Aktualny czas: 17.09.2019, 09:09 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 0 głosów - 0 średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
Autor Wiadomość
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 5,121
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #181
RE: Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
Jak namieszaliście w tym coś takiego, że mój spin-off będzie stał w sprzeczności, to zamierzam całkowicie to zignorować i udawać, że nigdy nie powstało!!!

Ale jeja jeja, dzięki chopoki! (tudzież domniemane dziołchy z tajemniczego duo). Postaram się to przeczytać dzisiaj w pracy lub jutro na wolnym, zależnie od długości Big Grin

E: Bawi mnie w sumie, że to ma prawie 30 stron i nazwane jest "Prolog". Pachnie trochę jak trzydziestostronicowy Prolog który wmusiłem w Griga na CC.

[Obrazek: THQjwD2.jpg]

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2018 16:45 przez Szczery.)
25.10.2018 16:31
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Szczery Offline
Yonkou
Pirat

*
Liczba postów: 5,121
Dołączył: 11.06.2010
Skąd: brać na to pieniądze?
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #182
RE: Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)




Oto nadchodzi! Oficjalna premiera dla drukobiorców była już na CC, dlatego tutaj z pewnym opóźnieniem, ale jest, aby wszyscy zainteresowani też mieli okazję się zapoznać. Mój spin-off znany pod tytułem: Deja Vu. Z podziękowaniami dla wszystkich, którzy tak czy inaczej pomogli mi w doprowadzeniu tego do końca.

Okładka: https://drive.google.com/file/d/17xI8Sl6...sp=sharing
Tekst: https://drive.google.com/file/d/1Odajuzr...sp=sharing

[Obrazek: THQjwD2.jpg]

22.08.2019 15:54
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Orzi Offline
Yuusha
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,813
Dołączył: 11.05.2011
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 10%
Post: #183
RE: Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
MYŚLELIŚCIE, ŻE SZCZERY ODDA SPIN-OFF JAKO OSTATNI. A TO BYŁEM JA, DIO!

Mój spin-offeł zaczął powstawać w czasach, gdy pisaliśmy drugą turę spin-offów. Dawno, nie powiem. Jednak z powodu braku weny porzuciłem go niedokończonego. Teraz, na fali hajpu z nowych edycji postanowiłem go dokończyć. Ciekawe, czy uda Wam się wskazać moment w którym porzuciłem tę historię lata temu, a od którego zacząłem pisać znowu niedawno Smile

Historia jest absolutnie poboczna. Dzieje się w świecie Mastodonii, ale poza paroma odniesieniami wszyscy bohaterowie są nowi. Tak więc... Zapraszam do czytania, kto chce!

---

Mamy rok 1970, czasy w których Łukasz Waligrosz wciąż w pocie czoła pracował na przydomek Walimiliona, a Franc Karapiejko dopiero zaczynał zaciekle wpajać tajniki tabliczki mnożenia uczniom paszołowickiego gimnazjum. W tych niedawnym przecież okresie Mastodonia była krajem biednym i dość zacofanym. Za przykład takiego stanu rzeczy niech posłuży Ravenflow. Niespecjalnie duże, portowe miasto położone niedaleko granicy z Kurlandią było jednym z największych ośrodków miejskich we wcale niemałej Mastodonii przy zaledwie 250 000 mieszkańców. W tej właśnie mieścince, stolicy powiatu o tej samej nazwie, dzieje się akcja naszej opowieści.

Uniwersytet Ogólnokształcący w Ravenflow był uczelnią niezwykłą z kilku powodów. Pierwszym było to, że znajdował się na terenie Mastodonii. Szkolnictwo wyższe w przedwojennym państwie było czymś naprawdę rzadkim, a liczba uczelni rozsianych po jego terytorium dawała się policzyć na palcach obu dłoni. Działo się tak dlatego, że multietniczna zbieranina zwana obywatelami Mastodonii na życie wolała zarabiać zazwyczaj za pomocą pięści lub sprytu niż nabytego wykształcenia. To prowadzi nas do drugiej cechy wyróżniającej ravenflowską placówkę od innych uniwersytetów. Liczba studentów była tak mała, że nie utworzył się żaden kierunek. Wszyscy studenci z danego roku byli ściśnięci w jednej grupie, gdzie nabywali różne, mniej lub bardziej przydatne informacje które według pracowników instytucji mogły im się w jakiś sposób przydać w dalszym życiu.

W jedynej auli było całkiem tłoczno. Działo się tak prawdopodobnie dlatego, że rok akademicki dopiero się rozpoczął, a pierwszoroczni nie zdążyli jeszcze zczaić jak traktowana jest obecność na wykładach. Także trzydzieści par znudzonych oczu wpatrywało się w ścianę, sufit lub względnie na wykładajacego przyrodę docenta Fiatta.
- ...także mimo prowadzonych przez dziesięciolecia badań naukowcom wciąż nie udało się odkryć tajemnicy antropomorfii. - Docent skończył zapisywać sentencję na tablicy, po czym zwrócił się do studentów - Czy macie jakieś pytania?
- A co z ludźmi? - padł głos z głębi sali
- Panie Kokoszka, co niby jest z nimi nie tak? - Fiatt zwrócił się do pytającego chłopaka
- Ten tego. Mówił pan docent o tych wszystkich antropomorfach, że prawdopodobnie to niezidentyfikowana substancja przekształca zwykłe zwierzęta i przemioty w byty inteligentne. Skoro większość ras ma swoje antropomorficzne i nieantropomorficzne odpowiedniki, to czy wśród ludzi także znajdą się jednostki pozbawione inteligencji?
- To bardzo ciekawe pytanie, panie Kokoszka. - wykładowca zaczął spacer pomiędzy siedziskami - Zarówno wśród ludzi, jak i humanoidalnych mieszkańców Imperium Mistral nie znaleziono jeszcze jednostki pozbawionej tej tajemniczej substancji, czynnika "x", czy też duszy, jakby chcieli to widzieć duchowni. Wśród środowisk akademickich uznaje się, że prawdopodobieństwo atropomorfii jest tym większe, im wyżej dany gatunek znajduje się na drzewie ewolucji. Ludzie znajdują się na samym szczycie.
- Jak jednak mógłby wyglądać taki... Nieantropomorficzny człowiek? - student zwany Kokoszką nie ustępował
- Nie mam bladego pojęcia, jednakże jestem pewien, że byłby on precedensem którym zainteresowaliby się nie tylko mastodońscy naukowcy, ale najwybitniejsze umysły całego świata. Dobrze, są jeszcze jakieś inne pytania? - studenci byli zajęci wszystkim, tylko nie słuchaniem słów docenta. Niedawny ochotnik także siedział cicho - Nie? To świetnie. Możecie wracać do domów.

***

Studenci leniwie wylewali się z budynku uniwersytetu. Wśród grupek młodych ludzi tylko jedna para dyskutowała na temat ostatniego wykładu.
- Nie wiem co ci strzeliło do łba Marek. Wszyscy już kręcą się na siedzeniach, spoglądają w stronę drzwi, a Ty wyskoczyłeś z jakimś pytaniem. Całe dwie minuty w plecy! To przecież czas na jednego szluga czy piwerko!
- Oj, przestań marudzić Bieszczu. - odpowiedział Marek Kokoszka, ów ciekawski student - Kwestia antropomorfii jest naprawdę ciekawa. Zapisaliśmy się na te studia, żeby czegoś się dowiedzieć, co nie?
- Mów za siebie! Ja poszedłem tutaj ciągnąć kasę z uczelni i wyrywać duperki.
- Patrząc na to, że u nas na roku są prawie sami faceci widocznie nie byłeś sam, który pomyślał o tych duperkach.
- Skąd miałem wiedzieć, że będzie takie parówa party? No ale jest przecież Anitka... - Bieszcz wyraźnie się rozmarzył - Mówię ci Maras, przed końcem roku będzie moja.
- Życzę Ci powodzenia - Marek wyjął z plecaka kanapkę. Uchylił kromki i zerknął na zawartość, po czym się skrzywił - Bleh, pasztetowa.
- Nie rozumiem cię stary. Mieszkasz sam, sam robisz sobie kanapki, a zawsze narzekasz na zawartość. Nie mógłbyś choć raz zrobić sobie drugiego śniadania z czymś co lubisz?
- To przez to, że zawsze robię je w nocy. Jestem zazwyczaj taki senny, że mylę pasztet z pastą jajeczną. No nic, zamówię coś do domu. - Kokoszka wyrzucił kanapkę za siebie - Pieski zjedzą.

Nasz bohater nie wiedział jeszcze, że ten z pozoru niewinny czyn zmieni jego życie na zawsze.

Kanapka leżała sobie spokojnie na chodniku. Po paru minutach wszyscy studenci się rozeszli, a na ulicach przed uczelnią zapanowała głucha cisza. Właśnie wtedy z niedalekiego zaułka wybiegła istota, która chwyciła pozostawione kromki chleba w usta i pożarła je łapczywie.

Tą istotą wcale nie był pies.

***

Bieszczu już dawno poszedł w bliżej nieokreślonym kierunku, ale Marek czuł, że nie jest w okolicy sam. Miał niejasne przeświadczenie, że ktoś go obserwuje. Co prawda od czasu pisania pierwszej wejściówki miewał to przeczucie dość często, jednakże na jego własnym osiedlu mieszkaniowym nie było ćwiczeniowców, którzy czujnymi oczyma mogli śledzić każdy jego ruch. Obejrzał się za siebie. Poza antropomorficznym trzepakiem Zenkiem, którego praca w charakterze trzepaka nieantropomorficznego się jeszcze nie skończyła, podwórze było puste. Chłopakowi jednak wydało się, że widział jakiś ruch znikający za najbliższym blokiem. Nie mając nic do stracenia, a chcąc zaspokoić ciekawość zaczął się powoli zbliżać do winkla. Oparł się plecami o mur i powoli zaczął sunąć w stronę budynku, aby nie spłoszyć ewentualnego obserwatora. Najpierw ostrożnie wyjrzał za róg, potem coraz śmielej wystawiał głowę. Placyk za blokiem był tak samo pusty, jak zazwyczaj. Kokoszka odetchnął głęboko zażenowany własną paranoją, po czym odwrócił się by spokojnie dojść do domu.

Gdy tylko to zrobił aż zakrzyknął z zaskoczenia.

Przed nim w przykucnięciu czekała osoba, która prawdopodobnie go śledziła. Był to człowiek, mężczyzna, lecz jednocześnie było w nim coś wręcz nieludzkiego. Jego skóra była biała niczym papier, z którą kontrastowały wściekle czerwone usta osadzone na widocznie zarysowanej szczęce. Najdziwniejszy był jednak nos istoty. Nienaturalnie ścięty, jakby ktoś uciął kawałek siekierą tuż przy czubku. Osobnik ten przyglądał się Markowi spod burzy czarnych, falowanych włosów oczami, w których była wypisana nadzieja. Student przez kilka sekund odwzajemniał baczne spojrzenie, po czym postanowił przerwać ciszę.

- Dzwonię po policję.

Marek sięgnął do kieszeni, po czym natychmiast przyłożył dłoń do czoła. Telefony komórkowe były najnowszym hitem w Argentynie, tak przynajmniej słyszał od rodziców, ale w ubogiej Mastodonii nikt nie znał podobnego cudu techniki. Gdy opowiadał kiedyś o tym wynalazku Bieszczowi usłyszał w odpowiedzi tylko narzekanie, że na tak małym pudełku trudno byłoby wykręcić numer.

Nie mogąc natychmiast wezwać interwencji służb mundurowych Kokoszka postanowił jak najszybciej się oddalić. Po kilku krokach odwrócił się, dziwoląg ciągle szedł za nim. Zrobił krok w lewo, blady człowiek postąpił podobnie. W prawo, powtórka z rozrywki. Zaczęło to być irytujące.

- Na wszystkich bogów, człowieku, czego ode mnie chcesz?
- ...? - odpowiedział tajemniczy osobnik wiercąc się niespokojnie. Gdyby posiadał ogon to prawdopodobnie by nim merdał.
- Nie zwracaj na niego uwagi. - niespodziewanie odezwał się pan Zenek, któremu widocznie przypadała przerwa na papieroska - To lokalny świr. Poprzewracało mu się w głowie i myśli, że jest psem czy czymś takim. Kręci się z rzadka po okolicy, czasami okoliczni mieszkańcy wystawiają mu miski z jedzeniem.
- Ah, więc to tak... - odrzekł Marek spoglądając na nieznajomego. - Nie ma jakiejś rodziny, która by się nim zaopiekowała, czy coś?
- Chyba nie, nie wiem, ja tylko tutaj cały dzień stoję. - trzepak zaciągnął się podłym skrętem - Ktoś chyba musi się nim zajmować. Ostatni raz widziałęm go jakieś pół roku temu.
- Aha. Wie może pan, czemu tak się do mnie przyczepił?
- Nie wiem, możeś dał mu jeść czy coś?

Wtedy wszystko stało się jasne. Nieszczęsna kanapka z pasztetem. Mówiąc, że zjedzą ją pieski nie mógł przewidzieć, że zje ją człowiek, który myśli iż jest psem, w dodatku taki bardzo łatwo przywiązujący się do ludzi. Marek zadrżał. Nie chciał zrobić tego, co właśnie przyszło mu do głowy, lecz w takiej sytuacji była to ostatnia deska ratunku. Wziął głęboki oddech i...

- Do widzenia panie Zenku!

Zaczął biec ile sił w kierunku swojej klatki schodowej nie oglądając się za siebie. Wbiegł do bloku, zamknął drzwi po czym równie szybko pomknął do swojego mieszkania. Zamknął drzwi wejściowe na dwa zamki, zastawił niedalekim krzesłem, po czym odetchnął głęboko. Uciekanie zawsze było jego mocną stroną, umiejętność ta nie raz uratowała mu życie. No, przynajmniej nerwy i pieniądze, gdyż zazwyczaj zaczepiały go antropomorficzne sępy chcące wyżebrać trochę grosza. Poczuwszy ulgę skierował swe kroki do telefonu, aby zadzwonić po jakieś żarcie.

Jakież było jego zdziwienie, gdy drogę do telegonu zasłonił mu znajomy człowiek-pies.

- Co? Jak? Gdzie? - ogłupiały Marek na głos zadawał
te pytania samemu sobie - Skądżeś się tu wziął? Przecież nie wlazłeś tu przez okno, to jest pieprzone trzecie piętro... Zresztą zaraz, stój tu, nie ruszaj się, zaraz sprawdzę!

Student biegał od okna do okna sprawdzając, w jaki sposób przedostał się nieproszony gość. Wszystkie były szczelnie pozamykane. Poddając się ogarniającej go paranoi sprawdził jeszcze lufcik klmiatyzacji oraz wszelkie otwory odprowadzające wodę. Niemożliwe, nie ma szans, mysz by się nie prześliznęła, a co dopiero człowiek. Zrezygnowany wrócił do korytarza. Trzeba będzie zadzwonić do jakiegoś szpitala czy gdzieś, żeby się nim zaopiekowali. Majkel jednak nie czekał na niego grzecznie. Gdy wrócił do przedsionka trzymał w ustach jego portfel.

- Nieeee... Dobry piesek, oddaj mi ten portfel. - powiedział najostrożniej jak mógł, po czym powoli zaczął kroczyć w stronę niespodziewanego gościa z wyciągniętą dłonią. Widział kiedyś program o tresurze psów i taka postawa była przedstawiona w nim jako najodpowiedniejsza, gdy chce się coś odzyskać od zwierzęcia.

Psowiek jednak widocznie nie oglądał tego programu, gdyż bezceremonialnie połknął w całości trzymany w ustach przedmiot.

***

Tak już się złożyło w Mastodonii, że uczelnie wyższe mają swoją mroczną stronę. Za kilka lat symbolem takiej instytucji stanie się Prywatna Politechnika Mathematicona, ale Uniwersytet Ogólnokształcący w Ravenflow również ma swoje grzeszki na sumieniu. Nie mam tu bynajmniej na myśli zbereźnego napisu na tylnej ścianie budynku, ani też karygodnej pensji, która wypłacana jest jedynej sprzątaczce na kampusie. Wśród zamieszkających ten kraj różnorakich odmieńców, wariatów i ludzi o ambicjach ponad własne możliwości bez problemu można znaleźć szalonych naukowców. Jako, że w Mastodonii nauka i wykształcenie były raczej pogardzane, zaślepionych pogonią za wiedzą wariatów ciągnęło do bezpiecznych uniwersytetów, gdzie pod prykrywką zwykłych, nieszkodliwych wykładowców mogli spokojnie prowadzić swoje badania. Ravenflowska szkoła także miała wśród kadry takich odmieńców, a jednego z nich zdążyliśmy już poznać.

Docent Fiatt wcisnął przycisk ukrytej windy, która miała go zawieźć głęboko pod ziemię, do najbardziej skrytych piwnic budynku. Zaklnął szpetnie gdy winda nie przyjechała. Trzeba będzie powiedzieć pani Jadzi aby naprawiła ten szmelc. Tymczasem trzeba będzie przedzierać się na dół schodami. Kilkadziesiąt stopni i litr potu później Fiatt dotarł na miejsce. Światło pojedynczej, gołej żarówki oświetlało pomieszczenie wyglądające jak nieślubne dziecko zapyziałej stacji pociągowej i laboratorium urządzone przez kogoś, kto absolutnie nie miał pojęcia jak takie pomieszczenie powinno wyglądać. Wzdłuż ściany dawno temu pomalowanej farbą olejną stały w równym rządku puste, szklane pojemniki. Jedne większe, drugie mniejsze, a wszystkie bez wyjątku zakurzone. Na drewnianym stoliku stała skomplikowana aparatura mogąca służyć do przeróżnych badań, lecz typowy Mastodończyk określiłby ją mianem bimbrownicy. Na jednym z dwóch krzeseł siedział zaś antropomorficzny żółw Franklin zatrudniony na uniwerku w charakterze adiunkta, który w oczekiwaniu na przybycie docenta rozwiązywał krzyżówkę.

- Nareszcie, po tylu długich godzinach użerania się z tym ćwierćinteligentnym motłochem zwanym studentami mogę zająć się prawdziwą sztuką. - rozhisteryzowanym głosem rzekł Fiatt. Nie wiadomo kiedy założył poplamiony kitel, a jego dotychczas nienagannie uczesana fryzura przeistoczyła się w burzę rozczochranych kłaków.
- Zastanawiające jak potrafisz się przemienić. Zawsze gdy widzę cię prowadzącego wykłady wydaje mi się, że lubisz tę robotę. - Franklin odłożył swój egzemplarz "100 panoramicznych".]
- Och nie, nie, nie, nie, nie. Nagromadzenie takiej ilości pozorantów, którzy pod pretekstem zgłębiania nauki chcą tylko kopulować i spożywać etanol przyprawia mnie o ciężką migrenę. - Teofil, bo tak było docentowi na imię, nadal mówił tonem bliskim hiterii. - Dość jednak pustych gadek, Igorze, pora brać się do pracy. Przyprowadź osobnika #01 i będziemy mogli kontynuować nasze badania.
- Na imię mam Franklin. - spokojnie odrzedł żółw, po czym wskazał na pustą klatkę stojącą w kącie pomieszczenia - Osobnik zero jeden, czy jak go tam zwiesz, jeszcze nie wrócił.
- Cooooooo? - zapiszczał Fiatt - Jak mam prowadzić badania bez głównego podmiotu? Tyle razy Ci mówiłem, żebyś zabezpieczył klatkę zawierającą osobnika w najlepszy możliwy sposób, a tu co? Osobnik ucieka kiedy tylko ma na to ochotę, a na wolności jego bezcenny organizm może doznać trwałego uszkodzenia! Co gorsze, bezcenny czas, który mógłbym przeznaczyć na poznanie tajemnicy antropomorfii znowu zostanie zmarnowany na poszukiwania po mieście tego okazu! Przypomnij mi, Igorze, jakim cudem jeszcze Cię nie wywaliłem z projektu.
- Na imię mam Franklin. Nie wywaliłeś mnie, bo nikt inny nie chciałby pracować nad twoimi iluzorycznymi projektami. Zresztą, czy ten osobnik jest tak ważny? Jest tu miejsce na wielu takich jak on, po prostu znajdź ich więcej...
- Nie, nie, nie, niemożliwe, aaaaaaach! Twój karłowaty intelekt nieustannie wpędza mnie w wątpliwości na temat zasadności twojego zatrudnienia na uczelni! Przecież wiesz, jak ważny jest to okaz! Możliwe, że na całym kontynencie jest jedynym stworzeniem dzięki któremu nasze badania mogą odnieść sukces, a Ty sugerujesz mi znalezienie zastępstwa? Surogat nie istnieje! Wychodzę szukać zguby, mam nadzieję, że znowu się będzie kręcił wśród kontenerów!
- Kup mi oranżadę po drodze. - Franklin pożegnał się ze swoim przełożonym, po czym wrócił do rozwiązywania krzyżówki.

***

- Dobra Majkel, szykuj się, musimy wychodzić. - po krótkich oporach powiedział Kokoszka

Powiadają, że pierwszym krokiem prowadzącym do przywiązania się do zwierzęcia jest nadanie mu imienia. Pomijając kwestię gatunku psowieka ten moment już nastąpił. Marek miał nie lada zagwozdkę jak zwracać się do niechcianego gościa. Dobre wychowanie, jakiego nauczyli go rodzice nie pozwalało mu się zwracać per "psie" do istoty, która biologicznie tak bardzo przypominała człowieka. Z kolei mówić per "pan" do kogoś, kto drapie się własną stopą za uchem wywoływało u studenta zdecydowany opór. Stanęło więc na Majkelu. Wybrał takie imię, gdyż przybłęda bardzo przypominał mu z wyglądu słynnego argentyńskiego piosenkarza, Kenny'ego "Majkela" Ketchuwalkie. Nawet nawyki mieli podobne, wokalista lubił łapać się za jądra na scenie, a nowy znajomy jak to pies, czyścić publicznie tamte miejsce. Imię zresztą było konieczne, aby zarejestrować Majkela na wizytę u lekarza. Kokoszka przez kilka chwil wahał się, czy zgłosić się do lekarza rodzinnego, czy weterynarza. Po wzięciu pod uwagę wszystkich niewygodnych pytań jakie wiązałyby się z wizytą u doktora dla istot inteligentnych, zdecydował się wybrać drugą opcję. Weterynarze w Mastodonii nie zadawali zbędnych pytań, po prostu robili co do nich należy, nawet jeśli chodziło o odzyskanie portfela z żołądka nienażartego zwierzaka. Wciąż jednak pozostawał problem nietypowego wyglądu pacjenta. Marek postanowił go upodobnić do psa za pomocą znalezionego w szafie futra i psich uszu, które zakupił na konwencie zodiakalnych bajek, który odbywał się w Ravenflow kilka lat temu. Gdy już przebrał Majkela w te rekwizyty przyjrzał się krytycznie swojemu dziełu.

- Może być. - rzekł krytycznym tonem - Wyglądasz jak jeden z tych pupilków bogatych dam. Gęste futro na torsie i pysk wygolony na łyso. Mogę podać się za służącego jednej takiej, czy coś...
- Hau! - z aprobatą odpowiedział Majkel
- Skoro się ze mną zgadzasz to możemy wychodzić. Naprzód, do weterynarza.

***

Ach, dobrze jest być kapłanem. Wikt, opiekunek, chłodne zacisze w świątyni. Chyba, że jesteś kapłanem Anaszpana. Oddanie się na służbę dla boga życia i antropomorfów wiązało się bowiem z wieloma wyrzeczeniami. Mimo to jego kapłani w oczach obserwatorów mogli uchodzić za najszczęśliwszych ludzi na świecie. Tak jak Kropak, z błogim uśmiechem wylegujący się na sporawym głazie i błyszczącym wzrokiem zerkający na rozciągające się na horyzoncie miasto Ravenflow.

Kończył właśnie śniadanie złożone z kubka wody i sporego kryształu soli. Misjonarze głoszący nauki boskiego Jeża mieli bardzo restrykcyjne diety zabraniające spożywania czegokolwiek, co było obdarzone życiem. Brak potrzebnych składników odżywczych nie odbijał się jednak na sylwetce kapłana. Wszakże był on antropomorficzną beczką, tak samo pękatą jak za czasów, gdy nie świadczył jeszcze posługi. Za jego dobrą formę jednak w równie wielkim stopniu odpowiadał niezrównany optymizm, z którym gorliwie niósł dobre słowo i uczynki w strzechy kolejnych domostw.

Wrzucił do ust ostatni kawałek kryształu, popił haustem wody po czym zeskoczył z kamienia. Ewangelizacja to nie był łatwy kawałek chleba, lecz jeśli w tym nieznanym dla niego miasteczku choć jedna osoba przyjmie nauki Anaszpana będzie to dla niego wystarczającą nagrodą.

***

Niektórzy twierdzą, że świat kręci się wokół Słońca. Inni, być może bardziej zacofani, powiedzieliby, że kręci się wokół planety Ziemia. Dla Bieszcza jednak kręcił się wokół duperek. Duperki! Czyż nie było na świecie czegoś wspanialszego niż ich krągłe kształty, miękkie pupy i jędrne piersi? Takie, jak u Anitki... Ach, ale jeszcze nie czas. Jeszcze nie czas. Dlatego więc Bieszczu przeszukiwał okolicę w poszukiwaniu substytutów. Od pożegnania z kumplem z uczelni jeździł tramwajem już dwie godziny, licząc na to że godna duperka przez kaprys przeznaczenia siądzie na przeciw niego. Płonne to był jednak nadzieje, gdyż poza nim w zdezelowanym pojeździe jechało jedynie dwóch śmierdzących moczem żuli, świadomie wykorzystując to, że tej linii nie sprawdzały kanary. Student nie poddawał się jednak, wciąż wyglądając za okno w poszukiwaniu miłości swojego życia na jedną noc.

Jego uwagę przykuło jednak coś zupełnie innego. Przebrany za psa pokraczny człowiek, ciągnięty przez swojego właściciela na smyczy. Pewnie zbyłby to machnięciem ręki, w końcu mało w Mastodonii wariatów? Jednakże żółta, hawajska koszula faceta ze smyczą w ręku dała mu do myślenia. Kobiece krągłości w jego mózgu ustąpiły miejsca twarzy kumpla. Marek?!? Ale jak to, dlaczego...

Tramwaj zatrzymał się gwałtownie na przystanku. Bieszczu instynktownie wystrzelił z pojazdu jak strzała i pobiegł w stronę, w którą kierowała się osobliwa para. Szybko, acz ostrożnie począł obserwować ich z ukrycia. Wiedział, że z Kokoszką jest coś nie tak. W końcu zawsze mu odmawiał towarzystwa w tramwajowych kursach. Ale żeby tak... Nie, to niemożliwe. Nie mógł jednak zaprzeczyć temu, co widziały jego oczy.

Poobserwuję go jeszcze trochę. Może wydarzy się coś... Cokolwiek co zada kłam jego przypuszczeniom. Ale z każdą minutą utwierdzał się w swoim przekonaniu coraz bardziej. Przekonaniu, że Marek zawsze miał w sobie coś z ryboludzia.

***

W pewnym wieku nawet najprostsze czynności stają się niewypowiedzianą przygodą. Wśród gastrologów jest to wiedza powszechna. Co tydzień wszak spoglądają na grupę tych samych staruszków, którzy przybyli na refundowany zabieg kolanoskopii. Bezzębni emeryci nie robią tego jednak z obawy o swoje zdrowie, wszak ich żołądki już dawno uodporniły się na przeterminowane konserwy. W poczekalni ośrodka mogą znaleźć ukojenie, słuchając słów podobnych sobie i zaspokajając potrzeby towarzyskie.

Placówka weterynaryjna doktora Krzepisława Rączki była miejscem podobnego rodzaju. Codziennie gromadka pulchnych pań zbierała się tutaj, aby pod pretekstem rutynowej kontroli zdrowia ich Okruszków i Kropelek wymieniać plotki. Tego dnia w poczekalni panowała jednak cisza. Cisza tak nienaturalna, że nawet zazwyczaj wyjątkowo rozdarte yorki bały się choćby pisnąć. Tylko ich niespokojne, nierówne oddechy dawały znać, że poczekalnia nie jest pusta.

Do uporządkowanego świata podstarzałych pań wdarł się intruz.

Marek wiedział, że nie jest tu mile widziany. Być może atmosfera byłaby inna, gdyby przyprowadził ze sobą zwierzątko niewielkie i puchate. Bynajmniej nie dało się tego powiedzieć o Majkelu w jego kuriozalnym przebraniu. Na wejściu próbował jeszcze powarkiwać na pieski, które uznał za swoich konkurentów. Lodowa aura tego miejsca udzieliła się jednak i jemu, a kolejny nerwowy oddech dołączył do budowania nerwowego napięcia.

Przez ścianę milczenia przebijały się nienaturalnie głośne odgłosy zegara, odmierzającego kolejne sekundy. Ile już tu siedzieli? Dając wiarę tarczy na ścianie byłaby to niemal godzina, ale Markowi zdawało się, że minęła cała wieczność. Gdy jednak niemal stracił całą nadzieję, drzwi do gabinetu weterynarza otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Puszysta kobieta, bliźniaczo podobna do jej koleżanek, ukłoniła się pośpiesznie i szybkimi krokami opuściła lokal. Zaraz za nią z pomieszczenia wyszedł postawny mężczyzna. Student mimowolnie pomyślał, że prędzej spodziewałby się zobaczyć kogoś takiego na zawodach kulturystycznych. Biały kitel i elegancka wizytówka nie pozostawiały jednak złudzeń. Stał przed nim doktor Rączka, właściciel kliniki.

Popatrzył w stronę nowych pacjentów. Jego twarz, niczym wyrzeźbiona z marmuru, zdawała się nie wyrażać absolutnie niczego. Jednak po chwili weterynarz przemówił niskim, tubalnym głosem.

- Panie Kokoszka, zapraszam do gabinetu.
- T-tak! - odparł Marek speszonym głosem.

Wstał i pociągnął Majkela za sobą, być może zbyt gwałtownie. Siedzący sztywno psowiek przewrócił się na posadzkę, strasząc siedzącego na niej yorka. Mały piesek z ujadaniem wskoczył na kolana swojej pańci. Marek począł przepraszać. Doktor Rączka zdawał się nie reagować na to przedstawienie. Być może, lecz tylko być może, jego głowa uniosła się o ułamek milimetra. Tego jednak poświadczyć nie mógł nikt.

***

Gabinet Krzepisława był dość ciasny i pomalowany w ciemnozielone barwy. Sprawiał dość klaustrofobiczne wrażenie, co tylko potęgowało nerwowość Marka.

- Jak wabi się pański pupil? - zapytał weterynarz, wciąż z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
- A... Majkel. - wyrzucił z siebie Kokoszka - Może nie reagować na imię, przygarnąłem go dopiero niedawno.
- W takim razie musimy mu założyć książeczkę.

Potężny mężczyzna sięgnął do biurka i wyjął zeń zwyczajnie wyglądający zeszyt. Załatwienie formalności trwało jeszcze kilka minut, po czym można było przystąpić do sedna problemu.

- Cóż dolega pańskiemu psu? - biorąc pod uwagę marny stan przebrania, lekarz był nadzwyczaj domyślny.
- Problemy żołądkowe. - ostrożnie zaczął student - Mimo, że karmię go prawidłowo ostatnio zdarza mu się pożerać najrozmaitsze rzeczy. Strasznie piszczy w nocy. Obawiam się, że coś musiało mu utknąć w żołądku.
- Ach tak? Mógłby Pan sprecyzować, co takiego zjadł?
- Ech... No dobra. Portfel mi zeżarł.
- Trzeba było tak od razu! - postawny weterynarz zerwał się z krzesła i podszedł do jednej z półek zawieszonych na przeciwległej ścianie - W takim razie proszę ściągnąć pieskowi spodnie.
- Hau... - zaskomlał Majkel widząc, jak doktor Rączka zakłada na swoje mocarne ramię gumową rękawicę

Kilkadziesiąt sekund i jeszcze więcej obolałych pisków później było już po wszystkim. Marek odzyskał swój portfel. Chociaż opłata za zabieg wyraźnie uszczupliła i tak skromne zasoby Kokoszki, lepsze było to niż stracić dorobek całego miesiąca w sokach trawiennych.

***

- No nie płacz już... - próbował uspokoić wyraźnie obruszonego Majkela jego nowy właściciel - Kupię Ci lody, albo karmę... No co wolisz.
- Łuf! - odparsknął Majkel. Był obrażony, ale propozycja łakoci poprawiła mu humor. Instynkt podpowiadał mu jednak, że może ugrać jeszcze więcej.
- Dobra, dwie paczki karmy i kaczuszkę do gryzienia!

Po wyjściu z przychodni pozostało im tylko powrócić do domu. Może to przez odzyskany portfel, ale w drodze powrotnej Marek był wyraźnie mniej spięty. Na tyle, że nawet mógł pozwolić sobie na szybki wypad do spożywczaka.

***

To wszystko było bardzo dziwne. Najpierw Marek zabrał ze sobą tego przebierańca do weterynarza... Tak, weterynarza. Już to widzę! Zapewne jakieś ukryte swing party. Co prawda takie imprezy wedle wyobrażeń Bieszcza powinny odbywać się w starych, nierzucających się w oczy kamienicach. Widział na własne oczy przecież, jak jego "kumplowi" humor się poprawił po wyjściu z tego przybytku. Zresztą sam wiedział, co się w takich sytuacjach kroi. Kiedyś w podejrzanym antykwariacie przeczytał książkę "The Star Hero Tyggarman", gdzie podobne bezeceństwa zostały szczegółowo opisane. Od tego momentu brzydził się wstrętnymi odmieńcami.

Splunął na chodnik i wrócił do obserwacji. Kokoszka przywiązał furasa do barierki, a sam wszedł do sklepu. Wyobraźnia podsuwała koneserowi duperek najcudaczniejsze wytłumaczenia obserwowanej sytuacji. Rzeczywistość jednakże wkrótce miała je przerosnąć.

***

Kilka godzin biegania po mieście mogło wykończyć nawet wysportowaną osobę. Dla wykładowcy, którego aktywność fizyczna ograniczała się do wysyłania studentów na poprawki, powinna być zabójcza. Docent jednak wciąż i wciąż krzesła w sobie nowe siły. Zapuszczając się coraz dalej od uniwersytetu szukał obiektu w coraz to dalszych zakamarkach. Przeklęte stworzenie, następnym razem wszczepię mu pod skórę nadajnik!

Nie spodziewał się, że swoją zgubę znajdzie pod sklepem osiedlowym. Najpierw przetarł oczy ze zdumienia, po czym przyspieszył kroku w stronę spożywczaka. Ktoś przebrał jego królika doświadczalnego w dziwne ciuszki i uwiązał go na smyczy? Z perspektywy czasu docent Fiatt będzie wspominał, że powinno to go zastanowić. Powinien spokojnie przeanalizować sytuację i na chłodno podjąć odpowiednie kroki. Teraz jednak o to nie dbał. Wyjął swój niezawodny scyzoryk i energicznymi ruchami noża próbował przeciąć pasek. Majkel kulił się i skomlał, ale naukowca to nie wzruszało. Był tak zaaferowany znalezieniem obiektu, że nie zauważył nawet wychodzącego ze sklepu własnego studenta.

- Panie Docencie? - spytał Marek z wyrazem głębokiego zdziwienia na twarzy
- Proszę zgłosić się do mnie w godzinach dyżuru, nie udzielam poprawek. - mechanicznie odparł Fiatt wciąż piłując smyczkę.
- Nie o to chodzi, co Pan do Alpa Aczino wyprawia?!?
- Nie widać? Odzyskuję obiekt badawczy. - docent spojrzał w górę - O... Pan Kokoszka. Proszę się nie interesować, to Pana w żadnym wypadku nie powinno obchodzić.
- Myślę, że jednak obchodzi.

Wiedziony instynktem, którego się u siebie nie spodziewał, Marek przeskoczył barierkę i złapał wykładowcę za nadgarstek. Fiatt syknął, bardziej z zaskoczenia, niż z bólu. Nie spodziewał się takiej reakcji studenta na to coś. Trochę peniał, ale postanowił twardo grać kozaka.

- Bardziej, niż promocja na następny rok? - odpowiedział, patrząc lodowatym wzrokiem prosto w oczy swojego studenta
- Tak! Znaczy się...

Marek poluzował uścisk. Korzystając z chwili zwątpienia swojego ucznia, docent zdecydowanym szarpnięciem wyrwał dłoń. Siła wystarczyła, aby zerwać nadciętą smycz. Majkel przewrócił się i zaskomlał.

- Słuszna decyzja, Panie Kokoszka. Tym razem nie wyciągnę żadnych konsekwencji. Następnym razem proszę się zastanowić, zanim podejmie Pan jakieś działania mogące zaważyć na całej pańskiej karierze.
- Ale... - oszołomiony groźbą wyrzucenia z uczelni Marek nie wiedział co powiedzieć - Nie zrobi mu Pan krzywdy, prawda?
- To już nie pański zasrany interes. I lepiej, żeby nie zadawał Pan więcej pytań, a na następnym wykładzie zachowywał się jak grzeczny chłopiec. Żegnam.

To powiedziawszy podniósł rękę, aby zatrzymać przejeżdżającą w dogodnym czasie taksówkę. Psowiek wciąż piszczał, próbując zapierać się wszystkimi siłami przed wciągnięciem do żółtego samochodu. Zdążył jeszcze spojrzeć się wielkimi oczami na Marka, zanim został wepchnięty do auta. Oczami, w których malowało się niezrozumienie i lęk. Student odwrócił głowę. Cała jego przyszłość od tego zależała. Zresztą, znał przecież to stworzenie jedynie od kilku godzin. Nie mógł się przywiązać, to było jedynie...

Złotówiarz odjechał z piskiem opon. Po kilkunastu sekundach taksówka zniknęła za zakrętem.

Marek odwrócił się i wyciągnął za samochodem. Przebiegł kilka kroków, lecz zaraz zatrzymał się na powrót. Złapał się za głowę i usiadł na chodniku. Czemu on to zrobił? Nawet jeśli nie zdążył się przywiązać do Majkela, zwyczajna ludzka przyzwoitość... Kogo on oszukiwał.

Niespodziewanie poczuł uścisk dłoni na swym ramieniu.

- Tego kwiatu to pół światu. - zza pleców rozpaczającego studenta rozległ się znajomy głos.

Marek odwrócił się. Stał za nim Bieszczu, próbując uformować twarz w coś, co przy dużej dozie dobrej woli można by było uznać za pocieszający uśmiech.

- Nie o to chodzi. - odpowiedział Kokoszka - Po prostu mam złe przeczucia.
- Niepotrzebnie. Niektórzy to lubią. Twój... Khem, przyjaciel, będzie szczęśliwszy z Fiattem.
- To nie był mój przyjaciel... - chciał zaprzeczyć Marek
- Nie kończ! - głos Bieszcza stał się twardszy - Nieważne co było między wami, nie możesz myśleć o nim w ten sposób!
- Nie znałem go długo.
- Może tak jest lepiej? Poboli tylko chwilę i przestanie.
- To nieludzkie zostawiać go docentowi.
- Jak na moje, to dobrze. Widocznie robili... To wystarczająco długo. Nie musisz się w to włączać!
- Nie chcę się w nic włączać, po prostu chcę go uratować.
- Myślisz, że pojedyncza przygoda daje Ci do tego prawo? - przez myśl Bieszczada przebiegło, że Marek chce się włączyć w jakiś chory trójkącik z własnym nauczycielem
- Nie nazwałbym tego przygodą. Jedyne, co go przeze mnie spotkało to ból odbytu.

Bieszczu zesztywniał. Domyślał się wszystkiego, ale te słowa nie pozostawiały nawet odrobinę wątpliwości.

- Ale wiesz co... Tak. Nieważne, jak długo się znamy, moje uczucia był szczere. - Marek otarł twarz rękawem, po czym się podniósł - Ja biegnę za tą taksówką. Ty dzwoń na policję. Fiattowi to wszystko nie ujdzie płazem!

To powiedziawszy wstał i zaczął biec, ile sił w nogach. Po kilku chwilach zniknął za tym samym zakrętem, w który skręciła taksówka.

Kiedy minął szok brutalnej prawdy, Bieszcz pojął do czego zmierzał jego przyjaciel. Widocznie sam wiedział, że to było złe. Chciał dobrowolnie oddać się w ręce policji w związku z plugawym przestępstwem, którego się dopuścił. Wciągnął głęboko powietrze. Donoszenie na własnego kumpla nie leżało w jego naturze, ale to wszystko dla jego dobra. Cały czas szukając wymówek doszedł do najbliższej budki telefonicznej, po czym wystukał 997.

- Halo, policja? Chciałbym zgłosić akt homoseksualizmu.

***

We wszystkich wyliczeniach, jakie przeprowadził w życiu docent Teofil Fiatt nigdy nie wyliczył, że ciągnięcie nieprzytomnej kreatury może być tak ciężkie. Prawie żałował, że pozwolił taksówkarzowi przekopać obiekt badawczy numer jeden. Prawie. Złotówiarz był prostym chłopem i, jak każdy przedstawiciel swojego zawodu, lubił proste przyjemności. Za to, że mógł sobie poużywać na stworzeniu zaoferował bardzo korzystny rabat. Dwadzieścia procent zniżki to nie w kaszę dmuchał! Co prawda, jeśli jechałby prosto w stronę uniwersytetu wyszłoby taniej nawet bez rabatu, ale kto by się tam przejmował takimi drobiazgami. To był człowiek czynu, jasno wiedzący czego chce! Teofil czuł sympatię do takich ludzi, w końcu sam był zdecydowany dowieść swych teorii bez względu na koszt. Nie przeszkodzi mu w tym nawet sam rektor, a co dopiero taka mamałyga jak ten studencina, Kokoszka...

Przeciągnął skomlącego Majkela przez oszklone drzwi na Wydział Środowiska. Ślepy stróż jedynie kiwnął głową, nie zadając wracającemu docentowi żadnych pytań. Wśród kadry było wszak sporo ekscentryków, szuranie czymś ciężkim po podłodze było jedną z najnormalniejszych rzeczy, jakie mógł robić wracający wieczorem na uczelnię wykładowca. Dociągnął psowieka do ukrytej windy, wcisnął przycisk w dół i zjechał.

Franklin siedział w tej samej pozycji, w której go zostawił. Miejsce krzyżówki zajął jednak stary komiks z serii "Dziobak Rupert". Żółw bardzo lubił ten komiks, chichrając się serdecznie po raz pięćdziesiąty do tego samego dowcipu. Usłyszawszy pyknięcie zwiastujące zjechanie windy nawet się nie odwrócił, tylko rzucił za siebie.

- To przywiozłeś mi tę oranżadę?
- Oranżadę, oranżadę. To wszystko na co stać twój niewielki rozumek, całkowity brak ambicji! - pod ziemią Fiatt mógł zrzucić krępującą go maskę porządnego obywatela i wczuć się w swoją ulubioną rolę szalonego naukowca - Zająłbyś się w końcu czymś ambitnym, jak przystało na kogoś, kogo łaskawie uczyniłem swoim asystentem. Na początek skonstruowałbyś jakąś broń, Igorze, bo zapasy które zostawił ten przeklęty goblin się kończą!
- Na imię mam Franklin. - odpowiedział żółw beznamiętnym tonem - Nie zapominaj, że wykładam tutaj lekcje WFu. Mogę Ci co najwyżej skakankę zrobić.
- Tak, oh taaaak. Porozwieszaj w przejściu mnóstwo skakanek. Może intruzi powieszą się po drodze i nie będą nam przeszkadzać. - ironizował Teofil - Wiesz co? Idź się przejść na salę gimnastyczną zobaczyć, czy cię tam nie ma. Ja chcę w końcu zabrać się ponownie za moje eksperymenty, BŁAHAHAHAHAHAH!
- Cokolwiek rozkażesz. - rzucił niedbale Franklin
- Ale weź przynieś jednak te skakanki...

Gdy adiunkt zniknął w windzie Fiatt mógł oddać się swoim eksperymentom. Na początek... Czemu by nie? Jakby tak podpiąć stwora pod kroplówkę z glejem i zobaczyć, czy stanie się przez to bardziej ludzki, czy bardziej antropomorficzny? Szykuje się pracowity wieczór.

***

Marek biegł. Nogi uginały się pod nim z wysiłku, mięśnie zaczynały odmawiać posłuszeństwa, stawy w kolanach skrzypiały ze zużycia. Całym ciałem czuł, jakby miał zaraz się rozlecieć. Nic w tym dziwnego, przebiegł w końcu już siedemset metrów. Jednakże ludzie, jako gatunek, potrafili przezwyciężać takie kryzysy samą siłą woli. Ludzie mają swoje cele, mają swoje ambicje, swoje ideały i za to walczą i umierają. Biegł więc dalej, nie wiedząc konkretnie gdzie. Ta kreatura, docent Fiatt, musi mieć gdzieś swoją kryjówkę. Prędzej czy później ją znajdzie, choćby miał przeszukać całą dzielnicę.

Z rozmyślań nad naturą ludzką wyrwał Marka głos silnika. Uniósł głowę. Wszędzie rozpoznałby ten warkot. Przedpotopowy model dizla, umiłowany przez wszystkich taksiarzy w Mastodonii. Istnieją plotki, że sam Manly Goldhunter wjechał na takiej maszynie do Trogonterii podczas wielkiej wojny. Cholerstwo było tak głośne, że w samochodach musiano montować szyby przeciwpancerne, aby nie popękały. Przede wszystkim zaś paliło jak smok, co pozwalało złotówom dyktować ogromne ceny za przejazdy. Marek spojrzał w stronę, z której dochodził dźwięk. Tak, miał rację. To był ten sam wóz, w który kilkadziesiąt minut temu wsiadł wykładowca. Czując jak wstępują w niego nowe siły przyśpieszył kroku. Takiej okazji nie mógł przegapić.

Taksiarz Bolo wracał zadowolony z kolejnej roboty. Nie dość, że skroił jakiegoś frajera na gruby hejs, to jeszcze mógł przekopać cudaka w fursuicie. Był tak rozanielony, że nawet nie zwracał specjalnej uwagi na drogę przed sobą. Gdyby nie to, pewnie zauważyłby biegnącego wprost na maskę jego trabanta studenta, który z błyskiem szaleństwa w oczach zdawał się w ogóle nie obawiać o własne życie. Zorientował się dopiero, gdy ten świr wskoczył mu na maskę. Co prawda pancerne szkło wytrzymało niewielki ciężar niedożywionego uczniaka, ale głuche plaśnięcie ciałą o szybę wyrwało Bola z transu.

- Co kurwa, chuju jebany, odpierdalasz? - krzyknął Bolo
- ... - Marek również krzyczał i uderzał pięściami w szybę. Pancerne szkło jednak nie zwykło przepuszczać dźwięku.

Złotówiarz stwierdził, że nie ma co tracić czasu na dzieciaka. Spróbuje zrzucić go na pobocze, żeby przestał zasłaniać mu drogę, po czym pojedzie dalej. Zaczął gwałtownie gwałtownie skręcać to w lewo, to w prawo. Jednak Marek ani myślał puścić samochodu. To tylko rozsierdziło Bola, który zaczął jechać slalomem coraz gwałtowniej. Nieliczni przechodnie zaczęli uciekać, patrząc jak pancerny trabant zaczyna wjeżdżać na chodniki. Kokoszka jednak nie dawał za wygraną. Trzymał się karoserii mocno, nawet gdy samochód uderzył w drzewo na uboczu. Potworny dizel warknął po raz ostatni, po czym wyzionął ducha. Taksówka została pokonana. Nie można było tego powiedzieć jednak o Bolu. Wąsaty taksówkarz, czerwony ze złości niczym piwonia, wysiadł z samochodu i rzucił się na studenta.

- Zapierdolę Cię mały kurwiu!

Starał się uderzyć Marka pięścią. Ten jednak całkiem przytomnie wykonał unik i przeturlał się na drugą stronę samochodu. Czego nie zdołało dokonać wątłe ciało studenta, udało się pięści dobrze odżywionego taksówkarza. Pancerne szkło pękło z trzaskiem, raniąc dłoń taksówkarza.

- Gadaj, gdzie zawiozłeś Majkela! - rzucił w kierunku taksówkarza Marek.

Bolo jednak już go nie słyszał. To pasmo poniżeń wyprowadziło go z równowagi na tyle, że stracił kontakt ze światem rzeczywistym. Był jedynie kipiącą kulą gniewu mającą jeden jedyny cel. Trzeba zniszczyć tego frajera. Niczym rozsierdzona bestia rzucił się z pięściami na przeciwnika. Jednak jeżeli Marek miał jakiś talent, był to jego ponadprzeciętny refleks. Zręcznie unikał wielkich jak głazy pięści Bola, ze świadomością że ociera się o utratę życia. Zaczynał już się żałować swojego nieprzemyślanego skoku na taksówkę. Ucieczka wydawała się nadzwyczaj trudna.

Nagle zza pleców gniewnego kierowcy rozległ się głos, nadzwyczaj głęboki i spokojny.

- Ukojenie.

Momentalnie krew odpłynęła z oczu Bola. Rozsierdzony człowiek, pozbawiony calej adrenaliny, zachwiał się niezgrabnie, po czym upadł mdlejąc. Marek spojrzał nad zemdlone cielsko taksiarza. Stał tam antropomorf w prostych, białych szatach. Popatrzył się na studenta spokojnymi, błękitnymi oczami osadzonymi na drewnianej pokrywie swojej beczkowatej postaci, po czym spytał.

- Nic Ci się nie stało, Ty, który posiadłeś cud życia?
- Nie... Chyba. Mam nadzieję. - odpowiedział Marek podnosząc się z chodnika - Dziękuję.
- Ależ nie ma sprawy. Życie jest zbyt cennym darem bym mógł patrzeć, jak umiłowane dziecko Anaszpana chce go odebrać swojemu bratu.
- Czy to nie antropomorfy są umiłowanymi dziećmi Anaszpana? - wypaplał Kokoszka zanim zdążył ugryźć się w język
- Nie tylko, drogie dziecko, nie tylko. - odparł Kropak uśmiechając się - To prawda, że Świetlisty Jeż stworzył tylko nas, antropomorfy. Jednakże traktuje on wszystkie żywe istoty jak własne dzieci i obdarza swą nieskończoną miłością także Ciebie, czy leżącego tutaj na chodniku zbłąkanego syna.
- Dziękuję raz jeszcze, eee... Proszę księdza. Muszę jednak lecieć. Mój przyjaciel jest w niebezpieczeństwie.
- Czy to dlatego naraziłeś swoje własne życie? Aby ratować inną istotę?
- Tak.
- Pozwól mi więc pomóc Ci raz jeszcze.

To powiedziawszy kapłan usiadł spokojnie na chodniku i rozpoczął medytację. Marek słuchał cierpliwie typowej dla tej czynności ekspresji "ommmmmmmm". Ten facet zdecydowanie miał nadprzyrodzone zdolności, udowodnił to usypiając tego wściekłego taksówkarza. Magia? W każdym razie najlepiej było się zdać na pana beczkę.

Po kilku minutach Kropak wstał. Bez słowa podszedł do rozbitej taksówki, wyrwał kasę fiskalną i pierdyknął nią o ziemię. Studenta zamurowało. Kapłan zignorował rozsypujący się po asfalcie bilon i latające na jesiennym wietrze banknoty. Szukał czegoś innego. Po chwili wrócił do Marka trzymając w ręku paragon.

- Tu jest wszystko napisane, moje dziecko. - rzekł tym samym, spokojnym tomem - Zbłąkany syn ostatnią podróż wykonał pod Uniwersytet Ogólnokształcący. Śpiesz się więc, gdyż twój przyjaciel zaprawdę czeka na Ciebie.
- Eee... Dzięki.

Marek już miał zerwać się do biegu, lecz po kilku kroków odwrócił się w stronę swojego wybawcy.

- Nie pójdzie ksiądz ze mną, proszę księdza? Książa umiejętności mogłyby się przydać.
- Chętnie bym podążył za Tobą, ale muszę pozostać przy zbłąkanym synu. Jako ewangelizator muszę spróbować nawrócić to dziecko z jego drogi zła i występku. Gdy się obudzi, jestem pewien że uda mi się odnaleźć dobro w jego sercu.
- No jak ksiądz uważa. Dziękuję raz jeszcze bardzo serdecznie, muszę lecieć!

***

Po kilkunastu minutach był już na terenie kampusu. Myśląc o tej sprawie w drodze zdecydował, że swoje poszukiwania rozpocznie od wydziału środowiska. Wszak nigdy nie widział Fiatta zapuszczającego się w nieznane rejony uczelni, a rodzima katedra miała wszelkie niezbędne narzędzia, by zrobić Majkelowi krzywdę. Nie zatrzymując się więc wbiegł w wejście odpowiedniego budynku. Tylko po to, aby uderzyć czołem w pleksiglasową szybę drzwi automatycznych. Marek pogłaskał się po świeżym guzie. Te drzwi powinny być otwarte, zawsze były. Rozmyślania przerwał mu głos, w którym widocznie było słychać lata mówiącego.

- Kimże jesteś Ty, który chcesz wtargnąć na ten wydział?

Należał on do ślepego stróża tej placówki, znanego studentom placówki jako Pan Jan. Był to miły staruszek, widocznie chcący dorobić sobie do emerytury. Zawsze dawał studentom cukierki i głaskał ich po główkach. Kokoszce krajało się serce, że musi go oszukać. Okoliczności jednak nie pozostawiały mu wyboru.

- Ja z dostawą. Docent Teofil Fiatt zamówił pewne specyfiki chemiczne, które miały być dostarczone na tę godzinę.
- Łżesz! - odkrzyknął cieć tonem, którego Marek się po nim nie spodziewał - Myślisz, ze nie poznałem twoich kroków? Jesteś na tej uczelni studentem. Po coś tu przylazł i jak chcesz zaszkodzić docentowi Fiattowi?
- Nie chcę mu zaszkodzić w żaden sposób! - Marek, zszokowany taką reakcją, próbował kontynuować swoje kłamstwo - Ja naprawdę jestem jedynie kurierem. Miałem dostarczyć na uczelnię diwodorek tlenu i takie tam.
- Nazywam się Johnson's Daddy! - stróż podniósł głos jeszcze bardziej - Byłem najlepszym rewolwerowcem w całych Martwych Iglicach i jak żyję, zawsze swoją robotę wykonywałem. A moją robotą nie wpuszczać intruzów na teren wydziału teraz jest. Panie Kokoszka. Tak, takiej miny nie rób Pan. Znam wszystkich studentów kroków styl. Dzisiaj Pana nie powinno tu być. Ostrzegam, oddalić się proszę i wrócić jutro na ósmą trzydzieści, gdy wykład z WDŻ-tu rozpocznie się.
- Dobrze, przyznaję się! Próbowałem Pana oszukać, ale miałem powody! Docent Fiatt właśnie w tym momencie może kroić mojego przyjaciela na plasterki i...
- Nie wzrusza mnie to.

Rewolwerowiec znany jako Pan Jan wyciągnął swój służbowy pistolet i skierował w stronę ucznia.

- Daję Ci ostatnią szansę, Kokoszka. Wycofaj się, albo Cię zabić będę zmuszon.
- Wolę zginąć, niż opuścić Majkela w potrzebie. - odparł Marek uśmiechając się półgębkiem na widok tego, co robił Daddy.
- Jak sobie życzysz.

Pan Jan nacisnął spust. Rozległ się huk wystrzału. Jak w zwolnionym tempie kula opuściła lufę i poszybowała w stronę czoła. Nie przebiła jednak czaszki, gdyż był to gumowy pocisk, stanowiący typowe wyposażenie ochroniarzy z firmy "Raelag". Siła była jednak wystarczająca, aby ogłuszyć trafionego. W tym wypadku był to Johnson's Daddy, który trzymał własną broń lufą skierowaną w swoją stronę. Staruszek zatoczył koło, po czym padł zemdlony na chodnik. Można w tym zauważyć pewną prawidłowość.

Marek przeskoczył nad unieruchomionym ciałem i wbiegł na teren wydziału przez otwarte drzwi stróżówki. Na odchodne rzucił tylko do nieprzytomnego dziadka.

- Panie Janie, może to już czas przejść na emeryturę?

***

Żółtawy płyn powoli sączył się z kroplówki. Obiekt badawczy nie wykazywał żadnych oznak niczego niezwykłego. Fiatt wykonał już wszystkie niezbędne pomiary i teraz, zajadając pozostawione przez Franklina chipsy, był rozdarty. Z jednej strony nie chciał przegapić żadnych anomalii, które mogłyby nastąpić w ciele jego świni gwinejskiej. Z drugiej strony zaś był z natury porywczy i niecierpliwy. Komiks z dziobakiem kusił uderzającym w nozdrza zapachem farby drukarskiej. Może by tak zerknąć? Przecież zawsze może obserwować efekty eksperymentu jednym okiem, a drugim czytać o kolejnych przygodach Ruperta i jego najbiedniejszego wujaszka na świecie. Z drugiej strony nie powinien, nikt nie zna dnia ani godziny, etcetera...

Pogrążony w swoim dylemacie docent nie zauważył, że z ciałem Majkela w końcu zaczęło się coś dziać.

***

Echo kroków niosło się po korytarzach opustoszałego wydziału. W patio budynku tłok i tak był rzadko spotykany, ale kompletna pustka robiła wrażenie. Zwłaszcza w magentowych promieniach zachodzącego słońca. Markowi nie ułatwiało to jednak zadania. Prawdę powiedziawszy nie miał najmniejszego pomysłu, gdzie mógłby się ukrywać niegodziwy docent. Zwiedził już wszystkie korytarze, bezskutecznie. Sprawdzał więc sala po sali wszystkie pomieszczenia, jednak każde z nich było puste. Nieopatrzne słowa ciecia nie pozostawiały jednak wątpliwości - Fiatt był w środku budynku. Pozostawała jedynie kwestia jak go znaleźć.

Grobową ciszę przerwał odgłos spuszczanej wody. Kokoszka odwrócił się w stronę niedalekich drzwi do ubikacji. Czyżby to był docent? Nie było sensu przyśpieszać spotkania. Zaraz i tak wyjdzie, a każda chwila w WC dłużej to również chwila spokoju dla Majkela.

Bo chyba nie zabrał ze sobą psowieka do toalety, co nie?

Drzwi do ubikacji uchyliły się z głośnym skrzypnięciem. Z toalety wyszedł słusznych rozmiarów zielony antropomorf. Marek zmrużył oczy, kojarzył tę sylwetkę z widzenia. O ile dobrze pamiętał był to...

- Doktorze Franklin! - zawołał podbiegając do żółwia - Z nieba mi doktor spada!
- Tak wysoko nigdy się nie zapuszczałem - odparł wuefista swym zwyczajnym, flegmatycznym tonem - Ale miło słyszeć, że niektórzy pamiętają jeszcze jak się nazywam. W czym ci pomóc?
- Czy wie doktor gdzie mogę znaleźć docenta Fiatta?
- Och? Czego to pierwszoroczny student potrzebuje od naszego docenta o ósmej wieczorem?
- Muszę skonsultować z nim, yyyy, szczegóły projektu.
- Na samym początku roku szkolnego? Twoja historia jest grubymi nićmi szyta.
- Ech. No dobra, powiem w takim razie prawdę i tylko prawdę. Docent porwał jednego z moich przyjaciół. Tak wiem... To brzmi jeszcze bardziej podejrzanie.
- Masz rację. - żółw uśmiechnął się - Jednak wykładam na tym Uniwersytecie już tyle lat, że niejedno zdarzyło mi się widzieć. W tym docenta Fiatta dzisiejszego wieczoru.
- Naprawdę? - głos Marka stał się żywszy - Gdzie mogę go znaleźć.
- To zależy. Może być tu, może być tam...
- Panie doktorze...
- Naprawdę młody, dam Ci pewną radę. Jeżeli chcesz coś od kogoś dostać, to powinieneś pierwszy zaoferować prezent ze swojej strony.
- Sugeruje doktor łapówkę?
- Sugeruję równowartą wymianę.

Na czoło studenta wstąpił pot kroplisty. Przeszukał naprędce kieszenie swojej bluzy. Znalazł tam jedynie prezenty, które kupił dla Majkela. Cholera, naprawdę nie miał przy sobie nic wartościowego.

- Mam jedynie dwie saszetki karmy dla psów i gumową kaczuszkę. - odparł markotnie - Mam jeszcze odrobinę pieniędzy w portfelu, jeśli to doktora zadowoli...
- Nie trzeba. - niespodziewanie zaśmiał się Franklin - Pokaż no tę "kaczuszkę".
- Kaczuszkę? Naprawdę? - student podał zabawkę antropomordicznemu żółwiowi
- Handlarz z Ciebie jak z koziej dupy trąba! Mogłeś mi to zareklamować jako rzadką, kolekcjonerską figurkę dziobaka Ruperta. Limitowana edycja, dostępnych jest tylko trzydzieści w całej Mastodonii! Ciapa jesteś i tyle! - Franklin zaniósł się śmiechem - Miałem co do Ciebie większe nadzieje, Marek.

Żółw odszedł kilka kroków pozostawiając ogłupionego Marka na środku korytarza. Odwrócił się jednak do studenta i rzucił niedbale.

- Koniec korytarza B na parterze, za boazerią ukryta jest winda. Tylko się pośpiesz, nie wiadomo co ten świr może zrobić twojemu przyjacielowi.
- Dz... Dziękuję!

Franklin powiódł wzrokiem za biegnącym studentem. Podrzucił zabawkę, po czym skierował się do wyjścia. To był pracowity dzień, ale nareszcie dobiegał końca. Jeszcze tylko złożyć raport rektorowi i można zwijać się na chatę.

***

Winda powoli zjeżdżała w dół. Może było to spowodowane poczuciem winy, a może lękiem przed konfrontacją z docentem, jednakże Marek w końcu zaczął odczuwać skutki zdenerwowania na całym ciele. Mięśnie zaczęły go mrowić, nawet najmniejszy ruch wymagał ogromnej siły woli. Co ujrzy, gdy zjedzie na sam dół. Ledwie dychającego Majkela przypiętego do leżanki? Może będzie już za późno? Wyobraźnia podsuwała coraz to bardziej makabryczne obrazy. Lekkie szarpnięcie dało znać, że winda dotarła do celu. Drzwi otworzyły się, nie było już odwrotu. Błysk jarzeniówek dobrze oświetlonego pomieszczenia chwilowo oślepił studenta. Zmrużył oczy, aby przyzwyczaić się do światła.

Marek wyobrażał sobie wiele scenariuszy, w których zastanie Majkela. Żaden jednak nie przygotował go na to, co ujrzał.

Rozpoznał porwanego jedynie po strzępkach kostiumu psa zwisających z jego sylwetki. Ciało Majkela pulsowało niestabilnie. Jego ramiona były nienaturalnie wydłużone, a masa mięśniowa kilkukrotnie większa, niż zapamiętał. Można by powiedzieć, że sylwetka Majkela przypominałą orangutana, gdyby nie wielkie jak talerze perkusyjne dłonie. W jednej z nich trzymał widocznie przerażonego Fiatta, którym wywijał jak grzechotką. Ryczał przy tym tak głośno, że Marek musiał krzyknąć aby zwrócić jego uwagę.

- Majkel!

Małpsolud zastygł bez ruchu, po czym odwrócił się. Spojrzał się prosto w oczy Kokoszki swoimi, w których pod warstwą niepoczytalności można było wyczytać strach, zdezorientowanie, ale i... Nadzieję? Mimo potwornej formy przyjaciela Marek spróbował do niego podejść.

- No już, nie ma się czego bać... Wracajmy do domu.
- Ughy...

Student wyciągnął dłoń w stronę swojego psa (czy też człowieka). Majkel zrobił to samo. Za chwilę jednak rzucił wciąż trzymanym w łapie Teofilem Fiattem o ścianę, po czym spróbował jeszcze raz.

- Co on ci zrobił...
- Ahrfu.
- Spokojnie, nie ma się czego bać. Zabiorę Cię z powrotem do weterynarza, na pewno coś wymyśli.

W tym momencie przez ciało porwanego przeszedł spazm. Rzucił się na podłogę, łapiąc się za głowę i wyjąc wniebogłosy. Sylwetka ofiary eksperymentu zaczęła falować, jakby w środku gotowała się woda. Po chwili zupełnie zmieniła kształt. Na podłodze w miejscu Majkela stał teraz makabryczny taboret, z wykrzywioną twarzą w miejscu siedzenia. Nie trwało to jednak długo, po kilku sekundach kształt zmienił się na sylwetkę bawołą. Po chwili przybrał postać strusia emu. Marek spróbował objąć przyjaciela, licząc na to że ten gest przywróci mu zmysły. Majkel jednak wyrwał się i, wciąż zmieniając kształty, wbiegł do windy. Student próbował biec za nim, jednakże nie zdążył. Winda pojechałą na górę. Uderzył w zamknięte drzwi, po czym krzyknął w powietrze.

- AAAAAAAAAAAAAAAAA! Zawiodłem!
- Ja za to... Khe, khe, khe... Odniosłem sukces!

Docent powoli wstawał z kolan niczym Polska Kaczyńskiego. Kaszlał okrutnie. Świeża kałuża pod jego podbródkiem świadczyła, że właśnie zwymiotował. Jednak na jego twarzy widać było wyraz tryumfu.

- Wiedziałem! Wiedziałem, że to nie jest zwykły człowiek...

Przez czaszkę studenta przebiegł impuls. Szybkimi susami rzucił się w stronę zwariowanego docenta, po czym przycisnął go do ściany.

- Gadaj skurwielu, co zrobiłeś Majkelowi!
- Khe, khe... Nic takiego, po prostu podałem mu glej, khe, khe... Prowadzono już eksperymenty z wstrzykiwaniem tej substancji ludziom, jednak... Khe, khe... Coś podobnego nigdy nie wystąpiło...

Dźwięk dzwoneczka oznajmił, że winda wróciła na poziom ukrytego laboratorium.

- Policzymy się później, skurwysynu.
- Jesteś tego pewien, Panie Kokoszka? Jeśli to odszczekasz, to może będziesz miał jeszcze jakieś szanse zdania na kolejny rok... Khe... Nie prędzej jak na drugim warunku, ale jednak.
- Wiesz co? Mam to w dupie.

Ułożył dłoń w pięść, po czym uderzył prosto w szczękę docenta. Marek nigdy nie był zbyt dobry w walkach, więc nieudolny cios zapewne bolał go bardziej niż Fiatta. Liczył się jednak gest. Rzucił ciało naukowca na ziemię, po czym pobiegł do windy.

Leżąc w kałuży własnych wymiocin Teofil śmiał się spazmatycznie. Nie spodziewał się takiej reakcji po tym wymoczku, adrenalina potrafi czynić cuda. Jednak to nie czas na takie przemyślenia, eksperyment nie jest jeszcze skończony. Musi się tylko doczołgać do schowka z rzeczami tego przeklętego goblina...

***

Marek wybiegł z windy niczym strzała. Korytarz wyglądał jakby przeszło po nim tornado. Ławki były połamane, donice wywrócone. Mknąc kortyarzem rozglądał się, dokąd mogła prowadzić go ta ścieżka destrukcji. Zniszczenia ciągnęły się wzdłuż przejścia prowadzącego do sali gimnastycznej. Nie myśląc wiele, nasz bohater skierował swe kroki w tamtą stronę.

Drzwi na halę były wyważone. Krzyki Majkela było słychać nawet na korytarzu. Marek wbiegł do środka. Zbieg miotał się na środku sali, nadal nie mogąc otrząsnąć się z przerażenia. Jego ciało przybrało teraz kształt ogromnej ośmiornicy. Bez ścian hamujących gwałtowny rozrost, masa mięśniowa nie przestawała się powiększać.

- Majkel! - krzyknął student

Zdeformowany psowiek odwrócił się w jego stronę, wyciągając mackę. Jednakże nie mogąc zapanować nad swym niestabilnym ciałem uderzył nią w swojego właściciela. Siłą była tak wielka, że wyrzuciła Marka w powietrze. Student uderzył plecami w ścianę, rozległo się nieprzyjemne chrupnięcie. Mimo to podniósł się na rękach, starając się mówić najspokojniej, jak tylko potrafił.

- Już dobrze... Zobaczysz, wyciągnę Cię jakoś z tego.

Ciałem Majkela targnął kolejny spazm, po czym zaczął po raz kolejny zmieniać postać. Masa mięśniowa poczęła się kurczyć, wracając do swoich pierwotnych rozmiarów. Ciało nadal niepokojąco pulsowało, lecz wróciło do kształtu sprzed wstrzyknięcia gleju. Majkel powlókł się do swojego leżącego właściciela, po czym wepchnął głowę pod jego rękę.

- Hau...
- Już dobrze. Wracajmy, do domu.
- Aczkolwiek nie sądzę!

Zza rozwalonych drzwi wybiegł docent Fiatt. W rękach trzymał coś, co z grubsza przypominało ogromny pistolet na wodę. Poruszał umocowaną pod lufą pompką w górę i w dół, z zapałem godnym lepszej sprawy.

- Widzę, że glej przestał działać. Nic nie szkodzi, mam pod ręką mnóstwo tego gówna. Tak więc, zobaczymy co się wydarzy!

To powiedziawszy skierował lufę swojego karabinu w stronę leżących, po czym wystrzelił. Strumień żółtawej cieczy poszybował ku nim z siłą o wiele większą, niż można było się tego spodziewać po plastikowej zabawce. Obaj zamknęli oczy.

***

Kilkaset metrów dalej, w gabinecie rektora, niewielka szczurza łapka pstryknęła palcami.

- DEUS EX MACHINA!

***

Obaj otworzyli oczy, gdy poczuli lekkie szarpnięcie. Po chwili dezorientacji dotarło do nich, że jakimś cudem zmienili się miejscami z nikczemnym docentem. W tej samej chwili, niczym na komendę, obejrzeli się w stronę gdzie jeszcze przed chwilą leżeli obezwładnieni. Fiatt stał tam, jeszcze bardziej zaskoczony. Strumień gleju pod ciśnieniem trafił go prosto w otwarte w wyrazie zdziwienia usta. Zaczął się krztusić i parskać, po czym padł na parkiet. Glej co prawda nie był trujący dla ludzi, ale przyjęcie takiej dawki płynów ustrojowych na raz dobiło już i tak wycieńczony organizm. Teofil prychał i kaszlał próbując zwymiotować lepką ciecz, ale opróżniony niedawno żołądek wcale w tym nie pomagał. Po kilkunastu sekundach odgłosy ucichły, a wycieńczony docent padł na podłogę.

Marek przemknęła myśl, aby sprawdzić, czy jego adwersarz żyje. Po chwili wahania zdecydował jednak, że jego głupia ciekawość może doprowadzić do kolejnych kłopotów. Przeszli dzisiaj już wystarczająco wiele. Niespodziewanie cucący się Fiatt, który złapałby go za rękę która sprawdzał tętno… To było ostatnie, czego w tym momencie potrzebował. Zamiast tego pozwolił oprzeć się o swoje ramię równie wykończonemu Majkelowi, po czym powoli ruszył do wyjścia.

Ten zdecydowanie zbyt ciężki dzień zmierzał właśnie ku końcowi.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2019 20:27 przez Orzi. Powód: Poprawiona ortografia)
14.09.2019 20:22
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Orzi Offline
Yuusha
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,813
Dołączył: 11.05.2011
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 10%
Post: #184
RE: Story Cubes: Mastodonia - Układamy historię (hard)
***

Wyczucie czasu policji było aż nazbyt perfekcyjne. Marek i Majkel ledwie przeszli obok wciąż leżącego na chodniku Daddy'ego, gdy pod wydział środowiska zjechały się radiowozy. Pięć policyjnych kogutów ustawiających się w równe półkole wyglądało imponująco. Głównie dlatego, że półmrok maskował fatalny stan radiowozów. Gliniarze wyskoczyli z wozów, po czym wycelowali swoimi pistoletami w mężczyzn. Niczym na jakimś tandetnym, argentyńskim filmie. Na czym najprawdopodobniej wzorowali swoją procedurę przy podobnych akcjach.

- Stać! Zgłoszona do nas poważne przestępstwo naruszenia moralności publicznej!
- Naprawdę? Co znowu...

Marek załamał ręce, nieświadomie upuszczając swojego nowego przyjaciela na beton. Miał już serdecznie dość wszystkiego, a niespodziankom zdawało się nie mieć końca.

- MILCZEĆ! Macie prawo zachować milczenie, przestępcy! - rzekł jeden z gliniarzy
- Cokolwiek nie zamilczycie może być użyte przeciwko wam! - zawtórował mu jego czarnoskóry kolega
- Właśnie, gałgany. Przyłapaliśmy was na gorącym, tfu, uczynku!
- Panie władzo, przecież niczego nie zrobiliśmy. - odparł resztkami sił Marek, to było już stanowczo za dużo.
- Powiedziałem MILCZEĆ! Przecież widzimy, jak się obłapiacie!
- CO?
- Panowie, Panowie. Widocznie zaszła pomyłka. - do konwersacji włączył się kolejny głos.

Policjanci odwrócili się za siebie. Z mroku wyłonił się Franklin, popisując się jeszcze lepszym wyczuciem chwili niż funkcjonariusze.

- Stój, w imieniu prawa! - pierwszy gliniarz, będące najwidoczniej liderem grupy, skierował swoją broń w stronę żółwia
- Wszystko, co ci stanie, może być użyte przeciwko tobie! - dodał murzyn
- Och, naprawdę? - odparł kpiąco wuefista - To tak traktujecie wysłannika samego rektora Deus Ex Machiny?

Odwracając typowe w takich historiach role, zamachał domniemanemu liderowi przed twarzą pieczęcią rektorską. Gliniarze spojrzeli się po sobie, po czym zaczęli powoli opuszczać broń.

- Przepraszamy bardzo. Dostaliśmy anonimowe zgłoszenie, że osoby z tej uczelni są podejrzane o akt homoseksualizmu.
- To w ogóle jest karalne? - głos Franklina wyrażał zdziwienie - W każdym razie zaszła pomyłka, jak już mówiłem.
- Tak?
- Zgłoszenie dotyczyło "Hmmmm, no, kanibalizmu", nie homoseksualizmu. Zresztą, poświećcie na tych dwóch młodzieńców.

Funkcjonariusze skierowali z powrotem swoje latarki na Marka i Majkela. Ci zmrużyli oczy przed rażącymi snopami światła, ale nie wykonali żadnych innych ruchów.

- Kojarzycie tego golasa co wisi na ramieniu naszego studenta, prawda?
- Emm, no tak. - dowódca się zmieszał - To lokalny bezdomny. Świr zachowujący się jak pies. Ludzie czasem go zgłaszali za wycie po nocach, ale nic większego nie przeskrobał.
- Aż do dzisiaj! - afromastodończyk skierował swoją pukawkę na powrót w Majkela - Przecież widać, że narusza publiczną obyczajność!
- Hauu...
- Przede wszystkim to teren prywatny. - wciął się wyraźnie podirytowany Franklin - Poza tym, to nieporozumienie. Do takiego stanu doprowadził go zdeprawowany pracownik naszej uczelni. Ten kanibal, o którym mówiłem.
- Dokładnie! - Kokoszka uznał, że to dobry moment aby włączyć się do konwersacji - Ja tu tylko przyszedłem uratować mojego psa. A tu nie dość, że brak pomocy w tej kwestii, to jeszcze MNIE podejrzewacie o jakieś... Bezeceństwa!
- Więc ten kanibal...
- Leży nieprzytomny na sali gimnastycznej. Naszemu studentowi udało się go obezwładnić. W jego organiźmie wciąż powinniście móc znaleźć resztki antropomorfów. Proszę za mną, zaprowadzę was na miejsce.

Franklin skierował się ku drzwiom, za nim zaś poczęli posuwać się funkcjonariusze. Gdy przechodził obok Marka, klepnął go w plecy i powiedział półgębkiem.

- Uczysz się, młody.
- Dzięki, panie psorze.
- Jeszcze nie psorze.

Marek odprowadził wzrokiem znikających w drzwiach wydziału ludzi. Odetchnął głęboko, po czym powoli zaczął się wlec do mieszkania. Jeżeli na coś zasłużył, to na długi sen we własnym łóżku.

**

Rozum by mówił, że jeśli pierwszym co zobaczysz po przebudzeniu są kraty aresztu, to powinieneś jakoś zareagować. Czy to strachem, czy zdziwieniem, czy po prostu próbować uszczypnąć się w policzek i obudzić z tego koszmaru. Teofil Fiatt, widząc metalowe pręty, po prostu położył się spać dalej. Był obolały i zmęczony, ale szczęśliwy. Odniósł sukces! Co prawda nie wiedział, co oznaczała zmiennokształtność obiektu, ale zbliżała go coraz bliżej do prawdy o antropomorfach. Gdy tylko wstanie i wróci do swoich badań na pewno...

Jak to za kratami?

Podniósł się i jak oparzony podleciał do prętów. Dopiero teraz zorientował się, gdzie się znajduje. Ale jak do tego doszło? Przecież nikt nie miał prawa dowiedzieć się o jego badaniach. Złapał w ręce zimną stal i zaczął drzeć się przez kraty jak opętany.

- Wypuśćcie mnie, chuje!
- Nic to nie ta, boże dziecię. - usłyszał głos zza pleców - Wybiła północ, wszyscy stróże poszli już do domów.

Docent odwrócił głowę. Na pryczy pod ścianą siedział antropomorficzny becz. Gdyby nie podarte szaty i podbite oko, wyglądałby wręcz na szczęśliwego. Nie mógł jednak wiedzieć, że misjonarz Kropak został tak urządzony przez znanego mu taksówkarza. Patrząc na to, że Bolo po ocknięciu zastał uśmiechniętego księdza z rozwaloną kasą fiskalną w ręku, stan antropomorfa był aż zbyt dobry.

- Czy w tym antyludzkim państwie cokolwiek działa jak trzeba? - kontynuował swój krzyk docent, tym razem w stronę współwięźnia - Nawet psa nie ma, aby mu powiedzieć, że jestem niewinny.
- Cierpliwości, strażnicy wrócą nad ranem. Na razie dziękujmy Anaszpanu, że jesteś cały i zdrowy?
- Tak? A co to Cię obchodzi?
- Obchodzi mnie los wszystkich zywych istot, jako skromnego sługi Świetlistego Jeża. Rad jestem, że mimo wszystkich ran dar życia nie został tobie odebrany.
- O nie, klecha. - odparł Teofil po chwili, krzywiąc się - Nie dość, że mnie zapuszkowali, to jeszcze z takim antynaukowym ćwokiem.
- Wiarę jak najbardziej można pogodzić z nauką. - kontynuował niezniechęcony Kropak - Czasem nawet pozwala znaleźć Wam, naukowcom, odpowiedzi. Powiedz mi synu, czego pragniesz się dowiedzieć?
- Nie twój zasrany interes.
- Pozwól więc, że zacznę od stworzenia przez Anaszpana stworzeń antropomorficznych.

W ten oto sposób rozpoczął się proces ewangelizacji Fiatta. Proces długi i bolesny, przez ucho dokonany. Długie tygodnie spędzone w celi z beczką miały wpłynąć zaiste zbawiennie na ambitnego doktora, który nauczywszy się dogmatów wiary miał zaprzestać eksperymentów na ludziach.

Ale to już materiał na inną opowieść.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2019 20:29 przez Orzi.)
14.09.2019 20:28
Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama