Aktualny czas: 17.08.2017, 03:48 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Wstępne wyniki II edycji Rywalizacji Załogowych podane!
Na razie na prowadzeniu Soge, ale jest jeszcze dużo czasu
i nic nie jest przesądzone! Wygrać może każdy!
----> Dotychczasowe Punkty <----
Odpowiedz 
Wielki Powrót
Autor Wiadomość
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #1
Wielki Powrót
Po bodaj dwóch latach wróciła mi wena na grafomaństwo, więc pomyślałam, że czas może i tego fika dokończyć. Było, nie było, czas najwyższy.

Słowo wstępu, bo czuję, że powinnam się wytłumaczyć...
Fik został napisany z myślą o konkursie, który kiedyś odbywał się na stronie i ustalmy jedno - siadając do niego uznałam, że nie mam najmniejszych szans na wygraną (zwłaszcza, że do tego samego konkursu przysiadł również miszczulo grafomanii - Szczery). Z jednej strony dało mi to wiele swobody - nie myśląc o wygranej, ale o samej zabawie zebrałam kilka pomysłów, które mi się kłębiły od jakiegoś czasu w głowie i wymyśliłam lekkiego, nieskomplikowanego i bazowanego na pomysłach z kanonu fika, który miał mieć trzy, góra cztery rozdziały. Z drugiej strony - jak się okazało, że przechodzę dalej, nagle skończyły mi się pomysły i musiałam go na siłę rozciągnąć, co niestety nie wyszło dla niego najlepiej.
Wygrana zaskoczyła mnie kompletnie i do dziś mam wyrzuty sumienia, że nie był lepszy. Tym niemniej, skoro już siadłam do dokończenia go, to może czas go tu wreszcie wrzucić w całości.
Miłej lektury ^^'


Rozdział 1: Wizyta.



W stronę swojego pokoju szedł spokojnym, statecznym krokiem. Był środek nocy, ale trzeba było dbać o pozory, nawet dla nocnej warty. Przed naciśnięciem klamki jeszcze się do kogoś uśmiechnął i życzył spokojnej nocy. Kiedy jednak drzwi się za nim zamknęły i wreszcie został na chwilę sam - zeszło z niego całe powietrze. Gdzieś ulotniła się dumna sylwetka, sprężysty krok został zastąpiony powłóczeniem. Po raz nie wiadomo który poczuł, że uszyty na miarę garnitur jest zdecydowanie na niego za duży, a wiszące na nim odznaki są zdecydowanie za ciężkie. Jednakże dopiero gdy już zdjął marynarkę i mocował się z guzikami kamizelki, zdał sobie sprawę z czyjejś obecności w pokoju.
- Cześć, Coby - powiedział znajomy głos.
Już wcześniej coś czuł, ale był zbyt zmęczony, zbyt zagoniony, miał na głowie za dużo rzeczy na raz, żeby zwrócić na to uwagę. Teraz jednak szósty zmysł wreszcie przebił się przez to wszystko i z całej siły zatrąbił na alarm. Potężna, mroczna, nieprzyjemna aura wisiała w pokoju niczym mgła.
Coby odwrócił się powoli. Na jego wspaniale rzeźbionym biurku siedział mężczyzna.
Miał na głowie słomkowy kapelusz.
- Luffy...? - zdołał z siebie wydusić po chwili niezręcznej ciszy.
Król Piratów otaksował go wzrokiem.
- Admirał, co? - mruknął. - Nie no, fantastycznie. Dobrze wiedzieć, że tobie też się udało.
Na jego twarzy wciąż nie było śladu uśmiechu.
Coby patrzył na to z niedowierzaniem. Do głowy cisnęły mu się dziesiątki pytań, ale w tej chwili buzowało mu - "Kim jesteś i co zrobiłeś z Luffy'm?!" - a wokół niego - Gdzie twój słynny uśmiech? Skąd ta ponura aura?
Co się w ogóle z tobą działo przez ostatnie dwanaście lat?!
Gdzieś pomiędzy mózgiem a językiem pytania zamieniły się w:
- S-słyszałem o twojej stracie - wydukał. - Przykro mi.
Atmosfera zrobiła się jeszcze cięższa, mimo, że na twarzy Luffy'ego nie drgnął żaden mięsień. Coby używał już całej swojej siły woli, żeby utrzymać się na nogach i nie zwymiotować. Był zmęczony, dobra, ale do jasnej cholery, co miało znaczyć to monstrualne haki? Gdzie Luffy był przez te wszystkie lata?!
- Przynajmniej dopiął swego - odparł Luffy. - Jego imię sięgnęło niebios.
- Nie pomyślałbym, że Mihawkowi tak odbije po przegranej... To już musiała byś sta...
- Nie mów tak - przerwał mu i przez sekundę w jego głosie zabrzęczała stal. - Mihawkowi nic nie odbiło. Nie rozsiewaj dalej tych plotek.
- Nie... Ale chwila. Przecież rzucił się na Zoro i...
- Mówię ci, że nie - przerwał surowo.
- Ale sam widziałem!
- W takim razie nie patrzyłeś jak należy.
- Co? Ale w takim razie czyja to była sprawka?
- Do...
Łomot do drzwi zagłuszył słowa Luffy'ego, który momentalnie zdjął Zbroję Obecności. Coby'emu ulżyło nieco, ale i tak obejrzał się z irytacją.
- Co jest? - zawołał.
- Ale nie martw się - powiedział Luffy, nie zważając na nic. - Już się tym zająłem.
- Czym się zająłeś? - dopytał się skołowany Coby.
- Admirale! - zawołano zza drzwi. - Wszystko w porządku?
"Tak! Wypierdalać!" - zawył w myślach Coby.
- Tak! Możecie odejść! - okrzyknął zamiast tego. - Co ty tu właściwie robisz? - dodał, zwracając się do Luffy'ego.
- Przyszedłem pogadać.
- Przejdziesz wreszcie do rzeczy?
- Jak się trzyma Tashigi?
- Co? Ona...
- Jest z Marynarki, nie mogła go nawet opłakiwać. - To było dziwne zdanie, nawet jak na Luffy'ego.
- Służy tutaj, chyba nieźle się trzyma... - zaczął, nim zdał sobie sprawę z tego, co mówi. Potrząsnął głową i spojrzał surowo na Króla Piratów. - Luffy, do cholery! Ścigałem cię tyle czasu, zniknąłeś na kilkanaście lat i teraz po prostu pojawiasz się u mnie ŻEBY POGADAĆ?! Co się dzieje?!
Luffy milczał. Patrzył tylko na Coby'ego, aż ten w końcu zrozumiał, co jest nie tak. Król Piratów wyglądał co prawda, jakby czas go w ogóle nie obszedł - wciąż był wysokim, rozrośniętym, dwudziestoparoletnim mężczyzną o fryzurze misternie ułożonej przez przypadkowe podmuchy wiatru. Wciąż wyglądał, jak wtedy, kiedy Coby widział po raz ostatni.
Nie zmieniło się nic - poza spojrzeniem. Król Piratów wyglądał na śmiertelnie zmęczonego. Jego wzrok był pusty, bez wyrazu. Zwykle dumnie wyprostowana sylwetka teraz gięła się w przygarbieniu jakby przygniatał ją ogromny ciężar. Wyglądał zupełnie inaczej, niż gdy pływał ze swoją załogą...
Coś zaskoczyło w umyśle admirała. Zoro nie żyje, Nami z Sanjim otworzyli własną restaurację i dorobili się dzieci, Robin z Franky'm zapadli się pod ziemię, Chopper wrócił na swoją wyspę, Brook zniknął, Usopp założył własną załogę... Już nie było załogi, Luffy zniknął i wszyscy poszli własną drogą.
A teraz wrócił, bogowie raczą wiedzieć skąd... i odkrył, że jest sam.
- Luffy... - Coby zawiesił na chwilę głos, po czym dokończył głucho: - Czy ty przyszedłeś się poddać?
Król Piratów wciąż nic nie mówił, ale całkowicie już zdjął haki Obecności i teraz wyglądał niemal żałośnie.
W Cobym coś pękło. Zacisnął pięści i spojrzał na Luffy'ego z furią.
- Wynoś się stąd - powiedział ledwie panując nad głosem.
Luffy zamrugał, zaskoczony.
- Co?
- Wypierdalaj, powiedziałem! - krzyknął. - Czy ty wiesz, jak mnie w tej chwili obrażasz?! Całe życie cię ścigałem, cały świat starał się ciebie złapać i teraz zdaje ci się, że jak przyjdziesz i dasz się ująć niczym Roger to wszystko załatwi?!
- Coby, chyba zapominasz, z kim masz do czynienia - powiedział Luffy ponownie nakładając Kolor Obecności. - To nie tak, że ktokolwiek kiedykolwiek dałby radę sam mnie złapać.
Haki znowu było przytłaczające, ale tym razem Coby sam był wściekły, więc nie zwracał na to specjalnej uwagi.
- W takim razie co tu robisz?! Wynoś mi się stąd, żebym mógł znów cię zacząć ścigać!
- Co proszę?
- Mdli mnie jak na ciebie patrzę. Ujęcie cię teraz, w tak żałosnym stanie uwłacza mnie i całej Marynarce. A może o to ci chodzi? Żeby do końca robić sobie z nas jaja? Wywalaj stąd, inaczej zaraz poślę cię do wszystkich diabłów z wielkim odciskiem mojego buta na twojej rzyci! Nie mam więcej pytań! - dodał, wyrzucając z siebie nagromadzoną przez lata frustrację. - To ja daję z siebie wszystko, żeby dostać się na sam szczyt, tak jak sobie obiecaliśmy, a ty, zamiast stoczyć ze mną i całą moją flotą walkę jakiej świat nie widział ZNIKASZ sobie na ponad dekadę i po powrocie myślisz, że cię przyjmę z otwartymi ramionami?! Ta walka mi się NALEŻY, rozumiesz?! Nie obchodzą mnie twoje humory, masz w tej chwili zniknąć z mojego pokoju!
Luffy patrzył na niego podczas tej przemowy z totalnym zaskoczeniem na twarzy. Zamarł tak na chwilę, po czym... parsknął.
Coby spojrzał na niego z irytacją, oczekując bezczelnej odpowiedzi, ale zamiast tego, zobaczył jak Król Piratów wybucha śmiechem.
I zbaraniał.
W pokoju znów zrobiło się jasno i rześko. Luffy śmiał się głośno i długo, i Coby przez chwilę poczuł się jak wtedy, kiedy będąc dzieckiem nawrzeszczał na Alvidę. I nagle zdał sobie sprawę, że czuje ulgę taką samą jak wtedy. Luffy nagle znowu był Luffy'm. Świat znów miał sens, wrócił na właściwe tory i czekał, aż Luffy znów go z nich wytrąci robiąc coś dziwnego.
- Na dobrą sprawę naprawdę przyszedłem pogadać - powiedział w końcu, stając na biurku. - Dobrze wiedzieć, że się trzymasz. - Zerknął z rozbawieniem na Coby'ego, który nie potrafił powstrzymać uśmiechu. - I do tego mocno zestarzałeś. Po co ci ta broda?
- Nie przeginaj - ostrzegł go Coby. Naprawdę lubił swoją brodę. Dodawała mu powagi. I laski na nią leciały.
Luffy zachichotał w odpowiedzi, jakby przejrzał go na wylot.
- Będę się zbierał. Dzięki.
- Ale jesteś w środku bazy Marynarki, jak masz zamiar...
"Czy on mi właśnie podziękował?"
- Tą samą drogą, jaką tu wszedłem - powiedział Luffy z bezczelnym uśmiechem, po czym otworzył okno. - To pa! - rzucił jeszcze, wyskakując.
Coby stał oniemiały, zbyt zaskoczony całą sytuacją, która przed chwilą miała miejsce, żeby z miejsca zareagować. Na zewnątrz rozległo się łupnięcie.
- O, cześć, Helmeppo!
Admirał zachichotał, słysząc przyduszone wrzaski swojego przyjaciela. Wyjrzał przez okno, by zobaczyć, jak wszędzie rozpalają się światła, Helmeppo podnosi z ziemi jakieś papiery, a Luffy znika za którymś zakrętem. Nie ruszał w pościg. W tej chwili nie stanowiło to żadnego wyzwania.
- Wejdź, Helmeppo! - zawołał parę minut później jeszcze zanim jego przyjaciel zdołał zapukać.
- Na litość boską, Coby - westchnął Helmeppo, wchodząc. - Czy ty czasem śpisz?
- Czasem - przytaknął admirał z uśmiechem. - Co jest?
- Poza powstałym z martwych Królem Piratów, biegającym teraz po naszej bazie? - mruknął, krzywiąc się. - Naprawdę nie wiem, czemu cię to tak bawi.
- Nie przejmuj się tym. Tak, pytam o cokolwiek poza nim.
- W porównaniu do niego, to niewiele - westchnął, wręczając Coby'emu naręcze teczek i kartek. - Proszę. Może ty coś z tego zrozumiesz, bo my nie jesteśmy w stanie.
Admirał przyjrzał się dokumentom. Następnie zajrzał do kilku teczek. Wreszcie spojrzał na przyjaciela.
- Czy to jakiś żart?
- Obawiam się, że nie.
- Pozostałe też są puste?
- Wszystkie.
- Cokolwiek w innych bazach?
- Nie w tych, z którymi się skontaktowaliśmy. Ale nieustannie próbujemy.
Coby spojrzał na wręczone kartki. Znajdujące się na nich tabele miały jeden tytuł, i wszystkie były puste. Tak samo jak teczki. Wszystkie dotyczyły Shichibukai Don Quichote Flamingo.
- Ktoś próbował nawiązać z nim kontakt?
- Nie jesteśmy w stanie.
'Nie martw się. Już się tym zająłem.'
Coby spojrzał ponownie na teczki i tym razem zdjął go strach. Wszystko momentalnie ułożyło się w całość, ale... myślał, że nienawiść może mieć jakieś granice. Myślał, że zna zasięg możliwości Luffy'ego.
Chyba właśnie wypuścił bardzo niebezpiecznego człowieka.
- Nie uważasz, że to dziwne? Zupełnie jakby ktoś chciał go...
- Usunąć. Zewsząd - powiedział głucho Coby. - Z powierzchni ziemi, z akt, z ludzkiej pamięci. Żeby nigdzie nie pozostał po nim ślad.
- Naprawdę myślisz, że to jest możliwe?
- Najwyraźniej tak. Weź to wyrzuć - powiedział, oddając mu pliki.
- Jesteś pewien?
- I tak za parę pokoleń ludzie zapomną kim był Doflamingo. Nie ma sensu trzymać teczek z jego nazwiskiem.
- A jeśli go znajdziemy?
Coby spojrzał na Helmeppa ze znużeniem.
- Gwarantuję ci, że nie.

- Brook! Ruszaj się, zmywamy się stąd!
Kryjący się do tej pory w krzakach szkielet natychmiast się zerwał na nogi i pobiegł za kapitanem. Przez dłuższą chwilę biegli w milczeniu.
- Myślałem, że już cię nie zobaczę - powiedział w końcu Brook. Zerknął na twarz kapitana i uśmiechnął się. - Co cię skłoniło do zmiany zdania?
- Coby - zachichotał Luffy. - Miał rację, truteń przeklęty. Ale żaden Marine nie będzie mi mówił, że jestem żałosny - dodał, uśmiechając się w charakterystyczny dla siebie sposób. - O, tam!
Brook wskoczył do łódki, po czym rozejrzał się.
- Luffy... Planujesz ucieczkę tą małą łódeczką przed statkami Marynarki?
- Taak! Uda się, zobaczysz! - powiedział Luffy ze śmiechem, opuszczając jedyny żagiel.
Brook patrzył przez chwilę jak jego kapitan, jeszcze tego ranka zniechęcony do wszystkiego, wściekły i rozżalony, uwija się teraz przy wantach, paplając, że łatwiej by się uciekało mając jeszcze Nami na pokładzie, ale i bez niej powinni dać radę, przynajmniej tak długo jak będą ich atakować różnorakie morskie stwory. No wiesz, jak zaczyna się umierać z głodu na morzu to na bank coś spróbuje zjeść ciebie, a wtedy mu przywalisz i już masz prowiant na kilka następnych tygodni. Żaden problem!
"Para władających na małej łódce, bez prowiantu, ścigana przez ogromne statki Marines..."
Strategia przetrwania rodem za starych, dobrych czasów.
- Yohoho - zaśmiał się Brook. - Na pewno się uda. Czuję to w kościach.

[Obrazek: 66HHUfX.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.09.2012 13:32 przez Gociak.)
22.09.2012 13:26
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Nac Offline
Kapitan
Pirat

*
Liczba postów: 716
Dołączył: 16.09.2009
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #2
RE: Wielki Powrót
Kurde, nie przeczytałem w jakim dziale, i na samym początku myślałem, że będziesz tu siedzieć 24/7 xD

Co do fika, to od razu można zauważyć twój styl pisania. Lubisz w swoich mini opowieściach opisywać historię słomianych kiedy już zdobyli wszystko, albo są po prostu ,,po przejściach''. Tak samo jak w tym fiku. Tutaj widzimy, kiedy załoga z różnych powodów się wykruszyła, gdzie Luffy po prostu się wypalił, nie cieszyło go to co na początku przygody. Dopiero spotkanie ze swoim przyjacielem, który jest zarazem jego wrogiem daje mu ,,kopa w tyłek'' i razem z Brookiem próbują swoją zabawę od początku.
Mimo wszystko jeżeli mam się doszukiwać dalszej części opowiadania, to Luffy z Brookiem muszą znaleźć całkowicie nowych nakama, albo inaczej ponownie się wypalą. Ale to już moje chore domysły xD

W skrócie. Fik ciekawy jak reszta twoich dzieł, które czytam z wielką przyjemnością ;]


(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.09.2012 19:34 przez Nac.)
23.09.2012 19:33
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #3
RE: Wielki Powrót
Hahaha, dzięki XD
Ale przyznam, że kop w dupę, jaki dawał termin nadsyłania prac działał strasznie motywująco XD Komi sam mnie czasem zaganiać musiał, ale mimo wszystko cieszy mnie, że to robił XD


Rozdział 2: Rodzina



Makino usiadła wygodnie w fotelu. Zmęczone po całym dniu nogi i plecy z przyjemnością zaznały odrobiny odpoczynku. Opieka nad jedyną we wsi knajpą nigdy nie była łatwą robotą, nie w dzień po wypłacie. Ponieważ jednak nieszczęścia lubią chodzić parami, to na domiar złego akurat dzisiejszy dzień łotrzyki zeszły z pobliskiej góry i przetrzęśli całą wieś w poszukiwaniu alkoholu. Naprawom znów nie będzie końca...
Jej leniwe przemyślenia przerwał trzask otwieranych w pośpiechu drzwi, w których to stanęła jej latorośl, po czym zawyła potępieńczo od progu:
- MAMOOO!
- Co się stało? - zapytała z niepokojem.
- Kolejni obcy się kręcą po wsi! - powiedział przejętym głosem, podbiegając do niej.
Och. To było cokolwiek dziwne. Zwykle rabusie nie schodzili więcej jak raz na tydzień...
- Nie przejmuj się tym, skarbie - powiedziała, kładąc mu rękę na głowie. - W wiosce jest wielu zdrowych, silnych mężczyzn. Nic nam nie grozi.
- Ale oni są jacyś dziwni, mamo! Nie wyszli z lasu.
- No to skąd?
- Przypłynęli łodzią!
Teraz już Makino na dobre się przestraszyła. Dobry bogowie... piraci? A pomyśleć, że od tylu lat był spokój...
- To nie wszystko, mamo! - Synek szarpnął ją za bluzkę, zmuszając do ponownego skupienia myśli. - Oni poszli prosto do naszego baru!

Makino przez wiele lat mieszkała w niewielkiej klitce nad barem. To bardzo ułatwiało jej początek i koniec pracy, ale od kiedy została mamą, doszła do wniosku, że jej dziecko nie będzie co dzień wysłuchiwało pijackich piosenek do kołyski. Decyzja o przeprowadzce była więc cokolwiek naturalna, choć Makino do dziś gryzł pewien niepokój. Teraz musiała stanąć z nim twarzą w twarz - coś niedobrego działo się w jej barze, a jej tam nie było.
Nakazała młodemu zostać w domu i pod żadnym pozorem nie wychylać nosa poza próg. Modląc się do wszystkich przodków o to, żeby piraci okazali się względnie wyrozumiali, rozsądni i mało krwiożerczy, ruszyła pędem w stronę przystani. Przecież nie prosiła o kogoś pokroju "Czerwonowłosego" Shanksa, wiadomo, że takie szczęście zdarza się raz w życiu. Mimo wszystko jakaś nadzieja pozostawała w sercu...
Przy niewielkim molo nie stał żaden wielki statek. Miasteczko nie płonęło, wszędzie panowała cisza i spokój. To trochę kontrastowało z wyobrażeniami Makino na temat sytuacji. Kiedy wreszcie dobiegła do swojego baru zdała sobie sprawę, że absolutnie nic się nie dzieje. Nie zostali napadnięci, żadni piraci nie przypłynęli.
"Co też odbiło temu mojemu łobuziakowi?" - pomyślała z irytacją. Przecież uczyła go, czym się kończą głupie żarty.
Dla spokoju sumienia zajrzała mimo wszystko jeszcze do baru. Tak na wszelki wypadek. I wtedy ich dojrzała. Dwie postaci skulone w ciemnym kącie sali. Wydawali się tak nieforemni, tak nieludzcy, że Makino w pierwszej chwili wzięła ich za potwory. Już miała zacząć krzyczeć, kiedy jedno monstrum podniosło głowę, błysnęło w ciemności okiem i... przywitało się pogodnie.
- Hej, Makino. Dobrze cię widzieć.
Właścicielka baru zbaraniała i zanim się zebrała w sobie na tyle, by zebrać składną odpowiedź, potwór ciągnął swobodnie podejrzanie znajomym głosem.
- Już myślałem, że trafiłem do złego baru. Sama rozumiesz, sporo minęło...
Ten głos...
Makino sięgnęła za siebie i uderzyła z całą siłą we włącznik światła. Zawieszone pod sufitem lampy rozświetliły pomieszczenie.
- LUFFY?! - zawołała z niedowierzaniem. - I Brook?! Co wy tu... - zawiesiła głos, mrużąc oczy. - Co wam się stało? - zapytała wreszcie, podchodząc do nich.
- A wiesz, pomyślałem, że najpierw odwiedzę Dadan... - zaśmiał się Luffy. Wydawał się nieco zakłopotany.
Był spuchnięty na twarzy, ręce miał całe w siniakach - jak nic miałby je połamane, gdyby nie był z gumy - jego ciuchy też nie prezentowały się najlepiej. Najbardziej ucierpiał czerwony płaszcz, który, jak Makino pamiętała, Luffy bardzo lubił.
- Nie chciałbym być natrętny, ale może znalazłaby się szklanka mleka? - zapytał uprzejmie Brook.
O ile jego ciuchy zawsze były poszarpane, o tyle na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że jego stare kości zniosły wizytę u bandytów jeszcze gorzej niż Luffy. Połamane żebra sterczały spod marynarki, złamana kość promieniowa utrudniała mu nonszalanckie gesty, do tego miał jeszcze mniej zębów niż zwykle. W dodatku Makino była wściekle pewna, że jego prawa noga nie powinna się zginać w ten sposób.
A mimo to obaj się uśmiechali do niej szeroko. Wariaci.
Makino zamrugała, otrząsając się z krótkiej chwili przerażenia. To nie są zwykli ludzie. Nic im nie będzie.
- Mleko, tak, oczywiście, zaraz zobaczę - powiedziała, przypominając sobie o powinnościach gospodyni. - Gdzie ja mam głowę, przecież musicie był głodni jak lwy. Zaraz coś wam przygotuję. - Z tymi słowy zwróciła się w stronę zaplecza.
- Ależ, - zaprotestował Brook, - nie chcemy sprawiać kłopotu. Jedliśmy już u pani Dadan. Szklanka mleka naprawdę...
- Daj spokój, Brook! To było po południu! Jeeeść!
Makino zachichotała mimowolnie. Brook szybko się poddał, widząc entuzjazm swojego kapitana.
- A później może pokazałaby mi pani swoje...
- Możesz o tym zapomnieć, Brook! - zaśmiała się, znikając w kuchni.
"Dadan..." - pomyślała, zakasając rękawy. - "To tłumaczy ten wysyp rabusiów dzisiaj."
W sumie ostatnim razem też najpierw zajrzał do Dadan. Bogowie, ileż to już było lat temu. W pierwszej chwili miała ochotę się wściec na niego i ochrzanić za tyle lat nie dawania najmniejszego znaku życia, ale przeszło jej, gdy zobaczyła, że Dadan dała mu już wyraźnie do zrozumienia, że postąpił jak świnia. On z kolei nie wyglądał jak ktoś, kogo to obeszło. Jak zwykle.
Jasne, za pierwszym razem jak wypłynął, też się martwiła. Na morzu komunikacja jest utrudniona, ciężko o prawdziwe utrzymywanie kontaktów. Ale przynajmniej pojawiał się raz na jakiś czas w gazetach. Opisywany był oczywiście jako zbrodniarz i hultaj, a jego nagroda stopniowo rosła, ale ilekroć gdzieś mignęło jego zdjęcie, to wyglądał na nim niesłychanie szczęśliwie, a to było aż nadto dla Makino. Jasne, pakował się w coraz bardziej mrożące krew w żyłach sytuacje, ale zawsze po jakimś czasie znowu pojawiał się na pierwszych stronach gazet. I to wystarczało.
A tu nagle cisza. Nie na rok czy dwa, jak to się już zdarzało, ale na pełnych dwanaście lat.
"A potem zjawia się i bez słowa wyjaśnienia żąda kolacji, bezczelny smarkacz" - pomyślała, wynosząc przygotowane naprędce kanapki i resztki, które zostały po całym dniu.
- Zapomniałem uprzedzić, że chwilowo jesteśmy bez grosza przy duszy... - powiedział zakłopotany Brook, sięgając po swoje mleko.
- Dolicz mi to do rachunku, Makino - przerwał mu Luffy mówiąc niezbyt wyraźnie, bo z ustami pełnymi jedzenia. - Jak zwykle.
- Tak, tak - pokiwała głową z uśmiechem. - Zapłacisz potem ze swojego skarbu.
Usiadła przy nich i z uśmiechem patrzyła, jak pałaszują.
Nigdy tak naprawdę nie sądziła, że taki szałaput jak Luffy faktycznie dorobi się skarbu i zwróci jej cokolwiek. Kiedy faktycznie wrócił do wioski, niosąc na plecach worek pełen złota, okazało się, że nie ona jedna nie mogła uwierzyć własnym oczom. Tymczasem Luffy chodził od sklepu do sklepu i uczciwie (zwykle z nawiązką, jako że nigdy się nie nauczył szacunku do pieniądza) oddawał wszystko, co był winien. Kiedy już było po wszystkim, ignorując stojącą za nim nawigatorkę, usiłującą zrobić mu dziką awanturę, wyrzucił w górę pusty worek i zarządził wielką imprezę. Całe miasteczko balowało wtedy do białego rana...
- Luffy, gdzieś ty zniknął przez te wszystkie lata? - zapytała Makino. Miała to być nagana, ale przytłumił ją smutek. - Wiesz, jak się tu wszyscy o ciebie martwili?
Król Piratów zająknął się i odwrócił wzrok. Ciężko było wyglądać na winnego z policzkami wypchanymi jedzeniem. Tym niemniej widać było, że się stara.
Makino wciąż pamiętała go jako małego, biegającego wokół Shanksa chłopca. Nie mogła wprost uwierzyć, że nawet po tylu latach można w nim czytać jak w otwartej księdze. Ile on miał lat? Wedle wszelkiej rachuby powinien mieć trzydzieści pięć, a tymczasem nie wyglądał na więcej jak dwadzieścia. To było wręcz niesprawiedliwe.
- Przykro mi, że przysporzyłem wam zmartwień, ale... Nie, czekaj! Nie! Brook! To było moje! Ty szujo!
"No tak..." - westchnęła Makino w myślach, opierając się wygodniej na krześle. - "Próba zagadania do niego w czasie jedzenia była..."
- Zostawcie moją mamę, wy dranie!
Krzyk, który rozległ się od progu sprawił, że na chwilę wszyscy obecni w karczmie zamarli, po czym powoli skierowali wzrok w stronę drzwi. W progu stał nie więcej jak dziesięcioletni chłopiec. Trzymał przed sobą sztylet a na jego twarzy widać było zacięcie godne wojownika.
- Kai! - Makino zerwała się z krzesła. - Co ty tutaj robisz? - zapytała, podchodząc do niego szybko.
- Strasznie długo nie przychodziłaś, więc zacząłem się martwić... - zająknął się, widząc, że jego mamie nic nie jest.
Makino westchnęła, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Biedny maluch. Potarmosiła mu włosy, po czym pokazała mu swoich gości.
- Popatrz. To tylko moi starzy znajomi - powiedziała. - Przywitaj się ładnie - dodała, kiedy syn wyjrzał zza niej i otaksował obu podejrzliwym wzrokiem.
- Dobry wieczór, jestem Kaito... mamo... - dodał, wycofując się lekko, blady jak ściana. - Czemutenpolewejniemaskóry? - pisnął. - I całej reszty też nie? Tylko kości?
"Jakim cudem udało mi się zapomnieć, że Brook jest szkieletem, a to może szokować ludzi?" - przemknęło Makino przez głowę.
- Bo jest na diecie - odpowiedział Luffy, zanim zdążyła zareagować. - Jak nie będziesz dużo jadł, to skończysz jak on.
- Luffy! - krzyknęła oburzona Makino, której moralitet w ustach Luffy'ego brzmiał jak szyderstwo.
- Za to świetnie gram na skrzypcach - powiedział Brook.
- ON GADA! - chłopiec wyglądał, jakby był bliski zawału.
- No - zaśmiał się Luffy. - Zajebisty jest, co nie?
- Dobra, dość tego - powiedziała Makino. - Kai, na górę, spać, ale już.
- To ja może zagram mu kołysankę na dobranoc - zaoferował się Brook.
- On otwiera swoją czaszkę! I wyciągnął z niej skrzypce!!!
- Mówiłem, że jest zajebisty.
- KAI! Na górę - powtórzyła Makino, wiedząc, że chłopak przez jakiś czas będzie miał koszmary o tym wieczorze. - Nie, dziękuję, Brook, obejdzie się bez kołysanki. No już, skarbie, leć na górę.
- Dzielny chłopak - powiedział Luffy, kiedy Kaito zniknął za drzwiami.
- Tak... - westchnęła Makino. - Jego brawura przyprawia mnie czasem o siwe włosy...
- Ile ma lat?
- Za trzy miesiące kończy dziesięć.
- Hmm... Dziesięć lat to trochę stary trop. Czy Shanks się od tego czasu jeszcze tu pojawił?
Makino poczuła, że pąsowieje.
- Jakieś trzy miesiące temu. Po co ci to? I skąd wiedziałeś, że... - dodała po chwili.
- Wiesz, ciężko nie zauważyć, że chłopak ma rude włosy - odpowiedział Luffy tonem, jakby to było oczywiste.
Makino naprawdę miała nadzieję, że włosy Kaito będą trochę ciemniejsze. Ale nie. Przy narodzinach jaskrawo czerwone, z czasem ściemniały do szkarłatu. Nie, żeby przeszkadzał jej ten kolor. Ale wciąż pamiętała koszmar, jaki za młodu przeżywał Ace i miała cichą nadzieję, że syn Shanksa będzie choć trochę mniej do niego podobny.
- Makino, czy moja stara chata jeszcze stoi? - zapytał Luffy, tłumiąc ziewnięcie.
- Mówisz o... ach, tamto? - Szałas, w którym dla większości cywilizowanych ludzi nie było warunków do życia, a który Luffy nazywał domem i w którym czasem spędzał noce (przy tych rzadkich okazjach, kiedy akurat się nie zgubił, nie spał w lesie, czy nie został porwany przez Garpa na kolejny morderczy trening). - Tak, o ile pamiętam jeszcze stoi. Ale mogłabym wam...
- Nie trzeba - zapewnił Luffy, sięgając po swój kapelusz. - Tam się wyśpimy jak należy.
Makino zawiesiła wzrok na kapeluszu, który nosił Roger, potem Shanks i wreszcie Luffy, na którego głowie ewidentnie skończy żywot. Teraz już był tylko nędzną imitacją tego, czym był dwie dekady temu. Zdawać by się mogło, że więcej już w nim było dziur czy nici, niż słomy. Wiecznie gnieciony, miażdżony, rozciągany, nacinany, dźgany... Ciekawe, jak Shanksowi się udało go zachować w dobrym stanie przez tyle lat, skoro musiał przeżyć przynajmniej tyle samo, co Luffy, kiedy przepływał przez Grand Line i Nowy Świat.
- To wciąż ten sam, prawda? - zapytała, nie odrywając wzroku od kapelusza.
- Co? Ach... Tak. Shanks mi go oddał, mówiąc, że mam go uważać za koronę Króla Piratów.
"Jeśli to jest korona Króla Piratów, to będziesz ostatnim, jeśli szybko nie znajdą innej..."
Ciekawe swoją drogą, że Shanks znając położenie One Piece'a - ostatecznie był w załodze Rogera wystarczająco długo, by się dowiedzieć - i mając ten nieszczęsny kapelusz, nigdy się nie ogłosił Królem Piratów. Co więcej, ot tak oddał ten tytuł małemu chłopcu z niewielkiego miasteczka położonego na najsłabszym ze wszystkich mórz - East Blue. Naprawdę ciężko rozgryźć tego człowieka...
- Daj mi go - powiedziała. - I płaszcz też. Zszyję je przez noc. A przynajmniej... - dodała, przyglądając się krytycznie kapeluszowi z bliska. - Postaram się udzielić pierwszej pomocy.
- Wielkie dzięki, Makino! Dobranoc!
"I w końcu się nie dowiedziałam, czemu zniknął na tak długi czas" - pomyślała, słuchając ich oddalających się rozmów. - "Ale w końcu on też się o nic nie pytał. W sumie najważniejsze, że nic mu nie jest i jakoś się trzyma..."

- Zgubili ich?
- Tak - westchnął Helmeppo. - Powiedziałem im, że szukanie tak niewielkiej, nieoznakowanej jednostki w środku nocy to i tak był głupi pomysł, więc dostali karę tylko za pochopne decyzje.
Coby pokiwał głową.
- Po tylu latach przebywania na jednym pokładzie z najlepszą nawigatorką na świecie nawet Luffy się musiał nauczyć paru sztuczek.
- Dokładnie! To samo pomyślałem!
"Wiem" - pomyślał Coby. - "Dlatego, że nie znasz go tak dobrze jak ja. Luffy jest całkowicie odporny na wiedzę. Zwłaszcza z zakresu nawigacji. Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż Luffy nauczy się, w którą stronę jest północ. To, że udało mu się uciec tak niewielką łódką przed dwoma ogromnymi okrętami to był łut szczęścia, którego Luffy zawsze ma w nadmiarze. Ale przecież nie można wpisać w raporcie, że wróg miał szczęście, prawda..."
- Dwójka ludzi! W łódce! I to się wam nie wydało podejrzane?! - Z dziedzińca dobiegły ich zirytowane krzyki.
Admirał wyjrzał przez okno. Dwóch Marines próbowało uspokoić rozjuszonego staruszka.
- Po morzu pływa cała masa idiotów, nie mamy czasu, żeby...
- Od trzech miesięcy szukam tej dwójki! Chcecie mi powiedzieć, że mijaliście ich, że oni tu nawet zajrzeli i spokojnie stąd odpłynęli, a wyście nawet nie dali rady zobaczyć, kim byli?!
- Co masz na myśli przez "zajrzeli"? - zapytał Coby, wychylając się przez okno.
- No byli tutaj! Nie dalej jak parę dni temu! Wiem, bo ich ścigam od dłuższego czasu!
- Czemu ich pan ściga?
- Widzieliście ich, czy nie?! - staruszek już niemal kipiał ze złości.
- Widzieliśmy. Jednym z nich był Król Piratów. Lepiej, żeby pan zaprzestał poszukiwań i...
- Król Piratów?! - przerwał mu, zaskoczony. - Monkey D. Luffy znaczy?! TEN Luffy?!
- Tak, ten sam - odparł z irytacją Admirał. - A co się stało?
Starzec przez chwilę nie odpowiadał, tylko patrzył w pustkę.
- Więc to dlatego zniknął na tyle czasu... - powiedział nagle.
- Co? To pan wie, gdzie on zniknął?!
- Pewnie, że wiem! - odparł dumnie. - Badam to zjawisko od wielu lat!
Coby przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć. Wielu jajogłowych przez cały ten czas dumało nad problemem tajemniczego zaginięcia Króla Piratów, a tu tymczasem zjawia się jakiś zwariowany staruch, który ot tak mówi, że wie, co się stało i w dodatku już to zdążył zbadać?
- Zapraszam do mnie - powiedział Coby. - Porozmawiamy przy herbacie.

[Obrazek: 66HHUfX.png]
24.09.2012 10:52
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Nac Offline
Kapitan
Pirat

*
Liczba postów: 716
Dołączył: 16.09.2009
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #4
RE: Wielki Powrót
Jedziesz dalej~~!
Fanfik zdążył już mnie zaciekawić i chyba znowu wpadłem w maniakalne czytanie Big Grin

Powrót do wioski i spotkanie Makino bardzo mi się spodobało no i wiemy ile Luffy ma latek ;] Pojawienie się staruszka w marynarce, który wyjaśni tajemnicze zniknięcie Luffy'ego jest ciekawym ruchem, gdzie nie mogę się już doczekać xD


25.09.2012 10:42
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #5
RE: Wielki Powrót
No i wczoraj wieczorem skończyłam pisać ostatni rozdział. Pierwszy raz od dawna udało mi się skończyć jakiegoś fika. Przyznam, że przyjemne uczucie XD



Rozdział 3: Bo cuda też lubią chodzić parami.


"To był... jakiś cud."
Nic innego nie mogło przyjść Brookowi do głowy po tym, jak z zaskoczeniem stwierdził, że ani jemu, ani Luffy'emu nic się nie stało. Żyją. A przecież nie powinni. Nie po tym, co się stało. Dwóch władających nie może tak po prostu stracić przypadkiem łódki, po czym bez większego problemu dostać się na kolejną wyspę, to nie powinno być w ogóle możliwe!
"Zrobiliśmy 'kaczkę'" - pomyślał w oszołomieniu Brook. - "Z jaką prędkością musieliśmy lecieć, żeby zrobić 'kaczkę'...?!"
Dzięki Gumgumowej Rakiecie lecieli tak szybko, że nawet Luffy musiał przymykać oczy i pilnować policzków, by się zanadto nie wydęły. Ponieważ te problemy nie dotyczyły Brooka, to ograniczył się on do panicznego wrzasku przez większość podróży. Co gorsza, ledwie wylądowali na najbliższej wyspie, a Luffy wskoczył w jakieś krzaki z chichotem, zniknął na nie więcej jak pięć minut, po czym wrócił, krzycząc, że muszą lecieć dalej. Muzyk nie zdążył nawet zaprotestować, kiedy jego uwagę przyciągnął duży stwór biegnący właśnie w ich kierunku. Brook zauważył jedynie wielki róg i bardzo duże ilości różowego futra, nim znowu nie znalazł się w powietrzu. W niedługo po tym znów wylądowali i musiał się skupić na wyciąganiu szyszek z oczodołów i połamanych gałęzi spomiędzy żeber, więc dziwna przerwa w podróży przestała być aż tak istotna. Chociaż żywił dziwne przekonanie, że wynurzająca się spomiędzy drzew istota będzie go przez jakiś czas prześladować w koszmarach.
Nawet nie próbował zgadywać, ile mil przebyli w czasie lotu.
- W takich chwilach myślę sobie, że chyba przydałoby się czasem pomodlić... - wymamrotał Brook, siadając wygodnie na gałęzi, która przed chwilą dość gwałtownie zatrzymała jego lot.
- Nie jestem pewien, czy warto - powiedział Luffy, pojawiając się koło niego. - Kiedyś sprałem takiego jednego, który nazywał siebie bogiem. Chyba nic nikomu nie przyjdzie z modlitwy do kogoś takiego.
- Chcesz powiedzieć, że jesteś ateistą? Jak Zoro?
- Nie wiem - wzruszył ramionami. - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Jestem strasznie głodny, a ten las wygląda mi na taki, który ma w sobie sporo potencjalnych obiadów. Chodź, Brook! - zawołał radośnie, zeskakując z drzewa. - Idziemy zapolować.
- Ale dopiero co byliśmy na uczcie.
- No więc?

- Przyleciał tu? - Akurat kiedy Sanji myślał, że wyczerpał już limit bycia zaskakiwanym na dzień dzisiejszy, usłyszał o nowej metodzie podróży Luffy'ego. - Jest z gumy! Gdyby wpadł do wody...
- Powiedział, że bardzo starał się trzymać od niej z daleka - westchnęła Nami, siedząc przy stole w jadalni i patrząc jak jej mąż uwija się w kuchni. - Wyobraź to sobie... Nojiko usłyszała z lasu wołanie o pomoc, pobiegła w jego kierunku... Po czym zobaczyła Misako i Shiro biegających wokół polany i wrzeszczących "upiór, upiór! ratuj, ciociu Nojiko!", spanikowanego Brooka biegnącego tuż za nimi, krzyczącego "gdzie?!" i Luffy'ego, stojącego w samym środku tego wszystkiego i mówiącego coś w stylu "Nojiko? Skąd ja znam to imię?"... Nie śmiej się tak!
- To tylko skwierczenie tłuszczu, serio. I co dalej?
- Nojiko wyjaśniła zamieszanie i przyprowadziła go tutaj, nie wnikając w szczegóły. Z relacji bliźniąt zrozumiałam, że próbował tu polować, ale przypadkiem spotkał Misako i dowiedział się, że jej tata jest znakomitym kucharzem, więc powiedział, że chce go poznać, ale wtedy zza krzaków wylazł Brook i spowodował całą panikę...
- A teraz bawią się w sadzie w berka - powiedział Sanji, rozkładając na talerze przygotowany posiłek. - Prawie udało mi się zapomnieć, jakim był lekkoduchem.
Luffy był tak pochłonięty zabawą, że zdawał się nawet nie zauważać powrotu Sanji'ego do domu.
- Nawet nie zdążyłam go jeszcze zapytać o to, gdzie zniknął na tyle czasu - westchnęła Nami z irytacją. - Tak się wściekłam, kiedy zobaczyłam jak ot tak wchodzi do sadu i macha mi na powitanie, że w odpowiedzi sprałam go Clima Tactem...
- Nie martw się, moja piękna - powiedział Sanji, ruszając w stronę stołu z kilkoma talerzami na ramionach. - Zaraz będzie kolejna okazja. OBIAAAD!

"Dlaczego on wciąż wygląda tak samo jak wtedy?" - pomyślała z zazdrością Nami, patrząc, jak Luffy wcina całe góry żarcia. - "Czy to dzięki Diabelskiemu Owocowi?"
Dziwnie się czuła. Sanji zdawał się być wniebowzięty tak ciągle donosząc z kuchni kolejne dania, Brook przekomarzał się z Bellmere, Luffy wygłupiał się z bliźniętami... Brakowało tu, oczywiście, paru osób z załogi, ale atmosfera wydawała się być żywcem wyjęta ze statku, z tych wspaniałych, radosnych dni, które spędzili razem. Zupełnie jakby ich kapitan nią emanował.
Przypomniała sobie, jak wyglądało spotkanie załogi po raz pierwszy od tamtego rozproszenia się. Wszyscy, nawet Zoro, dzielili irytujące uczucie, że bez Luffy'ego i Brooka to już nie to samo. Siedzieli ponurzy wokół stołu, debatując, gdzie jeszcze można spróbować ich szukać. Im dłużej się za nimi rozglądali, tym bardziej nigdzie ich nie było. Przepadli jak kamień w wodę.
Najgorsze było to, że tak mogło być naprawdę.
Potem oczywiście było wzajemne obwinianie się o to, kto puścił ich razem na jednej łódce, czyj to był pomysł, czemu nikt nie wsiadł tam razem z nimi? Przecież to dwóch władających. Skąd pomysł, że powinni gdziekolwiek wypuszczać się sami?
Ale to było potem. Najpierw był niepokój i to irytujące uczucie, że czegoś ciągle brak. I ponowne rozproszenie się. Przyczajenie, przeczekanie, nie rzucanie się w oczy. Oczywiście, nie można było tego wymagać od Zoro czy Usoppa, ale cała reszta załogi rozdzieliła się, szukając sposobu zabicia czasu.
Nami razem z Sanjim wrócili na East Blue. Nojiko założyła już rodzinę i mieszkała w starym domku, więc Nami zbudowała sobie własny - bliżej morza, by wciąż móc słuchać szumu fal przed snem.
Lata mijały. Załoganci odwiedzali się nawzajem od czasu do czasu, badając, czy przypadkiem ktoś się czegoś nie dowiedział, ale po jakimś czasie pytania stały się raczej rutynowe, bo i tak nikt się nie spodziewał pozytywnej odpowiedzi. Wszyscy zaczęli się przyzwyczajać do nowego życia.
I teraz nagle Luffy wrócił i przyniósł to wszystko z powrotem ze sobą. Nami nie potrafiłaby nawet opisać uczucia ulgi czy radości, które ją teraz przepełniały. Chciała przytulić Luffy'ego (bo tak się za nim stęskniła), a jednocześnie przyłożyć mu po łbie (bo jakim prawem zniknął na tak długo bez skonsultowania tego przynajmniej z nią?!) i naprawdę nie wiedziała, co zrobić najpierw. Dlatego obmyślała właśnie, jak załatwić to jednocześnie.
Z zamyślenia wyrwał ją głos Sanji'ego.
- To ty to wszystko wczoraj zeżarłeś?!
- No... tak. Ale wy spaliliście moją łódź!
- To była... chcesz mi powiedzieć, że żeglowaliście po East Blue na tej kupie drewna? Usopp by się załamał.
- Nic nie poradzę!
- Ta łódka i tak przeżyła dwa sztormy, więc chyba nie bardzo mogliśmy narzekać na jej stan - dodał Brook ze śmiechem.
- Dwa sztormy? Ta łupina? Przecież miała tylko jeden żagiel!
- To nie Grand Line, tu nawet sztormy są spokojniejsze. - Brook zamachał rękami, starając się wyjaśnić sytuację.
- Zawinęliśmy ją z bazy Marynarki - uzupełnił Luffy.
- Z ba... czemu akurat ją? - zapytał Sanji.
- Była pod ręką - wzruszył ramionami.
- Chwila, moment - powiedziała Nami. - O czym wy gadacie?
- Luffy wczoraj był w Syrup - powiedział Sanji. - Nawet się nie przywitałeś - dodał z oburzeniem.
- Nie zauważyłem cię! - powiedział Luffy z paniką pomieszaną z poczuciem winy. - Byłem głodny, a tam wszędzie było mnóstwo wspaniałego żarcia...

To był... jakiś cud.
Bo tylko tym można było wytłumaczyć pomieszczenie ośmiu tysięcy załogantów w jednej wiosce. Syrup jeszcze nigdy nie było aż tak okupowane. Tej nocy wiele pieniędzy przeszło z rąk do rąk - w grach, handlu, czy przez pijaństwo. Nikt nie wiedział, jak udało się ukryć aż trzy statki wokół tej niewielkiej wyspy. Załoga kapitana Usoppa bawiła się w najlepsze.
Luffy był pod wrażeniem.
- To piraci.
- Ale nie atakują tej wioski - zauważył Brook. - Wyglądają raczej... jakby wpadli w odwiedziny. Jesteś pewien, że to piraci?
- Na sto procent. Chodź, zobaczymy, co się tam dzieje - dodał, wskazując na wzgórze.
Brook zobaczył stojącą na niej rezydencję. Wokół niej bawiło się chyba najwięcej piratów. Kiedy dotarli do ogrodzenia, zobaczyli stojące w ogrodzie suto zastawione stoły. Kiedy Luffy podkradał po kryjomu jedzenie, Brook wsłuchał się w pieśni śpiewane przez stojących nieopodal muzyków. Oceniając ich skalę głosu i stopień spicia się, nie zauważył, jak Luffy nagle zwraca głowę w bok, uśmiecha się lekko, po czym odbiega.
- Kaya, auć... No mówię ci, że nic mi nie jest! - powiedział nieszczęśliwy kapitan Usopp.
- No właśnie widzę - odpowiedziała ze spokojem, bandażując jego ramię. - Czasami zastanawiam się, czy ty tego nie robisz specjalnie - dodała z uśmiechem, od którego Usopp dostał rumieńców.
- O czym ty... Nie! Naprawdę nie! Robienie sobie krzywdy to nie jest mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, przysięgam!
- Ależ wiem. Znam przecież twój ulubiony sposób.
Czerwony jak cegła Usopp wykręcił się z jej objęć.
- Sssłuchaj, ee, muszę w-wrócić do swojej załogi - zająknął się, wycofując rakiem w stronę ogrodu. - Bardzo Ci dziękuję, jak zwykle, jesteś wspaniała... O rany, wołają mnie już - dodał, ostentacyjnie nastawiając ucha. - To ja lecę, pogadamy później.
Kaya patrzyła, jak Usopp odbiega i zostaje przywitany ze śmiechem przez swoich załogantów. Ktoś klepnął go po plecach, kto inny wręczył gorzałę, a z gwałtownej reakcji domyśliła się, że ktoś jeszcze poczynił niedwuznaczne komentarze na temat tego, co się zdarzyło w tej zacienionej altance.
I co by się zdarzyło, gdyby tylko nie wywinął się jak fryga.
- Chyba tym razem byłam nieco zbyt bezpośrednia - westchnęła Kaya, patrząc z ciepłym uśmiechem na Usoppa śmiejącego się ze swoją załogą.
Luffy, świadom, że nie powinno go było być przy tej scence, zaśmiał się w duchu i zmył bezszelestnie.
- Obawiam się, że nie mamy czego tu szukać, Brook - zawołał muzyka, znajdując go tam, gdzie go zostawił. - Nie ruszymy stąd Usoppa. Płyniemy dalej.
- Chętnie, ale obawiam się, że nie mamy czym - odparł Brook, prostując się.
- Jak to?
- Właśnie sfajczyli naszą łódkę.
- CO?!


- Była w tak marnym stanie, że uznali ją za wrak i spalili - westchnął Sanji.
- Nie miałem co robić przez resztę nocy, to zjadłem co się napatoczyło.
- A ja myślałem, że... Mniejsza, nieważne - dodał, kręcąc głową. - Co robiłeś u Usoppa?
- Jestem Królem Piratów, który nie ma załogi, a teraz nie ma nawet statku - zaśmiał się Luffy. - Naprawdę tak ciężko się domyślić, co robię?
- Chcesz powiedzieć, że...
- Sunny pewnie znajdę, jak uda mi się znaleźć Franky'ego, ale nie mam zamiaru płynąć na niej sam.
Sanji patrzył przez chwilę na swojego kapitana, teraz okrągłego z przejedzenia, i nie mógł wydusić słowa.
- Wracasz na Grand Line?
- Przed nami jeszcze przynajmniej pięć linii do zwiedzenia, mnóstwo nowych wysp i przygód, naprawdę uważasz, że mógłbym to sobie odpuścić?
- Czy tata opowiadał wam kiedyś o wyspie Syren? - zapytał niespodziewanie muzyk, zwracając się w stronę dzieci.
Sanji momentalnie poczerwieniał.
- Brook, nie zamierzasz chyba...
- Napisałem nawet o tym piosenkę - dodał, widząc entuzjazm bliźniąt. - Chcecie posłuchać?
- BROOK!
Nami oparła się wygodniej na krześle. Patrzyła na wygłupiającego się Luffy'ego, śpiewającego Brooka i tańczące dzieci. Ale najdłużej zatrzymała wzrok na Sanjim - z początku zakłopotanego, który wreszcie wybuchł śmiechem i zaczął tańczyć z ich najstarszą córką, Bellmere.
Uśmiechnęła się lekko. Coś nowego się zaczynało.

[Obrazek: 66HHUfX.png]
25.09.2012 13:13
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #6
RE: Wielki Powrót
Rozdział 4

- Sunny Go! Franky! Robin!
Luffy poleciał w stronę portu, widząc przybijający do wyspy statek. Pociągnął za sobą całą dzieciarnię, która próbowała go przegonić. W ramach zabawy, Luffy czasem nawet dawał się na chwilę wyprzedzić. Wreszcie jednak wydłużył krok, zostawiając pozostałych daleko w tyle. Zderzył się z Frankym, niemal go przewracając. Głośnym powitaniom i śmiechu nie było końca.
Sanji i Nami stali przy bramie swojej posesji i patrzyli na to z pobłażaniem. Mieli Luffy'ego na głowie już od dwóch tygodni i widzieli, jak energia go praktycznie roznosi na lądzie. Chcieli go jeszcze przez chwilę gościć, ale po kilku dniach stał się praktycznie nie do zniesienia, więc w końcu Nami wyjęła czarnego Denden Mushi i skontaktowała się z Robin. Podczas rozmowy (krótkiej, bo przerwanej dźwiękiem stłuczonego okna i spanikowanym "wiejemy!" Luffy'ego) bardzo wyraźnie poprosiła o pośpiech. Teraz pomachała stojącej na redzie Robin, która z rozbawieniem przyglądała się wygłupom.
- Więc jednak Rainbow Mist? - zapytał Sanji.
- Na to wygląda - wzruszyła ramionami. - Oczywiście sam zapomniał nazwy, do tego sam słyszałeś jego opisy. Czegoś tak chaotycznego to ja nie słyszałam odkąd bliźniaki skończyły trzy lata. Ale tylko to pasuje. Rainbow Mist. Nic dziwnego, że wygląda jak wtedy. Po prostu wciąż ma dwadzieścia cztery lata. Dla niego minęło tylko pół roku.
"I pomyśleć, że wydostał się z niej ponad miesiąc temu" - pomyślał Sanji. - "A nie kontaktował się tyle czasu tylko dlatego, że bał się reakcji Nami..."
Zaraz jednak przypomniał sobie jak bardzo Luffy oberwał, kiedy parę dni temu przyznał się do tego pełen skruchy. "Nie wiem, skąd ci przyszły do głowy tak niedorzeczne myśli" - prychnęła lepsza połówka Sanji'ego, odwracając się na pięcie od Króla Piratów, kiedy ten usiłował się niezdarnie podnieść z podłogi.
- Masz ostatnio strasznie dobry humor - zauważyła Nami.
- Wydaje ci się. Jest taki jak zawsze.
- Teraz też?
- Oczywiście.
- Mam rozumieć, że wcześniej też zdarzało ci się chichotać bez powodu?
- Co proszę?
- Uśmiechasz się. A przed chwilą się zaśmiałeś.
- Co zrobiłeś z Mini Merry?! - dobiegło ich od strony portu, zanim Sanji zdążył wymyślić odpowiedź.
- Zgubił ją, dobrze pamiętam? - zapytała Nami.
- Tak. W Rainbow Mist. Zapodziała mu się między... Auć, to go będzie chwilę bolało - skrzywił się Sanji.
Tym razem Nami zachichotała. Sanji zapatrzył się na nią i kiedy usłyszał jej kolejne zdanie, był przekonany, że coś mu się pomyliło.
- Wybacz, czy mogłabyś...?
- Bellmere chce z nim popłynąć - powtórzyła spokojnie.
Sanji spojrzał na nią, jakby właśnie powiedziała jakiś osobliwy żart i nie był pewien, czy powinien się zacząć śmiać już, czy dopiero za chwilę.
- Przecież miała przejąć po mnie Baratie! - powiedział wreszcie.
- Sanji, ona ma szesnaście lat! Naprawdę myślisz, że w jej wieku człowiek myśli o prowadzeniu restauracji?
- Ale...
- I tak zawsze bardziej pociągała ją kartografia. Dokończy to, co ja zaczęłam - dodała z pewną dumą.
- Nami... - Sanji spojrzał na nią niepewnie. Nami, która rezygnuje z malowania map i kompletowania atlasu świata musiała nie być sobą, albo cierpieć na śmiertelną chorobę. Druga myśl go przeraziła. - Czy... czy coś się...
- Nie umieram, jeśli o to chcesz zapytać. Ale o to właśnie chodzi - powiedziała, patrząc mu w oczy. - To, co zaczęłam nie mogło być pracą tylko jednej osoby. Zrobiłam dużo, ale nikomu by życia nie starczyło na narysowanie całości. Normalnie wolałabym zabrać to wszystko ze sobą do grobu, ale własnej córce chyba mogę odstąpić?
- Ale... - zająknął się po raz kolejny.
- I tak już jej powiedziałam, że może płynąć. Gdybyś jej teraz tego zabronił - złamałbyś jej serce.
To był cios poniżej pasa. Sanji dla swoich córek był gotów zmienić bieg wodospadu, gdyby sobie tego zażyczyły, albo przyholować całą wyspę w pobliże, gdyby zamarudziły, że im się widoki nudzą. Generalnie rozpuściłby je jak dziadowskie bicze, gdyby Nami nie było w pobliżu. Wizja tego, żeby miał doprowadzić jedną z nich do płaczu była zbyt dużym szokiem.
- Kiedy on chce płynąć na Grand Line - miauknął Sanji, łapiąc się ostatniej deski ratunku. - Sama dobrze wiesz, jak tam jest...
- Niebezpiecznie, wiem - dokończyła za niego Nami. - Dlatego chcę, żebyś popłynął z nią.
Kucharz zamrugał, zaskoczony, po czym wbił wzrok w trawę.
- Daj spokój, jak mógłbym cię zostawić? Samą, na pastwę losu, przypadkowych piratów, którzy mogą zaatakować wioskę, z całym sadem pod opieką? - powiedział z mocą, chcąc zagłuszyć własne myśli. - Nigdy!
- Daj spokój - powiedziała, przedrzeźniając go. - Myślisz, że nie zauważyłam, jak się napaliłeś na myśl o powrocie na morze? Jak ci się oczy świeciły, jaki radosny od tego czasu chodzisz? Jesteście siebie warci, ty i on! Ciebie po prostu nieco mniej roznosi. Ale założę się, że gdyby ci dać wybór, to byś bez namysłu się zaokrętował! Po co innego ciągle się zaszywasz na Baratie?
- To co innego - powiedział Sanji, choć sam wiedział, że to kłamstwo i widział, że Nami też to wie. - Mimo wszystko nie mógłbym zostawić ciebie tu na pewną zgubę. Jaki byłby ze mnie mąż?
Nami patrzyła na niego przez chwilę, po czym przeniosła wzrok z powrotem na port, tylko po to, by zobaczyć jak cała kompania zbiera się powoli i zaczyna iść w ich kierunku.
- Po pierwsze - umiem się obronić - powiedziała cicho. - Byłam z wami na Nowym Świecie, do diabła. Nie rób ze mnie zwykłej trzpiotki. Po drugie - jesteśmy na East Blue, okoliczni piraci omijają tę wyspę jakby była pod kwarantanną zarazy, a wiesz dlaczego? Dlatego, że każdy statek płynący w naszym kierunku pod piracką banderą zostaje zatopiony przez szkwał.
- Taki szkwał z tego rodzaju, co się zdarza tylko przez chwilę tuż nad określonym statkiem? - mruknął Sanji.
- Właśnie taki.
- Uwielbiam cię, kiedy jesteś taka złośliwa.
- Wiem - powiedziała Nami z satysfakcją. - Po trzecie - kontynuowała - od tego roku bliźnięta zaczną mi pomagać, są dość duże do zbierania pomarańczy. Poradzimy tu sobie bez waszej dwójki. - Czując, że to zabrzmiało nieco zbyt ostro, położyła Sanji'emu rękę na ramieniu i ściągnęła ku sobie. - A co najważniejsze - wyszeptała mu do ucha. - Zostawisz mnie tu z naszą dwójką wspaniałych dzieci. Nie będę samotna. - Odsunęła się od niego odrobinę i spojrzała mu w oczy. - Sanji, proszę. Nasza córka po raz pierwszy wyrusza w świat. Potrzebuję kogoś zaufanego na tym statku, kto pilnowałby jej bezpieczeństwa.
- M-możesz na mnie liczyć, skarbie - powiedział Sanji, który wciąż po tylu latach nie mógł się oprzeć jej urokowi.
- Dziękuję - powiedziała, nagradzając go pocałunkiem.
- Bleee! - usłyszeli z tyłu.
Obejrzeli się i zobaczyli, że cała zgraja zdążyła już podejść do bramy. Siedzące na ramionach Franky'ego bliźnięta krzywiły się ostentacyjnie. Sam cyborg wyglądał, jakby miał ochotę krzyczeć "gorzko, gorzko", ale się w porę zreflektował. Robin tylko uśmiechała się lekko. Luffy, wioząc Bellmere na plecach, przebiegł obok, niczego nie zauważając. Wlecieli do sadu, z którego zaraz potem rozległy się zaskoczone krzyki i trzask, sugerujący, że Luffy właśnie wyhamował na jednej z niewielu ocalałych ozdób ogrodowych. Kiedy zaniepokojony Sanji zajrzał przez ogrodzenie, zobaczył, jak Bellmere zwija się na trawie ze śmiechu, powtarzając Królowi Piratów, że jest niezdarny i głupi. On zaś... tylko się z tego śmiał.

Luffy nie zabija.
Kiedy już się w pełni zrozumie tę prostą prawdę, to cała reszta przychodzi sama. Na przykład odpowiedź na pytanie - czemu aż tylu piratów bało się spotkania z Luffy'm? Wyzwanie takiego Czarnobrodego czy Mihawka kończyło się przeważnie śmiercią. Wyzwanie Króla Piratów, albo zagrożenie jednej z osób, które uznał za przyjaciół, kończyło się na tym, że Luffy bezlitośnie obdzierał go z celów, marzeń, a nawet godności, wgniatając je w ziemię razem z właścicielem. Po czym zostawiał go na pastwę losu, by sam mógł zdecydować, czy w ogóle warto dalej żyć. Bardzo niewielu się podniosło po czymś takim. Można wręcz powiedzieć, że w porównaniu do metody Króla Piratów, szybka śmierć oferowana przez Najlepszego z Szermierzy była aktem łaski.
- Znaleźliśmy go, sir.
Coby podniósł głowę znad papierów.
- Wspaniale. Zaprowadźcie go do jego pokoju, niech odpocznie po podróży.
Z początku admirał... sam nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Luffy zniknął z powierzchni wody na kilkanaście lat, po czym nagle wrócił, całkowicie odmieniony. A Doflamingo zniknął. I wszystko wskazywało na to, że Luffy, ze wszystkich ludzi na tym świecie właśnie on, go zabił. Coby początkowo zastanawiał się, co mogło spowodować taką zmianę w jego ulubionym piracie, przez jakie piekło musiał przejść, żeby się tak diametralnie zmienić. Teraz już wiedział, profesor Henzo wszystko mu wyjaśnił. Nie przeszedł przez nic, najwyżej kilka miesięcy samotności. Miał wciąż do czynienia ze starym Luffy'm.
- Luffy nie zabija. Odbiera wszystko, ale nie życie - powiedział, nie odrywając wzroku od papierów. - Nie uważa pani tego za przejaw wyjątkowego okrucieństwa, panno Tashigi?
Oficer wbijała wzrok w jakiś punkt za oknem.
- Tak jest, sir.
Coby mimochodem zastanawiał się, jak długo ta kobieta da radę stać w tak niewygodnej pozycji - wyprężona jak struna, w idealnej pozie na musztrę. Ona to dopiero musiała sporo przejść. Kobieta w wojsku, wiecznie słaba, utrzymująca się na stanowisku dzięki upartemu charakterowi i znakomitych umiejętności szermierczych... polująca na mężczyznę, który nigdy nie spojrzy na nią inaczej jak na reinkarnację swojej zmarłej przyjaciółki. Przykry los.
- No dobrze - westchnął, wstając. - Myślę, że nie ma co zwlekać. Pozwoli pani ze mną.
"Idealny żołnierz" - myślał, słysząc miarowy stukot obcasów dwa kroki za sobą. - "Musi się domyślać, gdzie ją prowadzę, a mimo to idzie za mną bez wahania." - Poczuł lekki przypływ podziwu dla Luffy'ego. - "Jak mu udało się przeciągnąć ją na swoją stronę?"
Musiał wykorzystać chwilę, w której była zdruzgotana - nadeszła natychmiastowa odpowiedź. Jak wtedy, w Alabastii. W dniu obalenia Crocodile'a, dniu, który okazał się punktem zwrotnym w historii całej wyspy.
Te myśli nie poprawiły mu nastroju.
- Alfred - dobiegł ich wesoły głos. - Co pani powie na Alfreda?
- Obawiam się, że nie będzie panu pasować - odparł ktoś z rozbawieniem.
- Helmut! Gerwazy? Antoni! Też nie? No to zdaję się na panią! Niech pani nada... Och! Ja pana znam! - krzyknął, zwracając się w stronę Coby'ego. - Pan admirał, prawda? Może mi pan powiedzieć przynajmniej, jak mam na imię?
Jego strażnik uciekła na korytarz, zostawiając ich samych.
To było... dziwne. Patrzeć na niego, jak siedzi w sterylnym pomieszczeniu, ubrany w więzienne łaszki. Potulny, ciekawie rozglądający się wokół. Z jego tonu, gestów i postawy zniknęła bezczelność i wyniosłość. Zachowywał się jak nastolatek, który zmuszony był do przebywania w tym kilkudziesięcioletnim ciele. Ale najwyraźniej mu to nie przeszkadzało.
- Dobrze się pan czuje? - zapytał Coby uprzejmie.
- Znakomicie! - odparł więzień. - Powiem szczerze, że każdego dnia coraz lepiej.
"Zaszkodziło mu" - pomyślał admirał, mierząc go wzrokiem. - "Już wcześniej nie był zbyt stabilny psychicznie, a teraz jest z nim jeszcze gorzej. Coś ty narobił, Luffy?"
- Ta młoda dama nalegała na spotkanie z tobą - powiedział, wycofując się i popychając Tashigi lekko do przodu. - Twierdzi, że cię zna.
- Naprawdę? - więzień spojrzał na nią z nadzieją w oczach. - To dla mnie zaszczyt, że przyznaje się do mnie tak piękna kobieta! Proszę, niech mi pani powie! Kim ja jestem?
To było okrutne, Coby zdawał sobie z tego sprawę. Ale nie mniej okrutne od tego, co ty i Tashigi sami mu zrobiliście. Ale ciebie nie pociągnę do odpowiedzialności, prawda? Pozostaje mi tylko ona. "Jest z Marynarki, nie mogła go nawet opłakiwać." Próbowałeś ją chronić. Wytłumaczyć, co zrobiła i dlaczego. Och, Luffy... W całej swojej naiwności pewnie nie pomyślałeś nawet przez chwilę, że najlepiej byłoby dla niej w ogóle o niej nie wspominać, co? A teraz stoi przed nim. Ty do tego doprowadziłeś, Luffy. Przynajmniej tak mogę cię ukarać. Poprzez twoich popleczników. Nigdy tego nie lubiłeś, prawda? Cóż. Tym razem dopilnuję, żebyś się o tym dowiedział.
Owszem, ten człowiek był draniem. Prawdopodobnie największym psychopatą, jakiego nosiła Ziemia. Do tego stał całkowicie ponad prawem - sprawiedliwy proces nie wchodził w rachubę, bo jego moce były zbyt subtelne i nigdy nie dało się mu nic udowodnić. Miał za sobą całą rzeszę ludzi, która wierzyła w jego nieśmiertelność. Wygrywał raz za razem. I raz trafił na ciebie. Wściekłego ciebie. A ty odebrałeś mu wszystko. Historię, towarzyszy, statki... i pamięć.
Ale Donquixote Doflamingo, wciąż był człowiekiem, któremu status Władcy Mórz zapewniał mu wsparcie rządu bez względu na okoliczności. Więc Coby, wbrew temu, co powiedział wcześniej Helmeppo, rozesłał kilkunastu agentów w poszukiwaniu Doflamingo. Trwało to jakiś czas, a i tak wyniki nie były obiecujące - zamiast Władcy Mórz znaleźli wrak człowieka, który nie pamiętał nawet własnego imienia. Zamknęli go w bezpiecznym miejscu i zaczekali na przybycie admirała.
A teraz Coby oparł się o ścianę tego niewielkiego pomieszczenia i patrzył na Tashigi, czekając na jej reakcję. Jej stanowisko, ba, jej całe przyszłe życie zależało od tego, co teraz zrobi. Coby ją lubił. Więc czekał cierpliwie.

[Obrazek: 66HHUfX.png]
27.09.2012 21:28
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #7
RE: Wielki Powrót
Reakcji zero, trudno, z uporem godnym lepszej sprawy wrzucam dalej Tongue

Rozdział 5: Ktoś płacze, by śmiać się mógł ktoś.


- Zrobiłem ci coś złego, prawda? - stwierdził bardziej, niż zapytał. - Byłem... złym człowiekiem. I zrobiłem ci coś bardzo, bardzo złego. - Zapadła dłuższa chwila ciszy, w której Donflamingo zdawał się nie wiedzieć, co dalej zrobić, co powiedzieć. Zrobił gest, jakby chciał ją poklepać po plecach, może objąć, ale ostatecznie z tego zrezygnował, cokolwiek by to nie było. Dotyk nie wchodził w grę. Usiadł z powrotem na krześle i schował twarz w dłoniach. - Wiem, że to tyle dla ciebie co nic... ale przepraszam... przepraszam... bogowie, przepraszam...
Coby jeszcze wtedy obserwował to wszystko z pewną dozą dystansu, pełen podejrzeń, że to wszystko może jeszcze okazać się szopką. Płacząca, skulona Tashigi, załamany Donflamingo - to wszystko zdawało mu się zbyt sztuczne, za bardzo nierealne. Tashigi była idealnym żołnierzem, a Donflamingo - idealnym psychopatą. Taka scena nie powinna mieć miejsca.
I wtedy Donflamingo objął się ramionami - do Coby'ego dotarło nagle, jak wychudzony i tak naprawdę stary jest ten człowiek - po czym podniósł wzrok i spojrzał na niego.
- Niech pan ją stąd wyprowadzi, admirale. Proszę...
Nagle jedyny świadek tej niezwykłej sceny zdał sobie sprawę, że psychopata właśnie poucza go, jak być człowiekiem.
"Kiedy udało mi się stać tak bezmyślnie bezwzględnym?" - przemknęło mu przez głowę, kiedy ruszył w stronę Tashigi. - "Kiedy aż tak straciłem wiarę w ludzi?"
Drgnęła, kiedy dotknął jej ramion i spojrzała mu w oczy, więc słowa stały się niepotrzebne. Widział, jak toczy ze sobą krótką, wewnętrzną walkę i w końcu odwraca się z powrotem w stronę Donflamingo.
- Ktoś... dał ci szansę, na którą nie zasłużyłeś - powiedziała cichym, wciąż drżącym głosem. - On ci wybaczył, więc i ja - głos jej się załamał w tym miejscu, a po policzkach znowu pociekły jej łzy - ci wybaczam. Ale nie myśl sobie... nie myśl sobie, że kiedykolwiek ci to zapomnę. Zmarnuj tę szansę... a przysięgam na wszystko, co kocham... znajdę cię i załatwię tak, jak on nigdy nie zdołał. - Ruchem, w którym widać było irytację, otarła łzy i spojrzała na niego z gniewem. - Rozumiesz mnie?
Donflamingo patrzył na nią tylko. Nie odezwał się, kiedy odwrócili się i ruszyli w stronę wyjścia. Dopiero gdy byli przy drzwiach, powiedział tylko jedno słowo:
- Dziękuję.
Coby zaskoczony obejrzał się szybko, po czym znów spojrzał na Tashigi. Zamknęła na chwilę oczy, zacisnęła zęby, ale już powiedziała te słowa, już oświadczyła, że mu wybacza, teraz musiała się tego trzymać. Nie odwróciła się, nie spojrzała na jego pełną nadziei twarz, nie trzasnęła go, choć chciała, stojąc obok niej Coby czuł jak bardzo tego chciała. Widać było jednak też coś innego. Te słowa wypowiedziane przez Donflamingo - "dziękuję", "przepraszam" - niby tylko słowa, Coby nie raz słyszał, jak rzuca je na wiatr, ale teraz zabrzmiały jakby... szczerze. Sama Tashigi, choć wciąż wrzały w niej emocje, wyglądała, jakby zdjęto z niej wielki ciężar. Kiedy ponownie otworzyła oczy i ruszyła przed siebie, jej wzrok był bystry jak zawsze, ale krok jakby lżejszy. Coby niemal się uśmiechnął, zamykając za sobą drzwi.
- Pan admirał? Tashigi? - usłyszeli z boku zaskoczony głos. - Co wy tu... Admirale, jeżeli moja podwładna czymkolwiek się panu naraziła...
- Co? Nie, skąd! - odparł Coby, starając się powstrzymać odruch skulenia się w sobie. Smoker zawsze napawał go lękiem. - Niech pan tu nie pali, bardzo proszę. Jesteśmy w skrzydle szpitalnym.
- Pilnuję tego dymu, ale skoro pan sobie tego życzy... - Smoker wzruszył ramionami i zgasił cygara. Powietrze momentalnie stało się czystsze. Zmierzył swoją podwładną wzrokiem. - Wszystko w porządku, Tashigi...? - Zmrużył oczy, z miejsca poznając, że płakała. - Co się stało?
- Nic - powiedziała, patrząc na niego bez mrugnięcia. Po tylu latach treningu bez problemu wytrzymywała jego spojrzenie - a była to umiejętność, którą opanowało niewielu.
Smoker milczał przez chwilę. W końcu, widząc, że faktycznie nic od niej nie wyciągnie, zwrócił się w stronę Coby'ego.
- Panie admirale, proszę wybaczyć mi bezpośredniość - powiedział głosem, który uroczyście oświadczał, że Smoker ma gdzieś osobiste zdanie Coby'ego. - Ale chciałbym się dowiedzieć...
- Panie Smoker! - przerwała mu Tashigi.
Smoker obejrzał się na nią z irytacją. Jego nastrój się bynajmniej nie poprawił, kiedy tym razem opuściła głowę i pozwoliła, żeby włosy zasłoniły jej twarz.
- Proszę - powiedziała. - Niech pan mnie po prostu odprowadzi do pokoju.
Coby patrzył, jak odchodzą. Wciąż się zastanawiał, jak to możliwe, że ta inteligentna dziewczyna, która ze swoimi umiejętnościami już dawno mogłaby zajmować naprawdę wysokie stanowisko w rządzie, pozostaje w cieniu tego wielkiego, nieokrzesanego człowieka.
"Dziwny jest ten świat."

- Logue Town na horyzoncie!
- No czy ja nie mam wspaniałej córki?
Ojciec ostatnio nabrał tendencji do chwalenia jej za byle co. Doprawdy, Logue Town nie było żadnym wyzwaniem, wystarczyły podstawowe umiejętności nawigacyjne. Wiadomo, że dopiero Grand Line okaże się prawdziwym sprawdzianem. Skąd zresztą pomysł, że będzie tu nawigatorem? Miała się zająć tylko kartografią! To nie to samo! Wiele razy im to tłumaczyła, praktycznie drukowanymi literami, ale do nich jakoś nic nie docierało. Najwyraźniej wystarczyło znać kierunki świata, żeby w oczach reszty załogi stać się niemal nawigacyjnym bogiem. Bellmere zachodziła w głowę, jak jej matce starczyło cierpliwości dla tych błaznów.
Popatrzcie tylko na nich. Skaczą i radują się jak dzieci, co to nigdy nowej wyspy nie widziały. Na litość wszystkiego, co żyje, przecież ten człowiek miał być Królem Piratów, musiał zwiedzić wyspy, których natura przekracza wszelkie wyobrażenie!
- Dlaczego my w ogóle pływamy pod piracką banderą? - mruknęła do siebie.
- Bo jesteśmy piratami - odpowiedział rozbawiony głos.
Obejrzała się. Wysoki, szczupły chłopak o smagłej skórze przyglądał się z rozbawieniem wybrykom swojego kapitana. Frey. Chłopak, którego zabrali ze sobą z ostatniej wyspy. Jego jedynym marzeniem było wrócić z Grand Line żywym i opowiedzieć o nim ojcu. Wspomniany rodziciel był władcą swojej wyspy. Żyły tam naprawdę osobliwe zwierzaki, to trzeba było przyznać. Jedyni mieszkający tam ludzie też nie odstawali wiele od wyspiarskiej normy, aż dziw, że Frey się uchował normalny - jego ojciec był wiecznie uwięziony w skrzynce, a matka w beczce. Jak głupim trzeba być, żeby na zawsze utknąć w beczce?! Inna rzecz, jak oni się w ogóle... Znaczy, jak mogło dojść...
Bellmere przyłapała się na sprośnych myślach niegodnych dorastającej kobiety. Potrząsnęła głową i spojrzała na niego zadziornie.
- Czy to ci naprawdę wygląda na zachowanie piratów? - zapytała, wskazując na Luffy'ego, aktualnie przelatującego obok nich na jakiejś wolnej wancie. Wydawał z siebie jakiś dziwny okrzyk, coś w rodzaju "AaaaAAAAAaaa!!!", więc zagłuszył nieco wypowiedź Bellmere, ale Frey zdawał się nie zwracać na to uwagi.
- Jak najbardziej - odparł ze śmiechem i kiedy Luffy wracał, złapał go za kostki i razem z nim przeleciał nad pokładem.
"Utknęłam tutaj z idiotami" - westchnęła Bellmere w myślach.
Ale kiedy Luffy'emu linka się wysunęła z rąk i obaj panowie grzmotnęli o pokład, to śmiała się razem z resztą załogi.

- Rozumiem. Zobaczyłaś go, zamurowało cię i zaczęłaś beczeć? - zapytał Smoker, patrząc na Tashigi z góry.
Nie było to trudne. Do pokoju szła sztywno, w milczeniu, a kiedy wreszcie znaleźli się w odosobnieniu najpierw zaczęła przeklinać swój los (który nie miał wiele na swoją obronę i siedział cicho, więc wszystko się w mniejszym czy większym stopniu skupiło na Smokerze), potem się po raz kolejny rozkleiła, co najwyraźniej ją rozsierdziło jeszcze bardziej, bo zaczęła wrzeszczeć na ścianę. Zakłopotany nieco Smoker tylko przysiadł na jej biurku i przeczekał ten wybuch. Nie miał pojęcia, jak powinny zachowywać się kobiety w ciąży, ale pamiętał szaleństwa Hiny, więc wyszedł z założenia, że te wybuchy nie są niczym nadzwyczajnym.
Kiedy opowiadała mu o tym, co się stało w pokoju, znów była w stanie rozklejenia totalnego i nawet nie miał serca na nią wrzeszczeć.
- Kretynka - podsumował ją zwięźle. - Przy mnie możesz sobie pozwalać na takie wybryki, ale jak zaczniesz szaleć przy reszcie Marynarki, to już nic cię nie uratuje, nawet ja.
- Wiem...
- A ty... przy admirale? Rozum ci odebrało?
- Chyba tak...
- Zastanów się nad tym urlopem, Tashigi. Może już najwyższa pora.
- Tak...
Smoker westchnął ciężko i przykucnął przy niej. Ta scena i tak miała zostać tylko między nimi.
- Jak się czujesz?
- Dobrze...
- Jesteś pewna?
- Nie...
- No to do zobaczenia za pół roku, jak już urodzisz zdrowego chłopaka - mruknął, wstając. - Idę podpisać twoje podanie o...
- A pan skąd wie, że to będzie chłopiec? - zapytała nagle, zadzierając głowę do góry.
Zmienność kobiecych humorów kiedyś potrafiła doprowadzić go do obłędu. Już nie. Przeżył Hinę. Miał wyrąbane.
- Pierwszy zawsze powinien być chłopak - oznajmił wyniośle. - Słuchaj, skoro już przy tym jesteśmy...
- Tak?
Pomyślałem, że może być ci ciężko samej. Martwię się o ciebie, przeklęta dziewucho, czy to ci się podoba czy nie. Mógłbym ci pomóc...
- Nieważne - żachnął się i wyszedł.
To by nigdy nie wypaliło. Za bardzo była zakochana w tym zielonowłosym idiocie, tym piracie od siedmiu boleści. Co te kobiety widzą w takich facetach? Przecież kiedy go znalazła był już na krawędzi szaleństwa i miał dość szybką tendencję to zjeżdżania w dół. Cholerny fanatyk. A jednak... A jednak się nim zajęła, mimo całej swojej niechęci do niego, coś tam między nimi wtedy zaiskrzyło, na tyle, że teraz ślad po tej iskrze zamienia się w tej dziewczynie w żar, który buchnie płomieniem za niecałe pół roku... Smoker tego nie rozumiał. Już dawno przyjął do wiadomości, że wiele rzeczy jest poza jego wyobraźnią, ale to przekraczało wszelkie pojęcie. Jak mogło w ogóle dojść do tej sytuacji? Gdzie była ta cała drużyna marzeń, kiedy Roronoa popadał w coraz większy obłęd? Czemu, kiedy umierał, nie było przy nim jego wspaniałego kapitana? Gdzie nagle wszyscy zniknęli, kiedy byli mu najbardziej potrzebni, czemu to wszystko musiało spaść na tę biedną dziewczynę?
A teraz jeszcze podobno ten cały Król Piratów wrócił. W pełnej krasie, a jakże. Bezczelny gnojek.
"Niech ja go dorwę w swoje ręce" - pomyślał Smoker z narastającą furią.

Wychowana na spokojnej wyspie położonej na najsłabszym na świecie morzu, w cichej wiosce Cocoyasi, Bellmere nigdy nie doświadczyła strachu, nie tak naprawdę. W życiu też nie widziała, żeby komuś udało się rozpętać piekło obejmujące całe miasto portowe. W przeciągu zaledwie dwóch godzin.
Zaledwie dwie godziny temu przybili do brzegu i udali się na ostatnie zakupy przed wpłynięciem na Grand Line. Był piękny, słoneczny dzień. Luffy powiedział, że chce tylko zajrzeć w jedno miejsce i zniknął. Pozostali też gdzieś się rozeszli. Bellmere wyruszyła na podbój sklepów i bez przerwy rugała ojca, żeby nie kleił oczu do każdej napotkanej kobiety. I wtedy nagle ich kapitan wrócił. Biegiem. Ciągnąc za sobą dwa stacjonujące w mieście oddziały Marynarki.
- Sanji! Nie uwierzysz! - krzyknął ze śmiechem. - Zbudowali kolejną platformę!
- Naprawdę? - zapytał Sanji, biorąc swoją córę na ręce i beztrosko przyłączając się do biegu. - Trzecią?
- I na tej wreszcie zostaniesz stracony, Królu Piratów! - krzyknął ktoś przed nimi. - Świat znowu stanie się bezpieczny! Poddaj się!
Zatrzymali się i zmierzyli go wzrokiem. Mieli tylko chwilę, nim Marynarka ich nie dogoni i otoczy. Z przodu ktoś, kto zdecydowanie wygląda na głównodowodzącego, z tyłu cała masa uzbrojonych ludzi... Bellmere skuliła się w ramionach ojca. Nie wyglądało to najlepiej.
- Naprawdę? - zapytał Luffy z rozbawieniem. - Tylko po to ją zrobiliście?
"Jak on może być aż tak beztroski w takiej sytuacji?!"
Spojrzała na ojca, szukając w nim poparcia dla swojego oburzenia, ale po nim też nie widać było śladu jakiegokolwiek przejęcia. Już miała się zirytować, ale w porę zaskoczyła, że może to jednak nie tak. Że tym razem jednak jej rozum i rozsądek są po prostu niedoinformowani. Ojciec i Luffy wiedzą o czymś, o czym ona nie miała bladego pojęcia. Więc, choć wciąż w strachu przed rosnącymi wokół nich siłami, po prostu zaczekała na rozwój wydarzeń.
- A tobie się zdaje, że wznoszenie czegoś takiego za każdym razem, kiedy je zniszczysz, to jakieś nasze hobby? - warknął stojący przed nimi oficer.
- Ej, ustalmy jedno, to nie tak, że ja to robię specjalnie, dobra? Za pierwszym razem to był piorun, za drugim zostałem na niego rzucony...
Od strony placu egzekucji dobiegł ich głośny rumor.
- Aaa tym razem to nie wiem za bardzo, co się stało - powiedział Luffy. - Przecież taka konstrukcja nie zawaliłaby się przez brak jednej śrubki? - zapytał, wyciągając jeden z nitów, który nie wiadomo jakim cudem zmieścił mu się do kieszeni.
- Tyy... - zagotował się oficer.
- To tylko jedna śrubka!
- Po co ją w ogóle brałeś? - zapytał zaskoczony Sanji.
- Chciałem mieć pamiątkę - miauknął Luffy tonem rozkapryszonego dziecka.
- Brać go! - wściekł się oficer. - Czemu tak stoicie, idioci?! Strzelać!
I wtedy padły strzały. Sanji odskoczył w bok i patrzył, jak Luffy się wygina pod salwami.
- Nigdy nie myśli o tym, gdzie polecą rykoszety... - usłyszała jego mruknięcie.
- I jeszcze jedno! - Doniosły głos Król Piratów niósł się ponad wszelkim hałasem. Nie zważając na kolejne kule Luffy szedł powoli w kierunku oficera, który zamarł ze zgrozy. - Może byście wreszcie ruszyli głową i przestali odbudowywać ten szafot? Bo ja tam nie umrę, masz na to moje słowo. Straciłem za dużo czasu, żeby tu teraz ginąć - powiedział, pochylając się nad Marine.
- Te kule... były z morskiego kamienia!
- Och, wiesz, jak to jest - powiedział Franky wychodząc zza rogu. - Wy wymyślacie nowe sposoby, jak nas wykończyć, a my to obchodzimy.
- To się właśnie nazywa postępem.
- Franky! Robin! - ucieszył się Luffy, prostując się, ku wielkiej uldze oficera. - Widzieliście może Brooka i Freya?
- Już są na statku. - Cyborg wzruszył ramionami. - Zanieśli nasz bagaż.
- Ach, czyli jesteśmy gotowi do wyruszenia dalej?
- Jak najbardziej, kapitanie.
- Świetnie! - zaśmiał się Luffy, po czym jednym ciosem posłał stojącego przed nim Marine na ścianę.
Chwilę potem rozpętało się piekło. Jakiś nadgorliwy żołnierz w końcu zauważył Sanji'ego i Bellmere, którzy usiłowali się wymknąć z całego zamieszania i szli spokojnie w kierunku portu, i spróbował do nich strzelić. Luffy przechwycił kulę, ale było już za późno.
- Poczekaj tu chwilę, skarbie - powiedział Sanji, zostawiając ją z boku ulicy. Ruszył w kierunku Marines. Pierwszy raz widziała go aż tak wściekłego. - Ty ch*ju! Strzelałeś do mojej córki! Niech ja cię dorwę! Z drogi, jełopy! - ryczał, rozkopując wszystkich na boki.
"Ostatnio coraz częściej przeklina" - pomyślała Bellmere, patrząc z lekkim przerażeniem, jak jej ojciec, jej łagodny tatuś, który zawsze spełniał wszystkie jej zachcianki, teraz włącza się do walki i rozgramia Marynarkę na prawo i lewo. - "Mama mówiła kiedyś, że jak jeszcze pływali wszyscy razem to bez przerwy klął..."
Następnie spojrzała na Luffy'ego, na którego rzucił się powalony przed chwilą oficer. I dotarła do niej jedna wspólna rzecz, którą w tej chwili dzielił jej ojciec z kapitanem. Uśmiech.
"Oni się świetnie bawią" - pomyślała. A potem, nie wiadomo za bardzo skąd, nadeszła inna myśl. - "Ja też tak chcę."

[Obrazek: 66HHUfX.png]
28.09.2012 18:24
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #8
RE: Wielki Powrót
No dobra. Tu dochodzimy do momentu, w którym pomysły mi się skończyły. Następne dwa rozdziały zostały wymyślone na poczekaniu i tak naprawdę miało ich w ogóle nie być XD Pomysł oddaję Allestormowi, którego słuchałam wtedy nałogowo i natchnienie przyszło przy piosence, a jakże, "Leviathan".
Ponieważ tych rozdziałów miało nie być, wrzucam je w Spoiler ;]

Spoiler :
Rozdział 6: Pierwsza Wyspa.



Bellmere biegła w stronę lasu. Nareszcie! Nareszcie coś się dzieje! Jasne, stracili statek, Brook gdzieś przepadł, a Luffy'ego pożarł potwór większy od Thousand Sunny, ale czy nie na tym polega piękno przygody? To ryzyko, te wszystkie niebezpieczeństwa, z których będą się potem wspólnie śmiać! Nareszcie!

Od samego początku Bellmere miała problemy z przyzwyczajeniem się do myśli, że jest częścią załogi. Owszem, w większej części otaczali ją ludzie, których znała, więc nie czuła się wyobcowana, niemniej z pewnością nie miała tego poczucia wspólnoty, o którym słyszała w opowieściach rodziców. Oni zbyt wiele przeszli już razem, dzielili wiele wspomnień, a teraz, po tak długim okresie rozłąki, mieli sobie naprawdę dużo do opowiedzenia. Bellmere chętnie słuchała tych historii, ale ilekroć patrzyła na to wszystko z boku, zdawała sobie sprawę, jak wiele ją dzieli od tych ludzi.
Najgorzej było raz, kiedy nie mogąc zasnąć wyszła na pokład i przypadkiem usłyszała przytłumione głosy dochodzące z salonu. Zaciekawiona, zeszła, tylko po to, by ujrzeć, jak jej ojciec przerywa rozmowę z kapitanem. Wchodząc do pokoju przez krótką sekundę widziała ich poważne i skupione miny, jakie mieli podczas rozmowy - trwało to chwilę, bo ledwie ją zobaczyli, a uśmiechnęli się obaj, Sanji nieco słabo, i pomachali do niej. Luffy potarmosił jej włosy, wychodząc z salonu. Słyszała jego oddalające się kroki. Jej ojciec wciąż stał przed akwarium i patrzył się na niego, zamyślony.
- Tato...? - zagadnęła niepewnie.
Ojciec zawsze rozpływał się w zachwytach nad swoimi dziećmi. Zawsze uśmiechnięty, wiecznie dumny. Surowy, choć sprawiedliwy nauczyciel. W kuchni zawsze znajdował zapasowy słoik konfitur, czy ciasteczko, które zawsze koiło wszelkie smutki.
Spokojny, zamyślony tata wydawał się... dziwny.
- Nie mogliśmy go znaleźć - powiedział wreszcie cicho.
Bellmere przysiadła na kanapie i wbiła w niego wyczekujące spojrzenie, czego chyba nawet nie zauważył. Stał, wpatrzony w migoczące akwarium, z myślami migrującymi po starych czasach.
- Wiedzieliśmy, że jak tylko spuścimy go z oczu, to się gdzieś zgubi - podjął po chwili. - Ale był strasznie uparty. Cholerny glon. Próbowaliśmy go śledzić, ale on... mówię ci, to był chyba jakiś talent. Zapadł się pod ziemię. Przez jakiś czas myśleliśmy, że ich znalazł, że do nich dołączył, do Luffy'ego i Brooka znaczy. Zawsze sobie jakoś radził, nie martwiliśmy się o niego. A teraz Luffy i Brook wrócili, a on... nie. Okazało się, że się naprawdę zgubił. Na dobre. - Sanji zaśmiał się gorzko. - Trafił w takie miejsce, że prawie zwariował. Idiota. I nas przy tym nie było. Gdyby Tashigi się tam nie...
Drgnął i spojrzał w dół. Bellmere zdała sobie sprawę, że złapała go za rękę, chcąc choć trochę pomóc podczas tych zwierzeń, tak jak on zawsze pomagał jej. Ale Sanji tylko uśmiechnął się ciepło i pogłaskał ją po głowie.
- Wybacz. Zebrało mi się na wspomnienia, które cię kompletnie nie interesują. Chyba się starzeję. - Pokręcił głową, po czym zaśmiał się z zakłopotaniem. - Muszę nastawić obiad na jutro, pomożesz mi? - zapytał, kierując się w stronę wyjścia.
- Zaraz przyjdę.
Siedziała jeszcze chwilę i patrzyła się w ten sam punkt, co ojciec wcześniej. Wielki Żarłacz Biały krążył leniwie po akwarium.
Teraz już było jasne, że do zaciśnięcia więzi potrzebują jakiegoś wspólnego punktu zaczepienia. To już przechodzi wszelkie pojęcie. Muszą przeżyć jakąś wspólną przygodę.

Jak na złość sam początek ich wyprawy na Grand Line okazał się być wyjątkowo nudny. Nawet przeprawa przez górę Reverse nie była aż tak przerażająca, jak ją sobie wyobrażała.
- Poszło... dość spokojnie - powiedziała z lekkim zawodem, kiedy statek pruł na szczyt.
- No pewnie! Z takim statkiem? - zaśmiał się Franky.
- Kiedyś tu wleciała za nami cała flota Marynarki!
- Jak to? - zapytała Bellmere. - Przecież oni mogą pływać po Calm Belt! Po co...
- Naprawdę mogą?! - przerwał jej zszokowany Frey. - Myślałem, że to tylko pogłoski!
- Te prądy są strasznie silne - wyjaśniła Robin. - Najwyraźniej zagapili się jak nas ścigali i już nie mogli zawrócić. - Powiedziała to z jednym z tych swoich uśmieszków, przez które Bellmere uważała ją za przerażającą.
- A potem zjadł nas Laboon - dodał niefrasobliwie Brook. - Więc musieli poddać pościg i zawrócić.
- Że co proszę? - zapytał słabo Frey. - Coś was... zjadło?
- Tak, Laboon. Zaraz go poznasz.
- CO?!
Ogromny wieloryb wciąż mieszkał z Krokusem. Zaraz po przybiciu do brzegu Brook zaczął grać uradowanemu zwierzęciu na skrzypcach, Luffy z Sanjim próbowali przekonać Freya do zaprzyjaźnienia się z Laboonem, ciągnąc go na siłę do brzegu, a Bellmere i Robin starały się ustalić ze starym lekarzem miejsce pierwszej wyspy. Nie było to takie łatwe, bo Bellmere ciągle rozpraszał jej nowy logpose, a Krokus bez przerwy narzekał, że coraz więcej łobuzów się przedostaje przez Reverse i Grand Line stało się jeszcze bardziej niebezpieczne, jakby to komu było w ogóle potrzebne. Sytuacji nie pomagał fakt, że Luffy z załogą zwiedzili już trzy z siedmiu ścieżek na Grand Line i dostanie się na pozostałe cztery wymagało już pewnych zdolności nawigacyjnych, których to Bellmere wciąż nie była pewna.
- Dwa dni w tym kierunku, potem odbijcie na trzydzieści stopni w lewo - powiedział jej Krokus. - Log powinien się ustalić już następnego dnia i przyjać kurs na nową wyspę. Jak nie, to cóż... wpłyniecie na Calm Belt.
Ostatniej opcji Bellmere wolałaby uniknąć. Nie przez wzgląd na Królów Mórz, ale jakoś nie pociągała jej perspektywa utknięcia w bezwietrznym pasie, zwłaszcza przy tak niewielkich zapasach coca-coli, jakie mieli na składzie.
Dlatego była niezmiernie zaskoczona, kiedy trzeciego dnia ktoś krzyknął "wyspa!". Według wszelkich obliczeń jeszcze niczego nie powinni widzieć. Tego dnia dopiero logpose miał się ustalić, co (zerknięcie na kompas) na szczęście zrobił, ale nie powinni jeszcze do niczego dopływać. Wyskoczyła na pokład i spojrzała we wskazanym kierunku. No... niby wszystko się zgadzało. Log wskazywał na dziób, a przed nimi na horyzoncie widniały szare i niewyraźne zarysy nowej wyspy. Robiąc dobrą minę do złej gry Bellmere pokiwała głową, dając wszystkim do zrozumienia, że wszystko jest w porządku.
- Popatrzcie, machają do nas - powiedział Luffy z rozbawieniem, kiedy już dopływali do wyspy. Zaczął im radośnie odmachiwać. - Czeeeść!
- Eeee, nie, Słomkowy - powiedział Franky. - Tak macha się tylko w razie wielkiego niebezpieczeństwa.
- Coś nam grozi? - zapytała Bellmere, rozglądając się z lekkim przestrachem.
- Raczej im - mruknął Sanji, który w przeciwieństwie do Franky'ego do dalekiego widzenia potrzebował lunety. - Ciekawe, o co tu może chodzić...
- Zaraz się dowiemy! Cała naprzód!
Ledwie dobili do brzegu, a zorientowali się, że coś jest bardzo nie tak.
- Tato, czemu oni tak na nas patrzą?
- A bo ja wiem? - wzruszył ramionami.
Bellmere rozumiałaby strach, czy zaskoczenie - ostatecznie na maszcie powiewał Jolly Roger. Ale nie umiała sobie wyobrazić sytuacji, w której piracki statek byłby witany ze smutkiem i zniechęceniem.
- Już po was - powiedział jeden z mieszkańców wyspy, kiedy załoga zeszła na molo. Pozostali mieszkańcy rozchodzili się powoli.
- Naprawdę? - zapytał Luffy. - Czemu?
- To miejsce jest przeklęte. Już stąd nie odpłyniecie - odparł smutno mężczyzna. - Nikomu się to jeszcze nie udało. Jestem Garou - dodał, wyciągając rękę w stronę Luffy'ego. - Można powiedzieć, że zarządzam tym miasteczkiem. Chodźcie, pokażę je wam. Będziecie musieli się tu jakoś urządzić...
- Ale czemu mielibyśmy tu zostawać na dłużej? - zapytał Frey, idąc za nim. - Przecież mamy statek, możemy stąd w każdej chwili odpłynąć.
- Wasz statek zatonie wieczorem - powiedział Garou beznamiętnie. - A jeśli spróbujecie odpłynąć już teraz, to zatoniecie razem z nim. Uwierzcie mi, lepiej, żebyście tu zostali. Gdybyście widzieli to, co ja... Rzeczy, które on potrafi zrobić ze statkiem...
- "On"? - zapytał Luffy.
Garou jednak nie miał okazji odpowiedzieć, bo cały port się zatrząsł w posadach i nagle spod wody wynurzył się potężny potwór.
- To on! Padnij! - zawył zarządca z przerażeniem, rzucając się na ziemię.
- Och - powiedział Franky. - To przecież...
- Szlag - rzucił krótko Luffy, biegnąc z powrotem na molo. - Chyba nie myślisz, że ci pozwolę zatopić mój statek?!
Potwór był ogromny, niemal połowy wielkości wyspy, i jednym kłapnięciem najeżonej zębami paszczy pożarł Thousand Sunny. Zanim Luffy zdążył dobiec, monstrualny stwór zniknął pod wodą równie nagle, co się pojawił.
- Oddawaj! - krzyknął Luffy, młócąc wodę GumGumowym Karabinem.
- To był lewiatan - powiedział lekko zaskoczony Franky.
- Niewątpliwie - odparła Robin.
- Skąd wiecie? - zapytała Bellmere, wciąż nie mogąc otrząsnąć się z szoku po tak bliskim (choć krótkim) spotkaniu z potworem.
- Och, strasznie ich dużo na Nowym Świecie - Sanji wzruszył ramionami. - Ciekawe, co ten tu robił.
- Ej, nie myślicie chyba, że... - Franky zawiesił głos.
Robin i Sanji zerknęli na niego, po czym ponownie spojrzeli na wodę.
- To możliwe - mruknęła Robin.
- Urósł, skubaniec - dodał Sanji z uznaniem.
W takich momentach Bellmere czuła, że to okropnie niesprawiedliwe, że nic nie rozumie i wszyscy robią jej na złość, mówiąc jakimś szyfrem. Zanim jednak zdążyła dać upust swojej irytacji, potwór pojawił się po raz kolejny. Tym razem jeszcze krócej niż poprzednim razem.
I zeżarł kawałek molo, razem ze stojącym na nim Luffy'm.
Załoga patrzyła na resztki pomostu w lekkim osłupieniu.
- Ciekawe, czy Sunny nic nie jest - powiedział wreszcie Sanji, zawracając w stronę miasteczka.
- Och, to potężna konstrukcja, prędzej mu w kichach skiśnie - odparł Franky, idąc za nim.
Bellmere patrzyła za nimi. Dopiero po chwili otrząsnęła się z niemego przerażenia.
- To coś właśnie zeżarło waszego kapitana!
- E tam, to Luffy. Poradzi sobie.
Robin spojrzała na Bellmere i widząc, że to wyjaśnienie nie wystarcza dziewczynie, uśmiechnęła się lekko i zrównała z nią krok.
- Jeżeli mamy mu jakoś pomóc, to musimy zrobić niewielki zwiad w terenie - wyjaśniła jej cicho. - O ile o kapitana nie musisz się martwić, o tyle dobrze by było czym prędzej odebrać lewiatanowi nasz statek. Musimy się dowiedzieć, co go trzyma na tej wyspie, gdzie ma swoją norę, jak go najłatwiej złapać i tak dalej. Nie martw się.
- Słuchajcie - zagadnął nagle Frey. - A gdzie jest Brook?
Wszyscy rozejrzeli się dokoła, ale muzyka nigdzie nie było widać.
- Mam dziwne przeczucie...
- Powiem ci, jak się nazywa - powiedziała Robin. - Deja vu.
- Hej, ty, jak-ci-tam-było! - zawołał Sanji do wciąż klęczącego na ziemi zarządcy. - Chodź no tu i powiedz, co wiesz na temat tego lewiatana!
- Ten idiota nic nie wie! - usłyszeli od strony miasteczka. Mała, zakapturzona postać stała po środku głównej drogi zaledwie kilkadziesiąt metrów od nich. - Nie wiem, czemu lewiatan się wami tak szybko zainteresował, ale możecie sobie odpuścić polowanie na niego! Nigdy go nie znajdziecie! Nigdy stąd nie odpłyniecie! Nigdy! Idioci! Było słuchać pozostałych! Było nas wyminąć i płynąć dalej! Teraz będziecie cierpieć razem z nami!
- Interesujące - powiedziała Robin, patrząc jak krzycząca osóbka odbiega w głąb miasteczka i znika za jakimś rogiem.
- Jest chyba w moim wieku - powiedziała Bellmere. - Zobaczę, czy ona coś wie - dodała, rzucając się w pościg.
Franky złapał za kołnierz Sanji'ego, który wystartował razem z nią.
- Zostaw ją. Niech się bawi.
- Ale... - jęknął Sanji.
- Chodź, idziemy do baru. Tam zwykle można każdego można znaleźć.
- W takim razie my się przejdziemy na spacer po sklepach, co ty na to? - zapytała Robin Freya.
- Co takiego? - odparł pełnym zawodu tonem. - Wszyscy polują na lewiatana, a ty chcesz robić zakupy?
- Ktoś musi - powiedziała z rozbawieniem. - Chodź.






Rozdział 7: List

Cytat:Kochana mamo!
Nie wierz gazetom. Czegokolwiek tam nie napisali. Przysięgam ci - nie my zatopiliśmy tę wyspę. Sama utonęła. Naprawdę. Sama z siebie zatonęła. I wcale jej nie pomogliśmy. No, może Luffy. Trochę. A to i tak wszystko wina lewiatana. Mógł nie umierać.
Poza tym nie szukamy rozgłosu. Po rozróbie w Loguetown naprawdę nie sądzę, żeby dodatkowy rozgłos był nam jeszcze potrzebny. Zdaje się, że cała Marynarka już wie o powrocie Luffy'ego. Nie, żeby się o to nie starał.
Wczoraj odwiedziła nas księżniczka. Aż nie mogłam uwierzyć, że ledwie zrobiło się o nas głośno, a postarała się o Eternal Pose i przywitała nas już na kolejnej odwiedzonej przez nas wyspie. To było niesamowite. Przy okazji - masz pozdrowienia.
Wracając jednak - wszystko wyszło przez przypadek. Ledwie dobiliśmy do brzegu, a ogromny smok zeżarł nam statek. A kiedy Luffy chciał mu go odebrać - został zjedzony razem z molo! Regularny potwór z tego lewiatana. Cała wyspa żyła w strachu przed nim, wszyscy pouciekali do domów na sam jego widok. Ale znaleźliśmy kogoś skłonnego do podzielenia się informacjami na jego temat. Znaczy, każdy znalazł takiego kogoś na własną rękę. Tata i Franky spili jakiegoś biednego durnia w jednej knajpie, a Frey z Robin wydusili zeznania od jednego sklepikarza. Ja-
Właśnie, czy wspomniałam, że Brook nam przepadł jakoś na samym początku? Jak tak teraz to czytam to chyba nie. Wybacz. Więc przepadł.
Ja z kolei znalazłam bardzo osobliwą rodzinę. Przesympatyczna para prowadziła na tej wyspie sierociniec. Naprawdę niesamowite miejsce. Jedna z mieszkających tam dziewczyn okazała się mieć zaskakująco dokładne informacje na temat lewiatana.
Z początku Rei (wspomniana dziewczyna) nie chciała się przede mną otworzyć, więc pytałam wszystkich dookoła o lewiatana, ale zawsze otrzymywałam taką samą odpowiedź - "jej zapytaj, ja wiem tylko, że gdzieś tam jest". Przesiedziałam tam tylko kilka godzin, ale muszę przyznać, że zdążyłam się bardzo zżyć z tym miejscem. Było tam prawie jak w domu, tylko więcej dzieci i mniej drzewek pomarańczowych. Nawet mnie pytali, czy nie zostałabym z nimi, ale...
Pamiętasz, jak pytałaś mnie, czemu nie przyłączę się do którejś z grup badawczych? Tyle ich ostatnio krąży, a podróżowanie w ich towarzystwie byłoby dla mnie dużo bezpieczniejsze - takie były Twoje argumenty, o ile dobrze pamiętam. Sama na początku się zastanawiałam, czy nie zrezygnować z tego całego piractwa, ale muszę ci powiedzieć, że to niesamowicie wciąga. Brak rygoru, niezmierzone morza, nieznane przed nami, przygody - przyznam Ci, że u boku Luffy'ego prowadziłaś całkiem ekscytujące życie! Brook do dziś śpiewa o tym ballady. I mnie chciałaś to odebrać? Ha!


Bellmere podniosła na chwilę pióro. Uśmiechnęła się lekko, przypominając sobie jak Rei zaprowadziła ją na drugą stronę wyspy.
- Szukasz przygód? - zapytała jej z kpiną. - Popatrz tylko! Ta wyspa nie generuje żadnego pola magnetycznego, żaden logpose nie może cię do niej doprowadzić. Do tego nie ma połączenia z lądem, więc dryfuje po różnych miejscach na Grand Line. Ty wyobrażasz sobie, jakich my tu potrafimy mieć gości?
Bellmere patrzyła oniemiała na logpose, który faktycznie nie wskazywał wgłąb lądu, a nakazywał płynąć dalej. Zupełnie jakby tej wyspy w ogóle nie było.
- Ale nie martw się. Lewi przed wszystkimi nas obroni - dokończyła z pewnością siebie.
- Rei. Koniecznie musisz zaprowadzić mnie do Lewiatana - powiedziała wtedy Bellmere, łapiąc ją za ramiona i patrząc jej poważnie w oczy. - Ta wyspa nie ma prawa istnieć. Nie na Grand Line. Mój kapitan musi się o tym dowiedzieć!


Cytat:A wracając - okazało się, że lewiatan nie niszczy swoich zdobyczy od razu, ani ich nie zjada. Magazynuje wszystko w jednej z podziemnych jaskini. Poprosiłam Rei, żeby mnie do niej zaprowadziła - i chwała bogom, że miałam ją za przewodnika. To był istny labirynt! Dotarcie na miejsce zajęło nam trochę czasu i niestety - przybyłyśmy już za późno.


Pióro ponownie zawisło nad papierem. Wszystko zdarzyło się już kilka dni temu, ale Bellmere wątpiła, żeby kiedykolwiek te wspomnienia zblakły. Moment, w którym cała wyspa zaczęła się trząść - co przecież nie miało sensu, była pływającą wyspą, nie miała połączenia z gruntem! Chwila, w której Brook ich złapał, po czym, nie przejmując się przerażeniem Rei, ratując je od opadających wokół skał, wciągnął obie do niedaleko położonej sali. Kiedy tylko się znalazły w środku - wszystkie wspomnienia żywe jakby to się zdarzyło przed chwilą - ich oczom ukazał się widok absurdalny. Thousand Sunny leżało gdzieś przewrócone na bok głębiej w grocie - Franky, tata i Frey już kombinowali, jak je z powrotem zwodować - Robin machała do nich, siedząc beztrosko na jednym z kamieni, a Luffy...
- Nie waż się tak mówić o Zoro! Kompletnie nic o nim nie wiesz i powtarzasz głupoty!
Pierwszy raz widziała go tak wściekłym. W jednej chwili zrozumiała, dlaczego tyle osób na morzu się go boi. Mimo wszystko wyglądało to idiotycznie - niepozorny Luffy, w tych jego niedorzecznych kapeluszu i płaszczu, stał naprzeciw ogromnego potwora i krzyczał na niego. Co dziwniejsze - lewiatan wyglądał, jakby miał zamiar się skulić i schować do kąta.
Kiedy Luffy zamierzył się do kolejnego ciosu, Rei wydała z siebie dziwny skowyt, wyrwała się Brookowi i w pełnym pędzie wpadła pomiędzy nich.

Cytat:Bała się go, widziałam, że tak. Ale kochała lewiatana ponad życie. Mówiła mi wcześniej, że tak na dobrą sprawę on jeszcze nikogo nie zabił z kaprysu. Wszystkich ściągał do swojej groty dlatego, że był strasznie samotny. I wszystkie załogi w pierwszej chwili starały się go zabić, więc na dobrą sprawę on się tylko bronił. No i pewnego razu Rei została sama jedna z całej załogi. W pierwszej chwili uciekła, ale po jakimś czasie dotarło do niej, że lewiatan tak naprawdę nawet nie próbował jej skrzywdzić, więc po jakimś czasie wróciła do tej groty i spróbowała się z nim zaprzyjaźnić. Zdaje się, że nikt prócz niej tego nie próbował.
Zanim jednak zdążyłam cokolwiek z tego wyjaśnić Luffy'emu-


- To ty się nim opiekujesz? - zapytał niespodziewanie.
- Tak... - odparła zaskoczona Rei. - Skąd wiesz?
- Mówił mi o tobie. O rany - zaśmiał się, pochylając się i przyglądając się dziewczynce. - Ten świat jest jednak strasznie mały.
- Co masz na myśli? Kto ci mówił?
- Lewiatan. Powinnaś wrócić do domu - powiedział, prostując się. - Obiecałem twojej mamie, że ci to przekażę.
- M... Mamie?
- Tak. - Wyszczerzył się. - Makino kazała mi przysiąc, że jak cię gdzieś spotkam, to mam ci to powiedzieć. Wyglądasz zupełnie jak ona! Tylko jesteś niższa i masz mniejsze cyc...
- Ej, Słomkowy! - przerwał mu Franky. - Wszystko pięknie, ale chcę zauważyć, że powinniśmy zabrać stąd statek zanim całą wyspę szlag trafi! Nie jest tak mocny jak my!
- Właśnie, Luffy! - zawołała wtedy Bellmere. - Ta wyspa...
- O czym ty mówisz, Franky? - zapytał zaskoczony Luffy. - Przecież z miejsca widać, że to nie jest wyspa.
Przez chwilę słuchać było tylko opadające wokół kamienie.
- Nie? - zapytał ktoś w końcu.
- Pewnie, że nie!
- To lewiatan. - Odezwała się wreszcie Robin. - Ten potwór, którego tu teraz widzimy, nie jest tym, którego znamy. To jego syn. - Przeczekała dramatyczną chwilę, kiedy do wszystkich powoli docierała ta informacja.
Bellmere miała ochotę wrzasnąć "I co z tego? I tak jest duży!".
- Jeśli zaś chodzi o zwierzątko, które kiedyś należało do Zoro... to jesteśmy w jego środku. Całe to miejsce to jedna wielka skamielina. Jeszcze nie doszłam do tego, jakim cudem się utrzymuje na powierzchni wody i jak tak szybko mogło dojść do zwapnienia, ale...
- No! - krzyknął Luffy. - A skoro to tylko truchło, to chyba nie ma się co przejmować, nie? - zaśmiał się, rozwalając pobliską ścianę. - Proszę! Wyjście!
- No dobra! - Sanji tupnął potężnie, robiąc pęknięcie w podłożu. - Czas zwodować Sunny i ruszać dalej.


Cytat:Nigdy nie sądziłam, że potwory wielkości wysp istnieją naprawdę. Luffy, jak o tym usłyszał, powiedział mi, że kiedyś zabierze mnie na Calm Belt. Nie jestem pewna, czy tego chcę.
Byłam w szoku mocno zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że Zoro w swoim długim życiu dorobił się zwierzątka. Wydawało mi się to kompletnie absurdalne. Brook mi opowiedział, jak do tego doszło - nie będę Ci tu tego przytaczać, w końcu byłaś przy tym i sama widziałaś. Przykro mi, że o jego śmierci dowiadujesz się w ten sposób. O ile się orientuję - zmarł ze starości. Dlatego właśnie pod koniec swojego życia był taki wielki. Jego potomek teraz pływa wokół Sunny. Luffy rozmawiał z nim długo (Od kiedy on umie rozmawiać ze zwierzętami?! Czy jest coś, czego ten koleś nie potrafi?!) i jakoś tak został z nami. Jeszcze nie wiemy, jak go nazwać.
O ile się orientuję - lewiatan winą za swoją samotność obarczał właśnie Zoro. Uważał, że skoro szermierz zajął się jego rodzicem, to powinien się zająć i nim, a to, że Zoro po drodze zginął, było tylko głupią, tchórzliwą wymówką. Dlatego Luffy tak się wcześniej zdenerwował. Patrzyliśmy jak martwy lewiatan tonie (wszyscy nazwali to "właściwym pogrzebem", choć tak naprawdę tylko staliśmy i patrzyliśmy) i jakoś nikomu się nie zbierało, żeby odpędzić młodego. Póki co oficjalna wersja brzmi: odprowadzamy go tylko do Nowego Świata.
Wiem, sama w to nie wierzę.
Wybacz, ale muszę kończyć. Ten list i tak jest już za długi, a w dodatku kilka dzieciaków wtargnęło do mojego pokoju i chcą mnie wyciągnąć na pokład. Musieliśmy ewakuować całą wyspę - dzięki bogom, że Sunny jest takie duże. Mieszkańców nie było wielu, ale i tak jest tu teraz nieco tłoczno. Chcemy dostarczyć ich do następnej wyspy. Wielu przez lewiatana musiało zostawić swoje rodziny i zostało uznanych za zaginionych. Sama Rei planuje wrócić na East Blue pierwszym możliwym statkiem. Nie miała pojęcia, że ma młodszego brata. Jest tym strasznie podekscytowana.
Pięknie. Dzieciaki właśnie zniszczyły mój jedyny cyrkiel. Naprawdę muszę lecieć.
Kocham cię i całuję!

Bellmere

PS: Nie morduj taty. Naprawdę fajnie było przeprowadzić dochodzenie w sprawie lewiatana na własną rękę.
PPS: Franky powiedział, że tamten stary lewiatan nie miał imienia, więc nowy też go nie musi mieć.
PPPS: Przepraszam, że wysyłam tak późno, ale dopiero dwie wyspy po tamtych wydarzeniach znalazłam czynną pocztę. O tym, co się wydarzyło w międzyczasie napiszę Ci już w kolejnym liście. Mam nadzieję, że ten zastanie Cię w dobrym zdrowiu. Przekaż bliźniakom, że za nimi tęsknię. Całusy!
Ostatni rozdział musiał jakoś nawiązać co poprzedniego, stąd ten początek. Potem dochodzi postać, która w sumie wyszła przez przypadek - całe zakończenie wyszło nieco inaczej niż zaplanowane, ale po dwóch latach chyba mogę sobie pozwolić na lekkie zmiany...

Rozdział 8: Ostatni załogant

Od jakiegoś czasu nie była pewna tego, gdzie jest. Oddech rzęził w płucach, kolka rwała niemiłosiernie, a kolana miękły od ciągłego biegu. Po jakimś czasie to się zrobiło wręcz hipnotyzujące. Gałęzie, krzaki i paprocie bezlitośnie chlastały po ciele i cięły odsłoniętą skórę, ale w końcu przestawało się zwracać uwagę na ich szelest. Liczyła się tylko osoba w brązowym płaszczu, która przemykała zgrabnie pomiędzy kolejnymi przeszkodami stawianymi przez las. Bellmere nie pamiętała już nawet, kiedy pościg wyszedł z miasta i przeniósł się tutaj. Zapytana - nie potrafiłaby pewnie powiedzieć nawet, ile już to wszystko trwa.
- Cze... kaj... - wydyszała, zbierając się z ziemi po kolejnym, nie wiadomo którym już potknięciu. - Ja... tylko...
Chcę cię zapytać. Ty wiesz... Wiesz coś o lewiatanie. Wiesz coś, co może nam pomóc. Poczekaj. Podziel się tym ze mną. To ważne. Mój kapitan...

- Bellmere?
Dziewczyna drgnęła i usiadła prosto, rozglądając się nieprzytomnie.
- Wszystko w porządku? - usłyszała z góry pytanie zadane lekko niepewnym tonem.
W końcu udało jej się skupić wzrok na kucającym przy niej człowieku.
- Frey? - zapytała, przecierając twarz. - Czy ja... przysnęłam?
- Tak - powiedział, przysiadając obok niej na trawie. - Nie wiem, jak ci się to udało przy tym zgiełku, ale... tak. A twój tata zabronił nam cię budzić, ale wiesz... To nie wyglądało na miły sen, więc...
Ledwie wymamrotała podziękowania, a od strony rufy rozległy się kwiki, jakby ktoś właśnie usiłował zarżnąć prosię. Obejrzeli się w tamtym kierunku. Nieszczęsny Brook, który wpierw nie umiał nakłonić do siebie dzieci, teraz nie mógł się od nich opędzić.
- Opowie nam o Roronoa Zoro! - piszczały radośnie, kotłując się wokół muzyka. - Opowie nam o najlepszym z szermierzy!
Brook usiłował je nastraszyć, robiąc najmroczniejszą minę z możliwych, że będzie to historia, po której będą miały koszmary, ale w odpowiedzi usłyszał jedynie śmiech. Z chwilą, z którą dzieci zaakceptowały chodzącego kościotrupa, już nic nie wydawało się im straszne.
Brook napisał wiele pieśni o Zoro. Parę nawet stało się wyjątkowo popularnych i przetrwały jako ballady o starych dziejach, nawet gdy postać szermierza urosła do rangi legendy i nikt już nie wierzył, że ktoś taki żył naprawdę. To był jego wkład w tworzenie historii.
Ta zaśpiewana dzieciom - wbrew zapowiedziom - traktowała żartobliwie o potężnym, pełnym pychy i uporu szermierzu, który w czasie treningów dokonywał rzeczy niemożliwych tylko dlatego, że do głowy mu nie przyszło, że potencjalnie są niewykonalne. Melodia była skoczna i chwytliwa, a sama pieśń, choć nie przetrwała wieków, to jednak krążyła po świecie dość długo, by dekadę później syn Tashigi zdążył ją zasłyszeć, polubić i wreszcie zaśpiewać matce, wprawiając ją tym w kompletne osłupienie.
W balladach, oczywiście, nie było wszystkiego. Po cóż potomni mieliby pamiętać o rozbiciu załogi Słomkowych? O tym, że Zoro trafił na wyspę, z której nie był w stanie znaleźć wyjścia i wściekły na cały świat - o zniknięcie Luffy'ego, o brak alkoholu, o utratę większego celu, którym się kierował od wielu lat, czyli ochroną załogi - skupił się na treningach? O tym, że jak Tashigi go znalazła, wylądowawszy tam przez kompletny przypadek, bo jej statek został rozbity przez potężny sztorm, to Zoro był już na skraju załamania nerwowego, nie widząc sensu w swoich ćwiczeniach i uporze? O tym, że zaatakował ją, gdy spróbowała kwestionować jego zdołowaną logikę, i z depresji wyciągnął go szok po pierwszej i ostatniej przegranej? O tym, że miesiące całe zajęło im otwarcie się przed sobą nawzajem i dogadanie, a kiedy wreszcie pojawiły się jakieś cieplejsze uczucia, pojawił się Mihawk na horyzoncie?
Brook wiedział o tym wszystkim. Nastawiał ucha (choć go nie miał) kiedy Luffy rozmawiał z Tashigi. Trafili akurat na koniec walki. Widzieli jak Doflamingo trzyma w swojej mocy unieruchomioną Tashigi, zmuszając tym Zoro do groteskowej walki ze sterowanym przez siebie, umierającym po przegranej walce Mihawkiem. Zoro bronił się jak mógł, ale ruchy kukły były nienaturalne i nie do przewidzenia. Zanim Luffy zdołał uwolnić Tashigi i wbić Doflamingo w ziemię, wykończony i ciężko ranny Zoro już umierał. Tym razem nie było w pobliżu Choppera, żeby postawić go na nogi. Luffy zawył, kazał Brookowi pilnować Doflamingo i poleciał do przyjaciela. Przesiedział przy nim tych kilka ostatnich minut, po czym wydał z siebie tak żałosny ryk, że nawet Brookowi się serce ścisnęło. Szanował Zoro, oczywiście, że tak, i myślał o nim jak o przyjacielu, ale stracił już raz całą załogę i wtedy bardziej współczuł Luffy'emu, odkładając swój żal na później.
Zastanawiał się potem, czy nie stworzyć ballady o przepełnionym furią Królu Piratów, gdy ten odkrył prawdę. O tam, jak po raz pierwszy i ostatni odwołał się do jednej ze swoich starych znajomości i poprosił o pomoc. O potężnej walce wściekłego Króla i rozbawionego Władcy. O tym, jak Luffy ledwie się powstrzymał, żeby nie dobić Doflamingo, a poprosił zaproszonego władającego o usunięcie mu pamięci. Jak wyjaśnił Tashigi swój plan i wyjaśnił jej, co ma zrobić - usunąć wszystkie dane o Władcy Mórz ze wszystkich baz Marynarki, tak żeby ślad po nim nie został.
Doszedł jednak do wniosku, że to by była krecia robota - ludzie za łatwo skojarzyliby Doflamingo i pamięć o nim przetrwałaby, co było sprzeczne z postanowieniem kapitana. Brook uznał, że może w takim razie lepiej, żeby o tym wszystkim zapomniano.
(Przetrwało. Jako mit, który powstał wiele lat później, z informacji zebranych z trzeciej i czwartej ręki. Traktował o kłótni między demonami i miał wiele przekłamań, więc na dobrą sprawę Luffy i tak postawił na swoim.)
Brook skończył, a uradowana dzieciarnia rozbiegła się, śpiewając po raz kolejny refren. Muzyk oparł się o wanty i z wdzięcznością przyjął herbatę od Sanji'ego. Bellmere usłyszała, jak zaczynają rozmowę od "a pamiętasz jak on kiedyś..." i uspokoiła się, słysząc ich rozbawiony ton. Rana po stracie Zoro powoli zaczynała się zabliźniać.
Siorbnęła własnej herbaty (zaprawionej po kryjomu rumem - ojciec z jakichś powodów nie mógł znieść myśli, że jego córka miałaby zacząć pić alkohol) i zauważyła, że coś jest nie tak. Bawiący się z dziećmi Luffy nagle wyprostował się i zastrzygł uszami, jak pies. Rozmowa z tyłu również ucichła, po czym obaj panowie w pośpiechu zbiegli z przybudówki na rufie, ciągnąc ją ze sobą.
- Ale co się... - zaczęła, ale nie było dane jej skończyć, bo cały statek zatrząsł się potężnie, nabierając bokiem wody.
Bellmere spojrzała z przerażeniem na potężne monstrum, które wylądowało tam, skąd przed chwilą uciekli Brook i ojciec. Zmrok zapadł już jakiś czas temu i w ciemnościach, rozświetlanych jedynie lampami na statku i ostrym światłem księżyca, ciężko było ocenić jego kształt, choć Bellmere wyglądał on wyjątkowo nieforemnie. Spanikowane dzieciaki rozbiegły się - część schowała się za Luffym, czy Frankym, reszta schowała pod pokład, albo kryła się wśród drzewek pomarańczowych. Dorośli zwyczajnie zamarli ze strachu, albo tulili swoje pociechy, jeśli te do nich podbiegły.
Chichot Luffy'ego zabrzmiał nienaturalnie w zapadłej ciszy, ale wystarczył, by przynajmniej kilka osób się rozluźniło. Franky westchnął z rozrzewnieniem nad swoją niezniszczalną łajbą ("popatrzcie tylko, pokładu nawet nie drasnęło!").
- Przeklęty palant, nigdy nie zastanawia się, gdzie wyląduje - mruknął trzymający Bellmere ojciec, ale dziewczyna usłyszała w jego głosie wyraźnie ciepły ton.
- Luffy...? - zadudnił głos potwora, kiedy ten zbliżył się w stronę światła.
- Hej - przywitał się wesoło kapitan. - Tak się zastanawiałem, kiedy nas odwiedzisz.
Potwór zrobił chrapliwy wdech, po czym nagle zmalał do rozmiarów piłki do kosza (i podobnych kształtów) i skoczył na Króla Piratów, uwieszając mu się na szyi.
- LUFFY~!!! - zawył Chopper, zalewając się łzami. - Jak ja się za tobą stęskniłem!!!
- Chopper! - zaśmiał się Luffy, przytulając go mocno. - Jak się trzymasz?
- Świetnie! Doktorine ciągle mi powtarza, że...
- To ta stara wiedźma wciąż żyje?!
- Ciicho, Luffy! - powiedział z paniką, przesłaniając mu raciczkami usta. - Przepływacie blisko Drum, jak ona to usłyszy, to po was...
Luffy roześmiał się głośno i na ten sygnał dzieciaki zaczęły wychodzić ze swoich kryjówek, żeby się przyjrzeć przybyszowi. Już po chwili Chopper był ciągnięty we wszystkie strony i wyrywał się tylko od czasu do czasu, witając się ze starymi przyjaciółmi. Rozmowa kontynuowana była jakąś godzinę później, gdy wymęczeni atrakcjami wyspiarze wreszcie położyli się spać, a załoga przeniosła się do mesy, w której Sanji na szybko przygotował przekąski.
- Och, Luffy - westchnął Chopper z rozrzewnieniem. - Żebyś ty wiedział, jaki postęp w medycynie udało nam się zrobić w ciągu tych dwunastu lat. To po prostu niesamowite! W tej chwili mamy w zamku nawet laboratorium, które zajmuje się produkcją leków na potencjalne choroby! Już niewiele może nas zaskoczyć. Gyoza zamieniła się w ośrodek rehabilitacyjny, świetnie im się wiedzie. Ale nie tylko chorzy do nas przyjeżdżają, albo przysyłają listy z prośbą o pomoc. Przeróżni specjaliści zjeżdżają się do nas z całego świata, wyobrażasz to sobie? Tylu ludzi na naszą małą wysepkę! Musieliśmy wybudować nowe miasteczko, żeby pomieścić samych kandydatów, bo resztę spokojnie pomieściliśmy w zamku. Sami pasjonaci, coś niesamowitego, pierwszy raz odkąd pamiętam cały budynek tętni życiem! Konsultacje, zebrania, badania, eksperymenty, wszystko się dzieje praktycznie jednocześnie, istne wariatkowo...
- No to może popłyniesz dalej z nami? - przerwał mu Luffy.
Chopper zawahał się, jakby sprawdzając, czy Król Piratów nie żartuje. Wreszcie spuścił wzrok, odetchnął ciężko i pokręcił głową.
- Nie mogę. Zbyt wiele teraz ode mnie zależy. Doctorine nie udźwignie tego sama, może sobie mówić co chce, ale naprawdę już... ma swoje lata - zakończył bezpiecznie. - Na każdego lekarza pojawia się pięciu szarlatanów i tu mam na myśli prawdziwych konowałów, uwierz mi, wiem o czym mówię. Gdyby nie ja, to ta wyspa już dawno spłynęłaby ich krwią, bo tacy naciągacze, którzy bardziej szkodzą niż pomagają, doprowadzają Doctorine do białej gorączki. W dodatku prowadzimy teraz badania nad nowym lekiem, składniki sprowadzamy z Nowego Świata i West Blue, mówię ci, to będzie przełom...
Luffy oparł się wygodniej i pozwolił słowotokowi Choppera przemykać obok. Zdawał sobie sprawę, że i tak zrozumie tylko co dziesiąte słowo, więc poświęcił ten czas na obserwację przyjaciela. Chopper im bardziej się nakręcał, tym szerszych i gwałtowniejszych używał gestów, a jego mina wyrażała coraz większy zachwyt. Radość w spojrzeniu była spowodowana nie tylko ponownym spotkaniem, ale i dumą z własnych dokonań.
Luffy przymrużył oczy i uśmiechnął się lekko. Puściłby Choppera i bez tego monologu - widać było jak na dłoni, że renifer jest szczęśliwy i ani mu w głowie dalsze podróże, a wyciągnięcie go teraz na siłę złamałoby mu serce. Spotkać się od czasu do czasu, jak teraz, tak, oczywiście. Ale potem wrócić na Drum i oddać się bez reszty temu, co się kocha najbardziej - niesieniu pomocy każdemu, kto o nią poprosi. Nic więcej.
- ...z drugiej strony nie chcę was zostawiać bez lekarza. Dlatego nie przybyłem tu sam.
W kuchni przez chwilę zapadła cisza.
- Doprawdy? - zapytała wreszcie Robin.
- To niby z kim? - wypalił Frey.
Chopper zamarł na moment, po czym rozejrzał się wokół w panice.
- O rany! Gdzie ja go zgubiłem?!
Znaleźli "zgubę" na rufie, tam, gdzie Chopper wylądował. Stracił przytomność w czasie lotu, a potem wtopił się w innych ludzi na pokładzie i zwyczajnie nikt nie zwrócił na niego uwagi. Evan, bo tak go przedstawił Chopper jak tylko doprowadził nieszczęśnika do ładu, okazał się być niebrzydkim, wysokim, nerwowym brunetem, choć spięcie można było przypisać temu, że o czekającej go podróży dowiedział się właściwie w ostatniej chwili. Na Drum przypłynął, by się kształcić. Pyszałkowaty i wywyższający się ponad innych studentów, szybko stał się niepopularny i przez pyskowanie Doctorine pewnie szybko by wyleciał (z przedziałkiem w głowie zrobionym toporem) gdyby Chopper nie przyuważył raz, jak ten wykrada się z zamku i schodzi z Drum Rocky tylko by opatrzyć lapahna. Zwyzywał swojego pacjenta, kiedy w podzięce został skopany dotkliwie i musiał zapodać długą, gdy ten zwołał swoje stado i zaatakował pechowca. Chopper rozgonił króliki, po czym, udając surowość, zapytał Evana o powód tak bezmyślnego zachowania. Kiedy zobaczył w jego oczach ten błysk uporu i zacięcia, i usłyszał odpowiedź, że "przecież każdemu należy się pomoc!", zaśmiał się ciepło w duchu, rad, że tacy ludzie wciąż istnieją. Potem wielokrotnie widział na nim kolejne sińce, gdy Evan spadał z dachów czy drzew, starając się pomóc ptakom, czy zadrapania, gdy z uporem godnym lepszej sprawy pomagał każdemu zwierzęciu, które się nawinęło. Był znakomity w tym, co robił, ale ciągle szukał wyzwań, a leczenie przypadków w klinice najwyraźniej go nudziło.
Wreszcie pewnego dnia Doctorine rzuciła Chopperowi gazetę, uśmiechając się szeroko - "Widzisz? Mówiłam ci, że żyje." Chopper, czytając z rozbawieniem o dotychczasowych wyczynach Luffy'ego, wiedział, że powrót na Grand Line będzie dla niego tylko kwestią czasu. Ciężko go też było nie wyczuć, jak przepływał. Wykradający się po raz kolejny Evan nawinął się właściwie przypadkiem i został porwany po usłyszeniu krótkiego "przygód ci się zachciewa? to idziesz ze mną!".
- Nawet nie miałem kiedy się spakować! - zaczął narzekać, jak tylko upewnił się, że piracka załoga nie zabije go od razu i nie zje na śniadanie. - Ja nie mam czasu na te zabawy, jutro mam egzamin...
- Ten koleś tam to Król Piratów - powiedział Chopper, stając przed nim w ludzkiej formie. - Twoim egzaminem będzie utrzymanie go przy życiu.
Evan spojrzał na niego, w pierwszej chwili osłupiały, po czym odwrócił wzrok, rozważając tę propozycję. Jeśli ominąć fakt, że spadła mu nagle na głowę i miała wywrócić mu życie do góry nogami, to wydawała się wcale ciekawa. Miał wybór - mógł się dalej dąsać i uprzeć się przy powrocie do spokojnego życia, które miałby gwarantowane po studiach na Drum, co oznaczałoby stateczną pracę i potem emeryturę, ale za to do końca życia żałowałby, że nie został i nie zobaczył, do czego jest zdolna legendarna już postać Króla Piratów (który, nota bane, z bliska wyglądał na zupełnie przeciętnego faceta - po propagandzie gazet Evan spodziewał się krwiożerczego potwora); mógł też się zgodzić i zobaczyć co się stanie. Oznaczało to niepewny los i masę niespotykanych przypadków, których nie miałby szansy zobaczyć na Drum.
Przy tym porównaniu druga opcja wyglądała wyjątkowo atrakcyjnie. Mimo to...
- Wciąż nie mam przy sobie żadnego sprzętu - rzucił bez większego przekonania. - Wszystkie moje rzeczy zostały w akademiku...
- Zajmiemy się tym. Będzie u mnie bezpieczne - obiecał Chopper, zaciskając mu potężne ręce na szczupłych ramionach, co pewnie byłoby pocieszającym gestem, gdyby Evanowi nie zgrzytnęły przy tym kości w stawach. - Co do sprzętu... Franky! Czy ktoś coś ruszał z mojego pokoju? - Franky pokręcił głową. - Masz cały sprzęt, jakiego tutaj możesz potrzebować - oznajmił stanowczo, dodając w myślach "Tak długo, jak będziesz pamiętać o ciągłym uzupełnianiu zapasu bandaży. Schodzą tutaj jak woda." - To jak?
Evan przemyślał szybko wszystkie sprzeciwy, jakie jeszcze zrodziły mu się w głowie, ale nawet nie próbował wymówić ich na głos - zbyt łatwo byłoby je zbić. Spojrzał więc tylko Chopperowi w oczy i uśmiechnął się krzywo. Ostatecznie - co miał do stracenia? Poza świetną zabawą, jaka tu się zapowiadała?
- No to załatwione! - Chopper w odpowiedzi wyszczerzył się szeroko.
Zabawa trwała do białego rana - załoga opijała nowego lekarza pokładowego, który, choć trzymał się raczej z boku, zdawał się dobrze bawić. Chopper, opuszczając bladym świtem statek, obejrzał się jeszcze na swoich przyjaciół i stojącego wśród nich Evana, który mimo swojego pełnego wyższości spojrzenia i białego kitla, z którym z jakichś powodów nie chciał się rozstawać, już powoli zaczynał wyglądać jak tutejszy. Teraz, widząc, że Chopper patrzy w jego stronę, wykonał pełen ironii salut.
Chopper zastanowił się przelotnie, czy ten chłopak potrafiłby się po prostu pożegnać, ale nie martwił się, opuszczając statek. Wierzył, że Evan sobie poradzi.

Bellmere patrzyła na zgromadzoną przy obiedzie gromadę ludzi - zarówno Słomkowych jak i wyspiarzy. Evana ciekawiło dosłownie wszystko i Bellmere zazdrościła mu tego, jak szybko zgrał się z resztą załogi.
"Najwyraźniej tylko normalnym ludziom zajmuje to więcej czasu" - naburmuszyła się w myślach, odwracając wzrok od stołu i zerkając przez bulaj.
Ale razem z lekarzem (który przeżył wczoraj niemiły szok po spotkaniu z Brookiem, ale zaraz potem zaczął go ignorować, skreślając z listy potencjalnych pacjentów - muzyk wpadł w depresję) mieli już komplet, wszystkie najważniejsze stanowiska na statku były obsadzone. Teraz już tylko pozostało przejmować się nadchodzącymi przygodami.
Przymrużyła lekko oczy. Oho... chyba jedna właśnie się zbliża.
Bellmere wyszła z mesy i przeszła szybko na dziób, wyglądając zza potężnego galionu. Potwierdziła jeszcze szybko, zerkając na log pose, po czym obejrzała się w stronę jadalni.
- Wyspa na horyzoncie!!!
Obróciła się ponownie, słysząc radosny zgiełk, krzyki ludzi i piski dzieci, i ogólne szuranie krzeseł i tupot stóp, gdy wszyscy na raz zerwali się od posiłku, żeby dołączyć do niej na dziobie. Bellmere spojrzała wyzywająco na zbliżający się ląd - z tej odległości jeszcze niepozorny.
Jesteśmy w komplecie. Już nic nam niestraszne.
Przygodo - nadchodzimy!

[Obrazek: 66HHUfX.png]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.09.2012 18:26 przez Gociak.)
29.09.2012 18:23
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Nac Offline
Kapitan
Pirat

*
Liczba postów: 716
Dołączył: 16.09.2009
Skąd: Snajper Island
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #9
RE: Wielki Powrót
To mi się tak zajebiście podoba, że aż sam w to nie mogę uwierzyć! Uwielbiam ten fik, bardzo fajnie i przejrzyście piszesz. Bardzo mi się podoba w którą stronę podąża ten fik. Pojawiają się nowe postacie, po prostu super się bawię czytając. Zwiedzanie starych miejsc jest naprawdę fajnym pomysłem, nie spodziewałem się, że będę fajnie się bawił czytając co wyrabia Luffy ;] Czekam z niecierpliwością na kolejne rozdziały.
Dla mnie osobiście trochę głupio pisać prawie zawsze to samo w co drugim poście chyba, że tak akurat można/wypada, ale wiedz, że nawet jak nie ma odzewu to i tak się czyta ;]


29.09.2012 18:28
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Gociak Offline
Depressed muffin
Łowca Piratów

*
Liczba postów: 3,583
Dołączył: 16.01.2010
Skąd: AllBlue
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #10
RE: Wielki Powrót
Oczywiście, zawsze fajnie, ale już napisałam - ósmy rozdział jest ostatni ;] Nie planuję kontynuacji, bo boję się, że wyjdzie wymuszona ^^'

[Obrazek: 66HHUfX.png]
29.09.2012 22:17
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama