Bo długiej walce z kompem mogę wreszcie dostarczyć wam pierwszy chapter YS'a, mam nadzieję, że odnajdziecie w nim coś, czego nie było w innych fikach

Życzę miłego czytania i zachęcam do komentowania
Aha, nie spodziewajcie się po tym chapterku nie wiadomo czego ;] Historia dopiero się musi nakręcić
MOŻLIWE SPOILERY!!!
P.S. Wybaczcie, że jest trochę krótki, ale taki właśnie miał być. Nie chce za dużo na początek rzucać ;]
Chapter I: Początek.
Binkusu no sake o...
- HEJ BROOK! Skrzypce w dłoń!
- Dawaj! Zaśpiewajmy to wszyscy!
todoke ni yuku yo...
- PANOWIE WSTAWAĆ!!! TAraara!!! Rirarara!!!!
- AAA, Brook!!! Już nie śpimy!!!
- ZAMKNIJ SIĘ !!!!
.....
Dzisiaj mija kolejny rok od mojej śmierci. Jak ten czas szybko płynie, Laboon... Ale wiesz, mówi się, że czas leczy rany. Trudno mi jednak zapomnieć o chłopakach, o kapitanie... Swoją drogą, te przysłowie jest totalnie bezsensu w moim przypadku. Rany pojawiają się na ciele a ja... Yohohohoho!!! Chyba mi się najwyżej złamania zrosną.
Sam widzisz, co się ze mą dzieje. Staram się jakoś funkcjonowć, przemieniać tragedię w żart, bo tak naprawdę co innego mi pozostało? Rozśmieszanie samego siebie. Tyle lat samotności.... Chociaż, nie zawsze byłem sam. Zawsze Ty tutaj byłeś. Ale nie tylko. Byli przecież inni. Ci zagubieni podróżnicy... Chyba najwyższa pora opowiedzieć Ci o tym. Szczególnie teraz, gdy koniec tego wszystkiego jest tak bliski. Ta opowieść to tylko moja ucieczka od nieuniknionego. Więc posłuchaj....
Jak sam pamiętasz z moich opowiadań, długi czas szukałem swojego ciała. Przez mgłę trudno było cokolwiek zobaczyć. Wreszcie jednak poczułem, że jakaś siła ciągnie mnie w dół. Gdy się obudziłem, byłem już w swoim ciele... A właściwie w szkielecie. I słyszałem jakiś ruch na statku. Powoli uniosłem głowę i zobaczyłem jakąś grupkę piratów. Z początku myślałem, że to nasza załoga, więc od razu krzyknąłem:
- Hej, kapitanie!
Odwrócili się w moją stronę i zobaczyłem obrazek jak z najgorszych koszmarów. Stojący najbliżej mnie "pirat" nie miał połowy głowy, a z jego ust wypływa szara maź, której pochodzenia nie chciałem nawet znać. Reszta tej zgrai nie wyglądała lepiej. Zwisające z ciał płaty skóry, ropiejące rany, brak ręki lub nogi... Słyszałem kiedyś o nich. To zombie.
Ze wszystkich wyróżniała się jednak jedna postać. Wysoki osobnik, pewnie jakieś 2,5 metra, ze spiczastymi uszami, wystającymi z ust kłami i ze skórą (zszytą nićmi) koloru niebieskiego sprawiał wrażenie kogoś ważniejszego niż inni. Przede wszystkim dlatego, że jako jedyny nie buszował po pokładzie, a tylko się przyglądał. Teraz skupił wzrok na mnie...
- No proszę! Czyżby jakiś zagubiony szkielet z naszej ferajny? Kishishishi... - jego śmiech przypominał jednocześnie płacz dziecka i szczekanie psa.- Nie, zaraz, tak trochę nie za bardzo wyglądasz na naszego... CO?! Buahahaha! Ten szkielet ma afro, no nie mogę!
"Wampir" upadł na pokład statku i zaczął płakać ze śmiechu.
- Nie wierzę! Drugi Sengoku! Buahahaha! Nie uwierzą mi jak wrócę!
Nagle śmiech urwał się. W oczach kreatury pojawił się błysk.
- Jak się nazywasz szkielecie?
- Brook - odpowiedziałem, ale czułem, jak nogi się pode mną uginają. W jego głosie brzmiała niewypowiedziana groźba.
- Brook... Zwą mnie Gecko Moria. Zapamietaj to imię, szkielecie....
W tym momencie poczułem, jak ktoś uderza mnie w tył głowy i straciłem przytomność...
Obudziłem się znowu na naszym statku, ale czułem się jakiś taki pusty... oczywiście trudno jest być pełnym, będąc szkieletem (yohohoho!), ale to było coś więcej. Popatrzyłem po sobie. W sumie wiele się nie zmieniło. Białe kości - są. Afro - jest. Laska - jest. Ubranie - jest. Buty - są... Zaraz... Spojrzałem za siebie, na bok, potem znowu przed siebie. Możesz sobie tylko wyobrazić moje zaskoczenie faktem, że nie mam cienia! Szlag mnie jasny trafiał, bo nawet nie zdążyłem zobaczyć, jak wygląda cień szkieletu. Przypomniało mi się jednak, że tuż przed upadkiem widziałem ogromną wyspę za plecami Morii. Gdy w mojej głowie pojawiło się to imię, przed oczami (przed czym?!) przesunęły mi się mgliste obrazy, jakby przypomienie snu. Widziałem wampira, który wyciąga ze mnie duszę, która jest cała czarna. Mówi coś. Ta wizja trwała tylko chwilę, ale wiedziałem, że muszę dotrzeć do tej wyspy...
Wybacz Laboon, ale drugi raz nie będę Ci o tym opowiadał przecież. Zresztą, przywoływanie wspomnienia walki z tym samurajem ciągle jest bolesne. Nie byłem dla niego żadnym przeciwnikiem! Zmiażdżył mnie zombie, który posiadał mój cień! Przecież powinniśmy być na tym samym poziomie! Niestety...
Po porażce wróciłem na statek i postanowiłem poddać się temu, co mnie czeka...
Nie potrafię opisać, co czułem, żyjąc sam na statku pełnym ciał. Chyba nikt nie potrafiłby tego opisać. Codziennie budziłem się z krzykiem, widząc w koszmarze śmierć Yorka i reszty. A w rzeczywistości leżałem wśród nich, gnijących i patrzących na mnie pustymi oczodołami... Poczułem wtedy, że nie spełnie tej obietnicy... Że nie dotrę do Ciebie, nie posłuchamy jeszcze raz tej pieśni... Owoc, który zjadłem, okazał się przekleństwem. Wrzucił mnie w środek piekła, z którego nie było ucieczki...
Sam długo się zastanawiałem jak to jest, że nie zaskakuje mnie to, że jestem szkieletem. Widzisz, znasz mnie. Zawsze byłem taki, że w każdej sytuacji próbowałem znaleźć coś zabawnego. Dzięki temu łatwiej można się z tą sytuacją pogodzić. A to, że wyglądałem jak szkielet mogło być naprawdę czymś zabawnym. Oczywiście nie dla każdego...
Pamiętam wyraźnie dzień, gdy zobaczyłem rozbity statek na granicy mgły. To było jakieś 3 miesiące po incydencie z Gecko Morią. Ogień wciąż tlił się na szczątkach rozrzuconych w promieniu wielu metrów. W wodzie pływały rozszarpane ciała, najwyraźniej nie dawno rozpętała się tutaj bitwa.
Nagle usłyszałem jakiś głos, dobiegający od lewej strony naszego statku. Wyjrzałem za burtę i zobaczyłem jakąś postać. Resztkami sił trzymała się jakiejś deski, i wołała słabo.
-Ktokolwiek... Błagam, pomóż mi...
Najszybciej jak tylko mogłem przerzuciłem drabinkę przez burtę i zszedłem po niej. Zatrzymałem się tuż nad postacią i chwyciłem ją. Była leciutka jak piórko, więc bez problemu mogłem wnieść ją na pokład.
Była to młoda dzieczyna, skończyła pewnie dopiero 18 lat. Miała długie, czarne włosy i, powiem szczerze, całkim niezłą figurę. Na poszarpanym ubraniu zobaczyłem w wielu miejscach plamy krwi. Była ranna i nie wiadomo, jak długo przebywała w lodowatej wodzie. Czym prędzej zabrałem ją do mojej kajuty, jedynego wyglądającego w miarę normalnie pomieszczenia. Z jednej z szafek wyciągnąłem bandaże. Na szczęście były wciąż w opakowaniu, więc nie było ryzyka, że są na nich bakterie. Starając się nie patrzeć na to, co jest pod ubraniem, zacząłem ją opatrywać. Po godzinie odsunąłem się od niej. Nie było tak źle. Dziewczyna nie odniosła poważnych ran i głównym problemem było raczej wyziębienie organizmu niż utrata krwi. Okryłem ją kilkoma kocami postanowiłem czekać. Pzystawiłem sobie stołek obok jej łóżka i stereotypowo postanowiłem czuwać, oczywiście zasypiając.
Ze snu wyrwał mnie krzyk połączony z jednoczesnym kopniakiem w twarz. Zleciałem z krzesła i spojrzałem w stronę łóżka dziewczyny. Teraz siedziała na nim z szeroko otworzonymi ustami i z przerażeniem w oczach.
- Dzień dobry! Nazywam sę Bro... - zacząłem, ale wypowiedź przerwał garnek, który trafił mnie prosto w gębę.
- AAAAA!!! NIE ZBLIŻAJ SIĘ DO MNIE!!!!
Hm, w sumie nie ma co się dziwić, jestem szkieletem.
-Przepraszam panią ale czy mógłbym coś...
Tylko cudem uniknąłem lecącego w moim kierunku taboretu, który rozstrzaskał się na ścianie za mną.
- Słuchaj, naprawdę nie powinnaś...
-Jesteś jednym z nich! ZABIJĘ CIĘ! - krzyczała dziewczyna i zaczęła wstawać z łóżka. Nagle zobaczyłem grymas bólu na jej twarzy. Zrobiła parę kroków w moją stronę i potknęła się. Złapałem ją, żeby nie upadła. W innej sytuacji możnaby to uznać za romantyczną scenę, gdyby nie to, że ja byłem szkieletem, a ona obandażowaną furiatką.
- Zostaw mnie... Ja...
Zemdlała.
Schemat tego typu powtarzał się wielokrotnie. Przestałem wreszcie sypiać, żeby mieć szasne uniknąć kolejnych uderzeń. Pewnego razu postanowilem wreszcie wytłumaczyć sytuację. Znalazłem kawałek papieru, i napisałem na nim krótki liścik, w którym tłumaczyłem dziewczynie co się stało, jak ją znalazłem, i że nie jestem wrogiem. Napisałem, że zjadłem taki a nie inny owoc, i dlatego tak wyglądam. Kartkę zostawiłem na stoliku obok niej.
Obudziła się godzinę później, a ja, uprzedzając jej krzyk powiedziałem.
- Przeczytaj liścik!
Dziewczyna zastygła z lampką w ręce i spojrzała na biurko. Ostrożnie, mając mnie ciągle na oku, wzięła do ręki liścik. Zobaczyłem,że czyta go powoli i uspokaja się. Postanowiłem więc podejść do niej. Zostałem przywitany szybkim butem w ryj.
- ROZEBRAŁEŚ MNIE TY ZBOCZONY SZKIELECIE!! - zaczęła krzyczeć, rumieniąc się przy tym.
- Zaraz, zaraz.. Ja tylko niosłem pomoc... - tłumaczyłem się.
- NA CYCKI CHCIAŁEŚ SOBIE POPATRZEĆ! A POTEM PEWNIE WYKORZYSTAĆ I... - w tym momencie przerwała i spojrzała na mnie. Chyba uświadomiła sobie, że nie bardzo jest jak ją wykorzystać....
- No właśnie - podsumowałem. - A teraz pozwól, że się przedstawię. Jestem Brook, aktualny kapitan piratów Runba i, jak widać, szkielet.
Patrzyła na mnie spode łba i wymamrotała:
- Aiko....
Trzeba przyznać, miała fajny głos.
- Słuchaj... Aiko? - zacząłem. - Proszę, opowiedz mi, co się stało kilka dni temu?
Wyraźnie się zasmuciła. A potem zaczęła opowiadać.
Aiko urodziła się na małej wysypce na East Blue. Ojciec całe życie wpajał jej uwielbienie do Marines, i przez długie lata sama wierzyła w słuszność działań Rządu. Pewnego dnia w jej rodzinnym mieście została złapana grupa piratów, w której przebywał także jej najlepszy przyjaciel, Riko. To znaczy, tak naprawdę nie był on piratem. Jako młody chłopak interesował sie po prostu pirackim życiem i często spędzał czas w barach, w których przesiadywali piraci. Tego dnia siedział przy jednym stole z grupką piratów i słuchał ich opowieści. Wtedy to baru wparowali marines i zgarnęli wszystkich, łącznie z Riko. Chłopak wyrywał się, zaklinał, że nie jestem piratem, ale nic to nie dało. Wszyscy zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie.
Śmierć Riko i jawna niesprawiedliwość Marines miały ogromny wpływ na młodą dziewczynę. Następnego dnia wsiadła do luku bagażowego jednego ze statków i uciekła z wyspy. Po jakimś czasie została odkryta przez kapitana statku i wyrzucona na najbliższej wyspie. Głodną i poobijaną znalazł ją kapitan Farimo, mężczyzna w średnim wieku i nikczemnego wzrostu. Zaproponował jej, żeby dołączyła to jego pirackiej załogi. Zgodziła się bez wachania.
Wraz z załogą przeżywali wiele przygód, ale nad Aiko ciągle wisiało widmo jej ojca, który na pewno jej szukał. Kilka dni temu zostali zaataowani przez statek Marines. Kapitanem na ich statku był młody komodor, noszący czapeczkę z daszkiem i hawajską koszulę. Kapitan Farimo be wachania rzucił się na młodego, mając pewność, że nie będzie miał z nim szans. Mylił się straszliwie. Chłopak był użytkownikiem jakiegoś dziwnego Diabelskiego Owocu, dzięki któremu zamieniał się w płynny ogień. Kapitan nie miał żadnych szans, dosłownie rozpłynął się pod wpływem gorąca. Reszta załogi dzielnie walczyła z innymi marines na swoim statku ale wtedy wydażyło się coś zaskakującego. Ten młody komodor uderzył wielką pięścią uformowaną z ognia wprost w statek piratów Aiko. Wszyscy, marines i piracie, powpadali do wody i w większości zginęli. Ten młodzian poświęcił wszystkich dla dobra sprawy, dla celu misji. Którym było na pewno zabicie Aiko. Ta jednak przeżyła..
- I trafiłam na statek jakiegoś obłąkanego, zboczonego kościotrupa... Świetnie. - zakończyła.
Słuchałem tej opowieści w milczeniu, zaskoczony brutalnością marines. Owszem, podczas przygód Runba wielokrotnie spotykała się z wysłannikami Rządu, ale nigdy nie byli oni ta brutalni, nigdy nie mogliby poświęcić własnych nakama. Ale ten tutaj... Posiadająć tak niezwykłą moc może za kilka lat być znaczącą postacią w Marines.
- Aiko, przykro mi, naprawdę... Wiem, co czujesz, bo ja sam straciłem swoich towarzyszy. Widzisz, ja...
Przerwał nam odgłos kroków na pokładzie. Wyciągnąłem swoją katanę z laski i wyszedłem na zewnątrz.
Na środku pokładu stał mężczyzna, który w pierwszej chwili mógłby być pomylony z zombie, a to ze względu na ogólny wygląd. Miał krzywe zęby, był bardzo chudy i bił od niego odór ciał. Poruszał się jednak jak normalny człowiek, nie brakowało mu części ciała, nie miał na sobie szwów. Ubrany był w strój marines. W ręku trzymał sporych rozmiarów miecz. Zauważył moje przybycie, skierował czubek miecza w moim kierunku i powiedział.
-Z rozkazu Rządu ja, podporucznik T-Bone, skazuję Ciebie i poszukiwaną Aiko na śmierć!
Zaczynało być ostro...
Pytania niecałkiem dramatyczne:
-Jaki będzie wynik starcia Brooka i T-bone'a?
-Jaką jeszcze tajemnice skrywa Aiko?
-Czy połączy siły z kościotrupem?