Aktualny czas: 21.09.2018, 20:21 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Odpowiedz 
( X ) Fairy Tail Another Story.
Autor Wiadomość
hans14 Offline
I Oficer
Pirat

*
Liczba postów: 474
Dołączył: 12.04.2009
Skąd: ścinawka średnia
Poziom ostrzeżeń: 0%
Post: #61
 
Jutsu napisał(a):hans14 napisał/a:
Jak dla mnie po oglądaniu ostatnich 2 odcinków FT, miałem wrażenie że to co czytam będzie nie długo w mandze i anime


to jest mi niezmiernie miło to czytać. Ale właśnie, nie pojawiłoby się bo za mało akcji...

Żebyś się nie zdziwił ;-) w mandzę były czasem tak nudne momenty, że to spokojnie by uszło :-D

"Nieważne kim jesteś ani skąd pochodzisz, to czego pragniesz jest zawsze przed Tobą na wyciągnięcie ręki. Nie oczekuj, że ktoś Ci to poda, musisz sam wyjść naprzeciw i to wziąć?
21.10.2009 00:16
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post Return to top
Jutsu
Unregistered

 
Post: #62
RE: (New VII) Fik Fairy Tail Another Story. (+16)
O w mordę? Tu od pięciu miechów nie dałem. Cóż, jest mi bardzo wstyd, i wszystkich czytających przepraszam za tak długą zwłokę. Miałem trochę rzecz na stronie, a potem wyleciała mi fabuła z głowy, i w ogóle wiele rzeczy się wydarzyło. Na pewno sporą winę ma tekken. Ale to dopiero od stycznia? No nie wiem jak to się stało. Cóż obiecuję wypuszczać AS regularnie być może w odstępie dwóch tygodni, jak się nie uda to max 3. Co ja tu w ogóle robię? Nie zdziwiłbym się jakby każdy rzucił to w diabła. Tak czy siak nowa część wyszła. A co tam mało osób przeczyta fika, a co dopiero ktoś kto przeczyta ten ?wstęp?.
Wiec, niestety mam tak, że robię :oops: to co ma u mnie priorytet. W tym wypadku np. dość często i długo ćwiczyłem w tekkenie czy wcześniej robiłem na stronie, czy oo potem robiłem to rozszerzenie dla załóg. Oczywiście po takim dnie jakie odwaliłem, pisanie fika leci na priorytet, więc ten termin dwóch tygodni (choć póki co będzie to raczej 3tyg) jest całkiem możliwy. Nie przedłużając.


Fairy Tail Another Story part VIII





[i]Tej nocy wiał mroźny wiatr z północny. Po mieście roznosił się odgłos trzaskania zepsutych okiennic. Ciemne chmury gromadziły się zwiastując nadchodzącą burzę. Wkrótce powietrze przeszył odgłos grzmiących piorunów. Pomimo tego że, uderzały daleko poza granice miasta były doskonale widoczne, a ich dźwięk przyprawiał o szybsze bicie serca. Rzęsisty deszcz pokrył całe miasto zanurzając je w morzu kropel, przypominających łzy bogów. Miasto wydawało się wyludniane. Na dworze nie było żywej duszy, tylko światła palące się w dziesiątkach okien pozwalały obalić powyższe przypuszczenie. Wszyscy siedzieli w domach. Było już dość późno, nikt nie musiał niepotrzebnie wychodzić z domu. A jednak ktoś szedł główną ulicą. Każdy jego krok wznosił dziesiątki kropel, które uderzały o kamienne bloki wydając charakterystyczny dźwięk. Płaszcz opadając aż do ziemi, zanurzał się raz po raz w przydrożnych kałużach. Osobnik wyglądał na wędrowca. Łachman, które miał na sobie z całą pewnością nie można było uznać jako ubiór. Wszystko było poszarpane, pozdzierane, mokre i brudne. Szedł pewnym krokiem kierując się w stronę dużego budynku, który widział przed sobą. Po kilku kolejnych grzmotach, kolejnych chlustach kałuż, wędrowiec doszedł do celu swej podróży. Przywitał go niski osobnik trzymający małą lampkę na kiju, która służyła mu do rozświetlania drogi. Weszli do środka. W pomieszczeniu było dość ciemno. Najprawdopodobniej spotkanie to miało być utrzymywane w tajemnicy.
Gospodarz wskazał miejsce gdzie tamten mógł spocząć, po czym sam przysunął sobie stołek by usiąść naprzeciw przyjezdnego.
Wędrowiec zdjął kaptur i przemówił do osoby siedzącej naprzeciw.
- Pamiętasz naszą ostatnią rozmowę? - zapytał cichym głosem, z którego emanowało coś dziwnego, coś tajemniczego, coś co normalnemu człowiekowi nie pozwoliłoby tamtej nocy zasnąć. Napięcie potęgował mały, jarzący się płomień lampy, którą gospodarz zdjąwszy z kija, postawił niedaleko stolika przy którym zasiedli. Sam zmarszczył brwi słysząc pierwsze słowa swego gościa.
- A więc o to chodzi... Hmm. Pamiętam - odparł po chwili namysłu. - Dowiedziałeś się jeszcze czegoś? - zapytał z wyraźnym zainteresowaniem. Obie postacie mówiły ściszonymi głosami.
- Niestety tak. Tym razem nie dotyczy to tylko nas. Sam byłem zdziwiony gdy się o tym dowiedziałem. Wybacz, powinienem był wcześniej tu zajrzeć. Potrzebowałem jednak trochę czasu.
- Nie przejmuj się tym, opowiadaj czego się dowiedziałeś. - Ponaglił gospodarz, widocznie nie mogąc wytrzymać wymijających odpowiedzi jakimi raczył go wędrowiec.
- Jak już wiesz, do tej pory byliśmy wodzeni za nos. W zasadzie domyślałem się tego... - odparł z pewnością w głosie przyjezdny. Jego rozmówca zaczynał już tracić cierpliwość, wiedział jednak, że podnieść głosu nie mógł.
- Ty mi to robisz specjalnie, prawda? - Spojrzał pytająco na przyjezdnego. W jego tonie nie było czuć irytacji i tak wiedział dość sporo.
- Rada mędrców jest w to zamieszana. Nie jestem pewien czy to ktoś z nich nie pociąga za sznurki.
Ta wiadomość wstrząsnęła gospodarzem. Nigdy by nie posądzał rady świętych magów.
Przełknął ślinę, po czym zatonął w myślach. Wędrowiec najwidoczniej takiej reakcji się spodziewał, bowiem dał swemu znajomemu odpowiednio dużo czasu na oswojenie się z tą wiadomością. Po kilku minutach przerwy, kontynuował dalej.
- Chyba wiesz co trzeba zrobić.
Niski osobnik zmarszczył brwi. Domyślał się co tamten mógł mieć na myśli.
- Nie bądź pochopny, przyniesiesz zgubę nam wszystkim. Proszę cię, pomyśl o innych. - Głos stał się cieplejszy, sprawiał wrażenie jakby gospodarz martwił się o los przyjezdnego.
- Najprawdopodobniej już jest za późno. Nie jestem jedynym, który posiada te informacje. - Wstał od stołu. Począł kierować się w stronę wyjścia. Jego rozmówca postąpił za nim.
- Proszę cię, przemyśl to jeszcze. - Na te słowa przyjezdny odwrócił się w stronę gospodarza.
Prawdopodobnie ktoś jeszcze złoży tym starym głupcom wizytę - rzekł beznamiętnie.
Gospodarz słysząc te słowa zaniemówił. Próbował zebrać wszystkie zdobyte już informacje. Jednak nie potrafił w żaden sposób sprecyzować kto jeszcze mógłby się do tego posunąć.
Wędrowiec nasunął z powrotem kaptur, ukrywając pod nim swe lico, po czym przemówił ostatni raz.
- Czas gra nie na moją korzyść, trzymaj się.
- Ta... - rzekł zrezygnowanym tonem, niski osobnik.
Mężczyzna okryty kapturem w ciszy zamknął za sobą drzwi, po czym za zasłoną nocy, zniknął w wąskich uliczkach miasta.


Podłoga trzęsła się od tupotu dziesiątek stóp. Zbroja niemiłosiernie trzeszczała. Żołnierze biegli ile sił w nogach. Nikt się tego nie spodziewał. A jednak. TO się stało. Zaatakowano Erę, siedzibę świętych magów. Najważniejszy ośrodek władzy zarządzający wszystkimi gildiami.
Strażnicy którzy przybyli na miejsce wskazane ostatnio przez lacrimową kulę wizyjną, szybko znaleźli jednego ze swoich. Leżał tuż przy wejściu do olbrzymiej sali. Krew z jego boku spływała na marmurową posadzkę.
- Kto to był? - zapytał jeden z żołnierzy mocno potrząsając rannym.
- Ziemia, światło... - wydyszał zapytany. W jego oczach kryło się przerażenie. Nie był do końca świadom gdzie się znajdował. Prawdopodobnie stracił zbyt dużo krwi. - Roztrzaskał je - wycharczał na końcu. Po kilku odkaszlnięciach złapawszy kolegę za ramię, kontynuował swą opowieść.
- Całe północne skrzydło zniszczył jednym atakiem, przypominało to meteoryt. Mnóstwo światła.- Światło, to słowo padało najczęściej z jego ust. Musiał to być silny bodziec, który być może już na zawsze wyryje się w jego pamięci. Na moment powrócił myślami do tamtej chwili.
Przed jego oczyma stała postać młodego mężczyzny o jasno niebieskich włosach, którego rękę zaczęła okrywać jakaś poświata. Światło to rozbryzgało się na setki innych. Promienie trafiały w budynek niszcząc elementy jego konstrukcji. Czasem przebijały na wylot zdezorientowanych żołnierzy, którzy uciekali w popłochu. Kolumny upadały z olbrzymim łoskotem. Walący gruz przygniatał ciała niedobitków. Widział jak jego przyjaciele umierali na jego oczach. Czuł prawdziwy strach, przytłaczającą atmosferę, odgłosy jęków wdzierały się siłą do jego mózgu. Krew, trupy, gruzy oto obraz jaki jawił się przed jego oczyma. Od zawsze powinien być na to przygotowany. W końcu jego zadaniem była ochrona tego miejsca. Mimo wszystko nigdy nie pomyślał, że ktoś naprawdę byłby zdolny do czegoś takiego.
Pomieszczenie w którym miała miejsce owa masakra oddzielał od innych specjalny krąg kekkai. Nikt więc poza ludźmi znajdującymi się wewnątrz sali nie wiedział co się działo. Nie było skąd oczekiwać pomocy. Właściwie szansa na to, by kiedykolwiek nadeszła była nikła.

Na miejscu pojawili się święci mędrcy. Pierwszy z inicjatywą wyszedł Ouko.
- Gdzie jest wróg?! - zapytał wpatrując się gniewnym wzrokiem w zgromadzonych żołnierzy.
- W prawym skrzydle, w sali przeznaczenia! - Zaraportował mężczyzna, który jeszcze chwilę temu siedział przy rannym. Rada nie miała wątpliwości co należało zrobić w tej sytuacji. Czasu mieli mało, nie znali celu ataku, pozostały im tylko domysły, które z racji ich poglądów były dość oczywiste.
- Nie będziemy się z nim patyczkować! Jest nas więcej! - rzucił starzec odwracając się w stronę towarzyszy. Wszyscy ruszyli w wspomnianym przez strażnika, kierunku.
Mijali kolejne komnaty, upływały cenne sekundy. W głowach kłębiły się najprzeróżniejsze myśli. Nie potrafili wyobrazić sobie jak Siegrain atakuje ich w pojedynkę. Musiał coś knuć, jednak magowie pozwolili by pokierowały nimi emocje. Liderem był oczywiście Ouko. Wpadł jak strzała do pomieszczenia. Przed nim znajdowało się kilka osób, wszyscy odziani w płaszcze, takie same jak ten w którym Gerard siedział na swoim tronie w Lacrimowej wieży. Po środku z pewnością stał były członek ich zgromadzenia. Wszyscy poza Siegrainem mieli nasunięte kaptury spod których nie było widać twarzy.
- Witajcie staruszkowie! - Przywitał ich jak zwykle tym specyficznym uśmiechem, którego tak bardzo nienawidzili, głosem z którego emanowała pewność siebie.
- Oż ty! - Niewiele potrzeba było czasu, by Ouko zaczął kipieć ze złości.
- A ty jak zwykle czerwony, kiedyś się zagotujesz - zakpił mężczyzna o niebieskich włosach unosząc lekko rękę.
- Zaraz, ci ten uśmieszek z mordy zdejmę! - Oczy maga napłynęły krwią. Żyła na czole pulsowała. Wyglądał jak wściekły byk, który zaraz miał rzucić się do ataku.
- Hoho, a nie boisz się, że uszkodzisz to miejsce? - zapytał były członek zgromadzenia.
- Mam to gdzieś!
- Czekaj! -krzyknęła Belomo. Było jednak za późno. Ouko rzucił się bez namysłu na wroga. Moment tej dezorientacji wykorzystał mężczyzna stojący po lewej stronie lidera. Wykonał gwałtowny ruch rękoma tworząc coś na kształt kwadratu. Jego długie krwistoczerwone włosy falowały, unoszone energią emanującą z owej figury.
- Acher memand! - krzyknął gdy między palcami jego dłoni zaczął się tworzyć mały punkt, przypominający wir.
Salę wypełniła fioletowo purpurowa mgła. Przestrzeń lekko się załamywała, obraz stawał się niewyraźny. Święci magowie usłyszeli mocny huk. Skierowali głowy w górę. Na niebie jarzyły się błyskawice w podobnych do mgły odcieniach.
- Pamiętacie Squardo? - O dziwo głos Sieg'a dotarł do odbiorców, mimo nieustającego odgłosu błyskawic.
- Najwyższy z magów zaklął pod nosem. Squardo, pamiętał go bardzo dobrze. Jego długie opadające za ramiona włosy, uśmiech pełen nienawiści.
- Ale jak ci się to udało? - Wychylił się trójoki mag. - Przecież o tym gadzie już dawno ślad zaginął. - Starzec miał powody do zmartwień. Nigdy by nie przypuszczał, że znów przyjdzie im się zmierzyć z tym wymagającym przeciwnikiem. Rozejrzał się po reszcie zakapturzonych postaci, próbując wyłapać jakiś szczegół, który pozwoli mu zidentyfikować przeciwników. Szybko dostrzegł złoty kolczyk, niezwykle długi na kształt dojrzałej latorośli. Oblał go pot. - Ta walka będzie dużo trudniejsza niż myśleliśmy...
Tymczasem Sieg kontynuował swą mowę powitalną, którą tak brutalnie przerwał mu Ouko wraz z jego własnym druhem.
- Nie przyszedłem tu po to by rozwalić Erę, ale po rdzeń etherionu.
- Co takiego?! - To oświadczenie zaskoczyło wszystkich starożytnych magów. Chłopak z satysfakcją wpatrywał się w ich szeroko otwarte, ze zdziwienia oczy.
- Ponieważ moglibyśmy podczas naszych, hmm potyczek uszkodzić owy rdzeń, Squardo stworzył nam inny wymiar. To miejsce poza czasem i przestrzenią. Choćbyście nie wiem co zrobili, żadne zaklęcie nie uszkodzi, waszej siedziby. Możecie iść na całość. - Wykonał otwarty gest rękoma, na twarzy pojawił się uśmiech. Spojrzał w prawą stronę. - Urtear!
- Przed niego wystąpiła kobieta o długich, czarnych włosach.
Siegrain uniósł rękę do góry. Po chwili rozbłysło tysiące świateł. Magowie w kapturach postąpili do przodu. Przeciwnicy rzucili się na siebie. Odgłos ich walk ginął w odmętach wewnątrz wymiarowych.



Tymczasem w zupełnie innej części siedziby rady, w pokoju gdzie zwykle się naradzali, znalazła się postać, której nigdy nie powinno tam być. Odziana w łachmany kierowała się w stronę sali zebrań. Głównego sędziego, jaki zwykł zajmować najwyższe miejsce w trakcie rozpraw, nie było na terenie Ery. Nikt nie wiedział co się z nim stało. Znikł zaraz po opuszczeniu sali przez wszystkich świętych magów. Zamieszanie jakie spowodował atak, sprawiło, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Postać ubrana na czarno otworzyła drzwi po czym weszła do środka pomieszczenia. Po jego lewej stronie znajdowały się miejsca gdzie zwykle zasiadali członkowie rady, gdy odbywała się jakaś rozprawa. Minął spokojnie barierkę, która zwykle oddzielała oskarżonego od świętych magów. Zdjął kaptur, wszystko poszło zgodnie z planem. Twarz miał niemal całą zakrytą, na głowie przewiązaną chustę. W końcu sali dostrzegł duże drzwi. Prowadziły one zapewne do pomieszczenia, gdzie zwykł rezydować główny sędzia. Drzwi potwornie zaskrzypiały, z pewnością to mogło wystarczyć by za chwilę zjawiło się tu co najmniej dziesięciu gwardzistów (specjalna jednostka rezydująca w siedzibie Ery, przyboczna straż sędziego). Osobnik wszedł do dużego pomieszczenia. Było ono niezwykle jasne, z sufitu zwisało mnóstwo kul, których światło mogło wręcz oślepić. Postać zakryła na chwilę oczy ręką, nie mogąc znieść tego blasku. Znajdowało się tu mnóstwo waz, rzeźb, kilka większych półek z książkami.
Po środku wyrzeźbiony był symbol słońca, którego promienie rozchodziły się sięgając krańców pomieszczenia. W pewnym miejscu kilka promieni nagle się urywało. Oczywiście z racji stojących w poprzek półek nie sposób było to dostrzec. Jedyną zauważalną różnicą był niecodzienny kształt owej sali. Tak jakby ktoś, chciał dobudować mały pokoik i zapomniał wstawić drzwi.
Mężczyzna skierował się w tamto miejsce pewnym krokiem. Przeszedł przez ścianę, jak się okazało była to tylko iluzja. Podszedł do niewielkiego wzniesienia na którym stała mała kolumieńka z wydrążoną dziurą w środku. Włożył weń rękę.
- Mistgun jak mniemam? - Osobnik nazwany przed chwilą tym imieniem, odwrócił się. Dostrzegł postać stojącą pośrodku wyrytego słońca. Był to jeden z członków rady, osobnik przypominający żabę w żabocie z tym swoim charakterystycznym okularem.
- Kim jesteś - zapytał mężczyzna przy kolumnie, wyjmując rękę z wnęki. Spojrzał na postać stojącą po środku sali. Jej policzki nabrzmiały zupełnie jak u żaby. Jakby za chwilę miał wydać charakterystyczny dźwięk. W istocie jego rechot rozległ się po całej sali.
- Przepraszam czasem tak muszę.
Nastąpiła chwila wymownego milczenia.
- Jestem Żendaro - odparła po chwili postać w żabocie. Zbliżał się w kierunku maga z Fairy Tail. - Domyślam się po co tu przyszedłeś. Wiesz za pewne, że walka byłaby bardzo nieroztropnym posunięciem -mówił tonem doszczętnie pozbawionym emocji, jak gdyby był postacią z innego wymiaru której kompletnie nie interesowało to co się działo w świecie tej postaci, której teksty czytała.
- Jednego tylko nie rozumiem -zwolnił nieco kroku - jak udało ci się oszukać cała radę?
- Zapewne słyszałeś o ostatnim incydencie w radzie prawda?
- A i owszem, w ten sposób tu trafiłem. Jakiś jej członek wystąpił wobec reszty, chciał przywrócić do życia legendarnego czarodzieja Zerefa, uciekł w wyniku zamieszania wraz z swoją koleżanką. - Osobnik zdawał się puszyć swą wiedzą.
- Jesteś dobrze poinformowany. - Mistgun nie szczędził pochwał. Postanowił wypytać nowego członka rady, o jego historię. Ten najwidoczniej lubował się w rozmawianiu o rzeczach na których temat posiadał rozległą wiedzę. A o samym sobie wiedział najwięcej. Rozmowa więc znacznie się wydłużyła.


Tymczasem wewnątrz wymiaru stworzonego przez Squardo rozgorzała walka na dobre. Ścierały się prawdziwe potęgi. Meteoryty Siega rozbijały się jak bańki mydlane o barierę Belomo. Czerwonowłosy mag próbował przełamywać wymiar, chcąc w ten sposób doprowadzić do degeneracji części przeciwników, ale skutecznie utrudniał mu to najwyższy z magów. Błysk gonił kolejny błysk. W istocie walka ta nie miała najmniejszego wpływu na budynek i znajdujących się tam ludzi. Wydawało się jakby nic się nie działo.
Trójoki mag stanął na wprost swej przeciwniczki. Przyszło mu się zmierzyć z tą, której się najbardziej obawiał. Była nią kobieta z dość charakterystycznym kolczykiem. W ferworze walki, odsłoniła swoje długie opadające poza kość ogonową, lazurowe włosy.
- Zaraz, a gdzie ten nowy? - Zauważył Reiji.
- Naprawdę masz teraz czas by o tym myśleć?! - Krzyknął Ouko lekko odwracając głowę w stronę kolegi. Z rąk błysnęła fala światła, która starła się z podobną falą jego oponenta. W końcu stało się to co miało stać się już od dawna. Makalov został trafiony. Mimo to nic mu się nie stało. Sam ze zdziwieniem dotykał się po całym ciele i wpatrywał jak oczarowany w swe ręce. Nie uszło to uwagi trójokiego maga, który do tej pory skupiał się przede wszystkim na defensywie, licząc na zmęczenie przeciwniczki.
- To niemożliwe!!!
- Co się stało? - zapytała starsza kobieta z włosami zaczesanymi do góry.
- No do jasnej cholery! Co jest z wami?! - Ouko znów pozwolił by emocje wzięły górę. Zdekoncentrowany został trafiony pociskiem. Upadł na podłogę. Siedział tak jeszcze przez jakiś czas nie mogąc uwierzyć.
- To iluzja! - Słowa te rozbrzmiały po całej sali.
Ich przeciwnicy zaczęli powoli znikać. Obraz wokół nich ulegał ponownemu zniekształceniu. Odgłos błyskawic zanikł. Otoczenie którym wcześniej była ciemność i chmury, stawało się przezroczyste. Niczym jak przez mgłę mogli dostrzec elementy architektoniczne sali w której się znajdowali. Zdobienia, na ścianach, wzory wygrawerowane na suficie.
- Niech to szlag! - ryknął najwyższy z magów. Postać Siega jak i Urtear, jak i Squardo, jak i wszystkich z którymi wcześniej walczyli stawały się coraz mniej wyraźne.



W pewnym momencie. Mag w żabocie znów napełnił swe policzki.
- Na twoim miejscu bym tego nie robił. - Stwierdzenie było tak zaskakujące, że tamten zaniechał swego czynu.
- Skąd wiedziałeś, że zaatakuję? - Spojrzał z obawą w stronę maga w chuście.
- To już nie istotne. Staruszkowie odkryli moją sztuczkę. Przypomnę, gdzieś przed twoją długą opowieścią zapytałeś mnie jak mi się to udało, oszukać wszystkich członków rady. Legendarnych świętych magów.
Żendaro zmieszał się. W istocie przez swoje gadulstwo kompletnie wyleciało mu to z głowy. Jasnym było, że iluzja Mistguna nie będzie trwać wiecznie. Z rozważań wyrwał go głos przeciwnika. Tamten mówił stosunkowo powoli, cichym głosem.
- Niestety, obawiam się, że nie będzie ci dane poznanie tego sekretu. Skończył mi się czas.
- Nie pozwolę ci tego wziąć! - spojrzał gniewnie w stronę maga iluzji.
- A no tak, wybacz. Radzę ci wrócić do swoich koleżków z rady, bo możesz mieć kłopoty.
Z tymi słowami obraz przed osobnikiem przypominającym żabę, zaczął się łamać. Pojawiły się rysy przesuwające się na wszystkie strony. Przetarł oczy. Czuł jakby te rysy rzeźbiły mu się na oczach.
- Niestety to jest skutek uboczny, kiedy zrobi to ktoś z zewnątrz, powinieneś sam do tego dojść, ja nie mam więcej czasu.
Obraz pękł. Tysiące odłamków szkła roztrzaskało się wokół czarodzieja z rady, odsłaniając zupełnie inny obraz, obraz sali rozpraw, czyli miejsca, które przecież musiał minąć by iść dalej.
Żendaro spojrzał na leżące szkło na podłodze. Stawało się przezroczyste, aż w końcu znikło zupełnie. - Oszukał mnie - westchnął cicho spoglądając wciąż w podłogę. Ale jak... - próbował dociec co się stało, nie miał jednak na to czasu. Przypomniawszy sobie o tym czym prędzej skierował się w stronę miejsca, gdzie popędziła wcześniej reszta rady. Strażnicy dochodzili do siebie. Trzymali się za obolałe głowy, próbując przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia.

- To była cholerna iluzja! - Ouko uderzał pięściami w podłogę. Na miejsce szybko przybył spóźniony członek rady.
Najstarszy z magów zmierzył go surowym wzrokiem.
- Gdzie żeś był?! - zapytał tonem jakby go o wszystko obwiniał.
Mag zamyślił się chwilę. Przez całą drogę układał sobie odpowiedź właśnie na to pytanie.
- W kibelku byłem... - odparł tamten udając zmieszanie.
- No nie no! Trzymajcie mnie. - Makalov zapobiegawczo spełnił prośbę kolegi.
- Nie dosłownie sieroto! - Wściekły Ouko odepchnął czarodzieja. Spojrzał ponownie w stronę przybyłego. Jego wzrok zdawał się przewiercać na wylot. - Świat się wali a ty siedzisz w kibelku?!
- Śpieszyłem do was by powiedzieć o tym co się stało. A potrzeba złapała mnie teraz.
- Nie mogła poczekać?! - Najstarszy z magów zaczynał być monotematyczny. Belomo nie mogąc wytrzymać jego marudzenia uderzyła go w twarz.
- Przestać wciąż mówić o jednym, stary jesteś, i też jak pójdziesz to znikasz na pół dnia. - Zwróciła się w stronę przybyłego maga. - Żendaro, powiedz co nam chciałeś przekazać?
Plan zadziałał bez zarzutu, opowiedział o księdze w której mieściły się najrzadsze zaklęcia, o których świat powinien zapomnieć. Ale to i tak było niczym w porównaniu z tym co skradł Mistgun, a o czym rada najwidoczniej nie miała zielonego pojęcia. Problem pojawił się dopiero wtedy gdy Makalov zadał pytanie:
- Kim był ten osobnik?
- Żendaro poczuł jak pot spływa mu po całym ciele, nie mógł powiedzieć, że był to Mistgun. W rzeczywistości przyniosło by to więcej złego, nie mógł pozwolić sobie na pogorszenie warunków realizacji ich planu. Czym prędzej przystąpił do odpowiadania na zadane pytanie. Mówił nieco zmieszanym tonem, takie też robił miny chcąc dodać sobie nieco wiarygodności. Wyszło mu to dość realistycznie z uwagi na wygląd maga z Fairy Tail, ciężko było go sobie zidentyfikować z konkretna postacią.
- Niestety, w Minas Tiarze, nie interesowałem się większością magów, więc nie mam pojęcia kim był ów śmiałek.
- A jak wyglądał? - Kolejne krępujące pytanie zadał Reiji.
- Czarodziej z Minas Tairy spojrzał po kolegach. Niestety to co miał powiedzieć wskazałoby na tego z kim się spotkał. - Postać była okryta kapturem, w zasadzie nic nie widziałem - to mówiąc spuścił wzrok.
- To Mistgun!
Na te słowa, Żendaro zamarł. Usłyszał ponowny odgłos uderzenia.
- Głupi starzec, ty jak się uczepisz tych Fairy Tail... W istocie jest tam mag znający się na takich zaklęciach, ale nie dałby rady oszukać szóstki z nas! Weź daj już z nimi spokój! Mamy ważniejsze sprawy na głowie.
- Przepraszam... - Czarodziej otarł obolałe miejsce.
- A jaki miał głos? - wypalił na koniec najwyższy z magów.
- Co to jakieś przesłuchanie jest?! Kolega nas wybronił i dzięki niemu nic się nie stało! Trzeba się cieszyć, a gagatków za to odpowiedzialnych dorwiemy! Zreflektował się Ouko za wcześniejsze oskarżenie. Oparł rękę na ciele ich "wybawiciela". Tamten będąc ciągle zmieszanym, kiwał tylko głową, robiąc przy tym głupie uśmiechy. Czarodzieje przyznali mu rację, w istocie atakujących mogło być więcej, co było najzupełniej wytłumaczalne ze względu na skalę zaklęcia. To jednak miało rozstrzygnąć kolejne zebranie, które zaplanowano na popołudnie.
Nie można powiedzieć, by go lustrowano wzrokiem czy też podejrzewano. Żadne tego typu zachowania nie miały miejsca. Mimo to było zbyt wcześnie by Żendaro mógł zdecydować się na taki krok. Szedł wraz z mędrcami by odpocząć, przemyśleć i zastanowić się. Na zebraniu pozna fakty być może pozna też technikę jakiej użył atakujący. Ouko nie mogąc jak zwykle wytrzymać jeszcze w drodze ku udaniu się na odpoczynek zaczął wspominać ową feralną iluzję. Skala zaklęcia była zbyt potężna, tyle osób, tak różnych, z odzwierciedleniem zachowania ich umiejętności. Czarodziej w żabocie szedł zamyślony, niemal kompletnie odizolowany. Oczywiście zachowanie to nie stwarzało dla niego jakiegoś zagrożenia, że ktoś mógłby poznać jego sekret. Mógł się wytłumaczyć na wiele różnych sposobów. W pewnym momencie w głowie pojawiła się pewna myśl. Która zaczęła go nurtować, wbijała mu się w umysł, krzyczała wewnątrz niego. Z pewnością to co i on zobaczył było iluzją. Ale iluzji było kilka, jedną było stworzenie całego zastępu. Inną ta, której padł ofiarą. Mistgun jest dobrym, wręcz świetnym magiem, ale nawet to powinno wykraczać poza jego możliwości. Oczywiście z przezorności należało i to brać pod uwagę. Nie mniej pytanie "Czy to na pewno był on" nie dawało mu spokoju. To faktycznie nie musiał być czarownik z Fairy Tail, a tylko taka zmyłka. Jeżeli tak, to nie wiedział nic, co mu się całkowicie nie podobało. Sięgnął do swej kieszeni, poczuł delikatną ziarnistość proszku. Na razie nie mógł go użyć, pozostało czekanie. Teraz zmęczony postanowił zdrzemnąć się i zapomnieć o kłopotach. W zasadzie senność dopadła go jeszcze w drodze, padł jak martwy na swoje posłanie.



Ta noc była wyjątkowa dla rady, dla świata magów, dla każdego młodego czarodzieja. Jednak z uwagi na godzinę ataku, informacje te nie miały jeszcze jak dociec do potencjalnych odbiorców. Ludzie wstawali jak każdego dnia, nie mając pojęcia o tym co zdarzyło się w budynku rady. Mistrzowie Gildii nie otrzymali jakichkolwiek informacji. Prawdopodobnie sprawę próbowano zatuszować, co nie było zbyt trudne z uwagi na miejsce gdzie doszło do owego wydarzenia. Rada zatroszczyła się by informacje o tamtym incydencie nie ujrzały światła dziennego. To mogło poważnie wpłynąć na ich pozycję z kraju. Sprawowali jurysdykcję nad wieloma gildiami, nie mogli pozwolić sobie na okazanie słabości.
Specjalna grupa, której liderem był chłopak o różowych włosach miała swoje własne zmartwienia. Statek był gotowy, mogli wypłynąć w każdej chwili. W każdej, gdyby nie drobny szczegół. Dzień wcześniej Lucy wróciła do Erzy by przekazać jej złe wieści. Żadnego z chłopaków jak i oczywiście Juvii, nie zastała w gospodzie. A to oznaczało kolejny poślizg.
Rudowłosa nie kryła oburzenia. Świeżo zdobytego łupu zostawić przecież nie mogła, każdy głupi zwietrzył by okazję jaką z pewnością był pusty okręt. Tytania chciała ruszyć na poszukiwania i dopaść wszystkich najlepiej żywych, by potem godzinami torturować ich z wyrazem nieukrytego zadowolenia. Tak, plan zemsty był doskonały. Jednak nie mogła go póki co zrealizować, właśnie ze względu na ich nieobecność, która jednocześnie stała się przyczyną powstania w jej głowie tak nieludzkich myśli.
W końcu wpadła na jedno z bardziej radykalnych rozwiązań. Wzięła broń do ręki po czym przy jej użyciu doprowadziła statek do ruiny, wywołując nie małe zdziwienie na twarzy swej koleżanki. Następnie ruszyła na poszukiwanie reszty grupy.
Spełzły one na niczym. Noc, podczas której Era została zaatakowana, Panna Scarlet spędziła na wyładowywaniu agresji w okolicznym lesie.
Nastał ranek, przez tę noc najsilniejsza dziewczyna w Fairy Tail nie zmrużyła nawet oka, siedziała na pniu z mieczem wbitym w ziemię. Wiatr delikatnie owiewał jej długie, rude włosy.
Lucy miała również ciężką noc. Zgodzić należałoby się z tym, iż niełatwo było zasnąć przy wrzasku, a także odgłosach rąbanego drewna, nie wspominając już o uciekaniu przed walącymi się drzewami. Tytania okazała trochę litości dla czarodziejki gwiezdnej energii dając jej kilka godzin wytchnienia. Panna Heartfilia dopiero w środku nocy, odkryła z przerażeniem, że nie mogła zasnąć. Nie miała pojęcia cóż to takiego mogło być przyczyną owego stanu rzeczy. Być może martwiła się o swoją grupę. W końcu to co zrobili było aż nazbyt niepoważne, nawet jeżeli jej prawdopodobnym liderem był Natsu, który poniekąd zdążył już zasłynąć podobnymi wybrykami. Jednak tym razem, podpadł by samej Erzie. Lucy w myślach zastanawiała się co też mogłoby go skłonić, do takiego czynu, którego następstwem mogła być rychła śmierć ze strony "potworzycy". Tutaj w swych wyobrażeniach się nieco zagalopowała, bowiem Erza miała co do nich inne plany. Z pewnością trzeba by być szalonym, by świadomie ryzykować życie w ten sposób.
W końcu wzeszło słońce, rozświetlając okoliczne tereny. Lucy wpatrywała się w swoją koleżankę. Tamta spoglądała w chmury, czekała zapewne aż czarodziejka gwiezdnej energii się obudzi. Klucznika chciała jeszcze chwilę odpocząć, ale uniemożliwił jej to Vivi.
- Panno Scarlet, panno Lucy jestem gotowy do wymarszu - oznajmił jak zwykle swym głosem pozbawionym emocji. Minęło kilka dni odkąd nielegalnie przystąpił do Fairy Tail, potrzebował jeszcze wiele czasu, by nauczyć się właściwie je wyrażać.
- Świetnie - odparła dziewczyna wstając z pnia, wyjęła również miecz po czym schowała go do pochwy przymocowanej do pasa. - Jak się dziś nie znajdą to rozwalę całe to miasto, tak by nie mieli gdzie się ukryć. - Stwierdziła rudowłosa. Ton jej głosu był na tyle poważny, iż niemożliwym było pomyśleć, że nie byłaby do tego zdolna.
Panna Heatfilia poczuła jak po jej ciele przebiega dreszcz. Erzy trzeba się bać - zakryła ręką usta jak gdyby obawiając się czy słowa, które miała w myślach, nie zostaną wypowiedziane mimowolnie.
Ruszyła za towarzyszką w stronę miasta. Dla czystej formalności Tytania zajrzała również do gospody. I tam trafiła na Natsu.
- No co żeście robili tyle czasu? - Chłopak oparł ręce z tyłu głowy. Jego mimika mówiła to samo co usta.
Nie zabrakło również Gajeela.
- No wreszcie się raczyły pojawić, wiecie ile tu na was czekamy? - Jak zwykle nie szczędził sobie uwag pod adresem rudowłosej.
- To my na was czekaliśmy! - Oburzyła się czarodziejka gwiezdnej energii.
- No hej jak tam! - W drzwiach stanął mag lodu w towarzystwie odzianej w Yukatę byłej członkini gildii widma.
- Żadnego "hej"! - skrytykowała panna Heartfilia. Dopiero potem przyuważyła odzienie wodnej czarodziejki. Oczywiście nie omieszkała pochwalić jej wyglądu. W końcu jednak wróciła do sedna sprawy. - Gdzie żeście byli?
Odpowiedzi udzielił najbardziej porywczy mag Fairy Tail.
- Na festiwalu. Poznaliśmy tam bardzo fajnego starszego pana. Gościu jest odlotowy. - Język jarzył się płomieniem. Chłopak wykonywał mnóstwo ruchów rękoma, chcąc jakoś zobrazować wydarzenia podczas festiwalu.
Erza próbując powstrzymać napływającą złość, spytała twardo.
- Kto wpadł na ten pomysł? - To było raczej pytanie, które od razu należałoby skategoryzować jako: "retoryczne". Większość palców (w tym i Gajeela) wskazała winnego bez krzty litości.
Natsu zapewne musiał się zdziwić, wszak wśród "zdrajców" znalazł się nawet Happy.
- E, co jest?
Poczuł gwałtowne szarpnięcie, ktoś chwycił go za ubranie i cisnął o najbliższe drzewo, rzecz jasna wciąż trzymając. Rudowłosa potrząsała nim jak szalona. Chłopak latał na wszystkie możliwe strony, nic nie widział obraz jawił mu się pojedynczymi mignięciami. Oczywiście, jak w życiu, nikt nie interweniował.
- TY SKOŃCZONY IDIOTO! FESTIWALU CI SIĘ ZACHCIAŁO?!
Tytania wyglądała na wściekłą. Lucy zastanawiała się skąd było w niej tyle energii, wszak zeszłej nocy wycięła połowę okolicznego lasu, a mimo to wciąż kipiała energią. Być może to była jej udobruchana forma. Smoczemu zabójcy powoli robiło się nie dobrze.
- Co to za krzyki? - Zza rogu wyszedł staruszek, ubrany w bordowy pulowerek, z krótkimi spodniami i klapkami na nogach. Miał na głowie berecik spod którego wystawało mnóstwo siwych włosów zakrywających poprzez długą grzywkę jego piwne oczy, którymi wgapiał się obscenicznie w osobę, która potrząsała chłopakiem. Erza spojrzała w jego stronę. Puściła na wpół nieprzytomnego Salamandra.
- Co to za staruch? - Zapomniała o okazaniu należytego szacunku. Cud, że nie ruszyła na niego z pięściami, za przeszkodzenie w wymierzeniu sprawiedliwości.
- STARUCH?! - Ty młoda, jak ty do mnie powiedziałaś? Pogładził się po długiej brodzie.
- Czekaj, czekaj powiem Makaronkowi i będziesz mieć O!
Słowa te wprawiły w osłupienie rudowłosą. Fakt, to jak go określiła było nie dopuszczalne, ale nie brała pod uwagę tego, że mistrz mógłby się o tym dowiedzieć.
- Ja bardzo przepraszam... - Dziewczyna spuściła wzrok. Na twarzy pojawił się rumieniec. - Pokornie proszę o wybaczenie.
- Myślisz, że to mnie udobrucha?
- Erza pomachaj dupą w te i wewte i dziadek odpuści. - Ten głos należał oczywiście do Laxusa, ostatniego z grupy, który wychylił się przez okno z pokoju na drugim piętrze. Była to na tyle bezpieczna odległość, że mógł sobie pozwolić na taki nietakt.
- Młodzieńcze, tak to może sobie przed małolatami pomachać, ja już nie jedno w życiu widziałem. To dla mnie za mało.
- Erza, musisz zaproponować więcej, wyskakuj z ciuszków! - wtrącił pełen euforii Happy.
- Ty zboczony kocie! - krzyknęła zdegustowana Lucy.
- A bo to wielki problem - skomentował Fullbuster.
- Dla ciebie to wiadomo, że nie! - krzyknęła większość.
- Dla niej też! Kąpała się z Natsu i Paniczem Grayem. NAGO! - Juvia stanęła w obronie ukochanego.
Staruszek pokręcił głową, poprawił beret.
- Jeżeli to nie sprawi problemu to prosiłbym do rosołku.
- No przecież o to mi chodziło co to za frajda z patrzenia na falującą spódniczkę. Wy jacyś upośledzeni jesteście?
- Mi też o to chodziło... - Happy zwiesił głowę ze smutkiem, czuł się pominięty.
- Jak śmiecie zboczuchy! - Panna Heartfilia okazała się jedyną stojącą po stronie Erzy. W zasadzie ciężko było określić stanowisko Viviego. Wydawał się bierny.
- Nie rozumiesz niewiasto! Ona uraziła moją dumę? Rozumiesz? - Staruszek upadł na kolana, łzy skapywały na ziemię. Jedna po drugiej. "Bu" tyle wyrzeczeń i straciłem ją pod koniec, a byłem takim dumnym człowiekiem...
- Dajesz Erza! - Zachęcał entuzjastycznie Natsu, który najwidoczniej wrócił już do zdrowia. Zapewne nie wiedział do końca o co chodziło, ale dziadek mu się spodobał i postanowił mu pomóc.
- Aye!
Rudowłosa ruszyła w stronę osobnika z berecikiem.
- Erza? - starzec się wstrzymał - Czekaj, czekaj w zasadzie nie musisz się rozbierać. Naprawdę. - Spojrzał błagalnie w górę. W istocie Natsu coś o niej wspominał. Jakże był głupi, że tego wcześniej nie zauważył. Nie często widuje się tak ubrane osoby. W chwili gdy to mówił dziewczyna nie miała już na sobie części zbroi, przymierzała się do odpięcia stanika. Tego dnia doszło do wielu drobnych wypadków. Wszak nie często jest się świadkiem, by młoda dziewczyna rozbierała się w centrum miasta.
Kilka karet zaliczyło zderzenie, o ludziach nie wspominając, ktoś miast kwiatka podlał przechodniowi głowę, który i tak nie zwrócił na to uwagi. Lucy podbiegła by zasłonić koleżankę.
- Skoro tak. - Tytania założyła zbroję.
Kilku zawiedzionych przyglądających się mężczyzn padło na ziemię.
- Oj dziecko, dziecko - staruszek wydał się nabrać do niej dystansu - młoda jesteś, głupiutka - głaskał ja po włosach - ale dobrze, że uroków nie skąpisz.
- Przecież przed chwilą płakałeś! - Wskazała na niego palcem czarodziejka gwiezdnej energii.
- No co ty. - Staruszek odskoczył od rudowłosej. - To zasługa magicznych kropelek do łez! Kropimy jedno oczko, drugie - Lucy jak i inni magowie czuli się jak na jakiejś prezentacji - i mamy fontannę łez. - To mówiąc odwrócił się w stronę magów a z jego oczu popłynął iście strumień łez.
- Dobre na pogrzeby, gdy nie lubiliśmy szefa. - Wyszczerzył zęby, podobnie jak ich mistrz.
- Proszę powiedzieć... - Tytania zwróciła się do niego pokornym tonem. - Skąd szanowny pan zna mistrza Makarova?
- Z opowieści Natsu! - wypalił jak gdyby nigdy nic.
Lucy przewróciła się słysząc tą odpowiedź. Erzę zatkało, przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć. Co zastanawiające reszta magów wydawała się wiedzieć o co chodziło. Niektórzy jak Juvia cicho chichotali z żartu staruszka.
- BUAHAHAHAHA dobre! Ale się wystraszyła! - Natsu znów padł na glebę, tym razem tarzając się ze śmiechu. Mężczyzna, który właśnie upokorzył samą Erzę (w końcu stała się obiektem drwin) czynił znak zwycięstwa, uśmiechając się dziwacznie.
- Mogę spytać ile szanowny pan ma lat? Tytania zadała pytanie wciąż spoglądając w dół, długie włosy zakrywały jej twarz na której prawdopodobnie pojawił się rumieniec, być może dlatego wciąż miała opuszczoną głowę.
- Uuu będzie koło osiemdziesięciu - odparł po chwili zastanowienia staruszek.
- W takim razie - ruszyła na niego pędem (przy okazji odkopując jak leżącego psa, Natsu) - kilka lat w te czy wewte nie zrobi różnicy!
- Oj trzeba wiać. - Dziadek rzucił się do ucieczki, miał krzepę to trzeba było mu przyznać.
- Zabiję gada! - Rudowłosa ruszyła w pościg. Rozpoczęła się walka o przetrwanie.
Uciekinier, wyjął z kieszeni skórkę od banana.
"Rzuca jej skórkę od banana pod nogi, wielka Erza zalicza glebę."
- O tak to by było świetne. - Zacierał ręce na myśl o jej bolesnym upadku. Odwrócił się lecz nikogo za nim nie było. Złapała go. Poczuł silny ucisk w gardle. Gdyby narrator miał opisywać obrazy, które przewinęły się temu starcowi w ostatnich chwilach życia, fik musiałby być od +18.
- AAA! - Oczy niemal wyszły mu na wierzch, owszem Tytania się z nim nie patyczkowała, ale reakcja była zbyt nagła. Lekko zdezorientowana puściła swą ofiarę. Ta zaczęła od kaszlnięć i innych tym podobnych dźwięków. Gdy już starzec doszedł do siebie wskazał na las.
- Co się z nim stało?!!
- Pani Erza w przypływie złości postanowiła potrenować w lesie - odpowiedzi udzielił Vivi. Wszyscy chcący zobaczyć ciąg dalszy (w tym pozostałe czarodziejki, Natsu, Gray i... Gajeel) pobiegli za nimi.
- Tyś to kobieto zrobiła?! - zapytał wciąż z oczami przypominającymi spodki.
- Tak... - przytaknęła pokornie.
Gray dotknął któregoś z poharatanych ściętych drzew.
- Spójrz Natsu, to mógł być ktoś z nas.
- Przerażające. - Smoczy mag przełknął ślinę, na myśl o tym co mogło go spotkać.
- A co to za problem, nie mamy tu kogoś kto... - Juvia zatkała żelaznemu smokowi usta.
- Przy obcych nie powinno się mówić o mocy tego małego - szepnęła wprost do jego ucha.
- Niestety, pani Juvia ma rację - podszeptał z boczku sam mag w tiarze.
- Spadówa! - Odepchnął ich wkurzony mężczyzna. - Pięknie, w takim razie powinniśmy jak najszybciej odpłynąć z tej wyspy. Nim ktokolwiek nas z tym powiąże.
- Dobry pomysł. - Lucy nie mogła mu nie przyznać racji.
- W takim razie w drogę. Ruszajmy w stronę portu! - krzyknął ochoczo Salamander.
Po drodze zabrali też leniwego Laxusa, który jako jedyny nie pobiegł z resztą. Nie wiedzieli jednak, że staruszek, którego Erza omal nie udusiła, ruszył za nimi.



Wyspa na południu księstwa Fiore. Miejsce niemal odcięte od świata, w którym znajduje się tylko jedna mała wioska. Poprawka. Znajdowała się. W noc gdy zaatakowano Erę, stało się coś jeszcze, coś o wiele straszniejszego. Tamtej nocy zginęło wiele istnień ludzkich. Przepadli w blasku światła. Mieszkańcy najbliższego miasta położonego na wybrzeżu, znajdującego się najbliżej owej wyspy zarzekali się, że na chwilę wyjrzało słońce. Mimo, że to przeczyło ich dotychczasowej wiedzy, cześć była gotowa przysiąc. W mieście tym nie używano magii prawie w ogóle, więc nie wszyscy przypuszczali, że mógł to być efekt czaru. Jedno było pewne, na chwilę nastąpiła światłość, było jasno jak w dzień. Daleko przed nimi rozpościerała się łuna światła, która towarzyszyła olbrzymiej eksplozji. Po wiosce nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Olbrzymia temperatura wypaliła krater szerokości połowy kilometra. Nigdzie nie było zwłok, kawałków domów. Wszystko zniknęło w ciągu kilku sekund. Setki głosów ludzkich drących się w niebiosa, przepadły wraz z światłem, które tamtej nocy pochłonęło wszystko co spotkało na swojej drodze...

Koniec Części VIII[/i]
16.03.2010 22:50
Odpowiedz cytując ten post Return to top
Jutsu
Unregistered

 
Post: #63
RE: (New VII) Fik Fairy Tail Another Story. (+16)
Minęło masę czasu, w końcu zdecydowałem się podjąć decyzję o kontynuacji. Nową częścią jest dziesiąta z pięknym X. Ale na tym forum nawet o zgrozo nie dałem części dziewiątej... a było to chyba "matczyne forum" więc sprawa wręcz niewybaczalna. Przy okazji przejścia na nowe forum pojawił się gówniany zapis dodający wszędzie "?" także wraz z premierą niejako dziesiątej części (jutro) wstawiam dziewiątą z poprawionym wcześniej (uprzednio edytowanymi) poprzedniczkami. Także wszystko teraz ładnie wygląda, linki do utworów działają itd.


Fairy Tail Another Story part IX


Zgodnie z postanowieniem mistrza zakonu, z samego rana rozpoczęło się kolejne zebranie. Prawie przez całą noc nie zmrużył oczu. Wszystko co się stało do tej pory już dawno wymsknęło mu się spod kontroli. Miał plan, wróg popełnił błąd, przez co mistrz trafił nie tyle na trop, co na poszlakę, która pozwoli mu odnaleźć sprawcę. Kolejną rzeczą jaka go niepokoiła to sposób w jaki ginęli kolejni mnisi wraz z motywami zabójcy. Głowa pękała mu od nadmiaru myśli. To wszystko nie dawało mu odpocząć.
- Czy przyszedł czas na to, bym wyjawił swój sekret? - Zastanawiał się w myślach. Nie mógł wciąż wierzyć w to, że każdy zaufa mu bezgranicznie i zrobi wszystko to, czego on będzie wymagał. W przypadku gdy poczucie bezpieczeństwa zostaje zachwiane, każdy zaczyna myśleć zupełnie inaczej, dużą rolę odgrywa tu jego psychika. Jedni nadal pozostają wierni i bez szemrania spełniają każde polecenie, inni stają się kukłami, które wprawdzie są posłuszne, ale tracą umiejętność samooceny. Ostatnią grupę stanowią osoby, które mogą spróbować uciec lub spróbować się ubezwłasnowolnić. Z każdą nocą ginął kolejny mnich. Nie wspominając o tych, których musiał zabić Edril. Na razie jednak nie mógł tego zrobić, mnisi liczyli się codziennie. Ciężko byłoby im wytłumaczyć czemu brakuje kilkorga z nich. To mogłoby jeszcze bardziej ich wystraszyć. Tak, panika była im niepotrzebna. Każdy, kto wstąpił do zakonu nie miał przyzwolenia na jego opuszczenie. Zostawał tu aż do wykonania powierzonego zadania. Ich los zależał od mistrza zakonu. Ustalił więc z Edrilem, że zajmą się tym w niedalekiej przyszłości.
Starzec długo przygotowywał się do tego zebrania. Jego pomocnik domyślając się iż tamten potrzebuje odrobiny spokoju zdecydował się pozostać w swojej komnacie i czekać na wezwanie. Ten czas właśnie nadszedł.
Mistrz zakonu skorzystał ze specjalnego wejścia. Było tak jak zwykle. Wpierw pół godziny przed samym spotkaniem wchodził on z Edrilem, by sprawdzić czy nikogo nie ma w środku. Dla większości mnichów był tym, który wchodził ostatni, dlatego też nie mogli wiedzieć kim tak naprawdę był człowiek, który miał w ręku nóż.
- Do licha, w jaki sposób udało mu się niezauważenie wyjść ze swojego pokoju? - Zastanawiał się rozglądając po sali, w której to niedawno odbył się spektakl przed wszystkimi członkami zakonu. Usłyszał ciche kroki. Mimo iż wiedział kim będzie ten ktoś, odruchowo spojrzał za siebie.
Speszony Edril cicho odchrząknął, by zaznaczyć swoją obecność. Zbliżył się do głowy zakonu. Tak jak zawsze podobnie i teraz miał na sobie habit, na jego plecach widniał symbol latorośli.
- Wracają wspomnienia... - Nastąpiła wymowna cisza. Edril zdecydował się ją przerwać.
- Mistrzu... Czy jemu może chodzić o siedmiu mnichów?
Mistrz wzdrygnął się słysząc to pytanie. - Więc - zrobił przerwę by złapać oddech - ty też myślisz, że to o nich może chodzić?
Stanęli w milczeniu. Starzec zdawał się nad czymś rozmyślać, nic nie mówił, Edril również. Obydwaj wiedzieli co miało się za chwilę wydarzyć, zupełnie jak gdyby znali przyszłość. Po twarzy głowy zakonu spływały krople potu, najwidoczniej nieprzespana noc dawała się mocno we znaki. Wtem jakże słodką ciszę przed burzą przerwał dźwięk dzwonka. Głos ten rozbrzmiewał po całym zamku, odbijając się od każdego zimnego kawałka muru, docierał do uszu przerażonych mnichów. Nie byłoby w nim nic nowego, gdyby nie fakt iż rozbrzmiewał on ciągle, bez ustanku. Czyjaś przestraszona ręka ciągnęła nerwowo za sznurek mając nadzieję na jak najszybszą reakcję tego, który miał ich chronić. Coś złego działo się z Ganbo, grubszym osobnikiem, który rzekomo wcześniej zaginął. Do sąsiednich komnat dochodziły krzyki pogrążonego w agonii człowieka. Edril błyskawicznie znalazł się na miejscu. W serca młodych mnichów wstąpiła nadzieja, gdy tylko usłyszeli dźwięk przekręcania zamka.
Podopieczny mistrza stanął w progu. Nie musiał nawet pytać co się stało, to było oczywiste.
- Zabieramy go do mistrza. Odsuńcie się! - krzyknął by ci błyskawicznie wykonali polecenie. Czwórka odzianych w habity odskoczyła jak poparzona. Edril, żegnany pytaniami o stan zdrowia Ganbo udał się do swego pana. Ten już zdążył zamknąć salę obrad by za dwadzieścia minut mogła weń wejść reszta.



Wioska Furushi, położona na daleki wschód od kurortu w którym to pewnego dnia Erza wraz z przyjaciółmi ze swojej gildii, spędziła niezapomniany dzień. Wioska ta ma stosunkowo małą liczbę mieszkańców, nic jej nie wyróżnia z tysiąca innych z królestwa Fiore. Wygląda jak małe miasteczko, domy budowane z cegieł kryte dachówkami. Wioska nie posiadała własnej gildii stąd też nie mieszkało tu wielu magów. Dlatego też było to dobre miejsce na osiedlenie się przez wygnańców, którzy nie mogli znaleźć swojego miejsca w świecie. Od pewnego czasu centrum wioski ożywały występy wędrownego maga, który postanowił zostać tu na dłużej. Towarzyszył mu mężczyzna o prostopadłym kształcie twarzy i dziewczyna wyglądająca jak kotka. Shou, bo tak nazywał się ten chłopak znany był ze swych karcianych sztuczek. Ludzie rozpoznawali go głównie po jego kolczyku na lewym uchu.
- I proszę - powiedział blond włosy chłopak w bordowym, sięgającym do kolan płaszczu, czyniąc gest pełen gracji. Z karty wyleciały dwa gołębie, ludzie klaskali wykrzykując jego imię. Stał się całkiem popularny. Dzięki swoim występom, które cieszyły się dużą popularnością, stać go było, by utrzymywać swych przyjaciół a nawet kupować różne "kociaste" drobiazgi Millianie. Trójka przyjaciół musiała zaszyć się w jakiejś wsi, tak by świat o nich zapomniał. Powodu takiegoż stanu rzeczy nie należy doszukiwać się w incydencie na lacrimowej wieży, wszak nikt nie mógł o nich wiedzieć. Przyczyna była zupełnie inna. Mianowicie ich niewiedza. Od małego mieszkali jeżeli można to tak nazwać, w tej wieży. Była ona dla nich całym jakże niesprawiedliwym światem. Nic nie wiedzieli o tym co działo się na zewnątrz. Nie mieli pojęcia o życiu. Nie znali nawet pojęcia "klejnot". Do tej pory jedzenie dostawali za darmo, nic w zamian nie płacąc. Teraz musieli zrozumieć kilka podstawowych praw jakim rządził się nowy, otaczający ich świat. Shou i Milliane bardzo się ucieszyli słysząc od Wally'ego o dobrym sposobie na utrzymanie się. Wally od zawsze marzył by być bohaterem, takim jakiego widział wtedy na statku, gdy mieli zaraz uciec z wieży. Nie wiedział, że nie można strzelać do ludzi, nawet jeżeli robią coś złego. Centrum miasta, jak w filmach, nie jest odpowiednim miejscem do wymierzania sprawiedliwości. Ponadto kwadratowy szybko dostał się do zorganizowanej grypy przestępczej. Obejmując stanowisko zastępcy lidera. Popełniał kolejne przestępstwa w całkowitej nieświadomości. Musieli uciekać, daleko jak najdalej, w międzyczasie ucząc się życia na nowo. Od tego czasu Wally zaprzestał zabaw w "gangstera".
Do młodzieńca podbiegła dziewczyna o długich blond włosach, spiętych z przodu w dwa podłużne warkocze. Miała na sobie, krótką białą suknię aż za kostki i tegoż samego koloru pantofelki. Zarzuciła mu się na szyję krzycząc w ekstazie:
- Och Shou jesteś taki cudowny. To było naprawdę super! - Magik z grzecznością, a jednocześnie stanowczością, uwolnił się z uścisku odpowiadając zmieszanym tonem:
- Proszę pani... - Jego rumieniec zdradzał speszenie całą tą sytuacją. - Mam teraz mało czasu, muszę iść.
Nie patrząc na to czy dziewczyna się na to zgodzi czy nie, chłopak szybkim krokiem odszedł w boczną uliczkę.

O, już otwarte. - Zauważył jeden z mnichów wychylając nieco głowę. Zdziwił się widząc około pięćdziesięciu osobników w kapturach, wszak do planowego otwarcia sali pozostało jeszcze dobre dziesięć minut. Mimo to wszedł i usiadł po cichu zajmując wraz z kolegą miejsca z przodu. Zamek był duży, więc mieścił naprawdę wielu mieszkańców, zwłaszcza, że ci nie potrzebowali wiele przestrzeni, w końcu byli mnichami. Wkrótce sala zaczęła się powoli zapełniać. Część, by umilić sobie oczekiwanie, rozpoczęła rozmowy na różne tematy. Przeważnie były one o tajemniczym zabójcy, przyszłości zakonu i ich własnym bezpieczeństwie. Jednak Skull, gdy tylko wszedł do sali, również znalazł się na językach kilku osób. Zajął miejsce na końcu z lewej. Gdy szedł mnisi odsuwali mu się z drogi.
Był wyjątkowym członkiem zakonu, w całym zamku roiło się od plotek na jego temat, głównie za założenie niechlubnej gildii. Na nogach miał buty, nie tak jak zdecydowana większość sandały. Odgłos tych butów, potrafił w niektórych wzbudzać silny lęk.
- Jak ja nie lubię tego zimnego dźwięku. - Osobnik który wszedł wcześniej z kolegą, czuł na sobie dreszcze po przejściu mnicha z symbolem czaszki. Po tych incydentach, ludzie bali się go jeszcze bardziej. - Słyszałem, że ten Skull jest jakiś nadpobudliwy - dodał po chwili.
- No, zgadzam się, gość jest niebezpieczny. Wydaje mi się, że to on stoi za tymi zbrodniami - odparł półszeptem osobnik z lewej, na co jego kolega otworzył oczy ze zdumienia. Poczuł jak gryka zaciska mu się na gardle. W końcu wykrztusił równie cicho co poprzednik.
- Czemu tak twierdzisz, szanowny kolego?
- Nie słyszałeś o Skullu? To nie kto inny jak mistrz słynnej gildii czaszki. Zapewne nazwanej na jego cześć.
- Gildia czaszki?
- Tak, ta mroczna gildia, która zajmowała się wykonywaniem najgorszych misji. Rada nigdy tego nie pochwalała, próbowali rozwiązać gildię, ale tamci się dobrze ukrywali, byli nielegalną gildią. - Nachylił się do ucha towarzysza - należała do niej trójca Kruka...
- Ta trójca?
Odpowiedziało mu kiwnięcie głową.
- I my mamy w zakonie kogoś tak bardzo niebezpiecznego? - Nie ukrywał lekkiego oburzenia, a także a przede wszystkim ogromnego zdziwienia, osobnik z prawej. - To pewnie dlatego nosi na sobie kaptur z tym strasznym symbolem... - cicho westchnął. Po chwili jednak szturchnął kolegę znowu. Tamten nadstawił uszu.
- A czemu Edril również ma jakiś symbol na habicie?

Edril noszący ciało grubszego mnicha kichnął omal go nie upuszczając. Znajdował się przed komnatą mistrza. Ganbo ześlizgnął mu się po plecach i uderzył o podłogę rozpłaszczając się po ziemi, zamienił się w maź.
- Chyba ktoś cię obgaduje mój drogi przyjacielu - rzekł staruszek do zafrasowanego tym niecodziennym widokiem, swego podwładnego.
- A... tak... - odparł speszony. Mistrz widząc to uspokoił mężczyznę.
- Spokojnie to tak miało być. Spójrz - wskazał na podłogę - po Ganbo ani śladu.
Edrill spojrzał ze zdziwieniem, faktycznie, podłoga nie nosiła znamion rozlania bądź też rozkwaszenia na niej czegoś.
- Chodźmy lepiej na zebranie.

Mnich znajdujący się w sali obrad słysząc pytanie o Edrilla zamyślił się na chwilę.
- Jakby się nad tym zastanowić to nie tylko on nosi jakiś symbol na plecach. Zahiel również go nosił...
Spod kaptura nie dało się dociec jego miny, która zapewne wyrażała szeroką gamę uczuć. Wszystko zakrywała fałda materiału, stanowiąca maskę, która zapewne doskonale ukrywałaby emocje, gdyby nie tembr głosu, który wraz z tonem wypowiadanych zdań zdradzał niekiedy więcej od samej mimiki. Mężczyzna walczył chwilę z sobą, jednak ciekawość okazała silniejsza i pozwoliła dojść mu do wniosku, że nie zaszkodzi zapytać.
- Yosu, ej Yosu! - Szturchnął niskiego mnicha siedzącego po jego lewej stronie.
- Hm? - Pdwrócił się do niego wołany kolega. Miał małe czarne oczy i przypominał nieco karła, zwłaszcza, że mierzył tylko około metra.
- Wiesz może co znaczą te symbole na odzieniach towarzyszy Skulla, Edrilla czy Zahiela? - zapytał pełen nadziei sąsiad.
- Nie wiem - odparł sucho, zapytany osobnik. - Ta szybka, a jednocześnie dająca do zrozumienia, że mnich ten nie miał najmniejszej ochoty wdawać się w dyskusje, odpowiedź, nie jednego mogłaby zbić z tropu. Jednak każdy, kto znał Yosu wiedział, że to był jego naturalny ton rozmowy.
- A może wiesz, czy coś ich łączy. - Rozmówca nie tracił nadziei.
- Każdy z nich był kiedyś mistrzem gildii, to takie pewnego rodzaju wyróżnienie. Ale nie znam szczegółów. Wybaczcie mi teraz. - Odwrócił się z powrotem. W istocie Yosu do osób szczególnie rozmownych nie należał, jego wypowiedzi pachniały lakonicznością. ale nie można było odmówić im konstruktywności. Zwykł kończyć rozmowę, gdy nie miał nic więcej do dodania i nie oczekiwał, że jego rozmówca pogłębi jego wiedzę na podjęty temat. Yosu, potrafił wyczuć, gdy ktoś posiadał pewne interesujące go informacje, od mistrza zawsze czuł ten pewnego rodzaju "niecodzienny" zapach, podobnie też było z innymi, ale według niego bronili się zaciekle nie dając dowiedzieć się o sobie czegoś ponad to, co znane było wszystkim.
Na rozmowie czas zleciał wszystkim całkiem szybko, wystarczająco, by nawet nie zauważyli wejścia głowy zakonu wraz z Edrilem do sali, za co zostali na wstępnie skarceni. Mistrz zachował jednak szczególną ostrożność, nie chciał nikogo zniechęcić, a tylko pouczyć, w końcu skoro nie zauważyli jak on wchodził do środka, to równie dobrze nie zauważyliby jakby morderca znów uderzył. Doskonale zdawał sobie sprawę z obecności mordercy, nie wiedział tylko kim była ta osoba. Wspólnika wykluczył już dawno.

Dlaczego mistrz uważa, że morderca działał w pojedynkę? - zapytał Edril wpatrując się w jarzący płomień świecy, który odbijał się w źrenicach starszego osobnika siedzącego naprzeciw niego. Tamten wyrwał się z zamysłu.
- Czemu powiadasz? - zapytał jak gdyby dla potwierdzenia. - Bowiem próbował nam wmówić, że ktoś działa z nim. Albo nie, dokładniej mówiąc próbował wrobić kogoś z naszych. Ale to była pułapka. A wróg w nią wpadł. Słowa mistrza zdawały się być przekonujące.

Miał rację i Edril o tym wiedział. Znał zwyczaje mistrza. Wtedy przyszło mu mieć na oku część mnichów, zrobił to z polecenia mistrza, który jak się potem okazało dość słusznie przewidział atak podczas zebrania. Wiedział, że przyciemnienie w jednym z rogów sali było celowe. W ten sposób w miejscu, gdzie było najciemniej mistrz zastawił pułapkę na mordercę, umieszczając w tamtym miejscu klony samego siebie. Gdy więc, ktoś podał jednemu z jego klonów nóż, tak by wyglądało to na atak któregoś z mnichów, od razu było widać iż nie zna on żadnego z nich, czyli próbował wrobić jakieś przypadkowe osoby. Gdyby mu się to udało, zapewne skorzystałby z zamieszania i być może zrobił to co zaplanował.
Jednak przywódca zakonu okazał się być trudnym przeciwnikiem. Warto tu nadmienić iż nazwanie tych "ludzi" klonami nie jest do końca trafnym określeniem, ponieważ różnią się oni chociażby wzrostem, oznacza to, że każdy "klon" może przybrać dowolny wygląd. W ten sposób mistrz zakonu utworzył sobie oddział takich ludzi. Zapewne morderca zostałby szybko złapany gdy nie pewien problem.
- Gdybym wtedy miał więcej mocy... Powinienem się oszczędzać. - Wyrzucił sobie załamując ręce. Edril próbował go pocieszyć zresztą dość umiejętnie.
- To nie pańska wina, cud że dał mistrz radę stworzyć tyle osób, zwłaszcza po "tamtym incydencie".
- No tak - wzdychał ciężko - moja moc nie zdążyła się zregenerować... - Wstał z krzesła. - Nie rozpamiętujmy już tego, jutro ważny dzień musimy zachować przytomne umysły, najważniejsze, że czegoś się dowiedzieliśmy. Działa sam i nie zna nikogo na tym zamku, inaczej wiedziałby że taki osobnik którego stworzyłem, po prostu nie istnieje.
Jeżeli jego celem jest siódemka mnichów to już dawno przystąpiłby do ich likwidowania. Najwidoczniej nie wie też kim oni są, a chyba doskonale wiesz co to znaczy. - Zrobił gwałtowny zwrot.
- Nie! To nam nic nie daje, wszystko przez to, że trzymaliśmy ich w tak wielkiej tajemnicy, bojąc się własnych cieni ukryliśmy to przed całym światem, i teraz obróciło się to przeciwko nam! - Wypowiedział te zdania niezwykle nerwowym tonem. - Nie. Jednak muszę jeszcze pomyśleć, ty Edrilu możesz udać się już na odpoczynek.


Część planów rzeczywiście nie poszła po jego myśli, wciąż nie mógł sobie wybaczyć. Nic mu nie dawało to, że sprawca nic nie wiedział o siedmiu mnichach, bowiem nikt z członków zakonu o nich nie wiedział. Gdyby tego nie ukrywał, tylko sprawca byłby jedyną osobą, która nie posiadałaby tych informacji, przez co można byłoby łatwo ją złapać.


- Dobrze moi drodzy. Zapewniam was, że już za kilka godzin to wszystko się skończy, ale teraz musicie być cierpliwi. Na początek poproszę was do tej sali obok.
- Zaraz ale obok jest korytarz - stwierdził jeden z obecnych.
Przywódca zakonu wskazał prawą ścianę. Okazało się, że w tym przyciemnionym miejscu znajdują się drzwi. Dokąd? Tego nikt nie wiedział. Edril przekręcił zamek i otworzył wrota na oścież. Pierwszy wszedł mistrz z pochodnią.
Zmieszani mnisi pod okiem Edrila rozglądając się po sobie zaczęli kierować się w wskazanym przez mistrza kierunku. Weszli do ogromnej sali, kompletniej pustej. W środku nie było absolutnie nic poza mosiężnymi wrotami prowadzącymi nie wiadomo dokąd. Rząd płonących pochodni rozświetlał tę wielką salę.
- Niech każdy wyjdzie na środek, postarajcie się by była między wami odległość metra.
- Tak jest - odpowiedzieli chórem.
Chwilę potem mistrz wskazał dwójkę mnichów, którzy mieli iść za nim.


Blondyn mijał szybkim krokiem uliczki za uliczkami. Nie wyglądał na zdenerwowanego, nie odwracał się patrząc nerwowym wzrokiem, czy ktoś go śledzi. A powinien.
Niedaleko stał mały domek, a na jego karminowym dachu siedziała dziewczyna w krótkiej różowej sukience z wzorami kotów na wykończeniu. Pomiędzy rozpiętą zieloną bluzką, na krótszej, różowej widniała podobizna tegoż samego zwierzęcia. Lubiła ona przesiadywać często na dachu przyglądając się okolicy. Potrafiła spędzać w ten sposób nawet pół dnia. Dachy wydawały się też idealnym miejscem do obserwowania co też porabiają inni. Co zaczęło ją szczególnie interesować po pewnym incydencie.
Dziewczyna zeskoczyła z dachu stając bezpośrednio przed Shou, który zmuszony był wycofać się krok do tyłu, aby uniknąć zderzenia.
- Wi- dzia- łam - ją. - Uśmiechnęła się do niego zadziornie. Blondyn zdawał się jej nie rozumieć.
- Nie wiem o kogo ci chodzi. - Przekonywał ją z mizernym skutkiem. Bystre oko dziewczyny nie dało się oszukać, z pośród gąszczu przechodniów odnalazła go z tamtą dziewczyną.
- Nie kłam, widziałam was, ciebie i jakąś blondi. - Naburmuszyła się, krzyżując ręce.
Wally wyszedł z domu witając się z Shou. Ubrany tak jak zwykle, w gustowny garnitur z kapeluszem. Nie zabrakło również ciemnych okularów, które sprawiały że wyglądał, jak to sam określał, "jak gangsta".
- Helloł man! Milliaane, Shou pewnie szykował się na małe deeto (date) Tak robią prawdziwi mężczyźni.
Magik podał rękę na przywitanie swemu przyjacielowi.
- Shou, od kiedy zauważyła cię z tamtą girl często ma cię na oku.
- To była tylko fanka, chciała autograf. - Tłumaczył się blondyn. - Co ważniejsze -przybrał poważniejszy ton głosu - mam nadzieję, że u was spokój.
- Don't worry. Shou. Peace jest! - Słysząc to przyjaciel odetchnął z ulgą. Bardzo go zaniepokoiła dzisiejsza wizyta pewnych dziwnie wyglądających osobników.
- Wejdź do środka mam nowy lacrimowy film. - Zachęcał gościnnym gestem pan kwadratowy. W progu dorwała Shou jeszcze Milliane.
- Shou, kim ona była...
- Naprawdę nie mam zielonego pojęcia - odparł zmieszanym głosem chłopak. - Cały czas mnie to spotyka, ale jakoś nie mogę przywyknąć. - Próbował ją nieudolnie pocieszać, o czym świadczyły jej pełne obaw oczy jakimi się w niego wpatrywała.
- Shou jest bardzo popular man, Milliane. Mnóstwo beautiful girl lgnie do niego.
- Przestań Wally... - Blondyn zauważył, że słowa kwadratowego wzbudzają smutek u ich towarzyszki.
- Shou, nas nie opuści prawda? - zapytała z przezorności. Na co Wally zareagował salwą śmiechu.
- Hahaha very funny joke Milliane. - To chyba jej nie wystarczyło. Chłopak zwrócił się do niej ciepłym, łagodnym głosem.
- Nie martw się - pogłaskał ją po głowie - nie opuszczę was, na pewno.
- You are very good men, Shou. - Wally wycierał chusteczką łzy. W rzeczywistości nikt nie wiedział czy tylko gra, czy są to słowa płynące z serca. W każdym razie okazały się wystarczające, by uspokoić dziewczynę. Dodatkowo Shou wyciągnął z kieszeni zegarek w kształcie kota, co dodatkowo ją uszczęśliwiło.
W końcu wszyscy weszli do środka. Pokój w którym obecnie przesiadywali nie był jakoś szczególnie urządzony. Ot, zwykłe krzesła, półka na kamerę do wyświetlana lacrimowych filmów (święte miejsce Wally'ego), kanapa na której to właśnie kwadratowy mag mógł ułożyć się wygodnie podczas oglądania filmu. Pokój podobny do tego w którym mieszkała Lucy. Blondyn usiadł na kanapie, zaraz doskoczyła do niego jak kotka, Milliane.
- Oł Milliane to niegrzeczne, zrobiłabyś coffe Shou. Chciałem właśnie film włączyć.
- Dobrze, dobrze...
Po dość szybkim uwinięciu się ze zrobieniem kawy, dziewczyna wróciła na swoje miejsce. Shou próbował oglądać film, co było trochę trudne ze względu na nieustające komentarze podnieconego Wally'ego. "I zaraz powie mu tak", " I teraz zobaczysz greato (great) scenę", "Mówię ci jaka aktion"- Te i inne komentarze zachwytu, tudzież ekscytacji, mogły w istocie popsuć przyjemność z oglądania, ale Shou nie przejmował się tym zbytnio. Cieszył się, że wszyscy byli zdrowi i bezpieczni, że udało im się jakoś uciec przed strażami, i mogli teraz w spokoju cieszyć się tak prozaiczną czynnością jaką było oglądanie lacrimowego filmu.
W pewnym momencie usłyszeli pukanie do drzwi. Śmiechy i radość ustały.


- Więc mówisz Erza, że skołowałaś dla nas piękny statek? Jak cię znam to pewnie już dawno posłużył za nowy dom dla ryb, albo innego podwodnego gówna Szydził Laxus.
- A to naprawdę musi być statek? - Kolejne pretensje zaczął zgłaszać nie kto inny tylko... Natsu. - Wiecie, nie możemy płynąć wpław?
- Moje fale miłości doniosą Panicza Graya gdzie tylko będzie chciał, aż po granice mego serca. -Wzdychała Juvia.
- Zwykle Lucy skomentowałaby to chociażby krótkim, litościwym westchnięciem nad losem biednego Fullbustera, ale tym razem musiała stanąć w obronie samej siebie.
- Nie, Natsu, ja nie dam rady przepłynąć wpław taki kawał. Zresztą kto dałby radę?
Wszyscy podnieśli ręce. Erza wraz z żelaznym smokiem, który nie chciał być gorszy od Natsu, Laxus który nie chciał być gorszy od Gajeela, Gray, który od zawsze konkurował z Dragneelem, Juvia dla której nie stanowiło to większego problemu, a nie mogła sobie pozwolić zostawić Graya, no i Happy, który co prawda przelecieć tak dużej odległości by nie przeleciał, ale zawsze mógł spocząć sobie na głowie swego przyjaciela. Krótko mówiąc Lucy poczuła się delikatnie mówiąc głupio. Była jedyną, która tego by nie dokonała. Pytanie tylko czy Vivi też dałby radę.
- Nie, ten zapewne też by wymyślił jakiś cudowny sposób. - szeptała pod nosem panna Heartfilia.
- Oj Lucy - pokiwał głową Natsu - z tobą to zawsze jakieś problemy.
- Zamknij się! - Zaatakowała go szczerząc zęby czarodziejka gwiezdnej energii. - Nie jestem rybą!
Co jednak bardziej skupiło jej uwagę to westchnięcie Erzy.
- Nic nie poradzimy, zresztą takie pływanie mogłoby nas zmęczyć, a już niedaleko do celu misji.
- Co? Ale... - Wiadomość ta nie pocieszyła smoczego zabójcy.
- Wiedziałem, że spietrasz - dosadnie ujął Gajeel.
- Natsu - zwróciła się łagodnym tonem - ja tylko żartowałam z tym pływaniem wpław. Tak duże odległości musimy pokonywać statkiem. Nie martw się będę z tobą. - Przytuliła go.
- Tym to ja bym się raczej martwił - stwierdził Fullbuster, podświadomie cofając się miast iść przed siebie.
Nawet nie zauważyli gdy dotarli na molo, gdzie zakotwiczony był statek. Natychmiast do ich uszu dobiegły smutne nostalgiczne dźwięki skrzypiec, oraz innych instrumentów jakie na prędce można podwędzić z pobliskiego sklepu muzycznego. Na molo stała grupa mężczyzn w różnym wieku, część z nich miała zawiązane chusty na głowach. U każdego przy pasie wisiała broń, niektórzy na części garderoby mieli Yolly Rogera swojej załogi.
- To chyba ci piraci od których wzięłaś statek... - Lucy niepewnie wycofała się parę kroków do tyłu, widząc liczne zbiegowisko. Do molo przypłynęły inne statki pirackie, na których pokładach roiło się od piratów.
- Co to, jakiś pogrzeb? - zapytała niby samej siebie rudowłosa, zaskoczona całą sytuacją.
- Służyłeś nam dzielnie, cało wychodząc z niejednej bitwy morskiej, razem z nami ciesząc się bogactwami tych, których złupiliśmy. Jednak tamten potwór zmiótł cię z powierzchni tych zacnych wód. - Jeden z piratów podbiegł, by chusteczką przetrzeć skapującą właśnie łzę kapitana. -To był dla nas honor!
Wszyscy, jakby na sygnał zalali się łzami, jak małe dzieci.
- Nie mamy na to czasu! - stwierdziła panna Scarlet. - Z drogi!
Ceremonię zakłócały coraz to donośniejsze dźwięki, szczęku ostrzy, jęków i krzyków.
Kapitan zażenowany ryknął na całe gardło
- Cicho tam do cholery, pogrzeb jest! No co za plebs - burknął pod nosem. Inni kapitanowie wyrażali swoje niezadowolenie tym nagannym zachowaniem, wspominając jak to teraz ludzie nie mają ogłady. Wtem z tłumu wybiła się Erza. Gajeel kończył właśnie okładać jednego z piratów. Laxus i reszta zostali z tyłu.
- A kim, że jest ta urocza istota - zapytał jeden z kapitanów. Jednak byłemu właścicielowi zarekwirowanego statku nie było do śmiechu. Trzęsąc się jak osika, szczękającymi zębami wykrztusił tylko:
- To ona! - Naraz przypływ adrenaliny sprawił, że nabrał tyle sił by powiedzieć coś więcej. A powiedział najwidoczniej wystarczająco, bowiem w ciągu paru minut na molo nie było już ani jednego pirata. Właściwie, nikogo poza grupą z Fairy Tail.
- No masz , a już myślałem że się nieco rozgrzeję. - Salamander spoglądał w dal na ostatnich uciekających niedobitków.
- Oczom czarodziejów ukazał się ich przyszłościowy transport, czyli statek piracki, który wcześniej uszkodziła Erza. Reakcje pozostałych magów, którzy nie mieli tej przyjemności widzieć owego statku w pełnej okazałości, były przeróżne. Laxus z Gajeelem narzekali na wszystko na co jeszcze można było narzekać, Gray delikatnie stwierdził:
- Przegięłaś... - Takim czymś to my za daleko nie popłyniemy.
- Biedny statek... - Juvia spojrzała z obawą na rozerwane deski pokładu.
- Skróćmy mu męki! - krzyknął Salamander. Język jarzył się jasnym płomieniem. Chłopak rzucił się z ognistymi pięściami do ataku, wierząc, że gdy zniszczy ten statek nie pozostanie inna opcja niż pływanie wpław. A i to było mu dane, bowiem Erza nie cackając się, przyzwała drewnianą maczugę wersji XXL i zdzieliła go prosto w twarz, strącając prosto w otchłań wód.
- Ani się waż go niszczyć idioto! Jest nam potrzebny. Musiałam go trochę obić by nikt nam go nie zabrał sprzed nosa. - Tłumaczyła wychodzącemu z wody Dragneelowi. - Zaraz będzie jak nowy. Vivi pozwól tutaj.
Mały czarodziej podniósł swą rączkę, a chwilę potem nad statkiem unosił się duży magiczny krąg. Statek otoczyła magiczna poświata, części lewitowały wracając na swoje miejsce, maszt wznosił się ku niebu, dziury w żaglach zanikały. Dla tej grupki nie była to pierwszyzna. Na szczęście na molo nie było nikogo poza nimi. Być może miało to ścisły związek z wcześniejszymi poczynaniami panny Scarlet. Kilka chwil później statek był już naprawiony.
- Na pokład. - Wydała krótkie polecenie rudowłosa, sama tachając za sobą swoje bagaże.
Potem przyszła kolej na Natsu, który niczym dziki kot, rozdrapując deski molo i wyjąc wniebogłosy ciągnięty był przez "mamuśkę".
- Całkiem tu brudno - zauważyła na miejscu, zniesmaczona nieładem, gwiezdna czarodziejka. Wiadomo, nie był to hotel jedno-gwiazdkowy, ale Lucy niezbyt widziało się pływać na statku, ociekającym wręcz męskim potem, rozlanym rumem, i pokrytym kilogramami jeżeli nie tonami kurzu.
- Bardzo mi przykro. Niestety cofnąłem czas do momentu zajęcia go przez panią Erzę.
- Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi - Kluczniczce było głupio, gdy Vivi ją przepraszał, w końcu to dzięki niemu mieli na czym płynąć. Kwestia estetyki owszem była ważna, ale to już mógł zrobić kto inny.
- Całkiem tu przyjemnie. - Gajeelowi najwidoczniej nowy wystrój przypadł do gustu. Porozrzucane stołki, nieład, chaos to było to, do czego przywykł. Laxus również nie wydawał się tym zbytnio przejmować, owszem nic by się nie stało jakby tu było czyściej.
- Dziewczyny, zamiatać mi tu dupami ten chlew.
Te kilka nieroztropnych słów wystarczyło, by wyprowadzić wszystkie panie z równowagi.
- No co za cham. Takiemu to dać szmatę w łapę niech sam sprząta. - O ile tymi słowami Dreyar mógłby sobie podetrzeć wiadomo co, o tyle Erzy już nie należałoby lekceważyć.
- Zaraz go przerobię na szmatę! - Rzuciła się z ogniem w oczach rudowłosa. Juvia była nie mniej urażona. Puściła falę wody wprost na byłego członka Fairy Tail. Tamten widząc i wodę i Erzę, zniknął i momentalnie znalazł się na bocianim gnieździe, unikając w ten sposób ataku. Jednak z obawy przed prawdopodobną próbą ścięcia masztu zszedł na ziemię.
- Uspokójcie się, - drapał się po głowie - ja tak tylko wspomniałem swoją dawną zajebistość.
Zapewne i to nie uspokoiłoby gniewu czarodziejek, gdyby nie fakt, że po słowach przyszły czyny, Laxus sam sprzątnął na błysk część pokładu.
- Natsu, Gray pomóżcie mu - powiedziała już dużo spokojniej panna Scarlet. Juvia nie musiała też błagać Gajeela. Sam poszedł po rozum do głowy, wziął szczotkę i udawał, że coś tam zamiata.
- Ej żelazny smoku, sprzątaj a nie tylko u... - Happy nic więcej nie mógł wykrztusić, bowiem w ułamku sekundy pochwycił go sam zainteresowany grożąc:
- Jeszcze słówko koteczku, a dziś na obiad będziemy mieli kocinę.
- Ko... kocinę? - Kotek niezbyt rozumiał co tamten miał na myśli, ale odebrał to jako groźbę, wycofał się więc do Natsu.
- Co mówisz Happy? Groził ci? Już ja się z nim rozprawię. Upiekę go na krwisto! - Zacisnął pięści i wyszczerzył zęby szykując się do ataku. Wtem usłyszał z molo.
- Hej, hej droga młodzieży!
Dragneel wychylił się za burtę, na molo stał wcześniej poznany staruszek.
- O, STARUSZEK!
- Głośniej Natsu - westchnęła Lucy.
Staruszek, wszedł jak gdyby nigdy nic na pokład.
- NIKT CIĘ NIE ZAPRASZAŁ! - krzyknęła większość czarodziejów.
- Hoho jakie powitanie. A mam dla was wieści, moje dzieci.
- Wieści? - Zaciekawiła się rudowłosa.
- O witam ekshibicjonistkę. -Pomachał Erzie ręką na powitanie.
- To on jest ekshibicjonistą! - Wskazała na Gray'a, gwiezdna czarodziejka.
Zaraz usłyszała podwójny, sprzeciw jeden od Gray;a drugi od Juvi.
- Hoho jak zwykle u was wesoło. Ale... nie będzie wam do śmiechu, gdy powiem wam co się stało.
Wszystkich ogarnął dziwny niepokój, Lucy poczuła na swoim ciele gęsią skórkę, tak to było coś naprawdę złego.
- Nieźle nie? To mój nowy produkt, dołamiacz na zamówienie, w Sprayu. Psikamy i natychmiast mamy dołującą atmosferę. - Demonstrował podobnie jak wcześniej, staruszek.
- No nie, myślałam, że to coś naprawdę poważnego. - Skomentowała blondynka.
- No dobrze, co się stało? - zapytała Erza.
- Masz mnie za idiotę? Powiem wam i mnie kopem pożegnasz na do widzenia.
Rudowłosa była w szoku, kim był ten starzec że tak szybko odkrył jej niecny plan?
- Odpłyniemy jakiś kawałek i wtedy wam powiem. - Wystawił język jak niesforny dzieciak, dumny z postawienia na swoim. I rzeczywiście, wszyscy przystali się na jego warunki.
- Kurde ten staruszek jest niesamowity - na głos chwalił Natsu, będąc pod wrażeniem jego sztuki perswazji. - Zaraz, co to ja miałem... drapał się po głowie rozmyślając nad tym co było przed wizytą staruszka. - A, tak! Miałem nakopać do dupy żelaznemu! Hehe. Teraz mnie już nic...
- Odpływamy! - zakomunikowała na głos rudowłosa. Statek odbił od molo, nagle zaczęło lekko kołysać.
- ...nie powstrzyma... - Dokończył Salamander czołgając się w stronę barierki. Blee...




Ależ my jesteśmy głupi... - Ouko siedział jak zwykle oparty na swym miejscu. Ukrywał twarz pod dłonią, jak gdyby chcąc ukryć się przed całym światem. Musiało minąć dużo czasu by sam zdążył sobie wszystko spokojnie przemyśleć.
- Jaki rdzeń etherionu!
Uderzył wściekły pięścią w stół, aż ten cały zadrżał. Belomo podeszła do wzburzonego starszego maga. Próbując go uspokoić, ale wybuchowy charakter Ouka nie dał się stłumić ot tak.
- Czy wy niczego nie rozumiecie?! Przecież to było całkowicie pozbawione sensu! Jaki rdzeń Etherionu! - Żyła na czole robiła się coraz wyraźniejsza, zmieniał się również kolor jego twarzy. W tym momencie magowie mogli sobie pogratulować decyzji o wyciszeniu sali polem, przez które dźwięki nie docierały na zewnątrz, bowiem Ouko nie przebierał w słowach.
- Robimy pod siebie jak tylko słyszymy cokolwiek co powie Sieg. Przecież to skumulowana energia! Rdzeń?! Nie ma czegoś takiego! Nie dość, że uwierzyliśmy w tą bzdurną iluzję, w której walczyliśmy z wrogami z przeszłości, to jeszcze to! Od początku tańczymy jak te marionetki. Jak nam zagrają! Gdyby nie Żendaro, okrylibyśmy się hańbą. I tak na wszystkie strony świata roztrąbią o tym co tu się stało!
Reiji czując jak bardzo trafiają go w czułe miejsca, ostre acz słuszne słowa krytyki kolegi, zdecydował się zabrać w tej sprawie głos.
- Przypominam, że kwestię rozdmuchania tej sprawy mamy już załatwioną. Trzeba pomyśleć, zebrać to do kupy, przede wszystkim musimy ustalić kto i w jaki sposób nas pokonał.
- Myślę że to najlepiej pozostawić odpowiednim służbom - zasugerował mag w wysokiej czapce.
- Pamiętacie tego strażnika którego pierwszego napotkaliśmy? - wtrąciła Belono. Wszyscy zaczęli się nad tym głowić, relacja tamtego strażnika wyraźnie wskazywała na nie jedną iluzję.
- AAch mam tego dość! I tak nic nie wymyślimy. A swoją drogą gdzie jest nasz bohater?
- Mówił, że musi do ubikacji - odparł zadowolony z tego, że nic się nie stało, Makalov.
Ouko już czuł jak podnosi mu się ciśnienie. Ale uspokoiły go miny kolegów. Żendaro teraz nie był tak potrzebny, w dodatku uratował honor świętej dziesiątki magów.
- Należy mu się. Minie trochę czasu nim dowiemy się całej prawdy. Nie ma co się unosić. Trzeba wszystko przemyśleć racjonalnie - kontynuował czarodziej o głowie kota.
Reiji wtrącił się w zdanie kolegi.
- Możemy nad tym myśleć do końca świata, potrzebne jest śledztwo. Nie wiadomo też na cóż tamtemu osobnikowi była ta księga. Nas już raczej nie zaatakuje, w takim razie jaki będzie jego następny cel?
- A tam, drogi kolego. Nie ma co nad tym rozmyślać, tak niebezpieczne przedmioty są tylko tutaj w Erze. Podwoimy ochronę, sami będziemy uważni i do niczego już nie dojdzie. - Uspokajał trójoki mag, który do tej pory nie zabierał głosu w dyskusji. Jednak ci starcy nawet nie zauważyli, że rozmyślanie i takie nawzajem przekomarzanie się było w ich zwyczaju, a w zasadzie stanęło się ich rutyną. Tymczasem Żendaro, udał się do toalety.
Ostrożnie nałożył zaklęcie zamykające drzwi, tak by nikt mu nie przeszkadzał. Co prawda zawsze mógł zostać w pokoju, wszak nie poszedł do toalety w celu załatwienia swej potrzeby, inni mogliby pomyśleć, że ten wciąż odpoczywa po wczorajszym, ale takie, zbyt długie wylegiwanie się mogłoby wydać się podejrzane.
Czuł ziarnistość proszku na swoich łapach. Tym razem nikt, i nic mu nie przeszkodzi. Z powodzeniem będzie mógł użyć tego proszku. Ostrożnie przystąpił więc do rysowania kręgu. Robił to dość powolnie, gdyż przysłuchiwał się każdym dźwiękom z zewnątrz. Nie mógł ryzykować, że ktoś odkryje jego tajemnicę.
- Meritus!
Nad kręgiem uniósł się dym, a z niego uformowała się postać w kapturze.
- Witam Panie. - Ostrożnie i z należytą godnością ukłonił się magicznej postaci swego pana.
- Mów! - Polecił osobnik zakryty kapturem.
- A więc... Żendaro począł się pocić, głos mu się urywał. Wiedział, że zawiódł swego pana i nie wykonał misji. Co więcej musiał mu powiedzieć o tym co zaszło wczoraj.
- Niestety, ale ktoś mnie ubiegł. - Zaczął delikatnie.
- Jak to?!
- Za późno zlokalizowałem miejsce gdzie on był ukryty i ktoś wczoraj zaatakował Erę i go skradł... - Tłumaczył się nieudolnie. Próbował ze szczegółami opowiedzieć wszystko co widział, czego wysłuchał z relacji świętych magów. Być może jego pan, dowie się czegoś więcej. Tamten zapytał bez ogródek.
- Czy to Mistogun?
- Jestem pewien - odpowiedział pewnie członek rady świętych magów. - Wyglądał tak, jak go opisują, co więcej udało mu się bez trudu odkryć iluzję ze ścianą. Nie mam wątpliwości, tylko ktoś tak wyspecjalizowany w tego rodzaju magii, mógłby tego dokonać.
- Sprawdzimy to jeszcze. Ktoś mógł próbować go wrobić. Czy rada wie?
- Nie, nie powiedziałem im o nim. - Żendaro powoli nabierał pewności, najwidoczniej nie wszystko było stracone, jeszcze dostanie swą szansę, a teraz należało tylko bez zająknięcia odpowiadać na pytania swego pana.
- To dobrze. Z pewnością rozpoczęliby poszukiwania i go znaleźli, a wtedy on wydałby im ciebie.
- Ma pan rację. On również mnie ostrzegł, bym wrócił do nich. Zapewne nie chciał by dowiedzieli się oni o tym, co tam zaszło.
- Tak, nie wiedzą nawet, o kamieniach. Macie więc wspólny interes by nikt nie dowiedział się ani o jednym ani o drugim. Kontynuuj swoją misję. Jeżeli ktoś, znajdzie się w posiadaniu jakiś notatek, masz je zniszczyć. W żadnym wypadku nie dopuść, by ktoś poznał prawdę. Pozbycie się światków zachwieje i tak już nadwątlonym spokojem w radzie. Im mniej wiedzą tym mniej nam przeszkadzają i niech tak zostanie To wszystko.
- Dziękuję panie za zaufanie, nie zawiodę.



- Co to? Jakaś odpowiedź? - Zapytał na głos niby samego siebie jeden z mężczyzn w habicie.
Wtem zauważył, że dwóch mnichów wyszło z drugiej sali. Zwykle w takich sytuacjach, osoby takie są otaczane ciekawskimi, chcącymi wypytać o wszystko co działo się wewnątrz. Tym razem nikt nie podchodził. Każdy w spokoju czekał na swą kolej. Jedni rozmawiali inni medytowali, próbując o tym nie myśleć. Było jasnym, że wszystkiego dowiedzą się dopiero po przejściu przez te drzwi, nie wcześniej. Pierwsza dwójka osób która wyszła, powiedziała tylko "Mistrz zabronił nam cokolwiek mówić" i na tym skończyło się usilne dociekanie.
- Skull twoja kolej. - Osobnik z symbolem czaszki poczuł na swoim lewym barku lekkie szturchnięcie. Już miał pchnąć tego niegodziwca, który śmiał się to uczynić, ale wolał w tym momencie nie rzucać się w oczy. Oczywiście nie mógł z tym przesadzić.
- Jeszcze raz to zrobisz a porachuję ci wszystkie kości - burknął. Natychmiast poczuł na sobie przenikliwe spojrzenie Edrila. Odwrócił się w jego stronę.
- Skull, ile mamy na ciebie czekać? Do środka.
- Dobra, już idę.
Szedł pomiędzy kilkunastoma swoim kolegami, z grobową miną, a zamiast niego tonem niezadowolenie przemawiał stukot jego butów o posadzkę. Odgłos ten rozbrzmiewał w całej Sali, wywołując u większości dreszcze. Patrzyli z lękiem i obawą w postać, której się tak obawiali. Zaraz potem krwisty symbol czaszki znikł za zamkniętymi drzwiami.

Koniec części dziewiątej.
09.01.2012 01:06
Odpowiedz cytując ten post Return to top
Jutsu
Unregistered

 
Post: #64
RE: Fik Fairy Tail Another Story. (+16)
Hurra hurra! W końcu nowa część, już mam dość poprawiania starych Dodgy
To forum było pierwszym na jakie trafił ten fik, więc nie wyobrażam sobie by tu nie było nowej części jako pierwszej. Ociągałem się długo, bo i w moim życiu zaszły pewne zmiany i jeszcze parę zmian zajść musi, ale nie powinno to jakoś znacząco wpłynąć na częstotliwość wychodzenia kolejnych części. Dziękuję tym, którzy zostali i dalej czytają te moje wypociny, przepraszam tych których zawiodłem, przez co porzucili ten twór, bo też ile można czekać. Dziękuję za ciepłe słowa, i słowa krytyki (której było w miarę mało o dziwo) i za wszystkie komentarze jakimi mnie uraczyliście.
Tytuł another story miał być spolszczony i w ogóle inny ale zostało tak jak zostało Smile Przez ten czas starałem się udoskonalać swój styl, dodać opisy itd. Warto wspomnieć czasy gdy jeszcze nie było anime, a ja zawiedziony kolejnym arciem ( bo był lipny jak nie wiem) zdecydowałem się pisać swoją alternatywną historię. Z bohaterami, których właśnie Mashima pomijał. Nie znałem wtedy anime, więc nieco błędnie zinterpretowałem postacie, wydaje mi się że nie wpływa to aż tak znacząco na odbiór tego tworu nazywanego przecież inną historią. Nie wszystko musi się więc zgadzać.

Pisałbym i pisał poniesiony tą chwilą, ale jeszcze wstęp Was zniechęci.


Fairy Tail Another Story X

Biegł przed siebie, trzymając mocno za rękę Milliane. Wally był krok za nimi. Dziewczyna z całej siły trzymała się kurczowo blondyna. Bała się, że gdy puści jego rękę, stanie się coś strasznego co rozdzieli ich już na zawsze. Z bijącym jak największy dzwon na świecie sercem, patrząc na jego plecy, starała się biec przed siebie i wytrzymać tempo jakie narzucił. Strach pozwolił organizmowi przekroczyć granice wytrzymałości. Już dawno straciła rachubę czasu. Każda minuta walki o życie zdawała się trwać wieczność. Mijali drzewa, krzewy i inną roślinność, której nie dali wedrzeć się do oczu. Szybki, zdecydowany ruch ręki chłopaka przeczesywał wszelkie gałęzie zostawiając jej pustą drogę. Wiatr towarzyszący pędowi, przypominał o zagrożeniu towarzyszącymi odgłosami wystrzałów. Przeciwnik zbliżał się niebezpiecznie blisko. Musieli się ukryć za drzewami. Wally oparty o gruby pień próbował pozbyć się ścigających. Kule świszczały w powietrzu przeszywając brutalnie powietrze. Fontanna drzazg tryskała z każdego trafionego drzewa. Shou stał tuż za nim, kryjąc ramieniem skuloną dziewczynę. Wiedział, że nie mogą uciekać w nieskończoność. Któryś z pocisków mógł w każdej chwili trafić w któreś z nich. Nie znali się na opatrywaniu, to byłoby zbyt ryzykowne. Nie chciał ryzykować. Za wszelką cenę wolał uniknąć walki, w której być może będzie musiał kogoś zabić, ale nie mógł narażać swoich towarzyszy. Bezradna dłoń zaciskała się coraz bardziej chcąc zmiażdżyć całą nienawiść tego świata.
Wszystko przepadło. Piękny dom w jakim zaszyli się Shou, Miliane i Wally przerodził się w pole walki na śmierć i życie. Już w momencie, gdy ktoś zapukał do drzwi, dźwięk ten przebił po wielokroć głos w filmie, wdzierając się głęboko do uszu Shou, co od razu zapaliło w jego głowie czerwoną lampkę. Sielanka się skończyła. Chłopak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż nie będzie ona trwać wiecznie. Miał tylko nadzieję, że spokój potrwa jak najdłużej. Cóż... w tym momencie musiał się pogodzić z tym, że była to już przeszłość. Niemal natychmiast wyrzucił kartę przez okno. Kartę, dzięki której mógł zobaczyć kto jest po drugiej stronie. Gdy tylko dostrzegł panów w garniturach rozkazał po cichu uciekać swoim przyjaciołom. Lacrimę, bojąc się o Wallyego, schował do karty. Grad wystrzelonych pocisków spadł na dom całkowicie bez ostrzeżenia. Przyjaciele Erzy padli na ziemię unikając trafienia. Brzdęk pękającego szkła sprawił, że kotkę przeszedł dreszcz. Miała wyczulony słuch, podatny na każde pęknięcie w ścianie, trzask mebli. Wszystko obracało się w ruinę, roztrzaskując się na setki maleńkich kawałków. Każdą rzecz, tak delikatnie kruchą, rozrywał od środka gorący ołów. Towarzyszył temu nieprzerwanie sypiący deszcz łusek z łoskotem uderzających o ziemię. Było ich tak wiele, nie mogła tego zliczyć.
Silne szarpnięcie Shou, przywróciło jej zmysły. Nie było czasu na rozmyślanie. Nie mogli się kryć w nieskończoność za resztkami mebli. Musieli uciekać. Biegli przed siebie nie wiedząc dokąd.

- Musimy walczyć. – Przyznał sam przed sobą przez zęby, niechętnie sięgając po karty.
Karty posłusznie zatańczyły w jego dłoniach tworząc wir, który zaprosił do tańca tysiące liści. W chaosie wirującej zieleni zdezorientowany przeciwnik łatwo padł ofiarą zabójczych lass Miliane, które zaciskały się ograniczając ruchy. Kilka celnych strzałów Wally’ego zakończyło całą walkę.
- Udało się! – krzyknęła zadowolona kotka. Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia. Kwadratowy mężczyzna oberwał w prawy bok, lecz nie chciał tym martwić swoich przyjaciół. Na razie postanowili dać odpocząć skołowanym nerwom. Byli bezpieczni.



Wydawałoby się, że nie może być nic przyjemniejszego, niż orzeźwiająca bryza delikatnie mierzwiąca włosy. Jednak nie wszyscy raczyli się podróżą na statku. Pewien znany osobnik już dawno, wijąc się niczym kijanka, dotrwał tak do barierki wystawiając za nią swe różowe włosy. Jego donośny dźwięk pojękiwania, wzbogacany czasem o nieco głębsze odgłosy, zapewne każdego chwyciłby za serce gdyby nie fakt, iż był on irytująco głośny.
- Już nie mogę... - Chłopak, który zwykle przypominał chodzący kłębek energii, odwrócił się pół żywy spoglądając beznamiętnie w stronę reszty. Nie czuli tego co on. Porządki trwały w najlepsze. Statek sam się nie sprzątnie, ale wszyscy rozumieli, że należało to Natsu wybaczyć. Właściwie sądzili, zresztą całkiem słusznie, że przyniosłoby to więcej szkody niż pożytku. Ktoś tam w tej górze był taki niesprawiedliwy. Tylko on miał problemy z chorobą lokomocyjną. Mimo wszystko, gdyby mógł zdać sobie z czegoś sprawę i tak pewnie doceniłby to, z czym teraz walczył i czego nienawidził. Wszak lepsze było skupianie się na tym, niżeli na przeszłości, która go nie opuściła. A ta wracała jak bumerang, który nieroztropnie rzucony i zapomniany mógł następnie palnąć od tyłu w łeb zupełnie niespodziewającą się tego osobę. Co dodatkowo mu wcześniej nie dawało spokoju, to dziwny zapach, którego nie mógł z niczym skojarzyć. Czuł całym sobą, że jest to coś niespotykanego, coś niecodziennego, o czym z pewnością nikt inny nie miał pojęcia. W tej chwili jednak czuł jedynie jak jego żołądek kołysał się w rytm jaki nadawał mu statek, którym podróżował. Do Salamandra zbliżył się jedyny blondyn w tej ekipie, klepiąc biedaka po plecach.
- Co tam Natsu, wciąż trudy w podróży, widzę? – zapytał z nieukrywaną prawdziwą nutką współczucia w głosie. Laxus dla większości członków Fairy Tail był chamem. Jednak z Natsu łączyły go specjalne relacje, wydawał się milszy dla niego. Teraz, gdy jego, jakże złowrogie, nastawienie do świata minęło, potrafił zdobyć się na więcej ludzkich uczuć.
- Bleee.
- Spadówa!
Dreyar poczuł lekkie popchnięcie, a następnie uderzył plecami o maszt.
- Co się? – Wstał otrzepując swoje ubranie. Spojrzenie przed siebie przyniosło natychmiastową odpowiedź. Erza była już przy swoim „synku”. Zwykle już leżałby opierając głowę na jej kolanach, ale nie tym razem. Z początku jasne, taki był jej zamiar - uśmierzyć ból. A jednak tym razem, chociaż rzadko dochodziło do wewnętrznej walki, walki którą tylko ona widziała, która rozgrywała się w jej głowie. Po jednej stornie "ringu" znalazł się mały aniołek błagający o litość, a po drugiej, diabełek. Żadne z nich nie dawało za wygraną.
- Spójrz Erzo. Natsu cierpi. Spójrz jak bardzo chłopak cierpi.
- A tam, trele morele. To i tak nic za to co miałaś mu zrobić za ten festyn. Przypomnij sobie tę frustrację. Nic tylko kopnąć w dupę, by więcej wyrzygał.
- No jak tak możesz zła demonico. Owszem, rozumiem każdego innego, ale Natsu? Zresztą chyba wolałby karę cielesną, niż tortury które teraz przechodzi – mówił, składając rączki, aniołek.
"Ring" wysadziło jedno pojedyncze słowo. Sprawiło, że oba głosy sumienia zniknęły jak nieopatrzny błysk światła.
- Kochana, nie za dużo sobie poczynasz? – Wnuk Macarova zdążył już się ogarnąć w czasie, gdy aniołek i diabełek wymieniali zdania.
- Ko...chana? – Powtórzyła w myślach. Zapytał niby żartem, nie spodziewając się jak bardzo Erza na to zareaguje. Natychmiast myśli o wszystkim zniknęły, a w środku, jak wielkie walące serce, dudniły słowa. Ukryła wzrok wbijając go w pokład. Nie była przygotowana na takie słowa. Zwłaszcza od niego. Nie zdążyła przejść z tym do porządku dziennego od czasu gdy ją pocałował. To było tak gwałtowne, szybkie i mocne. Czasem wracała do tego wspomnienia. Nie mogła nic poradzić na czerwieniące się policzki, które mogłyby ją zdradzić, gdyby nie rude włosy, które skrzętnie skrywały jej emocje.
Na jej dość duże nieszczęście. Dostrzegł to Gajeel, który akurat tym razem przez chwilę był po jej stronie, bowiem przywaliła Laxusowi, którego nie lubił. Pomimo odległości jaka ich dzieliła, bowiem ten siedział sobie spokojnie wyciągając nogi na jakimś drewnianym stole na pokładzie, popijając piwo, nie odmówił sobie dopieczenia jej i tym razem. A robił to przy każdej możliwej okazji.
- Aleś spaliła buraka! – Zaśmiał się pełnym gardłem, uderzając radośnie kuflem o blat. Piana pofrunęła na pokład. Happy, który zawsze był przy Natsu, bowiem jako przyjaciel uważał za swój obowiązek dzielić z nim smutki i radości, również wtrącił swoje trzy grosze.
- Llllubi cię.
- A dajcie wy mi święty spokój! – Rudowłosa pobiegła schować się do kajuty. Nie wiedziała czemu to zrobiła. To było dość spontaniczne. Odtrąciła przy tym, jak wcześniej Dreyara, Kotomandera w taki sposób, że ten uderzył w i tak już dość mocno wychylonego smoczego zabójcę, przez co ten wpadł do wody. Najbliżej wyczynu Dragneela był jeszcze staruszek, dość nieproszony gość, który siedział sobie radośnie łowiąc ryby.
- Jaki piękny poranek. W sam raz na błogie leniuchowanie, tudzież łowienie ryb. – Po chwili namysłu dodał. – W sumie jedno i drugie ho ho – zaśmiał się, niebezpiecznie się odchylając w stronę pokładu. Omal przy tym nie spadał z barierki, co z pewnością mogłoby się nienajlepiej dla nie go skończyć. Na szczęście haczyk od wędki złapał za coś dość ciężkiego, co przywróciło równowagę rybaka.
- O, jaka ryba! – W kąciku oczu pojawiły się dołeczki. Musiał nawet zeskoczyć z barierki, bowiem o siedzeniu nie mogło być mowy. Zdobywając się na nadludzki wysiłek, włączył leżące blisko radyjko, z którego muzyczka miała dodać mu sił.
Row, row fight to Power!
Naprężył mięśnie i... guzik mu to dało.
- Kurde! - Zawiedziony wyłączył radio. - Starość nie radość. Ej młodziki, pomóżcie no mi tu z rybką.
- Jak ty myślisz, że w ten sposób wkupisz się w nasze łaski, to źle myślisz. – Gray podszedł jak zwykle ubrany do pasa ( na szczęście zasłaniając to, co zasłonięte być powinno), chwycił za staruszka i zaczął ciągnąć. Całość zainteresowała Lucy, która mimo całej niechęci do starca, (wszak był stary i zboczony), postanowiła zaprezentować się z dobrej strony.
- Otwórzcie się drzwi do byka! Taurus! – krzyknęła na głos, podnosząc klucz w górę.
- Jestem słodkie cycuszki! – Taurus był szczery, aż do bólu. Zawsze mówił to co myślał. A że myślał zawsze o piersiach i tym podobnych sprawach, to zawsze o tym mówił.
Zażenowana swoją genialnością Lucy westchnęła mówiąc.
- A nie powinieneś witać się ze mną? Nie ważne. Idź pomóc dziadydze złapać rybę.
- Tak jest! – Byk z pełną ochotą przywarł do Graya, który cieszył się, że tym razem nie zapomniał spodni. Nie uszło to uwadze panny Lockser.
- A ta krowa czego chce od mojego panicza Graya?
- Ryby sobie łowią – odpowiedziała blondynka.
Taurus wciąż mając serduszka w oczach zwrócił się do kluczniczki.
- Sushi będzie?
- Może? – Odparła beznamiętnie. Już teraz żałowała, że zdecydowała się pomóc zboczeńcowi (właściwie to dwóm, bo zachowanie Graya można było pod coś takiego podpisać) przywołując, na domiar złego jeszcze większego zboczeńca.
- Już nie mogę się doczekać, by zjeść sushi z twojego nagiego ciałka, Lucy!
- Tego nie powiedziałam, ty zboczona krowo! – Kategorycznie zaprzeczyła panna Heartfilia.
– Myśl ta niewątpliwie perwersyjna, pomimo sprzeciwów ze strony czarodziejki gwiezdnej energii, dodała mu tyle energii, że bez trudu, jednym szarpnięciem sprawił, że ryba pofrunęła w powietrzu lądując na pokładzie.
- Czas na sushi! – W blasku słońca odbijała się krowa... z toporem... która celowała w leżącego, przemokniętego Natsu. A że w głowie miała tylko obiekt swojego pożądania, czyli hojnie obdarzoną przez naturę nagą tacę, gdzie w jej zagłębieniach mogłyby znajdować się najznakomitsze kąski, nie wiedział co robi. Dragnell widząc to zaczął się ślamazarnie zbierać. Przypominał danie uciekające z talerza. Czarodziejka gwiezdnej energii zażenowana całą sytuacją odwołała swojego zodiaka, bo do niego nie docierało już kompletnie nic.
- Szkoda gadać – westchnęła, chowając klucz. Podeszła wraz z resztą zainteresowanych zobaczyć „rybę”. Ta zdążyła już rozpłaszczyć się na deskach.
- Natsu, to byłeś ty? A ja myślałem, że to ryba. – Staruszek wydawał się być bardziej zaskoczony niż zawiedziony, faktem że ryba okazała się być człowiekiem i mieć na imię Natsu.
- Mnie to mówisz... Tamta krowa też tak myślała... - wystękał ledwo chłopak o różowych włosach.
Jednak chwilę później w jego głowie zapalił się płomień nadziei. Natychmiast rozgrzał on całe ciało, przywracając na moment formę Salamandra.
-Dziadku, dziadeczku, ty masz tyle tych magicznych przedmiotów. Nie masz czasem czegoś na chorobę lokomocyjną? – zapytał z nadzieję w głosie. Oczy zajarzyły się blaskiem, ręce ścisnęły mocno dłonie staruszka.
- Oj, Natsu. Gdybym miał coś takiego, to bym chyba podróżował luksusowym liniowcem, obawiam się, że nie ma na to lekarstwa. – Poklepał go po ramieniu na dowód współczucia.
W rozmowę wtrącił się najbardziej tajemniczy osobnik jaki znajdował się na tym statku.
- Panie Natsu, jest pan chory? – zapytał Vivi spoglądając spod tiary na już słaniającego się na nogach chłopaka.
- No – odpowiedział powłócząc nogami Dragnell, który stracił resztki nadziei. Już nic nie mogło go uratować. Świat nie zostanie zbawiony, wszystko kończy się tutaj, na tym statku.
- Ja mogę pana uleczyć. Znam zaklęcie uzdrawiające.
- SERIO?! - Ilość decybeli jaką wydał z siebie smoczy zabójca, z pewnością przekroczyła poziom dopuszczalny. Na ten dźwięk nawet najsilniejsza kobieta w gildii wyszła na zewnątrz. Vivi kontynuował:
- No tak.To tylko zaklęcie działające na...
- Nie gadaj! Działaj! Chcę być zdrów jak ryba! – Przerwał mu natychmiast Natsu, którego pochłonął nurt entuzjazmu.
- Może do ryb to już nie wracajmy – wtrącił Fullbuster.
- Dobrze. Proszę się nie ruszać.
- Wszyscy zebrali się wokół czarodzieja. Wszak nie często widzi się takie zjawisko. No dobrze. Prawie wszyscy. Tym razem wyjątkiem był Gajeel, który ze swojej miejscówki doskonale wszystko widział. A właściwie widziałby gdyby nie ludziska okrążający Natsu.
- Ej zabierać dupy! – Rzucił zdenerwowany kuflem w stronę zgromadzenia.
- Jak chcesz popatrzeć, to ty zawlecz tu swoją! – odpyskował wnuk Macarova.
- Cisza! – Przerwała rudowłosa nie mogąc się doczekać na to, co zaraz miało się wydarzyć.
- Esuna. – Z rękawicy małego maga, zaczęły wydobywać się kłęby dymu, które chwilę potem spowiły głowę Dragnella, wdzierając się przez pory skóry do wnętrza. Smoczy zabójca poczuł jak wszystko powoli zdawało się zatrzymywać, jego żołądek się uspokoił. Choroba od zawsze go trapiąca, ustąpiła jak ręką odjął.
- Chłopcze znasz tę magię? – Zapytał z zainteresowaniem staruszek. Który niepotrzebnie przypomniał o sobie. Niemal natychmiast został pochwycony przez rudowłosą.
- My mamy do pogadania.
Nim jednak zrobiła krok naprzód, staruszka wytrącił jej z rąk, biegnący jak rakieta, Natsu. Zachowywał się jak dziecko w sklepie z zabawkami. Jego nadpobudliwość dała o sobie znać z zdwojonym skutkiem.
Wszędzie było go pełno. To na maszcie, to na barierce, to skakał, to biegał, robił gwiazdki, fikołki słowem wszystko. Czasem miało się wrażenie jakby zaklęcie podzieliło go na kilka innych Natsu.
- Nareszcie czuję że żyję!!! – Tłumiony do tej pory przez chorobę, głos szczęścia wybił się z płuc, by rozgrzmieć po całym statku.
Chwilę potem wdrapał się na bocianie gniazdo, by stamtąd obserwować morze.
- Ale bajer! Zawsze chciałem być na bocianim gnieździe! – krzyczał wciąż rozentuzjazmowany, ciesząc oczy widokami, przybrany syn Igneela.
- Chyba nie będziemy mieli już spokoju – stwierdził z nieukrywaną radością Laxus.
- Chyba nie - przyznała zadowolona Lucy. Większość z początku z ulgą obserwowała wyczyny smoczego zabójcy, ciesząc się wraz z nim. Na moment wszyscy zapomnieli o całym świecie, o misji. Erza zapomniała o staruszku, który zapomniał o dziwnej mocy Viviego, nikt nie zastanawiał się nad pochodzeniem mocy tajemniczego, małego maga, o którym jak i o wszystkim co ich teraz do tej pory spotkało, zapomniał również Natsu. Ale to wyjątek, pierwszy raz w życiu, chłopak o różowych włosach mógł poczuć jak to jest swobodnie podróżować.


Przesłuchanie Skulla zdawało się nie mieć końca. Nic dziwnego, był jedną z najbardziej tajemniczych, a przez to i budzącą lęk, osobą w zakonie. Większość czekających w sali mnichów nie miała wątpliwości co do sprawcy tych wszystkich ataków. Pozostało im tylko mieć nadzieję, że mistrz dowie się prawdy i stosownie ukarze winnego.
- Nie wydaje się szanownym kolegom, że coś długo to trwa? – zapytał jeden z oczekujących mnichów. W istocie minęło już zdecydowanie za dużo czasu od kiedy drzwi zamknęły się za Skullem. Jakież jeszcze większe zdziwienie było, gdy drzwi się otworzyły i wyszedł przez nie Edrill. Natychmiast niemal, jak z najciemniejszej chmury, spadł deszcz pytań, lecz on sam nie znając odpowiedzi, nie mógł nic powiedzieć. Spoglądał tylko z uwagą w stronę Sali, którą przed chwilą musiał opuścić.
- Kawy, Skullu mój drogi? A może wina? – zapytał dziwnie szczerząc zęby starszy człowiek.
- Meritusie czyżbyś to był ty? – odpowiedział pytaniem przywódca gildii czaszki. Ci dwaj wyglądali na dawnych znajomych. Skull spod ciemnych jak noc brwi, jeszcze ciemniejszymi oczyma dostrzegł jak starzec nalewa mu wina do kieliszka. Pokrytą żyłami ręką chwycił za puchar i zanurzył usta w szkarłatnym płynie.
- Jak zwykle dobry gatunek. Lubię mocno wytrawne – odparł z zadowoleniem gładząc się po długiej, ułożonej na kształt szpikulca, brodzie.
- Mój drogi przyjacielu, rad byłbym gdybyś nie wymawiał mego imienia na głos. Nikt tu nie wie o tym co kiedyś zaszło. Zakon tak naprawdę jest stosunkowo młody, ile to już lat? – zapytał spokojnie spoglądając na swojego rozmówcę.
- Pięć panie. – Z pokorą odłożył kieliszek odchylając się lekko do tyłu. Nie było nikogo poza nimi, mogli sobie teraz wszystko wyjaśnić. Wszystko co zostanie tu powiedziane pozostanie w tych czterech ścianach i między nimi.
- Służyłeś mi wiernie. Ale... - złożył ręce w mostek opierając na nich swą wydawałoby się ciężką głowę – zacząłeś działać na własną rękę. – Twarz przybrała ponury wyraz, wykrzywiając się w głęboki grymas zniechęcenia.
- Panie... - Skull przywarł jak pchnięty mocą do krzesła. Po twarzy spłynęły mu kropelki potu. Serce zaczęło mocniej bić, jakby próbując się wyrwać, zerwać wszelkie połączenia z ciałem i uciec stąd jak najdalej, jak najdalej, by zniknąć poza mściwy zasięg jego wzroku.
- Mogę to wybaczyć. Wszak to nie do końca twoja wina, że jesteś jaki jesteś. Przepełniony chciwością i złem, które chyba wyjadło ci szpik z wszystkich kości.
- Jesteś zbyt łaskawy, panie. – Przywódca gildii czaszki sięgnął po kolejny łyk wina. Ten był łapczywy, jakby od dawien dawna tylko na to czekał. Mógł odetchnąć z ulgą. Ledwo udawało mu się zapanować nad swoim ciałem, a teraz drżenie ustało całkowicie.
- Jeżeli miałem być takim głupcem jak ty, to tylko dzięki tobie się nim nie stałem. Nie działałem impulsywnie, tylko z rozwagą, przez co udało mi się tego starego głupca okręcić wokół palca. Wszystkie przygotowania zakończone.
- Cieszę się mój panie. – Przesłuchiwany starał się ukryć fakt, iż uśmiech ten był całkowicie wymuszony. Jak gdyby do ust miał przywiązane nici i ręką z tyłu usilnie za nie ciągnął.
- Ale pozostał pewien problem.
- Ja... jaki mój panie – zapytał jąkając się, czując jak gryka znów zaciska mu się na gardle, Skull.
- Mistrz zakonu nie da mi spokoju. Ktoś musi odpowiedzieć za te morderstwa. Przykro mi Skull, byłeś najwierniejszym towarzyszem, ale tu nasze drogi...
- Ja.. jak to – Zerwał się jak porażony prądem przywódca gildii czaszki. Nie potrafił już ukryć strachu. Nawet nie zauważył, kiedy kaptur znów ukrył twarz Meritusa.
- muszą się rozejść...
Kilku mnichów pochwyciło Skulla zakrywając mu usta. Ten szarpał się jak mógł, jak zwierzę które ma zaraz zostać zadźgane, przeczuwające nadchodzącą śmierć. Mimo tego był tylko jeden, silne ręce pewnie kontrolowały niemal każdy jego ruch.
- Bądź dymny. Będziesz kozłem ofiarnym. Nikt nie będzie zastanawiał się nad tym jak tego dokonałeś. Wszyscy i tak się modlą, by ten stary głupiec rozkazał cię powiesić. Każdy się ciebie boi. Nie ty jesteś winny. Winny jest przypadek, być może niebiosa ulitują się nad twoim losem, bowiem już od dawna byłeś tylko kukłą.
Każde słowo trafiało wprost do uszu Skulla. W ten czas powoli przypomniał sobie swoją przeszłość. To co sprawiło, że stał się taki jaki jest. Chciał dobrze, ale teraz dochodził do wniosku, że lepiej było się nie wtrącać i pozwolić kole losu potoczyć się tak jak ono zechce. Nie musiał być taki. Mógł wieść zupełnie inne życie. Takiej jak dawniej, takie jak niegdyś gdy świat nie wydawał się taki ponury. Świat nigdy nie dowie się jaki był naprawdę. Prawda przepadnie, utonie w morzu mroku. W kompletnej ciemności jakiej się on teraz znajduje. Głosy milkną, obraz zanika. Ciemność opatula go zapraszając do innego świata.

Nie było osoby, która nie odwróciła się w stronę drzwi, które otworzyły się z gwałtownym hukiem. Przez ledwo szparę wyszła osoba okryta kapturem ciągnąc za sobą ciało. Struga krwi płynąca z utkwionego w symbolu czaszki, sztyletu znaczyła trasę od drzwi na środek sali. Osoba rzuciła martwego przed wszystkich odkrywając kaptur. Fioletowe włosy przez moment zafalowały w powietrzu niemal natychmiast, dzięki odpowiednio długiej grzywce, zakrywając krwiste oczy dziewczyny.
- Ayane! - Edrill nie mógł uwierzyć własnym oczom.
- Mam gdzieś zakazy mistrza. Jak widać pojawiłam się w odpowiednim momencie. – Zaczęła pewnym głosem. Stała dumnie wyprostowana, nie bojąc się tego co zrobiła. Za nią przez szparę w drzwiach wybiegł mistrz zakonu.
- Ayane, co ty tu robisz? Co... - Spojrzał na martwe ciało Skulla. – Co się tutaj stało?
Dziewczyna odwróciła się do mistrza mówiąc:
- Chciał mistrza odurzyć i zabić. Pojawiłam się w odpowiednim momencie. Skoro to on był mordercą to nie ma czego żałować – stwierdziła wyjmując sztylet z ciała i przecierając go szatą zmarłego. Nie miała szacunku do niczego. - Mistrz jest zbyt delikatny, nawet gdyby udało wam się go złapać i uwięzić. On uciekłby i dalej robił swoje – dodała kierując się w stronę wyjścia z sali. Wszyscy zamarli. Nikt nie spodziewał się, że przesłuchanie zakończy się w taki sposób. Gdy szła każdy, łącznie z Edrillem, usuwał jej się z drogi.


Shou i jego przyjaciele przemierzali powoli gęstwinę leśną, chcąc znaleźć jakieś miejsce na spoczynek. Wkrótce znaleźli. Maleńką polanę w samym środku lasu.
- Co teraz z nami będzie – zapytała zmartwiona dziewczyna. Shou westchnął usiadłszy na trawie.
- Nie wiem. Pewnie znów się gdzieś zaszyjemy. – Próbował ją pocieszyć, lecz wiedział, że to próżny wysiłek. Czy tak chcieli żyć już zawsze? W wiecznym strachu i niepewności. Z ciężkim żalem wypowiadał każde słowo. – Ja chciałbym byście byli bezpieczni, byście nie musieli ciągle uciekać. – Sam nie wiedział kiedy strumień łez popłynął po jego policzkach. Nie potrafił zatrzymać uciekających łez. Wally czuł się winny za to co ich spotkało. A ta rana po strzale w bark to jego karma. To przez jego głupotę i niewiedzę ich życie zamieniło się w koszmar.
- Wróćmy do Erzy. – Nagle wypaliła Milliane. Propozycja ta zaskoczyła obu magów.
- Do Erzy? – zapytali z niedowierzaniem. Przecież postanowili żyć na własny rachunek. Nie przysparzać więcej zmartwień ich przyjaciółce.
- Spapraliśmy... - westchnął strzelec. - Chcieliśmy wszystko robić sami... Mieliśmy dobre intencje ale... - spojrzał na swoich przyjaciół – nie udało się.
- Może w tym Fairy Tail bylibyśmy naprawdę szczęśliwi... – Dziewczyna spojrzała z nadzieją w niebo. Pozwoliła swym marzeniom wzbić się w górę. Tak bardzo chciałaby być szczęśliwą. Tylko tyle. Nic więcej by jej nie było potrzebne. Tęskniła za Erzą. Myśl, że mogłaby znów ją zobaczyć, była taka ciepła, opatulała ją ze wszystkich stron, sprawiając że tęsknota rosła coraz bardziej. Shou wymienił z Wallym porozumiewawcze spojrzenia. Możliwe że nie byłoby to takie złe. Może właśnie dlatego im się nie udało, by dobry los skierował ich na właściwą ścieżkę, którą mają podążać.
- Erza... – Pomyślał chłopak.

- Apsik! – Tytania przetarła nos chusteczką. Mało kto usłyszał jej kichnięcie, bowiem ciągnęła za sobą łódź ratunkową, która w tamtym momencie uderzyła o pokład. Dużo szczęścia miała Lucy, która dziękowała sobie, że postanowiła iść z najsilniejszą kobietą w gildii z drugiej strony, a nie obok łodzi.
- Ktoś cię chyba obgaduje, Erza – zawadiacko puściła do niej oczko.
- A tam obgaduje. – Rudowłosa podnosząc łódkę uśmiechnęła się do przyjaciółki. – Zapewne ktoś mnie miło wspomina. – Przywarła ręce do serca mocno ściskając. – Może – uniosła głowę do góry – może to jakiś mój dawny przyjaciel, który mnie potrzebuje? – Nie wiedziała nawet ile miała w tym racji.
- Możliwe. – Zgodziła się blondynka.
- Zajmijmy się może naszym nieproszonym gościem. – Zaproponowała panna Scarlet. Chwilę potem łódka wylądowała obok staruszka. Który już wcześniej zauważył, że coś jest nie tak. Zrobił wielkie oczy udając greka.
- O co chodzi?
- No jak to o co chodzi – zmarszczyła brwi - wpadasz do nas usprawiedliwiając, się że masz nam coś ważnego do powiedzenia, więc przyszedł czas abyś się tym z nami podzielił.
Natsu, który nie miał już problemów z podróżowaniem, czym wcześniej dał wyraz radości, pojawił się w mig obok staruszka.
- O właśnie! Masz nam coś ciekawego powiedzieć! – Chłopak o różowych włosach jak zwykle nie potrafił powstrzymać swojego entuzjazmu. Niemal natychmiast dołączyła reszta magów ciekawa dalszych wydarzeń.
- No dobrze... – Staruszek wstał zrezygnowany. – Jestem Garito. Bardzo proszę nie skracać tego do Gari, bo „to” jest bardzo ważne. Można do mnie: starcze, mędrcze, dziadku, dziadeczku, dziadusiu...
- Skończ pan z tym! - Żyłka na czole rudowłosej wyskoczyła jak za dotknięciem magicznej różdżki.
- Pan też można.
- Nie o to pytałam! – Dziewczynie coraz ciężej było utrzymać nerwy na wodzy. - Gadaj co nam chciałeś powiedzieć.
- No wiesz młoda damo, a kultura? Wypada się przedstawić nie? – Obdarował ją zdegustowanym spojrzeniem.
- No dobrze... - Najsilniejsza dziewczyna w gildii znów karciła się w myślach, za brak pohamowania. Cieszyła się również z faktu, że staruszek tak naprawdę nie zna ich mistrza, bo oberwałoby się jej jeszcze gorzej.
- Nie wspomnę o wyciętym w pień lesie – naburmuszył się dokładając drwa, do jej kominka wyrzutów sumienia.
- Do lasu to proszę nie wracać... - Skonsternowana Erza nie wiedziała co powiedzieć.
- Czemu wspomniał pan o lesie? – zapytała blondynka obok, po cichu otrzymując od panny Scarlet okejkę.
- No daj spokój młoda, mieszkam tam sobie. Miasto otacza piękny półksiężyc lasu, a teraz dupa proszę państwa, bo połowy nie ma. Obok czegoś takiego nie da się przejść obojętnie. Ileż to zwierząt straciło swój dom, ileż par straciło miejsce na romantyczne...
- Skończ starcze pierdzieć, bo się niedobrze robi. – Wtrącił tę jakże niekulturalna uwagę, po cichu otrzymując uwagę od Juvi, Gajeel. Z drugiej strony podszedł Laxus.
- Co chwilę odwracasz kota ogonem.
- Tylko bez kotów! – Oburzył się Happy.
- W porządku – westchnął Garito. – Powiem wam.
Na moment zapadła cisza, wszyscy z niecierpliwieniem, niektórzy z irytacją, a niektórzy z ciekawością oczekiwali co też ma im ten dziwny starzec do powiedzenia. Ten nabrał powietrza do płuc i powiedział jednym tchem.
– Lubię Natsu! – Wypalił nagle wyciągając ręce stronę chłopaka.
Salamander podskoczył by się przytulić.
- Ja też cię lubię staruszku! - W tym momencie większość nie wytrzymała, ale przed jakimkolwiek ruchem powstrzymał ich Natsu, który zaczął się dziwnie zachowywać. Zaczął usilnie obwąchiwać staruszka.
- Ten zapach... - Nie mógł sobie przypomnieć. Gdzieś brakowało głównego składnika. Czuł go już niedokładnie wcześniej, wiedział że to coś nostalgicznego, ale nie pamiętał co to. Centymetr po centymetrze podążał za tajemniczą wonią szukając epicentrum.
- Natsu... - zniesmaczyła się czarodziejka gwiezdnych duchów – co ty robisz?
Ten nic nie odpowiedział. Poszukiwania źródła zapachu pochłonęły go zupełnie. Przewrócił starca i obwąchiwał jego ubranie. Zachowywał się jak pies policyjny. W końcu jego nos znalazł odpowiedź. Tak długie przebywanie z tym zapachem odświeżyły mu pamięć. Jego oczy się rozwarły, wstał i nie wiedział co powiedzieć. Był w kompletnym szoku. Krople potu spływały mu po twarzy. Zamarł.
- Natsu ej, Natsu! - Próżne były wołania innych, potrząsanie przez Erzę i Lucy. Coś zdecydowanie było nie tak. Ledwo wykrztusił parę słów które od kilkunastu sekund tkwiły mu w gardle.
- Czuję... - próbował powstrzymać drżenie rąk. – Czuję zapach smoka...
- CO?!!! – Słowa te zaszokowały resztę magów, szczególnie Gajeela.
- No tak. Zabójca smoków – Staruszek wstał i otrzepał swoje ubranie.
- Kim... Kim ty jesteś?

Koniec części dziesiątej.
10.01.2012 00:04
Odpowiedz cytując ten post Return to top
Odpowiedz 




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama