Tatra napisał(a):I tu moje pytanie - kontynuujesz to, czy na razie wstrzymałeś się z pisaniem??
Jak wreszcie wypuścimy z Qbolem szósty rozdział Żywotów, to zabieram się za czwarty rozdział Tajemnicy
Zachęcony miłymi komentarzami postanawiam wrzucić drugi rozdział, może ktoś tego na com.pl jeszcze nie widział ;P
Oto i kolejny rozdział mojego opowiadania. Enjoy! (albo i nie)
Osobiście uważam, że mało ciekawie zakończyłem, lecz albo uciąłbym to teraz, albo musiałbym opisać połowę wydarzeń z kolejnego chaptera
Rozdział 2 - Wyzwanie
Kolejnego ranka, kiedy to mój drogi przyjaciel Holmes posłał gońca z wiadomością do Spandama, byliśmy już gotowi do drogi. Mając spakowane na podróż torby, zasiedliśmy do naszego ostatniego śniadania na Baker Island. Nie zdążyliśmy jednak nawet dokończyć kawy, gdy nagle do mieszkania wpadł porucznik Lestrade w swym codziennym mundurze.
- Witam panów! Gotowi do drogi? ? nasz drogi porucznik wprost emanował żywotnością, jaką nie poszczyciłby się nawet zagorzały rewolucjonista pod wodzą Dragona ( którego sprawę, nawiasem mówiąc, Holmes także śledził od dłuższego czasu). Uśmiech jednak zszedł z twarzy Lestrade?a, gdy zauważył nas wciąż przy stole.
- Tak panu spieszno abyśmy stąd znikli? Być może na zawsze? - zapytałem z lekkim wyrzutem. Tej nocy bowiem długo myślałem o naszej wyprawie i zdałem sobie sprawę, że jest to najniebezpieczniejszy czyn, na jaki kiedykolwiek się zdobyliśmy. Ciągle ciężko mi było się oswoić z tą myślą, lecz całkiem prawdopodobnym było, że nie wyjdziemy z tego żywi. Mimo to, chyba jednak przesadziłem z surowością oceny postawy porucznika, gdyż ten zaczerwienił się, zdjął służbową czapkę i dosiadł się ciężko do naszego stolika.
- Skądże. Bardzo żałuję panowie, że stąd odpływacie. Nie znam wszystkich szczegółów waszej misji, lecz po całym tym Spandamie widać, że to jakaś grubsza sprawa. Nie sądziłem jednak, że aż tak... ? począł wodzić wzrokiem od twarzy mojej, do Sherlockowej ? To prawda, panie Holmes? Mogą panowie nie powrócić z tego cało?
- Cóż, panie Lestrade ? Holmes upił łyk kawy ze swej filiżanki, gestem prosząc mnie o nalanie jej również naszemu gościowi - Bądźmy dobrej myśli. Nie zamierzam bezmyślnie nadstawiać karku, a to już coś. ? po kolejnym niewielkim łyku, detektyw zwrócił się do mnie ? Nie miej za złe porucznikowi jego optymistycznego spojrzenia na naszą wyprawę. Nawet bez zbędnej w tym przypadku dedukcji, jestem bowiem gotów się założyć, że nasz wczorajszy gość spędził noc w jego mieszkaniu.
To jakby uwolniło w Lestradzie jakąś inną, skrytą do tej pory istotę. Jego ręce zaczęły dygotać jak w febrze, oplótł nimi swą głowę, na której malował się obraz cierpienia godnego niejednej ofiary męczennictwa.
- Prawda, panie Holmesie! Miał u mnie kwaterunek tej nocy. ? wyszeptał tak cicho, że aż musiałem się pochylić nad stolikiem aby usłyszeć dalsze słowa. Przypłaciłem to ubrudzeniem sobie krawatu dżemem, lecz muszę przyznać, że była to niewielka ofiara za możliwość usłyszenia tak interesujących nowinek
? Ten człowiek doprowadza mnie prawie że do nerwicy! Dwadzieścia razy budziły mnie w nocy jego głośne , absurdalne żądania, jak poprawienie mu poduszki, czy przyrządzenie puddingu z świeżymi rodzynkami. Skąd ja miałem mu wziąć świeże rodzynki! Dwadzieścia razy, rozumie pan? A z tego co powiedziała mi dziś żona, to i tak połowę jego zachcianek przespałem. Gdyby nie to, że jedno jego słowo może mnie odwołać ze stanowiska, posłałbym go w diabły! Ale tak? I za każdym razem ten piskliwy ton, przyrównujący mnie do zawartości spotykanych w rynsztoku... To demon a nie człowiek, panowie.
W napływie uczucia jakiejś solidarnej więzi z człowiekiem, który wobec Spandama czuł nie mniejszą niechęć niż ja sam, uścisnąłem kordialnie prawicę tego marynarza. Holmes natomiast przez krótką chwilę wydawał z siebie pomruki, świadczące o jego namyśle.
- Tak więc nasz rządowy przedstawiciel najwyraźniej nie mógł spać tej nocy... ? jakby nie zważając na nasze towarzystwo, mój przyjaciel wpatrywał się uważnie w sufit, odchylając się przy tym nieco na oparciu krzesła ? Gdyby to ból go budził, z pewnością dałby o tym znać. To musi być coś innego... ? nagle Sherlock najwyraźniej pochwycił jakiś trop ? Oczywiście przyjął go pan w pokoju gościnnym, poruczniku?
- Zgadza się. ? Lestrade kiwnął głową ? Jest to jedyne pomieszczenie w którym mogłem go ulokować. Strasznie wybrzydzał, gdy go do niego wprowadziłem, lecz gdy usłyszał, że jedyną alternatywą jest pokój w zajeździe, zamilkł.
- Ha! Nic dziwnego, że pan Spandam nie czuł się tam dobrze. Oczywiście był zbyt pyszny by to przyznać choćby sam sobie, lecz bał się spać w tym pokoju.
- Bał się? Czego, Holmesie? ? spytałem zdziwiony, czego dorosły mężczyzna może bać się w najzwyklejszym na świecie pokoju. Przyznam, iż przez chwilę rozważałem, czy mego przyjaciela aby nie opuściła jego słynna ostrość umysłu. Kolejnych kilka chwil jednak rozwiało me obawy.
- ?Polowania na słonie? Watsonie. Panie Lestrade ? Holmes ponownie zwrócił się do naszego gościa - Czy obraz ten, przedstawiający walczące z ludźmi słonie, ciągle wisi u pana na ścianie tegoż pomieszczenia?
-Tak... ? przyznał Lestrade, najwyraźniej rozumiejąc niewiele więcej, niż ja sam ? Na wprost od łóżka.
-Ach, jakże pechowo... ? Holmes pokręcił głową z dziwnym uśmiechem na twarzy ? Gdyby wisiał chociażby nad łóżkiem, mógłby wtedy uniknąć patrzenia na niego. A tak, z pewnością obraz musiał ściągać jego uwagę, nie mógł się oprzeć przeraźliwej pokusie aby na niego patrzeć, raz za razem i ....
-Dlaczego, Holmesie? ? przerwałem mu, nieco zniecierpliwiony jego zwyczajem bogatego opowiadania o rzeczach prostych i nieważnych.
-Cóż, kiedy indziej wam to opowiem, panowie. ? Sherlock wstał ze swego fotela ? Bo coś mi mówi, że to już pora wyruszać.
Tym, co mu o tym mówiło był Spandam, który stał na ulicy i krzyczał pod naszymi oknami. Narażając nas na niemałą śmieszność w oczach naszych sąsiadów, jak pomyślałem. Przed wydarzeniami z naszej podróży byłem bowiem na tyle głupi, by przejmować się takimi małostkami. Nie trudząc się odpowiadaniem na jego wezwania znieśliśmy walizki i wyszliśmy na ulicę. Akurat na czas, by powstrzymać zniecierpliwionego Spandama przed aktem jawnego wandalizmu, dokonanego poprzez rzucenie w nasze okno kamieniem.
Po krótkim pożegnaniu z porucznikiem, który miał wyraźnie mieszany stosunek do naszego wybycia, zaokrętowaliśmy się na rządowym statku. Trochę się obawiałem, czy po tylu latach od skończenia mej służby w marynarce będę w stanie bez problemów się zaaklimatyzować. Ku memu zaskoczeniu, czułem się jednak doskonale. Czego nie można było jednak powiedzieć o Holmesie. Ten człowiek o niezwykle silnym umyśle, niejednokrotnie przewyższającym umysły wszystkich ze mną włącznie, okazał się jednak być wątłego zdrowia. Pierwsze dwa tygodnie rejsu spędził bowiem w swej kajucie, ciężko chorując. Po tym czasie jednak zaczął już coraz częściej wychodzić na pokład.
Załoga tego statku składała się z samych niedoszłych kryminalistów ? ciężko było jednak nie czuć do nich sympatii, skoro ich zbrodnią była jedynie chęć pozbycia się Spandama. Agent bowiem, mimo iż nie uprzykrzał rejsu mi i Sherlockowi (czego się, mówiąc szczerze, niezmiernie obawiałem) niejednokrotnie potrafił wyładować swą frustrację na biednych członkach marynarki. Jedynie Jackman, kapitan naszego statku, okazał się być całkowicie obojętny na nadmierne ekscytacje Spandama. On jednak zdawał się być jednakowo obojętny na wszystko.
Nie mając do uczynienia nic więcej, niż patrzenie w morze i wspominanie dawnych czasów, chciałem zgłosić się do pomocy w sanitariacie jednostki. Przyjęto mnie serdecznie, lecz z pewną ostrożnością. Fakt, że byłem tak pochłonięty pomocą Holmesowi w rozwiązywaniu spraw, że na śmierć zapomniałem o swej praktyce lekarskiej, jednak ta przeszło dziesięcioletnia przerwa w leczeniu pacjentów z pewnością nie wywarła żadnego wpływu na me umiejętności. Personel medyczny naszego okrętu zdawał się jednak mieć na ten temat odmienne zdanie, wyraźnie odsuwając mnie od wszelkich czynności bardziej skomplikowanych niż zwijanie bandaży. Urażony tym brakiem zaufania po trzech dniach porzuciłem niesympatyczne towarzystwo doktora Aisurawy i doktora Malcolma. Trochę żałowałem jedynie, iż równocześnie porzucić musiałem towarzystwo siostry Jannette, która była wyjątkowo urodziwą osobą. Przyznam się, że zapatrzywszy się raz bezwstydnie na jej młode i piękne ciało przechodzące przez gabinet, nieumyślnie wetknąłem pacjentowi w oko termometr. Co istotnie mogło mieć jakieś znaczenie w tak nieprzyjaznej ocenie mej pracy przez mych kolegów z branży.
Pomimo, iż rządowy statek płynął znacznie szybciej niż inne jednostki, podróż do Water 7, gdzie po raz ostatni widziano oficjalnie załogę Słomkowego Kapelusza, trwała dość długo. Baker Island było wyspą położoną na skraju Grand Line, odległą od najważniejszych metropolii i rzadko niepokojoną przez kogokolwiek. Przez jakiś czas sądziłem, że to jej lokalizacja sprawiła, że wraz z Holmesem pogrążyliśmy się w takiej stagnacji. Dopiero później pojąłem prawdę ? my sami chcieliśmy oddalić się od trosk tego świata, porzucić jego nierozwiązane problemy na rzecz własnego spokoju. Dlatego zamieszkaliśmy na Baker Island, która to wyspa stała się skorupą osłaniającą nas nie tylko przed światem, lecz i przed obowiązkiem.
Mniej więcej w połowie naszej podróży przydarzyło się jednak wydarzenie, które pozwoliło mi i memu przyjacielowi raz na zawsze otrząsnąć się leniwej ospałości. Zamiast niej bowiem rozpoczął się w naszym życiu czas, kiedy obydwaj zaczęliśmy poznawać smak przygód większych, niż wszystkie dotychczasowe. To, czego zaznaliśmy w cieśninie Ribbentropa było jednak dopiero początkiem.
Zanim opowiem o wydarzeniach, jakie wówczas nastąpiły , wolałbym wpierw opisać scenę, na której przyszło nam je oglądać. Był to wąski przesmyk pomiędzy dwiema wyspami, tworzącymi niegdyś jednolitą całość. Dziś natomiast, jednak przez jej środek przebiegała ta przełęcz, dzieląc ją na dwie nierówne części. Ściany przesmyku były wysokimi na kilkaset metrów klifami, a pomiędzy nimi tu i ówdzie czaiły się ostre, sterczące skały, zdolne posłać nasz statek na dno. Nie była więc to łatwa przeprawa, lecz pozwalała zaoszczędzić parę godzin płynięcia wokół wysp. A kilka godzin towarzystwa Spandama mniej w ciągu naszej podróży zdawało się być równie kuszącą perspektywą, co osiągnięcie zbawienia. Nikt więc nie wyraził sprzeciwu, gdy kapitan Jackman zadecydował, że nie będziemy opływać lądu, lecz przeprawimy się przez jego środek.
Byliśmy już niemal w połowie cieśniny, gdy zza klifu wyłonił się okręt znacznie większego kalibru, niż nasza jednostka. Wymalowana na żaglu bandera, o której napiszę już wkrótce, nie pozwalała wątpić, w profesję, jaką parali się załoganci tego statku. W naszą stronę sunęli piraci.
- Przepuśćmy ich ? polecił Spandam, który tak jak i mój drogi przyjaciel, właśnie zjawił się na pokładzie, zwabiony odgłosami ? Nasza misja jest znacznie ważniejsza, niż ściganie piratów.
- Myślałem, że właśnie pochwycenie pirackiej załogi jest naszym celem ? zauważył rozsądnie Holmes, lecz został pogardliwie zignorowany.
- To duży statek, może być z tym problem ? mruknął nasz kapitan, po czym ordynarnie splunął trzymaną dotąd w zębach wykałaczką do morza ? Obawiam się, że grozi nam roztrzaskanie o klify lub staranowanie. Jakiś pomysł, detektywie Holmes?
Myślałem w pierwszej chwili, iż rządowy agent dostał wylewu krwi do mózgu, tak bliski purpurze stał się bowiem od nadmiaru złości kolor jego twarzy. Nie można jednak dziwić się kapitanowi Jackmanowi, że uznał umysłową wyższość mego przyjaciela nad neurotycznym Spandamem, którego rozkazy częstokroć były dyktowane emocjami, nie zaś wskazaną ku temu kalkulacją.
- Na godzinie... ? Sherlock pomógł sobie spojrzeniem na swój pozłacany, kieszonkowy zegarek (prezent, rzecz jasna) - ... trzeciej od aktualnego położenia dziobu naszego statku zauważyłem załom skalny. Powinien bez trudu pomieścić nasz statek, pozwalając tej jednostce na wyminięcie nas bez szwanku dla żadnej ze stron.
- Gdzie znowu...? ? zdziwili się naraz kapitan wraz z nawigatorem, zwracając głowy we wskazanym kierunku. Wraz ze Spandamem podążyliśmy za ich przykładem. Po kilku dłuższych chwilach wpatrywania się w pełen cieni, poszarpany skalny blok, Jackman mruknął z namysłem.
- Słowo daję, panie Holmes, ma pan oko. Dwadzieścia trzy lata pływam na morzu, a ledwie potrafiłem dojrzeć to miejsce i to wiedząc z góry, gdzie się znajduje ? dopiero w chwili usłyszenia tych słów zdołałem wypatrzyć w ścianie coś w rodzaju stosunkowo płytkiej pieczary, skrytej w cieniu znajdującej się wyżej wypukłości skalnej. Imponującym był fakt ujrzenia jej po ledwie pobieżnym spojrzeniu, co sprawiło, że Holmes dodatkowo urósł w mych oczach.
Po kilku flegmatycznych komendach kapitana, statek nasz wykonał zwrot na prawą burtę, wsuwając się nieznacznie w zagłębienie i rzucając kotwicę na zaledwie dwie minuty przed tym, zanim olbrzymi okręt piratów zaczął nas wymijać. Było widać, że jest gotów odeprzeć ewentualny atak. Świadczył o tym choćby widok luf armat, których ciemne otwory łypały na nas niczym oczy jakiegoś mitycznego stwora. Jednak piraci nie zaatakowali ? czekali skryci gdzieś tak, że ani jednej osoby nie dane nam było zobaczyć. Najwyraźniej, jak sam doszedłem do wniosku i to bez pomocy Holmesa, pomimo swej znacznej przewagi nad naszym okrętem nie zamierzali nas atakować, nie chcąc narażać się niepotrzebnie na późniejszą, wzmożoną pogoń. Tak i my w milczeniu przyłączyliśmy się do tej chwilowej tolerancji, pozwalając tym kryminalistom na odpłynięcie. Widziałem jednak, że kapitan Jackman trzyma dłoń na nadajniku Den Den Mushi, najwyraźniej mając zamiar za chwilę zdać raport o napotkanym statku.
Mając okazję znaleźć się tak blisko potężnego, masywnego okrętu, przyjrzałem się wymalowanemu na żaglu symbolowi. Czarne płótno zostało upstrzone białą farbą w sposób wybitnie niefachowy, jakby wręcz w pogardzie mając uczucia odbiorcy. Przedstawiał, rzecz jasna, dwa, skrzyżowane piszczele. Na ich tle został namalowany natomiast jakiś rodzaj zwierzęcia. Podejrzewałem, że to mógł być niedźwiedź, lew lub, nie wiedzieć, czemu, lemur ? tak tragiczny poziom reprezentował ten rysunek, że gdyby nie krzywy, domalowany na szczycie żagla podpis, w życiu bym się nie domyślił, którego z przedstawicieli fauny tego świata miał na myśli autor. Według podpisu bowiem, chodziło o lisa.
-Chyba każdy z obecnych tu dżentelmenów się ze mną zgodzi... ? w ciszy, jaka nastała, głos mojego przyjaciela Holmesa niósł się w tej cieśninie niczym kazanie gorliwego kaznodziei z ambony ? Że oto mamy okazję ujrzeć największe ohydztwo, jakie kiedykolwiek powstało z ręki człowieka. ? po czym, skończywszy zdanie, Sherlock beztrosko włożył ustnik fajki z powrotem do swych ust. Nie wszyscy jednak potrafili po tej kwestii zachować równie zimny spokój, co on sam.
- O...Ohydztwo...- Uszu naszych dobiegł jęk, dochodzący najwyraźniej od strony wrogiego statku, a któremu towarzyszył odgłos głuchego uderzenia o deski pokładu.
- Oyabi~~n! - zaraz potem usłyszeliśmy kobiecy krzyk, któremu towarzyszył czyjś zduszony chichot ? Nie martw się, Słomkowy Kapelusz nam kiedyś za to zapłaci, zobaczysz!
- Słomkowy....? ? Zaczął Holmes, lecz w dokładnie tej samej chwili wydarzyło się coś niebywałego. Statek dziwacznych piratów, dotąd sunący obok nas i już mający nas wyminąć... Nagle zatrzymał się. Ach nie, nie byłoby prawdą, gdybym tak to nazwał. Raczej prędkość ruchów tego okrętu zmalała do tego stopnia, iż trzeba było dłuższą chwilę skupić na nim wzrok, by zauważyć, że w ogóle się porusza.
Nim jednak zdążyliśmy cokolwiek więcej powiedzieć czy uczynić, w wyniku wysokiego, energicznego skoku, na burcie swego statku pojawił się niecodziennie wyglądający mężczyzna. Choć wygląd miał osoby nie młodszej niż czterdziestoletniej, ubiorem najwyraźniej nie szanował się wcale ? w jego wieku bowiem ani trochę nie przystoi nosić rozchełstanych płaszczy z futerkowym, ciemnoróżowym obszyciem, jaskrawych, pomarańczowych spodni z szelkami, opinającymi się na nagim torsie, czy też obuwia, z radośnie zakrzywionymi ku niebu czubkami. W zasadzie nie jestem pewien, czy to strój odpowiedni dla osób w jakimkolwiek wieku. Do tego powagi odbierała temu mężczyźnie jego fryzura, ułożona w dwa, postawione na sztorc pęki, jak gdyby miały to być uszy. Doprawdy, wszystko w tym mężczyźnie zdawało się świadczyć, że jest klaunem z wędrownego cyrku, nie zaś kapitanem pirackiej załogi. Nawet jego nos kolorem przywoływał na myśl tą mało szanowaną i jeszcze mniej zabawną profesję, choć kształt był zgoła inny ? jak gdyby pomiędzy oczyma a ustami, człowiekowi temu wyrosła zeszpecona marchew.
- IIIIFIFIFIFIFI! ? Ta osobliwa postać wydała z siebie coś, co najwyraźniej było rechotem. Za jej plecami zjawiły się dwie kolejne osoby, cechujące się ekscentrycznym wyglądem ? ubrana w czerwony kombinezon, ostronosa dziewczyna, oraz wyrośnięty, obnażony osiłek, starający się zamaskować swe rozbawienie tą sytuacją. Obydwoje mieli twarze skryte maskami, które jednakże pełniły podobną funkcję kamuflażu, co malowanie szpaka na różowo. ? Nie baczę na to, że jesteście z marynarki, jeżeli śmiejecie się ze Srebrnego Lisa Foxy?ego i jego załogi, musicie ponieść karę! ? Mężczyzna ułożył dłonie w jakiś gest, niezbyt wtedy do końca wiedziałem, czy aby nie nieprzyzwoity. Zaraz jednak przeszkodziło mu szarpnięcie rozemocjonowanej dziewczyny.
- Oyabi~~n, nie rób tego! ? Dłońmi położonymi na jego ramionach, zamaskowana kobieta potrząsnęła kilkukrotnie dżentelmenem, który sam siebie tytułował Foxym ? Oni są z marynarki!
- Właśnie powiedziałem Porche, że mam to gdzieś! ? Mężczyzna odwrócił się z irytacją do swej towarzyszki, co skrzętnie wykorzystał Jackman, dając swoim podwładnym sygnał do gotowania broni. Kiedy Srebrny Lis, roztoczywszy swym załogantom wizję pięknego zwycięstwa , ponownie zwrócił do nas swą twarz, wymierzone w nią były lufy kilkudziesięciu karabinów. Oraz jednego mojego pistoletu.
- Skoro sami tego chcecie, ififififi... ? Zarechotał, wymierzając w naszą stronę swe podejrzanie ułożone dłonie ? Nor....
W tym momencie jednak, niespodziewanie dla wszystkich, statek Foxy?ego znów ruszył swą pierwotną prędkością. Szarpnięcie z tym związane sprawiło, iż pirat stracił równowagę i znalazł się w wodzie. Spowodowało to nie lada zamieszanie na odpływającym okręcie.
- Oyabi~~n! ? Krzyk dziewczyny drażnił zarówno mój narząd słuchu, co i me nerwy. Ponad burtami pojawiły się dziesiątki twarzy, których właściciele najwyraźniej starali znaleźć się w wodzie kosztem pozostałych, aby stać się wybawcą swego kapitana. Który, pozwolę sobie wspomnieć, ani na chwilę nie pojawił się na powierzchni wody po tym, gdy ta zamknęła za nim swe odmęty.
- Drogi Watsonie ? odezwał się nagle mój przyjaciel, patrząc za odpływającym statkiem, na którym rozgorzała bójka ? Czy mógłbym Cię poprosić o przysługę?
- Ależ zawsze możesz Holmesie. To zaszczyt być Ci pomocnym. ? Odparłem zgodnie z prawdą, schylając z szacunkiem głowę.
- Chciałbym abyś, jeśli nie byłby to problem, zaopiekował się przez chwilę moimi butami, marynarką i, być może spodniami.
- Jeśli taka jest potrzeba, drogi przyjacielu. ? po tych słowach pomogłem detektywowi w zdjęciu jego marynarki, a następnie przyjąłem jego obuwie i spodnie od garnituru (który, nawiasem mówiąc, był prezentem od wdzięcznego krawca). Obnażony w ten sposób do ledwie koszuli, kamizelki, krawata, podkoszulka, kalesonów i ciepłych skarpet, Holmes uczynił sobie krótką rozgrzewkę, po czym pięknym, klasycznym skokiem zanurkował w morską toń, nawet nie zadając sobie trudu, by wyciągnąć z ust fajkę.
- Co on wyrabia, do diabła?! ? Warknął Spandam ? Po co ratować tą szumowinę, zostawmy go tutaj i spływajmy, póki mamy okazję!
- Najwyraźniej zainteresowała go wzmianka o Słomkowym Kapeluszu Luffym. ? zauważył Jackman, który dotąd nie był poinformowany o celu naszej misji.
Statek dziwacznego, nie umiejącego pływać osobnika tymczasem na próżno próbował wykonać zwrot. Ściany cieśniny Ribbentropa znajdowały się zbyt blisko siebie, by móc w niej swobodnie obrócić jednostką tak wielką, nie doznając przy tym jej uszkodzeń. Jedynym rozwiązaniem dla załogi było więc wypłynięcie z drugiej strony wyspy i dopiero tam wykonać manewr zawracający. To istotnie dało nam trochę czasu na ucieczkę, lecz mój przyjaciel ani tonący pirat wciąż nie wynurzali się na powierzchnię. Zaczynałem być naprawdę zaniepokojony tą sytuacją, w myślach ganiąc Holmesa za jego opieszałość. Po chwili jednak, plując słoną wodą, lustrzaną taflę wody przebił Sherlock, w objęciach trzymający nieprzytomnego Foxy?ego. Wciągnęliśmy ich obojgu na pokład, zapewniwszy im potrzebną, medyczną pomoc.
- Przykro mi to stwierdzać Watsonie ? powiedział chwilę później Holmes, szczękając zębami pod otrzymanym ode mnie kocem ? lecz moja forma jest już jedynie szczątkiem mej dawnej kondycji. Ledwie dziś dałem radę samemu wypłynąć, a to, że uratowałem do tego naszego nowo poznanego znajomego, świadczy jedynie o tym, że szczęście wybitnie mi dziś sprzyjało. Spójrz no, całkowicie mi przemokła! ? w tym momencie detektyw nagle zmienił temat, wyciągając w końcu z ust swą ulubioną fajkę, i ze smutkiem obracając ją w palcach ? Mam nadzieję, że zdołam ją jakoś bez szwanku dla niej osuszyć.
Poczułem żal i współczucie wobec tego człowieka, który podobnie jak ja sam, stał się niepotrzebnym już nikomu w tych czasach, zakurzonym eksponatem. Dobrze wiedziałem, co Holmes czuje, poznając coraz węższe granice swych możliwości. Ja sam odkrywałem je na nowo każdego dnia.
Kilkanaście minut później, wraz z głośnym kaszlnięciem, kapitan pirackiej załogi odzyskał przytomność. Akurat w porę, gdy u wylotu cieśniny pojawił się jego powracający okręt.
- Co... co u licha! ? Pan Foxy rozejrzał się nie do końca trzeźwo, zauważając, że znajduje się na statku pełnym marynarki.
- Foxy Srebrny Lis, tak? ? Odezwał się Jackman swym chrapliwym głosem, znad pliku papieru, który nauczyłem się już rozpoznawać jako listy gończe ? Poszukiwana przez marynarkę głowa. Nagroda: Dwadzieścia cztery miliony beli.
- Szkoda by było wypuścić takiego ptaszka...? Złowieszczo zamruczał pierwszy oficer ? Pan Holmes zapewne otrzyma swoją nagrodę, nam za to przyda się kolejny pirat na liście doprowadzonych przez nas do pudła.
- Niedoczekanie, iiiififiifi! ? Srebrny Lis z podejrzanym uśmiechem, wyrażającym niezmąconą pewność siebie, zaczął unosić dłonie. Nie mogąc mu na to pozwolić, przystawiłem mu z boku do głowy pistolet.
- Proszę trzymać ręce przy sobie, sir, albo będę zmuszony tego użyć ? Pomimo, iż ma dłoń z pistoletem trzęsła się niepewnie, osobliwy pirat mnie usłuchał. A może właśnie, dlatego.
- Watsonie, Watsonie! ? Holmes zbliżył się do nas, już z powrotem w swym kompletnym ubiorze ? Doceniam twą obywatelską postawę, pragnę jednak porozmawiać z panem Srebrnym Lisem, zachowując pozory umiarkowanej przyjaźni. Wybacz, że Ci to wytknę, lecz trochę utrudniasz to, celując do niego ze swej broni. Byłbyś tak miły...?
Posłusznie odsunąłem wylot lufy od czaszki kryminalisty i odszedłem na dwa kroki do tyłu. Nie mogąc jednak zaufać piratowi, nie przestałem w niego celować. Podobnie jak tuzin strzelców marynarki.
- Czego chcesz? ? Foxy zwrócił się do mego przyjaciela, obrzucając go chłodnym, obojętnym spojrzeniem ? Nie dam, bo nie mam.
- Ależ nie o to chodzi! ? Na Holmesie ten jawny brak szacunku nie zrobił wrażenia ? A o pewną osobę, jaką wraz z mym przyjacielem Watsonem... Który wciąż czuwa, więc proszę nie wykonywać gwałtownych ruchów... Planujemy ująć w dyby sprawiedliwości. Jest to ta sama osoba, która, zapewne wygrawszy z panem pojedynek w turnieju Davy Back Fight, odebrała waszej załodze flagę. Cel, dla którego to zrobiła, jest mi nieznany, widzę jednak, że nie pozostawiła waszego statku bez żagla. Własnoręcznie wyposażyła was w tą flagę, pod którą obecnie pływacie. Ta osoba to słynny ostatnio Monkey D. Luffy, zwany przez niektórych Słomkowym Kapeluszem. Czy mam rację?
- Heeej, skąd ty to niby wiesz, co...? ? Foxy najwyraźniej zamierzał się poderwać na równe nogi, lecz gdy pomiędzy jego szpiczastymi pękami włosów świsnęła kula z muszkietu, postanowił pozostać na miejscu.
- To nie było trudne ? detektyw odwrócił się w stronę nadpływającego właśnie statku ? Na pierwszy rzut oka widać, że z takim żaglem nie wypuściła was żadna stocznia. A, że wciąż pływacie z tym wizerunkiem, zapewne nie macie na pokładzie profesjonalnego malarza. Flagę tą zawdzięczacie, więc jakiemuś niekompetentnemu człowiekowi, który nie zauważa własnych braków na polu artyzmu. Z początku sądziłem, że to prędzej ktoś z was, niż osoba z zewnątrz. Kiedy jednak padł przydomek pana Monkeya, nie pozostały mi żadne wątpliwości, że to on jest autorem tej bandery.
- Ale skąd pan wie o wygranej w Davy Back Fight? ? Spytał Jackman
- Właśnie! ? Przytaknęliśmy równocześnie, ja, agent Spandam i pirat Foxy.
- Czytałem w ciągu naszego rejsu o zwyczajach piratów i natrafiłem na wzmiankę o tym interesującym turnieju. ? Rozpoczął Holmes, szukając czegoś w swych kieszeniach ? Zapoznałem się z jego zasadami. Wynika tam jasno, że po wyborze ilości konkurencji, jeden z kapitanów rzuca stosowną liczbę złotych monet do morza. O, właśnie takich ? Holmes wysunął dłoń z kieszonki w kamizelce, pokazując wszystkim trzymaną w niej, lekko zaśniedziałą monetę ? Taki turniej jest chyba jedynym powodem, dla którego ktokolwiek miałby nosić przy sobie drobny nominał na środku morza. Kapitan Foxy miał tych monet w kieszeniach tyle, że gdybym nie rozpruł mu kieszeni to już na zawsze by pozostał na dnie. Z powodu ciężaru swej, wątpliwej wartości, fortuny. Oczywistym wydał mi się fakt, że jeśli dysponuje pod ręką tego rodzaju walutą, oraz najwyraźniej utracił swą flagę, to musi być zagorzałym zwolennikiem tego rodzaju rozrywki.
- Nieźle pomyślane ? przyznał Srebrny Lis ? ale ktoś taki jak Ty nigdy nie złapie Słomkowego. Za słaby jesteś, skoro nawet ja mu nie podołałem.
- Właśnie, dlatego pragnę zwiększyć swoje szanse. ? Holmes zwrócił swe oceniające spojrzenie na Foxy?ego, najwyraźniej nie będąc zbyt zadowolonym z tej lustracji ? Cóż, zbyt cenię w swej pracy wszelkiego rodzaju informacje, by móc zignorować pana udział w historii Monkeya D. Luffy?ego. Dlatego zwracam się z prośbą o udzielenie mi wszelkich przydatnych informacji o tym człowieku, zwłaszcza jego słabych punktach.
- Słaby punkt...- Foxy uśmiechnął się szyderczo ? Jest coś takiego, ale nie mam powodu by mówić o nim marynarce, ani żadnej jej pupilom. Zapomnij.
- Chodzi o naszego wspólnego wroga. ? Poparłem mego przyjaciela ? Nawet, jeśli stoimy po przeciwnych stronach barykady, a zapewniam pana, że tak jest, to możemy jednak sobie pomóc w ujęciu tego niebezpiecznego kryminalisty.
- Dość, Watsonie ? Holmes przyjrzał się uważnie pewnemu siebie piratowi ? Jego trzeba odpowiednio podejść. Inaczej będziemy mieli zaraz większy problem ? ruchem dłoni wskazał kotwiczący właśnie za jego plecami statek, wyraźnie szykujący się do odbicia swego kapitana.
- Co wyście narobili? ? Wydarł się Spandam, dopiero teraz zauważając okręt Foxy?ego ? Mówiłem, zostawić gnoja i spieprzać!
- Panie Spandam! ? Wybuchnąłem, zrażony użytym przez agenta słownictwem.
- Kapitanie statku.... ? Sherlock zerknął na burtę wrogiego okrętu ? Sexy Foxy....Cóż za brak dobrego smaku.... Skoro nie chce pan dobrowolnie pomóc w śledztwie, proponuję abyśmy o tą informację zagrali. W Davy Back Fight.
Słowo daję, gdy tylko Holmes wypowiedział te słowa, Foxy zestrzygł swymi uszami, niczym najprawdziwszy lis czy zając. Zaraz wykrzyczał do swej załogi:
- Nic nie róbcie! Będzie pojedynek! ? a następnie zwrócił się w stronę Holmesa ?Przyda mi się ktoś taki jak Ty w mojej załodze, iiifiifiififi!
- Och, ależ nie zamierzam grać na ludzi czy też flagi ? przyjaciel mój machnął lekceważąco dłonią, pokazując wszem i wobec, że jest ponad tego typu rozrywką ? Proponuję, abyśmy zagrali o z góry ustalone stawki. Obojętnie kto wygra, pozwalamy sobie nawzajem odpłynąć, każdy statek w swoją stronę. Nie nękany przez nikogo. ?Holmes zerknął ponad niewysokim Foxym na kapitana Jackmana, ten tylko skinął głową. Dobrze wiedział, że przeprawa z załogą Srebrnego Lisa mogłaby być trudna nieproporcjonalnie do efektu, a nawet przegrana. ? Jeśli ja wygram, dodatkowo otrzymuję wszystkie wiadomości, jakie pan i pańska załoga zebraliście o załodze Słomkowego Kapelusza.
- Interesujące - Wyraz twarzy pirata świadczył niezbicie o tym, że nie był do końca szczery ? A co, jeśli ja wygram?
- Myślę, że kapitan naszej jednostki zdoła poświęcić część składowanego przez nas płótna żaglowego oraz trochę farby, ja zaś ze swej strony mogę zaoferować swe artystyczne zdolności, które objawiają się nie tylko poprzez muzykę. Coś Cię bawi, Johnie? ? zwrócił się do mnie, najwyraźniej zauważając mój mimowolny śmiech. Kiedy zaprzeczyłem, zwrócił się do Foxy?ego, którego wyraz twarzy zmienił się ze znudzonego na niedowierzający. ? Tak, możemy dać wam nową flagę.
Ku zdumieniu nas wszystkich, z Holmesem włącznie, szyderczy kapitan statku Sexy Foxy zaczął... płakać. Nie był to co prawda dziecięcy płacz przerażenia, czy też żałobny szloch damy, jednak nawet widok samych załzawionych oczu Foxy?ego, sprawił, że odjęło nam mowę. Dopiero Spandam przerwał ciszę, schodząc pod pokład ze słowami:
- Mam dość. Powiedzcie mi, kiedy skończycie tą dziecinadę.
- Rozumiem, że to wyraz zgody na moje warunki? ? zapytał mój przyjaciel ocierającego oczy Foxy?ego. Ten natomiast kiwnął szybko głową i wyprostował się z uśmiechem, tym razem nie nękany żadnym wystrzałem.
- Podajcie broń! Turniej czas zacząć! ? z początku nikt nie kwapił się z wykonaniem polecenia pirata. Jednak gdy mój przyjaciel zauważył, że Foxy zbyt uwielbia tą grę aby teraz próbować czegoś innego, a wystrzał z broni palnej jest niezbędny by ją rozpocząć, podano im obojgu po pistolecie z jedną kulą. Holmes, za zgodą kapitana Jackmana reprezentujący nasz statek, oddał pierwszy strzał w niebo, wyjątkowo celnie ustrzeliwszy lecącego ptaka. Co potem wiązało się z pokryciem kosztów nie dostarczonych gazet, gdyż zwierzę okazało się być pelikanem pocztowym. Chwilę później rozbrzmiał drugi wystrzał, tym razem z broni Foxy?ego, co oficjalnie rozpoczęło turniej.
- Ile zagramy konkurencji? ? spytał pirat, wyjątkowo głośno dopingowany przez swą załogę, bezskutecznie szukając po kieszeniach swych monet.
- Jedną. Oboje mamy więc tylko jedną szansę na zwycięstwo. ? Sherlock wyciągnął z powrotem tą samą monetę, którą nam pokazywał. Z cichym pluskiem wrzucił ją w morską toń, poświęcając ją Davy Jonesowi. Co mnie osobiście nieco uraziło, gdyż znany jestem ze swej oszczędności i nie podobało mi się takie marnotrawstwo pieniędzy.
- Niech będzie. ? Foxy kiwnął głową ? Skoro wybrałeś liczbę konkurencji, ja mam prawo do ich wyboru.
- Masz? ? niepewnie spytał Sherlock, w którego książce był zaledwie skrócony odpis zasad turnieju. Odpowiedziało mu skinięcie szpetnej głowy Srebrnego Lisa.
- Konkurencją zaś, w jakiej zamierzam Cię rozłożyć będzie...IIIIFIFIFIFI! Walka bokserska! ? pirat uśmiechnął się szyderczo, najwyraźniej sądząc, iż mój przyjaciel nie będzie miał z nim żadnych szans na tym polu.
- Och, świetnie się składa. ? Na twarzy detektywa również zagościł uśmiech, świadczący o wcale nie mniejszej pewności siebie niż u Foxy?ego.
Taki był początek pirackiego turnieju Davy Back Fight, w którym stanęli przed sobą największy oszust i kanciarz na Grand Line, oraz mój przyjaciel - najgenialniejszy detektyw, niegdyś wielokrotny czempion w boksie.
Koniec rozdziału drugiego