Aktualny czas: 22.09.2017, 04:38 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Nabór na adminów.
Potrzebni mi są ludzie, którzy mogą mi prowadzić nakamę:) Więcej informacji -> Tutaj <-
Odpowiedz 
[T][HP] Saga poświęcenia
Autor Wiadomość
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
[T][HP] Saga poświęcenia
Oryginalny tytuł: Sacrificing Arc I - Saving Connor
Autorka: Lightning on the Wave
Komentarz autorki: (Pełny do znalezienia na jej stronie ^) Alternatywna rzeczywistość; bardzo Ślizgoński Harry. Brat bliźniak Harry'ego, Connor, jest Chłopcem, Który Przeżył, a Harry jest oddany ochronie go samemu starając się pozostać przeciętnym. Ale pewni ludzie nie pozwolą Harry'emu pozostać w cieniu...

Tłumacz: ja
Beta: Vatelema (zwana przeze mnie prywatnie Niezmordowaną Oazą Spokoju)
To tłumaczenie miało mi służyć początkowo jako ćwiczenie, ale naprawdę lubię tego fika i chciałabym, by poznało go więcej osób.


TOM PIERWSZY: RATUJĄC CONNORA


Rozdział Pierwszy: Opiekun Brata

- Jak brzmią twoje przysięgi, Harry?
Harry znał je na pamięć, mimo że miał dopiero pięć lat. Jego matka trzymała go na rękach, pochylając się nad łóżkiem jego brata, a chłopiec szeptał razem z nią hipnotyzujące słowa, które słyszał przez całe swoje życie.
- Będę opiekował się Connorem. Zawsze go chronił. Upewniał się, że będzie wiódł spokojne życie, póki to będzie możliwe, aż nie będzie musiał znowu stawić czoła Lordowi Voldemortowi. - Tu jego matka zawsze brała przerwę na oddech, jakby była przerażona.
Harry zaczekał, aż zaczęła znowu mówić, a jego głos dołączył się do jej. - Będę jego bratem, jego przyjacielem i jego stróżem. Będę go kochał. Nigdy nie będę z nim nie współzawodniczył, ani popisywał się przed nim i nigdy nie dam nikomu do zrozumienia, jak bardzo jestem mu bliski. Będę zwyczajny, żeby on mógł być nadzwyczajny.
Harry pamiętał, jak się zaciął na końcowym słowie, kiedy na ich ostatnich urodzinach matka po raz pierwszy poleciła mu samemu wypowiedzieć te słowa, zamiast tylko słuchać, jak ona je mówi. Nigdy jednak nie zapytał, co oznaczają. Jego rodzice czasem uważali, że jest mądrzejszy, niż był w rzeczywistości. Ale teraz chciał się dowiedzieć, więc obrócił się w stronę matki, kiedy ta niosła go do łóżka, i zapytał:
- Mamo, co to znaczy nadzwyczajny?
Lily Evans Potter zawahała się na dłuższą chwilę, patrząc w dół na Harry'ego, jakby nie wiedziała, jak na to odpowiedzieć. Potem uśmiechnęła się słabo, pokręciła głową i usiadła koło niego na łóżku. Harry ułożył się wygodniej pod kołdrą. Nie spuszczał twarzy matki z oczu. Oboje mieli tak samo niezwykłe jasnozielone oczy, podczas gdy tęczówki Connora i ojca chłopców, Jamesa, były jasnobrązowe. Harry uważał - a opinię tę krył w sekretnym pudełku swojego umysłu, pełnym myśli, których nie wolno mu było wypowiedzieć na głos - że dzieli z matką specjalną więź dlatego, że mają takie same oczy. Oczywiście wiedział, że to nieprawda, skoro to Connor był Chłopcem, Który Przeżył, ale Harry lubił czasem poudawać.
Zamyślona Lily odgarnęła do tyłu jego grzywkę, odsłaniając bliznę na czole chłopca. Była w kształcie błyskawicy. Harry wiedział, skąd się wzięła - powstała na skutek uderzenia przez spadający kamień podczas ataku Voldemorta, w tę straszną noc, której nie pamiętał, kiedy to Lily i James zostali wyciągnięci z domu wieścią, że ich bliźniaki już zostały porwane. Voldemort pojawił się tam, rzucił klątwę Avada Kedavra na Connora, a Connor ją odbił i go zniszczył. Nacięcie na jego czole miało kształt serca, było przeklętą blizną. Myśląc o tej nocy, Harry zorientował się, że pojmuje znaczenie słowa "nadzwyczajny", nawet zanim Lily mu je wyszeptała.
- To znaczy... specjalny, Harry. To znaczy, że ktoś nie jest przeciętny. Że wybija się ponad tłum.
Zawahała się, jakby nie wiedziała, jak ująć to, co jeszcze chciała dodać.
- I ja muszę być przeciętny, żeby Connor mógł być specjalny - powiedział Harry, przytakując.
Rozumiał. Jego młodszy brat będzie potrzebował jego pomocy. To niełatwe przeznaczenie, jak każdego dna tłumaczyła mu Lily, być kimś, od kogo wszyscy oczekują, że kiedyś pokona Lorda Voldemorta. Voldemort nie zginął tak naprawdę i pewnego dnia powróci. Connor musiał być gotów na ten dzień, musiał się skoncentrować, co było kolejnym słowem, którego Harry dość wcześnie się nauczył. Więc Harry pomoże mu się koncentrować, będąc przeciętnym.
Nie wiedział jeszcze, jak ma tego dokonać, ale znajdzie sposób. Kiedy tylko zerkał w stronę Connora, czuł wielki napływ miłości do młodszego brata. Connor był specjalny i taki pozostanie. A Harry mu w tym pomoże.
Kiedy znowu spojrzał na swoją matkę, ta uśmiechała się do niego tym małym, sekretnym uśmieszkiem, który tylko oni znali. Przytaknęła i szepnęła:
- Dokładnie tak, Harry. - I pocałowała go jeszcze przed wyjściem z pokoju.
A Harry zrozumiał wtedy w nagłym przypływie radości, że ich specjalna więź jednak nie była fałszywa. Jego mama wierzyła, że Harry zajmie się młodszym bratem. To było ważne. To było specjalne.
Obrócił się i ukłonił w stronę łóżka Connora. Nauczył się tego gestu ze starej historii, którą kiedyś opowiedział mu dziadek.
- Będę cię chronił, Connorze - powiedział. - Będę twoim rycerzem, a ty będziesz królem.
Connor westchnął przez sen.
Harry wyszczerzył zęby, wiedząc, że jego brat się nie obudzi - Connor miał bardzo mocny sen – po czym zamknął oczy.



- Niezła próba, Harry! Prawie ci się udało złapać znicz!
Harry uśmiechnął się i wylądował lekko, wbijając nogi w ziemię, żeby przypadkiem znowu nie odlecieć. Kochał latanie do tego stopnia, że mógłby nawet niechcący wystrzelić się w niebo.
- Dzięki, Connor - powiedział, schodząc z miotły i kiwając głową bratu. - Będę dalej próbował. Jestem pewien, że szybko się poprawię, skoro ty jesteś moim trenerem.
Connor zszedł z własnej miotły, podskoczył i potargał włosy Harry'ego, zupełnie jakby było im to jeszcze potrzebne.
- Będzie lepiej - powiedział. - Następny mecz.
Wyrzucił w powietrze trzepoczący znicz, podbiegł do swojej miotły, wskoczył na nią i zaczął ścigać złotą piłeczkę.
Harry położył się na ciepłej od słońca trawie i obserwował. Connor był już pięćdziesiąt stóp nad ziemią, potem sześćdziesiąt. Wtedy odważnie zanurkował spiralą, o mały włos mijając zarówno znicza, jak i trawę. Wyhamował na czas, a Harry odetchnął z niepokojem. Sam pokazał bratu, jak nurkować, ponieważ Connor musiał świetnie latać, ale i tak czuł gulę przerażenia w gardle na myśl, że to może być ten raz, w którym Connor się rozbije. Dłoń opadła na jego ramię. Harry obrócił głowę i uśmiechnął się, gdy zobaczył, kto za nim stoi.
- Nie wiedziałem, że tu jesteś, Łapo - powiedział, po czym usiadł, żeby uścisnąć Syriusza.
Jego ojciec chrzestny oddał uścisk jedną ręką i usiadł obok. On również wbijał oczy w Connora. Święcie przekonany, że tak właśnie powinno być, Harry oparł się o Syriusza i zamknął oczy.
- James chciał pobyć sam na sam z twoją matką - powiedział wreszcie Syriusz i spojrzał na Harry'ego.
- Syriuszu! Fuj.
Harry zmarszczył nos. Nie miał ochoty myśleć o swoich rodzicach uprawiających seks. Jutro wypadały jedenaste urodziny chłopców, wtedy otrzymają listy do Hogwartu. Harry wiedział, że jego rodzice prawdopodobnie czują niepokój w ten ostatni miesiąc przed wypuszczeniem Connora w wielki, szeroki świat czarodziejów, ale wolałby nie dowiadywać się, w jaki sposób starają się koić stres.
W odpowiedzi Syriusz potarmosił mu włosy. Harry już zdążył się przyzwyczaić, że wszyscy to robią.
- W każdym razie - dodał Syriusz - chcieli, żeby ktoś was tu przypilnował. Tak na wszelki wypadek.
Harry spiął się i odsunął.
- Ja pilnuję Connora – powiedział. - To moje zadanie.
Syriusz uśmiechnął się łagodnie.
- Wiem, Harry, ale Connor to tylko dziecko.
Westchnął i spojrzał w górę. Connor minął się ze zniczem i obrócił miotłę do góry nogami, żeby dalej za nim gonić.
- I chociaż wiem, że Peter - wypluł to imię - jest w Azkabanie, to wciąż są inni Śmierciożercy, którzy mogliby szukać okazji, żeby skrzywdzić Connora.
Harry przytaknął. Wiedział wszystko o Śmierciożercach. Jego rodzice podali mu nazwiska osób, których byli pewni, kazali mu się uczyć o ich rodzinach i mocach, a także ćwiczyć kilka podstawowych zaklęć, póki był niemal na tyle dobry, że mógł powstrzymać Śmierciożercę.
Niemal, powtórzył sobie Harry. Chciałby myśleć, że jest już wystarczająco dobry, ale ciężko było to określić przed właściwym zmierzeniem się ze Śmierciożercą. Poza tym musiał ćwiczyć w tajemnicy. Czasem nieco szybciej łapał zaklęcia niż Connor, a nie mógł zawstydzić swojego brata, popisując się przed nim.
Tylko trochę szybszy, to wszystko, zaprotestował, kładąc się z powrotem, żeby dalej obserwować, jak Connor po raz kolejny stara się złapać trzepoczący znicz. I na miotle też szybciej latam, ale zawsze pilnuję, żeby go nie wyprzedzić. Nigdy się nie dowie. Nikt się nigdy nie dowie. Wszyscy będą myśleć, że on jest najlepszy.
To zadowoliło Harry'ego. Już pomijając kwestię dorastającego w blasku reflektorów Connora - na co całkowicie zasługiwał jako ktoś naznaczony przez Voldemorta - dodatkowa przewaga może się kiedyś przydać. Śmierciożerca zignoruje Harry'ego, myśląc, że ten wolno lata na miotle, a wtedy chłopiec będzie mógł w niego wjechać i załatwić każdego, kto spróbuje skrzywdzić jego brata.
- Harry, na Merlina, wyglądasz, jakbyś miał cały ciężar świata na swoich barkach - powiedział Syriusz, przerywając jego rozmyślenia. - Wszystko w porządku?
Harry spiął się na moment, po czym rozluźnił. Przypomniał sobie, że Syriusz z Remusem uważają jego poważne słowa o ochranianiu brata za dziecinne. Nie znali prawdy, w przeciwieństwie do mamy. Nikt nie będzie znał prawdy. Harry będzie zwyczajny.
- Nic mi nie jest - odpowiedział. - I nie noszę na barkach całego ciężaru tego świata. To dla Connora.
Twarz Syriusza złagodniała i znowu zaczął przyglądać się Connorowi, póki ten nie złapał znicza.
- Ma przed sobą ciężką drogę - zgodził się.
Nie tak ciężką, jak mogłaby być, obiecał sobie Harry, podciągając kolana pod brodę i obejmując je ramionami. Zawsze będę u twojego boku, Connorze. Będę cię chronił i nikt mnie nie zauważy, póki nie spróbują cię skrzywdzić, bo wtedy to ja ich skrzywdzę.
Takie było życie. To była ścieżka bycia przeciętnym i mimo to gotowym do obrony Chłopca, Który Przeżył. To był sposób, dzięki któremu Connor mógł przeżyć.
Harry słuchał, jak jego brat, któremu przeznaczone było życie pełne trudów i bólu, śmieje się, i nie mógł wyobrazić sobie niczego, czego by nie mógł poświęcić, żeby ten śmiech został taki, jakim był teraz.

W sumie mogę od razu wrzucić drugi...

Rozdział Drugi: Spotkania, Serdeczność i Inne

- Pamiętaj, Connor, masz być grzeczny dla profesorów. Masz Godryka? Dobrze. Trzymaj go na razie w klatce, przynajmniej dopóki nie dostaniecie się do Hogwartu. James, nie dawaj mu peleryny-niewidki. Tak, widziałam, jak wyjmujesz ją z kieszeni. W tej chwili włóż ją z powrotem. Nie będzie jej potrzebował na pierwszym roku...
Harry szedł za rodzicami, kiedy ci eskortowali Connora na peron 9¾, i uśmiechał się, słysząc to wszystko. Zwykle jego matka nie była aż tak drobiazgowa, ale zazwyczaj Connor przebywał tam, gdzie mogła go mieć na oku albo gdzie Harry czy Syriusz mogli go pilnować i momentalnie wyciągnąć różdżkę na każdego, kto wyda im się śmierciożercą. W głośnym, jazgoczącym zamieszaniu King's Cross, wypełnionego zarówno mugolami jak i czarodziejami, istniało mnóstwo sposobności, żeby ktoś zbliżył się do nich i wycelował w Connora.
Harry się nie martwił. Chwilę po zakupie nowej różdżki wypróbował kilka swoich ulubionych zaklęć i z ulgą stwierdził, że działają lepiej niż z różdżką treningową. Myślał nawet, że mógłby wysłać swoją śnieżną sowę, Hedwigę, by zrobiła zwiad terenu i wypatrywała niebezpieczeństwa. Siedziała teraz w swojej klatce na szczycie wózka, rozglądając się wokół oczami koloru jasnego złota. Wydawała się czujniejsza od Godryka, czarnego puchacza, który albo siedział z zamkniętymi oczami, albo kręcił dookoła głową, by przyglądać się ludziom, których miny wyraźnie wskazywały Harry’emu, że są niewinni.
- Harry.
Harry spojrzał w górę, zaskoczony. Prawie doszli do magicznej ściany, która zezwalała na przejście między dworcem a peronem, a on nie zauważył, jak jego matka zrównuje z nim krok. Oczywiście była automatycznie klasyfikowana jako brak zagrożenia, podobnie jak Syriusz czy Remus. Mimo to Harry postanowił być od teraz nieco ostrożniejszy. W pociągu będą wyłącznie potencjalne zagrożenia.
- Tak, mamo? - wymamrotał.
Lily wahała się dłuższą chwilę, jakby zastanawiała się, czy dać mu ten sam wykład, co Connorowi. Harry czekał cierpliwie. Domyślał się, że powie tylko jedno zdanie, i wiedział z góry, jakie ono będzie. Ale jednocześnie potrzebował je usłyszeć. To było potwierdzenie jego celu, lojalności i pozycji na świecie.
- Opiekuj się swoim bratem - powiedziała wreszcie Lily, a w głowie Harry'ego coś uspokoiło się i odetchnęło z ulgą.
- Oczywiście, mamo - odpowiedział.
Dłoń Lily przeczesała jego grzywkę, pocierając bliznę, która, jak Harry wiedział, była paskudnym i niedoskonałym odbiciem blizny jego brata.
- Jesteś błyskawicą - szepnęła. - Uderzasz szybko i mocno, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. Connor jest sercem. Chroń jego niewinność, Harry. Upewnij się, że do samego końca pozostanie czysty i bez skaz. Dyrektor Dumbledore powiedział, że Connor będzie miał moc, której Czarny Pan nie zna. Ta zdolność to miłość, to musi być to. Ale jeśli zbyt szybko dorośnie, to ją straci. - Pochyliła się i pocałowała bliznę Harry'ego. - Przypilnuj, żeby jeszcze przez jakiś czas mógł pozostać dzieckiem.
- Dobrze, mamo.
Harry przełknął rosnącą w gardle gulę. Nigdy nie mówiła mu czegoś takiego. To blizna Connora była niezwykła, blizna Connora naznaczyła go do śmierci i chwały. Pomyśleć, że mógłby być częścią tego, czym jest jego brat, choć przez chwilę...
Lily spojrzała na niego, jakby chciała coś jeszcze dodać, ale Connor zawołał z przodu:
- No chodź, Harry! Pociąg nam zaraz ucieknie!
Harry i Lily wymienili znaczące uśmiechy. Connor był niewinnie podekscytowany podróżą do Hogwartu i pewnie wyczekiwał, choć tylko troszkę, jak przyjmą tam Chłopca, Który Przeżył. Odczuwał to jako wielką zmianę w dotychczas prowadzonym życiu, jakby wszystko miało się zmienić i już nigdy więcej nie być takie samo.
Na swój sposób, pomyślał Harry, tak będzie. Connor wreszcie zacznie ćwiczyć prawdziwe zaklęcia i to dużo częściej, niż robili to w domu. Będzie musiał zacząć dorastać, tracąc swoją niewinność, ucząc się kochać nie tylko swoich rodziców, Harry'ego, Syriusza i Remusa, ale cały czarodziejski świat, który będzie musiał kiedyś obronić.
Harry był wdzięczny, że w porównaniu z tym jego życie wydawało się dużo prostsze. Był odpowiedzialny tylko za jedno: ochronę Connora.
Ostatni raz dotknął dłoni matki, po czym obrócił się i przeszedł przez barierę na peron. Hedwiga zahukała delikatnie, kiedy to zrobił, jakby zaimponował jej rozmiar pociągu i robiony przez niego hałas.
Harry trzymał brata na oku, kiedy wsiadali do pociągu, ale na szczęście Connor wybrał pusty przedział. Harry wślizgnął się za nim i uniósł brwi, zerkając na brata.
Connor uśmiechnął się w odpowiedzi. Nawet nie wyglądamy jak bliźniacy, pomyślał Harry. Ta stara prawda uderzyła go z nową mocą, gdy zobaczył brata w kompletnie nowym otoczeniu. Connor miał czarne włosy, ale mniej niesforne niż Harry, więc jego blizna była tylko w połowie widoczna - dolny kącik serca wystawał spod grzywki. Miał brązowe oczy po Jamesie i dobry wzrok po Lily, do tego z wyglądu bardziej przypominał ojca.
To też może posłużyć za przewagę, pomyślał Harry, zajmując miejsce naprzeciwko brata. - Oczywiście nie ma szans, żeby śmierciożercy nas ze sobą pomylili, ale mogą też uznać, że wcale nie jestem jego bratem.
- Nie cieszysz się? - zapytał go Connor.
Harry uśmiechnął się.
- Oczywiście, że tak - odpowiedział. - Ale najbardziej bawi mnie oglądanie, jak skaczesz jak czekoladowa żaba.
- Wcale nie skaczę - odpowiedział Connor, podskakując.
- Właśnie, że tak.
- Wcale nie.
- A tak.
- A nie.
I tak to ciągnęli, ciesząc się całkowicie dziecinną kłótnią, którą ich rodzice przerwaliby krzykami już po jakichś dwóch minutach. Ciągnęli to jakieś dziesięć minut, kiedy odsunęły się drzwi od przedziału. Harry momentalnie obrócił głowę, pamiętając, żeby powitać gościa z uśmiechem, tak jak zrobił to Connor. Jego dłoń zacisnęła się w kieszeni na różdżce, ale nie było tego widać, jako że mieli już na sobie luźne szaty szkolne.
Chłopiec, który wszedł, zamrugał z zaskoczeniem, jakby nie spodziewał się zobaczyć ich obu. Następnie zbliżył się. Harry zmierzył wzrokiem jego rude włosy i wynoszone, choć czyste ubrania, po czym powoli wypuścił różdżkę z ręki. Ten chłopiec prawie na pewno był Weasleyem, a cała ta rodzina była lojalna wobec Dumbledore'a i walczyła w Zakonie Feniksa. Obecna matrona rodu nawet straciła rodzinę w walce z Voldemortem. Harry mógł założyć, że ten chłopiec nie spróbuje skrzywdzić Connora, przynajmniej dopóki sam dowiódłby czegoś innego.
- Cześć - powiedział chłopiec, po czym usiadł naprzeciw Connora, obok Harry'ego. - Słyszałem, że Connor Potter jest w tym wagonie. Czy to ty?
Connor uśmiechnął się szeroko i zaczesał grzywkę, żeby chłopak mógł zobaczyć bliznę w kształcie serca. Weasley zamrugał i gapił się przez chwilę z podziwem, po czym wyciągnął rękę, uśmiechając się.
- Nazywam się Ron Weasley. Super, że cię poznałem. Znasz moich rodziców? Myślę, że moi znają twoich. Mama mówiła raz o złożeniu wam wizyty, a tata powiedział, że to zakazane, ale...
Harry oparł się wygodnie i pozwolił, żeby cała ta paplanina go ominęła. Spod wpół-przymkniętych powiek obserwował, jak jego brat odpowiada, z początku niepewnie, potem z coraz większą werwą, gdy zobaczył, jak bardzo Ron jest zafascynowany jego obecnością. Connor nigdy nie przebywał w otoczeniu innych dzieci tak samo jak Harry. To było zbyt niebezpieczne, żeby inni mogli ich odwiedzać, przynajmniej tak długo, jak istniała groźba powrotu Voldemorta. To był jeden z wielu powodów, dla których Harry był zadowolony, że jadą teraz do Hogwartu. Connor zdobędzie wielu przyjaciół. Nie wszyscy będą dziećmi śmierciożerców nasłanymi na niego w celach szpiegowskich, ale Harry uważał, że wiele z nich będzie próbować, zwłaszcza ci pochodzący z domu Slytherina.
Drzwi ponownie otworzyły się z trzaskiem i do środka wszedł kolejny chłopiec. Harry spiął się. Ten czarodziej miał blond włosy i wyćwiczoną znudzoną minę czystokrwistych, a dwóch innych stało za nim jak skrzaty domowe. Zerknął na Weasleya i uśmiechnął się szyderczo. Harry sięgnął po różdżkę.
- Jesteś Chłopcem, Który Przeżył - powiedział do Connora blondyn. - Nieprawdaż.
Jego ton i leniwe przeciąganie zgłosek, które było ewidentnie wymuszone, sprawiły, że to ostatnie słowo nie brzmiało jak pytanie.
Connor przytaknął, cały spięty. Harry dał bratu dziesięć punktów za obserwację. Nie wiedział jeszcze, z kim ma do czynienia, ale miał podejrzenia; Connor zaś, chroniony przed światem zewnętrznym, znielubił chłopca kompletnie instynktownie. To był dobry znak niewinności serca.
- Nazywam się Draco Malfoy - powiedział chłopiec i zbliżył się, wyciągając rękę, jakby oczekiwał, że Connor naprawdę ją uściśnie.
Harry wstał, w pełni gotów do rzucenia klątwy. Lucjusz Malfoy był w wewnętrznym kręgu grupy Voldemorta, ale uniknął Azkabanu dzięki najbłahszym wymówkom. Ze wszystkich dzieci, które w tym roku dołączą do Hogwartu, jego syn był w grupie podwyższonego ryzyka, na którą Harry postanowił zwrócić szczególną uwagę. Malfoy spojrzał na niego dziwnie i zaśmiał się.
- A to co za jeden? - zapytał. - Ktoś jeszcze składa ci hołd, Potter, jak ten Weasley?
No to koniec, pomyślał Harry, kiedy zobaczył znajomy płomień rozpalający się w oczach Connora. Właśnie stracił swoją szansę.
- To mój brat, Harry - powiedział Connor, również wstając. Był nieco wyższy, niż na to wyglądał, i kiedy spojrzał na Malfoya, wyraźnie było widać, na jakiego mężczyznę wyrośnie. Harry z podziwu niemal przestał oddychać. Jeśli Connor stracił dzisiaj część swojej niewinności, to zrobił to w dobrej wierze. - A to jest Ron Weasley, mój przyjaciel. Ty nim nigdy nie zostaniesz, więc nie obrażaj lepszych od siebie.
Malfoy zamarł na chwilę, patrząc na Connora szeroko otwartymi oczami. Harry zlustrował go wzrokiem, zastanawiając się, czemu tak zareagował.
I wtedy zrozumiał. Wyglądało na to, że Malfoy też był na swój sposób niewinny. Wszedł do przedziału, tak jak prawdopodobnie wchodził wszędzie, zadzierając nosa i przeciągając głoski, i przyjął za pewne że Connor zaakceptuje go tak, jak wszyscy go do tej pory akceptowali. Malfoyowie wychowali syna w otoczeniu innych czarodziejów czystej krwi, przyuczanych przez swoich rodziców do okazywania posłuszeństwa bogatym i potężnym - a Malfoyowie spełniali oba te warunki. Czemu Chłopiec, Który Przeżył miałby być inny od dzieci, które Draco znał całe swoje życie?
Harry westchnął, czując współczucie dla chłopca, i wypuścił różdżkę z ręki. I wtedy usłyszał chichot Connora.
- I tak bym nie chciał się z tobą zaprzyjaźniać - powiedział. - Masz okropne imię.
- Connor! - krzyknął zaszokowany Harry.
Ochrona niewinności to jedno. Miotanie dziecięcymi wyzwiskami to zupełnie co innego. Czarodzieje czystej krwi też byli częścią społeczeństwa i Connor powinien być ponad takimi pyskówkami, których Harry prędzej spodziewałby się usłyszeć od kogoś takiego jak Draco. Malfoya widocznie skrzywdziło to wyzwisko; był zbyt zaskoczony, by to ukryć. Connor mógł złagodzić uderzenie, dobierając inne słowa, i znaleźć się w ten sposób na drodze do zdobycia ważnego sprzymierzeńca. Słowa, których użył, zdecydowanie nie były właściwe i jedyne, co zdziałały, to rozśmieszyły Rona.
To sprawiło, że poczucie krzywdy zniknęło z twarzy Malfoya. Wyprostował się, a stojący za nim czarodzieje spojrzeli na niego, czekając na rozkazy. Ale Malfoy tylko spojrzał na Connora z góry.
- Powinienem był się spodziewać, że ktoś urodzony ze szlamowatej matki nigdy nie odbierze odpowiedniego wychowania - powiedział, po czym wyszedł z przedziału.
Connor krzyknął ze złości.
- To było niemiłe, stary, co on powiedział o twojej mamie... - mruknął Ron.
Harry wyjrzał za drzwi i ruszył za Malfoyem. Słowa chłopca były okrutne, ale to Connor go sprowokował. Harry poznał zasady kurtuazji między czarodziejami od swojego ojca i Syriusza, dwóch czarodziejów czystej krwi. Malfoy zasługiwał na przeprosiny.



Draco potarł czoło, nie zatrzymując się. Głowa rozbolała go już po pięciu sekundach stania w tym samym przedziale z potężnym czarodziejem. Magia Pottera mruczała i śpiewała wokół niego, wypełniając powietrze delikatną, dzwoniącą wibracją, którą Draco, jak każdy poprawnie wytrenowany Malfoy, mógł wyczuć. Rozbolała go od tego czaszka. To jasne, zdał sobie sprawę, że jak tylko dostanie się do Hogwartu, będzie musiał nałożyć na siebie silniejsze tarcze. I tak musiałby to zrobić, mając wokół siebie tak wielu czarodziejów, ale winił Pottera, że ten tak wcześnie przyprawił go o ból głowy.
- Malfoy.
Draco zerknął przez ramię i zamarł. Za nim stał ten drugi czarodziej, którego Potter przedstawił jako swojego brata. Był tak cichy, że Draco ledwie go zauważył i z czystego przyzwyczajenia włączył go w obelgę dotyczącą Weasleya. Miał czarne włosy, jeszcze bardziej rozczochrane niż Potter, i zielone oczy schowane za paskudnymi okularami.
I sprawiał, że powietrze wokół niego śpiewało.
Draco powoli zmrużył oczy.
- Czy to ma być jakaś cholerna sztuczka? - warknął, cofając się w stronę... Harry'ego, tak mu było na imię. Zwykle nie używał tak ordynarnego słownictwa, ale nie znosił, kiedy się ktoś z nim bawił w kotka i myszkę. Jego ojciec by to zrozumiał. - To ty jesteś Chłopcem, Który Przeżył, co nie?
Harry zamrugał.
- Co?
Ale nie był aż tak zaskoczony, jak udawał. Magia wokół niego zagęściła się i skupiła w ostrą strzałę wycelowaną w Draco.
Draco zacisnął zęby.
- To ty jesteś Chłopcem, Który Przeżył - powiedział. - Nie tamten drugi. Wydawało ci się, że uznam, że to było zabawne, i wrócę do ciebie na klęczkach? Malfoyowie nie klękają.
- Nawet przed Czarnym Panem? - mruknął Potter. W jego oczach błysnęło leniwe rozbawienie.
Wściekły jak diabli Draco spróbował się ponownie obrócić, ale Potter złapał go za ramię. Vincent i Gregory ruszyli w jego kierunku, ale zatrzymali się, kiedy Draco pokręcił lekko głową. Byli dobrze wytrenowani, ale nie mieli najmniejszych szans z czarodziejem pokroju Pottera. Draco stanął, cały spięty, oczekując klątwy, której, jak wiedział, nie da rady powstrzymać. Dlatego, oczywiście, był kompletnie zaskoczony, kiedy Potter podniósł rękę ponad swoje brwi, unosząc grzywkę na tyle, żeby ta odsłoniła jego bliznę w kształcie błyskawicy, nie serca, i wymamrotał:
- W imię Merlina proszę cię o wybaczenie za moje niesprawiedliwe, pochopne słowa, a także za wypowiedzi mojego brata. Nie wiem, czy przyjmiesz te warunki, ale proszę cię o nie: zgoda między nami i neutralność na przyszłość.
Draco znowu zamarł. Spędzał dzisiaj na tej czynności niegodną ilość czasu. Ale wszystkie słowa były poprawne, a twarz Pottera wyglądała szczerze, kiedy je wypowiadał, patrząc mu spokojnie w oczy. To, oczywiście, nie powstrzymało tej dzwoniącej, niemożliwej siły, spakowanej i ułożonej do idealnego posłuszeństwa, która wciąż przyprawiała Dracona o ból głowy, ale być może nie musiało.
Ten Potter znał kurtuazję czystokrwistych. Ten Potter przyszedł, żeby wypowiedzieć te słowa przy Draconie. Ten Potter opuścił ramię w chwili zakończenia ceremonii i wycofał się na bezpieczną odległość ze swoją magią wirującą w leniwych taktach dźwięków, gotową do ataku, ale nie tak wrogą, jak była wcześniej - co było absolutnie poprawne, biorąc pod uwagę fakt, że Draco jeszcze nie odpowiedział.
Ten Potter mruczał i śpiewał czystą magią i Draco był gotów zjeść własną rękę, jeśli to nie on był głównym źródłem mocy, którą wyczuł w tamtym przedziale.
A mimo to nie on był Chłopcem, Który Przeżył.
Draco miał teraz dwa wyjścia: mógł dalej wierzyć, że ktoś sobie tu z niego żartuje, i wycofać się z godnością albo przyjąć przeprosiny i zobaczyć, co się stanie. Być może Connor Potter był potężniejszy od Harry'ego. Być może był tak potężny, że Draco nie mógł go wyczuć.
Mogło być też tak, że Harry, który ostatecznie sam nie potrafił wyczuć własnej mocy, nie miał pojęcia o wydzielanej przez siebie aurze i miał jeszcze więcej skrytych głębi, takich, które nie miały nic wspólnego z zaklęciami.
Draco wiedział, którą z tych dwóch możliwości by wolał. Ale póki co przyjmie oferowaną mu szansę i zobaczy, co się stanie.
Przyłożył pięść do piersi, pokłonił się i wyciągnął rękę. Harry faktycznie odetchnął z ulgą, kiedy przyjął jego dłoń.
- Dziękuję - powiedział. Oddał ukłon, po czym wrócił do swojego przedziału, nie próbując się wytłumaczyć.
To też było całkowicie poprawne, pomyślał Draco, obserwując go z głodem, którego jeszcze nie umiał nazwać. Będzie musiał napisać do ojca, kiedy przyjadą do szkoły. Był ciekaw, co Lucjusz będzie miał do powiedzenia w tej sprawie.
- Dlaczego? - wyszeptał Vincent. W jego głosie zabrzmiał podziw. Nie mógł wyczuć Harry'ego, ale wiedział, że Draco nie przyjąłby przeprosin od byle kogo.
- Nie wiem - odpowiedział Draco. - Jeszcze nie. Ale powiem ci jedno... - zawiesił głos na wspaniale długą przerwę.
- Tak? - zapytał Gregory, pochylając się.
Draco uśmiechnął się do zamkniętych już drzwi przedziału.
- Będziemy mieli Pottera w Slytherinie.

[Obrazek: 66HHUfX.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.09.2014 17:56 przez Gociak. Powód: Poprawiona ortografia)
23.06.2013 11:10
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
okiren Offline
Soul Mama
Załoga Nakama

*
Liczba postów: 4,761
Dołączył: 23.11.2011
Skąd: Kanadowo
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #2
RE: [T][HP] Saga poświęcenia I - Ratując Connora
Przeczytane! Rzeczywiście przyjemnie się czyta (mimo że nie jest o Huncwotach) Tongue Trochę tak jakby sama Rowling pisała xP Connor mnie wkurza. Póki co sprawia wrażenie takiego hmmm... nieświadomego niczego derpa. Za to Harry, za którym nie przepadałam za specjalnie w oryginalnej serii, zaczyna budzić sympatię Smile

Jedno co, to wolałabym dostawać po jednym rozdziale na raz, bo to idealna ilość do porannej kawy. Przy dwóch może nie starczyć czasu na przeczytanie całości, a mam tendencję do nie wracania do raz przerwanego gdzieś w środku czytadła ^^'

[Obrazek: 6DG0nbv.gif]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.06.2013 14:35 przez okiren.)
24.06.2013 14:35
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #3
RE: [T][HP] Saga poświęcenia I - Ratując Connora
Taa jes Big Grin
To wszystko przez nerwy XD"

Zauważ, że Connor w większości sytuacji zachowuje się jak Harry w oryginalnej serii. Irytujący, nieświadomy derp XD

Mam zrobionych piętnaście rozdziałów, więc przez jakiś czas się nie skończy. Postaram się zwolnić, żeby nie odstraszyć ludzi i dać sobie trochę czasu na przetłumaczenie tomu do końca.
Na razie - trzeci Smile




Rozdział Trzeci: Kłótnie z Tiarą Przydziału

Harry słuchał rozlegających się wokół niego pełnych zachwytu westchnięć, kiedy łódka pierwszorocznych przemierzała jezioro, kierując się w stronę Hogwartu. On też był zajęty badaniem zamku i musiał przyznać, że witano ich pięknym blaskiem rozpraszającym ciemności, które już wokół zapadły. Harry podejrzewał jednak, że wyglądał innych szczegółów niż reszta studentów. Oni wzdychali na widok okien i zaczarowanego sufitu w Wielkiej Sali, kiedy już do niej dotarli, oraz strzelistych wieżyczek, które w osobliwych miejscach przecinały horyzont. Harry oceniał grubość murów, szerokość okien i trzeszczący, błyszczący dym zaklęć, które widział dzięki treningowi. Pod tym kątem Hogwart wyglądał, jakby stał w ogniu, choć płomień nie pożerał kamienia, a powoli i nieprzerwanie piął się na sam jego szczyt, zmieniając po drodze kolory. Harry był pewien, że szkoły broni jeszcze wiele innych zaklęć, których nie jest w stanie zobaczyć. Jedne starsze, drugie młodsze, niektóre pewnie nałożone jeszcze przez samych założycieli.
Ale czy one wystarczą? Czy w tych murach Connor będzie bezpieczny, jeśli śmierciożercy przypuszczą atak? Albo sam Voldemort? Co, jeśli zdarzy się jakiś wypadek i świat zostanie pozbawiony Chłopca, Który Przeżył, zanim ten dostanie szansę zadania ostatecznego ciosu?
Zasępiony Harry nie zauważył, że łódka się już zatrzymała, póki Connor go nie szturchnął, dając znać, że czas zejść na brzeg. Wysiadł, ale to trening trzymał go blisko brata, nie uwaga czy wyczekiwanie. Wiedział o wszystkich tematach poruszonych w przemowie, którą ktoś - z tego, co słyszał, była to wicedyrektorka McGonagall, przyszła głowa jego domu - próbował wbić uczniom do głów. Wiedział o Tiarze Przydziału i duchach wędrujących przez pokój gościnny, a także o mieszaninie narastającego oczekiwania i nerwów, rozpraszającej jego uwagę, którą starał się poświęcić zaklęciom wewnątrz zamku.
Nie był jeszcze pewien, na ile może ufać Hogwartowi. Póki tego nie ustali, będzie miał go na oku.
- Chyba się nie boisz, co?
Harry zamrugał i odwrócił się, jak tylko się upewnił, że pytanie zostało skierowane do niego. Nie wiedział, co wywnioskować z tonu, póki nie zauważył stojącego obok Malfoya, który patrzył na niego intensywnie. Czy Malfoy się droczył? Zadał poważne pytanie? Pytał z podziwem? Jego oczy i głos nie dawały żadnej podpowiedzi. Harry poczuł ulgę. Wolałby nie widzieć zbyt gładkiego nawiązania przyjaźni między Connorem a potencjalnie przyszłym śmierciożercą.
- Nie - odpowiedział, po czym zwrócił się z powrotem do drzwi.
Ruszyli przed siebie, co powstrzymało Malfoya od zadawania mu kolejnych pytań. McGonagall przeprowadziła ich pod zaczarowanym sufitem, ponad kamienną podłogą, pomiędzy zaciekawionymi spojrzeniami zarówno profesorów, jak i studentów. Harry słyszał niekończące się westchnięcia, nawet kiedy Tiara zaczęła śpiewać, i zastanawiał się, co tak wszystkich zachwyca. Jedynym oszałamiającym, a przez to interesującym zjawiskiem były linie zaklęć, które tańczyły w dół z sufitu i owijały się niczym trujący bluszcz wokół stołów uczniów. Znał tylko jedno czy dwa z nich, a i one były używane tylko do uspokajania myśli, które mogłyby zaowocować wymianą morderczych zaklęć. Będzie musiał nauczyć się pozostałych.
- Abbott, Hanna!
Harry patrzył, jak dziewczynka drepcze przed siebie, wkłada Tiarę na głowę i zostaje przydzielona do Hufflepuffu. Pokiwał głową. Tiara Przydziału działała dokładnie tak, jak mówili mu rodzice, nie stanowiła więc żadnego zagrożenia. Przechylił się lekko, patrząc na zielone ślady powstałego z zaklęcia węża, owiniętego wokół stołu Ślizgonów. Zastanawiał się, jak ono mogło działać. Jego cechy były charakterystyczne dla zaklęć defensywnych, ale ostre boki sugerowały użycie ofensywne.
Zwrócił swoją uwagę z powrotem na Przydział tylko dlatego, że pomiędzy "Granger Hermiona!" i ogłoszeniem Tiary minęło już naprawdę dużo czasu. Harry pochylił się do przodu zaciekawiony i zobaczył, jak dziewczynka siedzi twardo na stołku, wciąż mając na głowie Tiarę. Słyszał ciche mamrotanie i pomyślał, że pewnie się z nią wykłóca.
- GRYFFINDOR! - krzyknęła Tiara.
Granger odłożyła ją z powrotem na stołek i oddreptała na bok, bardzo z siebie zadowolona. Harry ukrył swój uśmiech. Więc będzie w domu Connora. Miał nadzieję, że się zaprzyjaźnią. Ktoś tak zdeterminowany mógł być dobrym sprzymierzeńcem. Nie kojarzył jej nazwiska z żadną czarodziejską rodziną, co znaczyło, że urodziła się wśród Mugoli, a to dawało jej jeszcze więcej powodów niż innym, by stanąć po stronie Connora.
Zwrócił też uwagę, kiedy wywołano znane mu nazwisko, i był niezwykle rad, kiedy Neville Longbottom został przydzielony do Gryffindoru. Lily opowiedziała mu ponurą historię o tym, jak rodzice Neville'a zwariowali po nieustannych Cruciatusach rzucanych przez Lestrange'ów. Harry miał nadzieję, że ich odwaga przeszła na syna. Wyglądało na to, że owszem.
Malfoy trafił do Slytherinu. Harry wcale nie był zaskoczony. Nie rozumiał natomiast, czemu Malfoy postanowił rzucić zarozumiały uśmieszek w jego kierunku, kiedy zmierzał w stronę stołu Slytherinu, ani czemu nie spuszczał go z oka, póki Harry nie skrzywił się i odwrócił.
Wreszcie nadszedł wyczekiwany moment.
- Potter, Connor!
Szepty zaczęły się niemal natychmiast. Harry zauważył, że jego brat się zarumienił i nieco potknął w drodze do Tiary, jakby tego wszystkiego nie oczekiwał. Oczywiście, że oczekiwał, ale co innego sobie coś wyobrażać, a co innego usłyszeć, pomyślał Harry z sercem do bólu przepełnionym sympatią.
Na szczęście Connor dotarł do stołka mimo rozlegających się wkoło głosów.
- To naprawdę on?
- Ten Connor Potter?
- Widzicie jego bliznę?
- Sam nie wiem, myślałem, że będzie większy...
Connor włożył Tiarę na głowę i zamknął oczy. Harry widział, jak wargi brata poruszają się i dobrze wiedział, w jaki sposób próbował się uspokoić. Po chwili zamarł, a Harry wiedział, że Tiara przemawia do jego głowy.
Trwało to bardzo krótko, tak jak Harry sądził, ale przez ten moment Harry czuł się, jakby ostre pazury wędrowały wzdłuż jego kręgosłupa, powodując dreszcze.
- GRYFFINDOR!
Wrzawa wybuchła w Sali - wiwaty ze stołu Gryffindoru, krzyki pełne ulgi ze wszystkich innych, wyłączając Slytherin. Harry pokiwał głową, kiedy Connor zdjął Tiarę z głowy, szczerząc się. Oczywiście, że był z gruntu dobry. Przecież miał pokonać Voldemorta, prawda?
Ale miło było usłyszeć, że przeczucia rodziny były bezbłędne, pomyślał Harry.
Connor usadowił się przy stole Gryffindoru, po czym obrócił się i wyszczerzył do swojego bliźniaka. Harry uśmiechnął się do niego i ruszył przed siebie, kiedy McGonagall wywołała jego imię.
Tiara osiadła mu na uszach i zachichotała mu w głowie.
Wydaje ci się, że wiesz już, do jakiego domu pójdziesz, co?
Tak mi się wydaje, odparł spokojnie Harry. Jego matka mówiła mu, że mógł myśleć, a Tiara i tak go usłyszy. To była cenna rada, bo jego wrogowie mogliby coś zyskać, gdyby usłyszeli prywatne myśli Harry'ego, gdyby musiał wypowiedzieć je na głos. Pójdę do Gryffindoru, żeby ochronić mojego brata.
Ty chcesz trafić do Gryffindoru, poprawiła go Tiara. Co nie znaczy, że nie pasowałbyś lepiej do innego domu.
Harry doznał dziwnego i nieprzyjemnego uczucia, jakby cały najeżony kolcami pokój kręcił się wokół niego, zupełnie jakby Tiara na chwilę przełożyła jego zmysł wzroku do innej części mózgu, kiedy penetrowała jego wspomnienia.
Nikt nie może podważyć twojej lojalności, powiedziała wreszcie. Albo odwagi - ile dzieci byłoby gotowych umrzeć za własnego brata w wieku jedenastu lat?
Z jakiegoś powodu zabrzmiało to smutno, ale Harry nie miał okazji zapytać o to Tiary.
Albo twojej inteligencji, skoro już o tym mowa. W tak młodym wieku znasz już tyle zaklęć. Ale co trzyma cię w kupie, panie Potter, to twoja przebiegłość, twoja troska, twoja zdolność do ukrywania tego, kim naprawdę jesteś, i twoja determinacja w drodze do celu. Myślę, że kryjesz się lepiej, niż większość ludzi kiedykolwiek zdoła się tego nauczyć, dodała ponuro.
Harry'ego nie obchodziło ostanie zdanie, myślami zmierzał już do kolejnego.
Ale chyba nie chcesz mnie umieścić w...
- SLYTHERIN! - krzyknęła radośnie Tiara.
Przez chwilę Harry czuł straszną potrzebę wykłócenia się o to. Miał trafić do Gryffindoru, tam przecież należał, tam przecież planowali, że trafi. I jak miał teraz chronić swojego brata, skoro nie będzie go widział przez większą część dnia? Tiara wiedziała o tym wszystkim, a mimo to umieściła go w innym domu. Harry chciał wrzeszczeć i krzyczeć. Pierwszy raz od lat miał ochotę nawet zapłakać.
Ale szybko zdusił w sobie ten impuls i wcisnął go do małego, sekretnego pudełka swoich prywatnych myśli. Nie, nie będzie protestował. To by zwróciło na niego uwagę. Poza tym nawet z tej sytuacji można wyciągnąć korzyści. Będzie miał dostęp do dzieci, które mają największe szanse na przynależność do przeciwnej strony. Nie sądził, że kiedykolwiek będzie w stanie udawać, iż jest jednym z nich, ale być może zwykła bliskość i znajomość sprawi, że zrobią się w jego pobliżu nieostrożni.
Zdjął Tiarę i zobaczył, że na sali zapadła martwa cisza, tak jak oczekiwał. Harry zmusił się do zachowania spokoju i skierował się w stronę stołu Ślizgonów. Podejdzie tam, milczenie się przeciągnie, a potem wrócą do przydzielania. Miał gorącą nadzieję, że wszyscy uznają to za coś nieznacznego. W końcu inni uczniowie czekali dalej na przydział. Jeśli Connor...
I wtedy przełamano ciszę.
Harry patrzył, jak Draco Malfoy wstaje i zaczyna klaskać. Robił to tak nonszalancko, jakby takie sytuacje przydarzały mu się codziennie, i nie spuszczał oczu z Harry'ego, jak gdyby nie obchodziło go, jak bardzo zwraca teraz na siebie uwagę. Kilku innych Ślizgonów poderwało się i przyłączyło, ale Harry był odprowadzany głównie pod ostrzałem tej jednej pary klaszczących dłoni, przez które całe to żałosne przedstawienie zapadało wszystkim w pamięć bardziej niż powinno.
I wtedy Malfoy miał jeszcze czelność przesunąć chłopca, który siedział obok niego, i wskazać puste miejsce obok siebie. Harry zajął je, cały czerwony ze wstydu, bo podejrzewał, że gdyby próbował go unikać, to Malfoy zrobiłby coś jeszcze bardziej dramatycznego i niedorzecznego w imię... czego?
- Tak cię bawi wystawianie mnie na pośmiewisko? - syknął do niego.
Usłyszał, że sortowanie wreszcie zostało wznowione. Czuł również na sobie wzrok brata dochodzący od strony stołu Gryfonów. Nie sądził, że ma odwagę spojrzeć Connorowi w oczy już teraz, więc musiało mu wystarczyć łypanie spode łba na Malfoya, który z kolei oparł się wygodnie i uśmiechał do niego leniwie.
- Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że wprawiam cię w zakłopotanie - wycedził Malfoy. - Po prostu witałem świeżo wybranego Ślizgona. Wygląda na to, że twoje niewyszukane maniery nie obejmują przyjaznego powitania? Szkoda. Najwyraźniej nie jesteś człowiekiem, za jakiego cię brałem.
Uśmiechnął się szeroko i bezczelnie, czekając na reakcję Harry'ego. Ten wyczuwał wyraźnie przynętę, ale nie miał innego wyjścia, niż powiedzieć coś, co zadowoli Malfoya. Odetchnął głęboko i zdobył się na wymuszony uśmiech.
- Wybacz. Źle cię zrozumiałem. Myślałem, że zostanę przydzielony do Gryffindoru jak mój brat.
Malfoy pochylił się w jego stronę, sugerując poufałość, której jeszcze między nimi nie było.
- Bliźniaki często się różnią między sobą - wyszeptał. - Przynajmniej ja tak zawsze uważałem. Do tego już od spotkania w pociągu wiedziałem, że trafisz do Slytherinu.
Harry odwrócił wzrok i przełknął ślinę.
Szlag. Co zrobiłem nie tak?, pomyślał nieszczęśliwy. Co jest we mnie takiego... Ślizgońskiego, że może to zobaczyć obcy mi człowiek? Czemu nikt w domu o tym nie wspomniał?
Wciąż nie miał ochoty podnosić wzroku, nawet gdy Ron Weasley został przydzielony do Gryffindoru, więc zerknął w stronę stołu, za którym zasiadali profesorowie. Kiwnął ponuro głową, kiedy zobaczył, że, zgodnie z jego oczekiwaniami, przygląda mu się Severus Snape, głowa domu Slytherina. Ojciec powiedział Harry'emu o szkolnej rywalizacji między Huncwotami i Snape'em, kiedy jeszcze chodzili do Hogwartu, ale wspomniał także o długu czarodzieja, który Snape był winny Jamesowi, oraz o tym, że ten nieprzyjemny, sarkastyczny i krytykujący wszystkich człowiek był członkiem Zakonu Feniksa. Snape pomoże chronić Connora, ale raczej nie ułatwi mu życia. Nie wyglądał też na zadowolonego z faktu, że ma w swoim domu Pottera.
Harry gwałtownie syknął. Bolała go głowa. Podniósł rękę i potarł bliznę, po czym zamrugał, gdy opuścił dłoń i zobaczył, że jest cała we krwi. Zaskoczony, schował ją pod stół.
Oczywiście Malfoy spróbował go złapać za nadgarstek.
- Pokaż.
- Nie! - powiedział Harry, wyrywając się.
Był zakłopotany i zagubiony. Potrzebował choć odrobiny domowej atmosfery, więc podniósł wreszcie wzrok i spojrzał przez salę na stół Gryfonów, gdzie sam powinien być, gdzie Connor i Ron siedzieli ramię w ramię.
Connor patrzył na niego, zupełnie jakby nie przestał od chwili przydzielenia Harry'ego. Miał wielkie oczy i nie przestawał kręcić głową. Harry wzdrygnął się i odwrócił z powrotem. Po raz pierwszy w życiu zobaczył na twarzy brata oskarżenie o zdradę.
Odetchnął głęboko, ignorując przemowę dyrektora Dumbledore'a i jedzenie, które się pojawiło, przynajmniej do chwili, w której Malfoy nie pochylił się ze słowami:
- Wszyscy stwierdzą, że się dąsasz, jeśli czegoś nie zjesz, wiesz?
Nie mogę sobie na to pozwolić, pomyślał Harry. Nie mogę ściągać na siebie uwagi. Jeśli ludzie zaczną za dużo o mnie myśleć, to Connor nie dostanie całej potrzebnej mu uwagi. Muszę się opanować.
Przypomniał sobie słowa matki. "Jesteś błyskawicą. Uderzasz szybko i mocno i nie pozostawiasz po sobie żadnych śladów. Connor jest sercem. Chroń jego niewinność, Harry. Upewnij się, że do samego końca pozostanie czysty i bez skaz."
Harry pozwolił sobie na jeszcze jeden niespokojny, głęboki wdech, po czym zaczął jeść. Mógł to zrobić. To było tylko kolejne wyzwanie, które musiał podjąć jako obrońca Connora. Nikt nigdy nie mówił, że to będzie łatwe. Harry trenował, narzucając sobie kolejne wyzwania i radząc sobie z nimi, póki nie zniknęły. Z tym też sobie poradzi.
- Soku z dyni, Harry?
Malfoy zwrócił się do niego po imieniu? To było coś nowego. Ale zdołał kiwnąć głową, uśmiechnąć się i nawet odpowiedzieć:
- Dziękuję, Draco.
Draco nalał mu soku. Harry nie próbował już zerkać w stronę stołu Gryfonów. Wyjaśni Connorowi, że samo przydzielenie go do domu Slytherina nie znaczy, że zmieniły się jego cele życiowe, ale zrobi to jutro, jak nie będzie wokół tylu ludzi.



Draco nie był głupi. Widział krew wypływającą z blizny Harry'ego. Nie przeoczył paniki, jaka pojawiła się na jego twarzy, gdy Tiara ogłosiła jego przydział do Slytherinu, ani sposobu, w jaki patrzyli na niego brat, Snape i Weasley - jakby wyrosła mu druga głowa.
Dracona to nie obchodziło. Oczekiwanie osładzało mu każdy kęs posiłku i każdy wykonany ruch, zwłaszcza teraz, kiedy wreszcie sprawił sobie odpowiednio potężne tarcze, które chroniły go przed czystą mocą Harry'ego. Z opowieści ojca wiedział, czego oczekiwać po Hogwarcie i znał standardy, które powinien spełniać jako Malfoy. Wiedział, że Chłopiec, Który Przeżył również idzie do Hogwartu i, biorąc wszystko pod uwagę, wcale nie będzie zaskoczony, jeśli ten przeklęty, gryfoński gnojek skończy jako jego zaciekły wróg. Spodziewał się, że przez jakiś czas Hogwart będzie go bawił, ale na dłuższą metę oczekiwał śmiertelnej nudy.
Nikt nie wspomniał mu o Harrym. Z tego, co Draco wiedział, jego ojciec nie uznawał nawet istnienia drugiego bliźniaka jako czegoś godnego uwagi.
Ale jest, pomyślał, nalewając soku z dyni, by mieć wymówkę do dalszej obserwacji Harry'ego. Jest potężny i zachowuje się, jakby nie zdawał sobie z tego sprawy. Z całą pewnością nie spodziewał się trafić do Slytherinu, co znaczy, że sam siebie za dobrze nie zna. Jestem o krok do przodu przed Harrym, Potterem i chyba nawet przed Snape’em. Nie wiem, jak to się dalej potoczy, ale zapowiada się niezły ubaw.

[Obrazek: 66HHUfX.png]
24.06.2013 16:00
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
okiren Offline
Soul Mama
Załoga Nakama

*
Liczba postów: 4,761
Dołączył: 23.11.2011
Skąd: Kanadowo
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #4
RE: [T][HP] Saga poświęcenia I - Ratując Connora
Ach to znajome, tak potterowskie poczucie życiowej niesprawiedliwości xD
Jaka szkoda, że Harry nie mógł być takim zrównoważonym kolesiem w oryginale ;p Wciąż nie mogę tego przeżyć xp

[Obrazek: 6DG0nbv.gif]
25.06.2013 14:48
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
RE: [T][HP] Saga poświęcenia I - Ratując Connora
Za to jest nim tutaj Big Grin Więcej potteorwatości - na scenę wkracza Snape XD

Rozdział Czwarty: Szlaban z mistrzem eliksirów

- Wstawaj, Harry!
- Już nie śpię, Draco - powiedział Harry, siadając i przeciągając się leniwie.
Draco, który rozsunął zielono-srebrne kotary wiszące nad łóżkiem Harry'ego, wyglądał przez chwilę na zaskoczonego, ale zaraz potem złapał go za ramię i wyciągnął na zewnątrz. Harry westchnął, ale nic nie powiedział. Przez większość czasu jedynymi ludźmi, którzy go dotykali, byli jego rodzice, Connor, Syriusz i Remus. Będzie musiał się przyzwyczaić do innych osób, zwłaszcza kiedy ci tak bardzo starali się zostać jego przyjaciółmi.
Nie rozumiał tego i musiał to przyznać przed samym sobą, kiedy Draco ciągnął go przez pokój wspólny, a potem podziemnym korytarzem w kierunku Wielkiej Sali. Draco zachowywał się... cóż, nie bardzo jak Malfoy, z uporem ściągając na siebie uwagę Harry'ego. Ale przecież byli w Slytherinie inni ludzie, łącznie z Vincentem i Gregorym, których Harry poznał zeszłej nocy, a którzy z radością poświęciliby Draco całą uwagę, czego on tak bardzo pragnął. Co mu przychodziło z narzucania się Harry'emu?
Po prostu jesteś bratem Chłopca, Który Przeżył, wyszeptał w głowie Harry'ego głos, któremu nie bardzo ufał. Brzmiał strasznie podobnie do głosu węża albo Slytherina. Draco chce dorwać Connora. Chciał się z nim zaprzyjaźnić, a teraz prawdopodobnie pragnie zostać jego wrogiem. Pokaż mi lepszy sposób niż przekonanie Connora, że jego brat zwrócił się przeciw niemu.
Zdążyli już dotrzeć do Wielkiej Sali i Harry widział Connora siedzącego z Ronem przy stole Gryfonów. Tym razem jego bliźniak nawet na niego nie spojrzał, jedynie odwrócił głowę i podniósł głos.
Jeszcze sobie dzisiaj pogadamy, obiecał Harry swojemu bliźniakowi, siadając i sięgając po półmisek z jajkami. Nie pozwolę, żeby mój własny brat był wobec mnie uprzedzony w tak idiotyczny sposób. Wszyscy w Slytherinie mogą być obślizgłymi wężami - ja się nim nigdy nie stanę.
- Profesor Snape znowu się na ciebie patrzy.
Harry zamrugał, słysząc słowa Draco, ale nawet nie zerknął na stół nauczycielski. Czuł na sobie wzrok profesora.
- Tak, wiem - powiedział, po czym przerwał, żeby napić się soku dyniowego bez rozpryskiwania go po całym stole. - Nienawidził naszego ojca, jak chodzili razem do szkoły.
Zastanawiał się, czy nie powiedzieć Draco o długu życia i o tym, że Snape był tak naprawdę dobry, ale powstrzymał się. Być może Draco nie był jeszcze śmierciożercą, ale Lucjusz Malfoy wciąż mógł poznać kilka interesujących szczegółów w kilka chwil po tym, jak Harry je powiedział.
Nie znoszę mieć tajemnic, jęknął w myślach, zanim zdążył wrzucić to uczucie do sekretnej skrzynki we własnej głowie. Nie wyglądałoby to tak, gdybym był w Gryffindorze. Tam większość osób byłaby z natury bardziej przychylna stronie światła.
Kiedy skończył, zamknął solidnie pudełko. Był w Slytherinie, a Snape jeszcze nie podszedł i nie zasugerował, że syn Pottera tak naprawdę powinien był trafić do Gryffindoru, więc chyba jednak będzie musiał dać z siebie wszystko.



Jak się okazało, nastał piątek, a Harry nie widział się z bratem dłużej niż parę minut naraz albo bliżej niż po drugiej stronie morza nieznanych twarzy. Wszyscy uczniowie byli nieustannie w ruchu, przechodząc z jednej klasy do drugiej i rozmawiając tak głośno, że ciche nawoływania Harry'ego niemal zawsze ginęły w hałasie. A może były ignorowane? Harry brał pod uwagę, że Connor może być zbyt zły, by zwracać na niego uwagę, nawet jeśli usłyszał.
Draco nie był jakoś szczególnie pomocny. Przyczepił się do Harry'ego jak rzep i wyrzucał z siebie nieustanny strumień radosnej paplaniny, której Harry nie wierzył nawet przez moment. Kiedy chłopiec spróbował uciec na chwilę, wymawiając się biblioteką - a tak naprawdę mając nadzieję znaleźć drogę do wieży Gryffindoru - Draco dołączył się bez słowa. Nic nie mówił o Connorze ani o Gryfonach, ale nie spuszczał Harry'ego z oka i uśmiechał się złośliwie, ilekroć jakiś przechodzeń wspomniał o Chłopcu, Który Przeżył.
Łatwiej by mi się znosiło Ślizgonów, pomyślał Harry, kiedy schodzili na eliksiry, gdyby ciągle nie uśmiechali się w ten sposób.
To prawda, nie poznał zbyt wielu Ślizgonów poza Draco, ale wszyscy zdawali się szyderczo uśmiechać, może poza Vincentem i Gregorym, których twarze przez większość czasu pozostawały bez wyrazu. Blaise Zabini patrzył, uśmiechając się złośliwie, Pansy Parkinson mizdrzyła się, uśmiechając się złośliwie, Milicenta Bulstrode patrzyła spode łba, uśmiechając się złośliwie, a starsze roczniki uśmiechały się złośliwie na samą myśl poświęcenia uwagi komuś młodszemu. Harry obawiał się, że sam zacznie się tak uśmiechać, zanim zdąży się spotkać z Connorem, i był zdeterminowany, żeby do tego nie dopuścić.
- Spodoba ci się ta lekcja - szepnął Draco gdzieś za Harry'm, kiedy siadali w ławkach. - Snape to znakomity nauczyciel. No i mamy lekcje z Gryfonami, z którymi tak bardzo od jakiegoś czasu pragnąłeś się zobaczyć.
Uśmiechnął się lekceważąco, kiedy Harry obrócił gwałtownie głowę i posłał mu zniesmaczone spojrzenie.
Oczywiście Harry znał rozkład lekcji, ale nie sądził, że Draco też zwróci na to uwagę.
Może bezpośrednie pytanie zda egzamin.
- Co cię to właściwie obchodzi? - syknął w jego kierunku. - Oczywiście, że chcę się przywitać z moim bratem. Byliśmy rozdzieleni od czasu Ceremonii Przydziału. Czemu więc teraz ironizujesz, jakby to było coś niezwykłego?
Draco uśmiechnął szyderczo, ale nie odpowiedział.
Harry ponownie się obrócił, zaciskając zęby z frustracją, i zobaczył pierwszorocznych Gryfonów skłębionych za drzwiami. Hermiona Granger weszła, zaczytana w trzymanej przez siebie książce. Harry zamrugał, widząc, jak siada sama w ławce. Czemu jeszcze się z nikim nie zaprzyjaźniła? Nie wygląda na taką, którą może powstrzymać nieśmiałość.
Connor i Ron weszli następni. Harry poczekał, aż jego brat rozejrzy się po klasie, i posłał mu pełen nadziei uśmiech. W odpowiedzi Connor uśmiechnął się do niego niepewnie, ale przestał, gdy Ron wbił mu łokieć w żebra. Odwrócili się i usiedli w swoich ławkach.
Draco zachichotał, Harry był tego pewien, ale nie miał okazji zwrócić mu na to uwagi, bo Snape akurat wtedy wysunął się na przód klasy.
Powiódł wzrokiem po uczniach. Harry również mu się przyjrzał i zauważył, że kiedy tym razem ich oczy się spotkały, jego blizna nie zaczęła boleć. To mogło, choć nie musiało być warte uwagi - wciąż nie wiedział, czemu w ogóle go wtedy rozbolała.
Wciąż nie wiem o tylu sprawach, pomyślał Harry, stukając z irytacją końcówką pióra w pergamin. Jak ja mam chronić Connora, skoro nie mam skąd się tego nauczyć?
- Jesteście tutaj, żeby nauczyć się subtelnej, a jednocześnie ścisłej sztuki przyrządzania eliksirów - mówił Snape. Harry nie zwracał szczególnej uwagi na tę paplaninę, nawet gdy dotarła do warzenia chwały. Oczywiście, że Snape spróbuje zaimponować uczniom. Nie chciał w swojej klasie pyszałków.
- ...jeśli tylko nie jesteście bandą bałwanów, jakich zwykle muszę nauczać - zakończył, a Harry pokiwał głową. Tak, Snape starał się wszystkich zastraszyć. Jego taktyka była dokładnie taka, jak mówił James, opowiadając o swoich szczenięcych latach. Harry będzie się starał mu nie podpaść, tak samo jak reszcie Ślizgonów, ale nie miał zamiaru pozwolić się Snape'owi stłamsić albo pogrążyć.
Jak by na jakiś sygnał, Snape zwrócił się w jego stronę. Harry przyjrzał się jego złośliwemu uśmieszkowi, ale nie był pewien, czy pochodził on z nastawienia na rozmowę z Potterem, bratem Chłopca, Który Przeżył, czy też Potterem, bratem Chłopca, Który Przeżył, który jakimś cudem wylądował w domu Slytherina. Bez wątpienia uważa to za niesprawiedliwe.
Przynajmniej w tym się zgadzamy.

- Potter - powiedział Snape. - Co mi wyjdzie, jeśli dodam sproszkowanego korzenia asfodelisa do nalewki z piołunu?
- Wywar żywej śmierci, proszę pana - odparł Harry. Tyle jeszcze wiedział. Niemal cały poprzedni tydzień, jak tylko dowiedział się, że Snape będzie głową jego domu, przesiedział nad książką o eliksirach. Wbił sobie na siłę w głowę tyle wiedzy, ile zdołał. Miałby kłopot, gdyby Snape zapytał go o szczegóły, ale był w stanie udzielić ogólnych odpowiedzi.
Snape zrobił krok w tył, pochylając głowę. Harry nie mógł odczytać jego wyrazu twarzy, ale ponieważ jego oczy były wbite w Harry'ego, to i on nie odwrócił wzroku.
- Gdzie będziesz szukał, jeśli ci powiem, żebyś znalazł mi bezoar?
- W żołądku kozy, proszę pana. - Harry zdał sobie sprawę, że i to był łut szczęścia; przewracając kartki zobaczył w podręczniku dziwne słowo, którego nie rozpoznawał i zatrzymał się, by o nim przeczytać.
- Jaka jest różnica między mordownikiem a tojadem żółtym? - zapytał Snape znacznie łagodniejszym tonem niż poprzednio. Harry nawet nie ośmielił się dopuścić do siebie myśli, że mu zaimponował, zwłaszcza że nie był pewny odpowiedzi; wiedział o tych roślinach tylko dlatego, że przyjaźnił się z Remusem.
- To ta sama roślina, proszę pana.
Snape kiwnął głową.
- Pięć punktów dla Slytherinu za okazanie umiejętności do nauki - powiedział, po czym obrócił się w stronę Connora, zanim jeszcze Harry zdążył odetchnąć z ulgą. - Teraz pan Potter, nasza nowa... znakomitość. Proszę mi powiedzieć, jakie są składniki eliksiru leczniczego?
Connor zamarł, patrząc na niego wielkimi oczami. Obok niego ręka Hermiony Granger wystrzeliła w górę - najwyraźniej dziewczyna postanowiła przejąć inicjatywę. Connor kiwnął głową w jej kierunku.
- Nie wiem - powiedział. - Myślę jednak, że wie Hermiona, więc dlaczego pan jej nie zapyta?
Snape spochmurniał jeszcze bardziej, robiąc długi, ciężki krok naprzód. Harry spiął się, ale Snape powiedział tylko zimnym głosem:
- Zapytałem pana, panie Potter.
- Nie wiem - wycedził Connor przez zaciśnięte zęby.
Harry współczuł mu. Też nie wiedział. Z całej klasy prawdopodobnie tylko Hermiona wiedziała.
Wargi Snape'a wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu.
- Najwyraźniej sława to nie wszystko - powiedział, odwracając się do tablicy. - Minus pięć punktów dla Gryffindoru za okazanie kompletnej ignorancji. Składniki eliksiru leczniczego to suszone pokrzywy, sproszkowane kły węża, ugotowane winniczki i kolce jeżozwierza. Kolce jeżozwierza musicie dodać po zdjęciu kociołka z ognia, inaczej prosicie się o straszny bałagan. Po włożeniu pokrzyw...
Harry zapadł się w krześle, czując ucisk w żołądku. Snape celowo nastawił Connora przeciw Harry’emu, co mu się bardzo nie podobało. Zerknął za siebie i zobaczył, jak Connor patrzy na niego z mieszaniną zażenowania i zakłopotania, przynajmniej póki nie pochylił głowy.
Draco dźgnął go w plecy. Harry obrócił się.
- Czego? - warknął. Dawał z siebie wszystko, żeby nie wyciągnąć różdżki.
Draco zamrugał, zaskoczony.
- Chcesz być ze mną w parze?
Harry westchnął, kiwnął głową, po czym poszedł po składniki.
Oczywiście, tak jak James go ostrzegał, Snape okazał się onieśmielającym nauczycielem, krążącym po całej sali, zaglądającym uczniom do kociołków i wygłaszającym zniecierpliwione komentarze - te ostatnie wycelowane wyłącznie w Gryfonów.
- To nie jest właściwa konsystencja, Longbottom. Czyżbyś sobie wyobrażał, że możesz dodać kły węża przed zmiażdżeniem ich, Weasley? Jestem pod wrażeniem, Thomas, nie z powodu koloru twojego eliksiru, ale bezdennego pokazu niekompetencji.
Harry szybko odkrył, że musi ignorować Snape'a tak bardzo, jak to będzie możliwe. Kiedy Snape komentował wywar Connora, w jego głosie pojawiała się dodatkowa złośliwość, a to rozwścieczało Harry'ego. Sproszkował wężowe kły i zamieszał wywar tak agresywnie, że prawie go wylał, po czym wrócił do obserwowania Connora.
Dzięki temu zauważył, że jego brat właśnie zamierzał dodać kolce jeżozwierza przed zdjęciem kociołka z ognia. Harry wzdrygnął się. Wyobraził sobie nie tylko bałagan, jaki się zaraz zrobi, ale też karę, jaką Connor otrzyma od Snape'a, i nie miał zamiaru do tego dopuścić.
Szepnął do Dracona "odsuń się" i wrzucił do własnego eliksiru garść kolców jeżozwierza.
Snape sunął właśnie w stronę Connora, kiedy z kociołka Harry'ego uniosła się obrzydliwa bańka zielonego dymu i dźwięk, który przypominał hałas roju rozwścieczonych os. Snape zamarł, po czym powoli obrócił się w stronę klasy, po której siedzieli Ślizgoni. Draco odsunął się z pola widzenia. Dzięki temu Harry mógł odskoczyć i zamrugać, jakby nie wiedział, co się dzieje.
- Co to właściwie miało być, Potter? - syknął Snape.
Harry zerknął na kociołek i podłogę, na której ów kociołek się topił i niemal wypalił dziurę w jego butach, a w końcu na zaskoczone miny wszystkich wokół. Potem wzruszył ramionami.
- Ups? - spróbował.
Snape ruszył w jego stronę i ocenił wzrokiem kociołek.
- Dodałeś kolce jeżozwierza przed zdjęciem kociołka z ognia - oznajmił szyderczo. Harry zauważył z ulgą, jak Connor zabiera rękę znad własnego kociołka i delikatnie odkłada kolce obok wywaru. - Nie potrafisz odczytać ze zrozumieniem instrukcji z tablicy?
- Ups - powtórzył Harry. Nie opuszczał głowy i nawet pozwolił sobie na delikatną sugestię uśmiechu. Snape nie będzie znał prawdziwego powodu. Po prostu uzna, że Harry wdał się w ojca i robi sobie z niego żarty.
- Szlaban, panie Potter - powiedział miękko Snape. - Dzisiaj o ósmej, w tej klasie. Oczekuję, że pojawi się pan punktualnie.
- Tak, proszę pana - odpowiedział Harry, pochylając głowę i patrząc, jak Snape się oddala. Zrujnowany kociołek zniknął zaraz potem. Harry patrzył przez chwilę na bałagan. Mógł wysłać sowę do domu z prośbą o nowy. Był pewien, że jego matka nie będzie miała nic przeciw, kiedy dowie się, że został zniszczony z dobrego powodu.
Nagle poczuł czyjąś rękę na ramieniu, co zmusiło go do przeniesienia uwagi na jej właściciela - Dracona.
- Czemu to zrobiłeś? - szepnął Draco. - Mówiłeś, że mam się odsunąć. Wiedziałeś, że to się stanie.
Harry kiwnął głową.
Draco jeszcze mocniej zacisnął dłoń i pisnął, jakby z jakiegoś powodu czuł się osobiście urażony.
- Czemu? - powtórzył.
Harry uwolnił rękę z uścisku.
- Nie straciłem żadnych punktów, więc co cię to obchodzi? - szepnął, po czym usiadł i słuchał, jak reszcie klasy obrywa się od ciętych przytyków Snape'a. Connorowi i Ronowi nie udało się idealnie wykonać eliksiru, ale z drugiej strony nie wyszedł on nikomu prócz Hermiony. Im również oberwało się od Snape'a, ale Harry w tej sprawie już nic nie mógł poradzić, więc musiał się poddać i puścić to mimo uszu. Przynajmniej udało mu się uratować Connora od szlabanu.
Nie miał nic przeciw poświęceniu w ten sposób reszty swoich wieczorów, jeśli trzeba będzie. Wszystko to było dla najwyższego możliwego celu.



Pukanie do drzwi Snape'a rozległo się równo o ósmej. Zerknął w górę, sprawdzając czas, i podniósł brwi. Czyli ten gałgan zna przynajmniej jakieś podstawy dobrego wychowania.
- Wejść.
Potter - nie ten sławny, poprawił się Snape w myślach, co brzmiało dość dziwacznie - wszedł i skinął mu głową.
- Przyszedłem w sprawie mojego szlabanu, proszę pana. Co mam zrobić?
Snape przyglądał mu się przez chwilę. Chłopak bez wątpienia był synem Pottera, jeśli wziąć pod uwagę te włosy i okulary, ale nie miał jego postawy. Cały czas trzymał głowę w górze i spojrzał Snape'owi w oczy bez wahania. Zaciekawiony Snape delikatnie dotknął jego umysłu legilimencją i znalazł wspomnienie kłótni Harry'ego z Draco Malfoyem tuż przed przyjściem tutaj. Draco chciał wiedzieć, czemu Harry zrobił to, co zrobił na eliksirach. Harry żachnął się tylko i pobiegł na swój szlaban.
Snape skończył sondowanie w porę, by zobaczyć jak spokojna maska Harry'ego pęka, zamieniając się w grymas. Podniósł rękę i potarł niespokojnie czoło, jakby bolała go głowa, a on nie był pewien dlaczego.
Ciekawe. Więc jego błąd w czasie eliksirów był celowy? Snape schował tę myśl za własną maską i warknął:
- Posprzątaj bałagan, którego narobiłeś razem z bandą towarzyszących ci idiotów. Nie możesz użyć magii.
- Tak, proszę pana.
Potter bez napomnienia znalazł szczotkę i wiadro z wodą, co zajęło mu kilka minut, po czym zaczął szorować klasę. Snape oceniał eseje i pilnował go kątem oka. Potter pracował spokojnie, nie narzekał, a jego twarz wyrażała zdecydowanie za mało emocji jak na chłopca wychowanego przez Jamesa. Jego bliźniak, ten sławny, był bardzo otwarty i jak tylko Snape pojawiał się w polu widzenia, jego orzechowe oczy zaczynały ciskać gromy za całą dotykającą go niesprawiedliwość.
Snape skrzywił się z niesmakiem. A ja będę musiał ochronić tego szczeniaka. Nie znaczy to, że muszę go lubić.
Wrócił do oceniania esejów, przynajmniej póki delikatne, uporczywe brzęczenie nie złamało jego koncentracji. Spojrzał w górę, z obelgą na końcu języka, ale najgłośniejszym wydawanym przez Pottera dźwiękiem było szuranie szczotki po stołach. Brzęczenie musiało mieć inne źródło.
Snape dotknął swojego lewego przedramienia, po czym pokręcił głową. Co prawda nie wierzył, żeby bachor Pottera załatwił Voldemorta na zawsze, ale jego pan nie był jeszcze w stanie zwołać żadnego śmierciożercy. Nawet gdyby, to pierwsza oznaka jego obecności nie byłaby aż tak delikatną manifestacją.
Potem pomyślał, że ktoś stara się śledzić szlaban i rzucił pod biurkiem dyskretne Revealo. Nic się nie ukazało.
Przemyślał kilka innych możliwości, zanim nie dotarła do niego ta, której od lat nie brał pod uwagę - być może jego pamięć zaskoczyła po zobaczeniu w umyśle Pottera chłopaka Malfoyów. Sięgnął do tarczy, której nauczył go Lucjusz w czasie nauki nasłuchiwania delikatnych wibracji, które otaczają potężnych czarodziejów, i po raz pierwszy od lat pozwolił jej opaść.
Brzęczenie momentalnie wzrosło. Snape popatrzył na Pottera, który obecnie klęczał i starał się dosięgnąć do wyjątkowo uporczywej plamy pod ławką Longbottoma. Powietrze wokół niego śpiewało mocą niczym namoczony palec kręcący kółka na brzegu kieliszka na wino.
Czemu nie wyczułem tego, jak był w klasie? zastanowił się Snape, po czym parsknął w duchu. Bo był pomiędzy tuzinem innych szczeniaków, oto dlaczego. Ich moc przykryła jego.
Dziwne, że bliźniaka, który nie pokonał Voldemorta, otacza taka aura. Być może drugi jest jeszcze silniejszy i faktycznie okaże się "naszą ostatnią nadzieją".
Snape skrzywił się. Kilkukrotnie rozmawiał z Dumbledore'm o Connorze Potterze jako głównej osi przepowiedni i wciąż czuł się okropnie na myśl, że dziecko to jedyne, co stoi między światem czarodziejów a powrotem Voldemorta. To bardzo romantyczne, oczywiście, ale niespecjalnie praktyczne.
Kiedy zerknął na zegar, zorientował się, że dochodzi dziesiąta, a z nią koniec szlabanu Pottera. Snape pokręcił głową i podniósł tarczę z powrotem.
- Potter! - warknął.
Harry drgnął, ale nie uderzył głową w ławkę, na co Snape w duchu liczył. Wstał i obrócił się, trzymając wiadro i szczotkę luźno w dłoniach.
- Tak, proszę pana? - zapytał.
- Szlaban dobiegł końca, a klasa wciąż jest w tragicznym stanie - powiedział zimno Snape. - Wrócisz tu wieczorem w poniedziałek, również o ósmej, i wtedy dokończysz.
Na chwilę, tylko chwilę, oczy szczeniaka drgnęły. Bez wątpienia myślał, że po poniedziałkowych lekcjach zastanie tu jeszcze większy bałagan i więcej pracy. Ale powiedział jedynie "tak, proszę pana" i ruszył, żeby odłożyć narzędzia.
Snape pochylił się.
- Jeszcze jedno, Potter.
Potter - nie, będzie o tym chłopcu myślał jako o Harrym, ponieważ nie sądził, żeby kiedykolwiek był w stanie zalać go taką ilością jadu, jaką z przyjemnością mógł przeznaczyć na Chłopca, Który Przeżył - spojrzał na niego.
- Tak, proszę pana?
- Jak znowu odkryję, że popełniłeś celowy błąd na mojej lekcji - powiedział miękko Snape - to dostaniesz szlaban na tydzień. Nie życzę sobie w swoim domu Ślizgona, który nie wykorzystuje swojego pełnego potencjału w dziedzinie, o której ma przynajmniej podstawowe pojęcie. Czy to jasne?
Ramiona Harry'ego spięły się na moment, ale tylko pochylił głowę i powiedział:
- Z całym szacunkiem, proszę pana, ale jestem dopiero na pierwszym roku i nie wiem jeszcze zbyt wiele o eliksirach. Jestem pewien, że popełnię jeszcze wiele błędów.
Snape przymrużył lekko oczy, przyglądając się Harry'emu. Ten patrzył wprost na niego. Snape syknął. Czy jemu się wydaje, że może mnie przechytrzyć?
Wyraz twarzy Harry'ego wystarczył mu za odpowiedź. Nie wie, czy może. Ale z pewnością będzie próbował.
- W takim razie proponuję, żeby się pan przyłożył do nauki, panie Potter - zbył go Snape. - Jeśli spędzi pan zbyt wiele czasu na szorowaniu tej klasy, to może pan zacząć miewać problemy z zauważeniem różnicy między błędem popełnionym celowo a przypadkiem.
- Tak, proszę pana - odpowiedział Harry, po czym wyszedł.
Snape śledził go wzrokiem, po czym oparł się wygodniej i ponownie odtworzył w pamięci tę lekcję. Harry popełnił błąd, kiedy...
Kiedy miał zamiar zganić Pottera za jego niekompetencję.
Snape warknął i wstał. Jeden z Potterów powinien poważnie przemyśleć swoje postępowanie, jeśli wydaje mu się, że może się wtrącać i zbierać cięgi za drugiego. Nie będę tolerował na moich lekcjach specjalnego traktowania tego szczeniaka, nawet jeśli wstawia się za nim jego własny brat.

[Obrazek: 66HHUfX.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.06.2013 19:13 przez Gociak.)
27.06.2013 19:12
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
okiren Offline
Soul Mama
Załoga Nakama

*
Liczba postów: 4,761
Dołączył: 23.11.2011
Skąd: Kanadowo
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #6
RE: [T][HP] Saga poświęcenia I - Ratując Connora
Smiesznie czytać sceny, które grał Harry w wykonaniu innej postaci ;p A tak poza tym to z każdym rozdziałem bardziej love ślizgońskiego Harry'ego :>

[Obrazek: 6DG0nbv.gif]
28.06.2013 01:11
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #7
RE: [T][HP] Saga poświęcenia I - Ratując Connora
Wygląda na to, że tylko Ty to czytasz (co samo w sobie jest motywacją - wreszcie ktoś to czyta, wohoo XD), to może zacznę wrzucać rozdziały zaraz po Twoich komentarzach? ;]
Robię te przerwy jakby to miało jakiś większy sens...

A póki co~

Rozdział Piąty: Lew i Żmija

Harry długo się wahał przed rozchyleniem kotar sąsiedniego łóżka, kiedy chciał się upewnić, że Draco jeszcze śpi. Nagle rozległo się długie chrapnięcie, które go uspokoiło. Harry z uśmiechem wyszedł na paluszkach z pokoju, mijając śpiących Grega i Vince'a oraz puste łóżko Blaise'a. Ten ostatni wstawał wcześnie każdego ranka i wyglądało na to, że sobota nie była wyjątkiem.
Zdecydowanie jednak była wyjątkiem dla Dracona i to właśnie z tego powodu Harry zdecydował się wymknąć właśnie teraz. Ruszył biegiem, jak tylko znalazł się w pokoju wspólnym. O tak wczesnej porze nie było tam jeszcze nikogo poza uczniem z siódmego roku, który zasnął w fotelu z książką na kolanach. Otworzył oko, kiedy Harry mijał go w pośpiechu, prychnął i ponownie je zamknął, uważając, że rozmowa z kimś, kto ledwie sięga mu do piersi, jest poniżej jego godności.
Harry prześlizgnął się przez drzwi. Po zamknięciu wtapiały się od zewnętrznej strony w otoczenie na tyle dobrze, że ciężko było je odróżnić od kamiennej ściany. Harry pokręcił głową. Ślizgoni byli niezwykle paranoiczni, skoro uważali, że żaden z pozostałych domów nie powinien znać dokładnego położenia ich pokoi.
Oczywiście to samo można było powiedzieć o Gryfonach. Prefekci z Gryffindoru zawsze upewniali się, że nikt - ze szczególnym naciskiem na Ślizgonów - nie szedł za młodszymi rocznikami aż do samej wieży. Gryfoni trzymali się w grupkach złożonych z ludzi z własnego domu, jak wszyscy inni ludzie w szkole; Harry był w Hogwarcie zaledwie tydzień, ale już wiedział, że nieczęsto zdarzały się przyjaźnie między domami. No i oczywiście nie znał hasła do przejścia Gryffindoru.
Nic z tego nie miało znaczenia.
Wyciągnął różdżkę, cyprys i serce smoka, i położył ją na dłoni.
- Wskaż mi Connora Pottera - rozkazał, wkładając w to całą swoją wolę. Ich ojciec utrzymywał, że to nie jest trudne zaklęcie, ale w przeszłości już kilkakrotnie wykańczało ono Harry'ego w czasie prób. Oczywiście, wtedy musiał ćwiczyć z różdżką treningową; być może z prawdziwą pójdzie lepiej.
Wyglądało na to, że owszem. Różdżka zakręciła się nad jego dłonią, po czym zatrzymała, wskazując przed siebie. Harry uśmiechnął się i ruszył przez podziemia.
Przemierzał jedne schody za drugimi, różdżka czasem drżała, ale zawsze wskazywała mu, gdzie i kiedy powinien skręcić. Harry uniknął Irytka, który zdawał się go nie zauważać, przemknął pod mamroczącymi, zaspanymi portretami i czekał cierpliwie, gdy ruchome schody wahały się, gdzie też powinny go wyrzucić. Niezmordowanie szedł przed siebie, ani przez chwilę nie spuszczając różdżki z oka. Wreszcie ta zaprowadziła go przed portret drzemiącej kobiety ubranej w róż, zadrżała raz i zamarła.
Harry kiwnął głową i usiadł przed portretem. Po dziesięciu minutach kobieta zachrapała raz i drugi i wreszcie raczyła się obudzić.
- Coś ty za jeden, skarbie? - zapytała, przyglądając mu się. Jeśli zauważyła ślizgoński herb na jego szacie, to tego nie skomentowała, za co Harry był wdzięczny.
- Nazywam się Harry Potter - powiedział cicho. - Jestem bratem Connora. Czy mógłbym wejść do środka, żeby się z nim zobaczyć?
- Oczywiście, skarbie, jeśli tylko znasz hasło.
Harry pokręcił głową.
- W takim razie poczekam na niego na zewnątrz - powiedział i oparł się o ścianę.
Connor nigdy nie wstawał wcześnie w soboty, nawet jak jeszcze nie mieli za sobą całego tygodnia ciężkich lekcji. Harry nie sądził, żeby teraz miało być inaczej. Prędzej czy później Connor będzie musiał iść na śniadanie do Wielkiej Sali i wtedy porozmawiają.
- Jak uważasz - odpowiedziała kobieta, wzruszając ramionami, po czym zaczęła nucić, przyglądając się swoim paznokciom. Od czasu do czasu zerkała w jego stronę. Harry skupił się na swoim oddechu. W domu, na wypadek gdyby Connor kiedyś ruszył na niebezpieczną misję w samo centrum terytorium wroga, godzinami ćwiczył stanie w bezruchu i szło mu to całkiem nieźle. Po dziesięciu minutach od wyciszenia się portret chyba o nim zapomniał, a ludzie, którzy przez niego wchodzili i wychodzili - żaden z nich nie był Connorem - nawet nie zawieszali oka na Harrym.
I wtedy, największa z niespodzianek, Connor z Ronem nadeszli korytarzem od strony Wielkiej Sali. Harry przełknął gulę, która nieoczekiwanie pojawiła się w jego gardle. Aż tak się już zdążył zmienić? Jak ja za nim nadążę?
Ron akurat opowiadał dowcip, kiedy Connor podniósł rękę do góry, żeby go uciszyć. Harry ocenił krytycznie jego postawę, po czym kiwnął głową. Może być. Ich matka całe lata upominała Connora, by trzymał się prosto i wyrażał się z gracją, jak przystało na przyszłego przywódcę świata czarodziejów. Najwyraźniej choć część tych lekcji odniosła sukces.
I wtedy spotkał wzrokiem ciche i intensywne spojrzenie swojego brata, i nie był w stanie już myśleć o niczym innym.
- Harry - powiedział Connor, mrużąc oczy i używając tonu niewiele różniącego się od formalnego. - Co ty tu robisz?
- Pomyślałem, że przydałaby nam się rozmowa - odpowiedział Harry, odsuwając się od ściany. Zauważył, jak twarz Rona czerwienieje, ale Connor nie mógł tego zobaczyć, jako że chłopiec stał tuż za nim. - Proszę cię, Connor. Wiem, że przez ostatni tydzień nie bardzo zachowywałem się jak przystało na twojego brata, ale naprawdę myślę, że powinniśmy sobie wyjaśnić parę rzeczy.
Connor przygryzł na chwilę wargę, obserwując go. Harry nie spuścił wzroku. Uderzyło go, jak strasznie młodo wyglądał jego brat, i użył tej obserwacji do uspokojenia siebie, że nic się nie zmieniło. Connor wciąż był niewinnym dzieckiem i Harry wciąż mógł chronić i wielbić tę niewinność.
- Dobrze - powiedział niespodziewanie Connor. - Chodź.
Podszedł do portretu kobiety w różu i coś powiedział - zbyt cicho, by Harry mógł to usłyszeć. Przytaknęła i portret odsunął się, ukazując ukryte za nim okrągłe przejście.
To wreszcie obudziło Rona z jego stuporu.
- Connor! - zaperzył się. - Chyba nie chcesz go zaprosić do środka?
Connor odwrócił się i spojrzał na niego spode łba. Harry pochylił głowę, by ukryć uśmiech, czując, że nie wyglądałby on teraz zbyt dyplomatycznie.
- Niby czemu nie?
- To Ślizgon!
- To mój brat - poprawił do Connor i kiwnął głową w stronę Harry'ego. - Założę się, że jeśli chodzi o pokoje wspólne, to mój będzie o niebo lepszy - dodał radośnie i zniknął w dziurze, nie czekając na Harry'ego i nie słuchając dalszych protestów Rona.
Zalegająca w żołądku Harry'ego kula nerwów rozpuściła się. Uśmiechnął się do Rona, który skrzywił się, ale wszedł za nim do pokoju wspólnego, gdzie Connor rzucił się na stojący przed kominkiem fotel i zadeklarował:
- Wygrałem!
Harry rozejrzał się. Pokój wspólny aż mienił się od ciepłych i jasnych odcieni złota i czerwieni. Wszędzie stały kanapy i fotele, szersze od tych w ślizgońskim pokoju, jakby zapraszające studentów do wspólnego przesiadywania. Serce Harry'ego ogrzało się i zatonęło jednocześnie w żalu. Był rad, że Connor znajdował się w miejscu, w którym mógł się poczuć jak w domu. Tym samym ożył żal, jaki Harry miał już od tygodnia do Tiary Przydziału. On też powinien być tutaj, gdzie mógłby śmiać się z żartów Connora, pilnować go czy grać w Eksplodującego Durnia z ludźmi pokroju Rona Weasleya. Harry wciąż nie wiedział, czemu Tiara przydzieliła go do Slytherinu. Nie był pewien, czy kiedykolwiek się tego dowie.
Przynajmniej tyle mogę zrobić, pomyślał, rozglądając się i zauważając, że Connor i Ron czekają, aż usiądzie. Mogę upewnić się, że jeszcze mnie tu kiedyś zaproszą.
- Siadaj, Harry - powiedział Connor - i opowiedz nam o Slytherinie. Czy to prawda, że raz na miesiąc musicie zjeść węża na śniadanie? - W jego głosie można było usłyszeć jednocześnie obrzydzenie i niezdrową fascynację.
Harry uśmiechnął się i usiadł w fotelu, zapadając się w niego. Opierając się pokusie pokręcenia się chwilę w poszukiwaniu jak najwygodniejszej pozycji, odpowiedział:
- Nie. Ale to prawda, że wszyscy uśmiechają się złośliwie. Jeszcze nie odkryłem dlaczego.
Connor roześmiał się. Harry skąpał się w tym dźwięku. Tęsknię za tym. Chciałbym przez cały czas być u jego boku. Ale robienie zamieszania ściągnęłoby na mnie uwagę. Teraz czas na stworzenie więzów.
Ron dał mu idealny pretekst, wybuchając:
- Ale Tiara przydzieliła cię do Slytherinu. Przecież musiał być jakiś powód.
Connor przestał się śmiać i wbił wzrok w Harry'ego. Jego oczy buzowały wewnętrznym płomieniem, który kiedyś zrobi z niego wspaniałego przywódcę, jak tylko uda mu się przeżyć normalne dzieciństwo, po czym porzucić je na rzecz nadzwyczajnej dorosłości.
- Właśnie, Harry - powiedział. - Też chciałbym go poznać.
- Myślałem o tym - przyznał cicho Harry. - I wymyśliłem dwa powody, chociaż tylko jeden z nich jest dobry.
- Możesz mi powiedzieć o obu - powiedział Connor, sięgając w jego stronę i chwytając jego dłoń. - Obiecuję. Cokolwiek to jest, cokolwiek sobie wymyśliłeś... ja wiem, że mój brat nie może być zły.
Harry zamknął oczy.
- Cóż, jeden jest taki, że mogę teraz śledzić dzieci pochodzące z rodzin, których członkowie należeli kiedyś do grupy śmierciożerców. Mógłbym słuchać ich rozmów z rodzicami, odkryć, co myślą o Voldemorcie i dać ci informacje, które mogą ci pomóc w wojnie. - Otworzył oczy i zobaczył, jak Connor dotyka swojej blizny, jak to zawsze robił, gdy ktoś wspominał przy nim imię Voldemorta. Harry zastanawiał się, czy go przy tym bolała. Chciał zapytać Connora, czy jego blizna krwawiła, odkąd tu przyjechał, ale Ron się wtrącił.
- A jaki jest drugi powód?
Harry oblizał usta. To była część, której nie chciał wymawiać na głos. Ale Connor był tutaj, czekał z szeroko otwartymi, świecącymi oczami. Harry przypomniał sobie słowa, które Connor dopiero co wypowiedział. Wiem, że mój brat nie może być zły.
- Może jestem Ślizgonem - szepnął. - Może jakimś cudem wszyscy to przeoczyli... Mama, tata, Syriusz, wszyscy...
Dalej nie mógł już mówić, ponieważ Connor przyciągnął go do siebie i przytulił pocieszająco. Harry oparł głowę o ramię brata i objął go. Większość czasu to on był tym, który miał pocieszać i pokrzepiać, ale nie było nic złego w tym, że czasem Connor przejmował inicjatywę. Harry znał swoje miejsce i jeśli jego brat potrzebował być dla kogoś wsparciem, nawet jeśli ten ktoś chronił go tak dobrze, że Connor nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, to Harry mógł jak najbardziej przez chwilę być słaby.
- Nie jesteś Ślizgonem - szepnął do niego Connor. - Myślę, że istnieje jeszcze trzecia możliwość: Tiara popełniła błąd, to wszystko. Jest stara. Może zaczyna już zapominać o różnych rzeczach tak jak Fryderyk Feralny.
Harry uśmiechnął się, przypominając sobie portret starego czarodzieja, który wisiał w pokoju ich rodziców. Najpierw zapomniał imion wszystkich w domu i Harry'ego wołał imieniem jego dziadka, a Syriusza - swojej matki. Potem zaczął wędrować między portretami, mając na sobie jedynie swoje niewymowne. Wreszcie wyszedł z założenia, że wciąż uczestniczy w wojnie przeciw Grindewaldowi i ich rodzice musieli się poddać i wyrzucić portret. Harry wyobraził sobie, jak Tiara gubi się, śpiewając piosenkę i momentalnie poprawił mu się humor.
Nie mogę być zły. Skoro Connor twierdzi, że nie jestem, to na pewno tak jest.
- Nigdy cię nie zostawię, jak to rodzice zrobili Fryderykowi - powiedział Connor, odsuwając się i patrząc Harry'emu prosto w oczy. - Dyrektor Dumbledore pewnie nie zgodzi się już, żeby cię przenieść do Gryffindoru, ale przecież wciąż możemy się przyjaźnić, bawić, no i oczywiście, spędzić razem święta. - Pokiwał głową i uśmiechnął się. To był bezczelny uśmiech, taki sam, jaki zawsze błąkał mu się po ustach, gdy Connor skradał się, by spłatać Syriuszowi kolejnego nieudanego figla. - A jeśli ktoś spróbuje cię przekonać, że jesteś Ślizgonem, to możesz mu po prostu powiedzieć, że trafiłeś tam przez pomyłkę. Niech się nad tym zastanowią.
Harry odetchnął z ulgą, czując się lepiej, niż myślał, przechodząc przez dziurę za portretem.
- Dziękuję, Connor - powiedział. - Wiedziałem, że mnie pocieszysz, ale naprawdę potrzebowałem to usłyszeć.
- Powiedzmy, że mogę to zaakceptować - powiedział Ron, chociaż nie wyglądał na w pełni przekonanego. - Naprawdę wolałbyś być w Gryffindorze, Harry?
Nazwanie go "Harrym" a nie "Ślizgonem" Harry uznał za duży postęp. Odwrócił się w stronę Rona i przytaknął.
- Całym sercem - odpowiedział. - To dom, w którym byli nasi rodzice i dziadkowie i w którym teraz jest mój brat. - Zerknął na Connora i wtedy oberwało mu się w ramię, jakby Connor wyrażał swój sprzeciw na umieszczenie go na końcu tej listy, mimo że i tak się uśmiechał. Harry znowu spojrzał na Rona. - To tutaj powinienem należeć - dokończył. - Nie pozwolę, żeby dom Slytherina zamienił mnie w coś, czym nie jestem. Obiecuję.
- No to czemu się przyjaźnisz z cholernym Malfoyem? - zaperzył się Ron. - Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, to powinieneś zignorować tę zgraję, a już zwłaszcza tego palanta!
Harry westchnął lekko.
- To on zdecydował, że chce się ze mną przyjaźnić - przyznał. - Dużo łatwiej jest mu odpowiadać niż go ignorować przez cały czas. Poza tym jego ojciec był śmierciożercą. Mogę go wykorzystać i wyciągnąć informacje o Lucjuszu Malfoyu.
Ron pokręcił tylko głową, ale zdawał się być nieco spokojniejszy w towarzystwie Harry'ego niż wcześniej.
- No dobra, tylko nie ściągaj go tu ze sobą, jak przyjdziesz następnym razem - mruknął, po czym wbiegł po schodach.
Jak przyjdziesz następnym razem. Harry zdusił mały płomyk radości, po czym spojrzał w kierunku Connora i w jego oczach i uśmiechu zobaczył potwierdzenie. Dopiero wtedy Harry sam pozwolił sobie na uśmiech.
- Już ja się upewnię, żebyś dostał te same szanse co ja - obiecał Connor, kiedy zbliżali się do przejścia. - Ron w końcu ci zaufa, a wtedy będziemy wszędzie łazić razem. Jego bracia to najlepsi figlarze jakich w życiu widziałem. Obiecali pokazać mi wszystkie tajemne przejścia. Przyjdę po ciebie, jak będziemy je zwiedzać.
Harry pokiwał głową. Musiał znowu wrócić do lochów i nie mógł zapytać brata o hasło Gryffindoru - ryzyko przypadkowego wygadania go Ślizgonom było zbyt wielkie - ale pierwszy raz od rozpoczęcia roku czuł się tak spokojnie.
- Trzymaj się, Connor.
Connor uśmiechnął się, przepuszczając go przez dziurę za portretem.
- Trzymaj się, Harry.
Harry wciąż miał przed oczami ten uśmiech, kiedy dotarł do Wielkiej Sali.



Draco zmrużył oczy, kiedy zobaczył Harry'ego wchodzącego do Wielkiej Sali i kierującego się w stronę stołu Slytherinu. Jego humor był skwaszony już od momentu pobudki, kiedy odkrył, że Harry'ego nigdzie nie ma, a Vince i Greg nie mieli pojęcia, gdzie mógłby się udać. A potem jeszcze jakiś szóstoroczniak powiedział mu, że widział, jak Harry idzie gdzieś na górę.
Na górę, czyli do wieży Gryffindoru, uznał Draco. I do tego jego koszmarnego braciszka.
Draco wiedział, że miał rację, kiedy Harry usiadł koło niego i posłał mu uśmiech, którego Draco nie musiał wyciągać z niego na siłę. Niestety, to mu tylko pogorszyło humor.
- Gdzieś ty był? - szepnął, kiedy Harry zapełniał sobie talerz. - Chciałem iść do biblioteki.
Harry zatrzymał się, żeby spojrzeć na niego z powątpiewaniem.
- Przed śniadaniem?
No dobra, pomyślał Draco, to było nieco głupie.
- No to na śniadanie - powiedział. - Powiedz mi, gdzie byłeś.
- Odwiedziłem Connora - odparł Harry, palant, który miał czelność wyglądać, jakby wszystko było piękne, wspaniałe i różowe z małymi, niebieskimi ptaszkami latającymi wokół. Pochłanianie swojego śniadania zaczął od wielkiego gryza, najwyraźniej nie przejmując się, że Draco kompletnie stracił apetyt. Oczywiście, Draco już skończył jeść, ale przecież nie o to chodziło.
- Ale po co chcesz go odwiedzać? - zapytał, nie będąc w stanie powstrzymać jęku czającego się w jego głosie. - Jesteś Ślizgonem, a on Gryfonem.
Harry przerwał na dłuższą chwilę, obracając się w stronę Draco. Całkowicie spoważniał i kiedy Draco wyjrzał zza swojej tarczy, wyczuł moc Harry'ego - skupioną i błyszczącą strzałę skierowaną prosto w niego. Wzdrygnął się i postawił tarczę z powrotem.
- Draco - powiedział Harry łagodnie. – Jestem wdzięczny za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Starałeś się, żebym poczuł się dobrze w Slytherinie, a, cóż, przez pewną politykę związaną z Chłopcem, Który Przeżył, to nie mogło być łatwe.
Draco nie odzywał się. Nie miał zamiaru odrzucić darmowej pochwały. Poza tym Harry nie mógł wyczuć swojej własnej mocy, nie wiedział też, kim był albo kim powinien być - ratunkiem dla Draco przed nudą.
- Ale jest coś, co musisz wreszcie zrozumieć - ciągnął Harry, nachylając się bliżej. Jego rozczochrane, czarne włosy opadły mu na czoło, kompletnie przesłaniając bliznę i zaciemniając jego zielone oczy. - Nieważne, co się stanie z nami w tej szkole, nieważne, do jakich zostaliśmy przydzieleni domów, nieważne, jakie mamy lekcje, moja lojalność zawsze w pierwszej kolejności będzie należała do mojego brata. Udało mi się nawet pogodzić z Ronem Weasleyem...
- Nie sądziłem, że obchodzą cię Weasleyowie... - wypalił Draco, wściekły i pokrzywdzony.
- Przyjaciele mojego brata mnie obchodzą - odparł spokojnie Harry. - I wciąż uważam, że powinienem być w Gryffindorze. Zatem doceniam wszystko to, co próbowałeś dla mnie zrobić, ale nie chcę, żebyś dalej wychodził z jakichś fałszywych założeń. Nie mogę być twoim przyjacielem, nie całkowicie i kompletnie. Zawsze przede wszystkim będę bratem Connora... - przerwał, po czym wzruszył ramionami, a po wyrazie jego oczu widać było, że nie bardzo żałuje. - Przykro mi, jeśli cię tym skrzywdziłem.
Odwrócił się i wrócił do śniadania, nie zważając, że Draco dalej gapi się w jego profil. Ale uczucia Draco nie skupiały się tak bardzo na bólu czy frustracji, ale raczej na szoku.
Uważa, że powinien być w Gryffindorze? Nieświadomość własnej siły to jedno, ale... na wielkiego Merlina! Czy on jest ślepy?!
Musi być, uznał Draco, zwężając oczy w szparki, kiedy lekko zmieniał plany. Harry już nie był nagrodą do wygrania ani ratunkiem od nudy. Był Ślizgonem, który zostanie zmuszony do zaakceptowania swojego domu.
Jeśli uda mi się to wygrać, pomyślał Draco, to czyny albo słowa Bohatera Gryffindoru nie będą już miały znaczenia. Będzie po naszej stronie. Prawdziwa zabawa z Harrym zacznie się dopiero, kiedy wreszcie pozna prawdę o samym sobie.
Draco czekał cierpliwie, aż Harry skończy śniadanie, w pełni zadowolony z własnego rozumowania.

[Obrazek: 66HHUfX.png]
30.06.2013 19:16
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #8
RE: [T][HP] Saga poświęcenia I - Ratując Connora
Wai~Wai~ choper7

No to wrzucam kolejny Big Grin


Rozdział Szósty: Podejrzliwe oczy

- Lekcje latania! - zadeklarował Connor, kiedy wyszli na zewnątrz. Słońce świeci jasno, jakby cieszyło się z jego uśmiechu, pomyślał Harry, patrząc, jak Connor kręci się z rozłożonymi ramionami, jakby chciał objąć wiatr. - Nie cieszysz się?
- Bardzo - powiedział cicho Harry i usłyszał, jak idąca niedaleko nich Hermiona Granger parska. Obrócił się w jej stronę i uśmiechnął. Hermiona przez chwilę wyglądała na zaskoczoną, po czym pochyliła się nad książką i z uporem nie odrywała od niej wzroku. Harry westchnął. Próbował zainicjować przyjaźń między nią a Connorem, ale z obu stron spotkał się z odmową; Hermiona była za bardzo zainteresowana nauką, a Connor za bardzo zainteresowany wszystkim innym.
- Tu jesteś, Harry.
Draco podbiegł do nich i momentalnie został obrzucony oburzonym spojrzeniem Rona i podejrzliwym zerknięciem Connora. Bez żadnych problemów zignorował obu i uśmiechnął się do Harry'ego.
- Cieszysz się, że będziemy mieli lekcje latania z Gryfonami?
- Ktoś tu pewnie tęskni za miotłą, którą dostał od taty - powiedział Ron na tyle głośno, żeby wszyscy go usłyszeli.
- Ja przynajmniej mam miotłę, a nie jakąś zmiotkę - oparł Draco.
Connor pokręcił głową i odsunął się od nich.
- Zignoruj go, Ron - poinstruował swojego zaczerwienionego przyjaciela. - Mamy... - Zamarł na dłuższą chwilę, po czym krzyknął: - Lekcje latania! - i pobiegł w stronę pola, na którym równym rzędem leżały czekające na nich miotły. Ron zawahał się, rzucił Draconowi spojrzenie, które mówiło, że jeszcze wrócą do tej dyskusji, po czym ruszył za Connorem.
- Naprawdę musisz to robić? - zapytał Harry, zostając w tyle z Draconem i zrównując się z innymi Ślizgonami, którzy szli na lekcję.
- Tak. - Draco wydawał się teraz niewinny jak anioł, ale Harry nie dał się zwieść; wiedział, że w przypadku przegranej wymiany zdań to zachowanie byłoby diametralnie inne. Położył rękę na ramieniu Harry'ego, co też było popisem, grą przed jakąś niewidzialną widownią. - Wiem, że to twój brat, ale postanowił się zadawać ze zdrajcami krwi. Najwidoczniej nie jest w stanie oprzeć się ich wpływom.
Harry zastanawiał się, co go bardziej drażniło: nagromadzenie radości w głosie Dracona czy fakt, że gdyby spróbował mu na to zwrócić uwagę, to w odpowiedzi dostałby znowu to puste spojrzenie. Ostatecznie postanowił po prostu siedzieć cicho. W ciągu ostatnich kilku dni spędzonych na próbach pertraktacji między Gryfonami i Ślizgonami, odkrył, że cały sekret negocjacji tkwi w wiedzy, kiedy należy nic nie mówić.
Wreszcie dotarli do linii mioteł i ruszyli na swoje miejsca. Harry stanął naprzeciw szczerzącego się Connora. Obaj latali w domu wystarczająco często, żeby teraz móc to robić nawet we śnie. To nie będzie trudne.
Może nie dla nas, pomyślał Harry, słysząc z boku, jak ktoś głośno przełyka ślinę. Zerknął w tę stronę i zobaczył Neville'a Longbottoma, który patrzył na swoją miotłę z mieszaniną przerażenia i zgrozy. Harry kiwnął głową. Będzie uważał, na wypadek gdyby tamten potrzebował pomocy.
Teoretycznie to Connor powinien uważać. Ale ja mogę uważać za niego.
- Na miejsca! - poinstruowała ich pani Hooch, idąc pomiędzy rzędami mioteł i nie zwracając uwagi na fakt, że już to zrobili. Była tęższa, niż Harry się spodziewał, a jej włosy wyglądały jakby przeróżne wiatry już zbyt długo próbowały układać jej fryzurę, by ta wyglądała normalnie. Okrążała ich powoli, przyglądając im się uważnie spod zmrużonych powiek. Pod jej spojrzeniem Harry wysoko uniósł głowę i z pewnym rozbawieniem zauważył, że Draco zrobił to samo, jakby chcieli coś udowodnić. Oczywiście Draco zepsuł efekt, zerkając w jego stronę i uśmiechając się.
- Witam na waszej pierwszej lekcji latania - ciągnęła wiedźma. - Ponieważ będziemy kontrolować miotły własną magią, a nie różdżkami, muszę was poprosić, żebyście je odłożyli. - Harry usłyszał powszechny szelest ubrań, gdy uczniowie wyjmowali swoje różdżki; Hermiona z wahaniem schowała książkę, którą czytała, po czym kopnęła torbę za siebie. - Jeśli chodzi o proces przejęcia kontroli nad miotłą, to jest on bardzo prosty. - Pani Hooch stanęła przy większej miotle leżącej niemal na końcu linii. - Musicie przytrzymać nad nią rękę i powiedzieć...
Do mnie, powiedział bezgłośnie Harry do Connora, a ten powtórzył.
- Do mnie!
Nierówny chór głosów wydał komendę i przez chwilę Harry zobaczył, jak powietrze jaśnieje i migoce, gdy wola czarodziejów sięgała do mioteł. Jednym wychodziło to lepiej, innym gorzej. Jego miotła poderwała się, tak samo jak Connora, Dracona, Rona czy Hermiony. Miotły innych podlatywały połowę drogi, po czym opadały. Miotła Neville'a trzasnęła go w dłoń z taką siłą, że pchnęła pulchnego Gryfona na trawę. Harry wzdrygnął, wyobrażając sobie jego ból.
- Dobrze i nie tak dobrze - powiedziała pani Hooch, która, oczywiście, trzymała swoją miotłę. - Musicie uwierzyć w to, co mówcie, bo inaczej nie zadziała. Weźmy na przykład pana, panie Longbottom. - Ruszyła w stronę Neville'a, który był przerażony tym wyszczególnieniem, ale pozwolił usadzić się na miotle. - Ma pan siłę, ale brak panu finezji. Jak się lata na miotle... nie, nie tak...
Ale miotła Neville'a już się wznosiła, unosząc go ze sobą. Uczepił się jej i zaskrzeczał. Inni uczniowie zaczęli go nawoływać albo śmiać się czy krzyczeć ze strachu. Harry zmrużył oczy. Widział, jak dłonie Neville'a powoli ześlizgują się z miotły, i wiedział, że nie utrzyma się zbyt długo w powietrzu.
Zerknął w stronę Connora. Jego brat gapił się tak jak wszyscy, ale miał już jedną nogę podniesioną i gotową, by opaść po drugiej stronie miotły.
Harry złapał swoją różdżkę i rzucił w stronę Neville'a niezbyt silne zaklęcie klejące. Nie utrzyma to go zbyt długo, nie z tej odległości i z tak narowistą miotłą, ale powinno wystarczyć do czasu, gdy Connor nie postanowi czegoś zdziałać.
Jego brat opamiętał się w chwilę później. Wzniósł się niczym profesjonalista, wystrzelił w kierunku Neville'a i złapał jego rękę akurat w momencie, w którym zaklęcie klejące przestało działać. Przez chwilę ciężar Neville'a ciągnął go w dół, czemu Harry przyglądał się z rosnącym niepokojem, niepewny, czy Connor zdoła bezpiecznie wylądować. Udało mu się, ku wielkiej radości Gryfonów. Coś niewielkiego i okrągłego wypadło z szaty Neville'a i potoczyło się po trawie, ale Harry wątpił, żeby ktokolwiek poza nim to zauważył. Connor rumienił się z tryumfem, a Neville patrzył się na niego jak na słońce.
- No - powiedziała pani Hooch, pojawiając się obok chłopców tak szybko, że Harry zamrugał, zaskoczony. - Pierwszorzędny pokaz latania, panie Potter. - Rumieniec Connora zmienił się w dumę, a Harry uśmiechnął się. Zasłużył na to. Hooch obróciła się, żeby zbadać Neville'a, pochylając się tak nisko, że jej nos zawisł ledwie kilka centymetrów od jego twarzy. - A co z panem, panie Longbottom? Gotów, żeby znowu spróbować?
- J-Ja chyba... - zaczął Neville, po czym zemdlał.
Pani Hooch prychnęła, odłożyła delikatnie swoją miotłę na ziemi, po czym podniosła Neville'a, kiwając głową w stronę Connora, żeby ten podniósł jego nogi.
- Zabieramy go do pani Pomfrey - powiedziała, kiedy ruszyli. - Proszę się nie martwić o lekcję, panie Potter, wrócimy za dwa machnięcia sowiego ogona, a pan i tak już pokazał, że ma opanowane podstawy. - Obróciła się i rzuciła pozostałym uczniom ostre spojrzenie swoich żółtych, jastrzębich oczu. - A reszta ma pozostać na ziemi. Jeśli odkryję, że ktoś z was latał, to wiedzcie, że mogę i mam zamiar dać tej osobie szlaban.
Harry był szczęśliwy, że mógł zostać na ziemi. Patrzył, jak Neville i Connor znikają z pola widzenia, po czym odetchnął. Nieźle poszło. Neville'owi nic poważnego się nie stało, a Connor wyszedł na bohatera. Wszystko było tak, jak być powinno.
- Patrzcie, co znalazłem!
Harry syknął i obrócił się. Kiedy Draco mówił takim tonem, to znaczyło, że nic nie jest takie, jak powinno, a przynajmniej bardzo szybko przestanie.
Draco znalazł małą, okrągłą rzecz, która wypadła Neville'owi na trawę, i teraz podrzucał ją w górę, śmiejąc się. Wylądowała z dziwnym plaśnięciem. To i czerwony kolor powiedziały Harry'emu, że była to przypominajka. Nie był zaskoczony, że Neville ją miał; biedny chłopak zapominał instrukcji, jak tylko Snape kończył je pisać na tablicy. Draco też ewidentnie o czymś zapomniał.
Na przykład jak nie być takim strasznym palantem, pomyślał Harry, robiąc krok do przodu.
- Oddaj ją, Draco - rozkazał, wyciągając rękę.
Draco uśmiechnął się do niego. Harry zamrugał. Na jego twarzy nie było ani śladu złośliwości, jedynie zwykła, dziecięca radość, która wprawiała w zaskoczenie. Gdyby Draco zabrał przypominajkę, by upokorzyć Neville'a, to uśmiechnąłby się wyzywająco albo złośliwie lub też lamentowałby głośno nad niskim - w porównaniu do Ślizgonów - ilorazem inteligencji Gryfonów. Sposób, w jaki wycofał się przed Harrym, trzymając przypominajkę wysoko nad głową, sugerował, że tu chodzi o coś innego.
- Niby czemu? - zapytał Draco. - Nie jest twoja. Przechowam mu ją, póki sobie nie przypomni, żeby mnie o nią zapytać. Co pewnie nigdy nie nastąpi. - Zachichotał i tym razem Harry usłyszał w jego głosie złośliwe nuty.
- Oddaj ją - powiedział Harry, żałując, że nie wie, jak brzmieć bardziej stanowczo. To była sztuka, której ich matka próbowała nauczyć Connora. Harry szkolił się z pozostawiania w ukryciu i ciszy.
- Nie no, coś nie sądzę - powiedział Draco, po czym skoczył do tyłu, złapał miotłę Neville'a, wsiadł na nią i wypruł w górę, wirując jak skowronek. - Jeśli ją chcesz - zawołał przez ramię - to chodź i weź ją sobie.
Harry na chwilę zacisnął zęby, po czym rozejrzał się szybko. Pozostali Ślizgoni obserwowali go lekkim zaciekawieniem. Ale to Gryfoni bardziej go interesowali. Mieli zmrużone oczy i byli gotowi sami naskoczyć na Malfoya, ale teraz przyglądali się jemu.
Pokaż nam, że różnisz się od tych obślizgłych węży, widział wyraźne wyzwanie w ich oczach. Pokaż, że naprawdę obroniłbyś Neville'a jak swojego.
Harry skrzywił się, zerknął szybko w stronę szkoły, po czym pobiegł po swoją miotłę. Kiedy spojrzał w górę, zobaczył, że Draco unosi się niedaleko, czekając na niego. Przełknął ślinę i odbił się od ziemi.
Przeszedł tę samą zmianę, co zawsze, kiedy jego stopy odrywały się od ziemi. Był podekscytowany, radosny i spokojny jak ptak szybujący na wietrze. Nie mógł powstrzymać uśmiechu, kiedy wirował w stronę Draco, mimo sytuacji, która to zainicjowała, mimo że właśnie łamał zasady. Za bardzo uwielbiał latać.
Draco wyszczerzył się znowu do niego i choć miał przymrużone oczy, to Harry zobaczył w nich inny rodzaj wyzwania, które rzucili mu Gryfoni.
- Pokaż mi, co potrafisz, Harry - sapnął, po czym obrócił się i cisnął przypominajkę wysoko w górę.
Harry rzucił się do przodu, nie odrywając oczu od błyszczącej kulki. Connora tu nie było, więc nikt nie mógł porównać jego możliwości do jego brata. Mógł pędzić tak szybko, jak chciał, nie narzucając sobie żadnych ograniczeń. Wiatr świszczał mu w uszach i wokół wyciągniętej w odpowiedniej chwili ręki. Zawrócił i usłyszał, jak przypominajka ląduje bezpiecznie w jego dłoni. Harry zacisnął na niej palce, żeby jej nie upuścić. W porównaniu do łapania i utrzymania znicza ta zabawa nie sprawiła mu problemu. Obrócił się i zobaczył, jak Draco pośpiesznie ląduje na ziemi. Harry opadł w dół jak sokół. Pani Hooch wracała albo wysłała kogoś do nadzorowania klasy. Harry przeklął cicho, lądując, i odskoczył od swojej miotły, jakby ta stanęła nagle w płomieniach.
Draco znalazł się obok niego na chwilę przed powrotem pani Hooch i Connora, śmiejąc się jak idiota, którym był.
- To było imponujące - szepnął.
Harry zmierzył go wzrokiem. Draco wydawał się przepełniony radością, jakby wszystko poszło zgodnie z planem, a Harry nie miał pojęcia jakim. Wzruszył ramionami, odwrócił się od Ślizgona i podał pani Hooch przypominajkę, jak tylko ta wróciła na boisko.
- Neville'owi to wypadło, proszę pani - wymamrotał.
Pani Hooch kiwnęła głową i schowała przypominajkę do kieszeni, a lekcja - ze szczęśliwym Connorem i niedorzecznie radosnym Draconem - została wznowiona.



Draco złapał Harry'ego za ramię, kiedy ten próbował opuścić pole z Gryfonami. Harry obrócił się w jego stronę i jęknął z wyrzutem. Draco wiedział, że Harry wciąż miał mu za złe tamten numer z przypominajką, mimo iż nie miało to żadnego wpływu na jego gryfońskiego bliźniaka.
Jeszcze się przekona, obiecał sobie Draco, po czym uśmiechnął się do Harry'ego.
- Chodź, musimy się zobaczyć z profesorem Snape'em.
Harry zamrugał.
- Co? Czemu?
- Bo tak - odpowiedział Draco i pociągnął go za sobą. Harry ruszył za nim, ociągając się, ale niespecjalnie opierając. Gdyby znał zamiary Dracona, to pewnie wyrywałby się jak złapany jednorożec.
To nie miało znaczenia. To był jeden z tych momentów, w których Harry po prostu będzie musiał posłuchać głosu rozsądku. A Draco był pewien, co powie głowa ich domu, jak opisze, co widział.
Zbiegli do podziemi i skierowali się do biura profesora Snape'a, gdzie zniecierpliwiony Draco załomotał w drzwi. Harry podskoczył nerwowo, nie przestając oglądać się w kierunku, w którym zniknął Connor. Draco parsknął, spojrzał mu w oczy i zmusił, by się uspokoił.
- Nie masz kłopotów - powiedział. - Wręcz przeciwnie.
Harry otworzył usta, żeby zapytać czemu, ale nie miał okazji, bo właśnie dobiegł ich głos Snape'a ("Wejść!"), a Draco skorzystał z okazji, otwierając drzwi i wpychając przed sobą Harry'ego do środka. Snape spojrzał na nich ponad sprawdzanymi właśnie esejami i przymrużył oczy. Draco popatrzył na niego niewinnie. Snape nie da się temu zwieść, ale przynajmniej uspokoi się, że Draco tu przyszedł, bo coś knuje - przy okazji poprawiając stan ślizgońskiej drużyny quiddicha - a nie dlatego, że coś zbroił.
- Potter, Malfoy - powiedział Snape, wstając. - Czemu postanowiliście mi przeszkodzić?
Harry tylko stał i patrzył. Draco skorzystał z okazji i zaczął mówić. Harry sam się prosił, skoro nie miał zamiaru nawet spróbować się bronić.
- Właśnie wróciliśmy z lekcji latania, profesorze. Pani Hooch zostawiła nas na chwilę i pozwoliłem sobie skorzystać z okazji i przetestować Harry'ego. - Uśmiechnął się do Harry'ego, który stał oniemiały, ale jeszcze nie nieszczęśliwy. - Do tej pory tylko się domyślałem, że jest, ale on naprawdę jest. Niesamowity na miotle. Złapał przypominajkę podrzuconą na pięćdziesiąt stóp w górę i dziesięć w tył. Myślę, że mamy swojego szukającego.
Oto i ona, ta nieszczęśliwa mina. Draco wyjrzał na moment zza swojej tarczy. Moc Harry'ego cała się zjeżyła. Wycofał się i zerknął na Snape'a, po którym widać było, że też to zauważył.
I nie zastanawia się, czemu mniej potężny z bliźniaków ma aż tyle mocy? pomyślał Draco. Wiem, że ja tak.
- Bardzo mi przykro, proszę pana - powiedział Harry, spinając ramiona, jakby mierzył się z silnym wiatrem. - Nie miałem pojęcia, że Draco ściągnął mnie tu w takiej sprawie. Wiem, że nie powinienem był wsiadać na miotłę w czasie nieobecności pani Hooch i z wdzięcznością przyjmę mój szlaban.
Ostatnie słowa wyrecytował monotonnie, patrząc w dół. Draco prychnął. Dobrze wiedział, że ta pokora to była maska. Ileż to razy już widział, jak oczy Harry'ego błyszczały w ten sposób, zawsze gdy myślał, że coś zagraża jego bratu. Kogo Harry próbował tutaj nabrać? Nie Snape'a, to było jasne, gdy tylko ten się odezwał w chwilę później.
- Jak bez wątpienia wiesz, Potter, pierwszorocznym nie wolno posiadać własnych mioteł ani tym bardziej startować w szkolnych igrzyskach quiddicha.
Harry spojrzał w górę z delikatnym uśmiechem pełnym ulgi czającym się w kącikach ust.
- Tak, proszę pana. Zdaję sobie z tego sprawę. Przepraszam, że ośmieliłem się przeszkodzić.
- Jednakże - ciągnął Snape, a Draco zauważył, jak uśmiech Harry'ego zamiera. - Slytherin już od jakiegoś czasu był w posiadaniu pucharu domów. Wolałbym, żeby to nie uległo zmianie, zwłaszcza że nasza... nowa znakomitość... została przydzielona do innego domu i pewnie zostanie specjalnie potraktowana. - Sarkazm w ostatnich słowach był nie do przeoczenia. - Jeśli faktycznie jesteś tak dobry, jak mówi Draco, to okazałbym się głupcem, nie umieszczając cię w drużynie. Jak powód jest solidny, to nawet zasady mogą zostać nagięte.
Harry nie omieszkał skorzystać ze wskazówki.
- Najprawdopodobniej to pomyłka, proszę pana. Owszem, zanurkowałem za przypominajką, ale nie tak daleko i wysoko, jak mówi Draco.
- Racja - powiedział Draco.
Snape rzucił mu mordercze spojrzenie, które utrzymywało się, póki nie dodał:
- To było sześćdziesiąt stóp w górę i piętnaście w tył. Zapomniałem.
Snape podniósł brwi i tylko lekko złagodził ostrość spojrzenia. Draco to zniósł. Wiedział, że Snape umie czytać w myślach i celowo podsunął na wierzch wspomnienie Harry'ego nurkującego za małą kuleczką. Snape urwał spojrzenie chwilę później i kiwnął głową.
- Będziesz szukającym w tegorocznej drużynie Slytherinu, Potter - powiedział, obracając się i szeleszcząc szatą. - Porozmawiam o tym z dyrektorem Dumbledore'em. Musisz tylko pokazać się na ćwiczeniach i zawodach, a i na nich będziesz musiał jedynie złapać znicz.
- Nie, proszę pana.
Draco zagapił się na Harry'ego. Ten miał ręce założone na piersi i całkowicie pozbył się swojej pokornej maski. Jego zielone oczy płonęły. Nie zawahał się nawet, gdy Snape obrócił się powoli i zapytał:
- Coś ty powiedział?
- Nie, proszę pana - powtórzył Harry obojętnym, ale bynajmniej nie ze strachu głosem. - Nie zostanę szukającym drużyny Slytherinu. Jestem zaledwie pierwszorocznym, nie miałem jeszcze za wiele czasu na zaprzyjaźnienie się z ludźmi, nie licząc Draco. - Jego wzrok wyraźnie mówił, co teraz myśli o tej przyjaźni. - Wywołam zamęt i zaszkodzę nie tylko domowi Slytherinu, ale i innym. Najlepiej będzie, jeśli nie będę grał.
Draco wiedział, że to oczywista nieprawda, ale było to prawdopodobnie najlepsze kłamstwo, jakie Harry mógł wymyślić na poczekaniu. Znał prawdziwy powód. Nie chce grać, bo jego bliźniak nie należy do drużyny Gryffindoru. Palant! Nie był pewien, czy ta ostatnia myśl była skierowana do Harry'ego czy Connora.
- Może pan grać, panie Potter, i będzie pan - powiedział Snape jeszcze ciszej niż poprzednio. Draco przeszedł dreszcz. Snape nigdy nie podnosił głosu, gdy był naprawdę zły, tak jak teraz. - Porozmawiam o tym z dyrektorem Dumbledore'em. Nie musisz się o to martwić.
- Mam wrażenie, że nie ma zasady, która mówi, że można kogoś zmusić do gry, jeśli tego nie chce - powiedział Harry, zadzierając głowę do góry. Jego blizna w kształcie błyskawicy wyłoniła się w całości zza grzywki. Draco zauważył, że profesor mimo gniewu zerka na bliznę i krzywi się lekko. - Zdecydowałem i nie mam zamiaru ustąpić.
- Ustąpisz - powiedział Snape. - Albo uczynię twoje życie wyjątkowo nieprzyjemnym, nie miej co do tego wątpliwości.
- Nie mam, proszę pana - odparł Harry. Snape wzdrygnął się lekko, a Draco zastanowił się, jak nisko miał opuszczone tarcze, które były jego jedynym ratunkiem przez bólem głowy. - Ale jestem gotów to znieść. Jestem gotów zginąć w wojnie z Voldemortem, jak przyjdzie co do czego. Mam wrażenie, że pan nie okaże się aż tak niemiły. - Opuścił przy tym ręce, jakby gotów do wyjęcia różdżki w każdej chwili.
Snape patrzył Harry'emu w oczy przez mniej więcej minutę, ale ponieważ towarzyszyła temu mroźna cisza, Draconowi wydawało się, że trwa ona całą wieczność. Przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. Żałował, że nie wiedział, co Snape zobaczył w tych oczach.
- Ma pan rację - powiedział niespodziewanie Snape. - Proszę o wybaczenie, panie Potter. - Jego głos przybrał na sile, ale wciąż był cichy i kpiący. - Zapominam, że jedni z moich Ślizgonów działają dla dobra swojego domu, a inni nie.
Draco podejrzewał, że ta obraza spłynęła po Harrym jak woda po kaczce. Pewnie nawet nie uważa tego za obrazę, skoro tak bardzo chce być Gryfonem, pomyślał zjadliwie Draco.
- Dziękuję, proszę pana. Czy mogę już iść? Muszę jeszcze dokończyć esej o eliksirach.
- Możesz - powiedział Snape, jakby stracił zainteresowanie sprawą. Draco patrzył, jak Harry wychodzi, trzymając się prosto, jakby uważał, że wygrał.
Snape obrócił się, jak tylko usłyszał trzask zamykanych drzwi, i z jego twarzy można było wyraźnie wyczytać, że wcale się nie poddał, jedynie wycofał na bezpieczniejszy teren. Draco uśmiechnął się do niego.
- Miałem rację, że go tutaj przyprowadziłem, prawda? - Nie chciał, żeby w jego tonie znalazło się aż tyle niepokoju, ale Snape tylko przytaknął.
- Miałeś. Chłopak nie uważa się za Ślizgona. - W jego głosie słychać było niedowierzanie, ale również gniew. - No i nie ma wątpliwości, że arogancję ma po Jamesie Potterze. - Nienawiść, która przebiła się w tym miejscu, sprawiła, że Dracona przeszedł zimny dreszcz. - No cóż, mniejsza z tym. Jeszcze mu pokażemy. - Znowu się uśmiechnął tym rodzajem uśmiechu, jaki Draco widział, kiedy mijał pokój, w którym Snape z ojcem wspominali pierwsze powstanie Voldemorta. - I Jamesowi Potterowi również. Z przyjemnością użyję jego syna, by wygrać tegoroczny puchar domów.
Kiwnął w stronę Dracona.
- Też już możesz iść.
Draco wyszedł, czując ulgę. No dobra, więc to nie zadziałało. Ale przecież Harry nie może się wiecznie kryć. Talent sam wyjdzie na jaw i jeśli on nie będzie grał w naszej drużynie przed końcem roku, to zjem pięć galeonów. Nie, dziesięć. Na oczach Weasleya.

[Obrazek: 66HHUfX.png]
06.07.2013 09:25
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
okiren Offline
Soul Mama
Załoga Nakama

*
Liczba postów: 4,761
Dołączył: 23.11.2011
Skąd: Kanadowo
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #9
RE: [T][HP] Saga poświęcenia I - Ratując Connora
Nooooo, w końcu oba nadrobiłam. Piąty rozdział leżał w otwartej zakładce już chyba kilka dni. Na początek pytanie:
Gociak napisał(a):Potem zaczął wędrować między portretami, mając na sobie jedynie swoje niewymowne.
"Niewymowne" co? Bo aż mnie ciekawi w czym on tam latał ;p

Od momentu, w którym Draco podrzucił przypominajkę WIEDZIAŁAM, że o to mu chodzi Big Grin Szczwany lis X3 Jeszcze dla lepszej dramci Connor musi zostać szukającym Gryfonów :>

[Obrazek: 6DG0nbv.gif]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2013 02:57 przez okiren.)
07.07.2013 02:56
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #10
RE: [T][HP] Saga poświęcenia I - Ratując Connora
"Niewymowne" to stara, potoczna nazwa bielizny Big Grin Biorąc pod uwagę wiek postaci na portrecie - pewnie można wręcz mówić o pantalonach Tongue

[Obrazek: 66HHUfX.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2013 06:43 przez Gociak.)
07.07.2013 06:42
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama