwości.
- Mistrzu Lake. - Krasnolud wyciągnął z gruntu swój kostur, złożył siodełko i włożył je pod swą pazuchę. - Magia wymaga czasu, szczególnie w tak niestabilnym miejscu jak to.
- Dobrze wiesz Mistrzu Agrevast, że ni w ząb się na tym nie znam, a i nie chcę. - Elf machnął ręką imitując ruch różdżką. Zaśmiał się.
- Za dużo winaś wypił Lake. Znak, że pora już wracać.
Czarodziej powiedział coś pod nosem, uniósł wyżej kostur i począł malować nim w powietrzu jarzące się bladym światłem runy. Kiedy skończył, poszczególne symbole połączyły się w jednej chwili siecią magicznych łańcuchów. A potem wybuchło światło i przed dwójką szachistów zmaterializował się stabilnie wyglądający portal o mętnym obrazie.
- Ykhm… - Chrząknął elf na widok może półtorametrowego portalu.
- Właź, schylisz się czasem, nic ci się nie stanie.
Weszli.

Po drugiej stronie panował istny rozgardiasz, może nie taki jak w miastach, ale na pewno porównywalny do zakorkowanej ulicy pełnej nerwowych kierowców. Kierowców najpewniej jadących z rozgadanymi teściowymi.
Wylądowali na wyłożonej kamieniem drodze po której powoli toczył się wóz, woźnica nie zdziwiony w ogóle dwójką jegomości ściągnął kapelusz na znak szacunku i pojechał dalej.
Wokół pałętali się przedstawiciele niemal wszystkich ras zamieszkujących Fobos: z wolna kroczyły krasnoludy, tu i ówdzie szczerząc zęby robiły figle młode niziołki, jakiś gnom dostawał pieniądze za oberwanie w pysk, a wielki i tłusty troll wydzierał się na pięknie odwdzięczające mu się gobliny. Nie zabrakło też i elementu nierozpoznawalnego, czyli po prostu orków.
Wszystkim towarzyszyły wozy, konie i ładunki, pełne wszelakich dóbr. Niektórzy rozkładali stoły i wyciągali beczki z piwem, do których coraz to chętniej podchodzili zebrani wokół nieludzie.
Faldo i Agrevast znajdowali się nigdzie indziej jak w Dolinie Ściętych Drzew, mistycznym zakątku leżącym w środkowych górach Kamal. Jak okiem sięgnąć całą dolinę wypełniały ścięte pniaki z nieznanego nauce i magii materiału, o barwie kory cedru. Teren gdzieniegdzie przecinały wyłożone kamieniem drogi, a w jego centralnym punkcie piętrzył się wielki posąg krasnoluda trzymającego w górze dwa topory, pod nim zaś, na podwyższeniu, stał dziwny sześcian.
Boki prostopadłościanu mierzyły po około dziesięć metrów, a ściany koloru metalicznie połyskującego brązu dekorowały przeróżne, dziwne i niezrozumiałe grawerunki. Proste linie zwieńczone okręgami z iksami pośrodku, kończące się prostopadle do innych wyżłobionych kresek, spirale, kółka, prostokąty. Sześcian wyglądał tajemniczo i taką samą rozsiewał wokół siebie aurę.
Nieopodal dziwnego bloku stało pełno namiotów, paliły się tam ogniska od których z wiatrem niósł się zapach piwa i pieczonego mięsiwa. Dwójce bohaterów zaburczało w brzuchach.
- HEJ! - Krzyknęli niemal jednocześnie Faldo i Agrevast.
Gdy ich spostrzeżono raban nieco się wzmógł. Ktoś zaczął ku nim biec.
Ork, który podbiegł, nie licząc czarnych rękawiczek, nosił się podobnie jak większość zebranych w luźną biała koszulę, spuszczoną na szmaciane spodnie i sandały. Jak przystało na orkoida prezentował się dla pozostałych ras dość nienormalnie. Niska postura, długie ręce na których biegał i krótkie, podwinięte pod klatkę piersiową nóżki, całokształt zwieńczał łososiowaty kolor skóry.
- Mistrzowie… - Zdyszany rzekł ork. - Jest! Znaleźliśmy w końcu!
- Ha Ha Ha Ha! Wspaniale!
- Udało się?! - Nie dowierzał mag. - Prowadź więc! A chyżo!
Czym prędzej podbiegli do największego z namiotów, a wraz z nimi udało się jeszcze kilku innych ciekawskich. Na podłożu leżała wymalowana w magiczne symbole mata, na środku której stała osadzona na metalowym stojaku kryształowa kula.
Faldo odsuwając gapiów dorwał się do niej jako pierwszy, zajrzał do środka, ale oprócz zamglonego obrazu dostrzegł jedynie czerwony punkcik, rozświetlający z lekka mgłę.
- Suń się Mistrzu Lake, by niemagowie zobaczyli pełnię obrazu potrzeba rzucić jeszcze jedno zaklęcie.
Czarnoksiężnik podszedł do kryształowej kuli, postronni wraz z Faldem odsunęli się od niego, wbił w grunt swój kostur czym rozerwał matę, zamknął oczy. Rozszerzył szeroko ręce, na jego skroni ukazały się zmarszczki. Klasnął głośno.
- POKAŻ SIĘ! - I Ryknął aż zadudniło w uszach.
Z kuli ni stąd ni zowąd wystrzelił w górę cienki strumień światła, następnie niczym pergamin rozwinął się w dwie strony pokazując wszystkim wokół obraz.
- Oto i miejsce drugiego pierścienia aktywacji! - Krzyknął mag.
- Res…? - Z cicha rzekł Faldo.
A potem wyjaśnił im co przedstawia widziany przez nich obraz. Kula pokazywała brata najstarszego z wnuków Anomandera z rzekomym pierścieniem założonym na palcu, idącego w towarzystwie kilku jegomości.
- Załatwisz dla nas to cudeńko?
- Mój brat nie jest żadnym problemem, poza tym siła nie będzie tutaj w ogóle potrzebna, bowiem Res musisz wiedzieć mości Merfi, jest wybitnym odkrywcą! Jestem przekonany, że po wyjaśnieniach z chęcią pomoże naszej sprawie. - Faldo z uśmiechem wykonał gest „kciuka w górę”. - Ale ale mój drogi mistrzu Agrevaście, zlokalizowałeś pierścień, twoi ziomkowie zaś zjechali tłumnie. - Elf spojrzał poważnie na krasnoluda. - Pora byśmy objaśnili wszystkim wokół o co chodzi. I radziłbym się pospieszyć, sam wiesz kto może nas nawiedzić.
Krasnolud prychnął z lekka i machnięciem ręki zachęcił zebranym wyjście z namiotu.

Faldo poznał Czarnoksiężnika Merfiego Agrevasta w jego rodzinnych stronach, w Krainie Os. Szukając odpowiedzi na to w jaki sposób naprawić „zepsuty” kontynent Fobos w końcu natknął się na osobę obeznaną z tym tematem i o takim samym celu jak on.
Krasnolud okazał się być mistrzem gildii kupieckiej w swoim państwie oraz szanowanym kupcem na terenach całego Fobos. Handlarze podobnie jak elf chcieli otworzyć swoje ziemie na przybywających z Argentyny i Antropii wszelkiej maści osobników. Wtedy Faldo po raz pierwszy usłyszał o Dolinie Ściętych Drzew i o tajemnicy tamtego miejsca. Kiedy we dwójkę zgodzili się na zawiązanie współpracy, Agrevast używając magii przeniósł ich do wprost do doliny.
Pierwszą rzeczą na jaką zwrócił uwagę elf był oczywiście kolosalny posąg krasnoluda, drugą zaś sześcian znajdujący się u jego stóp, a co najważniejsze grawerunki wyryte na figurze. Malunki do złudzenia przypominające jakiś skomplikowany ponad miarę i zrozumienie dla śmiertelnika techniczny rysunek schematyczny. Schemat działania maszyny.
Elf podzielił się swoją wiedzą z Agrevastem, którego nagle olśniło, rozpoczęli planowanie nad tym co zrobić dalej.

- Panie i panowie! Moi wspaniali ziomkowie którzyście ściągnęli tu swoje zady ze wszystkich stron naszego jeszcze zamkniętego świata!
Rozpoczął mag. Stał na podwyższeniu, tuż przed sześcianem, w rękach trzymał kostur który służył mu za coś w rodzaju mikrofonu, obok niego z założonymi na siebie rękami dumnie piętrzył się w górę Faldo Lake.
Handlarze, członkowie gildii kupieckich z całego Fobos, oczywiście akurat ci którzy wtedy tam dotarli, siedzieli przy rozłożonych przed podwyższeniem ławach i wdzięcznie raczyli się niezwykle cienkim piwem, nad którym to debatowano równie zawzięcie jak nad i resztą towarów zwiezionych przez ich własny cech.
Agrevast chciał kontynuować, aż nagle gdzieś z boku usłyszał tętent, ale nie koni, a czegoś mniejszego. Kupcy zgodnie odwrócili głowy w jednym kierunku gdzie chwilę potem zmaterializowało się im przed oczami stadko kilku lam.
- Mówiłem, trzeba się było pospieszyć. - Rzekł rozbawionym głosem Lake. - Zostaw ich mnie czarnoksiężniku, wiem jak z nimi gadać.
- Muszę bo inaczej im mordy kosturem poobijam…
Lamy grzecznie wyhamowały tuż przed ławami zastawionymi piwskiem i głównie to właśnie nim. Niemal wszystkie zgodnie splunęły pod siebie i oddały się błogiej czynności konsumowania trawy.
Nie jednak parzystokopytne zwierzaki zwróciły uwagę handlarzy, a ich jeźdźcy, górskie krasnoludy. Wszystkie siedem, ubrane w kierpce, wysoki na pół brzuszyska pas, portki i białe koszule na które narzucili bezrękawniki z lamiej wełny, dziarsko pogwizdywały i machały ciupagami.
Ten który nosił czapkę z wetkniętym weń orlim piórem podszedł do jednej z ław i wyrwawszy gnomowi kufel, wypił jego zawartość na jeden raz. Następnie zagulgotał niby dziecko i rąbnął naczyniem o blat stołu.
- Witamy cnych górali! Witamy gospodarzy! - Od razu zakrzyknął odważnie i wesoło Faldo. - A co to takiego was ku nam sprowadza? Powiecie Baco?
- A cóz mom wom jo co godać!? Psyjechalimy bo z gór upatsylim biesiada, ze hej! - Baca spojrzał po siedzących. - Dejcie no tu kupcyki jakie siodełecka do moich bracisków, a i piwka a i zarła! No chyba, ze zamierzocie ku nom wselaki to brak kul… kultyny… Kulkul... - Baca, któremu ktoś podstawił kufel i krzesło usiadł na nim i znów napił się cienkiego piwa. - Ło co mie się miarkuje wiycie! A i dobze z wasyj to strony, ze to wy godocie panocku Faldo, bo głosu tego twojego kolegi to zdzierzyć ni mozna, taki to jad wstrętny z tego pyska bije niby som tam bazylisek w nim siedzioł! - Odwrócił się do swoich braciszków. - Nie braciskowie!? Aha!?
- A HEJ! - Odpowiedziały chórem pozostałe górskie krasnale.
- Takoze my tu psyjechali, biesiady to a i obycaju zazyć, posuchać ło cym to tu mości panockowie kupcyki i ty cny Faldo rozprawiocie. Bo my tu som w górach Kamal gospodorze i tako nom nosz ci król Herming pedzioł za razu, by tego to miejsca łot casu do casu dopatrywać, co by skody tu żodyn duryń nie wyzondził. To my som, pacym i suchom, bo my tu dobze wiymy, ze co waznego godocie, a gupki z nos nie som! Nie domy się wom wyruchać!
- Jakiż by to musiał być dureń by taką bandę śmierdzących dziadów brać, to sami bogowie nie wiedzą! - Nie wytrzymał czerwony ze złości Agrevast.
- Godalim! - Zaryczał Baca wskakując na stół i wypił resztkę zawartości kufla. - Godalim, jaki to jad pieronowy z pyska tego wylatuje! Godej no co planujecie cechu diabelski bo jak niy to tak wom dupy przepłazujem ciupagami, ze niy rok, a trzy roki na rzyci nie siedniecie!
Po tych słowach i braciszkowie wyskoczyli na blat, a wraz za nimi „cech diabelski” również uzbrojony w broń, na prędko zakupioną u jednego szczęśliwca, który ewentualność spieniężenia jej dobrze przewidział.
Faldo przez kilka chwil próbował mitygować towarzystwo, ale nawet do jego kompana żadne słowa już nie docierały. Przeszedł więc do czynów i każdemu z osobna przywalił leciuteńko z liścia w pysk. Po niespełna pięciu minutach wszyscy znowu siedzieli przy stołach i popijali piwo, z tą jedynie różnicą, że niemal każdy przykładał do opuchniętej szczęki, zakupioną u kolejnego szczęśliwca, zmoczoną szmatkę.
- Mistrzu Agrevast. - Rzekł z uśmiechem Faldo. - Czy możesz kontynuować?
- Mogę. - Rzekł i jęknął lekko z bólu czarnoksiężnik, próbując rozmasować obolały policzek. I zaczął mówić.
- Jak niektórzy z was wiedzą, a niektórzy nie – Złośliwie łypnął na górali. - Jestem magiem specjalizującym się w logistyce. Czyli portale, zmniejszanie objętości towarów, znajdywanie różnorakich materiałów itp. itd.. Wielu z was pewnie mi tego zazdrości, jest bowiem czego, dzięki temu zyskałem taki tytuł jaki mam. - Wciągnął brzuszysko. Reszta siąpiąc piwo słuchała, znali go, wiedzieli, że musi się wygadać. - Mając dostęp do ksiąg magicznych czasem trafia się na pewne historie i to nie tylko na te rozsądne, logiczne. Czasem trafi się jakaś od tych śmierdzieli z Mrocznej Kniei. W tych historiach pojawia się często nazwa Serce Puszczy, jest też mowa o czymś takim jak Kryształ Życia i Śmierci. Elfie gadanie panowie.
- Pieprzenie! Pierwsy to ci raz się zgadzamy.
- Miło mi niezmiernie Baco, ale to nie do końca bujdy. Papa Smerf jest realny, mamy na to dowody, skąd? Kupiłem je od któregoś z królów. Nie ważne którego waszmościowie. Ważne jest to, że podobnież owe Serce Puszczy jest na tyle dużym zbiorowiskiem energii by być w stanie otworzyć ten kontynent, bądź też utrzymać go w ryzach. Są przesłanki, że Mroczne Elfy przetrzymywały je wiele lat u siebie, w stolicy Valarmorghulis. Prawdopodobnie do momentu kiedy stała się wiadoma katastrofa i w Fobos uderzyła kometa Mammoragan. Niektórym z naszych braci udało się uciec na Antropię, inni musieli przetrwać lata post-apokaliptycznego kryzysu tutaj, zamknięci. Zgodnie z tym co mówi mistrz Lake, ciągle żywa jest u nich nie tyle jego wymarła u nas rasa Wysokich Elfów, ale i Ryboludzie.
- Tutaj bym nie przesadzał Czarnoksiężniku, one akurat już na wymarciu.
- A to czemu?
- Wszędobylski homoseksualizm. - Elf lekko się zarumienił.
- Dobze jo to miarkuja, ze to chodzi ło to, ze tak chłop ze chłopem?
- Dobrze miarkujecie Baco, a teraz dalej. - Agrevast postukał kilka razy w głowicę kostura, która nagle zaczęła zniekształcać jego głos. Pomogło. - A więc. Wiadomym jest, że jeszcze prawdopodobnie na sto lat przed owym zderzeniem, nasz kontynent upodobało sobie jedno bóstwo. - Zrobił krótką przerwę. - Perpetum Mo-Bile. Bóg technologii coś tutaj gmerał, podstępem ukradł Mrocznym Elfom Serce Puszczy i do czegoś go użył.
- Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem owy wielki sześcian. - Przemowę kontynuował Faldo Lake, wziął od Agrevasta kostur i wskazał nim na znaki wyryte w prostopadłościanie. - Moją uwagę zwróciły owe grawerunki, które w moim, rozwiniętym technicznie świecie oznaczają tyle, że to coś jest najprawdopodobniej maszyną. Nie potrafię jej objąć rozumem, owszem, ale choćby przez wzgląd na to uważam, że jest to dzieło najwyższych lotów geniusza. Nie śmiem nawet myśleć jaki trzeba mieć umysł by stworzyć tak zaawansowany układ, a to przypuszczalnie jedynie góra lodowa całości… - Podał kostur Merfiemu. - Niesamowite.
- Kiedy Mistrz Lake powiedział mi o tym zacząłem łączyć fakty i razem opracowaliśmy pewną hipotezę. Machina ta jest dziełem Perpetum Mo-Bile, goniąc za nowym, coraz to bardziej zaawansowanym cudem, doszedł on do wniosku, że pora na coś nowego. Postanowił stworzyć teren gdzie zmieni obecnie panujące warunki na takie, które całkowicie ograniczą mu możliwości używania konwencjonalnej technologii, w której używaniu był mistrzem.
- W ten sposób rozwinie się w zupełnie nowym kierunku. Pokona własne ograniczenia, bo nawet bogowie moi mili je mają. - Faldo uśmiechnął się szeroko.
- Dokładnie. Deliberując doszliśmy w końcu do wniosku, że najpierw potrzebował czegoś co wykrzywi przestrzeń na tak kolosalnym terenie jak kontynent. Dlaczego tak dużym? Kij go wie, ambitny jak myślę. - Agrevast zaśmiał się krótko, ale szybko wrócił do opowieści, jego ziomkowie kochali opowieści. - Do tego jednak trzeba mu było źródła gigantycznej energii. Wtedy to zabrał Śmierdzielom z Kniei ich cenne Serce Puszczy, zamknął je w tym sześcianie i ruszyło! Mamy świat gdzie nie działa technologia której Mo-Bile był mistrzem, kontynent z rozwiniętą ponad miarę magią, technologią organiczną, energią pary.
- Dobra dobra! - Krzyknął ktoś z tłumu. - A jaki to ma związek z pasem Psich Golemów, morzem mgieł, poziomą ścianą odgradzającą nas od chmur?
- Zgodnie uważamy, że to efekt późniejszych działań mających na celu ogrodzić od świata zewnętrznego, nasze zanieczyszczone na skutek uderzenia komety środowisko. - Odpowiedział jak z marszu Faldo. - Panowie! To co przed chwilą wygłosił mistrz Agrevast może być tylko naszą chorą ideą, prawda jest jednak taka, że machina ta działa i wypacza świat wokół, a do ciągłego funkcjonowania potrzebuje kolosalnych ilości energii. Taka moc nie jest domeną śmiertelników.
- Możliwości może być dużo. W środku może być mechanizm, który sam się nakręca, może tam być jedna lub kilka części Kamienia Życia i Śmierci. - Ciągnął Czarnoksiężnik. - Z tego co udało mi się już wcześniej ustalić do otworzenia mechanizmu zdecydowanie nie wystarczy siła fizyczna…
- Ano! - Ryknął Baca, a z nim jego braciszkowie. - Nasi ludkowie ode samego sam pocątku starali siem to dziadostwo łotwozyć. Ni chuchu panockowie, ni chuchu. Prawie i dwadziścia setek zim, wiosen, jesieni a i nawet lat, my w to rypali cym popadło w nase rynce. Moi dziadkowie jesce mieli nadzieje, że to rozłupią, bo cholerstwo psuje widoki. Do casu aż miłościwy łociec króla Herminga pedzioł coby to szajstwo łostawić i do roboty siem wziąć. To usuchali nasi, bo z królem wykłócać ni ma co, bo zaroz do kamienia łupać zaciongo.
- Ja też już próbowałem. - Rzekł spokojnie Faldo. - Niestety sam doszedłem do wniosku, że materiał z którego wykonano sześcian jest prawdopodobnie niezniszczalny. Używając mojego Dziarskiego Ciosu udało mi się roznieść w drobny pył barierę stworzoną z mgieł, ale rdzenia tej całej machiny obawiam się, że i mój najsilniejszy cios nawet go nie draśnie.
- A ten cały raban z pierścieniami? - Krzyknął perfumujący się niziołek. - O co chodzi?
- W sześcianie jest siedem otworów. - Agrevast przestąpił z nogi na nogę, suszyło go już od tego gadania, a szczęka dalej potwornie bolała. - Po magicznych oględzinach udało mi się zdobyć cząstkę energii po której byłem w stanie określić gdzie i czym właściwie są przedmioty pasujące do otworów. Okazało się, że do każdej ze szczelin przypasowany jest odpowiedni pierścień. O taki – Mag wskazał kosturem na swoją dłoń. Na grubym, sękatym paluchu widniał szary, niespecjalnie ciekawy dla oka, pierścień. - Wraz z Mistrzem Lake’em znaleźliśmy już trzy z nich.
- I by nie było. - Odezwał się Faldo i wzniósł swą prawicę w górę. - Ja mam pozostałe dwa. Panowie, czwarty po długim czasie szukania w końcu został wykryty i ma go mój rodzony brat.
- A pozostałe?
- Jesteśmy niemal pewni, że przynajmniej jeden z nich jest w rękach króla Mrocznych Elfów. Wiadomym jest, że większość śmierdzieli nie chcą za żadne skarby integracji z pozostałymi kontynentami i dlatego ukrywają przed światem klucz do otwarcia granic. - Agrevast mówił dalej. - Lokalizacji pozostałych dwóch nie znamy, choć możliwe, że i one są w posiadaniu drowów.
Jeden goblin wyszedł na blat stołu, przechylił kufel z piwem i pociągając głośno nosem, dziarsko tupnął.
- A więc w skrócie Agrevast, jaka jest gwarancja, że po pierwsze primo, po znalezieniu pierścionków wszystko wyłączy się na cacy i metaforycznie włączy nam się światło? Po drugie, cholera, a co z Psim pasem? I w końcu po trzecie…
- Najpierw odpowiem na dwa pierwsze pytania. - Oratorskim tonem wtrącił się Czarnoksiężnik. - Szansy, że plan się powiedzie i rozbroimy maszynę obliczyć nie można, ale mogę się z tobą założyć o 600k golda, że damy radę. - Kiedy mag to mówił Goblinowi szczęka wpadła do kufla innego goblina i rozlała piwo. - Po drugie…
- Pasem Golemowych Psów zajmę się ja sam. - Powiedział bez emocji Faldo. - Jak załatwimy sprawę z tym tutaj sześcianem to osobiście przejdę cały kontynent i zabiję każdego ogara którego znajdę.
- A po trzecie. - Ryknął ktoś inny, niziołek, który przed chwilą psikał się jakimś perfumem. Głos lekko mu się łamał. - Co do cholery jasnej zrobimy z wojną!? Tamci już się zbroją, po miastach gada się, że próbują forsować pas jak tylko się da! I nie wciskajcie nam tu już kitu. Chodzi o kasę, nam zawsze chodziło o kasę, bo w kocu jesteśmy kupcami. Ja jak i moi ziomkowie…
- Panie Willybumber…
- Nie willybumberuj mi tu Agrevast! Nam zależy na zyskach z nowych ziem jak tylko się da, czuję to złoto, ale nie chce mi się wierzyć, że tamci ot tak po prostu nas nie zaatakują. Chciałeś może znać nasze stanowisko, otóż uważam, że wojna, która wybuchnie po tym jak tamci wejdą w głąb lądu da nam same straty!
- WOJNY!!! - Wrzasnął przeraźliwie głośno Faldo. - NIE BĘDZIE! - I tupnął aż zadrżała ziemia. - Uspokójcie się! Nigdy nie pozwolę moim rodakom i innym Antropijczykom na agresję w waszą stronę. Daję wam moje słowo honoru!
Zapanowała krótka chwila ciszy.
- A teraz gdy już wszystko mamy wyjaśnione. - Podjął Agrevast. - Mistrz Lake jeszcze dzisiaj wyruszy i jak najszybciej przyniesie nam czwarty pierścień. A do was jako zwierzchnik co poniektórych, a mam nadzieję, szanowany konfrater innych, mam prośbę. Pytajcie wszędzie gdzie się da, na dworach, na targach, na gościńcach. Pytajcie o podobne do mojego pierścienie. Dla każdego kto przyniesie właściwy pierścień 300k golda nagrody! Razem panowie i panie otworzymy tę oto – Wskazał kosturem na sześcian. - Puszkę Pandory, a z nią nasz świat!
Rozpoczęły się owacje i krzyki, a potem zajęto się już tym co nieludzie, ludzie, antropomorfy i wszystkie inne rozumne stworzenia na świecie lubią najbardziej: Zabawą.

Późnym wieczorem, kiedy większość biesiadników albo tańczyła na stołach razem z góralami, albo udała się już na spoczynek, miało miejsce pewne spotkanie.
Dwójka osobników pod płaszczem nocy spotkała się obok jednego z licznych ściętych pniaków. Jednym z nich był ork o łososiowej barwie, o długich ramionach na których chodził, a drugim był niziołek Willybumber.
Mężczyźni nie rozmawiali długo, ot wymienili jedynie kilka zdawkowych zdań. Następnie niziołek z kabzy swoich spodni wyciągnął grzyba przypominającego kanię i zerwał mu kapelusz. Nowo powstały koniec grzyba rozjaśnił co nie co mroki tworząc wokół siebie delikatną aurę bladego światła.
Willybumber poświecił towarzyszowi, a ten począł grzebać w przyniesionym plecaku. Chwilkę później ork wyciągnął dwa jajka, na jednym wymalowano litery S.U. na drugim zaś C.M.. W oba jaja wbił duże palce swych chwytnych stóp i „odkorkował” je.
W środku znajdowały się piękne pisklaki, już w ładnym puszku i ani śladu żółtka czy białka. Obu z czubka głowy wyrastał czerwonawy róg. Willybumber przejął jedno jajko z pisklakiem i kciukiem wcisnął małemu rożek w maleńki łebek, następnie przybliżył doń głowę i coś wyszeptał. Kończąc wyrzucił jajko wysoko w górę, a mały ćwirćwirek rozerwał skorupkę i z niezwykłą prędkością pofrunął w siną dal.
Po pierwszym przyszła kolej na drugiego, z którym proceder kropka w kropkę się powtórzył.
Kiedy dwójka okrytych nocą kompanów zakończyła swe działania kiwnęli jedynie do siebie z lekka głowami i oddalili, jeden w jedną, drugi w drugą stronę.

O poranku następnego dnia siedzący za biurkiem i przeglądający papiery Syceron Ubek usłyszał lekki stukupuk dobiegający zza okna. Starannie zamknął dokumenty i ułożył w takim miejscu na biurku by nie przeszkadzały. Spojrzał w prawo, za oknem dostrzegł maleńkiego ptaszka próbującego za wszelką cenę przebić się przez szybę.
Nacisnął guzik telefonu Lan-Sarskiej roboty i zakomunikował pani Kasi by przez kolejne kilkanaście minut nikt mu nie przeszkadzał.
Podchodząc do okna pogłaskał delikatnie po dziobie swojego rogoczuba bagiennego, przez antropijskich cudzoziemców nazywanego foboskim. Przypominający małą czaplę, brunatno-pióry ptak wyróżniał się skostniałym wyrostkiem na czubku głowy.
Otworzył okno.
Maleńki ptaszek wleciał do pokoju po czym od razu wtulił się w gniazdo na którym siedział jego starszy kolega.
- No i co my tu mamy.
Ubek zręcznym ruchem chwycił pisklaka, następnie palcem lekko stuknął go tył łebka. Wbity w czaszkę rożek odkształcił się do swojej pierwotnej formy, wystając dumnie z łebka ptaszka.
Mężczyzna przybliżył małego niczym słuchawkę do ucha.
- Wiadomość do Ubeka i Mamby. Godzina 24:45. - Przemówił ptaszek głosem Willybumbera. - Res Lake znajduje się na południe od naszej stolicy. W pogoń za nim udał się Faldo Lake. Prawdopodobny kurs – środek kontynentu, Dolina Ściętych Drzew. Knowania w zakresie otwarcia granic przybierają na sile, zalecane natychmiastowe działanie. Bez odbioru.
Syceron Ubek wierzył swoim szpiegom. Wiedział, że wiadomość dotrze również do Mamby, Pitbulla i Luviela, to go nie martwiło, ale już na pewno coś innego. Bo albo ktoś w stolicy knuje przeciw interesowi państwa, albo on o czymś nie wie i teraz pozwalają odkrywcy na więcej niż powinni. Druga opcja była niemożliwa, król nigdy by na to nie zezwolił.
Postanowił wysłać wiadomość do władcy, ale później, dopiero wtedy gdy dowie się o schwytaniu Resa Lake’a. Wolał pisać do króla z dobrymi wieściami, tak dla czystej przezorności. Król bowiem nie miał w sobie dużo miłości.
Chwycił ptaszka za głowę i zręcznym ruchem złamał mu kark, maleńkie ciałko wrzucił zaś do niszczarki niedojedzonych skórek po kanapkach.
Gdyby tego nie zrobił mały rogoczub powtarzałby zapisaną w mózgu wiadomość przez całe życie. Ptaszków tych używało się w szeregach armii Mrocznych Elfów od dawien dawna, od momentu kiedy ktoś odkrył, że wciskając pisklakowi rożek do łba, maluch zapamiętuje kilka zdań i po wróceniu rogu do normalnego kształtu powtarza je całe życie. Informację tę postanowiono wykorzystać, alchemicznie ulepszono gatunek, w taki sposób by już po wykluciu potrafił piekielnie szybko latać i jego jedynym celem było gniazdo w którym zniesiono jego jajo.
Ptaszki te zrobiły furorę, no a poza tym te którym pozwolono dorosnąć dość ładnie wyglądały i świetnie nadawały się na maskotki do biura.

Dzień wcześniej, po tym kiedy Res zdążył już przetłumaczyć Handzyłowi co nagadał mu wojewoda, obaj znajdowali się już na bagnach, w drodze do sztucznego miasteczka należącego do Levi.
- Wierzysz w to? - Zapytał Brzoza. Używając swojego artefaktu stworzył sobie maskę przeciwgazową, był to jedyny sposób by wytrzymać w panującym wszem i wobec smrodzie. Jechał na Aferze, którą zabrał ze sobą do Valarmorghulis.
- Sam kurwa nie wiem. Ale stary dziad na pewno nie kłamał, takie rzeczy widać, wierzył w te swoje pierdolenie. Tylko, że równie dobrze mogą to być wyssane z cipy gównoprawdy.
- Ten papa istnieje. Widziałem go.
- Serio kurwa?
- Poważnie. Wziąłem go jednak za rodzaj czczonego nieboszczyka. Tak mi się przynajmniej wydawało.
- A jebać to, naszym celem od początku było naprawienie tego spierdolonego miejsca, a te jebane Serce Puszczy może co pomóc. Mamy jakiś konkretniejszy trop. No i już kurwa na pewno będzie o czym pisać. - Elf uśmiechnął się szpetnie. - Przy okazji Brzoza, nie czuję tego bagiennego smrodu naokoło, mam jeszcze ocipinkę środku na te gówno, ale wyraźnie czuję krew. Umyłbyś się popierdoleńcu.
- Od ciebie czuć ją nawet przez tę maskę.
Długo jechali w milczeniu, do momentu aż na bagnach zastała ich noc. Jakimś cudem zebrali trochę suchych gałązek i przenocowali na jednej z wielgachnych gałęzi jednego z prastarych drzew, przy skromnych ognisku i posiłku. Ustawili warty, nie znali terenu na tyle by mu zaufać. Na drzewach nie musiało roić się od dzikusów, wystarczył jeden wąż. Po prawdzie wąż był nawet groźniejszy od dzikusów.
Wstali o świcie i w ciszy ruszyli dalej. Nie było łatwe nawigować w tak zaciemnionym terenie, ale Res doskonale zapamiętywał szlaki. Już tędy szedł i wiedział w jaki sposób dotrzeć tam skąd przyszli.
Około 10 przed południem zobaczyli granicę lasu z polanką na której już na pewno stały chaty ze skansenu panny Swarz.
- Powiedz kurwa Brzoza, bo tak się zastanawiam. - Res spojrzał po człowieku. - Nie zapytam cię skąd u chuja widziałeś Papę Smerfa, ale chcę wiedzieć jedną rzecz.
- Słucham zatem. - Drewniana maska odwróciła się w kierunku elfa. - Ciekawym.
- Ano kurwa i ja ciekawym. Gadaj jak nazywają się pozostałe cele.
- Skąd ta zmiana zdania?
- Chuja cię ona obchodzi. Wolę wiedzieć przed spotkaniem jakiej osoby mam ci wpierdolić.
- Merfi Agrevast. - Odpowiedział chłodno Osmańczyk. - Trzecie nazwisko niech pozostanie tajemnicą.
Lake nie skomentował. Wydobycie jednego w zupełności go usatysfakcjonowało. Sprawa na nowej ziemi zaczynała się robić śliska i elf poważnie zaczynał rozmyślać o tym co zrobi w przypadku gdy osoba pomocna w naprawie Fobos okaże się celem kultysty Alpa Aczino. Znał jego priorytety, były proste, w zupełności wypełnione przez misję.
Gdy weszli do sztucznej wioski pierwszy dostrzegł ich Ringeril, koń od razu pokłusował do swego pana. Lake pogłaskał go po grzywie, następnie szybkim krokiem podszedł do Johnsona. Kowboj nie był sam.
- Pierdolisz!? Orkowie!
- Ano my w samej rzeczy! - Rzekł siedzący na ramieniu Biczesa i dłubiący mu w zębach swą dzidą, Pauluś.
- Odkryłem jebanych orków! - Ryczał podskakując z radości elf.
- Chyba ja jeśli już? - Kowboj pociągnął łyka z tykwy. - Nie pomyliłeś czegoś?
- A widziałeś ty ich? Nie. To chuj ci w rzyć! - Res chwycił dolną szczenę Prajka w łapę i obróciwszy ją w dwie strony zachwycił się po raz wtóry. - Jebani orkowie...
- Nie wszyscy. Biczys jest prawiczkiem. - Odezwał się wyrwawszy się energicznie z uścisku elfa, Prajk. A wspomniany kolos zarumienił na fioletowo.
- Ale dobra! - Pauluś klasnął. - To co? Budujemy statek i płyniemy?
Odpowiedziała mu głucha i niezrozumiała cisza. Usiedli i jedząc jadło przygotowane przez trójkę orków, opowiedzieli sobie swoje historie.
- Elfie gadanie. - Skomentował Pauluś. - Nie warto słuchać, lepiej budować statki, albo oglądać wrestling.
- Chuja Paulusiu. My najpierw załatwiamy nasze sprawy, a potem z kurwa gigantyczną chęcią zabiorę was do nas na Antropię. - Res chciwie wyrwał kawałek mięsa z udka kurczaka i zaczął przeżuwać.
- Hmmprf! - Skomentował Biczes. - Hmmprf, hmmprf! - Krzyknął po raz wtóry wyrzucając z radości Paulusia w górę.
- Zgoda, pomożemy zatem waszej kampanii. Choć tak jak Prajk gadał, elfiego gadania słuchać nie warto.
- Też jestem kurwa elfem.
- Ale kolega to inna sprawa, zaraz poznać, śmierdzisz panie, owszem, ale podróżą i bitką, a nie siarą jak ze smoczego zada. - Rzekł Prajk i cała trójka orków roześmiała się.
Nagle ni stąd ni zowąd Biczes zaczął się trząść, drgawki były tak nasilone, że Pauluś spadł z niego. Handzył podskoczył doń i chciał włożyć mu do ust kawałek deski. W drogę wszedł mu Pauluś.
- Spokojnie. Biczes polubił was bardzo i chciałby się pochwalić.
- Czym kurwa? Zaawansowaną padaczką?
- Naszym rodzinnym skarbiem. - Odpowiedział Prajk.
- W takich chwilach. - Dodał palący papierosa Johnson, to był jego ostatni. - Żałuję, że jestem ślepy.
Ciało pomarańczowego orka zaczęło zmieniać barwę na intensywniejszy pomarańcz, zaś idąc od pępka aż po samo gardło stawało się coraz to bardziej zielonawe. Nagle wielkie brzuszysko orkoida podzieliło się tak jakby na dwie części. Jedna z nich zaczęła iść w górę.
Pauluś stojący krzywo obok Prajka patrzyli się na to wszystko takim wzrokiem jakim rodzice obdarowują swoje dziecko gdy temu uda się w końcu jazda na rowerze.
- Biczes jest wybrańcem naszej rodziny, przechowuje przekazywany od pokoleń w naszej rodzie skarb. - Rzekł nisku ork.
- Aha… - Odpowiedziała reszta.
Brzoza ściągnął maskę. Konie odwracały spojrzenia. Nawet ślepy igliczanin słysząc dławiący się ni to jęk ni świński kwik zastanawiał się czy aby na pewno chciałby to widzieć. Res z wywieszonym jęzorem pospiesznie szkicował odbywający się akt.
Kiedy połowa brzuszyska znalazła się już w miejscu gdzie normalnie zameldowane jest jabłko adama hełm spadł z głowy Biczesa ukazując przepiękne, głębokie oczy koloru nefrytów i zaczesany do tyłu elegancki fryz. Nie to jednak zwróciło uwagę zebranych, a wypluta w powietrze flegma wielkości Prajka.
- Hmmprf. - Rzekł stojący jak gdyby nigdy nic pomarańczowy ork. Schylił się po hełm i założył go, na powrót przysłaniając swe niebywałe piękno. Był też oczywiście o połowę chudszy niż jeszcze przed chwilą.
- O cię chuj! To się nazywa kłaczek.
Res jako pierwszy podbiegł do czegoś co przed chwilą wypluł jego nowy kolega. Reszta udała się zaraz za nim. W powietrzu zaśmierdziało mokrym psem.
Kula flegmy okazała się być potwornie wypaczonym, pogarbionym stworem. Nie był to jednak ork, ani tym bardziej nic innego. Pokrzywiony wypaczeniec zamamlał bezzębnymi ustami, zakaszlał wypluwając płyny.
- To Szczęściarz. - Powiedział dumnie Pauluś. - Nasza rodzina co pokolenie wybiera nowego orka by miał to szczęście opiekować się nim. Musicie wiedzieć. - Rzekł do skołowanych kolegów. - Że jest to wielki bohater.
- Ano! - Krzyknął dźwigając swą siekierkę wysoko w górę seledynowy ork. - Wiele, wiele lat temu, uratował on naszą rodzinę. Zrobił to w zamian za obiecaną mu nieśmiertelność.
- To nazywacie nieśmiertelnością? - Zapytał się Johnson.
- Mój skarbie… - Rzekł cicho Szczęściarz. - Mój kochany skarb…
Wypaczeniec w rękach trzymał szary, niespecjalnie ciekawy pierścionek. Wgapiał się weń jak ciele w namalowane wrota. Pocałował go. Nawet orkowie odwrócili wzrok.
- A to co jest kurwa? - Zapytał Res.
- Dziadostwo. Zawsze to ściska gdy się go wypuszcza.
- Wezmę to sobie. - Elf podlazł do Szczęściarza i wyrwawszy mu pierścionek z chuderlawych rączek otrzepał z flegmy. - Zajebista pamiątka kurwa. I zanim cokolwiek powiedziecie jebaniutcy. - Zwrócił się do orków. - Potraktujmy to jako część zapłaty.
- Żartujesz? - Odezwał się Brzoza. - Zamierzasz to zabrać?
- Znam pokurwieńców gotowych sprzedać zamek by kupić takie gówno.
Szczęściarz tak jakby zapłakał, wyciągnął w kierunku elfa swe wątłe dłonie. Ale nie dosięgnął gdyż w torsie chwycił go Biczes, który najwyraźniej postanowił, że pokaz się skończył.
Proces wkładania nieśmiertelnego bohatera do jego cudownego apartamentu był na tyle okropny, że już nikt nie chciał być jego widzem.
Jakiś czas później gdy Biczes wrócił, kompania postanowiła okulbaczyć konie i ruszyć na wschód, w kierunku Doliny Ściętych Drzew, tam gdzie sugerowała kierować się notatka dana Resowi przez wojewodę mrocznych elfów. A i jak się później okazało, orkowie mniej więcej znali drogę.
Ruszyli. Dwóch ludzi, dwa konie, trzech orków i jeden elf.

Na drugi dzień gdzieś około południa kompania towarzyszy postanowiła zrobić sobie dłuższą, dwugodzinną przerwę, przeczekać prażące wyjątkowo uciążliwie słońce i zjeść. Pierwszą rzeczą jaką Res zaobserwował u orków było ich niesamowite wręcz uwielbienie do wszelakich gier. Kiedy tylko mogli wyciągali karty i rżnęli w nie zakładając się o pieniądze, okruszki, czy nawet liście. Dużo też opowiadali, o dziadku którego zwali Kleszczem, o magicznej telewizji, o wrestlingu i ich nowym ulubieńcu Dick the Kidzie. Pozostali również posiadali swe własne tiki. Johnson jak zauważył Lake, kiedy nie miał przy sobie używek zaczynał żuć trawę, łaził w kółko i milczał. Ulubionym zajęciem Brzozy było zaś doglądanie zwierząt, dbanie o sprzęt. To ten typ idioty co ciągle musi pracować, myślał w duchu elf.
On sam zaś obserwował i rozmyślał, nad książką, nad przygodą, a nawet o rodzinie za co karcił się w duchu, obrażając się od maminsynków i kutafonów. Coś nie dawało mu spokoju, czuł na plecach maleńkiego ślimaka, który za żadne skarby świata nie chciał zleźć. Czuł, że są śledzeni.
- I wtedy założył mu backbombera! - Ryknął Prajk trzymając Paulusia w poprzek nad głową i wgniatając łeb w jego plecy.
- Magia. - Odezwał się wygięty niczym łuk Pauluś. - Dick jest wyczepisty na maksa!
- Hmmprf!!! - Biczes zaburczał energicznie wymachując rękami.
- My u siebie też mamy wrestling, ale u nas to pic na wodę fotomontaż. - Powiedział żujący trawę kowboj. - Oglądają to tylko podlotki i Mastodończycy.
Nagle Brzoza zerwał się jak strzała i instynktownie wyciągnął z pochwy jatagana. Ostrze nie opuściło jeszcze swego domku, a pozostała piątka również wyskoczyła do pozycji pionowej, a każdy trzymał jakąś broń, nie licząc Lake’a rzecz jasna.
- Wyłazić! - Krzyknął z wycelowaną w knieję spluwą Johnson. - Wiem gdzie jesteście. Oni może nie, ale ja słyszę was sukinsyny jakbyście łazili po krakersach!
- Gdzie są? - Zapytał Res rozglądając się.
- Dwójka stoi tam gdzie celuję. - Igliczanin lekko ruszył nadgarstkiem dłoni w której trzymał gnata. - Trzeci jest gdzieś za nami.
- Wyłazić pędraki! - Zawołał Prajk. - Pokażcie no te wasze mordeczki.
- Jeśli wam wasze chujowe życie miłe radzę kurwa się pokazać. - Ryknął Res przystawiając dłonie do ust. - Mamy ślepego strzelca, ale kutas nie pudłuje!
- Cicho Lake. - Odezwał się Brzoza. - Zaczynają się ruszać.
Ubranie Handzyła Nagharuka zaczęło zmieniać kształt, wszędzie łącznie z maską zamieniając się w żółtawo popielate bandaże. Opatrunki objęły niemal wszystko, wliczając w to obnażone ostrze. Jedynym co pozostało odkryte były jego oczy. Chwilę później osmańczyk zniknął, wtapiając się w otoczenie niby kameleon.
Nikt nie skomentował, rozglądali się za tymi którzy ich naszli.
- Res Lake! - Krzyknął ktoś z kniei. - Jesteś aresztowany, a wy… Kimkolwiek jesteście, spróbujcie mu jedynie pomóc, a i was skuję i zawiozę przed oblicze Anomandera.
Tym który mówił był elf o szarych oczach, ubrany w koszulę i spodnie w stylu morro i wysokie glany, bardzo podobne do tych Resa. Obok niego szedł antropomorficzny pitbullowaty pies, ubrany identycznie jak elf, u pasa niósł zwinięty bat.
- Kto by kurwa pomyślał. Sam jebany kapitan Luviel przyniósł tutaj swoją rzyć i zaszczycił nas swym smrodliwym głosem. - Wąsacz zaśmiał się szczerze. - Spierdalaj Straus. - Dodał poważnie i przyjął niską gardę.
- Hmmprf.
Biczys uśmiechnął się i ruchem niezwykle szybkim jak na kogoś jego wzrostu wyciągnął z kołczanu strzałę, naciągnął cięciwę i szył prosto w elfiego kapitana. Luviel chwycił strzałę w locie i zaczął biec w kierunku kompanii.
- A więc wszyscy macie przejebane! Brać ich! - Krzyknął i przyspieszył. Obrócił strzałę w dłoni.
Pierwszym co przeszyło milisekundę później eter były trzy strzały oddane przez Johnsona. Kowboj trafił jednak w pustkę, celował w Pitbulla, ale antros zwinął się nienaturalnie dziko w powietrzu i uniknął strzałów.
Psowaty odbił na prawo, prosto w Resa. Wyciągnął swój bat, szybkim ruchem nadgarstka rozwinął go, następnie pociągnął do siebie i chwycił w lewą dłoń w około jednej trzeciej długości broni. Jeszcze raz odskoczył w prawo i wściekle szybko zanurkował w elfa, strzelając w niego ze swego batogu.
Powietrze przeszył trzask uderzenia i rozerwanej skóry, po napiętym bacie spływała struga ciemno czerwonej krwi. Juchy płynącej z ręki Resa pewnie trzymającego końcówkę bata.
- Nawet nie wiesz kurwa jakiego masz pecha pojebańcu. - Rzekł uśmiechnięty od ucha do ucha Lake. - Bat to moja ulubiona broń.
Pitbull nie myślał jednak konwersować i spróbował wyrwać broń z uścisku Resa. On sam nosił rękawiczki, a dłoń przeciwnika krwawiła, powinien bez problemu ją wyrwać. Ale nic się nie stało. Zaparł się po raz wtóry i nagle poczuł pociągnięcie w drugą stronę.
Res, śmiertelnie poważny, instynktownym, wyuczonym ruchem szarpnął bat do siebie, strzepnął go w powietrzu, a rękojeść chwilę później wylądowała w jego prawej ręce. Wąsacz smagnął nim dwa razy w powietrzu na próbę i uderzył w powietrze nad oponentem, który zdążył już wstać i ruszył ku niemu.
- Chyba z dziesięć jebanych lat nie miałem takiego w łapach. - Res smagnął raz jeszcze. Trafił Pitbulla w nos, który eksplodował niczym jeżyna. Antros zachwiał się. Res strzepnął batem po raz drugi i zawinął go tuż pod kolanem przeciwnika. Pociągnął najszybciej jak umiał, coś strzyknęło, a psowaty wylądował na glebie i zakwilił przeraźliwie z bólu. Widać było, że próbuje wstać, po nieziemskim wysiłku udało mu się to.
Res odwinął do siebie broń, chwycił w drugą dłoń z której lała się ciemno czerwona krew i uderzył po raz trzeci. Bat zawinął się na szyi Pitbulla.
- Uciekaj. - Rzekł zduszonym głosem antros.
Lake szarpnął. Następnie zluzował uścisk i strzepnął bronią ku sobie, tak by chwycić jej końcówkę w drugą rękę.
Tymczasem z drugiej strony Luviel rzucił się na trójkę orków. Kapitan trzymał w dłoni rytualny nóż. Jako wysoki stopniem oficer wojskowy miał prawo do noszenia takiego, był więc jedynym chodzącym po świecie elfem uprzywilejowanym do posiadania własnej broni. Luviel był świetnym bokserem, ale w walce jak ta wolał polegać na broni białej.
Orkowie wydali mu się być z początku chaotyczną bandą dziwaków, szybko jednak zmienił zdanie.
Zaszarżował na niskiego, ten jednak został wyprzedzony i zniknął za biegnącym w kierunku szarookiego elfa grubasem. Luviel wyprowadził szybki sztych w przód chcąc upuścić krwi z cielska pomarańczowego kolosa. Ale cios zablokował diabelnie szybkim ruchem mały, pokraczny, siedzący na ramieniu grubego.
Wtem zza wielkiego wybiegł zielony i szybkim ruchem zamachnął się nisko w lewy goleń elfa, czyli najwyżej jak umiał. Luviel podskoczył. Kiedy był w powietrzu pomarańczowy rzucił w niego pokracznym, a ten pchnął weń z całych sił swą włócznią.
Pauluś nie lada się zdziwił gdy wysoki elf zdołał sparować jego szybki atak, ale nie przejmował się ani trochu. Może jemu się nie udało, ale Prajk kiedy tylko wielkolud wylądował na glebie, wykonał piruet i grzmotnął wroga tarczą prosto w kolano.
Biczes naciągnął cięciwę, miał na niej założone trzy strzały, które z odległości metra poleciały prosto w elfa. Ten jednak puścił swój nóż i chwycił wszystkie trzy za jednym razem. Następnie obrócił się na lewej nodze i zamierzył się nimi na spadającego w dół Paulusia.
Trzy strzały pękły w drzazgi trafione pozostałymi nabojami Johnsona. Kowboj otarł czoło, bał się jak cholera, że nie trafi.
Biczes wbiegł w elfa uderzając go ramieniem w brzuch. Pauluś wskoczył mu na drugi bark. Prajk ustawił się obok nich, z tarczą trzymaną wysoko, tak by zasłonić się przed atakiem w głowę.
Niesamowici pomyślał Luviel. Nigdy w życiu nie widział by ktoś tak doskonale się rozumiał, jako wojownik doskonale wiedział jak wielkie musi być ich zgranie by działać tak szybko. Zaczął o nich myśleć jak o jednym przeciwniku. Od dawna tak dobrze się nie bawił.
Nagle wszyscy zebrani usłyszeli huk. Potem kolejny i kolejny, a z każdym następnym uderzenia były coraz to głośniejsze. W końcu przed ich oczami wylądował wysoki ponad miarę elf w garniturze i czarnych lenonkach.
- Lord Faldo? - Zapytał Luviel. - Co wy tutaj robicie lordzie, zresztą nieważne, pomóżcie mi schwytać waszego brata. Jestem tutaj by go zaaresztować i zawieźć tam gdzie jego miejsce.
Res spojrzał na swojego starszego brata. To był ten rodzaj wzroku, którym obdarowuje się odwiecznego wroga. Nie odezwał się jednak. Podobnie uczynili pozostali.
Faldo rozejrzał się po polu bitwy. Uśmiechnął się w kierunku Ringerila, który zachrapał bojaźliwie na jego widok. Spojrzał na swego brata trzymającego bat i martwego antrosa leżącego niedaleko niego. Zobaczył kilku orków i kapitana Luviela, a obok nich kowboja z ciągle parującym od niedawnego strzału, rewolwerem. Poczuł też obecność jeszcze dwójki osób, ale ich nie zauważył. Z butonierki wyciągnął chusteczkę i otarł czoło, „biegł” tutaj prawie piętnaście godzin i nawet on miał prawo poczuć się odrobinę zmęczony.
- Aresztować kapitanie?
- Tak jest lordzie. - Rzekł surowo Straus. - Twój pieprzony brat zbiegł z Mistral, wcześniej obezwładniając radnego Anomandera, twego dziada.
- Naszego kurwa. - Przemówił Res. - Najchętniej wyparłbym się skurwysyna, ale nie mogę. - Na widok brata na plecach perlił mu się pot, a w gardle i brzuchu wybuchnął nieprzyjemny ból. Resa przeszedł strach.
- Nic z tego kapitanie. - Siłacz uśmiechnął się szczerze. - Mój braciszek jest mi potrzebny do rozwikłania pewnej niezwykle ciekawe zagwostki. Normalnie nie zawahałbym się w ujęciu go, ale cóż, przychodzą czasem takie sytuacje w których trzeba wybrać nietypowe drogi. Nawet jeśli to nie po myśli mojego dziadka. Wycofajcie się kapitanie. Res idzie ze mną.
- Chuj ci w rzyć. Wybieramy się kurwa do Doliny Ściętych Drzew i choćbym miał się zesrać ze strachu prędzej zdechnę niż zmienię kierunek!
- Wspaniale! - Faldo klasnął w wielgachne dłonie. - Bo i ja chciałem cię tam zaprowadzić.
- Nic z tego lordzie. - Szarooki schylił się po nóż. - Nie ma wyjątków, dostałem rozkaz, jeśli i ty jesteś przeciwny to i ciebie zaaresztuję.
Faldo wybuchnął bardzo nieprzyjemnym śmiechem czym zdezorientował pozostałych.
- Ależ proszę kapitanie, tylko bez żartów. - Otarł łzę.
Luviel nie czekał, wystartował w kierunku najstarszego z Lake’ów i ciął na odlew z dołu, celował w pachwinę. Faldo ciągle ocierając oczy lewą ręką, prawą chwycił ostrze między dwa palce i je złamał.
Luviel zakręcił się na pięcie w prawo, podskoczył i wycelował weń z lewej pięści. Bezbłędnie trafił, prosto w policzek. Lake nawet nie drgnął. Kapitan zaczął okładać go ile tylko się dało, kopał i boksował, na zmianę. Długo, minęło pół minuty aż Faldo zareagował.
- Dość. - Rzekł długowłosy elf chwytając kapitana straży za rękę, wygiął ją do granicy wybicia ze stawu. - Naiwniak z ciebie Straus, jesteś jak mój brat i wielu innych, wydaje ci się, że możesz mi coś zrobić. Nie możesz. Może trzy lata temu coś bym poczuł, ale już nie.
Puścił ramię Luviela i uderzył go z liścia tak, że kapitan wykonał potrójną śrubę w powietrzu, a następnie nieprzytomny położył się na ziemi.
Wtedy ciało Falda przebił bełt. Wbił się na centymetr w jego tors, a z miejsca uderzenia unosił się gaz. Faldo spojrzał na to zdezorientowany po czym szybkim ruchem wyrwał pocisk, grot był czarnego koloru.
- Obsydianowe groty. - Skomentował siłacz. - Niezwykłe trudne do wytworzenia, użyto najpewniej jakiejś magii odkształcającej, choć i to jest mało efektywne gdyż… - Głos zaczął mu lekko drgać. - Obsydian jako metal niesamowicie twardy nie jest podatny na odkształcenia… - Coraz to bardziej. - Cóż to musiało… Być… - Faldo sztywno upadł na glebę.
Res i reszta obrócili się w tył, przed granicą z lasem, pomiędzy krzewami stała kobieta o wężowatej twarzy, o smukłym ciele bez nóg, a jedynie z rękami w których trzymała kuszę wycelowaną w miejsce gdzie przed jeszcze chwilą stał Faldo.
Nie zdążyli nawet się odezwać, a ni stąd ni zowąd z torsu kobiety wyszło ostrze, przekręciło się i cięło w bok rozrywając jej ciało i zwalając ją martwą oraz całkowicie skołowaną na ziemię.
Brzoza nagle znowu zaczął być widoczny. Biegł w kierunku leżącego na ziemi Falda, a jego strój pomału wracał do standardowego który nosił. Z tym jednak wyjątkiem, że smagłej twarzy nie zasłaniała żadna maska.
Upadł przed rannym na kolana, szybkim ruchem wyciągnął z jednej ze swych kieszeni jakąś fiolkę, nerwowo ją odkorkował. Przypadł jeszcze bliżej, nachylił głowę i zaczął ssać ranę Lake’a. Po chwili oderwał się od rany i splunął płynem do przygotowanej fiolki. Potem powtórzył czynność. Wiele razy.
Pozostali stali jedynie w milczeniu i przypatrywali się.
- Co to kurwa było, że powaliło mojego jebanego brata? - Zapytał w końcu Res.
- To jad mantykory. Najrzadsza i najbardziej zabójcza trucizna jaką znają rozumne gatunki tego świata. - Brzoza wsadził korek do prawie pełnej fiolki, następnie schował ją do swych kieszeni. - Co do twojego brata, jest silny, jemu powinno udać się przeżyć, tym bardziej, że udało mi się odratować sporą dawkę jadu. Nie liczyłbym jednak na rychły powrót do zdrowia. Kuracja potrwa z pół roku.
- Zrobiłeś to dla jadu? - Zadał pytanie Johnson.
- Oczywiście.
- Zanim kurwa zaczniecie się napierdalać. - Rzekł nerwowym głosem Res. - Handzył odratował mojego skurwiałego brata, to się liczy. - A teraz kurwa…
- Res… - Odezwał się słabym głosem Faldo. Miał zamknięte oczy, a jego wargi ledwo się ruszały. - Dolina Ściętych Drzew… Tam jest… Me… Agrevast… On powinien zaradzi...ć – Rzekł i zemdlał z wycieńczenia.
Spojrzeli się po sobie, wymienili kilka zdań. Zgodnie orzekli, że skoro i tak idą w tamtym kierunku to pomogą starszemu bratu Resa. Jako, że jednak Faldo ważył ponad tonę zmajstrowano mu naprędce jakąś deskę i zapięto linami do koni.
Od tego momentu Res dużo baczniej obserwował każdy ruch kultysty Alpa Aczino. Nie mógł pozwolić na to by ten wtrącił się w jego interesy, ale równocześnie potrzebował go do domknięcia tychże właśnie interesów, a przynajmniej wtedy tak uważał.




[Obrazek: dB4Eis3.jpg]
11.08.2017 23:16
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 5,434
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Poziom ostrzeżeń: 5%
Post: #173
RE: Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
Słońce chyliło się już ku zachodowi, powoli chowając się za horyzontem, by ustąpić miejsca księżycowi, gdy Luviel odzyskał w końcu świadomość. Choć na to nie wyglądał, był zahartowanym żołnierzem, ale żaden trening wytrzymałości nie wystarczy, aby przygotować się na cios od samego Faldo Lake’a. Powoli otwierał powieki, gdy jego zmysł wzroku zdążył ni stąd ni zowąd, wyprzedzić zmysł powonienia, który wyczuł śmierdzącą jak znoszone skarpety Anomandera maź, umiejscowioną, ku jego obrzydzeniu, na jego własnym policzku. Po tym, jaki niecodzienny zapach zaczął dochodzić do jego nozdrzy, niespecjalnie miał ochotę na wzrokowe spotkanie trzeciego stopnia z tym, co ów fetor wydzielało, ale w końcu musiał stawić czoła rzeczywistości. Kątem oka zarejestrował dziwną pleśń. Najwyraźniej zadziałała lepiej, niż sole trzeźwiące. Obok nieszczęśnika klęczała dość zgrabna mroczna elfka o krótkich blond włosach, która najwyraźniej pełniła rolę medyka. Poznać to można było choćby po malunku na jej białym fartuchu, choć mało kto by wpadł, że niebieski grzyb jest u tej rasy symbolem medycyny.
- Proszę się nie ruszać – wzięła kawałek bandażu i zaczęła nim obwijać głowę poszkodowanego tak, żeby opatrunek z pleśnią się nie zsuwał. Strauss nawet nie zdążył zaprotestować. Widząc, że zapach opatrunku niezbyt miło łechcze jego nozdrza, psiknęła nań specjalnym sprayem, który zatuszował nieprzyjemną woń.
- Gotowe, może pan wstać. Do jutra powinno się zagoić – oznajmiła, poczym wstała z klęczek.
- Dzię... – Nie zdążył nawet należycie podziękować, a ta zaraz zniknęła mu z oczu.
Wolnym ruchem uniósł głowę i zobaczył krzątający się obok niego niewielki oddział mrocznych elfów. Widok był jednak dość groteskowy. Raz dlatego, że większość, czyli ze trzy tuziny żołnierskich tyłków, była wypiętych w jego stronę, a dwa, że nie mieli na sobie zbroi. Wszyscy bowiem, pochyleni do granic możliwości, w samych galotach, z wielką determinacją przeczesywali okoliczne trawy.
- Do pupy z taką robotą! – krzyknął jeden najwidoczniej zniecierpliwiony już od łażenia w tej niewygodnej pozycji.
- Siedzimy tu już dobre parę godzin, i nic! To jak szukanie igły w stogu chromolonego siana! – zawtórował mu inny żołnierz.
- Nie jest tak źle, pozwolono nam zdjąć rynsztunek – dodał trzeci, we wszystkim starający się znaleźć jasną stronę, Pogomił. Większość jednak nie podzielała jego entuzjazmu, toteż głosy niezadowolenia zaczynały się nasilać.
Narzekania żołnierzy nie mogły umknąć dowódcy, który zaraz ich sprowadził do parteru.
- Cisza mi tam! Musi gdzieś tu być! Leon to zawodowiec, na pewno nas nie zawiódł! Macie to znaleźć, albo możecie zapomnieć o kolacji! – zagrzmiał groźnie Polek.
Po tych słowach, panowie już nic nie mówiąc, jeszcze ochoczo zabrali się do roboty. Obiadu już nie dostali, także groźba dowódcy brzmiała nad wyraz wiarygodnie. Ten, widząc, że jego interwencja poskutkowała, podszedł do stojącego już na nogach Luviela.
- Melduje się Polek, dowódca drugiej kampanii Fioletowego Powłosia, oddziału mrocznych elfów! – zasalutował. – Mam przyjemność z panem Luvielem Straussem?
- Zgadza się – odparł nieco zmieszany całą tą sytuacją zwykły elf, ale również zasalutował. Ta sztuka była zakorzeniona w nim już tak głęboko, że nawet zbudzony z zimowego snu, to byłoby pierwszym, co by zrobił.
Po krótkiej wymianie zdań, Luviel dowiedział się, że oddział Polka został tu wysłany na polecenie Ubka, by dowiedzieć się, co stało się z najmowanymi zabójcami. Tak przynajmniej brzmiała wersja oficjalna, gdyż nieoficjalnie zostali tu skierowani w jednym konkretnym celu, nad którym pracowały teraz trzy tuziny pochylonych wojaków, nie mógł go jednak wyjawić. Gdy Strauss zaczął z wolna drążyć temat, Polek wykpił się, że zgubił obrączkę i jak wróci bez niej do domu, to żona mu zgotuje piekło. Dlatego tak bardzo zależy mu na odzyskaniu zguby. Ponieważ jednak po twarzy Luviela widział, że ten nie do końca jest przekonany, szybko zmienił temat, wypytując o Resa. Zwyczajny elf niechętnie przyznał, że najemnicy polegli, a rekonesans, bo tak nazwał tę akcję, zakończył się porażką. Tutaj również i Luviel nie był z nim do końca szczery, bowiem specjalnie udał się na spotkanie z Laka’em bez asysty swego wojska, by przyczepić komuś z jego kompanów pluskwę na baterie słoneczne (co znaczyło nie mniej nie więcej, że głos można było nagrać tylko za dnia. Jak to mówią na bezrybiu i rak rybą). A że orki wydawały się niezbyt rozgarnięte, to właśnie je obrał na swój cel. Dobrze wiedział, że kluczem do zwycięstwa jest wiedza o przeciwniku. Pozna jego cel, a być może i słaby punkt i dopiero wtedy uderzy. Tak, żeby wszystko mieć pod kontrolę i obyło się bez nieprzyjemnych niespodzianek, jak to miało dzisiaj miejsce, gdy po stronie Resa stanął jego brat, Faldo. Rad był też, że było mu dane skrzyżować pięści z najstraszniejszym z Lake’ów. Wprawdzie nie było to konieczne do powodzenia misji, ale nie mógł sobie odmówić tej przyjemności. Poza tym musiał wypaść wiarygodnie. Nie spodziewał się jednak, że przepaść między nimi aż tak bardzo się powiększyła.
Kilkanaście minut po tym, jak Luviel pożegnał się z Polkiem, dało się słyszeć gromkie „hurra”, wykrzyczane przez Pogomiła, który to w końcu odnalazł upragnioną przez dowódcę kampanii zgubę i mógł wreszcie rozprostować plecy. Zaraz potem zaczął tłumaczyć swym kolegom, że sukces ten zawdzięcza pozytywnemu nastawieniu, ale tamtych niewiele to teraz obchodziło. Dla nich najważniejsze było to, że ich krzyż pański w końcu dobiegł końca oraz pełna micha, która już na nich czekała. Czy ktoś lubił Pogomiła, czy nie, a takich nie brakowało, bo niejednego irytowało to ciągłe trajkotanie o mocy pozytywnego myślenia, tego wieczora był bohaterem całej kampanii.


Tymczasem wysoko nad Fobos , na niebie, daleko wyżej, niż sięga ludzki czy inny wzrok, mieścił się kraj jeszcze jednej, niezwykle starej rasy, ptakowców. Były to istoty, które w połowie wyglądały jak ptak, a w połowie jak człowiek. Stworzenia te miały na plecach skrzydła. Ich nosom z całą pewnością było bliżej do dziobów ptaków, choć rysy twarzy były całkiem ludzkie. Osobniki te posiadały też bujne owłosienie na głowie, gdzie włosy niektórych samic sięgały nawet za same pośladki. Jednak takimi wynikami mogły się pochwalić nie tylko samice, ponieważ u samców również było to mile widziane. Długie włosy bowiem symbolizowały u nich siłę. Przedstawiciele tej rasy nie nosili ubrań, to nie było im potrzebne, ich odzienie stanowiły w większości pióra, które w dużej mierze zakrywały ich nagie ciała. Oprócz charakterystycznych ptasich cech, posiadali też umiejętność przemiany w naturalnie występujące w ekosystemie ptaki, jaskółki.
Lud ten egzystował tutaj od pradawnych czasów. Choć nie dożywali oni tylu lat co inne stworzenia znane z ziemi, dobrze o wszystkim wiedzieli, gdyż byli pasjonatami historii i wszystko skrupulatnie dokumentowali. Istoty te odznaczały się niesamowitą, fotograficzną pamięcią, toteż nie pomijano szczegółów, a przy tym cechowała ich umiejętność bardzo szybkiego pochłaniania wiedzy. Najwięksi mędrcy byli zdolni do otworzenia trzeciego oka, które pozwalało im zobaczyć, co się działo kiedyś, tak, jakby sami byli duchowymi świadkami tychże zdarzeń. Mogli zobaczyć na własne oczy wszystko, co kiedykolwiek działo się na kontynentach niebieskiego morza. Mimo więc upływu nawet setek lat, z książek i nie tylko, bez trudu można było poznać dzieje danego państwa. Widząc całe zło, jakie ma miejsce na świecie poniżej, mędrcy postanowili zamknąć przestrzeń podniebną nad Fobos, by tym samym uniemożliwić innym ludom dostanie się na ich ojczyznę - Edenię. Miało to miejsce w pradawnych czasach, podczas wojny na Malekith, kiedy to odłączył się kontynent Helland. Olbrzymią energię, która towarzyszyła tamtemu wydarzeniu udało się w niewielkiej mierze zabsorbować, dzięki artefaktowi Sercu Puszczy, co pozwoliło na stworzenie niewidzialnej dla gołego oka bariery rozciągającej się nad całym Fobos. Nie dokonaliby jednak tego gdyby nie najdoskonalszy według nich bóg Perpetum Mo-Bile, który, jak się później okazało, też miał w tym swój cel. Z jego pomocą uformowano niezniszczalny sześcian, który rozstawił całą barierę. Mechanizm ten z racji, że blokował kontynent na dole, nie mógł znajdować się w Edenii. Podobnie jak i klucze do niego.
Mimo to, rozwiązanie zaproponowane przez Perpetum Mo-Bile było bardziej niż zadowalające. W końcu udało się zażegnać niebezpieczeństwo. Początkowo w podniebnym kraju działała opozycja, która była zdania, że wojna na Malekith to był incydentalny przypadek. Wierzyli, że ludzie oraz stworzenia zamieszkujące lądy niebieskiego morza, mimo wszystko są zdolne do miłości. Miała ona swoich zwolenników, tłumacząc zło, które ma miejsce poniżej, nieczystymi siłami, egzystującymi od zawsze na świecie, niezależnie od wszystkiego. Kontrowersyjny dla niektórych kręgów projekt otwarcia kontynentu, cały czas był więc poddawany pod rozwagę. Przełomem stał się jednak moment, kiedy mająca z gruntu rzeczy dobre serce rasa ludzi, najechała cały kontynent i w krwawy sposób doprowadziła do prawie całkowitej anihilacji innego gatunku, mastodontów. W wyniku tamtych wydarzeń, śmierć poniosła wtedy niewyobrażalna ilość niewinnych istnień. Mordu tego nie można było w żaden sposób usprawiedliwić. Opozycja nabrała wody w usta i szybko się rozproszyła, a projekt otwarcia kontynentu na zawsze porzucono.
Ponieważ jednak nie chciano całkowicie odcinać się od lądu poniżej, barierę ustawiono na taką wysokość, by móc z bezpiecznej odległości podziwiać okoliczności tamtejszej przyrody. Co śmielsi wyprawiali się w bardzo daleką podróż na Argentynę, jednak tylko i wyłącznie pod postacią ptaków. Lud ten przeżył jednak chwile grozy, gdy o Edenię, miała się otrzeć wielka kometa Mammoragan. Wtedy to zebrano wszystkich obywateli w jednym miejscu i zaczęto synchronicznie machać skrzydłami, tworząc na tyle potężny podmuch wiatru, że zdołał on nieznacznie, ale wystarczająco, zmienić trajektorię lotu komety. Niszczycielska siła uderzyła w kontynent na niebieskim morzu, ale to było i tak nieuniknione. Choć po tym wydarzeniu, na Fobos, na długi czas zapanował niemal niezdatny do życia klimat, zmiany te dosięgły podniebny kraj jedynie w nieznacznym stopniu. I tak, nie licząc tego kosmicznego incydentu, na który nikt nie miał wpływu, wiedli oni spokojne życie z dala od trosk. Bez strachu, że grozi im inwazja. Aż do teraz, kiedy to mieszkaniec Antropii dostał się z powrotem na Fobos tym samym udowadniając wszystkim, że nie ma rzeczy niemożliwych, a tamtejsi uczeni poznali znaczenie tajemniczych pierścieni rozrzuconych po kontynencie.


Był późny wieczór, kiedy Polek, wraz ze swym oddziałem dotarł do Mrocznej Kniei. Co prawda, zaraz po skończonych poszukiwaniach, żołnierze dostali miskę grzybowej z wkładką mięsną dla pokrzepienia ducha, ale na odpoczynek nie mieli co liczyć, bowiem, ku rozpaczy całej kampanii, dowódca musiał pilnie złożyć raport swemu królowi. Gdy tylko znalazł się w mieście, natychmiast wsiadł na ślimaka i poinstruował kierowcę, by ślizgnął go prosto do króla. Jak tylko wysiadł, poprosił o audiencję u swego władcy Kabuto XXII. Ten nie był za specjalnie rad z tej wizyt, gdyż nie zwykł przyjmować gości o tak późnej porze, no, może za wyjątkiem płci pięknej, ale na wieść, że Polkowi się powiodło, postanowił zrobić wyjątek. Zbytnio się jednak nie spieszył. Dowódca Fioletowego Powłosia klęczał na jednym kolanie dobre pół godziny, nim doszło do rzeczonej audiencji. W swym czekaniu nie był jednak odosobniony, gdyż po prawej stronie tronu stał kapitan gwardii królewskiej, a w cieniu, pod ścianami, kilku żołnierzy z gwardii oraz służki z rozmaitym jadłem. W końcu jego cierpliwość została wynagrodzona, a zza muru wysunęła się sylwetka samego króla mrocznych elfów. Choć miał on już swoje lata, co można było zaobserwować po zmarszczkach, czy bardzo długim, śnieżnobiałym wąsie, nie był on bezbronnym staruszkiem. Cechowała go muskulatura, której pozazdrościć mógłby mu nie jeden elf. Chętnie też ją zawsze eksponował, nawet siedząc w swym tronie, co wyglądało nieco dziwnie, gdyż do tego celu, kazał sobie wyciąć w jego atłasowym żupanie stylową dziurę na klacie. Strój ten dopełniały wysokie czarne safianowe buty oraz lity pas. Szedł wolnym krokiem, a za nim, po podłodze ciągnęła się czerwona szata, okrywająca, jak to nie raz mówił, jego majestat. Zasiadł w końcu na tronie, który przypominał wielką purchawkę i łypnął na niego spod bogato zdobionej korony zdobiącej jego czoło, której wierzchołki również wyglądały jak grzyby. Polek natychmiast pogłębił ukłon, a następnie sięgnął ręką do kieszeni i wyjął z niej mały pierścień, który wysunął w stronę władcy. Na ten widok, oczy Kabuto XXII-go się zaświeciły. Skinął na stojącego obok kapitana gwardii, by ten podał mu ów świecidełko. Podwładny posłusznie wykonał polecenie i pierścień po chwili znalazł się w rękach władcy mrocznych elfów.
- Wspaniale, następny do mojej kolekcji! – ozwał się typowym dla siebie niskim głosem, obracając pierścień w palcach. - Moje gratulacje, spisaliście się żołnierzu - Spojrzał w stronę kapitana gwardii. – Dopilnujcie, by potrojono mu żołd.
- Tak jest – odparł krótko kapitan.
- Dziękuję, mój królu – Polek, pokrzepiony słowami władcy uniósł się nieco z klęczek, ale widząc wymowne łypnięcie władcy, jasno wyrażające dezaprobatę, postanowił szybko powrócić do wyjściowej pozycji. Król rozłożył się na tronie, opierając się na łokciu i kiwnął na jedną ze służek stojących przy ścianie. Ta, trzymając półmisek z czerwonymi robaczkami podeszła bliżej i usłużnie podsunęła ją swemu władcy.
- A zatem, żołnierzu, macie coś jeszcze dla mnie? - sięgnął do naczynia ręką i wyciągnął kilka robaczków, które po chwili ze smakiem skonsumował.
- Tak, panie, wieści.
- Wybornie, słucham więc.
- Luviel skonfrontował się z Resem Lake’m, jednak nie udało mu się go pojmać, gdyż przeszkodził mu w tym dobrze znanej Waszej Wysokości Faldo.
- Co?! – zagrzmiał gniewnie i uderzył pięścią w oparcie tronu. – Ten półdebil! Ta sklonowana owca! To gówno w błyszczącym dresie! Już miał rzucić kolejną wyszukaną w jego mniemaniu obelgą, gdy nagle usłyszał:
- Ale mam też dobre wieści.
To króla nieco uspokoiło.
- Moi żołnierze znaleźli ślady po jadzie Mantikory, a dokładniej kilka plam na trawie. Wnioskuję więc, że pocisk Mamby dosięgną któregoś z celów.
- Mów dalej.
- Na miejscu znaleźliśmy tylko nieprzytomnego larwiegosyna Luviela. Niechętnie sprowadziliśmy do niego medyczkę.
- Guzik mnie obchodzi los tego, jak to raczyłeś żołnierzu Polek ująć, larwiegosyna – utkwił wzrok w skulonej postaci swego sługi, składającemu mu raport.
- A, tak – zmieszał się. – Chodziło mi raczej o to, że po stronie przeciwnika nie znaleźliśmy żadnych zwłok.
- Do czego zmierzasz –z każdym słowem żołnierza, raport ten zaczynał coraz bardziej intrygować Kabuto XXII-giego.
- Ośmielam się przepuszczać, że to właśnie larwisyn Faldo został ugodzony zatrutą strzałą. Jad ten słynie ze swej skuteczności, nikt nie mógł tego przeżyć, chyba że...
- ...ten larwisyn Faldo – dokończył za niego władca, a na jego twarzy zagościł złośliwy uśmieszek. – No, gdyby to była prawda – rozmarzył się przez chwilę – to by nam bardzo ułatwiło życie.
- To nie wszystko, Wasza Wysokość. Na ziemi znaleźliśmy ślady po kołach jakiegoś prowizorycznego wozu, najpewniej służące do przewiezienia jego ogromnego cielska, które najprawdopodobniej nie jest wstanie się ruszać o własnych siłach.
- Wyśmienite wieści! – zatarł ręce.
- Kiedy to tylko moja hipo...
- Dziękuję ci żołnierzu, spisaliście się – przerwał mu w pół słowa władca. – Wybierzcie sobie którąś ze służek i chędożcie, ile sił stanie.
Polek takiej nagrody się nie spodziewał i właściwie wprowadziła ona go w zakłopotanie. Nie to, żeby miał coś przeciwko kobiecym wdziękom, bo czuły był na nie jak każdy samiec, ale miał inny kłopot, żonę. Wprawdzie ze zgubioną obrączką to tylko nawijał Luvielowi makaron na uszy, ale rzeczywiście posiadał żonę, a ta potrafiła mu zrobić w domu prawdziwe piekło. Stąd też mówiąc to zwykłemu elfowi musiał brzmieć bardzo wiarygodnie. Nie chciał więc nawet myśleć, co ona mu zrobi, jak sie dowie, że ją zdradza. Zresztą nie chciał zrobić jej takiego świństwa, bo mimo jej przywar, naprawdę ją kochał. Z drugiej jednak strony królowi nie wypadało odmówić.
- Wasza Wysokość, to dla mnie zaszczyt – pokłonił się, dziękując za podarunek.
- Nie pieprz tylko idź pieprz! – ponaglił go król, rzucając niesłychanie, jak dla mrocznych elfów, wulgarnym sucharem. – Hahaha, ale dowaliłem! Dobre, nie? - zwrócił się w stronę gwardzistów, którzy dotąd niespecjalnie wyłapali, że powinni się zaśmiać.
- Ahahaha, doprawdy świetne, Wasza Wysokość! – natychmiast zaśmiał się kapitan gwardii, wyratowując kolegów z opresji.
- No, chociaż jeden się śmieje. A reszta stoi, jakby miała kije w rzyci – naburmuszył się władca.
- Proszę im wybaczyć – kapitan wziął w obronę kolegów – to prości ludzie, obce jest im dworskie, wysublimowane poczucie humoru.
Słysząc to, Polek mało nie parsknął śmiechem, ale na szczęście się powstrzymał. Wiedział bowiem, że wtedy mógłby się pożegnać z obiecaną podwyżką. Ukłonił się powtórnie, wziął za rękę pierwszą lepszą służkę, poczym opuścił salę tronową udając się z nią do karczmy, gdzie miał dokonać czynu lubieżnego. Tak się jednak nie stało i choć spędził tę noc z tą dziewczyną, do niczego nie doszło. Właściwie szybko zasnął. Gdy wrócił nazajutrz do domu, przywitała go awantura, bowiem jedna z koleżanek małżonki widziała go, jak „zaciągał” służkę króla na górę karczmy. Na nic były tłumaczenia, że to tak dla picu, że król dał taką nagrodę i nie wypadało odmówić, ale do niczego nie doszło. Sporo wody musiało upłynąć, zanim ochłonęła i przyjęła jego wyjaśnienia. Oczywiście odtąd potrójny żołd męża, znacząco w tym dopomógł.


Głucha noc. Piratówek, miasto, które chyba nigdy nie śpi, a rozmaite dźwięki czy to imprez, czy pirackich przyśpiewek noszą się po całej okolicy. Tej nocy jednak było dziwnie cicho, jak na tak gwarne i żywe miejsce zdecydowanie za cicho. Nikt nie pił, nie balował. Miasto spało. Nagle antropomorfy, bytujące w tym miejscu, obudziły się ze swego letargu. Trudno powiedzieć, co kogo zbudziło. Jedno było pewne, jedna piąta miasta stała w ogniu.
Całą okolicę spowił gęsty dym. Jęzory ognia wystawały z płonących domów. Panował istny chaos. Stworzenia próbowały ratować się przed żywiołem, wybiegając na ulicę. Jednak i tam nie były bezpieczne. Wszędzie był ogień. Dachy strawionych przez ogień budynków waliły im się prosto na głowy, a płomienie dosięgały uwięzionych pod nimi nieszczęśników. Palili się żywcem. Rozległy się wrzaski, krzyki i przeraźliwe jęki. Płomienie były wszędzie. Gryzący dym atakował nozdrza. Stworzenia z wrażliwszym węchem padały bezwładnie na ziemię. Wszędzie, gdzie by nie spojrzeć jawiła się łuna ognia. Początkowo, co chciwsi, próbowali ratować swój dobytek, ale w końcu i ci dali za wygraną. Kolejne chaty stawały w ogniu. W powietrzu obok siarki, zaczął unosić się smród palonego ciała. Nikt nie interesował się innymi. Stworzenia nawzajem się tratowały. Słychać było osamotniony płacz dziecka jednego z kupców, naprzeciw którego stała ściana ognia. Nikt nie próbował go ocalić, spaliło się żywcem. I nic dziwnego, w końcu tutaj cumowały tylko prawdziwe wilki morskie, ludzie bez skrupułów, bez serca. Każdy dbał tylko o siebie. Do chwili, gdy wyszli z tego piekła. Zrozumieli, że ich dom stoi w ogniu i trzeba go ratować. A przynajmniej to powtarzał im afromastodończyk Rango, który miał to szczęście, że jego kwatera, w której tej nocy akurat spał, była oddalona od płonącej części miasta. Czego nie można było powiedzieć o jego ulubionej karczmie. Po zlaniu kilku mord zdołał w końcu zagonić towarzystwo do roboty. Takiej współpracy Piratówek dawno nie widział, a być może nigdy. Wkrótce każdy, co żyw, biegał w wiadrami wody. Antropomorfy z dużymi trąbami i zraszały wodą płonące budynki. W końcu też spadł błogosławiony deszcz, który dopomógł w tej nierównej walce.
Po kilku godzinach zmagań z żywiołem udało się w końcu opanować sytuację. Spłonęła jedna trzecia miasta, niemało też było śmiertelnych ofiar. W tym wszystkim była jedna dziwna rzecz. Mianowicie nikt nie pamiętał, kiedy urwał mu się film, a zasnęło niemal całe miasto. Zwołano grupę lekarzy okrętowych, którzy mieli przebadać wodę, którą pito. Szybko się okazało, że do piw i innych napitków dodano środka usypiającego. Jak tego dokonano nikt nie wiedział, ale grono lekarzy nie miało co do tego wątpliwości. Jedno było pewne, karczmarze, których to beczki z winem, piwem i innymi napitkami stały właśnie w ich piwnicach, musieli o wszystkim wiedzieć. Nigdzie jednak ich nie było, jakby zapadli się pod ziemię. Ogień skutecznie zatarł za nimi ślady, gdyż większość karczm strawił pożar. Także piraci byli, delikatnie rzec mówiąc, bardzo zdenerwowani. To już nie chodziło nawet o te spalone chaty, ale o to, że ktoś z rozmysłem miał czelność targnąć się na ich życie.
- Noż do chuja! – grzmiał Rango ciskając kubkiem po feralnym piwie w ziemię. – To pewnie te skurwiele z Freedom City!
- To na pewno ich sprawka! – zawtórował za nim antropomorficzny nosorożec, kapitan jednego z bardziej rozpoznawalnych pirackich okrętów, Żelaznorogi.
Nie od dziś wiadomo było, że mieszkańcy Piratówka, są cięci na obywateli z Freedom City, a zwłaszcza na tamtejszą armię, która najchętniej widziałaby większość z nich dyndających na stryczku. Psychologia tłumu robiła swoje, a tutejsi panowie i bez tego byli znani ze swego gorące temperamentu. Wzburzenie ludu przybierało na sile. Coraz częściej padały wyzwiska pod adresem Freedom City. Wtem przez tłum przedarła się niska postać.
- Ja... ja widziałem – dobiegł do rozjuszonych piratów niewielki gnom ubrany w czarne rękawice. – Widziałem żołnierzy z Freedom City z pochodniami... – zrobił pauzę, by wziąć oddech - ...jak oddalali się od Piratówka! – wydyszał z siebie. To wyznanie było istną iskrą zapalną.
- A to skurwysyny! – zawrzał tłum. – Tego im nie darujemy!
Rozległ się straszliwy ryk wydarty z setek gardeł naraz. Lud był żądny krwi. Resztki zdrowego rozsądku przesłoniło już tylko jedno słowo: zemsta. Tej nocy, do Sycerona i króla elfów wysłano jeszcze jedną wiadomość, wieść o tym, że pieczołowicie przygotowywany plan się powiódł, a rebelia wkrótce miała się dokonać.

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


02.09.2017 22:18
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Weather Offline
Shichibukai
Pirat

*
Liczba postów: 1,242
Dołączył: 28.04.2009
Skąd: Kraków
Poziom ostrzeżeń: 20%
Post: #174
RE: Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
„Hahahahaha! Zabiłem brata cóż to dla mnie brat! Krew z niego sika, siku siku KURWA SIK!”
Res śpiewał od kilku dobrych minut, stojąc na nieprzytomnym ciele swego brata. Reszta jego grupy wolałaby skupić się na ucieczce, ale taka okazja się najpewniej nie powtórzy. Co prawda Res nie jest taki próżny by uznać to za jakieś zwycięstwo, prosta satysfakcja.
„Lake weź zrób coś pożytecznego i sprawdź czy nikt nas nie goni zamiast fałszować!”
Powiedział głośno Baby do elfa, który po chwili się usłuchał.
Dobra kurwa, nie pitol mi....No chuja widzę...
Res przysiągłby że coś w nogawce jego brata się poruszyło.
„Wogóle to międzyczasie patrzyłem po mapie, i będziemy musieli pojechać okrężną drogą bo główna jest zbyt wyboista by spokojnie przejechać, jak ciągniemy tego nieprzytomnego jełopa!”
Ogólnie trochę lepiej im się jechało, gdyż Brzoza sprawił że jego maska zmieniła się w proste koło, które przyczepili z tyłu deski na której leżał Faldo. Teraz zwolnili by wjechać w między drzewa, na szczęście las nie był gęsty więc było w porządku. Jednak po kilku metrach trawa stała się dłuższa i dziwnie błyszcząca, wtedy też zaczęły się kolejne problemy.
„Co jest do chuja?!”
Konie zaczęły się drzeć i wierzgać, Wierzba i Baby zaczęli się rozglądać na boki próbując zobaczyć wroga, tylko Res zamiast marnować czas od razu doskoczył do koni i zaczął je uspokajać.
„Debile nic nas nie atakuje! Konie się zraniły na trawie!!!”
Na początku nie zrozumieli, ale w końcu popatrzyli w dół, choć Johnson bardziej dla efektu bo był ślepy. Trawa była pokryta krwią, nogi koni miały zacięcia.
Kowboj dalej nic nie ogarniał bo towarzysze przestali gadać, Wierzba w końcu wyciągnął rękę i dwoma palcami próbował ująć źdźbło trawy, które upuściło mu trochę krwi gdy wbiło się w jego opuszki.
„Ta trawa jest ostra jak brzytwa. Gdybyśmy szybciej jechali, to konie mogłyby być w gorszym stanie.”
Baby nie wierzył własnym uszom. „Ty poważny jesteś z tą trawą? Ał, mój palec! Serio tnie jak typowy dresiarz z Szulerii!”
Elfowi w tmy czasię udało się uspokoić konie, i sprawić by stały w miejscu gdzie dźbła były położone na płasko. Po czym wyjął notatnik i zaczął patrzeć po stronach.
„enerene...Ah! Trawa szablista, giętka jak zwykła trawa jednak wytrzymalsza a jej boki tną jak żyleta. No to wiele wyjaśnia, ał kurwa mój palec! Po chuja próbuje je złapać jak wy dwaj już się na tym pocięliście?!”
„No i co teraz Res? Szukamy innej drogi?”
Powiedział kultysta do elfa który wycierał poraniony palec o kowboja.
„Nie, nie będziemy się cofać, zwłaszcza że mogą nam deptać po piętach....Trzeba zbudować pierdzielnik by przydeptać trawę i wtedy przejedziemy. Te Brzoza, ścinaj brzozy. Kapujesz? Bo Brzoza zetnie brzozy?! Hahahaha!”
Kultysta zaczął wyciągać miecz po czym odezwał się do ubawionego elfa.
„Ale ty wiesz że te drzewa to nie są brzozy?”
Res szybko spoważniał.
„Po prostu bierz się do roboty.”

Tymczasem, pomiędzy Piratówką a Freedom city.
„Zajebać sukinkotów!”
„Odpłacimy frajerom, nikt nie zadziera z piratami!”
„Hej freedom city! Umrzyj!”
Spory tłum z pochodniami i różnymi broniami przemieszczał się w kierunku miasta, chcąc odpłacić im za próbę spalenia ich żywcem w nocy. Teraz to pora by freedomiacy poczuli się jak kebab. Na czele grupy szły największe kozaki którzy nie zamierzali oddać nikomu przyjemności rzucenia pierwszym byle czym, w straż miasta.
„Zbankrutuje na kremie do polerowania rogu, gdyż mam zamiar powbijać go w ich dupy, ale niech mnie pierun jeśli nie będzie to warte tego!!!”
Ryknął Zelażnorogi, kapitan twardoskórych piratów. Nieopodal niego szedł Barakus krwistydziób. Kruczy antros który zyskał sobie sławę jako jeden a największych żądnych krwi psycholi wśród piratów, po wielu latach wydziobywania organów, czerwony pigment wsiąkł mu w dziób.
„Penetruj ile dup chcesz, ale mi zostaw ich gałki oczne, huehuehue.”
Tuż za nim podążał żyrafi antros ubrany w typowe ubranie nerda. Grube okulary, sweterek w kratkę, a z tornistra wystawał termos z kompotem. Zwał się Żyraf geekowski, był kapitanem Całkowych szubratów. Ostatnio ta dwójka się dość bliżej poznała.
„Hej Kłuku? A jak wpierdołe ludizom z fweedom city, to zostaniemy kołegami?”
Barakus odpowiedział bez odwracania głowy.
„Kurna Żyraf, jak ich zaciupiesz to pójdziemy na piwo i nawet cie siostrze przedstawię!”
Nerd był tym bardzo pocieszony, choć łeb miał spuszczony.
„To supeł...A hej Kłuku, a nie gniewasz się że płóbowałem ci zjeść dom?”
Tym razem odwrócił swój krwistydziób do niego, i powiedział z pozytywnym nastawieniem.
„Kurwa, Żyraf! Było i minęło, zrozumiałeś błąd i jest ci przykro, nie ma co się pierdolić z przeszłością!”
To wyrażnie podniosło go na duchu.
„To supeł Kłuku! Nie mogę się doczekać by zrobić z ich wnętrzności, liczydło!”
Barakus uśmiał się na cały głos.
„Ty to jednak jesteś pojeb Żyraf! Dlatego cie lubię!”
Było jeszcze kilku kapitanów i innych bandytów pośród nich, każdy z nich nakręcał siebie i cała bandę.
„Dawać ich! Grabić palić gwałcić plądrować i na pohybel skurwysynom!”
To był Rango, najbardziej znany pirat w załodze gumowego Lucjana. Oczywiście afromastodończyk zajął najgodniejszą pozycje, dla kogoś z jego reputacją. W środku tłumu, z kapturem peleryny, zarzuconym na łeb.
Patrzcie na nich, pędzą na złamanie karku by zemścić się na tych podpalaczach.....Debile! HAHAHA!!! Freedom city jest pełne pedałów i frajerów, ale nawet oni nie są na tyle głupi by na tajną misje, wysyłać ludzi ubranych w rozpoznawalny strój miasta! Podpucha jak nic! A oni dali się nabrać!
Mówił sobie w myślach pirat, oczywiście nie przyznałby nikomu, nawet przed sobą że nie wpadł na ten pomysł. Gdyby nie to że spotkał załoganta Żyrafa w drodze po broń, który na głośno myślał, że to podpalenie i gnom który akurat widział żołnierzy Freedom city jest podejrzanie, Rango byłby teraz na przodzie razem z innymi kapitanami. Nawet pomimo swego charakteru, doszło do niego że to ma sens. W podzięce, lutnął nerda w łeb, i wrzucił go do morza. Nie potrzebował by inni też zaczęli się domyślać.
A niech idą i się zabiją z miastowymi, ja w tym czasie użyje tej dystrakcji by splądrować wszystko co wartościowe!
Podczas nakręcania tłumu, Rango zdradził plan swoim załogantom, choć z każdym musiał wymienić kilka ciosów, bo mieli głupi nawyk by spróbować wykrzyczeć na głos, co on im właśnie powiedział, i musiał ich uspokoić pięściami.
[i/]Wystarczy że pozostali debile ściągną na siebie uwagę, i w tym czasie ja się wzbogacę! Wogóle ciekawe co tam u Babiego i Elfa?[/i]

Tymczasem w tajemniczym lesie pokrytym trawą szablistą.
Skonstruowanie pługu zajęło im jedynie kilka minut, wtedy orki zgłosili się na robotę przy ubijaniu trawy, a Res pilnował koni, które wcześniej opatrzył. Dłużej im zajęło przejście przez las, ale takiego widoku to się nie spodziewali.
„Sekretna miejscówa!”
Rzekł elf na widok polany, grube szmaragdowe drzewa, z jakimiś budowlami w koronach drzew, turkusowe oczka wodne skryte pomiędzy szablotrawą, ławeczki unoszące się w powietrzu na jakichś purchawkach, z wyrytymi wulgaryzmami...
„Te wróć, ławki? Jak kurna w mieście gdzie dresiarze przesiadują czy pijoki śpią?”
Ten element odstawał od reszty iście fantastycznej scenerii, ale to nie był koniec niespodzianek.
„A co to za frajery się przyplątały?! Fikasz znikasz, kapiszi?!”
Cała grupa od razu zajęła pozycje bojowe i zaczęli rozglądać się na lewo i prawo, ale głos pochodził z góry. Grupa humanoidalnych istot zleciała i okrążyła ich, Były wielkości głowy elfa, lekko niebieska skóra, duże czarne oczy, ich nogi kończyły się jakby kolcami zamiast stopą, z pleców wyrastały im niczym motyle skrzydła. Ale u nich też się coś nie zgadzało. Odziane były w ciemne skórzane kurtki, ich skrzydła zamiast typowych motywów jak u owadów, miały jakby tatuaże, płonące czaszki, węże itp. A w rękach trzymały coś co wyglądało jak miecz zrobiony z szablotrawy.
„Się wam frajerom zachciało pieprzenia się z ruchałkami eh?! Jedyne co tu dostaniecie to dziury! Znaczy, nie nasze dziury, wam dziury zrobimy, ot co!”
Res był dość skołowany ich zachowaniem, mimo iż od razu powinien zacząć wymianę obelg, gdyż tak nakazuje kodeks ordynusa.
„.....A wy to nie jesteście po prostu rusałki?”
Istoty popatrzyły na siebie nawzajem, jakby speszone tym co elf powiedział.
„No kuźwa paczcie, ktoś się nauczył? Ale mało wam to....O kuźwa, czy to Faldo?! Co z nim jest?!”

Widok nieprzytomnego brata Resa całkowicie skupił na sobie uwagę tych ruchałek. Dzięki temu udało im się normalnie porozmawiać. Jak Res zauważył, były to rusałki pospolite. Pseudo-owadowe istoty, zamieszkujące naturalne tereny takie jak las, na ogół spokojne i ucieszone, to wszyscy uznają je za nudne i olewają. W ich przypadku okazało się że przedstawiciele innych ras, nabijali się z nich i wyzywali ich od ruchałek non stop. To się w końcu wkurwiły, odpicowały trochę wizerunek, i same zaczęły nazywać się ruchałkami, po czym zaczęły się odpłacać poprzez podcinanie pięt, rozwalanie skrzynek na pocztę, i kradzieżą ciast które stygły na oknie.
„No jad mantykory, no dla mnie to tylko to mogło powalić Faldo.”
Res był wyaźnie niepocieszony tym ile jego w dupe uprzejmy brat odkrył już.
„Skąd w ogóle znacie tego pedała?”
Kilak ruchałek popatrzyło się krzywo na elfa na dźwięk takiej obelgi, ale po chwili zrozumiały że nie nabijał się z Faldo, i spuściły głowy, wyraźnie rozczarowane.
„Jakiś czas temu byłysmy na wyprawie, i zobaczyliśmy osobnika który nie pasował do żadnej rasy tutaj. Był nim Faldo, ten skurczybyk jedną ręką skopał całą bandę bojowych wilków! Nawet się kuźwa nie spocił!”
Res nie wiedział co to są te bojowe wilki, ale po tonie wyczuł że są to kozaki.
„Tak czy srak, potrzebujemy się dostać do doliny ściętych drzew, ostatnie słowa Faldo.”
Ruchałka zwana Tulipką finką, popatrzyła wpierw na Resa a potem na jego brata.
„Jestem w stanie wskazać wam drogę którą musicie się udać, ale dalej będziecie musieli se sami kurde radzić, no....bo sama dokładniej nie wiem, ale walić.”
Przynajmniej tyle, pomyślał Res. Sam chciałby się udać w dalszą wędrówkę, ale jego kompani dawali znaki że zatrzymanie się tutaj na odpoczynek, nie byłoby złym pomysłem. Choć Res wiedział że chcieli się naradzić, względem ostatnich wydarzeń i dalszej wędrówki.
„No kurwa dobra, ale wpierw wbijamy się wam na dzielnie i robimy se posiadówkę! Przydało by się coś do żarcia w ogóle!”
Fince nie podobał się ton elfa, lecz po chwili zrobiła chamski uśmieszek do niego.
„Oh jaka szkoda, bo my wpierdzielamy pyłek, więc wała masz z żarcia! Choć możesz se poszukać jakichś jadów czy owoców w lesie, o ile potrafisz!”
„Ty bezużyteczna latająca szmato!”
„Ty brzydki gnojarzu!”
Baby z Brzozą odeszli do tej rozwijającej się żenady, a reszta ruchałek zaczęła spisywać przekleństwa Resa, których wcześniej nie słyszały.

[Obrazek: a5d45uF.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2017 18:37 przez Weather. Powód: Poprawiona ortografia)
05.10.2017 18:51
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Eikichi Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 2,001
Dołączył: 31.07.2011
Skąd: San Escobar
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #175
RE: Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
W gabinecie burmistrza Freedom City, Sycerona Ubka, jak zawsze panował nienaganny porządek, co i rusz zresztą przez niego poprawiany.
Sam główny przedstawiciel międzynarodowego miasta-państwa krzątał się po swym biurze i poprawiając wystające z regałów na setne milimetrów książki, zagadywał do swojego rogoczuba.
Delikatnie, podwijając lekko marynarkę, usiadł za biurkiem. Z prawej szuflady wyciągnął bielutką, złożoną w kostkę ściereczkę i wytarł szkiełko swego zegarka, który na Fobos oczywiście nie działał. Co nie przeszkadzało mu rzecz to jasna pełnić roli dekoracyjnej.
W końcu położył na swym lekkim brzuszku ręce i zaczął kręcić kciukami młynki. Minęła ledwie chwila i zadzwonił magicznie nastrojony telefon, całkiem nowy model, obrzydliwie drogi, jak zresztą każde magiczne urządzenie.
Syceron z braku laku podniósł słuchawkę.
- Panie burmistrzu. - Odezwał się kobiecy głos. - Pan Herodot prosi o natychmiastową audiencję…
- Pani Kasiu, mówiłem tyle razy, mój urząd nie zasługuje sobie na używanie takich superlatyw jak „audiencja”, nie jestem królem, a zwykłym sługą mieszkańców.
- Panie burmistrzu… - Zdążyła powiedzieć kobieta kiedy w tle zaczęły rozbrzmiewać bliżej nieokreślone krzyki. Ktoś by rzekł: dźwięki przepychanki.
- Ubek do cholery jasnej! - zaryczał nowy rozmówca.
- Słucham pana, panie Herodocie.
- Wpuszczaj nas natychmiast do siebie! - Wrzasnął mężczyzna po drugiej stronie słuchawki. Następnie coś jakby strzyknęło, stuknęło, zazgrzytało i sygnał zerwał się.
Zaczyna się, pomyślał uśmiechnięty w duchu Syceron Ubek. Wstał i powolnym ruchem podszedł do barku z którego wyciągnął kilka pucharków, następnie rozlał do nich wina. Z kieszeni wyjął kilka przezroczystych pastylek, w których ktoś o bystrym oku mógłby dostrzec różnokolorowe kuleczki. Ubek wrzucił po jednej pastylce do każdego z pucharków, nie licząc rzecz jasna swojego.
Rozłożył kilka leżaków opierających się do tej pory na kaloryferze. Nie spieszył się, jego gabinet umiejscowiony był na samym szczycie siedmiopiętrowego budynku. Wiedział, że grupka do niego biegnąca najpierw będzie próbowała skorzystać z wybudowanej na jego polecenie windy, która oczywiście nie działała, a dopiero później poirytowana wyruszy po schodach.
W końcu otworzył drzwi i usiadł za swoim biurkiem.
Niedługo później do gabinetu wleciało kilka osób w tym Herodot, pół krasnolud pół golem. Jeden Anaszpan wie jak do czegoś takiego mogło kiedykolwiek dojść, choć faktem absolutnym jest iż krasnoludy, rozlazłe w swej chuci gotowe są na wszystko by przelać na kogoś odrobinę miłości. Wszystko więc możliwe.
- O co cho… - Zaczął choć nie skończył Syceron.
- Zwiadowcy wykryli tłum rozwścieczonych piratów! - ryknął ktoś i przechylił pucharek z winem.
- Najeźdźcy? - Ubek pogładził się po gładkiej niczym zadek niemowlaka brodzie. - Atakować nas? Toż to muszą być no co najmniej zdrowo niepoczytalni ludzie… Ah, miałem na myśli…
- Wiemy co miałeś na myśli Syceron! - Herodot buchnął na niego swym co najmniej zdrowo niepoczytalnym oddechem.
- Cóż, gdzie teraz są owi najeźdźcy?
- Wbiegli do miasta…
- Ah… - Ubek zaśmiał się w myślach. Jego twarz za to wyrażała niezaprzeczalne zakłopotanie. - Czy nie powinno być tak, że nasi zwiadowcy informują nas o zaistniałej sytuacji na tyle wcześnie byśmy My… Ah, oczywiście mówiąc My mam na myśli...
- KURWA!!! - Mieszanka krasnoluda, golema i prawdopodobnie ognistej burzy, wypiła pozostałe pucharki z winem, a następnie uderzyła pięścią w stół. - WIEMY!!!
- Wnoszę o lekkie uspokojenie się, próbuję jako burmistrz rozeznać sytuację. - Syceron spojrzał po przedstawicielu Mistral, który właśnie wypił niemalże całą przewidzianą na grupę dawkę środku wzmagającego stres i nerwy. Zaklął w myślach, sam nie wiedząc czy cieszyć się czy się bać.
- Przechodząc do konkretów. - Głos zabrał antropomorficzny kaloryfer, dyplomata z Lan-Sar. - Zwiadowcy zauważyli wroga zdecydowania za późno, przez ten fakt nie udało im się nas uprzedzić. Podobnie zresztą jak i przeżyć, cała zgraja uciekała przed tą „armią” aż ze swego posterunku, większości nie udało się tutaj dotrzeć. Bogowie wiedzą co się z nimi stało.
- Sprawa więc kreuje się jako niezwykle skomplikowana. - Ubek oparł brodę na nałożonych na siebie dłoniach. - Potrzebne jest natychmiastowe zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia w sprawie ustalenia kolejnych działań.
- Nie ma na to czasu panie burmistrzu, powinniśmy od razu wysłać do walki oddziały z Mistral! - Ryknął dyplomata z Owczarni.
- By zrobić z nich mięso armatnie!? - Herodot chwycił swą kamienną łapą za kark antrosa. - Niedoczekanie twoje parszywa kupo wełny!
- Spokój! A ewakuacja cywili? A co z naszymi połączonymi międzynarodowymi wojskami? Gdzie one teraz są?!
- Nie zostały utworzone bo ktoś ciągle wetował ten pomysł!
Krzyki zaczynały się wzmagać i przybierać pomału niebezpieczny kształt przepychanki, Herodot wybił nawet okno, a dyplomata Lan-Sar podkręcił się na maksa.
- Powinniśmy natychmiast udać się do naszego centrum dowodzenia i tam ustalić jak wszystko powinno się potoczyć. - Powiedział w końcu Syceron Ubek. - Panowie nie poddawajmy się zachowaniom godnym barbarzyńców. - Wstał. - Sytuacja jest poważna, pospieszmy się na ile to możliwe.
Sycerona w ogóle nie zdziwiło, że żaden z pozostałych dyplomatów ani myślał o wychodzeniu gdziekolwiek, nie dopóki to w tym gabinecie nie dojdzie do jakiegoś konsensusu. Mroczny elf osiągnął swój cel. Chaos.
Minie jeszcze wiele czasu, za dużo, o wiele za dużo by siły zgromadzone w mieście zorganizowały się i przegoniły hołotę z Piratówka, myślał sobie w duchu, nieprzyzwoicie się przy tym śmiejąc. Musiał jednak co prędko myśleć o tym jakby w tym całym zamieszaniu wyjść na jedynego trzeźwo myślącego, a przede wszystkim żywego dyplomatę. W końcu był przecież burmistrzem Freedom City, a to zobowiązywało.

Łączną ilość mieszkańców Freedom City liczyć można było w setkach tysięcy, ale zbrojni ściągnięci z niemal wszystkich krajów znanego świata stanowili tylko ułamek wszystkich Freedomczyków. No i każdy taki plutonik, najczęściej liczący po kilkanaście osób, rozsiany był po każdym zakątku sporego miasta. Po prawdzie dobrze zorganizowanym wojskiem dysponowało jedynie Lan-Sar, którego VI regiment pancerny choć uszczuplony przez Golemowe Psy, stanowił rzeczywiste zagrożenie dla każdego konwencjonalnego wroga. Niestety parowe czołgi stacjonowały na zachód od metropolii, bliżej pasa Golemowych Psów. Potrzebowały rozkazów i czasu by wkroczyć do akcji.
Całe miasto potrzebowało rozkazów i pomocy. Tymczasem sytuacja prezentowała się zgoła inaczej.

Człowiek w cylindrze, około dwudziestopięcioletni, przytulał plecami ścianę. Nerwowo dyszał, a na jego czole przerytym przez żyły, perlił się pot. Mężczyzna w rękach trzymał metalową rurkę zakończoną kolankiem.
Chował się w bocznej, ciasnej uliczce, jednej z wielu w mieście. Ze swojej lewej widział stojące spokojnie śmietniki, z prawej zaś ulicę i migające co i rusz postacie uciekających stworzeń.
Krzyk, nieziemski ryk przerażonych Freedomczyków grzmiał co i rusz, przerywany jedynie przez potworne wrzaski jeszcze żywych, palących się mieszkańców.
Żołądek mężczyzny podchodził mu ze strachu aż pod gardło. Pociągnął nosem, poczuł swąd palącego się mięsa i drewna.
Drewno. Całe miasto, nie licząc rządowych budynków wybudowano właśnie z niego. Ściany, dachy, strzechy, korytka na wodę, krzesła – ogień zżerał je wszystkie, nawet nie zatrzymując się na wydanie posiłkowi jakiejś oceny.
- Hej… - odezwał się paskudnie brzmiący, syczący głos zza rogu. - Wiem, że tam jesteś przyjacielu.
Mężczyzna ze strachu niemal odgryzł sobie język, oderwał plecy od ściany i podbiegł do śmietników. Nieudolnie spróbował się za nimi schować.
Moment później zauważył wychylającą się zza ściany trójkątną, zieloną głowę smoka o długiej szyi.
- Wesołego pobytu w piekle. - Rzekło wolno monstrum i otworzywszy paszczę zionęło ogniem.
Język płomieni był ostatnią rzeczą jaką zobaczył przed wyparowaniem gałek ocznych, potem czekała go jeszcze śmierć przez poparzenia. Paskudna i długa, gdyż smok specjalnie nie zionął zbyt mocno.

Zjednoczone siły Piratówka przypuściły na Freedom City frontalny atak od północy miasta. Manewr ten jak później opisały go książki historyczne przypominał bardziej szarżę dzikich zwierząt aniżeli jakiejkolwiek myślącej rasy. I mowa tu zarówno o pomysłowości owego ataku jak i zachowaniu agresora.
Piraci bez problemy wdarli się do metropolii, którą od razu zaczęli podpalać i niszczyć. Późniejsze rachunki wykonane na Politechnice Mathematicona wykazały, że tylko pierwszego dnia szturmu życie straciło ponad dziesięć tysięcy mieszkańców oraz trzysta żołnierzy z różnych państw.
Zapiski ocalałych opisują miasto jakby to było piekło – krew spływająca ulicami, gotująca się w szalejących pożarach, setki trupów leżące pokotem wszędzie gdzie popadnie i noce jasne od płomieni niby dnie.
Krzyki i Chaos...

Patrząc na pozostałe załogi to właśnie załoga Gumowego Lucjana po pierwszym dniu walk odniosła zdecydowanie największy sukces. Oczywiście jego miarą nie były ścięte głowy mieszkańców, spalone budynki czy nawet zgwałcone kobiety, a to z prostej przyczyny – ciężko to było bowiem policzyć. Inaczej sprawa zaś się miała złota i kosztowności i to właśnie tego Gumiaki zebrały najwięcej.
- Jeżeli to ma wyglądać w taki sposób to możemy tu zabawić jeszcze kilka dni panowie! - Krzyknął siedzący na beczce kapitan, w ręce trzymał udo jakiegoś zwierzęcia, które co i rusz ogryzał. - Nie możemy w końcu pozwolić by taka okazja nam uciekła! Wyciągniemy z tego miasta tyle ile się da, jest słabe, źle zorganizowane i do wyrżnięcia niby dziewka z karczmy!
- A co z czołgami?! - Krzyknął ktoś z tłumu. - Oni mają tu czołgi!
- Zajebiemy im je! - Ryknął Rango, a tłum roześmiał się głośno.
- Otóż i to! Zajebiemy im ich broń, złupimy i spalimy ile się da, a potem spierdalając stąd opierdolimy co słabsze załogi z Piratówka!
Tłum wybuchnął radosnym śmiechem, potwierdzając jednocześnie jak bardzo solidarną grupą zawodową są piraci.

Dwa kolejne dni agresji korsarzy były bardzo podobne do pierwszego. Piraci, prąc zdecydowanie na południe, na drugi, oddalony o 20km, kraniec miasta, niszczyli coraz to większe połaci terenu, łupiąc co i zabijając kogo popadnie. Nikt też im w tym za bardzo nie przeszkadzał.
Chaos spowodowany u szczytu władzy miasta-państwa udzielił się lawinowo na pozostałych mieszkańców, którzy musieli zacząć radzić sobie sami.
Małe grupki żołnierzy nie ważne nawet jak dobrze uzbrojone, co na Fobos dla większości oznaczało mniej więcej dobrej jakości miecz, były zjadane przez piratów niby foki przez orki.
Najgorzej zaś sprawa miała się z pozornie najlepszym wojskiem Lan-Sar. VI regiment pancerny próbując walki w stosunkowo ciasnych ulicach miasta został niemalże w całości zniszczony lub co gorsza rozkradziony. Piraci z uporem szaleńców próbowali swych sił w odbieraniu czołgów, a następnie niszczeniu nimi wszystkiego co popadnie.
Na szczęście już trzeciego dnia z południowego portu najbardziej oddalonego od agresorów zaczęły w zorganizowany sposób wypływać na ocean pierwsze, wypełnione po brzegi uciekinierami statki. Znaleźli się jednak co odważniejsi lub co głupsi, którzy zostawiali w tyle by ocalić jak najwięcej swojego majątku bądź rodziny. Nikt ich nie krytykował, to było w końcu ich życie.
I to w końcu trzeciego dnia pewien nieznany dotąd nikomu oficer z Mastodonii, niejaki JACK! - antropomorficzny mamut, zdołał agresją zorganizować zdecydowaną większość pozostających we Freedom City międzynarodowych sił. Nareszcie zaczęto kontratak, który krok po kroku przeganiał Piratówszczan coraz to bardziej na północ.

Wystający w połowie z włazu znajdującego się na czubku wieży czołgu, Rango osłaniał się dłonią od prażącego słońca, palił cygaro. Razem z kilkoma innymi maszynami jechali główną ulicą miasta, a wokół nich roztaczał się makabryczny widok spalonych resztek architektury, szkieletów po budynkach jak i ludziach.
Mieli plan zaatakować bank w którym podobno jeszcze zostało coś z kosztowności. Murzyn postanowił, że będzie to już ostatni jego skok w tym mieście. Po tym jak wojacy w końcu się zorganizowali, ofensywa piratów pomału acz zauważalnie traciła na impecie. Swoje zadanie w każdym razie wykonali, spalili z połowę metropolii, połupili i pogwałcili, ale umieranie nie było w planie. Należało więc z gracją się wycofać, wsiąść na statek i wrócić na Antropię, Piratówek bowiem po takim zachowaniu nie miał raczej perspektyw na długą i piękną egzystencję.
Bank zbudowano ze starannie przygotowanego i oszlifowanego kamienia, co było naturalnie bardzo trudne na Fobos gdzie typowa technologia albo nie działała albo płatała paskudne figle. To właśnie przez użyty budulec budynek trzymał się jeszcze dość dobrze, a w jego środku schronienia szukało pełno cywili i żołnierzy.
Obok jadących czołgów biegło kilkudziesięciu uzbrojonych w topory, miecze, kordy i całą masę innej broni białej, załogantów Gumowego Lucjana. Pomiędzy nimi wił się zaś Vendi Valvan, smok. Vendi co trzeba przyznać nie potrafił może latać, przypominał bardziej długiego na 6m węża z trzema parami nóg, a nie rodowego smoka i nie był ani specjalnie silny, ani też specjalnie szlachetnie urodzony, ale to wszystko nie przeszkadzało mu by ziać ogniem, a to tak po prawdzie w dużej mierze wystarczyło. Załoga gumowego Lucjana dzięki ognioplujowi potrafiła szantażować inne załogi spaleniem ich statku jeżeli nie zgodzą się na tradycyjny abordaż i tym bardziej tradycyjną łupaninę. Smok był bardzo szanowanym członkiem załogi i nie chodziło tutaj nawet o sam ognisty oddech, Valvan jak nikt inny potrafił gotować.
Piraci kiedy tylko znaleźli się w zasięgu rozpoczęli nieskoordynowany ostrzał. Spora część pocisków trafiła nawet w budynek, odrywając kamienie i tworząc ogólny zamęt. Inne rozbiły dwumetrowy mur przed bankiem oraz wyrwały z zawiasów żelazną bramę.
Chwilę później zza zniszczonej bramy wyleciało kilkanaście osób uzbrojonych w co popadnie i starło się z szalejącą tłuszczą piratów, co w efekcie z obrońców uczyniło mięsną sałatkę.
Jednak pierwsza fala obrony była jedynie początkiem. Z banku na piratów wybiegła zgraja uzbrojonych w kusze żołnierzy. Bełty przeszyły korsarzy na wylot, w wielu przypadkach raniąc również tych, którzy biegli tuż za pierwszymi.
- Strzelać!!! - Ryczał Rango, a jego czołg wycelowawszy we wrogie wojska wypalił pocisk.
Nagle z banku wynurzyła się olbrzymia postać antropomorficznego mamuta. Stojący na dwóch nogach kolos ubrany w elegancki mundur w rękach trzymał około półtorametrowy kij baseballowy.
Kolos zamierzył się owym kijem i odbił pocisk czołgu, prosto w piratów z których została jedynie krwawa papka.
- TERAZ!!! - Zaryczał po czym zadął swą trąbą JACK!
Z okolicznych gruzów budynków otaczających bank zaczęli nagle wyskakiwać żołnierze Freedom City. Wyposażeni w kusze i arbalety od razu wypuścili w piratów śmiercionośną salwę.
Rango w głowie ocenił zaistniałą sytuację, policzył na oko siły nieprzyjaciół i własne, przemyślał sprawę potencjalnej fortuny znajdującej się w trzewiach banku oraz tej, którą już zdobył i która czekała na niego w bezpiecznej bazie załogi.
Wynik przemyśleń jasno wskazywał jedyne logiczne z tej sytuacji wyjście.
- SPIERDALAĆ!!! - Zaryczał i schowawszy się do środka czołgu nakazał kierowcy bardzo szybki odwrót.
Ucieczka okazała się jednak niemożliwa dla większości załogi afromastodończyka. Oddział JACKA! ani myślał odpuszczać piratom i strzelał do nich jeszcze przez długi czas. Oczywiście piraci nie pozostali dłużni i upuścili krwi wielu żołnierzom, tylko że nie zmieniło to wyniku starcia.

Załoga Gumowego Lucjana już następnego dnia całkowicie wycofała się z Freedom City zabierając ze sobą mnóstwo złota. Jak się później okazało podjęli bardzo dobrą decyzję gdyż kolejne dni zaczęły przynosić Piratówszczanom niemalże same straty i coraz to więcej piratów traciło kontakt ze światem żyjących.
Po siedmiu dniach od ataku Piratówka, Freedom City w końcu odbito i wyczyszczono ze wszelkiego plugastwa. Ponad połowa miasta została spalona, a większość mieszkańców zginęła w pożarach lub bezpośrednio z rąk Piratów.
Wiele dyplomatów postanowiło przynajmniej na ten moment wycofać się z Fobos, aż do momentu stabilizacji. Zaś cała wina za tak potworną sytuację spadła na Herodota, który swymi atakami agresji nie pozwalał pozostałym radnym na dokonanie jakichkolwiek decyzji – a przynajmniej tak brzmiała wersja oficjalna. W konsekwencji zdołano dość mocno uciszyć roszczenia Mistral do ziem kontynentu. Ktoś kto interesowałby się teoriami spiskowymi mógłby powiedzieć, że pozostali dyplomaci upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu.
Choć po prawdzie po tych wydarzeniach mało kto myślał o dyplomacji, miasto potrzebowało szeroko zakrojonej odbudowy i szybkiej stabilizacji. Zadania tego podjął się w pokorze Syceron Ubek, człowiek pełen skruchy po tym jak to przy jego jurysdykcji doszło do tak tragicznych wydarzeń.
Wojska całkowicie przeorganizowano, utworzono nową, podlegającą bezpośrednio pod Freedom City armię dowodzoną przez JACKA! a jej pierwszym zadaniem miała być karna ekspedycja na Piratówek.

Syceron Ubek siedział uśmiechnięty w swoim gabinecie i nucąc jakąś piosenkę czytał pierwszy egzemplarz Freedom Times, powstałej z jego inicjatywy, mającej służyć manipulacji, gazety.
Mroczny elf był z siebie dumny, kochał chaos, a ten do którego doprowadził był istnym arcydziełem. Niestety przez to wszystko odsunięto od pozycji dyplomaty Herodota i zastąpić go miał, podobno bardzo spokojny gnom, ale Ubek knuł już nad stworzeniem kolejnego nerwusa dzięki któremu dalej będzie mógł zakłócać działanie zapędów tych zawszonych Antropijczyk i Argentyńczyków.
Był tak zadowolony, że nie mógł spodziewać się iż jeszcze tego samego dnia otrzyma jedne z najgorszych wieści jakie w życiu dostał.
Usłyszał znajomy stukot o szybę. Dobijał się doń maleńki rogoczub. Syceron otworzył okno i wpuścił ptaka do środka. Przybliżył maleństwo do ucha i odsłuchał wiadomości.
Kiedy ptaszyna wyśpiewała wszystko co ktoś chciał mu przekazać, Syceron zbladł na twarzy, przeklął szpetnie i zgniótł ptaszka tak, że wypłynęły mu oczy.
- Co teraz…? - Spojrzał w okno, ale przed oczyma latały mu zupełnie inne obrazy od tych dziejących się na ulicach Jego miasta. Musiał działać, szybko i to na tyle, że w głowie pojawiła mu się opcja o której wolał nie myśleć.

Tego samego dnia, którego wyzwolono Freedom City spod opresji Piratówka oczom Resa i pozostałych ukazała się Dolina Ściętych Drzew, którą poznali zresztą od razu kiedy tylko wyleźli na wyższą część przełęczy.
Otoczona górami z niemal wszystkich stron, z tymi jej wszystkimi enigmatycznymi ściętymi drzewami z dziwnego materiału i wielkim posągiem krasnoluda kierującym swe ręce wysoko ku niebu, była dość rozpoznawalnym miejsce.
- Chwała niech będzie tym usranym ruchałkom. - Powiedział splunąwszy na trawę elf. - Kurwa dotarliśmy.
Dzięki maleńkim rusałkom ich droga okazała się być wcale nie straszna czy wyczerpująca, podziękowania należały się Ringerilowi i Aferze, które to dzielnie ciągnęły wózek z rannym Faldem i ekwipunkiem całej drużyny.
Zresztą sam wózek również przeszedł dość niezwykłą metamorfozę gdyż jak się okazało Prajk nie licząc bijatyk trudził się również zawodem stolarza i tak to przy każdej wolnej okazji gdy akurat nie grał w karty, majstrował przy wehikule.
- I co teraz? - zagadnął Johnson.
- Ruszamy, znajdziemy tego koleżkę od mojego durnego brata, a potem zrobi się rozpoznanie kurwa. To miejsce naprowadzi nas dalej w naprawieniu tego zjebanego kontynentu. Czuję to w chuj.
Lake’a rozsadzała ciekawość, od rozmowy z wojewodą Sztansem, nie potrafił się doczekać aż dotrą do tegoż jakże tajemniczego miejsca. Tutaj po prostu musiało się coś stać. Chciał szybko poznać odpowiedzi na dręczące go pytania, czekał też na jakąś akcję i kątem oka ciągle przyglądał się zachowaniu Brzozy. Osmańczykowi można było zaufać, owszem, ale elf wiedział co tak naprawdę liczy się dla kultysty najbardziej. Nazwisko, które mu przed ponad tygodniem powiedział było zbyt podobne do tego od przyjaciela jego brata.
Czy to była zbieżność czy nie, Lake nie chciał spuszczać Handzyła z oka, ten cały Merfi Agrevast mógł okazać się być kimś przydatnym, a takich ludzi lepiej było trzymać przy życiu.

Gdy ich grupka znalazła się bliżej środka doliny, podjechało do nich kilku konnych, uzbrojonych w krótkie miecze, orków. Kiedy tylko spostrzegli leżącego na wozie rannego Falda czym prędzej i bez zadawania pytań zabrali całą drużynę w samo centrum obozowiska. Jeden pojechał przodem, widać było jak bardzo mu się spieszy.
Nie dotarli jeszcze pod posąg, a przed nich wybiegło kilku nieludzi.
- Pan jest Res Lake? - Rzekł zasapanym głosem krasnolud w czarnej tunice, w rękach ściskał kostur. - Z tej strony Merfi Agrevast, mistrz gildii kupieckiej i druh twego brata. Można wiedzieć co się stało?
- Można. - Odparł spoglądając na czarodzieja z góry elf. - W jego żyłach od tygodnia krąży jad mantikory. Mieliśmy tu kurwa po drodze to go przy okazji zabraliśmy.
- Proszę za mną. - Rzekł spokojnie krasnolud. - Na co czekacie idioci! Przygotować namiot medyczny, pobudzić tych konowałów! Do roboty! - Wydarł się na kilku nieludzi, którzy przybiegli razem z nim.
- O zapłacie za dobry czyn pogadamy za chwilę. - Dodał Agrevast. - Tymczasem rozgośćcie się, ja płacę.
- Widzę pan krasnolud obeznany z kulturą! - Ucieszył się kowboj. - No to komu w drogę.

Pod wieczór Merfi zaprosił wszystkich do swojego sporego, eleganckiego namiotu i tam przy suto zastawionym stole rozpoczął rozmowę. Czarodziej zdziwiony przyglądał się Biczesowi, który to podobno już przed kolacją pochłonął kilka pieczonych dzików, a teraz na jego oczach w dwie sekundy wypił jajecznicę z dwudziestu jaj. I po oblizującym usta od kła do kła jęzorze można było wnioskować, że to wcale nie koniec.
- Dziękuję za uratowanie wielkiego Falda. Na szczęście żyje, to dzięki po pierwsze primo jego niezwykłej sile, a po drugie zbawcy, który to wyssał z jego ciała zdecydowaną większość trucizny.
- Podziękowania należą się więc Brzozie. - Pauluś wzniósł kufel piwa i przepił do osmańczyka. - Brawo.
- Niezwykła wprawa panie Brzoza. - Czarodziej pstryknął paluchami grubości kiełbas i jeden ze służących dolał wszystkim piwa. - Ja usunąłem resztę dzięki mojej magii relokacji, a pozostałymi pierdołami zajęły się konowały. A tutaj proszę, chirurga mamy prawdziwego!
- Zbyt duże słowa panie Agrevast. - Odpowiedział Nagharuk i przechylił kufel. - To wam należy się uznanie za znajomość obyczaju, gościnę godną szlachty.
- Dobra kurwa! - Warknął Res. - Przytaszczyliśmy tu mojego brata, ugościłeś nas w chuj, serio zajebiście, ale ja oczekuję czegoś innego magiku. - Elf zatoczył prawą ręką łuk. - Opowiadaj o tym co się tutaj odpierdala, czego chciał ode mnie mój braciak, co to za miejsce? Bo widzisz czarodziej, mam jedną kurwa maleńką ambicję i jest nią naprawa tego zjebanego Fobos i coś mi kurwa mówi, że to miejsce jest kluczowe. A chuj! Ja mam wręcz jasne przesłanki, że tak kurwa jest!
Następnie najpierw Agrevast, a następnie Res opowiedzieli w gronie wszystko to czego się dowiedzieli. I jeden i drugi słuchali się uważnie, Res kręcił sumiastym wąsem, Merfi stukał knykciami o blat stołu.
- Osobiście nie ufałbym żadnemu z drowów, ale o wojewodzie co nieco słyszałem, elfy uważają go za szaleńca. - Merfi uśmiechnięty pokiwał głową. - To dobrze rokuje, a to co wam dał ma sens, i daje tylko dodatkowe argumenty za tym, że w środku sześcianu znajduje się Serce Puszczy.
- I mówisz kurwa, że aby to otworzyć potrzeba pierścionków? Nie da się inaczej?
- Zero szans.
- I macie ich trzy tak? - Zapytał Johnson.
- Dokładnie tak. Choć teraz już cztery. - Uśmiechnął się czarodziej. - W końcu wy też macie jeden.
Cała drużyna spojrzała się po sobie pytająco.
- Ja pierdole! Chcesz powiedzieć, że ten śmieć, który ześlizgnął mi się podczas walki to było coś ważnego?
- Jak to kurna ześlizgnął!? - Merfi uderzył pięścią w stół. - To po niego leciał do was Faldo! Dobra… Gdzie on może być?
- A mnie kurwa pytasz?
- Jeśli mogę wtrącić. - Wszedł w zdanie pijący z wolna piwo Brzoza. - Podobno znasz się na lokalizacji przedmiotów, czy nie możesz go zatem znaleźć panie Agrevast?
- Nerwy… Wybaczcie, taka już ma natura. - Merfi energicznie zeskoczył ze stołka, chwycił swój kostur i ruchem ręki zachęcił pozostałych do ruszenia za nim. - Zapraszam do drugiego namiotu.
Do czarodzieja dopiero później dotarło, że coś nie gra – przecież nie wspominał im o zawiłościach jego sztuki jaką była magia logistyczna. Puścił to jednak mimo uszu, w końcu były o wiele istotniejsze sprawy od tego.

Całą podłogę namiotu wyścielała dziwna, biała płachta pokryta magicznymi symbolami, na samym zaś jej środku stał stojak z osadzoną na nim kryształową kulą. Obok krzątało się kilka osób, wyraźnie zaaferowanych czymś co tylko oni rozumieli.
- Mistrzu zlokalizowaliśmy słaby sygnał! To może być jeden z pierścieni!
- Dobra, mi się tu nie mądrkuj. Zapisać mi to szybko, zajmę się tym zaraz. A teraz - wskazał kosturem na Resa. - Kto miał styczność z tym cackiem jako ostatni?
- Ja kurwa.
- To poproszę rękę.
Elf o dziwo bez obiekcji wyciągnął ku krasnoludowi pazurzastą dłoń. Czarodziej zza poły swej tuniki wyciągnął kozik i upuścił Lake’owi nieco krwi, następnie zwinnymi ruchami rąk zmusił kilka jej kropel do skapnięcia na kulę, w wydawać by się mogło odpowiednich do tego miejscach.
Res bez emocji strzepnął nadgarstkiem i pociągnął nosem, na białej płachcie pojawiło się kilka czerwonych kropek. Wpatrywał się w dziwny magiczny artefakt na środku pokoju, podobnie zresztą jak reszta drużyny.
- Dobra, zaraz będziemy mieli obraz tego gdzie podziewa się aktualnie nasz pierścioneczek. - Agrevast zatarł ręce, wbił kostur w płachtę i wypowiadając niezrozumiałe nikomu inkantacje, pomachał rękami.
Z nad kuli wystrzelił magiczny rulon, który rozwinąwszy się zaczął transmitować.
Z początku lekko zniekształcony, rwący się obraz, wyostrzył się i zebrani mogli dokładnie obejrzeć pierścień, a także jego najbliższe otoczenie. Artefakt spoczywał na stole przykrytym obrusem. Przy nim, na krześle siedział muskularny, wąsaty mroczny elf, ubrany jedynie w luźne spodnie zawiązane pasem. Był już stary, co dało się zauważyć po zmarszczkach na jego czole.
Chwyciwszy pierścień w dwa palce przybliżył go i siedząc w ciszy bacznie przyglądał mu się przez chwilę. Następnie wziął małego grzybka stojącego na blacie, przechylił głowę i ściskając go delikatnie, zaaplikował sobie do oka grzybowy pyłek.
Prawe oko mrocznego elfa przybrało nienaturalny zielony kolor. Zamknął drugie i spojrzał na pierścień raz jeszcze.
- Hmmmm… Larwiesyny jedne… - Mruczał coś do siebie. - Teraz jestem pewien, autentyk. Ha! Autentyk kurna! Są delikatne zarysy run Starożytnych - kość, nosorożec i dżem… A nie, to słońce… Albo dżem? Chuj zresztą, ważne, że to prawdziwy pierścień.
Mężczyzna wstał od stołu, w podobny sposób jak za pierwszym razem zaaplikował sobie do oka grzybowy pyłek, jego narząd wzrokowy wrócił do poprzedniego stanu. Otworzył drugie ślepie. Podszedł do ściany na której wisiał obraz przedstawiający portret kogoś bardzo niewyględnego i ściągnął go ze ściany. Tuż za nim kto by się spodziewał zamurowany był sejf. Drow pokręcił kilkoma kureczkami ustawiając je w dobrej sekwencji i drzwiczki automatycznie się uchyliły.
W środku na podszytej na obwodzie gronostajem, purpurowej poduszeczce spoczywały jeszcze dwa niemalże identyczne do trzymanego przezeń, pierścienie. Mężczyzna schował artefakt do sejfu i go zamknął.
Obraz transmisji pociemniał, przycichł, aż w końcu na rozkaz Merfiego wyłączył się całkowicie.
- Te wyliniałe skurwysyny mają aż trzy pierścionki! - Skomentował jako pierwszy Res.
- Kim był ten mroczny elf? - Zapytał Prajk.
- To Kabuto XXII. - odpowiedział ze skwaszoną miną czarodziej. - Król Mrocznej Kniei. Czyli jednak cholera, od początku miał dwa pozostałe. - Pocmokał z dezaprobatą.
- Powinniśmy się więc tam udać. - Zakomunikował Brzoza. - W końcu należy je zdobyć. Nieprawdaż?
- Prawdaż prawdaż, ale to nie takie hop siup cztery baby osiem dup. - Agrevast skinął na jednego z jego sług. - Wspominałeś o jednym sygnale, takim, który wcześniej się nie ujawniał.
- Tak mistrzu.
- Zobaczymy sobie jeszcze jego, potem powiem wam moi druhowie co możemy w tej sytuacji zrobić.
Sytuacja powtórzyła się. Agrevast przygotował rytuał dzięki któremu zobaczyli obraz przedstawiający kolejny, ostatni do zlokalizowania pierścionek. Obraz pokazywał niesamowicie starego słonia i kupę odchodów, na czubku których ubrudzony leżał artefakt.
- Ten znajduje się tylko kilka dni drogi stąd… Na totalnym odludziu. Co za szczęście, ale czemu nie było go widać?
- Widocznie przybywanie w czyimś żołądku blokuje namierzanie? - zagadnął Johnson przypominając sobie gdzie przez cały czas znajdował się pierścionek, który został im odebrany podczas walki z drużyną Luviela.
- Prawisz z sensem człowieku. - Rzekł mag. - Dalo! Malo! Walo! - Krzyknął, a przed nim ustawiło się trzech krasnoludów. - Proszę zabrać swoje dupy i ruszyć mi prędko po ten ostatni pierścionek! A migiem! Walanke! - Popatrzył na stojącego gdzieś z boku goblina. - Przygotuj im współrzędne, najpóźniej za dziesięć minut mają gnać na czym zechcą w stronę artefaktu! I nie spartaczyć mi tego bo zobaczycie do czego jeszcze można użyć mojej magii!
Nie minęła minuta i cały namiot z magiczną kulą opustoszał. Zostali w nim tylko mag i drużyna Resa.
Czarodziej usiadł na płachcie wyścielającej podłoże i westchnął.
- Możesz nas tam jakoś przenieść kurwa? Bo to, że trza to odbić to wiemy czarodziej. - Res również usiadł, podrapał się po nosie. - Jakieś teleporty, portale?
- Nie uśmiecha mi się powrót tam skąd przybyliśmy w normalny sposób, to zajmie zdecydowanie za dużo czasu. - Kowboj również usiadł, rozpalił sobie fajkę, którą ktoś o dobrym sercu podarował mu przed kilkoma godzinami. Johnson nie pokładał się ze szczęścia. - Poza tym… sforsowanie zamku samego króla, cóż to nie takie proste.
- Da się to zrobić, ale nie bez odpowiedniego wywiadu, rozpoznania terenu, przygotowań. - Rzekł pouczającym tonem Brzoza, który jak można było wnioskować miał już z czymś takim do czynienia. - Widziałem ten zamek i obstawę, to nie takie proste jakby się mogło wydawać.
- Byłeś tam kurwa?
- I nie tylko tam.
- Dobra panowie. - Przerwał Merfi. - Sprawa wygląda tak, mogę postawić portal, ale tam gdzie byłem i choć uwierzcie mi, że jako kupiec bywałem w wielu miejscach, tak samej Mrocznej Kniei, a tym bardziej zamku Kabuto XXII-go nigdy nie odwiedzałem.
- A podobno taki z ciebie kupiec świetny, no to kurwa super.
- Nie zrozumiesz Res. - Przemówił siedzący na barku Biczesa, Pauluś. - Mroczne elfy są u nas traktowane trochę tak jakby…
- Jak totalne śmiecie. - Dokończył Prajk. - Nikt ich nie lubi, my orkowie co prawda próbowaliśmy się z nimi kumplować, mając nadzieję na wybudowanie dla nas statków, ale i tak…
- To są mendy, nie można im ufać, a poza tym śmierdzą. - Agrevast podrapał się po brodzie. - Ale jest i dobra wiadomość, mogę otworzyć portal i to gdzieś w pałacu, a to ze względu na to iż przecież ty elfie miałeś ten pierścionek, taka więź, nawet kilkudniowa zostawia po sobie plazmowy ogon i po nim można trafić w określone miejsce.
- To chuj i nieumyte gary. - Lake splunął przez ramię. - Nosiłem to gówno przez ledwo parę godzin, najwyżej.
Zanim jednak wszyscy zaczęli kląć i lamentować odezwał się nie kto inny jak Biczes i swym pomrukiwaniem przypomniał pozostałym o kimś kto nosił pierścionek dłużej niżby to było konieczne.
- Szczęściarz! - Krzyknęli niemal wszyscy.
Po wyjaśnieniach i całym „rytuale” wypuszczania nieśmiertelnego na świat zewnętrzny, a później również po wytarciu i umyciu go przez jakichś nieszczęśników, Szczęściarza przyprowadzono do namiotu.
- Bogowie… nawet nie chcę wiedzieć dlaczego to spotkało tę istotę. - Skwitował Merfi – Ale rzeczywiście, jeśli ta ofiara orkowych obietnic miała styczność z artefaktem od tak wielu lat to wytworzona więź pozwoli na bardzo dokładne postawienie portalu.
- Pozostaje pytanie kto idzie. - Zwrócił uwagę Johnson. - No i kiedy, bo najlepiej pod osłoną nocy.
- Idę ja, Brzoza i ty Johnson. - Obwieścił Res. - Sorki orki, ale to robota dla maks trzech gości.
- A nam to tito, wcale byśmy nie chcieli tam leźć, na pewno nie przez portale.
- Bylebyście Johnsona przyprowadzili całego i zdrowego, jest nam potrzebny do poprowadzenia statków!
- Hmph!
- Idźcie się wyekwipować, minie kilka godzin zanim uda mi się przygotować porządne zaklęcie, wyruszycie w nocy.
Rozeszli się, w namiocie zostawiając jedynie Szczęściarza z Merfim. Czarodziej przykazał siedzieć nieruchomo biedakowi, któremu szczerze współczuł jego parszywego losu, postanowił, że po wszystkim postara się go jakoś odkupić od orków. Następnie zabrał się do przygotowań. Najtrudniejszym nie było samo postawienie odpowiedniego, bezpiecznego dla przechodzących portalu, w czym był świetny, problem sprawiały poprawki które musiał nanieść.
Przede wszystkim zaczął jednak od rozwinięcia nowej maty na której węglem rozrysował skomplikowane kręgi z wpisanymi w nie innymi figurami i które przy równoczesnym wypowiadaniu zaklęć nadpisywał runami.
Następnie w bezbolesny sposób pobrał ze Szczęściarza plazmowy ogon i dodał go we wzór przygotowanego do tej pory zaklęcia. W tym momencie zaczęła się prawdziwa zabawa, mag musiał w końcu sprawić by trójka śmiałków wyszła w odpowiednim miejscu, a nie w środku sejfu z pierścieniami. Potrzebował do tego współrzędnych, a by je zdobyć musiał w jakiś sposób samemu się tam znaleźć. Ale i na to był przygotowany, stworzył tzw. astralne oko, które posłał przez maleńki portalik ustawiony na sejf. W ten sposób poruszając się pomiędzy ścianami, tak ostrożnie jak tylko potrafił, przeszukał zamek. W końcu postanowił, że ustawi portal tak by otworzył się bezpośrednio w schowku na miotły. Według maga było to najbezpieczniejsze miejsce i na tyle blisko królewskich komnat by Res z pozostałymi nie musieli biegać przez całą posiadłość, choć przyznał przed samym sobą, że to i tak dość daleko.
Żałował, że nikt nigdy nie dokończył badań nad częściowym przechodzeniem przez portale, gdyby tak było wystarczyłoby ot włożyć dłoń do sejfu i wyciągnąć pierścionek. Rzeczywistość wyglądała jednak tak, że takie włożenie samej ręki o ile udałoby się utrzymać resztę ciała po pierwszej stronie portalu, zakończyłoby się stratą tejże ręki.
Portale działały jak wiry, wciągały całość, lub rozrywały przechodzącego.
Mag wyłączył astralne oko i popracował jeszcze przez jakiś czas nad kamuflażem przejścia oraz środkami bezpieczeństwa. Już dawno nie stawiał portalu po ogonie plazmowym, nigdy więc nie było za dużo środków ostrożności.
Gdy skończył było już ciemno, a pod namiotem słyszał zniecierpliwione głosy drużyny. On sam padał z nóg, cała operacja bardzo go wymęczyła, ale musiał trzymać się na tyle długo by po przeprowadzonej akcji zamknąć przejście.
Jeśli uda się zdobyć te pierścionki już nic im nie przeszkodzi w otwarciu ich świata na ten zewnętrzny, myślał w duchu, zmęczony zacierając zdrętwiałe od zaklęć ręce.
Cała trójka ubrana w matowo czarne ubrania, stała gotowa do desantu na zamek. Twarze dodatkowo umalowano im węglem, tak by jak najbardziej wtopić się w mroki nocy. Johnson otrzymał długi na trzydzieści centymetrów nóż oraz małą kuszę powtarzalną, ze względu na charakter misji używanie przez niego pistoletu nie było wskazane. Oczywiście zabrał też swój rewolwer, tak w razie czego.
Handzył nie ubrał swego niewidzialnego wdzianka, pytany dlaczego odpowiadał, że w nim po prostu nie potrafi oddychać i używa się go do szybkich akcji lub na finał.
Agrevast wyjaśnił im mniej więcej jak wygląda obszar w którym wylądują, powiedział gdzie powinni się udać i co najważniejsze podał zapisany przez siebie kod do sejfu.
Równo o pierwszej w nocy trójka druhów przeszła przez portal.

Pojawili się w komórce, w środku stało wiadro, jakieś miotły i środki czystości, okropnie też cuchnęło, na co Res z dezaprobatą pokręcił głową, a Handzył używając swej zdolności stworzył dla siebie maskę przeciwgazową.
Kluczowym graczem okazać miał się Johnson. Kowboj być może nie widział, ale słyszał za to genialnie. Po desancie od razu podszedł bliżej drzwi i zamarł w bezruchu, następnie przystawił ucho do podłogi.
- Czysto. - Rzekł stojąc już na nogach. - Ktoś się rusza, ale jest dalej. Chodźmy.
Brzoza, delikatnie jak tylko on umiał, otworzył drzwi następnie wyszedł jako pierwszy. Drugi szedł nasłuchujący Igliczanin, szyk zamykał pilnujący tyłów, pochylony Lake. Trzymali się ściany. Czekało ich około pięćdziesiąt metrów zanim dojdą do królewskich komnat, w tym czasie musieli wykonać dwa skręty, a po drodze nie było gdzie się skryć. Na ich szczęście korytarze spowijał mrok.
Do czasu. Mniej więcej kilka metrów przed pierwszym zakrętem Johnson przystanął i cicho cmokając zakomunikował reszcie, że ktoś się zbliża. Moment później usłyszeli delikatne stąpanie, na podłodze pojawiała się rozciągająca się smuga światła, zapewne pochodni. Strażnik szedł samotnie.
Już wcześniej dogadali się co robić w takich sytuacjach. Przytuleni do ściany tuż przed zakrętem czekali aż przeciwnik się wychyli. Kucali.
Niecałą minutę później przeciwnik wyszedł zza rogu, ziewał. Nawet nie zauważył jak Brzoza szybkim sztychem od dołu wprost przez nos przebija mu mózg. Osmańczyk równie sprawnie wyciągnął z nieboszczyka ostrze i chwycił pochodnię.
Res splunął na źródło światła czym je zgasił, wziął też pod pachę trupa. Nie mogli sobie pozwolić na zostawienie go w tym miejscu. Przygotowanymi wcześniej szmatami owinęli głowę ofiary, tak by nie zostawiała krwawej ścieżki.
Bez słowa ruszyli dalej.
Wszystko szło sprawnie, aż do momentu kiedy byli już tuż tuż drzwi do komnaty króla. Przed nią stało dwóch wartowników i to nie powodowałoby jeszcze dużego problemu, niestety, co usłyszał kowboj, z tyłu zbliżała się jeszcze dwójka patrolujących elfów.
Postanowili działać szybko. Igliczanin wyciągnął kuszę i bazując na swym słuchu wystrzelił prosto w głowę jednego z wartowników. Niestety, drugi uchylił się przed kolejnym bełtem i drąc się wniebogłosy z wycelowaną gizarmą napierał wprost na trójkę intruzów.
- Chuj! Sprawa się jebła, teraz robimy to na moją modłę! - Zaryczał Res i pobiegł prosto na drowa z gizarmą.
Brzoza wycofał się, postanowił zabić nadchodzących, zaalarmowanych już solidnie strażników. Jednego z nich zestrzelił jeszcze Johnson, strzelał ze swego rewolweru, drugi padł od niskiego cięcia w gardło.
Res rzucił w przeciwnika jego martwym towarzyszem, następnie zdezorientowanemu elfowi prawym prostym rozkwasił twarz.
Z komnat króla wypadło na nich jeszcze kilku drowów. Wszystkich nie licząc jednego zastrzelił kowboj. Ostatni po wyrwaniu mu broni został zabity nią przez Resa. Brzoza mijając resztę niby wąż wpadł do komnaty króla jako pierwszy.
Kabuto XXII całkiem roznegliżowany stał obok łóżka, w ręce trzymał zerwaną widać ze ściany tarczę i miecz o szerokim ostrzu. Trząsł się widząc co intruzi robią z jego strażą. Szybko jednak oprzytomniał i rycząc wściekle pobiegł na nadchodzącego ku niemu Brzozę.
Handzył zwinnym ruchem na pięcie zawirował wokół króla i znalazłszy się za jego plecami ciął go płytko kilka razy po plecach.
- Zajmijcie się sejfem. On jest moim celem, mam z nim do pogadania. - Powiedział szybko i bardzo stanowczo, następnie odciął, wrzeszczącemu z bólu królowi, rękę. Tarcza upadła na posadzkę. Z kikuta wytrysnął strumień krwi.
Res i Johnson nie mieli nawet czasu komentować tego co wyprawiał kultysta Alpa Aczino. Kowboj prędko przeładował, również kuszę. Zatrzasnął i po wymacaniu, zaryglował drzwi, do których najpewniej za moment ktoś zamierzał przybiec.
Lake od razu znalazł obraz za którym zamurowano sejf. Zaczął kręcić kureczkami, ustawił je tak jak polecił im Agrevast, ale ku jego niezadowoleniu potwierdzonym przekleństwami zamek ani drgnął.
- Zmienili kod! Daj no tu tego królika kurwa!
Niestety z tego co elf zobaczył patrząc w stronę starcia, wrzeszczący jeszcze przed chwilą Kabuto XXII klęczał z opuszczonymi bezładnie rękami i flakami wylewającymi mu się z brzucha. Na czole widniał obrzydliwy symbol boga śmierci. Res przeklął siarczyście wszystko co nieżywe, nie zamierzał jednak się poddawać! Nie mógł wyciągnąć z sejfu pierścionków? To w takim razie wyciągnie cały sejf.
Na ścianach wokół łoża wisiało pełno różnej broni, elf ryknął do Brzozy by ten rzucił mu kolosalny nadziak, co opamiętany już kultysta od razu zrobił, choć bardziej podał mu go szybko niżeli rzucił, broń była niespotykanie wielka i bardziej niż walce służyła pewnie jako ozdoba.
- Biegną! Pospiesz się Res! - Wrzasnął Johnson. - Brzoza! Do mnie, szybko! Zaraz przyda się dodatkowa para rąk, zaczyna się zabijanie!
Res splunął w dłonie, klasnął kilka razy, trzasnął tak, że słuchać było wybijane knykcie. Chwycił w obie ręce nadziak i zamierzywszy się zaczął okładać nim ścianę. Mury choć grube, pod ciosami kogoś kto nosił konia na barana, pękły i chwilę później w ścianie ziała dziura, prowadząca prosto na korytarz. Na ziemi w gruzie leżał zaś kwadratowy sejf.
- Tędy kurwa!
Res chwycił sejf w obie ręce i zaczął biec w stronę portalu. Johnson i Brzoza wyprzedzili go masakrując wszystkich napotkanych na swej drodze przeciwników.
Gdy wykonali ostatni skręt przed oczyma zauważyli kogoś kogo nie spodziewali się już nigdy dostrzec.
- Panicz Res, jak kurna miło! - Krzyknął Luviel i ruszył w ich kierunku.
Kapitan elfów z Mistral, czego nie mogli wiedzieć intruzi, został w Mrocznej Kniei by jeszcze raz spróbować swych sił w złapaniu Resa, którego jak się okazało i oni poszukiwali. Zaproponował więc swe usługi i jakoś tak wyszło, że udowodniwszy całej tej bandzie uważającej go za larwiegosyna, to jak dobrym jest żołnierzem bardzo szybko, wręcz błyskawicznie awansował i zyskał zaufanie.
Kiedy zaś po całym zamku rozległ się dźwięk alarmu, Strauss bez namysłu wybiegł ze swego pokoju i skierował się ku zagrożeniu. Elfi kapitan mało razu w swym życiu tak się cieszył na jakiś alarm.
Prący przed Resem, Brzoza i Johnson ani myśleli się zatrzymywać. Igliczanin wypalił trzy pozostałe w bębenku kule, a Osmańczyk zbliżywszy się dwoma susami do Luviela ciął go z góry.
Strauss prawą ręką przechwycił wszystkie pociski, lewą zaś zatrzymał ostrze miecza. Z obu rąk ciekła mu krew. Miał przejść do ataku, ale oto Res Lake kopnął go z całej siły prosto w krocze co zdołało rozłożyć wojownika.
Luviel wściekły niby całe piekło upadł na ziemię, zanim stracił przytomność słyszał jeszcze parszywy śmiech wąsatego larwiegosyna.
Intruzi po drodze nie spotkali już żadnego przeciwnika i otworzywszy izdebkę na asortyment sprzątający, od razu przebiegli przez portal.

Znaleźli się w namiocie oświetlanym przez kilka lamp. Gdy tylko Brzoza, ostatni z trójki dotknął posadzki, Agrevast zerwał połączenie i portal zapadł się w sobie.
Mag nakazał służbie podać im coś do picia.
- Udało się widzę. Świetna robota panowie.
- Ano kurwa się udało… Pierścionki są jakby gdyby w tym sejfie czarodziej, trza go otworzyć, ale tym kurwa wybaczysz pozwól, że zajmiemy się jutro. - elf wstał i otrzepawszy się z kurzu wyszedł z namiotu. Już zza wyjścia dodał:
- Chcę widzieć wszystko i wiedzieć o wszystkim co z tym chujostwem będziesz odkurwiał.
- Nie ma sprawy. - Odpowiedział Agrevast. - Dzisiaj to chyba nikt już nie ma sił na nic.
Mag na koniec nakazał jeszcze swym sługom zabezpieczyć sejf i ogólnie go strzec. Sam, tak jak i reszta udał się na spoczynek. To był owocny dzień i każdemu należał się porządny relaks. Został im już tylko jeden pierścionek, a po niego, do zwykłej dziczy wyruszyli już jego ludzie. Mistrz gildii kupieckiej ucieszony poszedł spać.
Johnson, czekający na nich orkowie oraz Brzoza również udali się odetchnąć. Ten ostatni nie pokładał się z radości, zabił drugi cel jaki wyznaczył mu jego bóg. Został jeden i tak się składało, że był na wyciągnięcie miecza, teraz tylko należało poczekać na sposobność, na jakiś harmider, na moment kiedy Johnson i Res spuszczą z niego wzrok, wtedy on, Brzoza wykona swą misję. Ku chwale śmierci, ku chwale Alpa Aczino.

Jeszcze tej samej nocy w zamku władców Mrocznej Kniei miało miejsce kilka istotnych wydarzeń, które sprowadzały się do właściwie jednego, bardzo znacznego.
Oto któryś z totumfackich jednego z książąt, jeden z tych co uszli z życiem podczas masakry wyrządzonej przez zabójców króla, czym prędzej, co tchu pobiegł do swego przełożonego, młodego, jeszcze chłopca – księcia Londa.
Książę Lond, prawie że najmłodszy z rodzeństwa, uznawany za słabeusza i mikrusa, gdy tylko dowiedział się o śmierci jego ojca natychmiast rozkazał zebrać najbardziej zaufanych mu ludzi. Zaś po niecałych trzydziestu minutach został on całemu, pobudzonemu siłą dworowi i służbie, obwieszczony jedynym prawowitym następcą tronu, królem Kabuto XXIII. Jak zwykło się mawiać na dworach: Umarł król, niech żyje król!
Nowy, młody monarcha, któremu krew jego rodzeństwa nie zdążyła jeszcze zaschnąć na rękach przykazał od razu i bez zwłoki wysłać rogoczuba do Pierwszego Szpiega Mrocznej Knieii – Sycerona Ubka, z rozkazem natychmiastowego stawiennictwa na dworze, w celu, a jakże sprowadzenia do stolicy pierścieni.

Syceron raz jeszcze przypomniał sobie treść wiadomości wysłanej mu przez nowego władcę i nie potrafił powstrzymać się od nerwów. Natychmiast? Myślał. Natychmiast na dworze!? Czy oni zdają sobie sprawę co ja tutaj prowadzę? Czy wiedzą jak wiele wysiłku włożyłem, ba! Wkładam w to by dwa kontynenty pełne niewyżytych, agresywnych wrogów odciągnąć od pomysłu by przekraczać granicę? By choćby próbować?
Chodził po swym gabinecie, to w jedną to w drugą stronę. Czekał na swojego zaufanego. Musiał przekazać mu rozkazy, burmistrz Freedom City nie mógł sobie ot tak zniknąć, trzeba więc było stworzyć zamiennika, wizualnie nic łatwiejszego dla wprawnego szpiega, gorzej już z kwestiami aktorskimi.
Po instruktażu czekało go coś czego nie znosił, to nawet za mało powiedziane, czego się po prostu i najzwyczajniej w świecie bał. Teleportacja.
Mrocznym elfom udało się w alchemiczny sposób wytworzyć grzyba, który po zjedzeniu i wypowiedzeniu lokalizacji docelowej, przenosił doń smakosza. Jednak ten genialny środek transportu miał jedną bardzo dużą wadę, był niespotykanie niestabilny.
Za każdym razem kiedy dany osobnik teleportował się w ten niewymagający zdolności magicznych, dostępny niemalże dla pospólstwa sposób, tracił jakąś część ciała. To mógł być włos, ząb, wszystkie zęby, ale także ręka, mózg lub serce.
Syceron w swym niebezpiecznym życiu zmuszony był do teleportacji dwa razy. Za pierwszym razem stracił jednego włosa, za drugim nerkę. Ubek jak i pozostałe elfy kiedy tylko mógł unikał tego sposobu podróży, ale tym razem wyboru nie było.
Zmieniając już formę w swą prawdziwą poinstruował jeszcze zamiennika po raz ostatni mówiąc mu dokładnie co ma robić. Przełknął głośno ślinę, a później na jeden raz przełknął teleportującego grzyba i wypowiedział lokalizację docelową.
W głowie mu zaszumiało, poczuł ten trwający ledwie jedną dziesiątą sekundy mroźną otchłań i nagle stał już na sali tronowej.
Żył.
Poczuł jak rękawiczki wypełnia mu ciepła krew, koniec końców stracił wszystkie paznokcie u rąk. Tylko tyle, żył i musiał trzymać fason. Uklęknął przed siedzącym przed nim, władcą. Wcale nie zdziwił go fakt iż król czekał na niego siedząc sobie spokojnie na tronie, ktoś musiał mu powiedzieć ile mniej więcej powinien lecieć rogoczub i w ten sposób jakoś sobie to wykoncypowali. To nie było zresztą takie ważne. Liczyły się pierścionki, które ktoś ukradł.
- A więc to ty jesteś Syceron Ubek. - Kabuto XXIII, chłopiec o oczach mordercy, opierał brodę na prawej ręce, spoglądał na niego niedbale, brakowało tylko by zaczął grzebać sobie w nosie. - Rozkaz widzę dotarł. A więc panie Syceronie, mój kolejny rozkaz brzmi: Mając do dyspozycji wszystkie niezbędne do tego środki odzyskać skradzione nam zeszłej nocy pierścienie. Zabezpieczyć nasze państwo przed agresją ze strony Antropii i Argentyny.
Ktoś nieźle mu to wymyślił, albo chłopak sam z siebie jest taki obrotny, myślał Ubek. Opierając jedno kolano na posadzce i z głową wciąż skierowaną w dół zaczął mówić.
- Wasza wysokość, potrzebuję pięćdziesięciu najlepszych żołnierzy, a dla każdego rączego konika. Do tego zapasy na wędrówkę, broń oraz osobę która z tego co wiem przebywa na zamku, a której to najbardziej ze wszystkich zależy na ukrzywdzeniu intruzów. Mowa o panie Luvielu Straussie. Temu larwiemusynowi być i może podwinęła się kilka razy noga, ale niezaprzeczalnym faktem jest, że w walce mało jest mu równych.
- Masz do dyspozycję całą armię, swoich świetnie morfujących szpiegów, ale wybierasz ledwie garstkę? Z ciekawości, czemu? - Młodzian machnął dłonią. - I wstań mi, chcę patrzeć ci w oczy gdy do mnie mówisz!
- Rozkaz władco. - Pierwszy szpieg wstał, w swej prawdziwej formie był naprawdę wysoki. - Moi szpiedzy zajmują się wieloma różnymi sprawami, poinstruuję odpowiednie osoby tak by wdrożono króla we wszystkie nasze aktualne operacje. W konsekwencji, nie ma zbyt możliwości by zaciągnąć ich do takiej misji. Choć na miejscu znajduje się dwóch, ich na pewno wykorzystam. Za to branie większej ilości żołnierzy nie tyle co może opóźnić operację co jest ryzykowne, wkraczamy bowiem do innego królestwa, nie chcemy myślę wojny. No chyba, że taka jest waszej wysokości wola.
- Hmmm… - Kabuto XXIII zamyślił się przez chwilę. Podszedł do niego jakiś stary elf, którego Syceron nie poznał i nachyliwszy się poszeptał coś chłopcu do ucha. - Nie Pierwszy Szpiegu, nie chcemy wojny. Weźmiesz pięćdziesięciu najlepszych wojowników, konie i kapitana Straussa i jak tylko będziesz mógł galopem wyruszacie. Tak brzmi wola króla Mrocznej Kniei, mnie Kabuto XXIII!
Widać było jak wypowiadanie pompatycznie słowa cieszą młodego półsierotę, Ubek miał nadzieję, że młody władca po tym jak już pozbędzie się wszystkich przeszkadzających mu figur państwowych okaże się dobrym, choćby w miarę przyzwoitym królem. Ale teraz nie to było ważne, Sycerona czekała misja od której zależało bezpieczeństwo jego państwa. Państwa za które gotów był oddać wszystko.

Tymczasem w obozowisku smerfów pierwszy sekretarz Ważniak w milczeniu wysłuchiwał raportu smerfa Marudy. Wielki narzekacz, a także jedyny zaraz obok Ważniaka i Smerfetki, niepowtarzalny członek ich gatunku, przynosił wieści. Ale jakie! Najważniejsze w świecie! Bo oto obiekt ich ciągłych napaści na Valarmorghulis, pierścienie dzięki, którym można będzie otworzyć sześcian podejrzewany o skrywanie Serca Puszczy, zmieniły lokację i są właściwie na miejscu, tam gdzie powinny być.
- Ha! Doskonale! Towarzyszowi, któremu udało się zdobyć te informacje proszę natychmiast wydać bon na Smerfetkę oraz kartki na mięso! - Okularnik energicznie zacierał rączki. - Tak towarzyszu Marudo, zbliża się oto chwila kiedy nasz wielki pan i władca Papa Smerf zostanie wybudzony. Kiedy tylko zdobędziemy Serce Puszczy nasz miłościwy wielki brat, wszechtowarzysz wstanie i spełni największe marzenie wszystkich smerfów: wszyscy będą równi! O tak, Papa wyrówna wszystko co żyje i co martwe do poziomu gruntu i w ten sposób nie będzie różnic, nie będzie panów i biedoty, zostanie tylko i wyłącznie jedno… Pustka!
- Jak ja nienawidzę pustki… - Wymamrotał pod nosem Maruda.
- Co tam gadasz?
- Nienawidzę gadać.
- Dobrze, w takim razie idź i przekaż wieści! Załadować całą wioskę, razem z zapasem smerfojagód, kawalerią i Smerfetką na „Sierp i Młot”, wyruszamy natychmiast! I niech każdy smerf będzie jak Pracuś! Żadnego Lalusiowania mi tam!
- Jak ja nienawidzę lalusiowania...

[Obrazek: dB4Eis3.jpg]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2017 19:58 przez Eikichi.)
03.11.2017 19:57
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama