Aktualny czas: 23.10.2020, 12:36 Witaj! (LogowanieRejestracja)

[Op. fantastyczne] Łowczyni dusz
Autor Wiadomość
Eihnaren Offline
Wanderer
Pirat

*
Liczba postów: 293
Dołączył: 30.08.2009
Skąd: Eran Tharnas
Post: #21
 
Rozdział trzeci - part 2 (part 1 wyżej)

* * *

- Wierzysz w cuda?
- Nie, cuda się nie zdarzają.
- Dlaczego tak uważasz?
- ...
- Rozumiem. Kiedyś bardzo pragnęłaś cudu, ale on nie nadszedł. Albo nadszedł, a ty go nie zauważyłaś lub zrobiłaś coś, przez co to straciłaś. Mam rację?
- ...
- Ale ty też ją masz. Po części.
- ?
- Cuda się nie zdarzają. To ktoś sprawia, że one nadchodzą. Czasem tą osobą jesteśmy my.
- Taak? A jakież to wielkie wymogi trzeba spełnić, byśmy to my byli powodem wydarzenia się cudu?
- ...
Powiedz mi, moja droga...
Czego ty tak naprawdę pragniesz?

* * *

Dziwaczna szarówka minęła. Mgła zalegająca zgliszcza obozu zaczęła się powoli rozrzedzać, chmury jednak wciąż pozostały na niebie.
Długo jeszcze stała, wpatrując się w miejsce, gdzie zniknęli ognistogłowi jeźdźcy. Tak przynajmniej mu się wydawało, choć ciężko było to ocenić, widząc ją jedynie od tyłu. Stała prosto, nie ruszając się choćby o milimetr. Aż bał się zastanawiać, co też dzieje się w jej głowie. Jednego tylko bał się bardziej.
Skoro nie zabiła go do tej pory, mógł czuć się bezpieczny. Znaczyło to bowiem jednoznacznie, że wcale nie chce tego uczynić. To, co powinien jak najszybciej zrobić, to uciec. Znalazłby okazję, gdyby tylko tego chciał, okazje zawsze się zdarzają. Jednakże...
Oczy miała szeroko otworzone, wytężyła słuch do maksimum. Słyszała wyraźnie Szelest Świata. Fale mruczały jej nieprzyjaźnie w uszach. Mogło istnieć ku temu kilak powodów. W ułamku sekundy rozpatrzyła od tego, który wydawał się być najbardziej błahym rozwiązaniem, aż po te najbardziej katastrofalne. Uśmiechnęła się. Jakkolwiek by nie patrzyła, przyszłość rysowała się w bardzo kolorowych barwach. Niedługi czas miał jej pokazać, co tak naprswdę oznaczał te dobijający się do jej umysłu Szum. Do tamtej pory nie warto było sobie zawracać tym głowy. Tym bardziej, że najwidoczniej po latach niełaski świat zaczął jej sprzyjać. Takiego prezentu nigdy by się nie spodziewała. Co więcej - ten prezent w ogóle nie powinien istnieć. A jak powszechnie wiadomo, najprzyjemniejsze są te niespodzianki, które najbardziej nas zaskakują.
Odwróciła się i spojrzała na swą bitewną zdobycz. Jak to dobrze, ze nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest dla niej ważny. Mógłby przez to niepotrzebnie chcieć stawiać jakieś wymagania. A tymczasem miała go w garści. Od momentu, gdy zobaczyła jego reakcję, nie było wątpliwości, że wie to, czego jej potrzeba i że pójdzie tam, gdziekolwiek ona mu rozkaże. Nie miał wyboru. Sam tego chciał.
Udając jednak przed zwierzyną, że jeszcze nie jest w naszych sidłach, daję się jej ten cień wątpliwego spokoju, że jeszcze nie jest w potrzasku, by potem tym łatwiej ją złapać. I zrobić nią, co tylko się chce. Poza tym, jeden z jej bardzo dobrych nauczycieli, tych, od których nauczyła się najwięcej, często powtarzał, że dobre zastraszenie nikomu jeszcze nie wyszło na złe. Możliwe jednak, że chodziło mu wyłącznie o zastraszającego.
Odwróciła się niespiesznie, tak samo podeszła do leżącego, chwyciła go obiema rękami za habit tuż przy szyi, podniosła, jakby ważył nie więcej niż wypchany pierzem strach na wróble. Patrząc mu prosto w oczy swoimi demonicznymi czerwonymi tęczówkami i pokazując na wszystkie strony dwa rzędy bielutkich kłów, zaczęła mówić:
- Słuchaj mnie teraz uważnie, bo nie zamierzam się powtarzać. Zrozumiałeś?
Zakneblowany młody mężczyzna pokiwał kilka razy nerwowo głową. Udawał, wiedziała, że się nie boi. Zastanawiało ją, co jest tego powodem. Ale to nie było nic ważnego, nie miała wątpliwości, że dowie się tego później, natomiast na obecną chwilę nie było to w żadnym wypadku priorytetem, a jedynie sprawiało, że gra stawała się nieco bardziej interesująca. W każdym razie, z której strony by na to nie patrzeć - to ona miała przewagę.
- Będę ci teraz zadawać pytania, a ty masz mi na nie odpowiadać bez zająknięcia ani zastanowienia. Jeśli nie odpowiesz, jeśli się zawahasz lub - jeśli skłamiesz - zabiję cię. Czy wyraziłam się jasno?
Kolejne potakiwanie głową.
Wyszczerzyła się w przerażającym uśmiechu.
- Bardzo dobrze. Pytanie nr jeden: czy znasz sygocki?
Delikatnie zadrżał, tęczówki mu się rozszerzyły, usłyszała jak jego serce zaczyna bić szybciej. Nie musiałby już odpowiadać, ale w końcu nie zdawał sobie przecież sprawy, że ona już wie - ujrzała kolejne pojedyncze przytakniecie.
- Bardzo się cieszę. Także teraz pokażę ci jeden znak z mojej przopaski na szyi. A ty powiesz mi, co oznacza.
Błyskawicznym, płynnym ruchem, puściła go prawą ręką, wyciągnęła sztylet, rozcięła nim knebel, wyciągnęła brudną szmatę z ust chłopaka i odrzuciła ją gdzieś na prawo. Był w stanie dostrzec tylko dwie ostatnie czynności. Odkaszlnął, ruchami mięśni twarzy, gdyż ręce wciąż miał związane, zaczął rozmasowywać sobie zdrętwiałe miejsca. Zdawała sobie sprawę, że związała go bardzo mocno. Ale cóż mogła na to poradzić, miała już to w nawyku, że nie zakładała knebli tylko dla pozoru. Podniosła jego głowę, podkładając mu pięść pod brodę, tak by spojrzał na jej szyję, i wskazała pojedynczy biały emblemat, znajdujący się niemalże na środku czarnej przepaski z przodu.
- Powiedz mi, cóż to takiego oznacza - wyrzekła, głosem i wzrokiem wiercąc w nim dziurę.
- Strumienie - odparł bez zastanowienia, nieco zachrypłym tenorem.
Gdy tylko wypowiedział ten wyraz, automatycznie puściła go drugą ręką. Było to dość brutalne, upadł bowiem na twardą ziemię, tuż obok zwęglonego trupa, aczkolwiek musiała to zrobić. Nie chciała by poczuł dreszcze emocji, który przeszedł ją chwilę później, by zobaczył jej zmieniony wyraz twarzy, usłyszał przyśpieszony oddech. A jednak! A jednak to była prawda!
Przywrócenie się do stanu trzeźwości kosztowało ją kilka długich sekund. Nie wolno tracić kontroli. To, że poczuła zapach kwiatów, wcale nie oznacza, że gdzieś w pobliży jest łąka, a tym bardziej, że za chwilę stanie nad jej brzegiem.
Znaczyło to jedynie , ze łąka istnieje albo, dokładniej - że kierunkowskazy, które do niej prowadziły jednak nie wszystkie zostały zniszczone.
Zagwizdała przeciągle i nisko. Chwilę potem Dan usłyszał odległy jeszcze tupot i rżenie koni. Chciał wstać, ale ręce i nogi... Nie zaraz, jak to możliwe?! Liny nad jego kostkami (okazało się bowiem, że węzły były linami o przekroju dwóch centymetrów) zostały rozcięte! Kiedy ona to zrobiła?! Stwierdził, że już woli się nad tym nie zastanawiać. Podniósł się niezdarnie, gdyż ręce wciąż miał związane, by zobaczyć tuż przed sobą dwa konie: jednym był wysoki i silny, czarny jak węgiel arab, drugi nieco wątlejszej budowy, ale za to bardzo piękny siwek. Oba pochodziły z jego wyprawy, rozpoznał w nich konie na których jeździli najemni ochroniarze.
- No, wsiadaj, na co czekasz?- zawołała czarownica, zataczając na czarnym rumaku koła po placu rzeźni. Przygryzł wargi, naigrywała się z niego.
- Jak mam niby wsiąść na konia, kiedy ręce wciąż mam związane?!
- O, zapomniałam - zaśmiała się kobieta, po czym zatoczywszy spory łuk, otoczyła siwego konia i jedynie pochyliwszy się, nie zsiadając na ziemię, rozcięła liny jednym ruchem sztyletu. Nie miał pojęcia, jak to się stało, że nie wbiła mu go w plecy. Poklepał się po nich - jednak wciąż były całe. Odetchnął.
Wsadził prawą nogę w strzemię, w prawą rękę chwycił wodze, potem obie ręce położył na siodle i już miał na nim usiąść, gdy zatrzymał się w połowie ruchu, jak gdyby dopiero w tym momencie do jego świadomości dotarła jakaś bardzo ważna informacja.
- Czy to oznacza... że jestem twoim więźniem?
- Nie, skądże - wydawało mu się, że widzi na jej twarzy uśmiech. - Przynajmniej dopóki nie zaczniesz uciekać.

Minęło kilka godzin, niebo zaczynało się już robić jaśniejsze, a oni wciąż jechali. Narzucone przez czerwonowłosą tempo było szybkie, większość uznałaby prawdopodobnie, że gdzieś się śpieszy. Danielusowi wydawało się jednak, że jest to jej standardowa szybkość przemieszczania się. Trzymała się prosto, co jakiś czas uważnie przyglądając się prawej i lewej stronie ich trasy, znaczniej rzadziej obracając się do tyłu. Nie było widać po niej znaku zmęczenia.
Krajobraz stopniowo się zmieniał. Najpierw przedzierali się przez gęstwiny lasu, gdzie udało mu się nabawić wielu skaleczeń przez wysokie ostre krzaczory, gałęzie i nawet kępy jeżyn, potem przez rozległą równinę, bez choćby jednego drzewa, gdzie nawet trawy ulokowane były w pojedynczych skupiskach, a wszędzie rozpościerały się połacie jasnobrązowej gleby. W końcu, po wielu godzinach wędrówki zbliżyli się do
łańcucha górskiego, od którego wysokich, spiczasto zakończonych szczytów, wiało aurą dziwnego chłodu.
Gdzieś z oddali dało się słyszeć pojedyncze skrzekoty, nikt bowiem nie spróbowałby nazwać tego śpiewem ptaków.
Wreszcie przez gęste chmury zaczęło przeświecać wysoko stojące już nad horyzontem słońce. Dan poczuł nagły gniew, który bezsprzecznie był objawem wielkiego zmęczenia.
- Nie jadę dalej - zatrzymując konia, wyrzucił z siebie szorstko. - Potrzebuję krótkiej przerwy.
- Nie ma problemu - usłyszał odpowiedź pozbawioną emocji. - Ale ja jadę dalej. Aha, jak już ta banda, co nas śledzi, cię złapie, to zanim zrobią ci krzywdę, pozdrów ich ode mnie. Nie mam wątpliwości, że dobrze mnie pamiętają - kończąc zdanie stłumiła złowrogi śmiech i popędziła z miejsca galopem.
Dan obrócił się nerwowo dookoła siebie, co prawda nikogo nie dostrzegł, ale natychmiastowo poczuł w mięśniach nową energię i popędził za coraz bardziej oddalającym się karym koniem.
Dopędziwszy w końcu przewodniczkę w tej wyprawie, która bez wątpienia musiała w pewnym momencie zwolnić, inaczej byłoby to bowiem niemożliwe, wysapał ciężko prawie na bezdechu:
- Nikogo tam nie było...
- Istotnie, to bardzo dobrze zorganizowana i przygotowana szajka, mają świetny kamuflaż. Od kiedy tu grasują, przez całe lata go doskonalili, by podejść do ofiary jak najbliżej, pozostając niezauważonymi. Wiec jeśli chcesz być cały, to trzymaj się mnie. I to jest naprawdę bardzo dobra rada - mówiąc, zupełnie na niego nie patrzyła, jej wzrok sięgał gdzieś daleko wprzód.
W uszach Dana, zabrzmiało to na tyle złowieszczo, że nie mógł powstrzymać się od spytania:
- Dokąd ty mnie prowadzisz?
Uśmiechnęła się półgębkiem.
- Myślę, że nie ma potrzeby, bym w tej chwili ci to mówiła. Jedyne co pamiętaj, to, że jeśli nie powiem inaczej, bądź w odległości trzydziestu, czterdziestu kroków ode mnie. Wtedy nie powinno ci się zbyt wiele złego wydarzyć.
- "Nie powinno", czyli może...?
Nie odpowiedziała. Wydawało się, że rozmowa ją bawi. Po chwili raptownie się odwróciła i spojrzała na niego przeciągle.
- Masz jednak trochę racji. Pytania są bardzo rozwijające - zamyśliła się na chwilę, nie patrząc na drogę, choć wciąż prowadząc wierzchowca, widać zdając się na jego zmysły. Dan jechał po jej lewej stronie, nieco z tyłu do linii zrównania się ich rumaków dzieliła ich odległość półtora kroku.
- Lubię ryzyko i lubię szczerość. Także proponuję zabawę. Ja zadam ci jedno pytanie, ty udzielisz na nie szczerej odpowiedzi, a potem będzie na odwrót - wciąż uważnie przyglądała się jego twarzy, zaczynał czuć się nieswojo, ale nie opuszczał głowy ani nie odwracał wzroku, tak jak ona zdając się na właściwy wybór terenu przez konia. - Dobrze, także moje pytanie brzmi: dlaczego zgodziłeś się jechać ze mną i dlaczego nie próbujesz, dlaczego nie chcesz uciekać. Wiem jak wyglądają, zachowują się i co czują osoby, które się buntują czy planują ucieczkę. U ciebie nie ma ani jednego ani drugiego. Dlaczego?
Jego reakcja nie za bardzo ją zdziwiła. Natychmiast zamknął oczy i wstrzymał oddech, by powstrzymać wszystkie przekazy niewerbalne. Czuła bardzo delikatny zawód, przez ciekawość. Ale w końcu to był dopiero początek drogi.
- Chyba nam jednak zabawa nie wyszła. Cóż, trudno. Cieszę się przynajmniej, że nie skłamałeś.
Wróciła do właściwej pozy jeźdźca i znów zaczęła lustrować uważnie otoczenie, jak gdyby cała rozmowa nie miała miejsca.
Dochodziło południe, w oddali widać było niewyraźny zarys ukształtowania przestrzeni, który mógł świadczyć o jednym - znajdowała się tam ludzka osada. Przez chwilę Dan przyglądał się wąskiej szarej linii kamieni na horyzoncie i małych niczym igiełki z tej odległości, kilku wieżom. Miasto liczyło najpewniej kilka tysięcy ludzi, jedna nieco różniąca się od pozostałych, rozległa budowla, świadczyła o tym, że panującą w nim religią jest wiara w boga piorunów - Asengowa. Po cóż kierowali się ku temu miejscu - ich szybkim tempem miało się to okazać za niecałe sześć godzin.
Gdzieś wysoko nad nimi, odezwał się wielki czarny ptak. Chłopak uśmiechnął się lekko cynicznie. Dlaczego takie zdarzenia wszędzie są brane za zły omen? Zawsze uważał, nie miał wątpliwości, że jego historia wcale nie wpisuje się w schematy.
Tajemnice i niebezpieczeństwa. Czasami można było odnieść warażenie, że rzeczywistość jest zbudowana jedynie z tych dwóch elementów.

Miasto tylko z pozoru i daleka wydawało się być małym i cichym. Gdy wjechali przez jedną z bram (Kelhennest zarzuciwszy uprzednio kaptur) za jego mury, ich oczom ukazał się dość nietypowy widok. Marmurowe ściany wysokich domów, do poziomu sięgnięcia ręką dość wysokiego człowieka, były pomazane najróżniejszymi kolorowymi malowidłami, z rzadka przedstawiającymi coś konkretnego, a jeśli już cokolwiek dało się rozpoznać, najczęściej były to wulgarne napisy lub takież same obrazy. Przez ulice przebiegały kury, koty i inne zwierzęta, delikatnie pijani kupcy (a może drobni rzezimieszkowie?) kłócili się głośno, czasem słychać było odgłos tłuczonego naczynia. Czego stanu nie zminił na gorszy człowiek, pomogły zwierzęta, w szczególności chodziło tu o pomniki, z postaciami już nie do rozpoznania, wyższe partie ścian i dachy. Na dodatek do wszystkiego, gdziekolwiek się nie spojrzało, tłum zgiełk i brud były większe. I jeszcze ten wszechobecny odór.
Ktoś kiedyś widocznie próbował stworzyć na tym odludziu i pustkowiu coś pięknego - niestety jego zamysł spełnił się widocznie tylko na krótko lub może nawet na zawsze pozostał tylko piękną ideą.
Tym jednak, co najbardziej zdziwiło po wjeździe za mury Dana, był brak szyb - gdziekolwiek się rozejrzał, żaden, nawet najwyżej usytuowane domy nie miały szyb. Wszędzie wisiały tylko puste framugi. Szkło owszem było drogie, ale chyba nie tak bardzo, by nikogo nie było na nie stać. Zauważył, że wiedźma również się rozgląda, z nieodgadnionym wyrazem twarzy, nie wątpił jednak, że ona wie, co kryje się za tym dziwnym zwyczajem "otwartych" okien.
Ponadto tylko ona znała powód, dlaczego przybyli do tego małego piekiełka. Dan miał niesamowicie mocne przekonanie, że nie chodziło o uzupełnienie zapasu żywności i wody.
Rozpoznanie w sytuacji i otoczeniu trwało zaledwie kilka sekund. Czerwonowłosa nie obróciwszy się ani nie dawszy żadnego znaku, gestu czy słowa, do czego zaczynał się już powoli przyzwyczajać, ruszyła przed siebie. Nie starała się wymijać tłumu, zmuszała go, by to on ustępował przed nią. Dan starał się jechać tuż za nią, by fale rozstąpionego pospólstwa nie zamknęły mu ponownie drogi.
Czuł zdenerwowanie wierzchowca, który co jakiś czas machał silne łbem, jakby starając się wyrwać mu wodze i uciec. Gdyby tak się stało, niejedna osoba zostałaby stratowana. Także trzymał lejce mocno.
Po jakimś czasie zobaczył przed sobą sporych rozmiarów prześwit pomiędzy budynkami. Przypuszczał, że tam właśnie znajduje się rynek. Nigdy jednak nie przyszło mu go zobaczyć. W pewnym bowiem momencie czarownica zakręciła mocno w lewo i zanurkowała z koniem w cisną boczną uliczkę, na tyle wąską, by żaden kupiec nie mógł rozstawić tam swojego straganu. Szybko poszedł w jej ślady. Po obu stronach korytarzyka ciągnęły się wysokie, kilkupiętrowe budynki. Po ułamku sekundy przebywania w przesmyku, zdał sobie sprawę, że istniał jeszcze jeden powód, dlaczego nie było tutaj ludzi. Poczuł, że robi się zielony, podniósł wysoko głowę, wciągnął do płuc tak dużo skażonego powietrza, by dał radę podążyć za prowadzącą kobietą i na bezdechu pokonać całą długość tego ulicznego ścieku.
Tam gdzie wyjechali, było bardzo spokojnie. ZA spokojnie. Już zdawał sobie sprawę, że nic nie dzieje się bez przyczyny, więc wyczekująco i pytająco zaczął wpatrywać się w czerwonowłosą kobietę. Krążyła ona dookoła sporej wielkości dziedzińca, z bardzo ładną, okrągłą fontanną po środku. Tak, to miejsce było czyste, pachniało tu bardzo przyjemnie (nawet wobec nie tak daleko oddalonej cuchnącej uliczki). I nie chodzili tędy ludzie. Bez wątpienia, coś tu było nie tak.
- W tym mieście uważają, że aktualnie znajdujemy się na przeklętej ziemi. Między innymi właśnie dlatego wokół niego wylewają nieczystości - to ich sposób na odgonienie złych mocy - powiedziała czarownica, już z odsłoniętymi włosami, kiedy bowiem pędziła przez uliczkę, kaptur zrzucił jej wiatr.
- Skoro to nieprawda, o tych złych mocach, to dlaczego szepczesz? - zapytał głosem równie cichym jak ona.
- Bo w każdej bzdurze jest trochę prawdy - mówiła, uważnie przyglądając się jednemu z okien. - A poza tym nie chcę, żeby od razu wszyscy o mnie wiedzieli. - Spojrzała mu w oczy, dalsze zdania wypowiadane były ostrym, rozkazującym tonem. - Zostań tu i nic nie rób, czekaj. Cokolwiek usłyszysz i cokolwiek zobaczysz, jeśli to nie będę ja - ignoruj to. Z reguły najlepszy sposób to zamknięcie oczu. Demon nie przyjdzie do ciebie, dopóki go nie zaprosisz. A rzeczywiście mogli tu coś ściągnąć... - kontynuowała, powróciwszy do przyglądania się oknu po oknie. - Jeśli coś się stanie - nie krzycz. Ja i tak nie przyjdę, dopóki nie zrobię tego co muszę, a nikt inny ci tu nie pomoże. Dasz sobie sam radę.
Powiedziała, siedząc na siodle, po czym rozpłynęła się w powietrzu.
"Rzeczywiście mogli tu coś ściągnąć...", nie ma co, porządnie go pocieszyła przed zniknięciem. Choć może czasem dobrze jest wiedzieć, co złego może nas czekać. "Z reguły najlepszy sposób to zamknięcie oczu." Jeszcze czego! On zamknie oczy, a tu skoczy mu coś na plecy! Czuł, że cały się trzęsie, ale nie panikował. Nie zginie tu, to pewne. Nie ma możliwości, by tu zginął, pod żadnym warunkiem. Tylko niech Kelhennest wraca szybko.

Bariera antyteleportacyjna standardowo rozłożona była 300 kroków od miejsca ochrony. Zastanawiała się czy i jakich strażników mogła wynająć główna kapłanka świątyni boga piorunów. Może i pokusiłaby się, by celowo zrobić coś głupiego i ściągnąć na siebie uwagę straży. Ale to, gdyby była sama. Teraz musiała wracać jak najszybciej.
Tak, jak się spodziewała, kontynuowała trasę bez żadnych problemów. Nie znaczyło to, że każdy miałby tak łatwo, jak ona. Na przestrzeni lat nazbierała i zostało na nią rzuconych tak wiele uroków, że można było ją nazywać niemal istnym magicznym wytrychem. Co jakiś czas czuła też właśnie, że bez problemu mija kolejną osłonę. Zabezpieczenia nie były na najwyższym poziomie, bo i do czegóż osobie, która mogła je pokonać, miał się przydać przedmiot, po który szła? Miał wartość, w pewnych kręgach bardzo dużą, ale dla najpotężniejszych tego świata był wart wielkie nic.
Przed skręcającym korytarzem, poczuła obecność dwóch osób. Żołnierze pilnujący wejścia do głównej komnaty świątyni. Przez ułamek sekundy rozważyła wyjęcie sztyletu, ale zaniechała tej czynności. W końcu były jeszcze okna.
Bezgłośnie zeskoczyła z parapetu na kamienną podłogę. Pomieszczenie było dość sporych rozmiarów, o planie sześciokąta, całe zbudowane z ciemnopomarańczowych dużych kamiennych cegieł. Miało trzy okna, wszystkie od strony wschodniej. Udekorowane były ciemnokarminowymi kotarami, wiązanymi na złote liny. Oprócz nich był jeszcze wyściełający większą część podłogi czerwony dywan i znajdująca się przy ścianie, dokładnie na przeciwko wejścia, duża, wielkości człowieka, pięknie zdobiona, szafka, cała ze złota, na której drzwiach wygrawerowany był duży piorun. W sali nie było nikogo.
Nie zaskoczyło jej to. O aktualnej porze, czyli po szóstej po południu, wszyscy przebywali na mszy.
Podeszła do jedynego mebla i pociągnęła za małe złote uchwyty. Rozbawiła ją myśl, że to, co teraz robi bez wątpienia byłoby uznane przez wielu tutaj za świętokradztwo. Prześledziła szybko wzrokiem, po półkach i szybko znalazła to, po co przyszła. Wyjęła z torebki przy pasie bladobłękitną chustę, będącą kwadratem o wielkości łokieć na łokieć, i owinęła nią przedmiot.
W tym momencie maluteńkie drzwi dla służby, znajdujące się w kącie po lewej stronie pomieszczenia, otworzyły się i pojawiła się w nich kilkuletnia czarnowłosa dziewczynka o śniadej cerze, ubrana w biało-niebiesko-złotą tunikę, do kompletu z taką samą narzutką na włosy. W rękach niosła świeże kwiaty, w zgięciu prawego łokcia zaś złoty wazon.
Jedynym, co ujrzała był otwarty świątynny skarbiec i pojedyncza falująca kotara.

Dan krążył nerwowo wokół fontanny. Raz patrzył na nią, raz na ściany i okna, potem na cztery odchodzące od placyku uliczki. Demon mógł czaić się wszędzie.
Nagle usłyszał nerwowe rżenie czarnego konia. Odwrócił się szybko jak strzała i prawie spadł z siodła, gdy zobaczył na nim czarownicę. Szybko jednak wróciła mu trzeźwość myślenia.
- To na pewno ty, Kelhennest?
Wywróciła oczami.
- Tak, to ja.
- A skąd mam wiedzieć, że nie jesteś podstępnym demonem, który chce mnie zabić?
- Generalnie jestem - odrzekła spokojnie - ale wszystko w swoim czasie. - Chłopak stanął jak wryty, nie potrafiąc nic powiedzieć ani się poruszyć. "Zupełny brak humoru" - pomyślała. - Tak, to ja. Nie było żadnych demonów - rzuciła już swoim zwyczajnym, ostrym tonem.
- Jak to nie było?... - Dan wydawał się być (i w istocie był) mocno zdezorientowany.
- Żartowałam - odpowiedziała sucho. Wzburzenie po tym słowie, jakie zaczęło bić od chłopka, było bardzo potężne. - To dobrze, że się mnie słuchasz. Dobrze na tym wyjdziesz. - "Przynajmniej do pewnego czasu, potem mi to obojętne". - No to czas... - nie dokończyła zdania, tym razem to ona z jakiegoś dziwnego powodu wydała się być zamurowana. Przez kilka długich sekund Dan nie miał pojęcia, o co chodzi, a potem ten stan się nie zmienił, z tą różnicą, że czarownica zaczęła ni stąd ni zowąd galopować na pełnej szybkości przez jedną z uliczek. Zdezorientowany, zaczął pędzić za nią. Cóż to takiego się stało, że nagle zerwała się jak oparzona? Zdawał sobie sprawę, że czuje więcej od niego każdym ze zmysłów, ale... Wszystko na pewno zaraz się wyjaśni.
Konie w ostatniej chwili wyminęły tłum, pędząc łukiem, wpadły w kolejną uliczkę, potem znów ten sam manewr. Niespodziewanie wiedźma się zatrzymała i dała znak ręką, by Dan (który prawie wpadł na zad jej konia), zrobił to samo.
Nie widział tego, ale czuł - po raz kolejny miał przed sobą demona. Demona szukającego ofiary. W końcu dostrzegła to, czego on nie widział, to, co było powodem gonitwy. Ujrzał, jak wyciąga przytroczony do siodła miecz. Ludzie dookoła przez chwilę stanęli w osłupieniu, potem zaczęli krzyczeć. Nie zważając na nich, ruszyła przed siebie. To było jedno krótkie cięcie miecza. Głowa - choć stało się to tak szybko, postawiłby wiele, że mężczyzny - poszybowała w powietrzu i upadła w tłum. Kilka osób zemdlało.
Wokół ciała zabitego, leżącego tuż przed przednimi kopytami czarnego wierzchowca, zrobiła się pustka na kilka metrów z każdej strony. Gapie jednak nie zamierzali wcale uciekać dalej, czekali, jakie będzie kolejne wydarzenie, które potem będą mogli opowiadać swoim wnukom.
Dan stał zupełnie w bezruchu. Widział a przede wszystkim czuł, jak węszyła. Powietrze wypełniło się jakimiś ciężkimi ładunkami. Zaczął potężnie dąć wiatr, a słońce schowało się za chmury. Przełknął ślinę, nie ośmielając się ruszyć, tak samo jak reszta ludzi dokoła, wpatrywał się w scenę. Wszystko wskazywało na to, ze za chwilę po raz kolejny, ale tego typu dopiero pierwszy, zobaczy na własne otoczony wielką, ciemną sławą Sąd. I rzeczywiście miał rację, tak miało się wydarzyć.
W tym jednak momencie przez tłum przebiła się mała, mająca może z pięć lat, dziewczynka. Cała we łzach, przyklęknęła przy ciele bez głowy, brudząc tym samym swój biały fartuszek i krótkie brązowe włosy, które łapała ubrudzonymi krwią rękami. Płakała tak przez chwilę, potem wstała, podniosła z ziemi kamień i rzuciła w znajdującą się przed nią ubraną na czarno kobietę. Trafił ją w twarz, tuż pod prawym okiem. Będąca obiektem wyrzucania z siebie złości, nawet nie mrugnęła, wpatrywała się tylko w dziecko swoimi pustymi czerwonymi oczyma, a wszyscy obecni powtarzali w duchu "Tylko nic jej nie zrób, tylko nic jej nie zrób, to tylko dziecko". Dan też złapał się na tym, że w taki właśnie sposób myśli i przejęła go trwoga, jak ujrzał, że kobieta podnosi miecz. Odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, jak chowa go z powrotem do pochwy.
Obróciła się i już skierowała ku równinie, żegnana kamieniami rzucanymi w jej plecy przez dziewczynkę. W tym szalonym pościgu bowiem wyminęli mury miasta i aktualnie znajdowali się w przymieścinnej dzielnicy biedoty. Nagle jednak z murów właśnie posypał się grad strzał i jak zawsze powtarzane z ust do ust okrzyki "Czarownica!". Wiele z nich trafiło, żadna w cel.
Poczuła, że kamienie nie uderzają ją już o płaszcz i w głowę. Odwróciła się, wiedząc, co ujrzy. Dziewczynka leżała z twarzą do ziemi, ze strzałą wbitą przez plecy, na poziomie mostka. Kelhennest zamknęła oczy.
Odwróciła się po raz kolejny w kierunku równiny i zmusiła konia do tak szybkiego biegu, jak gdyby chciała ścigać się z samym wiatrem.

Jechali powoli, spokojnym tempem, jedno obok drugiego. Od pobytu w mieście minęły trzy dni. Dan w ciągu tego czasu poprosił o dwa przystanki. Za każdym razem dostawał je bez słowa. Od momentu incydentu przy opuszczaniu miasta, czarownica nie wypowiedziała żadnego wyrazu.
Nie miał pojęcia dokąd jadą, ale nie miał jednocześnie wątpliwości, że tam, gdzie powinni. To jego czerwonowłosa towarzyszka jak zawsze prowadziła.
Po kolejnych dwóch dniach jazdy, dotarli do brzegu sporych rozmiarów lasu. Było to jedno z tych niewielu miejsc na świecie, gdzie jeszcze nie rozpanoszyli się ludzie, także, jeśli nie było się znanym przez jego mieszkańców, stanowczo lepszym wyborem było nie przekraczanie jego terytorium. Czarownica zrobiła to bez wahania, Dan poszedł w jej ślady.
Dla tych którzy wjeżdżali do lasu po raz pierwszy (a dość często ostatni), wydawał się on im być przerażający. Dostrzegali oni jedynie gałęzie i korzenie strarych drzew, układające się w straszliwe kształty, na każdym kroku cienie, wielkie pająki. Wielu, z tych, którzy uszli z życiem, zarzekało się, że widziało potwory i duchy. Ci natomiast, którzy odwiedzali las częściej, znali piękne świetliste polany, przejrzyste strumienie i niewielkie wodospady. Zachwycali się urokiem misternych domów na drzewach i kolorami lasu w nocy, gdy niemal prawie całe jego serce zaczynało świecić barwami tęczy. Tylko nieliczni jednak mogli poznać las od tej strony.
Był środek dnia, słońce przeświecało przez korony drzew, tworząc świetliste plamy na strumieniach, mchach i krzewach.
Jechali wąską ścieżką, tym razem już jedno za drugim, obok niewielkiej rzeczki, która w pewnym momencie odbijała w lewo, by potem znów powrócić do równoległego położenia z drogą. Na owym właśnie naturalnym cypelku siedziała samotna postać.
Czarownica zatrzymała się kilka kroków przed miejscem, gdzie rzeka wracała do ścieżki i, wciąż nie odzywając się słowem, czekała. Po kilkunastu sekundach, leciutkim, tanecznym krokiem podeszła do nich owa osoba z zakola rzeki, z wyglądu przypominająca szesnastoletnią dziewczynę, z płowymi, delikatnie rozczochranymi włosami do pasa, odziana w bladobłekitną sukienkę na ramiączka do kolan. Spojrzała na Kelhennest, przechylając głowę delikatnie na lewą stronę. Było to spojrzenie niby od niechcenia, jednocześnie jednak bardzo intensywne i przenikliwe.
- Ilintrone diltene sawaya eme den? (*2) - prawie nie otwierając ust, wypowiedziała nimfa.
- Merwelti solta ne (*3) - po krótkiej chwili została udzielona odpowiedź.
Po tej wymianie zdań, siedząca na koniu otworzyła podróżną torbę, wyciągnęła otulony szczelnie materiałem przedmiot, zabrany ze świątyni, i wyciągnęła go na wyprostowanej ręce, w kierunku mieszkanki lasu, jednocześnie wyciągając też druga. Nimfa zrobiła dokładnie to samo - w prawej trzymała niewielki woreczek, lewą wyciągnęła na odbiór przedmiotu.
- Aiyo*3 - powiedziała, gdy błękitne zawiniątko spoczęło w jej garści. Dan nie znał tego języka, ale mógłby dać sobie uciąć rękę, że owy wyraz znaczył po prostu dziękuję. Choć dziewczyna nie skakała z radości widać było, że trzymanie w rękach owego tajemniczego przedmiotu, sprawia jej mnóstwo radości. Niemalże w podskokach wróciła na swoje miejsce, usytuowane nad rzeczką.
- Jedziemy - zakomenderowała krótko czarownica, ruszając przed siebie.
Zdążyli ujechać kilkanaście metrów, gdy zewsząd, jeden po drugim zaczęły dołączać się kolejne głosy, nucące tą samą melodię. Nimfa, z którą właśnie wykonali wymianę towarów, dołączyła słowa i coraz więcej, i więcej głosów zaczęło śpiewać również tekst. W końcu zdawało się, że nawet liście, rzeka i strumienie szumią w jej tempie. Kelhennest kilka razy głęboko odetchnęła i już znacznie bardziej wyprostowana, z podniesioną głową zaczęła żwawo jechać przed siebie.
- Wszyscy opowiadają o tobie, jak o potworze, a jednak nawet ty masz emocje - powiedział Dan, na wpół nieobecnym głosem, myślami bowiem był pomiędzy nutami melodii.
- Niesamowite - nieco sarkastycznie rzekła czerwonowłosa kobieta, uśmiechając się sama do siebie. - Jakichże to jeszcze języków nauczają w Zakonie Szklanego Chabra?
- Tych słów, które teraz śpiewają, nie rozumiem.
- To inny dialekt, zapożyczony od ich północnych sióstr. Bo to właśnie ich pieśń.
- A o czym opowiada?
- Hmm... O życiu, o śmierci, o drodze, błędach... O wszystkich tych złych i smutnych rzeczach, które mogą się przytrafić podczas tego przeklętego życia. A ujmując to krócej - powiedziała z nieokreślonym grymasem na twarzy - starają się mnie pocieszyć.
- I chyba się im to udaje.
- Chyba tak - skwitowała krótko.
Trochę racji było w tym na pewno. Nisen wpadła na dobry pomysł, kiedyś trzeba będzie się jej za to zrewanżować.
Wreszcie poczuła, że jest w stanie zebrać myśli.
Co się tyczyło jej nowo nabytego towarzysza podróży. Zabrała go ze sobą bardziej pod wpływem impulsu niż konkretnych przemyśleń. Musiała zdecydować, co począć z tym przypadkiem dalej.
Przyzwyczaiła się, pogodziła i zdążyła zaakceptować błędy, które uczyniła, tak samo, jak życie, które wiodła. A on nie powinien istnieć, każdy, kogo by zapytała odpowiedziałby to samo.
Miała wybór, było więcej możliwości niż jedna. Zawsze mogła go zostawić w najbliższej karczmie, czy gdziekolwiek indziej, choćby po drodze. Mogła go zabić. Albo...
Miała jeszcze sporo czasu do namysłu, co zrobić dalej. Czy na pewno chce po raz kolejny wystawiać się na zgubne działanie nadziei. Czy na pewno chce spróbować jeszcze raz.
Odzyskać to, co straciła.

* * *

Pomieszczenia nie miały okien ani też nie były zaopatrzone w żadne przydatne do użytku pochodnie. Podziemny kompleks tonął w mroku.
Siedzący przy biurku w głównym gabinecie Scehol, stukał niecierpliwie palcami o blat mebla i przypatrywał się swoimi pozbawionymi gałek ocznych oczodołami, dopalającemu się ogarkowi świecy. Gdy zapukano, natychmiast przerwał obie czynności.
- "Proszę!"
Do pomieszczenia weszły kolejne trzy demony o ognistych czaszkach zamiast głów. Rezydent pokoju wstał.
- "I??"
W jego głosie, a właściwie ujawnionych myślach, "słychać" było nutę przejęcia, toteż, stojącemu w środku z przybyłej trójki, kręcenie głową przyszło dość ciężko.
- "Co?!? Jak to możliwe?!" - władca nie krył zdziwienia i złości.
Po raz kolejny zabrał głos demon stojący pośrodku, będący przedstawicielem jednego z departamentów Podziemi.
- "Najlepiej i najefektywniej jesteśmy w stanie zrobić cokolwiek, gdy stan letalny trwa miesiąc, gór dwa. I takie przypadki właśnie zazwyczaj dostajemy. Ale gdy stan trwa pół roku... już nic nie jesteśmy w stanie zrobić."
Gdy Scehol usłyszał "pół roku" automatycznie z powrotem usiadł na obitym ciemnobrązową skórą fotelu.
- "Kelhennest nic nie wyczuła?"
- "Zanim mieliśmy dostęp do prawdziwej kłódki, musieliśmy zdjąć kilkanaście zaklęć osłonnych. Nie miała możliwości czegokolwiek wiedzieć" - kontynuował dialog czołowy demon. Po chwili dodał: - "Także, jakie rozkazy, mój panie? Powiadomić Kelhennest?"
- "Jeśli uda ci się ją znaleźć... to tak" - dotknął plecami tyłu fotela, założył ręce przed sobą, z łokaciami leżącymi na oparciach. Zastanawiał się dobra minutę, po czym zakomunikował: - "Przekaż całym Podziemiom, wszystkim grupom i pojedyńczym demonom, żeby jak najszybciej zebrali się na Polach Welfornu. Powiedz im, że jest bardzo mało czasu, Szept Mroku wykonał ruch, a kolejna wojna wisi w powietrzu i rozpocznie się lada dzień. To wszystko, możecie odejść."

* * *

- Jesteś pewna, że naprawdę tego chcesz? - Fred spojrzał na nią najbardziej poważnym spojrzeniem, na jakie było go stać, spod jego zawadiackiej czupryny.
- Ile razy masz zamiar mnie o to jeszcze pytać? - rząchnęła się czerwonowłosa dziewczyna.
- Dopóki nie zmienisz zdania, oczywiście - odpowiedział radośnie, emanowała z niego wiara nastolatka.
Odwróciła się. Oczywiście, że się wahała! Oczywiście, że nie była pewna! Ale nie mogła wrócić, już nie teraz. Choć czuła, że część jej buntuje się przeciwko temu wyborowi, nie mogła. Podjęła decyzję. Jeśli teraz by ją zmieniła, czułaby się zhańbiona po wsze czasy. Wszyscy juz wiedzieli, że odeszła, wkrótce się z tym pogodzą... Jesli teraz by wróciła, to co stałoby się dalej?... "Dość!" - krzyknęła we własnych myślach. Takie wywody prowadziły donikąd.
- O ile mnie jeszcze pamięć nie myli, podczas tej podróży powiedziałam ci już co najmniej pięć razy, że nie zmienię zdania. I wciąż mam zamiar się tego trzymać - zakończyła twardo.
Fredriof westchnął.
- Dobra, kochana. Wiele ci zawdzięczam i znamy się od dawna, więc będę z tobą szczery do bólu. Nie jesteś przygotowana na to, co cię spotka. Na świecie istnieje zło, ktorego nie jesteś sobie w stanie wyobrazić. I lepiej dla wszystkich, by nigdy go nie poznali - mówiąc te słowa, przebrzmiewała przez niego taka powaga, jakiej nigdy z jego strony jeszcze nie uświadczyła. - Ja wiem, wiem, że już wiele widziałaś i że już nasłuchałaś się tych opowiadanek o zaplanowanej dla siebie misji samobójczej. Ale uwierz, że z boku to tak wygląda. Czy uważasz, że jesli zostaniesz tu sama, spotka cię cokolwiek dobrego? - zatrzymał na chwilę, jakby czekając na odpowiedź, ale ona tylko przygryzła wargi. - Tam, gdzie chcesz iść czeka na ciebie tylko śmierć i cierpienie, mnóstwo cierpienia. I właśnie boję się, słonko, że zginiesz. Albo i co gorszego. A mocno bym nad tym ubolewał.
- Spokojnie, przeżyję i jeszcze wiele razy się zobaczymy - odparła stanowczo, ale bez uśmiechu. Za to on jej nim odpowiedział.
- Jeśli będziesz w tarapatach, daj sygnał. Złamię wszystkie reguły bezpieczeństwa a nawet wracając dam sie złapać, ale pojawię się najszybciej, jak to tylko będzie możliwe.
"Jesli naprawdę byłabym w tak wielkich opałach, że chciałabym dać sygnał... to już nie byłoby czego ratować, ale..."
- Dzięki za troskę - znów zabrzmiało to o wiele zbyt szorstko, niż było w jej zamiarze.
Jakoś nie chciała dłużej patrzeć mu w oczy, miała wrażenie że zacznie wtedy płakać, a po pierwsze obiecała sobie, że już nigdy nie będzie tego robić, a po wtóre wyglądałoby to ni mniej, ni więcej, tylko po prostu żałośnie.
Wyciagneła do niego rekę w geście pożegnaia, po chwili i on wyciągnął swoją. Schwycili się za nadgarstki.
- Dobrze, zatem, skoro taka jest twoja decyzja... Pamiętaj tylko, że zawsze masz dokąd wracać i są osoby, które na ciebie czekają.
Wymienili się ostatnimi uśmiechami, po czym Fred wskoczył na miejsce woźnicy, puścił do Eihnaren ostatnie oczko i machnął lejcami.
Jeszcze długo wypatrywała go na niebie, nawet gdy wóz był malusieńką kropeczką, aż do momentu, kiedy zupełnie nie znikł jej z oczu.
Wtedy zamknęła zamknęła je i odetchnęła. Wreszcie miała to czego chciała. Była całkiem sama. Zdana tylko na siebie. A przed nią niebezpieczeństwa i pułapki czające się na każdym kroku, za każdym rogiem i głazem.
Możliwe, że zginie. Ale to nie będzie żadna strata. Świat nie potrzebuje słabeuszy. Natomiast, jeśli za kilka lat uda się jej wrócić...
Przeszła kilka kroków przed siebie, nad klif. Było jakoś tak nietypowo cicho. Nie słyszała świergotu ptaków ani bzyczenia owadów. Jedynym, co docierało do jej uszu, był szum wiatru i rozbijających się o wybrzeże fal.

* * *

Drogą dla wozów szła dziewczynka. Przyśpiewywała cicho pod nosem prostą melodię, nie miała przy sobie żadnego bagażu. Włosy miała długie, proste i czarne, poniżej pasa, sukienkę całkiem bez ozdobników, na szerokie ramiączka, śnieżnobiałą, trochę jak gdyby ciut przykrotką, bo przed kolana. Dochodziło południe, pełen upał, a ona szła przed siebie beztrostko, podgwizdując pod nosem.
Nadeszła godzina trzecia. Wciąż wędrowała tą samą drogą, "bo w końcu każda droga dokądś nas zaprowadzi", jak to często słyszała. Taką też miała nadzieję, gdyż była bardzo głodna. Z wielką radością dostrzegła rozwalającą się chałupinę. Ruszyła ku niej skocznym, wesołym krokiem. Stanęła kilka metrów przed wejściem.
Popatrzyła na ruinę swoimi białymi tęczówkami, wyróżniającymi się jedynie przez czarne obwódki. By nie oślepiało jej słońce przyłożyła nad oczy rękę, o horrendalnie bladej skórze, dokładnie takiej samej, jak reszta ciała. Coś wewnątrz budynku poruszyło się.
Odsunęła rękę od czoła i uśmiechnęła się nieco zbyt szeroko, ukazując dwa rzędy ostrych jak u rekina zębów.
- Mmm.. Obiadek.


Rozdział 4: "Strażnik i maskotka" - za jakiś czas Wink (Przed CC już raczej nie będzie ;p)


-------------------

*1 - (z Nivendinu - wspólnej mowy) Ratunek niebios
*2 - (z Althrenos [starożytny język nimf i driad]) Co sprawiło, że jesteś tak smutna?
*3 - (z Alth.) Zabiłam niewinną dziewczynkę.
*4 - (z Alth.) Dziękuję.

-------------------

I na koniec ponownie muzyczny bonusik! Big Grin A co! xD

http://www.youtube.com/watch?v=LyGub7L9A70

"Wyobraź sobie, że Twoje marzenie znajduje się na szczycie drzewa."
[Obrazek: M21c9OC.jpg]
07.07.2010, 08:00
Return to top
Nac Offline
Kapitan
Pirat

*
Liczba postów: 748
Dołączył: 16.09.2009
Skąd: Snajper Island
Post: #22
 
Kozacka robota :-D, świetnie się czyta i przede wszystkim klimatyczne. Jest parę pytań, ale poczekam do kolejnej części, być może się same wyjaśnią :-D I pomyśleć, że Czerwonowłosa ma jednak serce po właściwej stronie i odczuwa smutek, po zabiciu niewinnej osoby.
Oby tak dalej!


08.07.2010, 00:52
Return to top
Imithe Offline
Feniks^
Pirat

*
Liczba postów: 1,075
Dołączył: 23.12.2009
Skąd: pajęczyny myśli
Post: #23
 
Rozdział naprawdę długi. Głupio się czuję za te podziękowania, bo to Tobie się one należą, choć Nac'owi może troszeczkę też^ Ranga anioła stróża, no no^
Napewno warto było czekać. Martwiłam się, że po takiej przerwie może być trudno powrócić, ale tak nie jest. Podoba mi się sposób w jaki przedstawiasz tę historię. Klimat, na co zwrócił uwagę już Nac, jest niesamowity. Retrospekcje również wyszły bardzo interesująco, pewnie to już pisałam, ale taki styl naprawdę bardzo dobrze pasuje to do tej opowieści^ O tym, że czerwonowłosa nie jest zła to wiedziałam^ Podoba mi się bardzo ta długa droga zejścia na złą ścieżkę, choć nie wiadomo czy to do końca zła ścieżka.^
Zdziwiło mnie też nazwanie postaci Eihnaren^

"Niewiedza to błogosławieństwo."
"W życiu nie można mieć wszystkiego, ale trzeba się umieć cieszyć, z tego co się ma."
"Ponura prawda dopada mnie zawsze, kiedy daje się zwieść złudnej nadziei"
08.07.2010, 12:59
Return to top
Eihnaren Offline
Wanderer
Pirat

*
Liczba postów: 293
Dołączył: 30.08.2009
Skąd: Eran Tharnas
Post: #24
 
Ha ha, cieszę się bardzo, że się Wam spodobało Big Grin Uff, naprawdę bardzo ^^

Imi napisał(a):Martwiłam się, że po takiej przerwie może być trudno powrócić

Przyznam Ci, Imi, że ja również bałam się, że będzie ciężko wrócić Big Grin Co więcej - powiem Ci - było. Nac właśnie coś wie na ten temat xD Ale dało radę i bardzo się z tego cieszę Smile
Tak btw. dodam, że jak już człowiek przysiądzie, miałam tak właśnie ostatnio, przy najdłuższej posiadówce z tekstem właściwym, pisaniem na brudno - po tych 6 godzinach pracy nad tekstem naprawdę zaczyna się tę radość z pisania odczuwać Smile

Imi napisał(a):Rozdział naprawdę długi.

Istotnie, z założenia od początku był, potem się tak jeszcze rozrastał i rozrastał Big Grin Zapewne też zauważyliście, że co fragment piszę, to dłuższy. Ale postaram się, żeby piątka już nie podążyła w ten schemat, bez przesadyzmu xD

Imi napisał(a):Podoba mi się bardzo ta długa droga zejścia na złą ścieżkę

Ta ścieżka będzie bardzo długa i bardzo zawiła Big Grin Więc cieszę się, że Ci się podoba ^^

Co do imienia głównej bohaterki - odsyłam do tematu Big Grin - http://forum.onepiecenakama.pl/viewtopic...3457#43457
Mimo to przyznam, że ciut tak mi się dziwnie to już ostatecznie pisało. "Bo cóż sobie pomyślicie." Ale mam zasadę, że kiedy już coś wymyślę, to tak zostaje i nie ma zmiłuj, już tego nie zmienię. Dobrze jest mieć zasady i dobrze się jest ich trzymać, imo Smile

I właśnie, Nac. Oczywiście dobrze wyczułeś, że na Twoje pytania odpowiedziałabym zapewne moim tekścikiem: "W kolejnych rozdziałach się wyjaśni" ; ) Ale jak było w rozdziale - "pytania są rozwijające" ;-) Jak mi napiszesz swoje wątpliwości i pytania, to dużo da mi to w tym sensie, że czasem, pisząc, jakaś sprawa jest dla mnie na tyle oczywista, że mogę przeoczyć jakiś szczegół, który ja, znając dalszą część historii, rozumiem, natomiast czytający już nie za bardzo xD
Oczywiście czasem (no, właściwie to dość często) specjalnie tworzę sytuację w taki sposób, by nie do końca było wiadomo, o co c'mon. Ale czasem może mi się przez przypadek noga potknąć, przeoczę jakiś szczegół, a potem wychodzi bez sensu i nielogicznie (choć przy sprawdzaniu staram się między innymi właśnie te błędy poprawiać, po to, kiedy już napiszę całość, czytam ją co najmniej 2-3 razy. Ale zawsze można coś przeoczyć.)
I to właśnie pytania, wątpliwości i komentarze wskazują mi na to, co, jak i kiedy mam opisać lub zayczajnie poprawić Smile Dlatego warto pisać komentarze i zadawać pytania, to dla mnie naprawdę duża pomoc Smile

"Wyobraź sobie, że Twoje marzenie znajduje się na szczycie drzewa."
[Obrazek: M21c9OC.jpg]
09.07.2010, 04:05
Return to top
Nac Offline
Kapitan
Pirat

*
Liczba postów: 748
Dołączył: 16.09.2009
Skąd: Snajper Island
Post: #25
RE: Łowczyni dusz
A ja czekam jak ta sierotka Marysia...


09.02.2011, 20:51
Return to top
Filemon Offline

Łowca Piratów

*
Liczba postów: 2,447
Dołączył: 29.07.2011
Skąd: Velika
Post: #26
RE: Łowczyni dusz (1.0)
Wreszcie zabrałam się za zebranie wszystkich moich notatek, dotyczących tego tekstu, w spójną całość.
Zacznę może od tego co m się nie podobało, od wszystkich niejasności, błędów rzeczowych i pytań, które nasunęły mi się podczas czytania, a obecne fragmenty tekstu nie dają mi na nie jednoznacznej odpowiedzi.

Tytuł: Jak sama wspomniałaś, szalenie oryginalny ^^ "Soul Hunter" (manga i anime); "Łowcy Dusz" Jacka Piekary - ostatnia część cyklu o inkwizytorze Mordimerze Madderdinie; "Łowca Dusz" Alex Kava - thriller psychologiczny; "Łowcy dusz" autorstwa Tima LaHaye'a i Jerry'ego B. Jenkinsa - IV tom Powieść o czasach ostatecznych; No cóż... troszkę tego jest :)

Z błędów w tekście zauważyłam takie:
(11.02.2010, 00:36 )Eihnaren napisał(a): - Dawno do nas nie zaglądałaś. Pamiętaj, że zawsze jesteś mile widzianym gościem w Piekle
Piekło jest tutaj troszeczkę źle użytym sformułowaniem, teoretycznie występuję w biblii, ale każdy wie o co chodzi. Mogłaś wymyślić jakąś fajną nazwę dla domku demonów ;)

(11.02.2010, 00:36 )Eihnaren napisał(a): Wciąż stała zwrócona twarzą ku morzu, z rękami opartymi o murek, on po jej prawej stronie, oparty o niego placami.
Plecami czy palcami? :D

(11.02.2010, 00:36 )Eihnaren napisał(a): Znaczyło to jedynie , ze łąka istnieje albo, dokładniej - że kierunkowskazy, które do niej prowadziły jednak nie wszystkie zostały zniszczone.
Powinnaś zmienić szyk zdania. To wygląda troszkę... dziwnie?

(11.02.2010, 00:36 )Eihnaren napisał(a): Tymczasem chłopak uważnie studiował obraz, znajdujący się przez jego oczami. Przypatrzywszy się lśniącym źrenicom, spojrzał na otaczającą z dwóch stron czoło grzywkę, potem na uszy - poczuł zawód, ze nie są spiczasto zakończone. Następnie na stożkowate, śnieżnobiałe zęby - nawet one mogły służyć morderczyni za świetną broń. Dalej jego wzrok zsunął się na szyję. Czarna aksamitka z jakimiś wzorami, o to ciekawe... Nagle zdał sobie sprawę, ze jego źrenice są rozszerzone, usta same się rozchyliły, a ramiona spięły.
Albo umarł, albo śni, inna możliwość nie istniała.
Trzymającej go nie umknął żaden szczegół z jego dziwnego zachowania. Na jej twarzy odmalowało się coś czego nigdy nie spodziewałaby się odczuć w tym miejscu, w takiej sytuacji. Zdziwienie.

W tym fragmencie można się zgubić... Chłopak opisuje wygląd wiedźmy i nagle myśli: "JEGO źrenice" i "Albo UMARŁ", na początku myślałam, że powinno być 'jej' i 'umarła' potem uznałam, że chłopak nagle zdaje sobie sprawę z swojego zachowania, wywołanego dosyć dużym szokiem (skąd ona zna wczesnosygocki?:). Tylko fragment z 'albo umarł, albo śni' do tego nie pasuje. Przecież nie mógł sam o sobie tak pomyśleć, więc opisane jest to z perspektywy czarownicy, wtrącenie narratora czy może wkradł się najzwyklejszy błąd?

(11.02.2010, 00:36 )Eihnaren napisał(a): Szpital został umieszczony tak blisko wejścia celowo, bowiem w promieniu prawie 300 km Szkoła była jedynym ucywilizowanym miejscem, gdzie można było skorzystać z pomocy medycznej

&
(11.02.2010, 00:36 )Eihnaren napisał(a): Następnie okazało się, że Alice wcale nie przeciskała się kominem, a tunelami pod największym pałacem w tej części królestwa.

Czyli ten pałac był przynajmniej 200 km od szkoły (może nie oferowali opieki medycznej :P)? Więc do jasnej cholery z jaką oni się poruszali prędkością :P? Załóżmy, że miała godzinę żeby dostać się na miejsce, kolejną na zdobycie skarbu i jeszcze jedną na powrót. Więc biegła potwornie żółwim tempem, jedynie 55 m/s ? ;)

Jeszcze zwrócę uwagę na jednostki. Powinny być pisane słownie i zdecyduj się jakich używasz, standardowych czy anglosaskich? Polecam te drugie, zawsze bardziej wpasowują się w klimat opowieści fantastycznej ^^ Przynajmniej ja mam takie wrażenie. I jeszcze kroki, może lepiej zamienić je na jardy? To w przybliżeniu jeden metr, a daje lepsze pojęcie niż np. dziesięć kroków, bo jak wiadomo krok każdej osoby ma inną długość.

Teraz pytania:

Czy Eihnaren, dziewczyna o czerwonych włosach to niepodważalnie jedna i ta sama osoba co Czarownica o czerwonych dłoniach? Wszystko na to wskazuje, ale zawsze można się upewnić.

Kim dokładnie są cienie, jakie posiadają zdolności, czy można się ich nauczyć, czy jednak trzeba mieć jakieś specjale predyspozycje?

Co to jest telaktyt, czy ma jakieś szczególne właściwości?

(11.02.2010, 00:36 )Eihnaren napisał(a): - W porównaniu, z tym, na czyich usługach jestem teraz, oni to mityczne anioły.

W senie, ci którzy chcieli chłopca są mitycznymi aniołami, w porównaniu z tymi, którzy aktualnie ją wynajmują? Czy to te demony - Zkanghordzi? Czy oni są może tymi zwykłymi najemcami, a jest ktoś jeszcze potężniejszy - 'Mityczne Anioły'?

(11.02.2010, 00:36 )Eihnaren napisał(a): Mając trzydzieści lat istniała już spora możliwość, że z kuchni, stodoły czy stajni zostanie się przeniesionym na przykład do winnicy.

Ile trzeba było mieć lat, żeby zostać pełnoprawnym mnichem? Pięćdziesiąt? Sześćdziesiąt?

Ile dokładnie trwała nauka w szkole Łowców Dusz? Z tekstu wynika, że czerwonowłosą złapali na wymykaniu się z szkoły ostatnio siedem lat wcześniej. Obecnie miała dziewiętnaście lat i powinna uczęszczać do szkoły jeszcze przez sześć lat. Czyli szkoła trwała trzynaście lat, czy może zaczynali ją wcześniej niż w wieku 12 lat? Bo z całą pewnością kończyli kiedy mieli dwadzieścia pięć wiosen.

Czy Aurystyniusz kontynuował naukę w szkole pod zmienionym imieniem (to było przecież beznadziejne :) np. Kevin? Poduczył troszeczkę czerwonowłosą wczesnosygockiego? I czy to on dał paczuszkę Eihnaren, która zawierała mapę z umiejscowieniem części klucza, albo jakiś jego kawałek tudzież inną ciekawą rzecz, o której nie pomyślałam? (takie tam, moje małe domysły ^^)

Elion to chłopak z prologu, ten który leżał w tym pokoju i czegoś szukał (zastanawiam się czego). I to go chciał wykupić Zekhlendorn? Jednak czarownica oddała go do jakiegoś zakonu albo szkoły? - chcę się tylko upewnić, czy w wszystkich fragmentach, które wymieniłam była mowa o tej samej osobie.

Danielus był tym zakonowym popychadłem i teraz podróżuje z czarownicą? Prawdopodobnie jest Sygotem lub gdzieś nauczył się ich języka. A czerwonowłosa potrzebuje go do odczytania mapy? - jak poprzednio, plus kilka moich domysłów :)

Kim był staruszek, który zażył truciznę? Czy w pierwszym fragmencie tekstu rozmawiał z czerwonowłosą? Czy to może inna, nowa bohaterka, która jeszcze się nie pojawiła? I o jakim rękopisie była mowa?

O czym mówiły demony - stan Letalny; Co znajdywało się w opancerzonych wozach? I co to za organizacja "Szept Mroku"?

Kim jest dziewczynka z ostatniego fragmentu? Może jakimś bękartem czarownicy :P? Albo demonem, który może namieszać w fabule?


Wreszcie przejdę do rzeczy w stu procentach dobrych. Po pierwsze masz świetny styl, idealnie pasujący do fantastyki, wiele dobrych porównań wprost prosi o wyobrażenie sobie danych sytuacji lub miejsc (" mgła - pełzła powoli po ziemi, przenikając pomiędzy wozami, niczym herold, niosący ze sobą złe nowiny, budząc niepokój zarówno wśród ludzi jak i wierzchowców, które zaczęły rżeć i nerwowo przestępować z nogi na nogę" ). Genialnie opisujesz emocje i odczucia bohaterów, można się wręcz wczuć w ich stan. Cudownie budujesz napięcie i opisujesz miejsca, bardzo dobrze było to widoczne w prologu (przy czytaniu prawie nie oddychałam ;) i w fragmencie kiedy czarownica zabijała demona. Atmosfera była w tych częściach nie do opisania. Czasem można przewidzieć kilka rzeczy np. To, że czerwonowłosa tylko udaje zimną, pozbawioną uczuć zabójczynię. A szkoda, lubię bardzo złe postacie ;) Ale tak też jest dobrze. Ogólnie jej postać jest bardzo ciekawa i z tego co mówiłaś, ma bardzo rozbudowaną historię. Pozostali bohaterowie są raczej tajemniczy, nie zdradzasz zbyt wiele z ich charakteru. To również idzie na plus, można się skupić na głównej bohaterce :) Ach i jeszcze jedno, widać jak z kolejnymi opowiadaniami i rozdziałami poprawia Ci się styl. Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału, mam nadzieję, że nie będę czekać tak długo jak ty na mój bidny komentarz. Co prawda od ostatniej publikacji minęło zaledwie półtorej roku, ale raczej masz zamiar to kontynuować?

PS.1 Przydała by się jakaś mapa, chociażby taka naszkicowana byle jak i na szybko. Zawsze ułatwia to orientacje w terenie :)

PS.2 Przez LoL'a mam skrzywienie, i kiedy jest mowa o Kelhennest, nie mogę jej sobie wyobrazić inaczej niż Katariny... Tylko długość włosów się nie zgadza ;)

Spoiler: Czyż nie są podobne? ^^
[Obrazek: Katarina.jpg]

[Obrazek: Katarina.jpg]

[Obrazek: High-Command-Katarina.jpg]

[Obrazek: league_of_legends_-_katarina_league_of_l...-11726.jpg]

[Obrazek: 216818-admin.jpg]

[Obrazek: rn4Q8xO.gif]

Czy głód to ludzka sprawka?
04.05.2012, 20:46
Return to top




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama