Aktualny czas: 22.10.2020, 02:59 Witaj! (LogowanieRejestracja)

Wystarczy Wierzyć
Autor Wiadomość
Najuch Offline
Bóg Urlopu
Pirat

*
Liczba postów: 919
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Olsztyn
Post: #11
 
4. ?Człowiek z czerwoną chustą?

Kap.
Dlaczego?

Kap.
Dlaczego odmówiłem?

Kap. Kap.
Nawet Luffy... nawet on się nie odezwał.

Kap.
Zimno mi...
Wszystko przeze mnie... wszystko moja wina...

Kap.
Mokro....

Kap.
Kap.
Kap.

Sanji otworzył oczy.
Był zaskoczony, nie spodziewał się, że kiedykolwiek jeszcze będzie mu to dane, w pierwszej chwili wręcz wydawało mu się, że jest już w innym świecie, ale tępy ból głowy dobitnie pokazał mu, że tak nie jest. Widział bardzo słabo, wszystko było jakby zamglone, jedyne co stwierdził w pierwszej chwili, to to, że panuje półmrok i to, że obudziła go woda, której krople rytmicznie rozbijały się o jego głowę. Podniósł wzrok próbując sobie przypomnieć co właściwie się wydarzyło, a potem wszystko wróciło.
Odmówił Sigmie. Nie widział co go do tego podkusiło, ale gdy tylko El Nino zaprosił ich na rozmowę z Cortezem cały jego rozsądek zabronił mu tam iść. Luffy, jako kapitan nie odezwał się ani słowem, a on natychmiast się sprzeciwił. Nie zdążył powiedzieć nic więcej, a był już w powietrzu, z ogromnej rany na czole trysnęła krew, a całe ciało stało się bezwładne. Za nim pochłonęła go ciemność dojrzał jeszcze jak Luffy pada na kolana, plując krwią, a Sigma rusza w stronę Choppera. Potem pustka. Chciał schwycić się za czoło, ale zrozumiał, że nie może.
Znajdował się w pustym zaciemnionym pokoju bez okien o wielkich stalowych drzwiach, jedynie przez niewielki lufcik wpadało do środka światło. Na wpół stał, na wpół wisiał nad ziemią, zaś z sufitu wisiał łańcuch do którego przykuto mu ręce mocnymi kajdanami. Nogi natomiast miał przykute do ściany i stał tak z poderwanymi do góry rękami nie mogąc się poruszyć.
Co się stało z resztą? Gdzie są Nami, Luffy, Chopper?, myślał. Bał się najgorszego.
Zobaczył, że jest nagi od pasa w gorę, choć poza rozcięciem na czole nie był ranny. Było diabelnie zimno.
A potem usłyszał dźwięk ciężkiej stalowej zasuwy i drzwi powoli się otworzyły.


Kabuu zaprowadził Zoro i resztę do szerokiego pokoju z niskim stropem wyłożonego tatami z niewielkim stoikiem po środku przy którym leżał średniej długości miecz o szerokim ostrzu. Sala była pozbawiona okien, ale było w niej dosyć jasno, gdyż w jej rogach znajdowały się źródła światła, takie same jak na zewnątrz. Usopp zbliżył się do jednego z nich.
- Lamp Diale! ? wykrzyknął. ? takie same jak na Skypiea! Skąd tyle tego wytrzasnęliście? Te wszystkie światła na zewnątrz....
- Tak to też Diale - odparł Kabuu. ? i nie pytaj skąd one się tu wzięły tylko siadaj, twoi znajomi już to zrobili, to nie takie głąby jak ty.
Usopp nieco się zdziwił, ale rzeczywiście, Zoro, Robin i Franky już siedzieli naprzeciwko Kabuu, przy niskim stoliku. Mężczyzna nie bawił się w żadne proponowanie herbaty, żaden savoir vivre, tylko uderzył prosto z mostu.
- Cortez was zabije. Już jesteście martwi.
Zoro uśmiechnął się pod nosem.
- Skąd ta pewność? ? zapytała się Robin.
- To bardzo proste ? rzekł Kabuu ? nigdy nie ma tu piratów. Jeżeli jakaś niczego nieświadoma załoga, spróbuje wylądować na wyspie, to można być pewnym, że nie postawią na nią nawet nogi. Cortez o to dba. Jedynie Shichibukai, Światowy Rząd i najwyższe dowództwo Marines wie o tych faktach ich statki tu się nie zapuszczają, pozwalają żyć Kaneyamie własnym życiem. Wy natomiast wylądowaliście na tej wyspie. Udało wam się coś, czego nikomu jeszcze się nie udało. Sam jestem zaskoczony dlaczego jeszcze żyjecie.
Tym razem odezwał się Franky:
- Skoro taki pewien jesteś tego co powiedziałeś, może nam wytłumaczysz, jak to działa? Dlaczego nas nie zniszczono? A innych przed nami tak? Wspomniałeś coś, że Cortez wszystko widzi, tak?
- Od pewnego czasu Cortez raz dziennie udaje się na wulkan. Obchodzi cały krater wokół, a w trakcie tego zajęcia jest tak skupiony, że nie zauważyłby nawet, gdyby wyspa padła ofiarą Buster Call. To jest powodem, dla którego udało wam się zacumować i przypłynąć na wyspę. I rzeczywiście wszystko widzi. Najprawdopodobniej to, że nie zginęliście na plaży natychmiast, jest wynikiem opieszałości jego ludzi. Zdążyliście spotkać Marisę, pójść za nią i dzięki temu dotarliście tu. Cortez nie wie o istnieniu tego miejsca. Myślę, zresztą, że zainteresowałyby go wasze wysokie nagrody. Właśnie, gdzie wasz kapitan? ? Kabuu wyciągnął z tylnej kieszeni gazetę i otworzył na stronie, na której przedstawiona byłą cała załoga Słomianego Kapelusza ? raz na jakiś czas dostajemy tu jakąś gazetę i właśnie we wczorajszej widziałem wasze zdjęcia.
- Wczorajszej? ? spytał Usopp ? toć przecież dostaliśmy te nagrody kilka miesięcy temu.
- Mamy tu mały problem z przesyłem informacji. Mówiłem, tą gazetę dostaliśmy wczoraj.
Przerażające, pomyślał Zoro, ta wyspa jest praktycznie odcięta od świata. Potem coś go tknęło.
-Ale chwileczkę! ? poderwał się do góry. ? Luffy, Nami, Chopper i ten durny kucharzyna są w tym całym mieście!
Kabuu uniósł powieki.
- W takim razie możesz o nich zapomnieć. Wasz kapitan ma wysoką nagrodę, ale to i tak nic nie da.
Nastała chwila milczenia. Potem Usopp i Franky zaczęli się przekrzykiwać. Mówili, że nie zostawią kapitana i że Luffy nigdy być czegoś takiego nie zrobił, że każdemu z nich pomógł. Nic mu się przecież nie stanie. Franky dorzucił jeszcze, że możliwe, że są na statku, jeżeli w mieście nie przyjęli ich ciepło.
- Wasz statek już na pewno jest obstawiony. Cortez nie pozwoli odpłynąć stąd komukolwiek, kto już tu przybił.
- Więc kim jest ten Cortez? ? zapytała w końcu Robin.
Kabuu już otworzył usta, żeby odpowiedzieć, lecz w tym momencie usłyszała świst. Stolik pękł na pół, oba kawałki rozleciały się na boki, uderzyły w ścianę. Dym opadł tak szybko jak się uniósł.
- To nie ważne kim jest. ? powiedział Zoro, stojąc z obnażonym mieczem. ? Jest silny to wystarczy. Idziemy sprawdzić, co z nim nie tak. Pokaż nam wyjście.
Kabuu uśmiechnął się szeroko i schwycił za dziwny miecz spoczywający koło niego. Podniósł się i stanął naprzeciwko Zoro.
- Po moim trupie. Za dużo wiecie.
- Niech i tak będzie. ? rzekł Roronoa i dobył drugiego miecza.
- Zoro, nie rób niczego głupiego! ? warknął Usopp.
- Nie powinniśmy teraz walczyć. ? powiedziała Robin krzyżując ręce, by użyć mocy swojego owocu. Zoro dostrzegł no natychmiast.
- Nie rób tego! ? ryknął szermierz. Kobieta zamarła. ? On nie jest w ciemię bity, i naprawdę gotowy nas zabić. Nie mamy na to czasu. Idźcie beze mnie, musicie sprawdzić co się dzieje z Luffym! Ja go załatwię.
- Jesteście pewni? ? warknął Kabuu. ? nikt wam nie pozwoli opuścić tej jaskini.
- Damy sobie radę! ? krzyknął Franky ? Załatw go. ?dodał do Zoro i ruszył w stronę drzwi. Były zamknięte.
Kabuu powoli wyciągnął miecz z pochwy. Było to szerokie na około 30 centymetrów ostrze, zakończone płasko, było jednosieczne i wyglądało jak ogromny tasak, rękojeść również miało podobną do tego rzeźnickiego narzędzia.
- Tylko szkoda, że nie dacie rady otworzyć tych drzwi. ? rzekł spokojnie.
- STRONG.... HAMMER! ? Franky z całej siły uderzył w drzwi. Ani drgnęły.
Wszyscy wciągnęli powietrze.
- Czyli pozostaje mi pokonać cię i wydusić z ciebie klucz, tak? ? spytał Zoro.
- Na to wygląda ? odparł Kabuu.
Zielonowłosy szermierz spuścił luźno ręce bo bokach ciała.
- Jak chcesz.
Poprawił uchwyt, napiął mięśnie i ruszył do przodu.
Zaatakował natychmiast celując w głowę, ale Kabuu bez problemu się uchylił, spodziewał się tego. Czekał teraz na spodziewane zakończenie, i rzeczywiście, Zoro uderzył z góry lewą ręką. Miecze zderzyły się. Kabuu odtrącił ostrze na bok i zaatakował brzuch, Zoro zablokował i odskoczył do tyłu. Nie spodziewał się takiej szybkości, jego przeciwnik był naprawdę wprawnym szermierzem, nie marnował siły na niepotrzebne ruchy.
- Czyli jednak pobędziemy tu dłużej tak? ? warknął Zoro.
- Dokładnie przyjacielu. A mówiąc wprost, nigdy stąd nie wyjdziecie.
- Zobaczymy.
Zoro znów zaatakował. Tym razem nie bawił się już zbytnio. Jeszcze w biegu wsunął Kitetsu do saya. Schwycił swój drugi miecz po czym również go schował. Jednakże nie przypasał.
- Ittoryu...
Kabuu wykonał niewielki ruch.
- Shishi Requiem!!!!!! ? Roronoa uderzył, minął przeciwnika i stanął gotowy by schować miecz.
Był pewny, że to koniec. To musiał być koniec. Tym razem jednak nie był.
- Dobry atak. ? pochwalił Kabuu. ? niemal mnie trafiłeś.
Zoro odwrócił się i rzeczywiście, tamtemu nic się nie stało, stał wyprostowany bez żadnego śladu na ciele. Przerzucał tylko tasak z ręki do ręki. Wyglądał na zadowolonego z siebie.
- Jak to możliwe... ? warknął Zoro.
- Teraz jeśli pozwolisz ja zaatakuję.
Szermierzowi nigdy tak nie brakowało trzeciego ostrza jak teraz. Wiedział, że prędzej czy później będzie musiał takowe znaleźć jednak póki co, to się nie liczyło. Musiał pokonać Kabuu tylko dwoma mieczami.
- Hitokiri.... ? mruknął tamten, po czym praktycznie zniknął.
Szybki, pomyślał Zoro, ale tamten był już po jego lewej.
- TSUME! ? ryknął Kabuu i ciął poziomo.
Roronoa, z najwyższym trudem zablokował cios, odrzuciło go nieco do tyłu. Mimo, że cięcie było jedno, poczuł na ostrzu cztery uderzenia. Zaklął w myślach.
- Widzisz, nie jest to takie proste. Ile jeszcze takich ciosów unikniesz?
- Tyle ile będzie trzeba.
- Więc niech tak będzie.
Jednak nim Kabuu zdążył zaatakować drzwi otworzyły się z hukiem. Obaj walczący natychmiast obrócili się w tę stronę widząc jak Franky, który próbował je otworzyć stoi teraz zdziwiony, wpatrzony w postać która właśnie weszła do sali. Był to wysoki mężczyzna dobiegający trzydziestki z lekkim zarostem. Ubrany był prosto, na głowie miał czerwoną chustę i nie sprawiał piorunującego wrażenia wizualnego, jednak kiedy przechodził, powietrze drgało niespokojnie.
Kabuu spojrzał na niego i natychmiast opuścił miecz.
- Takeyama ? san ? zaczął, ale tamten położył mu rękę na ramieniu i uśmiechnął się.
- Dziękuje, stary druhu, że ich tu zatrzymałeś, ale nie powinieneś być aż tak gwałtowny. Choć nie sądzę, żebyś z tym szermierzem tak łatwo dał sobie radę ? powiedział. ? a teraz zostaw nas samych, Jin wrócił z bardzo ciekawym raportem, myślę, że będziesz miał ochotę go wysłuchać.
- Eh... no dobra. ? mruknął Kabuu po dłuższej chwili. Zerknął jeszcze na Zoro i schował miecz do pochwy. ? uważaj tylko.
I po chwili wyszedł. Zoro jednak nie schował mieczy tylko mierzył go ostrym wzrokiem. Był gotowy na wszystko. Tamten jednak uśmiechnął się tylko szeroko.
- Wybaczcie mu, jest trochę nadgorliwy. Każę zaraz podać herbatę. Siadajcie.
- Kim jesteś? ? zapytał Usopp.
Mężczyzna odwrócił się do niego i rzekł serdecznym głosem.
- Jestem Takeyama, przywódca Rebelii Czerwonych Chust.


Oczy przyzwyczaiły się do światła i Sanji odważył się spojrzeć kto do niego przyszedł.
Zbladł przerażony tym co zobaczył.
Pot wystąpił mu na czoło, źrenice znacznie się rozszerzyły.
A potem długo krzyczał z rozpaczy.
-ZABIJĘ CIĘ DRANIU!!!! ZABIJĘ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Ciąg dalszy nastąpi.

Kto uwięził Sanji?ego?
Co stało się z resztą?
Czym jest Rebelia Czerwonych Chust i co zamierza Takeyama?
I co zobaczył Sanji?

Część 5 to ?Deklaracja Sanji?ego?

Posłuchaj jak śpiewam i gram:):
www.myspace.com/lukaszjedrys
06.04.2009, 23:01
Return to top
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 6,070
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Post: #12
 
Jedna uwaga Naj, wbij to pod rząd jak ja,abo najlepiej poczekać aż Raziel profesjonalnie zrobi dział fiki, tak nie bardzo widzę sens dawać to w takiej formie, tez będę dawał na stronę a na forum zrobi się "rozmówki z autorem" albo coś no ni wiem się pomysli, ale starsze to serio trochę tak sensu nie ma.ja skomentuję 16,17,18 a ty wbijesz 5...Big GrinBig Grin


Cz 16

Więc tak podobało mi się to "poklepywanie po mieczu" idealne, bo Zoro właściwie często wykonuje ten gest. Ta rozmowa o zwiadowcę burzliwa i taka jak powinna być chyba.
Ale w tej czesci wkradł się poważny błąd mi się zdaje. Zoro nie poszedł lać Corteza, bo miał pojedynek obiecany z Marisą, a że mógłby nie wrócić i nie dotrzymać obietnicy, to postanowił zostać. Teraz jednak wydaje się, ze na wulkan doskonale zna drogę, więc spokojnie mógłby pójśc powalczyć, bo znalazłby drogę powrotną.
Swoją Drogą Zoro jest trochę jak Ryuuga z Ranmy, no dobra tamten to ewenement i mistrz tej dziedziny, ale wątpię by Zoro mógł tak szybko opanować tę drogę. Zwłaszcza, iż podobno nie jest ona taka prosta.

Ta walka nawet neizła ale zdecydowanie nei ajsne sa motywy atakowania tego marines naraz Zoro czy Ozumy, skąd więc miał chustę, dobra pewnie to wyjaśnisz ale ogólnie nie pasowała mi jakoś ta walka w systemie "każdy na każdego" raki mógł spokojnie atakować na Ozumę. Tak to, moze fabularnie dobrze, ale są straty na dynamizmie walki. Nie jest ona już taka szybka, oczywista, trzeba kombinować jak są ułozeni przeciwnicy, trochę za dużo dla mnie było tam chaosu. No i Ozuma może walczyć siedmioma mieczami, Raki to na pewno nie był przeciwnik, którego się bierze na "rozgrzewkę" a nie z pełnej mocy. Wiadomo, ze nie chciałeś, by wojownik odsłonił karty, bo to pewnie dopiero w walce z Zoro, ale chyba ta sytuacja do tego zmuszała.
Jeszcze te nawiązania do Mrocznego Króla, a jego wtedy nie było co ukazywał się fik. Czyżbyś jednocześnie miał tu spoilery?

No i ta ucieczka Zoro z pola walki, kurdę no jakby chodziło o życie kapitana załogi czy nakama, to może ale ktoś obcy, a honor szermierza, no ja nie wiem. Ostatecznie ajko OOc tego nie uznaję. ładna akcja z tym podcięciem^^


Cz 17


Więc tak podobał mi się ten motyw ztym wtrąceniem się Franky'ego do rozmowy i zaproponowaniu, ze pójdzie z Sannjim do miasta. Było to naturalne, ani grama sztuczności, perfekcyjne.
Samo maisto też dobrze wypadło, no i ci wisielcy. Tez ładna scena, przejmująca, choć dramatyczniej by było jakby wisieli rodzice a ich dziecko to z nimi zobaczyło, no ale nie można mieć wszystkiego. Fakt Sanji jest wrażliwy, i łądnie zostały te uczucia oddane. No i to, że Sigma to zrobił. To robisz genialnie! Ta złość do Sigmy, ciągle ma powody narastać, nie dajesz mu odpocząć, tak bardzo fajne. Następnie bar, tak normalnie i dobrze, bez rewelacji, na koniec wreszcie coś co trzyma w napięciu i nie jest z dupy za przeproszeniem wysrane. Oto zachodzą do baru i to tam jest gość, który chce zabić i rozdział sie urywa. No i to jest trzymające w napięciu zakończenie. Nie tak jak wcześniej kończy się i trzy grosze dla marynarki. Wpierw mocniejsze od plutonu, potem znowu przed końcem sztuczne budowanie napięcia złotym den den musi. Nie! Tu jest to zrobione tak jak przynajmniej ja lubię. Tak jak uważam, ze trzeba! Jest ok.

Cz 18

To mi się nie podobało. Moc co dałeś temu przydupasowi, to ja chciałem dać nie powiem komu u siebie ( nie powiem by nie spoilerować). No tak to cała z nim akcja była dobrze poprowadzona, iejscami wybornie. Żywo z dynamiką. Genialnie pokazane to przewidywanie, czy czytanie nie ważne. Serio to ci dobrze wyszło. To jak Franky leżał a tamten powiedział co zaraz zrobi Sanji, no bardzo dobra scenka.
Trochę to gadanie wkurzało i stawało się irytujące ale znowu plus na to, ze opisałeś też, że on wiedział, ze będą go próbować przekonać, i że będzie taka rozmowa.
Ten tekst na kamieniach, brat mówił ze zarąbiste napięcie, no u mnie co najmniej chłodek, może jak dalej będę czytał, to inaczej to potraktuję. Wiadomo, ze Robin ma zginąć na jego oczach, że Sanji ma zabić Nami, no i co gorsze wiadomo, ze tak się nie stanie. Może Franky zasłoni Robin? Cóż się okaże.
ładna taka przejmująca scena z tą spluwąSmile

Nie wiem czemu ale też niekoniecznie czytać mi się chce, 17 cz była dobrze zakończona może nawet ona mnie skusiła na 18. Ale 18, to kończy się w martwym punkcie, no jakoś tak nie pcha mnie bym sięgnął po więcej. Ale moze ja już taki jestem

Na pewno masz świetny styl, jednak ostrzegam masz kupę ( jak na ciebie ty wykraczasz poza zwykłe pojmowanie tych rzeczy) literówek chyba we wszystkich tych częściach co teraz skomentowałem. Tam z tym drinkiem nawet pierwsze zdanie. Momentami to głupie literówki ale momentami to słowa odczytać nie idzie, może rzuć okiem, zanim prześlesz na stronkę^^

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


12.04.2009, 00:59
Return to top
Najuch Offline
Bóg Urlopu
Pirat

*
Liczba postów: 919
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Olsztyn
Post: #13
 
Cóż, nic nie poradzę, że Ciebie nie kręci do dalszego czytaniaSmile Tak już jest, różnych ludzi, różne rzeczy kręcą. Nie umiem kończyć w spokojnych zwyczajnych momentach tak się składaTongue Tego niestety nie zmienię.

A literówek nie wiem czemu nie wyłapuje, pewnie dlatego, że w Wordzie mam już 200 stron tego tekstu i mi błędów nie poprawia. Spróbuję to zmienić na lepsze.

Co do przewidywania przyszłości to jest to oczywiście cholernie przewidywalne, ale cały fik taki jestTongue
No ale co do napięcia itp. Sam widzisz Jutsu i Ty. Dwie różne osoby, dwa różne spojrzenia.
Dzięki za uwagiSmile

Posłuchaj jak śpiewam i gram:):
www.myspace.com/lukaszjedrys
12.04.2009, 03:55
Return to top
Najuch Offline
Bóg Urlopu
Pirat

*
Liczba postów: 919
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Olsztyn
Post: #14
 
Musiałem przerobić tego posta, bo poszła prośba o to bym dał księgę nr 1 na forum, a chciałem by było po kolei.

Dlatego prosiłbym któregoś z modów o wywalenie przy okazji komentarzy, które nie będą pasować pomiędzyTongue


5. ?Deklaracja Sanji?ego?

- Zabiję cię!!! ? ryknął kucharz.
Postać stojąca w drzwiach otworzyła usta, by coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła.
- Zamknij mordę! Zdejmij mi te łańcuchy, draniu, pozwól mi z tobą walczyć.
- Nie ma mowy.
- Na boga, podetnij mi ścięgna achillesa, ale daj mi szansę, by cię zabić! Jedną jedyną szansę!
- Może jeszcze będziesz ich miał wiele. ? odparł tamten.
Sanji nie mógł wytrzymać tego co widział, nie należał do osób specjalnie miękkich, miał silny charakter, ale tym razem uderzono go w jego czuły punkt. Nie mógł zachować spokoju. Nie mógł zatrzymać łez, które strumieniami wypływały mu z oczu.
W drzwiach stał Sigma El Nino i trzymał Nami za włosy. Była blada, nie dawała znaku życia, Sigma musiał wlec nieprzytomną dziewczynę po ziemi. Jednak nie to najbardziej przeraziło Sanji?ego. W trakcie ich podróży widział wiele różnych rodzajów ran. Sam nieraz miał okazję mieć parę złamanych żeber, zaś jedna z jego niebieskich koszul zmieniła kolor na czerwony, ale Nami-san nigdy przecież nie była ranna... Nie aż tak!
Jej pomarańczowe włosy zlepione były krwią. Musiała mieć ranę na głowię nie mniejszą niż on, litościwie opatrzono ją brudnym bandażem. Miała rozdartą bluzkę, która ledwo co przykrywała jej piersi, na brzuchu miała mnóstwo małych ciętych ranek, które broczyły krwią. Miała ściągnięte buty, i otarte ze skóry w pewnych miejscach stopy, zaś na nadgarstkach sine ślady po sznurze. Całe ciało poryte miała siniakami, po lewej stronie twarzy miała ciężką opuchliznę, na plecach cienkie podłużne ślady bicza. Wokół karku miała teraz fioletowe, obrzydliwe pręgi, ewidentnie od przypalania rozgrzanym narzędziem. Wszystko zrobione umiejętnie, żeby się nie wykrwawiła, żeby nie umarła od razu. Gdy Sigma rzucił ją na podłogę celi i przykuł jej nogę do wystającej ze ściany poręczy, Sanji zobaczył, że dziewczyna ma również rozdartą spódniczkę, musiała zostać wielokrotnie zgwałcona, potem jego spojrzenie powiodło na twarz El Nino, który miał dziwne zadrapanie na lewym policzku. Ewidentnie ślad paznokci. Kobiecych paznokci.
- Nie martw się nie zabiłem jej. ? powiedział Sigma bez śladu swojej uprzejmości którą okazał im w mieście. ? to była najpiękniejsza chwila od bardzo dawna. Uwielbiam robić to kobietom.
- Ty chrzaniony świrze!!!! Ty cholerny szalony świrze!!!!!
W Sanji?ego wstąpił taki szał, że nie obchodziło go już nic co może mu się stać. Rwał się, ale praktycznie nie mógł się poruszyć, przykuty i za ręce i za nogi. Spod kajdan na jego kostkach pociekła krew, metal wbijał się w jego ciało im mocniej próbował się wyrwać. Te łańcuchy były zbyt mocne. Gdyby tylko był tu ten cholerny zielonowłosy...
- Uważaj na słowa ? warknął Sigma.
W pierwszej chwili Sanji chciał zapytać, dlaczego to zrobił, ale amok który go ogarnął nie pozwolił na podjęcie żadnych sensownych działań.
- NIECH CIĘ PIEKŁO POCHŁONIE!!!!!!! ? ryknął.
Sigma wykonał ruch tak szybki, że oczy Sanji?ego ledwo go wychwyciły. Chwilę później blondyn poczuł ciepłą krew ściekającą po jego policzku.
- Nie drzyj się tak. I nie marnuj sił. Wiele was tu jeszcze czeka. Chociaż nie dzisiaj.
Sanji chciał splunąć mu na twarz, ale nie trafił, za to idealnie splamił mu nogawkę.
- Mój garnitur draniu, tak? ? po czym uśmiechnął się złowieszczo ? może jednak dzisiaj. ? i kopnął Nami w brzuch.
- DLACZEGO JĄ SZMACIARZU! TO JA CIĘ OPLUŁEM!
- Myślę, że twój ból będzie dla ciebie zbyt małą karą. Zaś ta maleńka... ? kopnął ją po raz drugi, dziewczyna zakrztusiła się i odzyskała przytomność.
- DLACZEGO?! ?ryknął Sanji.
- Wszystko możesz zawdzięczać panu Cortezowi. I mojej inwencji twórczej. ? odwrócił się do Nami. ? mała podziękuj temu miłemu blondynowi, za to co cię teraz czeka.
Sigma uśmiechnął się raz jeszcze i wzniósł rękę. Sanji spojrzał raz jeszcze w przerażone oczy Nami i wrzasnął ile tylko miał sił w płucach.
- NIE!!!!!!!!
Drzwi otworzyły się z jeszcze większym hukiem niż poprzednio.



Dwie młode kobiety przyniosły herbatę, którą postawiły na ziemi, przed każdym z obecnych w pokoju.
- Niestety, ale rozwaliliście stół. Dlatego na ziemi ? powiedział Takeyama, po czym rzucił okiem po załodze.
Zoro nie spojrzał nawet na herbatę. Przypatrywał się wyraźnie mężczyźnie szukając jakichkolwiek oznak chęci do ataku. Franky nerwowo zaciskał pięści, jakby w każdej chwili spodziewał się, że Takeyama wyciągnie coś większego niż tasak Kabuu. Robin delikatnie uniosła filiżankę do ust, lecz nie upiła, tylko powąchała napar. Usopp zaś był blady i ani nie śmiał drgnąć.
- Spokojnie możecie pić ? rzekł Takeyama ? nie jest zatruta.
- Skąd mielibyśmy wiedzieć, po takim przyjęciu jakie nam zgotował ten rzeźnik? ? odezwał się podenerwowany Usopp.
- Ech... ? Mężczyzna z czerwoną chustą wychylił swoją herbatę. ? nieważne, nie dziwię się, że nam nie ufacie.
- Możemy już iść rozejrzeć się za naszym kapitanem i resztą załogi? ? zapytała Robin.
- No właśnie tu się pojawia problem. Ich już... nie ma.
- Co??? ? zapytali wszyscy naraz.
- Właśnie dostałem wiadomość od Jina, szefa naszej siatki wywiadowczej. Jeden z jego ludzi zlokalizował Monkey D. Luffy?ego i resztę waszych kompanów w mieście, gdzie stoczyli walkę w jakiejś gospodzie.
- No, chyba ich nie zabito? ? spytał z niedowierzaniem Franky.
- Nie. ? odparł Takeyama ? najprawdopodobniej nie. Pokonali ich bez problemu, ale potem, spotkali człowieka o imieniu Sigma El Nino ? jednego z najbardziej zaufanych ludzi Corteza. Nie wiadomo dlaczego, ale wywiązała się walka i wasi przyjaciele zostali pokonani. A potem ? wszyscy znikli.
- Znikli? O czym ty gadasz czerwony? ? warknął Zoro.
- Jak nam się wydaje Sigma musiał posiąść jeden z Diabelskich Owoców. W ten sposób jedynie można to wytłumaczyć, bo już niejeden z nas widział podobną sytuację. A tylko jedna osoba wróciła.
- W takim razie powiedz nam gdzie mógł ich przenieść! ? krzyknął Usopp ? musimy ich uratować!
- Nie wiemy. Siedziba Corteza odpada.
- Ale jak to możliwe, że pokonał tak silnych wojowników jak pan kucharz i pan kapitan? ? zapytała Robin. ? to przecież nie jest proste.
- To pewnie też związane jest z jego mocą. Przykro mi ale nie mogę wam pomóc.
- W takim razie idziemy ich poszukać i mam nadzieje, że nie będziesz nam w tym przeszkadzał ? powiedział Franky i zaczął się podnosić.
- Znów muszę odmówić. Nie mogę ryzykować, że poprzez pochwycenie was Cortez pozna siedzibę naszej rebelii.
- Ale przecież... ? zaczął Zoro, ale Takeyama wtrącił mu się w słowo.
- Wiem! Wiem, że jesteście silni! Ale nawet jeśli udałoby się wam jakoś dostać w tamto miejsce, nie macie żadnych szans ujść stamtąd z życiem. Nie jesteście w stanie pokonać Corteza, a my jeszcze nie jesteśmy gotowi do ataku!
- Dlaczego nas w to wplątujecie? ? zapytał Usopp ? nie mamy z tym nic wspólnego!
- Niestety ale macie. Od chwili jak wylądowaliście na tej wyspie.
- MUSIMY IŚĆ IM POMÓC NIE ROZUMIESZ?! ? krzyknęła Robin ? LUFFY TO SAMO ZROBIŁBY DLA KAŻDEGO Z NAS!
- Jest moim kapitanem i nie pozwolę mu umrzeć! Ani nikomu z reszty! Nawet temu kukowi za dychę! ? rzekł Zoro i wstał.
- Oni są naszymi przyjaciółmi!! ? nie jesteś wstanie tego zrozumieć?! ? warknął Franky.
- Nigdy nie zostawimy ich na pastwę losu! Choćby to miało nas kosztować życie!!
Takeyama umilkł na chwilę. Przez chwilę walczył z myślami, a potem również wstał.
- Dobrze więc. ? powiedział ? chodźmy zobaczyć jak się trzyma Marisa. Jeżeli ktokolwiek ze wszystkich ludzi jest w stanie udzielić wam jakiejkolwiek rady, to właśnie ona. Ona tam była.
- Więc chodźmy od razu! ? Zoro ruszył do wyjścia.
- Ostrzegam cię od razu. ? rzekł Takeyama ? ona nikomu jeszcze o tym nie powiedziała. Ani nie zdradziła położenia tego miejsca, ani nie opowiadała nic o tym. Nie jest w stanie o tym mówić i mimo, że minęły już 3 lata od tamtej chwili, milczy jak grób.
- Więc to może ona... ? zaczął Usopp.
- Jest godna zaufania ? przerwał z naciskiem przywódca rebelii ? ale widocznie stały się tam takie rzeczy, które kazały jej zamilknąć.
- Dobrze, więc chodźmy ? ponaglił Zoro i otworzył drzwi ? komu jak komu, ale nam musi powiedzieć.



W otwartych drzwiach stał wysoki mężczyzna odziany w jeansowe spodnie, dobrze skrojoną marynarkę i wysokie skórzane buty. Wyglądał na więcej niż trzydzieści lat, nosił krótko przystrzyżoną bródkę, i włosy spięte wysoko, co odsłaniało niewielkie zakola. Kucyk jednak nie opadał, lecz rozlewał się burzą włosów na wszystkie strony, ponieważ patrząc na tą wielką szopę można było z powodzeniem stwierdzić, że bez upinania nosiłby na głowie postawne afro. Przy pasie miał, co dziwne siedem długich katan, cztery po lewej, trzy po prawej stronie . Z pewnością ciężko było się w takim czymś poruszać, lecz jemu najwidoczniej nie zrobiło to żadnej różnicy gdyż śmiało przestąpił przez próg i schwycił Sigmę za rękę, którą ten zamierzał wymierzyć właśnie cios skulonej Nami.
- Wystarczy ? rzekł krótko.
- Ozuma? Czego tu chcesz cholerny pupilku pana Corteza? ? warknął El Nino.
- Pan Cortez nie życzy sobie by bardziej ich uszkadzać. ? odrzekł mężczyzna nazwany Ozumą. ? a biorąc pod uwagę twoje zapędy, wpadłem zobaczyć czy nie przesadzasz. I widzę, że przesadzasz.
- A co ty mi możesz zrobić! Jestem prawą ręką pana Corteza!
- Lewą ? szepnął Ozuma ? ja jestem prawą.
Mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem po czym Sigma widocznie stwierdził, że Ozuma ma rację. Odwrócił się na pięcie i wymaszerował z pokoju.
Kiedy jego kroki ucichły Ozuma klęknął przy Nami, która z przerażeniem odsunęła się pod ścianę. Nie była w stanie mówić.
- ZOSTAW JĄ! ? ryknął Sanji.
Ozuma spojrzał na niego po czym podszedł i zatrzymał się tuż przed jego twarzą.
- Nie drzyj się tak, bo niczego ci to nie przyniesie.
Wyciągnął z kieszeni klucz i uwolnił ręce kucharza. Na ten moment Sanji czekał. Nic więcej go nie obchodziło, ani własny los, ani nic wokół, po prostu rzucił się na Ozumę z pięściami. Tamten jednak był przygotowany. Po sekundzie klęczał już na głowie kucharza, który z powodu przykutych nóg nie był w stanie się ruszyć.
- Może byś tak zrozumiał, że ja nie jestem tępym sadystą, jak Sigma? ? warknął szermierz. ? próbuję wam choć trochę ulżyć!
Sanji uspokoił się i Ozuma wstał. Wyciągnął zza pazuchy niewielkie pudełko z czerwonym krzyżykiem i butelkę wody które rzucił na ziemię. Tuż przed nim. Kucharz spojrzał na niego skonsternowany.
- Dlaczego to robisz? ? jęknął w końcu gdy już się uspokoił.
- Nie lubię zbędnego okrucieństwa. Zwłaszcza nie w przypadku kobiet. Zajmij się nią. ? odrzekł chłodno i wstał. Zwrócił się do wyjścia.
- Masz jakieś szlugi? ? zapytał Sanji, nie mogąc wymyślić niczego sensowniejszego, a chcąc choć przez chwilę widzieć jeszcze światło, które wpadało przez otwarte drzwi.
Ozuma bez słowa rzucił na medykamenty paczkę nie napoczętych papierosów wraz z zapałkami i wyszedł zatrzaskując drzwi.
Sanji jęknął i podczołgał się po apteczkę i wodę.
- Nami ? san, podjedź tu. ? powiedział cicho. ? ja się dalej nie ruszę.
Dziewczyna próbowała coś odpowiedzieć, ale tylko z jej oczu popłynęły łzy.
- Przepraszam ? jęknął Sanji, on również płakał. ? przepraszam za wszystko...
Nami podczołgała się bliżej niego i dotknęła jego ręki. Ten wysiłek wiele ją kosztował. Zakaszlała, splunęła krwią i osunęła się na ziemię.
- Nie przepraszaj Sanji ? kun. ? spróbowała się uśmiechnąć.
Sanji delikatnie jak tylko mógł obmył wodą i spirytusem najbardziej brzydkie rany na jej ciele. Robiąc to, czuł jak narasta w nim nienawiść, każdy jęk Nami, powodował, że coś skręcało się w jego żołądku, każde drgnięcie jej ciała, powodowało, że on też drżał bojąc się by nie przysporzyć jej jeszcze więcej cierpienia. Kiedy skończył całą tą operację oparł się o ścianę i zapalił papierosa. Poczuł jak dym wypełnia mu płuca, po czym wraca wychodząc na zewnątrz wraz ze słowami, które miał w głowie cały czas.
- Zabiję go Nami ? san. Przysięgam na moje życie. Przysięgam na moją flagę.


Franky nigdy nie odznaczał się cierpliwością. Tym bardziej szał wziął go, gdy Takeyama, kazał im czekać przez bite dwie godziny przed jakąś salą, do której sam wszedł i prosił by nie hałasować. Zoro siedział w skupieniu na ziemi, Robin i Usopp byli także podenerwowani.
- Ile to jeszcze zejdzie? ? warknął cyborg.
- Skąd mamy o tym wiedzieć? ? odpowiedział pytaniem na pytanie Zoro.
- Dajcie trochę czasu. Dziewczyna musi sobie chyba wszystko poukładać w głowie. ? wtrąciła Robin ? prędzej czy później wyjdzie tu do nas.
- A jeśli do tego czasu Luffy i reszta zginą? ? zaoponował Usopp.
Archeolog pokręciła głową.
- Gdyby mieli nie żyć, już by nie żyli. Lepiej poczekajmy co nam powie Marisa.

I tak trwali w milczeniu jeszcze przez dłuższą chwilę, aż w końcu drzwi się otworzyły i stanął w nich mężczyzna z czerwona chustą.
- Dopiero co odzyskała przytomność. Jest bardzo słaba, udało jej się wywinąć śmierci i zgodziła się z wami porozmawiać, ale jeżeli ktokolwiek z was podniesie głos, to własnymi rękoma ukręcę mu łeb.
Wszyscy zgodzili się na ten niewielki warunek i Takeyama wpuścił ich do sali.
Po środku stało sporej szerokości łóżko, na którym leżała Marisa. Była przykryta kocem i przytomna, ale strasznie blada, na czole miała ręcznik, z pewnością gorączkowała. Obok niej krzątał się dziwny, zarośnięty, kulejący facet. Widząc wszystkich wskazał im podłużną ławę pod ścianą na której usiedli wraz z Takeyamą. Także tutaj nie było okien, tylko Lamp Diale oświetlające pomieszczenie zupełnie jak światło słoneczne. Po chwili kulejący mężczyzna odezwał się do Słomianych.
- Jestem doktor House i jestem tu lekarzem. ? powiedział. ? możecie porozmawiać z Marisą, ale nie wiem jak długo wytrzyma. W razie czego przerwę rozmowę, a wtedy wszyscy będziecie musieli wyjść. Zrozumiano?
- Zgoda ? rzekł Zoro i spojrzał na dziewczynę.
Marisa uniosła powieki i zmierzyła ich wzrokiem.
- Więc to prawda? Tych dwóch którzy mi pomogli na plaży złapał Sigma?
Robin spojrzała wymownie na Takeyamę. Wydawało jej się dziwne, że nie rudowłosa nie zna imienia Luffy?ego, podczas gdy większość tu obecnych mówiło już o tym.
- Ona nie czyta gazet. ? wyjaśnił - Od chwili gdy zobaczyła na pierwszej stronie którejś tam gazety informację o tym, że ?wszyscy ludzie na Kaneyamie zmarli z powodu epidemii gorączki?, co oczywiście było tylko pretekstem do zostawienia władzy Cortezowi ? o tym opowiemy później ? stwierdziła, że nie będzie już czytać tak stronniczych rzeczy i nie chce nawet o tym słuchać. Przypuszczam, że nie wie nawet o zniszczeniu Enies Lobby. Całe swoje serce zostawia tu na miejscu i nie obchodzi jej świat wewnętrzny, który odwrócił się od nas plecami.
- Powiedz nam lepiej... ? zaczął Zoro wychylając się w stronę Marisy, ale Usopp wtrącił mu się w zdanie.
- Niestety. I dlatego potrzebujemy twojej pomocy. Jeśli jesteś w stanie mówić oczywiście.
Zoro chciał coś powiedzieć, ale Franky klepnął go w ramię
- Pozwól mu mówić. ? rzekł ? gadanie nie jest twoją najmocniejszą stroną.
Słysząc to Marisa uśmiechnęła się słabo.
- Nic nie jesteście w stanie w tej chwili zrobić.
Usopp westchnął.
- Czyli co, już po nich?
- Myślę, że nie. Jeśli zostali złapani przez Sigmę dzisiaj, to co najmniej 21 dni od tej pory śmierć im nie grozi.
- Rozwiniesz to? ? dociekał długonosy.
- Ciężko mi o tym mówić... ale powiem, ze względu na to by uratować osoby, które dzisiaj uratowały mnie.
Wszyscy usiedli wygodniej by posłuchać dziewczyny, ale ta podniosła się delikatnie.
Dr House natychmiast pokuśtykał w jej stronę.
- Nie powinnaś się ruszać! Masz raka, astmę, hiperwentylację... ? po czym wymienił jeszcze 30 000 nieznanych medycznych terminów.
Marisa zignorowała go po czym powiedziała już nieco głośniej kierując słowa do Słomianych.
- Wybierzcie z pośród was jedną osobę, której powiem wszystko co wiem. Reszta nie ma prawa się tego dowiedzieć. I od razu powiem, że nie mam siły się kłócić. To moje ostatnie słowo.
- Ale... ? zaczął Takeyama.
- Wyjdź wujku.
Westchnął.
- Dobrze.
- Ty też doktorze. ? rzekła Marisa do House?a.
- Nie mogę w tej chwili wyjść! Bo umrzesz! ? rzekł mrocznie i znów zaczął tłumaczyć, że dostrzegł coś czego inni nie widzieli.
- Doktorze wychodzimy! ? warknął Takeyama.
House wzruszył ramionami, powiedział, że idzie się kłócić z władzami szpitala i pokuśtykał na korytarz.
- On jest trochę świrnięty ? wyjaśniła Marisa. ? wybraliście?
Słomiani spojrzeli po sobie. To nie było ważne czy wszyscy się dowiedzą. Wystarczyło, żeby jedna osoba poznała te fakty, a wszyscy mieliby do niej i tak takie samo zaufanie i postąpili by zgodnie z każdym jej poleceniem. W końcu po chwili milczenia zrozumieli kto jest w tym momencie najwłaściwszy. Zoro uśmiechnął się.
- Usopp, powodzenia ? rzekł po czym ruszył do wyjścia a za nim Franky i Robin uśmiechając się do strzelca i dziewczyny by dodać im otuchy.
Gdy drzwi się zamknęły Marisa wzięła głęboki oddech.
- Przysięgasz, że nie ujawnisz pewnych szczegółów, które Ci powierzę?
Usopp zaśmiał się w duchu. On, urodzony kłamca, teraz miał przysięgać, i postępować zgodnie z tym co powie. Jakaż to ironia. Jednakże był też piratem i wiedział co to honor. Luffy go tego nauczył. Nie było czasu na zastanowienie.
- Przysięgam.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Więc słuchaj.


Ciąg dalszy nastąpi


Dramatyczne pytania:
Gdzie są Luffy i Chopper?
Czy Sanji i Nami przetrwają kolejne dni?
W jaki sposób Marisa może pomóc Słomianym Kapeluszom?
Kim tak naprawdę jest Cortez i co ukrywa Sigma?

Część 6 to: ?Runda pierwsza?



6. ?Runda pierwsza?

Opis: W tej części uświadczycie zmiany jaka zachodzi w jednym z bohaterów, nie zdradzę którym ale łatwo się domyśleć zważywszy na okoliczności. I będzie nieco smutnawo.

Usopp wyszedł z pokoju i cicho zamknął za sobą drzwi. Łatwo go było przestraszyć prawda, do tego był dość wrażliwy, ale tym razem ewidentnie było to na niego zbyt wiele. Był blady jak ściana, pot spływał mu po twarzy, zaś nogi trzęsły mu się jak chyba nigdy w życiu, ale starał się tego nie okazywać. Zrobił coś, co wiedział, że jest właściwe, ale wiedział, że innym może się nie spodobać jego pomysł. Stał teraz przed Zoro, Robin i Frankym, którzy najwyraźniej oczekiwali tego co ma do powiedzenia. Ale nie mógł na razie ich uwolnić od oczekiwania. Obiecał.
- No więc? ? Zoro uniósł brwi czekając na dokładną relację tego co powiedziała mu Marisa.
- Słuchajcie...
- Gadaj prędko, gdzie oni są. ? ponaglił go Franky
- Nie mogę. ? odparł Usopp.
- Jak to nie możesz? ? Zoro wstał i spojrzał strzelcowi w oczy. ? nie chcesz uratować Luffy?ego?
- Oczywiście, że chcę! ? wykrzyknął długonosy. ? jak możesz posądzać mnie o coś takiego!
- Więc o co chodzi? ? zapytała Robin ? chyba nie jest to odpowiednia pora na wahanie? Chyba, że jest jakiś powód.
- Jest. ? odpowiedział krótko Usopp ? obiecałem. I słowa dotrzymam.
Wszyscy stanęli jak wryci. Nikt nie rozumiał o co tu chodzi, zachowanie Usoppa wydawało się wręcz irracjonalne.
-Wytłumacz o co chodzi! ? warknął Franky i stanął obok Zoro.
- Ja... ? zaczął Usopp ? nie mogę wam wytłumaczyć. Ale po tym czego się dowiedziałem...
Umilkł na chwilę po czym wziął głęboki oddech.
- Wstąpiłem do rebelii.


Sanji?ego bolało całe ciało. Nie wzięto go co prawda na tortury, jak Nami, ale ni stąd ni zowąd w pokoju pojawiło się dwóch wysokich mężczyzn w czarnych prochowcach, którzy pobili go i skopali niemiłosiernie, wręcz przez pewien czas był nieprzytomny. Dawno już stracił rachubę czasu, nie wiedział czy jest dzień czy noc, nie wiedział ile już tu są, jedynie na podstawie głodu ? uczucia którego najbardziej nienawidził, stwierdził, że od ostatniego posiłku musiała minąć co najmniej doba. Kiedy otworzył oczy, ujrzał Nami. Dalej był przykuty do ściany za nogi, jednakże ręce miał uwolnione, mógł więc w spokoju ulżyć sobie wywichniętym barkom. Dziewczyna położyła sobie jego głowę na kolanach, by nieco mu ulżyć, a teraz spała cicho ze spuszczoną głową. Kucharz był wściekły na samego siebie. Dziewczyna wycierpiała znacznie więcej niż on, a była o tyle dzielniejsza. A on tutaj rozpacza z powodu jakichś tam ramion czy pobicia. Przez to wszystko nie zwracał praktycznie na to, że podarty strój nawigator więcej odsłaniał niż przykrywał. Sam się sobie później dziwił. Obudził ją. Nami zbudziła się od razu ze strachem w oczach jakby spodziewała się kolejnych razów, jednak gdy spojrzała, że w pokoju nie ma nikogo oprócz nich uspokoiła się. Była strasznie przygaszona.
- Sanji ? kun, masz jakiś pomysł? ? zapytała, mimo, że nie spodziewała się w tym wypadku niczego specjalnego.
- Gdyby ktoś uwolnił mi choć jedną nogę... ? westchnął tamten. ? mam jeszcze sporo siły. Na tyle, żeby spokojnie nas stąd uwolnić. Ale te łańcuchy są zbyt mocne i z pewnością nie dam rady nic z tym zrobić.
- O co w tym chodzi?! ? parsknęła zrezygnowana Nami ? na co mamy czekać? Aż nas zatłuką? Mamy marzenia, mamy załogę! Co się dzieje z Luffy?m i Chopperem? Co z resztą? Nikt po nas tu nie przyjdzie? Jesteśmy zdani na siebie?
- Nami-san, uspokój się! ? Sanji po raz pierwszy w życiu podniósł na nią głos. Speszyła się. ? Nie możemy być zdani na innych, musimy widocznie sami się o siebie zatroszczyć!
- Skoro masz tak logiczne przemyślenia, to może byś nas stąd wyciągnął! ? wrzasnęła.
Sanji pozwolił, żeby frustracja wzięła nad nim górę. Wyrzucił z siebie wszystko to, co najbardziej go bolało, swoją bezradność, słabość i nienawiść do siebie za to, że dopuścił do tego co się stało. Wydarł się na Nami. Na ostatnią osobę na którą mógłby się kiedykolwiek wydrzeć. Do końca życia tego żałował.
- A co ty myślisz, że to jest takie łatwe?! Myślisz, że nie myślę o tym bez przerwy?! Nie chcę, żeby coś ci się stało! Nie chcę, żebyś cierpiała, ale co mogę zrobić? Nie zerwę tych łańcuchów! Pogrzało cię do reszty czy co? Myślisz, że gdzie teraz jesteśmy, na wakacjach gdzie Sanji ? kun weźmie i wyrwie ścianę, zabije wszystkich wrogów? Jasne, do tej pory nam się wszystko udawało, dzięki umiejętnościom, pracy zespołowej i masie szczęścia! ALE NAMI, TO JEST ŻYCIE DO CHOLERY!
Zamilkł. Oddychał ciężko, wszystko powiedział na jednym wydechu. Nigdy nie przypuszczałby, że zrobi coś takiego, ale żal który odczuwał nie pozwolił mu zachować swojego prawdziwego ja. A Nami była jeszcze bardziej przerażona niż on sam. Łzy stanęły jej w oczach. Przez chwilę trwali bez ruchu, a potem z całej siły go spoliczkowała. Nic nie powiedział, a uderzenie paliło go żywym ogniem.
- W życiu bym się tego nie spodziewała. Człowiek, dzięki któremu zaczęłam wierzyć w siebie jest tchórzem. Wspaniale Sanji. Czekajmy tu na śmierć. ? po tych słowach Nami odsunęła się pod ścianę i wtuliła głowę w kolana.
Roztrzęsiony Sanji zapalił papierosa i zatkał uszy rękoma. Nie mógł słuchać jak dziewczyna płacze. Zwinął się na ziemi z nadzieją, że zaraz umrze.


- Przystałeś do rebelii? ? wrzasnęli naraz Zoro, Franky i Robin.
- Tak.
- Usopp, nie przesadzaj. Już raz opuściłeś załogę, jedna nauczka ci nie wystarczyła? ? warknął wściekły Zoro.
Usopp drgnął. Ogarnęła go złość.
- Zoro, zwariowałeś?
- Więc o co tak naprawdę chodzi?
- Marisa powiedziała mi wszystko! Ale dałem jej słowo, że niczego wam nie przekażę! Powiem wam tyle! W tej chwili nie uratujemy ich nie ważne jak bardzo byśmy się starali! Wiem co ona przeżyła i wiem co im grozi! Ale tak jak powiedziała, przez 21 dni są jeszcze bezpieczni!
- 20 ? wtrącił Takeyama ? już dawno zapadła noc.
- Wiem co będzie można zrobić i wiem co oni teraz cierpią! Ale jeśli spróbujemy ich uratować teraz skończymy tak samo jak oni! Nie możemy zrobić takiej głupoty!
- Co cię opętało? Wierzysz tej lasce? ? Zoro również się zezłościł.
- Tak, wierzę! I uratuję Luffy?ego i resztę. W ten właśnie sposób. Jeśli mi zaufacie możecie im pomóc! Ja mam gdzieś jak ty Zoro na to patrzysz! Dla mnie priorytetem jest uratować Luffy?ego... Już wystarczająco wiele razy zbytnio się bałem żeby działać! Teraz jest na to pora! Wystarczy poczekać głupie 20 dni! I ja to zrobię! ? Usopp najwyraźniej już podjął decyzję.
Nastała chwila ciszy. Każdy zmagał się z myślami, ale wszyscy podjęli decyzję nim Takeyama zdążył coś dodać od siebie.
- Dobra długonosy. ? rzekł Franky jako pierwszy. ? Słomiany wiele dla mnie zrobił i nie pozwolę mu przepaść. Widziałem, że tobie również na nim zależy. Jestem z tobą.
Twarz Usoppa nieco się rozjaśniła.
- Ja także ci wierzę ? rzekła Robin po krótkiej chwili. ? skoro mówisz, że w ten sposób ich uratujemy. Zróbmy więc tak jak uważasz.
Spojrzenie wszystkich spoczęło na szermierzu, którego mina wyrażała bardziej chęć mordu niż milczącą zgodę.
- Zoro? ? odezwała się Robin nieśmiało.
Zoro uśmiechnął się pod nosem i odwrócił się do nich plecami.
- Mam was gdzieś. Idę ratować Luffy?ego.


Drzwi otworzyły się powoli. Sanji i Nami natychmiast poderwali głowy w górę patrząc kto tym razem przyszedł, ale niestety nie odczuli ulgi. W drzwiach stał Sigma El Nino i uśmiechał się złowieszczo, po czym wszedł do środka z Lamp Dialem i zamknął za sobą drzwi.
- No proszę, proszę. ? rzekł powoli ? takie krzyki to słychać było na całej wyspie.
Uff, wciąż jesteśmy na wyspie, pomyślał Sanji.
- Pomyślałem, że skoro macie siły na to by się tak wydzierać, z pewnością chętnie przyjmiecie moją wizytę.
- Chętniej bym przyjęła kupę łajna na twarz niż twoją zapchloną mordę ? mruknęła Nami.
Sigma uśmiechnął się ponownie.
- To się da załatwić.
- Spadaj impotencie. ? warknęła chcąc upiec go do żywego. I udało jej się to.
Uśmiech zniknął z twarzy Sigmy jak zdmuchnięty, pojawiła się irytacja, zaś twarz wykrzywił na chwilę grymas szaleństwa. Podszedł do Nami i schwycił ją za włosy zbliżając jej twarz do swojej.
- Czy nie pokazałem ci już dobitnie, że do impotentów nie należę? A może pokazać ci to znowu?
Nami wzdrygnęła się na wspomnienie tego co się stało, ale odzyskała zimną krew i z całej siły zdzieliła Sigmę po twarzy. Nie spodziewał się, zachwiał przez chwilę, ale natychmiast odzyskał równowagę i uderzył ją z taką siłą, że rąbnęła plecami w ścianę.
- ZOSTAW JĄ ŚWIRZE! ? ryknął Sanji, stojąc na równych nogach.
- Dla ciebie blondasie to też będzie kara. Przypatrz się dobrze.
Po tych słowach Sigma podszedł do Nami i pochylił się nad nią. Jęknęła i próbowała się cofnąć, ale był diabelnie silny. Jedną ręką przyszpilił ją do ziemi, drugą zaczął błądzić po jej ciele.
- PUŚĆ JĄ!!!!!!!!!!!!!!!! - wrzasnął kucharz i szarpnął się z całej siły.
Sigma pochylił się nad Nami i zaczął całować jej szyję.
?Skoro masz tak logiczne przemyślenia, to może byś nas stąd wyciągnął?
Sanji z całą siłą pociągnął za łańcuch u prawej nogi. Nie puścił. Wrzasnął na cały głos.
El Nino wsunął rękę między nogi Nami, dziewczyna krzyczała, wyrywała się ? ten nawet nie drgnął ani nie zwolnił nacisku.
?Nie przepraszaj Sanji-kun?
Kucharz szarpnął jeszcze mocniej. Krew tryskała spod kajdan które miał na nogach, ale nie obchodziło go to. Jak zerwie łańcuchy i zabije Sigmę nic już nie będzie ważne.
Nami ugryzła napastnika w ramię, na nic więcej nie mogła sobie pozwolić. Uwięził jej obie ręce, przycisnął do ziemi, rozpiął rozporek...
?W życiu bym się tego nie spodziewała. Człowiek, dzięki któremu zaczęłam wierzyć w siebie jest tchórzem.?
Jeszcze trochę... coś zgrzytnęło.
Sigma trzykrotnie uderzył Nami w twarz, by więcej gryźć się nie odważyła.
- No dalej mała, ciesz się! ? ryknął

Zabiję go Nami ? san. Przysięgam na moje życie. Przysięgam na moją flagę.

Coś strzeliło, a potem czas jakby zwolnił.
Sigma sięgnął w dół by zerwać z Nami bieliznę. Wypowiedział jeszcze parę lubieżnych słów, aż dziewczynie udało się uwolnić usta spod naporu jego dłoni.
- SAAAANJIIIIIIII!!!!!!!!!!!


Cisza.
Jeden malutki szelest.

- MOUNTON SHOOOOT!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Sigma przebił się przez ścianę niszcząc ją doszczętnie. Przebił się jeszcze przez dwie równoległe, aż w końcu padł na ziemię, w podłużnym pokoju.
Sanji natomiast stał teraz wyprostowany opuszczając lewą nogę, po której ściekała krew i skapywała na ziemię.
- Jak to możliwe?? ? jęknął Sigma, który podniósł się ocierając krwawiące usta. Sanji?ego w pierwszej chwili zaskoczyło to, że cios nie zrobił na nim spodziewanego wrażenia, ale nic takiego w tej chwili się nie liczyło.
- Powiedziałem pewne słowa ? mruknął kucharz odpalając papierosa ? i ich dotrzymam. Jesteś martwy koleś.
Nami cofnęła się pod ścianę uśmiechając się przez łzy.
- A jednak... ? powiedziała.
- Wybacz, że byłem takim idiotą. ? rzekł Sanji, ale zaraz zmienił ton ? ale nie ważne, nie pora teraz na to.
Kopnął z góry w łańcuch, który więził Nami łamiąc go na kawałeczki. Teraz kiedy mógł swobodnie kopać, taki kawałek metalu nie stanowił dla niego żadnej przeszkody.
- Nami ? san, uciekaj stąd. Jak dasz radę to dyskretnie rozejrzyj się za moimi butami i swoim Clima tactem. ? rzekł wydychając dym.
- A ty? ? rzekła wygrzebując się z celi.
- A ja... ? mruknął Sanji i jego spojrzenie wylądowało na Sigmie, który właśnie wychodził z gruzów. ? a ja się nim zajmę.
Na chwilę spojrzenia Nami i Kucharza się spotkały. Chciała powiedzieć milion słów, ale żadne nie było w tym momencie odpowiednie. Uśmiechnęła się tylko.
- Czekam na zewnątrz ? i ruszyła szybkim krokiem, na tyle, na ile jej pozwalały rany w dół korytarza.
El Nino zauważył to i natychmiast chciał ruszyć w jej kierunku, nawet już rzucił się do skoku.
- Epaule!!!! ? oberwał w ramię. Nami znikła za rogiem.
-Cotolette! ? znów dostał. Kroki dziewczyny ucichły.
- Selle!!!! ? wygiął się do tyłu i opadł podparty na ramionach.
- Parage SHOT!!!!!!!!! ? odrzuciło go w tył i wylądował na plecach daleko od Sanjiego.
Po ostatnim, potężnym kopniaku w twarz był nieco zamroczony, ale wciąż nie tak jak powinien być. Podniósł się powoli, ocierając usta.

- Więc tyle jeszcze siły w sobie miałeś.... ? warknął ? no, zwiększymy tempo, teraz zobaczymy na co cię stać.
- Nie chrzań tylko walcz. Swoje powiedziałem - jesteś trupem. ? warknął Sanji i odpalił kolejnego papierosa, bo poprzedni wypadł mu w ferworze walki. Po czym, nim ponownie starł się z przeciwnikiem powiedział z uśmiechem:
- Runda pierwsza, czas, start!


Ciąg dalszy nastąpi


Dramatyczne pytania:
Co się stanie z Zoro i jaka będzie jego ostateczna decyzja?
Czy Sanji?emu uda się pokonać Sigmę?
Gdzie tak naprawdę znajdują się Sanji i Nami?
Co się stanie ?za 20 dni??

Część 7 to: ?Ucieczka?




7. ?Ucieczka?

Nami biegła teraz długim korytarzem, omijając wszystkie drzwi, nie chciała naciąć się na większy oddział ludzi w prochowcach ? bez swojego Clima tactu, nie miała żadnego argumentu przemawiającego na jej korzyść. Stawiała kroki ostrożnie, aczkolwiek poruszała się najszybciej jak tylko mogła. Każde dotknięcie podłoża sprawiało jej ogromny ból, jej stopy otarte w wielu miejscach do krwi paliły żywym ogniem, łzy stały jej w oczach, ale nie mogła się zatrzymać. Nie teraz kiedy Sanji mimo swoich ran rzucił się do walki. Nie teraz kiedy pokazał, że naprawdę potrafi. Musiała znaleźć innych, potem wspólnie uciec z tego miejsca, choć dokładnie nie wiedziała gdzie się znajduje. Ostatnie co pamiętała, to to, że Sigma wbił jej pięść w żołądek z taką siłą, że padła na twarz i natychmiast straciła przytomność. Potem przebudziła się jeszcze gdy najróżniejszymi przedmiotami zadawał jej straszliwe rany, oraz, gdy... nie chciała o tym pamiętać. Zacisnęła zęby i zaczęła biec. Gdzieś za nią rozbrzmiewały uderzenia, odgłosy walki. Oby jak najdalej od nich. Jak najdalej....
I w tym momencie usłyszała głos tuż przed sobą, dosłownie za rogiem.
- Jasna cholera, Bart! Co tam się dzieje! ? mówił jeden z głosów, szorstki i mocny. Ewidentnie się zbliżał.
- Nie wiem panie poruczniku ? odparł młodszy głos ? ale jeżeli to za sprawą Czarnonogiego Sanji?ego, to musimy natychmiast powiadomić pana Ozumę.
- Przecież wiem tępaku! Najbliższy Den-Den Mushi mamy w pokoju zaraz za rogiem w garderobie pani major Kazuki.
- Tylko czy możemy tam wejść bez pytania?
- Sytuacja tego wymaga idioto! Włazimy!
Byli już zdecydowanie za blisko. Nami miała tylko jedną szansę. Pierwsze drzwi na prawo ? garderoba. Drugie ? pewnie jakieś spokojne pomieszczenie. Tylko, czy aby na pewno można było dopuścić do powiadomienia tego szermierza, który pewnie bez mrugnięcia okiem ściąłby kucharza zajętego walką z Sigmą? Głosy były coraz bliżej, a Nami miała coraz mniej czasu. Była piratem. Była Piratem Słomianego Kapelusza. A Sanji był jej przyjacielem. Wpadła do garderoby i zamknęła za sobą drzwi tak cicho jak tylko potrafiła. Miała sekundy na rozmyślania, otworzyła pierwszą szufladę.
Jeszcze wiele, wiele lat później Nami zastanawiała się jaka to boska siła jej wtedy towarzyszyła. W szufladzie leżał czyściutki wypolerowany pistolet dwulufowy. Jej ciało zareagowało instynktownie. W jednej chwili kładła dłoń na broni, w następnej drzwi otworzyły się, a w jeszcze następnej Nami wystrzeliła dwukrotnie w kierunku zszokowanych mężczyzn w prochowcach. Kule przeszyły ich serca.

- Heh, słyszałeś to? ? mruknął Sigma przeskakując z nogi na nogę w pozycji bokserskiej.
Sanji zmarszczył brwi. Usłyszał dwa strzały z broni palnej i wcale, a wcale mu się to nie podobało.
- Twoja koleżaneczka najprawdopodobniej właśnie odeszła do sztywnych.
- Zamknij się...
- Ale nie martw się, pochowamy ją z honorami...
- ZAMKNIJ SIĘ!
Sanji rzucił się do przodu i nie pacząc na nic wyprowadził potężne kopnięcie z półobrotu ? prosto w twarz. Sigma również zareagował odpowiednio, uderzając z całej siły pięścią. Ciosy zderzyły się w miejscu, ale to uderzenie Sigmy było mocniejsze, Sanji?ego odrzuciło w tył. El Nino tylko na to czekał natychmiast rzucił się do przodu. Nim kucharz padł na ziemię, przeciwnik dorwał go, wbił mu kolano w brzuch a następnie podbił do góry drugim kopnięciem. Sanji był w powietrzu ? był bezradny.
- SALVATION PUNCH! ? Sigma wyciągnął ręce na znak krzyża po czym okręcił się wokół siebie i wbił prawą pięść głęboko w mostek Sanji?ego. Kucharz zakaszlał krwią, cios znacznie odrzucił go do tyłu. Uderzył plecami w ścianę, jego sylwetka wręcz się na niej odcisnęła, ale nim opadł na kolana, wiedział co musi dalej zrobić. Podparł się ręką i...
- Quasi.... ? Sigma się nie spodziewał zupełnie i średniej siły kopnięcie totalnie wytrąciło go z równowagi, ale Sanji bynajmniej nie zamierzał przerywać ataku. Okręcił się raz jeszcze.
- QUEUE!!!!!!!!!
El Nino trafiony w kość ogonową zawył z bólu i zaskoczenia, siła ciosu zmiotła go z ziemi ? wbił się w ścianę wzniecając tumany pyłu. Sanji natomiast opadł na kolana. Kaszlnął raz jeszcze z jego ust i nosa trysnęła krew, poczuł nieprzyjemny ból w mostku. Nie był pewien, ale mógł być pęknięty. Cholera, pomyślał kucharz, co ja teraz mam zrobić...
Wtedy usłyszał kolejny strzał z broni palnej. Dokładnie z miejsca poprzednich. I wiedział już co musi zrobić. Zebrał wszystkie siły jakie jeszcze mu zostały i wyskoczył w górę. Tak mocno jak tylko mógł kopnąć bosą stopą uderzył w sufit tworząc olbrzymią dziurę niemal od razu. Sigma zaczął się powoli podnosić, Sanji spojrzał mu w oczy i uśmiechnął się z wysiłkiem opadając na ziemię.
- Przysięgłem, że cię zabiję, więc dotrzymam słowa. Ale jeszcze nie teraz.
- O czym ty gadasz? ? warknął Sigma, po czym zerknął w górę. Sufit pękał. Nie zdążył nawet krzyknąć.
Sanji wyrzucił papierosa.
-Do następnego... ? szepnął
Po czym rzucił się biegiem tam gdzie uciekła Nami, zaś strop zawalił się pochłaniając Sigmę.


Nami była w głębokim szoku. Nie spodziewała się, że nagle do sali wpadnie kolejny człowiek w prochowcu tym razem przygotowany. Jego również trafiła, choć z pomocą wielkiego szczęścia. Siedziała teraz na ziemi dosłownie przerażona. Pierwszy raz zabiła człowieka. A dokładnie trzech, którzy teraz leżeli bez ruchu, a ich oczy wpatrywały się w nią jakby z wyrzutem. Do tego pistolet był już pusty, dlatego jedyną reakcja na jaką było ją stać gdy do pokoju wpadła kolejna postać, było zasłonięcie się rękoma i modlenie, by śmierć nie była tak bolesna jak to co przeszła do tej pory. Nic takiego jednak się nie stało.
- Nami ? san?
Dziewczyna ostrożnie uniosła głowę i odetchnęła z ulgą. Nad ciałami stał Sanji. Zbadał szybko sytuację wokół i zrozumiał gdzie się znajdują.
- Wygrałeś? ? spytała nieśmiało Nami nie podnosząc się z ziemi.
- Nie ma teraz na to czasu ? warknął Sanji ? wybierz stąd jakieś ubranie i...
I dopiero teraz, po przebytej ciężkiej walce, po dobie bez jedzenia dopadło go to co dopadało go zawsze. Zamilkł, zarumienił się i rozdziawił szczękę jak skończony idiota.
- Sanji-kun...
- Mellorine.....
- Co?
- Mellorine....
- Sanji-kun, nie pora na to...
- MELLORINE ! MELLORINE! MELLORINE!! ? stało się coś mroczniejszego niż Zoro biegnący z mieczem na przeciwnika. Coś potężniejszego niż gniew Luffy?ego gdy idzie o bezpieczeństwo przyjaciół i w końcu coś silniejszego niż El Thor Enela. Sanji wpadł w trans.
Nami nie miała większego wyjścia. Cisnęła pistoletem między dwa serca które teraz zastąpiły kucharzowi oczy, a twarda drewniana kolba natychmiast przywróciła mu zmysły wyrzucając go przy okazji za drzwi. Zamknęła się i szybko rzuciła okiem na szafę. Właściwie marzyła tylko o tym, żeby zatrzasnąć się w łazience, zmyć z siebie brud... bo czuła się straszliwie brudna. Ale na to czasu nie było. Ubrała szybko długą jeansową spódnicę i czarną bluzkę na ramiączkach. Na szyi zawiązała apaszkę, bo już teraz nienawidziła sinych blizn na karku, a zdawała sobie sprawę, że zostaną jej do końca życia. Jednak adrenalina, która w niej buzowała kazała jej zrobić to wszystko w ekspresowym tempie. Wciąż nie miała Clima Tactu, ale nie to się w tej chwili liczyło, nie liczyło się też to co jej tu zrobiono, ani to co zrobiono innym. Ważne było to, że żyli i mieli szansę ujść z życiem. Przed wyjściem z garderoby wzięła jeszcze męską zieloną koszulę z krótkim rękawem w hawajskim stylu leżącą na krześle i założyła na nogi jezuski. Nie miała czasu owinąć ran czymkolwiek, ale pomyślała, że lekkie obuwie mniej podrażni jej poszarpaną skórę. W końcu stanęła przed drzwiami naprzeciwko Sanji?ego, który właśnie podniósł się z ziemi.
- Przepraszam, wiem, ze to nie jest pora... Ale Nami-san jesteś taka pieeekna!!!!! ? znowu zaczął tańczyć, ale w porę się opanował. ? przepraszam. Chodźmy już.
Już w biegu wziął od Nami koszulę i narzucił ją na nagie plecy. Minęli kilka kolejnych zakrętów, często spotykali mężczyzn w prochowcach, ale Sanji większość walk rozstrzygał podstawowymi kopnięciami, nie mając z tym zbędnych problemów. Nami zauważyła jednak, że przy każdym głębszym ruchu ciało kucharza wzdryga się z bólu. W końcu Sanji zatrzymał się i opadł na kolana dysząc ciężko. Kaszlał i pluł krwią. Miał do tego olbrzymią gorączkę.
- Co się dzieje? Sanji ? kun... ? jęknęła Nami ? jeszcze trochę i znajdziemy Luffy?ego i Choppera... nie poddawaj się tutaj.
- Luffy... ? warknął kucharz i podparł się na rękach. ? masz rację. Idziemy po nich.
I wtedy powietrze przeciął ostry, suchy głos.
- To nie ma sensu. Ich tu nie ma.
Sanji i Nami natychmiast się odwrócili i ogarnęło ich uczucie zrezygnowania. W korytarzu stał Ozuma z obnażoną kataną.
Sanji natychmiast stanął przed Nami zasłaniając ją. Nie miał jednak złudzeń. Ledwo trzymał się na nogach, widział już potrójnie, żółć podchodziła mu do gardła. Mógł zaatakować, nawet może by mu się udało pozbawić przeciwnika broni, ale ten miał jeszcze sześć ostrych jak brzytwa katan przy pasie. Nie było nadziei.
- Jak to ich tu nie ma? ? spytała Nami patrząc z przerażeniem na Ozumę, który wolnym krokiem ruszył w ich kierunku.
- Nie ma. Sigma dał ciała. ? powiedział tamten spokojnie. ? z tego co mówił kiedy tu przybył z wami ten mały jeleń spróbował ucieczki i spadł z klifu do wody, zaś Słomiany który akurat się przebudził, natychmiast rzucił się mu na ratunek.
- Co? Przecież oni obaj zjedli owoce!! Wpadli do wody?? ? jęknął Sanji
- Na to wygląda. Sigma miał rozkaz doprowadzić wszystkich żywcem. Ale ponieważ sam jest użytkownikiem diabelskich mocy, nie mógł ich wyłowić. Choć muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem odwagi waszego kapitana, niestety możecie tylko pokłonić się jego pamięci.
- TO NIEMOŻLIWE!!! ? ryknął Sanji. Dodatkowo jeszcze uderzył go fakt, że Sigma w walce z nim nie użył żadnej specjalnej mocy. Po prostu się z nim bawił.
Nami nie mogła powstrzymać łez. To był koniec. Luffy i Chopper nie żyją... do tego przed nimi przeciwnik którego nie dadzą rady pokonać. Nawet jeśli jakimś cudem uciekną ? to koniec ich przygody.
- Nami ? san. ? powiedział cicho kucharz. ? ty musisz uciec.
- Co? ? jęknęła dziewczyna przez łzy.
Sanji z całej siły kopnął w ścianę po ich lewej stronie. Pod wpływem jego miażdżącego uderzenia powstała spora dziura, na szczęście prowadząca na zewnątrz. Do środka wtargnął chłód letniej nocy. Nami spojrzała przez otwór i zrozumiała, że znajdują się w gęstym lesie. Nie potrafiła dokładnie powiedzieć gdzie.
- Zbierz wszystkich, tylko ty znasz się na nawigacji. ? rzekł poważnie Sanji - Musisz ich wyprowadzić z tej wyspy, wsiadajcie na Sunny-go i uciekajcie. A ja zatrzymam szermierza.
- Ależ Sanji ? kun! ? krzyknęła oburzona, ale kucharz tylko się uśmiechnął.
- Potraktuj to co mówię choć raz poważnie.
Ozuma spojrzał na nich z pewnym rozbawieniem. Zaimponowała mu odwaga tego mężczyzny, który ledwo trzymał się na nogach, a mimo to sprawiał wrażenie gotowego na wszystko.
- Dobra. Zdecydowałem. ? rzekł.
- Co zdecydowałeś? ? zapytali naraz Nami i Sanji.
- Nie będę z wami walczył. Uciekajcie.
Ich zmęczenie i stres ustąpiły miejsca niewypowiedzianemu zaskoczeniu.
- Jak to? O co chodzi? ? warknął Sanji wietrząc postęp.
- To proste ? powiedział Ozuma chowając katanę. ? nie zamierzam walczyć z facetem, który atakuje tylko kopnięciami, a nie ma na nogach butów ? moje katany pocięły by cię na kawałki nim byś się obejrzał. Nie zamierzam także atakować bezbronnej kobiety. A że nie będę was atakować, to nie dam rady was tu zatrzymać.
- Nie traktujesz mnie poważnie? ? kucharza ogarnęła złość ? chcesz nas tak po prostu puścić?
- Traktuje cię jak najbardziej poważnie i dlatego jeszcze żyjesz ? odparł Ozuma takim tonem, że po plecach Nami przeszły dreszcze. ? uwierz mi jeszcze się spotkamy. A wtedy to się nie powtórzy.
- Nami ? san uciekaj natychmiast. ? mruknął Sanji. ? ja muszę jeszcze z nim porozmawiać.
- Sanji ? kun, o czym ty mówisz? ? zdenerwowała się Nami. Schwyciła go za koszulę i próbowała pociągnąć za sobą, ale ten się wyrwał.
- UCIEKAJ STĄD! W TEJ CHWILI!!!! ? wrzasnął jej w twarz. ? ja cię potem znajdę! WIEJ!
- Ale...
- Natychmiast! Bo zginiemy oboje!
Nami spojrzała na niego. Zdecydował. Nie było po co z nim rozmawiać, po co go bić, ochrzaniać. Skinęła niezauważalnie głową.
- Masz mnie dogonić. Biegnę na północ.
- Dobra. ? odparł kucharz i dziewczyna zwinnie wyskoczyła przez otwór w ścianie.
Zostali sami ? Sanji i Ozuma.
- Dlaczego też nie uciekasz? ? powiedział ten drugi ze zniecierpliwieniem. ? zaraz pojawią się nasi ludzie, a ty w takim stanie nie dasz rady się im opierać zbyt długo.
- Muszę znaleźć Clima Tact Nami ? san. Jeśli mamy z wami walczyć, będzie nam potrzebna każda broń, a Usopp tak szybko drugiego nie zrobi.
Ozuma roześmiał się w głos. Dawno nikt tak go nie zaskoczył.
- No proszę, i dlatego ryzykujesz życie? Hahahahahahaha....
- Co cię tak śmieszy?
- Nic, rozbroiłeś mnie. ? Ozuma włożył rękę za pazuchę i wyciągnął Clima Tact, oraz parę czarnych butów. Tak znajomych Sanji?emu. Rzucił je w jego kierunku.
Kucharz był ogromnie skonsternowany. Co? Jak? Skąd? Spojrzał na broń i buty leżące na ziemi, ale nie miał czasu, żeby się nad tym zastanawiać, szybko wsunął obuwie i wziął do ręki błękitne części broni.
- Dlaczego? ? warknął Sanji ? dlaczego nam pomagasz? Mówiłeś, że to dlatego, że nie mamy broni? A teraz oddajesz mi ją. Mam na nogach buty, więc powinieneś bez mrugnięcia okiem walczyć.
- Powiedzmy, że interesuje mnie jak rozwinie się sytuacja. Zaimponowaliście mi.
- Więc ty te rzeczy od początku nosisz? Od początku planowałeś oddać je..... ? zaczął Sanji ale Ozuma mu przerwał.
- Uciekaj.
- Przecież...
- Won mi stąd, zanim zmienię zdanie. I przekaż moje pozdrowienia jak spotkasz Roronoa Zoro.
Sanji zamarł w zaskoczeniu. Domyślał się już o co chodziło Ozumie, ale tylko skinął głową i czmychnął przez dziurę na zewnątrz. Zaczął biec najszybciej jak potrafił w głąb lasu ? na północ, tak przynajmniej przyjął, gdyż w tamtą stronę pobiegła Nami.
Dogonił dziewczynę bardzo szybko, nie zdążyła uciec zbyt daleko, obawiał się, że w takim tempie pościg dopadnie ich bardzo szybko, ale doskonale rozumiał powód. Stopy Nami krwawiły tak, że był pełen podziwu dla niej, że w ogóle potrafi iść. Nawigator od razu dostrzegła Clima Tact który kucharz trzymał w dłoniach i uśmiechnęła się.
- Niezła szybkość.
- Może buziaczek w podziękowaniu? ? jęknął Sanji zmieniając się w ?dziwne wijące coś?.
- Chyba kopniak między oczy ? powiedziała cicho Nami wymierzając mężczyźnie celny cios. Zabrała z resztek Sanji?ego Clima Tact i odwróciła się w głąb lasu.
- No cóż, zbierajmy się. Musimy określić jakoś miejsce w którym się znajdujemy. Nie widać nieba przez te konary, poza tym chyba są chmury.
- Dasz radę iść? ? zapytał kucharz podnosząc się z ziemi.
- Martw się o siebie. Ledwo stoisz.
Rzeczywiście, Sanji miał gorączkę, nogi mu się trzęsły, a oczy przykrywała mu czerwona mgiełka.
- Nie ma wyjścia. Jeszcze trochę dam radę.
Po czym oboje ruszyli dalej. Po chwili zaczął padać chłodny letni deszcz zmywając zmęczenie i dodając odrobinę otuchy. Luffy i Chopper na pewno żyją, nie z takich kłopotów wychodzili. Z taką optymistyczną myślą Sanji pognał szybkim krokiem przed siebie, z Nami u boku.


Ciąg dalszy nastąpi

Dramatyczne pytania:
Gdzie dotrą Nami i Sanji?
Czy Luffy i Chopper są bezpieczni?
Co zrobi Cortez po ucieczce więźniów?
I kim on w ogóle jest, bo jeszcze nic o nim nie wspomniałem Tongue?

Część 8 to : ?Wyzwanie?

Posłuchaj jak śpiewam i gram:):
www.myspace.com/lukaszjedrys
20.04.2009, 00:00
Return to top
Najuch Offline
Bóg Urlopu
Pirat

*
Liczba postów: 919
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Olsztyn
Post: #15
 
8. ?Wyzwanie?


Filiżanka z trzaskiem rozbiła się na małe kawałeczki zalewając gładki parkiet ciepłą herbatą. Zoro stał wyprostowany ? Usopp go nie trafił, może nie chciał, a może nie dał rady. W każdym razie spodziewał się, że takie będzie jego zdanie na temat tego, że idzie ratować Luffy?ego. Ale decyzję już podjął, nie był osobą która potrafiłaby czekać dwadzieścia dni, musiał działać natychmiast. Poza tym, z Luffym był ten głupi kuk, Chopper i Nami. Nie mógł dopuścić do tego by coś im się stało.
- Co to miało znaczyć, co? ? warknął nawet się nie odwracając.
Mięśnie twarzy Usoppa były jeszcze bardziej napięte niż wtedy kiedy kłócił się z Luffy?m, tamtej pamiętnej nocy, w Water 7.
- Ty egoisto! ? ryknął długonosy ? pójdziesz tam, zdechniesz w cholerę! I komu to pomoże?
- Kto powiedział, że zdechnę? ? mruknął szermierz.
- To bardzo prawdopodobne. ? odezwał się Takeyama ? jak wspominałem, nasza kryjówka to jedyne bezpieczne miejsce na tej wyspie w tej chwili.
- No cóż, jeśli tak ma być, okaże się, że nie byłem dość silny. ? powiedział spokojnie Zoro po czym dodał widząc, że ktoś stanął przed nim. ? Franky, usuń się z drogi, idę ich ratować.
Cyborg nawet nie drgnął. Wpatrywał się w Zoro przenikliwym spojrzeniem i rozłożył szeroko ręce.
- Nie przejdziesz. Chyba inaczej nie da się z tobą rozmawiać i trzeba będzie cię zatrzymać
- Usuń się. ? Zoro się wyraźnie niecierpliwił, ale ani się nie obejrzał a u boku Franky?ego stanęła Robin.
- Panie szermierzu, proszę, zastanów się. ? powiedziała ? twoja siła będzie potrzebna, musimy działać wspólnie.
- Zoro, pomóż nam! Wspólnie ich uwolnimy! ? Usopp stanął obok nich.
Teraz we trójkę zasłaniali Zoro drogę, która prowadziła na zewnątrz. Na ich twarzach widać było zdecydowanie, ale też spokój. Nie martwili się o los Luffy?ego i reszty tak jak Zoro, widocznie widzieli coś czego on nie mógł dostrzec, ale nie mógł tego zrozumieć. Był człowiekiem czynu, nie pustych słow. Wolał działać teraz niż czekać, aż stanie się coś, czego nie będzie można już odwrócić.
- Zejdźcie mi z drogi! ? wrzasnął.
- Musiałbyś nas zabić!!!!! ? ryknął jeszcze głośniej Usopp.
Zoro zmierzył ich wzrokiem. Trzeba postraszyć, pomyślał i położył dłoń na rękojeści katany.
- Niech więc tak będzie. ? powiedział spokojnie.

Deszcz był rzeczą, której Sanji najbardziej nie chciał w tej chwili. Wilgoć nie sprzyjała gojeniu się jego ran, nie pomogła ustąpić gorączce, przyniosła tylko nieco ulgi nadwerężonym barkom, i zmęczonym nogom. W każdym razie teraz, gdy lało już od dłuższego czasu, leżał pod jakimś drzewem, którego szerokie liście dawały niewielką ochronę. Biegli przez prawie godzinę, wciąż nie mogli wyjść z lasu, ale przynajmniej oddalili się od miejsca w którym byli więzieni, przynajmniej na tyle, żeby nie było ich tak łatwo znaleźć. Na szczęście deszcz zatarł wszelkie ślady. Nami siedziała obok Sanji?ego, ale nie mogła wiele zrobić. Sama była przemoczona do suchej nitki, nie mieli niczego czym mogli by się okryć, a ciałem nie chciała go ogrzewać, chyba, że w ten sposób uratowałaby mu życie. Zresztą po tym co ją spotkało obawiała się, że już nigdy w życiu nie dotknie żadnego mężczyzny. Nie była nowicjuszką w sprawach seksu, miała za sobą kilka przygód w swoim pełnym wydarzeń życiu, nawet cierpliwie znosiła wszystkie podszczypywania i obmacywanki ludzi Arlonga, ale nigdy jeszcze nikt nie posunął się do tego żeby... nie mogła nawet o tym myśleć, bo przeszywały ją dreszcze, znacznie gorsze od tych które wywoływało zimno.
- Nami ? san... ? odezwał się kucharz. ? nie musisz tu ze mną siedzieć. Idź sama i znajdź resztę ? będziesz bezpieczna.
- Chyba cię doszczętnie pogrzało. ? powiedziała ? a ty tu sobie umrzesz tak?
- Nie umrę ? stęknął Sanji, choć wiedział dobrze, że gdyby nie obecność dziewczyny już dawno by usnął i być może nigdy się nie obudził ? ale nie mogę nas spowalniać.
- Wiesz, po tym jak rozwaliłeś sufit, ścianę, skopałeś kilkanaście osób, odpoczynek ci się należy. ? odparła z lekkim uśmiechem.
- Jasne... ? próbował się podnieść, ale opadł na twarz, na wilgotną ściółkę. ? tylko dlaczego teraz... dlaczego nie na Sunny?
- Wystarczająco dużo ran otrzymałeś już w życiu. ? rzekła Nami ? wydaje mi się, że to cud, że w ogóle chodzisz. Przekroczyłeś pewne granice.
- Tak... ? odparł i poczuł, że odpływa. Zrobiło mu się ciepło...
- EJ! NIE ZOSTAWIAJ MNIE SAMEJ!!! ? trzepnęła go w policzek co pomogło mu się nieco otrząsnąć.
- Przepraszam. ? powiedział szybko. Czuł się fatalnie, ale nie mógł umrzeć. Dopóki Nami nie była bezpieczna ? musiał żyć.
Leżał tak jeszcze przez pół godziny, aż w końcu Nami wstała, i otrzepała spódnicę z wilgotnej trawy, która do niej przylgnęła. Wyciągnęła dłoń do leżącego.
- Chodź, Sanji ? powiedziała ? idziemy dalej. Musimy znaleźć wyjście z tego lasu.
- Trzeci raz. ? uśmiechnął się kucharz. Podniósł się, ale oparł o drzewo.
- Co trzeci raz?
- Trzeci raz nie użyłaś przyrostka ?kun?. Trzeci raz nazwałaś mnie po prostu Sanji. Choć dwa poprzednie nie były w specjalnie miłych okolicznościach.
Nami trochę się zakłopotała jego dość poważną miną, na jej policzkach wykwitł nawet niewielki rumieniec, ale łatwo mogła go wyjaśnić zimnem, lub czymś innym.
- Idziemy. ? odezwała się tylko i ruszyła dziarsko przed siebie.
Kucharz uśmiechnął się do siebie szeroko i ruszył za nią.


Zoro stał trzymając już rękojeść Wadou Ichimonji. Nie był to najszczęśliwszy moment w jego życiu. Franky miał już wyciągniętą rękę w jego stronę gotowy na szybki Weapon?s Left, Robin złożyła już ręce by szybko i sprawnie zaatakować, Usopp miał już w dłoni procę.
Walka unosiła się w powietrzu, ale Zoro wiedział, że moment w którym by zaatakował na zawsze zmieniłby ich czworo nie do poznania. Wiedział, że Luffy nigdy by mu nie wybaczył, gdyby zranił kogokolwiek z załogi. Pamiętał doskonale jak kiedyś podczas naprawdę ostrej kłótni z Sanji?m, gdy zaczęli się bić, dobył miecza i zranił kucharza w dłoń. Właściwie to nie zranił, ledwie zadrasnął, nawet tego nie planował, ale cała załoga umilkła wtedy natychmiast, w środku dnia, podczas obiadu. Pamiętał jak sekundę potem Luffy uderzył go z taką siłą, że szermierz roztrzaskał plecami stół ? jeszcze na Going Merry. Pamiętał potem zawiedzione spojrzenie kapitana. Powiedział wtedy ?zawiodłeś mnie Zoro?. I przekazał tymi słowami wszystko. To był jeden jedyny raz kiedy Zoro poszedł przeprosić kucharza. To był jeden jedyny raz kiedy razem z Sanjim siedzieli i pili razem do późnej nocy, gadając jak starzy kumple. To był jeden jedyny raz kiedy Zoro naprawdę żałował tego co zrobił. Wybaczyli mu wtedy. A teraz ten właśnie głupi kucharz był w niewoli wraz z kapitanem i resztą. I on miał ich zostawić? Ale jeżeli musiałby poranić innych przyjaciół, by ratować tamtych? Nie mógł do tego dopuścić.
- SPIEPRZAJCIE MI STĄD! ? ryknął.
- Nie ma mowy. ? odparł spokojnie Usopp gotowy na wszystko.
Zoro dłużej nie czekał. Mógł zrobić tylko jedno. Wybrał.
Jego ręka dobyła Wadou nim ktokolwiek zdążył się poruszyć. Z taką samą szybkością uderzył.
- San-jyu-rokuu pondo hou!!!!!!! ? ryknął wykonując technikę.
Nawet Franky był zaskoczony. Nie zdążył nawet zareagować, aż potężny podmuch sprawił, że zasłonił oczy. Robin i Usopp także to zrobili, wszyscy spodziewali się, że za chwilę osuną się na ziemię bez przytomności. Tak się jednak nie stało.
Robin pierwsza odważyła się otworzyć oczy i zobaczyła co tak naprawdę się stało.
Zoro schował miecz do Saya i uśmiechnął się do nich smutno.
- Wybaczcie, tak musi być.
Obok niego ścianę przerywała ogromna dziura ? prowadząca od razu na zewnątrz. Znalazł trzecie rozwiązanie.
- Zoro, nie rób tego! ? błagał Usopp.
- Nie możesz odejść! Znasz lokalizację naszej kryjówki. ? stwierdził Takeyama.
Zoro spiorunował go wzrokiem.
- Ciebie nie zawaham się zaatakować ? ostrzegł.
Takeyama spojrzał na niego z pewnym rozbawieniem, zupełnie jakby był pewny, że Zoro nic mu nie może zrobić, ale nie zaprotestował.
- Masz moje słowo, że nikomu jej nie wydam, wystarczy? ? mruknął szermierz.
Człowiek w czerwonej chuście spojrzał na niego przenikliwie po czym skinął głową, zaś Zoro machnął ręką skonsternowanej załodze i ruszył w stronę wyjścia.

- ZACZEKAJ!
Głos osadził go w miejscu. Nie krzyknął Ani Usopp, ani Franky, ani Takeyama. Był to głos kobiety. Ale nie Robin, Nami tez nie, bo co mogłaby tu robić? Odwrócił się powoli.
W drzwiach stała Marisa. Miała na sobie piżamę, była cała spocona i ledwo się trzymała na nogach, zaś jej bandaż przesiąkł krwią, co było widać nawet przez koszulkę. Jednak stała opierając się o framugę, a w dłoni trzymała schowany w saya miecz. Mimo podkrążonych oczu spojrzała na niego ze zdecydowaniem.
- Są tu pewne zasady. ? zaczęła. Postąpiła krok do przodu ? I nikt ich nie łamie.
- Marisa, wracaj do łóżka! ? warknął Takeyama.
Zignorowała go.
- Nikt stąd nie wychodzi żywcem. Albo z rebelią albo w piachu, taka jest prawda.
- No więc co, maleńka? ? zaśmiał się zielonowłosy szermierz. ? wychodzę stąd tu i teraz.
- Jeśli masz honor to nie wychodzisz. ? powiedziała Marisa z uśmiechem.
- Co?
- To proste ? wyprostowała się i skierowała rękojeść miecza ku twarzy mchogłowego. ? Roronoa Zoro. Wyzywam cię na pojedynek.
Usopp rozdziawił usta, Robin natychmiast rzuciła się, żeby zaprotestować, lecz Franky zasłonił jej drogę ręką. To nie była ich sprawa. W tym momencie, kiedy padły już magiczne słowa, nie można było nic zrobić. Zdawało się, że rozumiał trochę szermierzy i ich zwyczaje, spotkał ich setki gdy przybywali do pracowni Toma, ze zleceniami budowania najróżniejszych statków. Do teraz nie zapomniał Mihawka i jego poleceń. To był taki dziwny, mały stateczek.
- Na pojedynek powiadasz? ? Zoro natychmiast odwrócił się w jej stronę. ? jesteś ranna.
- Dlatego nie dzisiaj. Dokładnie za 20 dni powinnam wydobrzeć na tyle, żeby móc się z tobą zmierzyć.
- No to ja do tego czasu wrócę. ? warknął Zoro i znów się odwrócił.
- Nie, nie dasz rady wrócić. ? odpowiedziała Marisa. - Zgubisz się na bank. Za dużo tutaj lasów, zarośli. Nawet mieszkańcy często się gubią.
- Wrócę. ? powiedział jeszcze raz szermierz.
- Chyba nie chcesz ryzykować, że nie stawisz się na walkę i zachowasz się niehonorowo?
Marisa nie była głupia. Uderzyła w czuły punkt, a Zoro wiedział, że istotnie, mimo swojego doskonałego zmysłu orientacji, o czym był święcie przekonany, istniałaby pewna szansa. A do tego nie mógł dopuścić. Westchnął zrezygnowany.
- Dobra. Wygraliście. ? rzekł. ? dałem się nabrać na tak prostą rzecz, ale Marisa ma rację.
- Do łóżka! ? ryknął Takeyama do dziewczyny, którą ten wysiłek kosztował bardzo dużo.
- Rozkaz... ? jęknęła i wróciła do pokoju wraz z towarzyszącymi temu jękami Doktora House?a.
Cała reszta została na korytarzu. Zoro nie wiedział co powiedzieć, nie było przed chwilą zbyt miło, a nie chciał ranić załogi. Tak samo bolał go fakt, że nie może w tej chwili pomóc Luffy?emu. Niestety, wyzwała go, on musi się z nią zmierzyć, jako przyszły, najlepszy szermierz świata. Otworzył usta, żeby powiedzieć coś do nich, ale Franky go uprzedził. Podszedł i położył swoją olbrzymią rękę na ramieniu szermierza.
- No, to teraz chodźmy się czegoś napić. ? powiedział jak gdyby nigdy nic się nie stało.
- Dobry pomysł. ? dodał Takeyama ? skoro Marisa twierdzi, że na razie są bezpieczni, to znaczy, że są.
Zoro nie bardzo chciał pić i imprezować w takiej sytuacji, ale uznał, że istotnie ? trochę trunku dobrze mu zrobi. Więc dołączył się do pomysłu.
Takeyama zaprowadził ich na dół, do podłużnego pokoju z dużym stołem po środku, kazał podać coś do jedzenia i przynieść dużo wina i rumu, by można było uspokoić skołowane nerwy. Wkrótce potem pojawił się Shin i wspólnie zasiedli do bardzo spóźnionej kolacji. Gdy zjedli i trochę wypili Robin poprosiła o wskazanie miejsca do spania i pierwsza życzyła im dobrej nocy, gdyż chciała jeszcze zażyć kąpieli. Reszta natomiast została przy stole pijąc wino, ale nie rozmawiając zbytnio. W którymś momencie drzwi się otworzyły i do pokoju wpadł młody mężczyzna odziany w czarny bojowy strój, doskonały by kryć się w cieniu. Miał na plecach krótki miecz, zaś na czole czerwoną opaskę. Skłonił się nieco widząc wszystkich, ale natychmiast podszedł do Takeyamy.
- Jin? Co cię tu sprowadza?
Mężczyzna odezwał cichym lecz mocnym głosem.
- Jest nowa nagroda. Za mnie. 320 milionów.
- Ładnie. ? powiedział Takeyama. ? za nas stare stawki?
- Stare. Właśnie wrócił jeden z moich ludzi. Nie ma nic więcej do przekazania. Wzrost nagrody jest spowodowany prawdopodobnie moją akcją z dzisiejszego poranka, zabiłem dwóch z The Guards w jej trakcie.
- Rozumiem ? odrzekł przywódca. ? no nic, Jin, wyśpij się, przyda ci się to.
Mężczyzna skłonił się. Wychodząc rzucił spojrzenie Słomianym, Zoro od razu dostrzegł w nim pogardę, ale nie zareagował. Drzwi zamknęły się.
- To był Jin, szef naszej siatki szpiegowskiej ? mój młodszy brat ? powiedział Shin wychylając solidny łyk wina.
- Cieszę się ? odrzekł Zoro nie słuchając go absolutnie.
- Dobra, skoro tak się sprawa przedstawia, i siedzimy tu sobie pijąc winko, to może powiesz nam w końcu o co chodzi z tymi ogromnymi nagrodami? ? zapytał Franky
Przypomniał sobie wyraźnie. Marisa trzysta milionów i teraz Jin trzysta dwadzieścia Nie wiedział co prawda o innych nagrodach (Shin dwieście dziewięćdziesiąt milionów, Takeyama czterysta osiemdziesiąt ), ale już dawno chciał zapytać o irracjonalną nagrodę za rudowłosą.
Reszta Słomianych przychyliła się do tego pomysłu, a Takeyama tylko się roześmiał.
- No cóż sprawa jest bardzo prosta. Myślę, że zawiedziecie się jeśli myślicie o czymś niesamowitym. Choć muszę cofnąć się do momentu w którym przybył tu Cortez. ? podszedł do komody, stojącej w rogu pomieszczenia i wyciągnął z niej cztery listy gończe. Swój, Shina, Marisy i Jina. Rozłożył je na stole by załoga mogła się przyjrzeć ogromnym nagrodom.
Potem Takeyama dolał sobie wina usiadł i wziął głęboki oddech.
- Więc, było tak...


Dojrzał jakąś majaczącą nad sobą sylwetkę. Wyraźnie słyszał krople deszczu rozbijające się o dach pomieszczenia w którym się znajdował. Było mu zimno, ale czuł, że jest szczelnie opatulony kocem. I poczuł taki miły zapach.
- Mięsa.... ? jęknął po czym znów odpłynął w objęcia Morfeusza.


Ciąg dalszy nastąpi.


W tej części specjalnie dla Vampirci ? tylko jedno dramatyczne pytanie(nie wiem jak można ich nie lubić, są takie tandetneTongue).

Jaka będzie opowieść Takeyamy?

Część 9 to : ?Cieszę się, że cię widzę




9. ?Cieszę się, że cię widzę?

Zoro zaczął chrapać nim jeszcze Takeyama otworzył usta, by udzielić odpowiedzi na nurtujące Słomianych pytanie. Teraz tylko Usopp i Franky siedzieli po bokach szerokiego cedrowego stołu i wpatrywali się w przywódcę rebelii czekając na to co będzie miał do powiedzenia. Bo sprawa, rzeczywiście nie była normalna. Czterysta osiemdziesiąt milionów! Więcej niż każdy kogo spotkali do tej pory. Jeżeli miało być to miernikiem siły ? to mężczyzna który teraz z szerokim uśmiechem nalał sobie wina powinien w pojedynkę powalić cały światowy rząd i wszystkich znanych piratów. Drugi list. Młoda dziewczyna mniej więcej rówieśniczka Luffy?ego ? trzysta milionów. A nikt nigdy o niej nie słyszał. A teraz wszystko miało się wyjaśnić.
- Wiecie ? podjął Takeyama ? był sobie kiedyś zwykły poszukiwacz przygód. Nie pirat, nie bandyta, nie członek Marines ? zwykły wędrowiec, których wcale tak wielu nie uświadczymy w dzisiejszych czasach. Nazywał się Cortez i wszystko o czym marzył to przeżyć tyle ile się da, żeby nigdy niczego nie żałować.
Pewnego dnia, ów wagabunda, płynąc samotnie na niedużej łodzi przez Grand Line dostrzegł dziwną pływającą beczkę. A w niej dziwny, kolorowy owoc. Tak, dokładnie ? diabelski owoc.
- Jaki? ? zapytał Usopp.
- Heh, gdybyśmy wiedzieli, nie byłoby aż takiego z nim problemu. Do tej pory nie przeżył niemal nikt, kto mógłby o tym opowiedzieć ? odrzekł Takeyama. ? mogę kontynuować?
Usopp skinął głową i mężczyzna mówił dalej.
- Corteza nigdy nie interesowało piractwo, ani wpływanie na losy świata. Nie chciał być nikim ważnym, chciał jedynie przeżywać ciekawe przygody, ale po tym jak zjadł owoc pojawiły się pewne problemy. Otóż... pokonał on Julakila Mihawka.
- CO?! ? ryknęli naraz Usopp i Franky. Nie, to nie mogło być prawdą. Mihawk, był najpotężniejszym szermierzem na świecie. Usopp dokładnie pamiętał scenę, w której Zoro został przez niego pokonany w przeciągu zaledwie kilku chwil.
- Tak, to szczera prawda. Ale zarazem największa tajemnica Światowego Rządu. Otóż owoc Corteza okazał się tak potężny, że nawet Mihawk nawet nie mógł się do niego zbliżyć. Oczywiście Gorousei chcieli się dowiedzieć z jakiego powodu potężny Shichibukai nie jest w stanie poruszać się o własnych siłach, ma połamane ręce i nogi. I w ten sposób Światowy Rząd drżał przed Cortezem. Mihawk zdradził im moc owocu przeciwnika i ci wiedzieli, że nic nie będą mogli zrobić. Na ich szczęście Cortez nie interesował się wcale utrudnianiem im życia. Kiedy jednak zrozumiał, iż posiadając taką siłę nie będzie w stanie zaznać spokoju zaproponował im układ. Obiecał nigdy nie wtrącać się w sprawy Światowego Rządu pod warunkiem, iż w zamian będzie mógł osiedlić się na dowolnej wyspie i nikt nigdy nie będzie mu przeszkadzał. I w ten sposób dotarł na Kaneyamę. To było pięć lat temu. Nie wiem czy wybrał ją losowo czy jak, ale jak wiadomo mieszkańcy sprzeciwili się temu, że wszystkie informacje o wyspie zostają wymazane z ksiąg i tracą oni możliwość jej opuszczania. I w ten sposób część z nas sprzeciwiła się temu. Wtedy Cortez bez wahania po prostu przejął władzę i zaczął wprowadzać swój nowy porządek. I nawet nie było tak źle poza jednym ? jesteśmy uwięzieni. Z biegiem czasu zebrał zaufanych ludzi i stara się, żeby nikt i nic nigdy mu nie przeszkadzało. Dlatego nikt tu ląduje ? Cortez na to nie pozwala. Nie wiem czym się kiedyś ten człowiek kierował, ale teraz własny spokój przesłania mu wszystko i wielu mieszkańców cierpi, tylko dlatego, że on posiadł siłę i nie potrafi jej w żaden sposób spożytkować.
- A nagrody? ? spytał Usopp.
- Sam Cortez je wyznaczył. Stwierdził, że z tak wysokimi nagrodami nie odważymy się nawet opuścić tej wyspy. I miał racje. Szepnął słówko komuś z rządu i oto ci, którzy najmocniej mu się sprzeciwiali zostali poszukiwanymi przestępcami.
- Coś tu się nie trzyma kupy. ? westchnął Franky ? nigdy nie słyszeliśmy o waszych nagrodach, a bylibyście bardzo znani poza wyspą z takimi cenami.
- To też ma swoje wyjaśnienie. ? odparł Takeyama ? nagrody są utajnione, jeśli mogę tak to ująć. Niby dla zasady rozwieszono je na tej wyspie, ale tak naprawdę nigdzie indziej ich nie ma. Rząd nie chce wzbudzać paniki bo pojawienie się takich nagród to zbyt wiele jak na serce niejednego pirata. Marynarka ma obowiązek natychmiast podać je do publicznej wiadomości, gdyby ktokolwiek z nas opuścił wyspę. Cortez nie chce by kiedykolwiek mu przeszkadzano, dowiedziawszy się o nim, więc wszyscy jesteśmy tu uwięzieni. Na zawsze.
On po prostu myśli, że ktoś z nas mógłby rozpuścić plotkę o jego sile wśród ludzi.
- To dziwne ? rzekł Usopp wychylając czarkę wina ? żeby ktoś o takiej mocy chciał po prostu mieć spokój?
- Nie mnie to osądzać. ? powiedział Takeyama. ? najgorsze jest to, że przez jego ?spokój? my w zasadzie przestaliśmy żyć. Ci, którzy są przeciwko niemu zostaliby natychmiast zlikwidowani, dlatego chowamy się w tej jaskini, którą niegdyś odkryłem. A ci na górze, w mieście prowadzą nędzną imitację życia. Dlatego powstała rebelia czerwonych chust. Żeby w końcu ludzie tej wyspy poznali co to znaczy żyć, a nie istnieć! W tym problem, że jeśli Cortez dowie się gdzie przebywamy, natychmiast nas zniszczy.
- Nie wyobrażam sobie tego. ? mruknął Franky ? zabić masę ludzi, by samemu móc... nic nie robić i wylegiwać się na wyspie? W spokoju?
- Dlatego walczymy.
Umilkł. Tyle powiedział, a tak naprawdę nic nie było jasne. Co to w ogóle za bzdurny powód? Kim jest ten Cortez, żeby od tak wyznaczać sobie nagrody? Dlaczego nikt nigdy nie poruszył sprawy Kaneyamy? Czyżby jego wpływy były aż takie? Tyle pytań nasuwało się na myśl, tak zagmatwane było to wszystko, a i tak, choć Takeyama starał się ze wszystkich sił opowiedzieć historię wyczerpująco wciąż zostało wiele luk, których Usopp ani Franky ni w ząb nie rozumieli.
Zoro poruszył się i zbudził, chwilę dosłownie po tym jak przywódca rebelii skończył swoją historię. Drzemka była krótka, ale szermierzowi to nie przeszkadzało, w końcu potrafił spać w każdym miejscu i o każdej porze.
- Dałoby radę wyjść na zewnątrz? ? spytał Takeyamę. ? w końcu młoda i ten strzelec wychodzili, a mi by się przydał krótki spacer.
W końcu gospodarz niechętnie się zgodził pod warunkiem, że Zoro przyrzeknie nie odchodzić zbyt daleko i wrócić ze wschodem słońca. Potem wskazał szermierzowi wyjście na zewnątrz, a dokładnie zaplątany tunel pnący się w górę ku powierzchni, uchodzący w lesie, otworem w którym zmieściłoby się maksymalnie trzech ludzi. Zoro zrozumiał ile problemu musiało przynosić przemycanie żywności i innych zapasów, nie dziwił się wcale, że Czerwone Chusty, tak bardzo chciały móc w spokoju i wolności żyć na powierzchni.
Ale czy to był jego problem? Gdzie do cholery był Luffy?



- Niech to jasny szlag? - mruknął Sanji zdejmując stopę z głowy wysokiego mężczyzny w czarnym prochowcu.
- Wszystko w porządku? ? zapytała dziewczyna widząc, że jak ciałem kucharza targnął dreszcz. Złożyła Clima Tact i schowała go.
- Taaa ? Sanji odwrócił się by ruszyć dalej.
Deszcz przestał padać, ale pozostał po nim dojmujący chłód. Znajdowali się teraz na niewielkiej polance usianej żółtymi mleczami. Wokół nich leżało czterech mężczyzn, totalnie obitych, połamanych, z poprzetrącanymi kończynami. Był to już trzeci patrol na jaki wpadli od czasu ucieczki. Sanji?emu nie wydało się to bynajmniej dobrym znakiem, bo choć tacy jak oni nie stanowili zagrożenia dla niego, a dla Nami, władającej Clima Tactem, raczej niewielkie, przy takim natężeniu spotkań szybciej opadnie z sił niż gdziekolwiek dotrze.
- Nami ? san chodź. ? warknął widząc, że dziewczyna stoi w miejscu.
- Nigdy nie byłam tak brutalna. Nigdy nie zabijałam? - ot znalazła sobie moment na takie rozważania, pomyślał Sanji, ale co racja to racja. Wrażliwa kobieta. Przeżyła wiele. Nic dziwnego, że takie rzeczy wytrącają ją równowagi. Sam jednak nie był w stanie myśleć o niczym innym jak ciepłej herbacie i pomocy Choppera. Choć chciał pocieszyć nawigator, nie był jednak w stanie.
- To wszystko odbiera mi siły ? powiedziała odwracając się z niesmakiem od leżącego mężczyzny. Szkoda mi jej, pomyślał Sanji, po czym zakrztusił się potężnie. Żółć podeszła mu do gardła.
- Sanji ? kun!
Zachwiał się, oczy zaszły mu mgłą. Jakie te ryby piękne? mewy? błękit morza? Czy tak wygląda All Blue?, pomyślał po czym runął jak długi na ziemię.


Zoro schodził po stromym zboczu, momentami wręcz się ześlizgując. Ziemia po deszczu zamieniła się w błoto, buty już dawno mu przemokły, nie był w zbyt dobrym nastroju. W odpowiednich miejscach zostawił na ziemi ślady, by się nie zgubić, co jak co słowa Marisy przekonały go, by na razie pozostać z rebelią. Martwił się O Luffy?ego, nie mógł się z tym oszukiwać, jego kapitan mimo, że głupi i nieokrzesany, był wiernym kompanem i przyjacielem.
Zazwyczaj w nocy w lesie nie było żadnych dźwięków poza cichym gruchaniem sowy, czy jakiegoś innego nocnego zwierzęcia. Roronoa po tym spacerze nie spodziewał się niczego więcej niż ukojenia skołotanych nerwów, więc zdziwił się gdy usłyszał cichy dźwięk dochodzący zza drzew, kilkaset metrów od niego. Najpierw pomyślał, że to jakieś zwierze, ale gdy podszedł bliżej? Poczuł ludzką obecność. Usłyszał jakieś słowa, których nie potrafił dokładnie zrozumieć, ale jedno było pewne, tam ktoś był. Chciał ominąć to miejsce, ale ciekawość mu nie pozwoliła. Ruszył powoli w tamtą stronę luzując miecze w sayach.


- Sanji ? kun? Sanji ? kun!!! ? jęczała Nami ze łzami w oczach, potrząsając kucharza za koszulę.
Sanji leżał na plecach. Był półprzytomny, nie kojarzył już tego co się dzieje, dlaczego tu się znalazł, dlaczego musi iść dalej. On, mężczyzna, gorszy od kobiety, która wytrzymała zacznie więcej? Choć w sumie ona nie miała połamanych żeber i takiej opuchlizny, że nie mogła oddychać. Mimo tego stanu otępienia, wyczuł czyjąś obecność. Lata praktyki w sztuce walki wytworzyło u niego pewnego rodzaju przeczucia i teraz dotknęło go jedno z nich. Ktoś się zbliżał.
- Nami ? san, ktoś idzie? - jęknął i na świat znów wróciły kolory, choć drzewa nie były zielone a niebieskie. ? zajmę się tym?
Próbował się podnieść podpierając się rękoma, ale Nami zatrzymała go kładąc powrotem na ziemi. Było jej już wszystko jedno, kto to będzie. Byleby tylko pomogli Sanji?emu. Wiedziała, że jego życie wisi na włosku, tak cienkim, że mogłoby by go przerwać najmniejsze uderzenie. Wiedziała, że jest przytomny tylko dzięki nadludzkiej sile woli i trosce, którą już nie raz okazał przez ostatnie dni. Była gotowa nawet wrócić do miejsca, z którego uciekli. Byle tylko pomogli?
Ktoś wszedł na polanę i Nami spojrzała mu w twarz. Sanji nie widział tej osoby, położył rękę na ramieniu dziewczyny.
- Uciekaj?
Nami nie odpowiedziała, jej oczy nie wyglądały teraz jak oznaczenie waluty w ich świecie, ale były większe niż złote monety. Usta miała otwarte ni to w totalnym zaskoczeniu ni to półświadomym uśmiechu.
- Zo?. Zoro? ? wyszeptała.
Na skraju polany stał w istocie zielonowłosy Szermierz z równie zdziwioną miną co Nami. Chyba w tym momencie uwierzył w jakąś siłę wyższą. Coś go tu przyciągnęło.
- Nami? Co Ci się do cholery stało? ? zapytał jąkając się, po czym spojrzał na mężczyznę leżącego obok niej. Całego we krwi i płytko oddychającego.
Sanji spojrzał na szermierza i spokojnie opuścił głowę na ściółkę. Byli uratowani.
Zoro podszedł powoli w ich stronę. Zobaczył w jakim są stanie i słowa które chciał powiedzieć ugrzęzły mu w gardle. Zamiast niego przemówiła Nami.
- Gdzie jest reszta? ? spytała roztrzęsiona cała.
- Myślę, że nie pora teraz na dyskusje. ? odparł zielonowłosy. ? zabiorę was w bezpieczne miejsce. Cholera, tego durnia trzeba będzie nieść.
- Nie obrażaj go! ? warknęła Nami, ale po sekundzie uświadomiła sobie, że nigdy by się tak nie zachowała. Co się z nią dzieje. Natychmiast się zreflektowała uśmiechając się szeroko ? tzn nie w tak prostacki sposób?eee? wymyśl coś innego?
Zoro spojrzał na nią z litością i podszedł do Sanji?ego.
- Jesteś w stanie iść? ? spytał chłodno.
- Zoro? - stęknął kucharz ? nie sądziłem, że kiedyś to powiem, ale? cieszę się, że cię widzę.
Uśmiechnął się i stracił przytomność.
Oboje zwariowali, pomyślał Zoro zarzucając ramię Sanji?ego przez głowę. Ten mnie polubił, ta dziwnie się zachowuje?. Ech nieważne.
- Gdzie są wszyscy? ? ponowiła pytanie Nami.
- Nie jestem zbyt dobry w tłumaczeniu. Chodź to zobaczysz ? i skierował się w stronę z której przyszedł ciągnąc ze sobą nieprzytomnego.
Nami wzruszyła ramionami i podążyła za nim.


Money D. Luffy był człowiekiem niezwykłym. Z jednej strony dzikim i beztroskim, z drugiej zaś oddanym i uczciwym. Lubił dobrze zjeść, dobrze się zabawić, ale wiedział co jest najważniejsze i dzięki komu to osiągnął, dlatego przyjaciele zajmowali ważną część jego życia. I to o nich był ostatni sen, zanim nie obudził się na chwilę tylko po to by bliżej nieokreślona postać podała mu wody. Rzeczywiście, woda, dużo jej było wokół mnie, znów wpadłem do morza. Pewnie dlatego jestem w takim stanie. Ależ ten koleś był silnyyy!!!! Może nie do przesady, ale nieźle mnie zaskoczył. Powinienem bardziej uważać... Cholera a gdzie reszta? A jeśli nie leżą tutaj obok mnie? A jeśli ich porwano?
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!- ryknął Luffy i poderwał się na łóżku. Był prawie nagi nie licząc bielizny, jego posłanie znajdowało się w niskim drewnianym pokoju, ale nie było tu niczego co pomogłoby zlokalizować miejsce pobytu. Przez okno wpadały pierwsze promyki słońca.
Luffy rozejrzał się. Odetchnął z ulgą ? na łóżku obok spał Chopper, oddychał spokojnie. W tym momencie drzwi się otworzyły i w drzwiach stanęła wysoka, młoda kobieta o kruczoczarnych włosach opadających fikuśnymi lokami na ramiona. Niosła w rękach olbrzymi kosz z praniem i uśmiechnęła się na widok młodego pirata, który patrzył na nią z zaciekawieniem.
- Cześć ? zagadnął tamten. ? jest jakieś mięso? Gdzie jest Sanji? Albo Nami?
Dziewczyna zmierzyła go spojrzeniem znad świeżo wypranych rzeczy, w końcu położyła kosz na ziemię i wsparła ręce na biodrach. Uśmiechnęła się promiennie i odezwała się spokojnym głosem.
- Zaraz coś dostaniesz.
- O dzięki, jesteś wielka! ? powiedział Luffy i spuścił nogi z łóżka. ? a moi przyjaciele?
- Obawiam się, że jeżeli mój brat dorwał ich osobiście, nie ma już nadziei. Bo wiem, że spotkaliście jednego z jego ludzi.
- Nie ma nadziei? ? warknął Luffy. ? chodzi Ci o tego długowłosego z miasta? To twój brat?
- Nie? - odparła dziewczyna odgarniając włosy. ? mój brat to jego przełożony. Niejaki Cortez.
- Cortez? ? Luffy zamyślił się i wstał. ? no nic, idę skopać mu tyłek w takim razie. Jeśli porwał moich przyjaciół?.
- Może najpierw zjesz? ? odezwała się delikatnie kobieta .
- Coś z mięchem. Tylko szybko, bo muszę ich uratować.

Ozuma siedział w swoim gabinecie pochylając się nad kartką papieru. Była nieco zbryzgana krwią, ale spokojnie dało się rozczytać co było na niej napisane, a to co przeczytał wprawiło go w największe osłupienie od bardzo, bardzo dawna. Natychmiast wezwał do siebie służącego.
- Wezwij tu Sigmę. Będzie trzeba powiadomić Pana Corteza.
Młodzieniec skłonił się i wyszedł, a Ozuma wyprostował się w fotelu. Grubo będzie, oj grubo, pomyślał po czym spojrzał przez okno na piękny wschód słońca.
Jeszcze dwadzieścia takich wschodów. Jeszcze tylko dwadzieścia.

Ciąg dalszy nastąpi.

Dramatyczne pytania:

Czy autor przyrzeknie, że nie napisze więcej tak nudnego odcinka?
Jak dalej potoczą się losy Luffy?ego?
Co było na kartce , którą czytał Ozuma?

Część dziesiąta to: ?Siostra diabła. Obowiązek rebelianta.?




10. ?Siostra diabła. Obowiązek rebelianta?


To niebo jest takie niebieskie...
Ile ryb... chyba każdą jaką znam już widziałem.
I ta krystalicznie czysta woda... All Blue...
Czemu do cholery tak mnie boli brzuch?
Jakby coś mnie uciskało?

Istotnie. Gdy tylko Sanji przebudził się, niemal krzyknął na widok szerokiej podłużnej twarzy z metalowym nosem i błękitną, stojącą grzywą. Ach, ile by dał gdyby zobaczył teraz Nami, albo inną piękną kobietę. A tymczasem siedział przy nim Franky, opierając swoją olbrzymią rękę o jego brzuch.
- W porządku? ? zapytał cyborg, widząc, że kucharz mruga oczami.
Ten niezauważalnie skinął głową i cieśla wyprostował się na krześle.
Sanji leżał na kanapie opatulony od stóp do głów ciepłym kocem. Od razu wyczuł, że jest przebrany w suche, bawełniane ubranie, zaś żebra ma usztywnione i obandażowane podobnie jak kostkę, o której nawet nie wiedział, że jest skręcona, zaś usztywnienie dobitnie mu to uświadomiło. Pokój był nieduży, oprócz kanapy, stał tu tylko wysoki regał z książkami i niewielki stolik, który zajmował obecnie duży żółty kubek, paczka papierosów i popielniczka.
- Dobrze, że się obudziłeś. ? zaczął Franky. ? Ostro ci się musiało oberwać, nie, nie mów od kogo i jak... Nawet porządnego wdechu nie możesz wziąć. Odpoczywaj.
Sanji z wdzięcznością skinął głową, a wzrok Franky?ego powędrował w stronę stolika.
- Masz tutaj ciepłą kawę i fajki. Chcesz to korzystaj. ? rzucił mu paczkę, zaś ranny natychmiast zapalił i wypuścił kłębek dymu.
- Co z Nami ? san? ? spytał próbując usiąść na kanapie i łapiąc kubek z cudownym czarnym płynem. Kojące ciepło rozlało mu się po organizmie.
- No właśnie jest z nią problem ? westchnął cyborg drapiąc się po włosach. ? po waszym powrocie zamknęła się w łazience. Siedzi tam już ze cztery godziny i nie chce za cholerę wyjść. Jedyne co powiedziała, to to, że zabije Zoro jeśli spróbuje wywarzyć drzwi.
Sanji natychmiast drgnął i mimo bólu wstał. Zobaczył zdziwienie na twarzy Franky?ego, ale chwilę potem przebłysk zrozumienia. Cyborg nie ruszył się by go zatrzymać, tylko uśmiechnął się lekko.
- Dobry pomysł. Ty idź z nią pogadaj.


Luffy przez długi czas miał czyste przeświadczenie, że nikt na świecie nie gotuje lepiej niż Sanji. Choć od czasu gdy skosztował gumowego owocu stawiał bardziej na ilość niż na jakość, to jednak kuchnia blondyna była czymś co kochał najbardziej, o każdej porze dnia i nocy. Nie posiadał się więc ze zdziwienia, gdy potrawy, które przyrządziła mu kobieta okazały się równie dobre lub nawet lepsze niż te pokładowe. Pałaszował więc mięso tak szybko na ile mu żuchwa pozwoliła. Nie był to zbyt estetyczny widok, ale gospodyni tylko siedziała naprzeciwko niego z założonymi pod brodą rękoma.
- Jestem Luffy. ? powiedział w końcu Słomiany przełykając ogromny kęs pieczeni i chwytając następny.
- Ja mam na imię Elena, miło mi poznać.
W tym miejscu rozmowa się urwała aż do miejsca, w którym jedzenie na stole po prostu się skończyło. Potem Luffy zdecydowanie wstał.
- Dzięki za żarło. Teraz muszę iść i skopać tyłek długowłosemu.
- Czekaj, Luffy. ? odparła rzeczowo Elena i również wstała. ? Twój przyjaciel, jeleń też jest ranny, nie wolisz najpierw upewnić się, że wszystko z nim w porządku?
- JESTEM RENIFEREM!!!!!!! ? zabrzmiał niekontrolowany wrzask i Elena natychmiast spojrzała w drzwi. Gdy tylko spojrzenia jej i Choppera się spotkały ten drugi schował się za framugę. Tradycyjnie nie z tej strony co trzeba.
- Chopper, nie z tej strony! ? ryknął Luffy śmiejąc się w głos. ? jesteś idiotą, prawda?
Na czole lekarza pojawiły się kropelki potu, bardziej z zażenowania niż ze strachu.
Elena widząc tą sytuację tylko roześmiała się cicho.
- Przepraszam, Chopper ? powiedziała ? oczywiście, że jesteś reniferem.
- Nie myśl, że mnie ułagodzisz przeprosinami... idiotko ? powiedział cały szczęśliwy Chopper wręcz się kołysząc.
Kobieta o dziwo nie obraziła się wcale słysząc obelgę z ust futrzaka, znów uśmiechnęła się pod nosem. Nastała chwila ciszy, którą znowu przerwał Luffy.
- Chopper, idziemy ratować Nami i Sanji?ego! ? powiedział gromko i wymaszerował za drzwi.
Elena natychmiast ruszyła za nim, Chopper chcąc nie chcąc również podreptał w tą samą stronę chwytając kilka owoców, które leżały w koszu, a Luffy ich nie ruszył.
- Nie sądzisz, że jesteś zbyt porywczy? - zagadnęła kobieta, gdy zostawili już jej nieduże, czteropokojowe domostwo za sobą.
- Nie, czemu ? odparł dziarsko Luffy.
- Żadnych informacji, nic nie wiesz o tej wyspie... Mój brat nie jest zwykłą osobą...
- Jak będzie krzywdził moich przyjaciół to mu po prostu nakopię. ? Słomiany był rozbrajająco szczery.
Elena zrobiła minę jakby ktoś przyłożył jej w twarz, ale nic nie powiedziała.
- On tak zawsze ? wyjaśnił Chopper drepcząc za swoim kapitanem ? ale można mu ufać.
- W to nie wątpię... ? powiedziała kobieta ? ale jeśli sprowadzi to na was śmierć?
Luffy zatrzymał się nagle i poprawił kapelusz na głowie.
- Czemu sądzisz, że on jest taki silny? Czemu miałbym nie móc mu nakopać?
Elena po krótce opowiedziała mu tą samą historię, którą jeszcze niedawno Takeyama opowiadał jego kompanom, twarz słomianego w trakcie opowieści zamiast stawać się bardziej przerażoną, wyglądała na niewypowiedzianie szczęśliwą.
- Nawet ja, jego siostra, nie wiem jaka to moc. ? zakończyła. ? i chyba nie chcę wiedzieć.
Luffy natomiast z ogromnym uśmiechem maszerował dalej. W ogóle się tym nie przejmował.
Szli tak przez około piętnaście minut, przez rzadki dość, liściasty las. Pogoda tego dnia nie była najgorsza, mimo, że ewidentnie dało się czuć wilgoć w powietrzu i w leśnym poszyciu, to jednak delikatne słońce orzeźwiało, a łagodna bryza niosła przyjemne uczucie świeżości.
W pewnym momencie Elena zatrzymała się i spuściła głowę. Luffy, który szedł z przodu nie zauważył tego, ale Chopper zatrzymał się i spojrzał na kobietę, której twarz ewidentnie posmutniała.
- Co się stało? ? zapytał młody lekarz, ale odpowiedź uzyskał natychmiast gdy spojrzał na drzewo tuż przed nimi.
Nie miało korony. Wysoki pień kończył się około czterech metrów nad ziemią, cała korona musiała zostać ścięta przez coś, czego Chopper nie umiał sobie wyobrazić. Końcówka pnia była poszarpana, kora poodpadała, pień nie prezentował zbyt okazałego widoku. Go również bolała ta strata dla natury. Luffy zobaczył, że dwójka jego kompanów się zatrzymała i również odwrócił się w ich stronę.
- Co jest? ? ponaglił ? Elena, pokażesz mi drogę z tego lasu, czy nie?
- Niestety, ale ja dalej iść nie mogę. ? powiedziała cicho.
Luffy podszedł do niej bliżej.
- Dlaczego?
Kobieta westchnęła i wskazał ręką na drzewo.
- Widzisz?
- Tak, drzewo. Ładne.
- To granica, której nie wolno mi przekroczyć.
Na chwilę wszyscy umilkli, po czym Chopper nieco zdezorientowany zapytał:
- Jak to? Nie rozumiem?
- Mój brat ? podjęła Elena ? zabronił mi opuszczania tej części wyspy. Osobiście oznaczył to drzewo swoją mocą, po czym pokazał mi je i powiedział, że jeśli kiedykolwiek wyjdę poza nie... to spotka mnie...
- Śmierć? ? warknął Luffym, a dziewczyna skinęła głową.
- Ale jak to? Przecież on jest twoim bratem! ? oburzył się Chopper. ? Jak może grozić śmiercią swojej siostrze?
- No cóż... ? westchnęła. ? on chyba zatracił już wszelkie człowieczeństwo. Teraz jest diabłem. A ja jestem zatem siostrą diabła.
Luffy?ego lekko zdenerwowały te słowa, ale jeszcze nie do tego stopnia, jak to on potrafił się wkurzyć. Spojrzał na Elenę spode łba.
- No, ale teraz go tu nie ma tak? Chyba możesz z nami pójść? Nie będzie ci przecież zabraniał chodzić tam gdzie masz ochotę?
Elena nie odpowiedziała, więc słomiany podszedł do niej i schwycił ją za nadgarstek. Bez słowa zaczął ją prowadzić, aż do momentu kiedy stanęli na granicy wyznaczanej przez drzewo. Tutaj kobieta stawiła zdecydowany opór.
- Puść mnie! ? krzyknęła, a gdy Luffy nie zareagował na te słowa uderzyła go prosto w twarz.
Przez chwilę stali w milczeniu, po czym Słomiany ponownie na nią spojrzał.
- Boisz się, prawda?
- A jak mam się go nie bać?! Niczego nie rozumiesz!
- Może i nie rozumiem... ? westchnął słomiany kładąc lewą dłoń na prawym ramieniu. ? a może rozumiem aż za dobrze!
Z tymi słowami z całej siły uderzył w pień drzewa bez korony. Zatrzęsło się potężnie, ale nie złamało. Jedynie kawałek kory odpadł w miejscu, gdzie utkwiła pięść pirata. Zamachnął się i uderzył ponownie. Podobna reakcja.
- Nie zdołasz go zniszczyć. ? westchnęła Elena. ? Cortez coś z nim zrobił, bym nigdy nie zapomniała, gdzie jest moje miejsce.
- Ale dlaczego cię tu trzyma? ? jęknął Chopper. ? co mu zrobiłaś.
- Wybaczcie, ale to moja sprawa. ? odparła Elena i odwróciła się od nich. ? ja wracam.
Postąpiła parę kroków w głąb lasu.
Luffy wyprostował się i wziął głęboki wdech.
- ELENA!!!! ? ryknął ? WRÓCĘ TU DO CHOLERY! I SKOPIĘ DUPĘ TEMU DRZEWU!!!! PO TYM JAK JUŻ ROZWALĘ TWOJEGO BRACISZKA I URATUJĘ MOICH PRZYJACIÓŁ!!! ROZUMIESZ????
Kobieta odwróciła się do nich, posłała im przelotny uśmiech i odwróciła się. Poszła w stronę domu.
Luffy i Chopper odeszli w swoją stronę, ale nie zauważyli głębi jaka kryła się w uśmiechu Eleny. Uśmiechu pełnym politowania, współczucia i przede wszystkim, świadomości, że więcej ich nie ujrzy.


Marisa powoli podniosła się z łóżka kończąc siedemnasty kubek herbaty. Od zawsze wmawiała sobie, że herbata świetnie działa na wszystkie dolegliwości i istotnie, ten napitek sprawiał, że czuła się lepiej, przez jakieś trzy minuty po spożyciu.
Była do tego straszliwie uparta, niby to cecha wspólna dla ludzi z rudymi włosami, ale ją dotknęła szczególnie. Dlatego też ignorując polecenia doktora House?a zdecydował się wstać z łóżka. Lekarz akurat na chwilę zniknął zająć się innymi chorymi, gdyż aktualnie na wyspie panowała plaga przeziębień, dopadła między innymi Zoro i Shina, toteż dziewczyna mogła zająć się sobą i zrobić to co była przekonana iż zrobić musi. Zrzuciła piżamę i odziała się w swoje standardowe ubranie, zresztą podczas tego kryzysu nie myślała o ciuchach. A kiedyś lubiła łazić po sklepach i zachwycać się każdą kupioną rzeczą, teraz zastanawiała się czy założyć stanik, bo jest ranna i obandażowana ? może jej więc przeszkadzać.
Zostawiono jej miecz, i tak nie pozwoliłaby go zabrać, ale Takeyama miał co do tego mieszane uczucia. Nie obchodziło jej to. Zawiązała opaskę na czole i czerwoną chustę na nadgarstku. Przypasała miecz i otworzyła po cichu drzwi. Wściekła się. Naprzeciwko siedział Shin i wpatrywał się w nią tym spojrzeniem, którego nienawidziła. Mężczyzna choć dość żartobliwy potrafił jednak być poważny i to spojrzenie właśnie najdobitniej na to wskazywało. Jego oczy przewiercały wręcz Marisę na wylot.
- Shin, nie próbuj mi przeszkadzać ? warknęła ostrzegawczo, w tym samym momencie zachwiała się i oparła o framugę.
- Dziewczyno co ty wyprawiasz? ? strzelec wstał ? jesteś ranna, ledwo chodzisz, z upływu krwi prawie straciłaś życie. Gdzie ty się niby wybierasz?
- No jak to gdzie? Patrol! Dzisiaj moja kolej. ? odrzekła udając jak najbardziej wypoczętą. Marzyła o tym, żeby sobie usiąść, pograć na swoim ukochanym akordeonie, wypić z siedem herbat, ale nie było na to teraz czasu.
Shin jeszcze raz przewiercił ją wzrokiem.
- Wiesz, że nigdzie nie pójdziesz?
- Wiesz, że pójdę?
Shin wiedział. Kłócić się z Marisą nie było po co. Musiałby jej przestrzelić kolana by ją tu zatrzymać.
- Shin sam to rozumiesz doskonale. Patrol. Obowiązek rebelianta. Każdego. Kto pójdzie, jeśli nie ja?
- Ja.
- Ty masz całonocne czuwanie przy wyjściu. Nie dasz rady.
- To Jin.
- Jin dopiero co wrócił, jego grupa też jest zajęta.
Shin nieco się zniecierpliwił.
- Nie może jakiś głupi patrol odbierać ci zdrowia! Są ważniejsze od tego rzeczy!
Przesadził. Marisa stanęła naprzeciwko niego, mimo, że niższa o głowę, wydawała się górować nad nim wszystkim.
- Tak sądzisz? Są rzeczy ważniejsze niż nasze obowiązki?
- ...Tak. Na przykład nasze zdrowie.
Zerwała mu z czoła czerwoną opaskę jednym sprawnym ruchem.
- Więc nie jesteś godzien by to nosić.
Nastała chwila milczenia, po czym Shin zwalił się ciężko na krzesło. Westchnął.
- Idź.
Marisa uśmiechnęła się szeroko. Zawsze potrafiła dopiąć swego. Pomknęła w dół po schodach.


W pokoju unosił się dym. Na stole leżała popielniczka pełna kiepów, obok niej otwarta puszka piwa. Dwóch mężczyzn rozmawiało ściszonymi, drżącymi głosami, zupełnie jakby czegoś się bali.
- Czy to prawda, że Buster Call, przy tym, to jak wystrzał z procy?
- Prawda. Słyszałem jak Jastrzębiooki o tym mówił.
- Ale przecież...
- Niestety. Jeśli ... on ... zdecyduje się na taki ruch, będziemy zagrożeni.
- Ale skąd ta pewność?
- Cicho! Idzie!!!! Szukuj się.
Drzwi otworzyły się po cichu i równie po cichu się zamknęły. Dwóch mężczyzn natychmiast wstało z miejsc, obaj zasalutowali.
- Admirale Kizaru, meldujemy się zgodnie z rozkazem!

Ciąg dalszy nastąpi

Dramatyczne pytania:
Czy Sanji przemówi Nami do rozsądku?
Czy Luffy spełni swoją obietnicę?
Ile wytrzyma ciało Marisy?
I przy czym Buster Call jest jak strzał z procy?

Część 11 to : ?Wróg numer jeden.?

Posłuchaj jak śpiewam i gram:):
www.myspace.com/lukaszjedrys
20.04.2009, 00:01
Return to top
Komimasa Offline
Ślimaczek
Admirał Floty

*
Liczba postów: 6,070
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Poznań/ Bełchatów
Post: #16
 
Byczki:

Jej ręka już nieraz podświadomi , zaś akcja z Cortezem, tylko to utwierdziła, wokół nic leżało czterech

Jeszcze jeden byk. Raz był z jej ust Pan raz -san raz byłeś, no ech chyba wypadałoby to ujednolicić...

Po kolei. Dobrze dobrałeś osoby "budzące do życia". Robin cyborga, Zoro Sanjeigo. I tu bardzo dobrze, ze dodałeś wyjaśnienie, iż Nami go poprosiła, tak to wydawał mi się OOC a tak to gitek.

Znowu oenpiecowo ale znowu nie tak jak lubięTongue Wiesz o co mi chodzi, z tą zabawą jak za 9 dni itd.
Sam Flash dobrez przedstawiony, fajne też te urywki powracające do teraźniejszości. Szkoda, że tej osoby już nie ma, Shigeru zdecydowanie byłby ciekawym charakterem.
Bardzo to ludzkie, naturalne, nie ma do czego się przyczepić.
Jedyny mankament, ze dałeś to kursywąTongue

Pomysł z choroba i popis ostatnich chwil tez bardzo udany, na koniec brutalne zakończone pożegnanie. ładnieSmile

EDIT CZ 20 :01:40

Ten dzień wyszedł ci tak jak się spodziewałem, no oprócz dalszych wydarzeńBig Grin
Znowu to przekonywanie do idei do mocy, ech troche mi już mdliło się do tego, ale wiem, musiało być. Fajny pomysł z tym, iż Zoro znał tego Shiberu, danie Meitou Marisie, elementy układanki powoli się zapełniają.

Nami i Sanji hmm zastanawia mnie czy parring można nakręcić bez użycia takich makabrycznych działań jak te tortury, niemniej oczywista sprawa, fajnie to ciągniesz. Cow azne wychodzi ci to myślę naturalnie, choć nie lubię tegoTongue

Tak, zdziwiłeś mnie tą karteczką. Myślałem, ze tam coś budują, jakąś broń ale nie, że chcą wysadzić wulkan.

Ciekawi mnie ta układanka Luffy'ego musze przyznać to jest chyba najciekawszeBig Grin

Dobre zakończenie takie z mocą, i dobrze też, że przerwałeś romans, tak by było za szybko. Ale końcówka dramatyczna, klimatyczna no well done.

Niebieski fryz mamy i razem się trzymamy!
[Obrazek: tXwp6nO.png]


20.04.2009, 00:32
Return to top
Najuch Offline
Bóg Urlopu
Pirat

*
Liczba postów: 919
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Olsztyn
Post: #17
 
11. ?Wróg numer jeden?

- Luffy, czy ty w ogóle wiesz dokąd idziemy? ? Zapytał Chopper widząc jak kapitan śmiało przedziera się przez haszcze krokiem na tyle szybkim, że ciężko aż było za nim nadążyć.
Słomiany w pierwszej chwili nie odpowiedział. Domek Eleny opuścili niedawno, ale zdążyli już przemierzyć spory kawałek lasu. Z żadnej strony jednak nie widać było jednak czegokolwiek co mogłoby świadczyć o wyjściu z niego. W końcu Kaneyama była w wielu miejscach porośnięta ogromnymi i naprawdę gęstymi lasami, nie licząc okolic miasta, piaszczystego wulkanu i ogromnej łąki łączonej połączonej z polami uprawnymi po drugiej stronie wyspy.
- No... skopać dupsko Cortezowi i długowłosemu? ? Powiedział Luffy tonem wielkiego odkrywcy, ale zabarwionym lekką dozą niepewności.
- A wiesz gdzie ich szukać?
- Znajdzie się.
Tony Tony Chopper należał do tej cierpliwej części społeczeństwa.
- Może w takim razie wrócimy do Eleny i zapytamy ją o drogę?
- Hmm, a myślisz, że da nam coś do jedzenia jeszcze? ? Luffy uśmiechnął się szeroko. - Myślę, że nie. ? Odparł Chopper przebierając krótkimi nóżkami.
- To idziemy dalej. Kogoś spotkamy pewnie po drodze, to nam powie, gdzie szukać.
Renifer westchnął i ruszył dalej. Należał do cierpliwych. Do bardzo cierpliwych.


Ból przeszywający całe ciało osadził Sanji?ego w miejscu, kiedy na szczycie schodów praktycznie chciał przeskoczyć trzy ostatnie stopnie i w migiem znaleźć się przed drzwiami łazienki, które znajdowały się za rogiem, po lewej. Oparł się o ścianę i zaklął cicho. Spojrzał na papierosa, który wypadł mu z ust, ale wiedział, że w tym stanie nie bardzo ma szanse się po niego schylić, zdecydował się iść dalej i stanął w końcu na szczycie schodów trzymając się za żebra. Ale rękę spuścił natychmiast. Nie chciał okazywać słabości przy swoich kompanach, albowiem przy drzwiach do łazienki stali Zoro, Robin i Usopp. Ten ostatni dobijał się do drzwi, ale z miny pozostałych Sanji wywnioskował, że trwa to już od dłuższego czasu.
- Nami, otwieraj! ? Zrzędził długonosy, ale odzewu nie było żadnego.
Zoro natychmiast spostrzegł kucharza, zobaczył najprawdopodobniej też, że nie jest on w najlepszym stanie bo uśmiechnął się lekko z podziwem. Robin również się uśmiechnęła, ale bardziej z ulgą. Wierzyła, że kto jak kto, ale Sanji na pewno poradzi sobie z zaistniałym problemem.
- Usopp, posuń się. ? Warknął blondyn podchodząc pewnym krokiem w stronę drzwi. Znów zapiekły go żebra.
Strzelec spojrzał na niego wymownie, nic nie mówiąc odsunął się od wejścia.
Sanji stanął, a raczej oparł się o framugę i powiedział.
- Nami ? san, to ja. Mogę wejść?
Cisza.
- Wiesz dobrze, że i tak wejdę. Jak będzie trzeba wykopię te drzwi.
Znów cisza.
- Nieźle, mi powiedziała, że mnie zabije jak to zrobię. ? Mruknął mimochodem Zoro.
Sanji natomiast wziął głęboki wdech i odwrócił się do reszty.
- Zejdźcie na dół. Ja się tym zajmę.
Robin skinęła głową. Ona najlepiej rozumiała zaistniałą sytuację i istotnie, wiedziała, że tylko ktoś, kto dzielił z Nami przeżycia, mógł teraz do niej przemówić. Poklepała Sanji?ego po ramieniu i zeszła na dół z gracją. Kucharz nieco się zaczerwienił pod wpływem jej dotyku.
- Jesteś pewien? ? Zapytał Usopp, a gdy Sanji skinął głową, podążył za Robin uśmiechając się ze zrozumieniem.
Zoro natomiast wcale się nie poruszył tylko zmarszczył czoło.
- Nie rozkazuj mi, głupi kuku.
- Spadaj stąd kaktusie, bo ci nakopię.
Taka konwersacja nastąpiła by w zwykłych okolicznościach. Jednak ani jeden, ani drugi nic takiego nie powiedzieli. Zoro, aż nazbyt wyczuł ból i rozpacz jaka biła z Nami gdy przybyli na miejsce i wiedział, że nigdy nie zrozumie przez co ona i Sanji przeszli. Ten jeden raz, pomyślał. Jeden jedyny raz.
- Jakby coś, to wołaj. ? Tyle tylko powiedział szermierz po czym zszedł po schodach. Teraz się zdrzemnę, pomyślał. Tak jak nigdy.
Sanji został sam przed niskimi drewnianymi drzwiami. Jeszcze raz zawołał Nami, ale znów nie otrzymał odpowiedzi, więc zrobił to co wcześniej obiecał. Kopnął w drzwi, ale kontrolując siłę, na tyle by nie wystrzeliły z zawiasów. Chciał tylko zniszczyć zamek. Kiedy było już po wszystkim i wejście z wielkim hukiem otworzyło się przed nim, uderzyło go ciepło płynące z wnętrza.
Cała łazienka była zaparowana, woda wciąż się lała z kranu. Ubranie Nami leżało zmięte na podłodze pod ścianą, a ona sama siedziała skulona w ogromnej wannie, zanurzona po szyję i chowając głowę w kolana, zaś woda już powoli wylewała się na zewnątrz. Sanji dziękował bogu za to, że dziewczyna wpadła na pomysł kąpieli z pianą, bo jego serce nie przetrwałoby chyba widoku jej nagiego ciała. Z drugiej strony przeklinał wynalazcę piany. Podszedł powoli do wanny i zakręcił kurek, po czym cofnął się, przymknął drzwi i spojrzał na Nami wzrokiem pełnym współczucia.
- Nami ? san... ? Zaczął, ale nie bardzo wiedział co dalej powiedzieć.
Nie martw się, to tylko pobicie, tortury i gwałt? Źle. Zabiję tego drania? Mówił to już, nie powinien się powtarzać. Jak się czujesz? Pytanie retoryczne. Tysiące myśli przeszło mu przez głowę, aż Nami podniosła głowę i spojrzała na niego. Płakała i to bardzo mocno. Policzki miała zaczerwienione i zapuchnięte, nie tylko od pobicia, oczy były szkliste i cały czas wypływały z nich łzy. Przedstawiała tak smutny widok, że Sanji?ego zapiekło serce i wyobraził sobie jak wbija stopę w krtań Sigmy.
- Sanji ? kun ? Powiedziała łamiącym się głosem ? jestem brudna.
Sanji podszedł dwa kroki w jej stronę. Chciał położyć jej rękę na ramieniu w geście zrozumienia, ale ona odtrąciła jego dłoń.
- Jestem brudna, rozumiesz? Zbrukana, splugawiona, słów mi brakuje! I nigdy już się nie oczyszczę. A ty mnie chcesz jeszcze dotykać?
Sanji spojrzał jej prosto w oczy.
- Tak, chcę.
Nami odwzajemniła jego spojrzenie. Poczuł dziwne mrowienie w żołądku. Ile by dał by teraz wziąć ją w ramiona, przytulić, pogłaskać po pięknych pomarańczowych włosach, zmierzwionych teraz, przypalonych i potarganych.
Znów zaczęła płakać.
- Dlaczego... ? Jęknęła ? co ja im zrobiłam?
Sanji usiadł przy wannie opierając się o nią plecami.
- Widzisz Nami ? san ? Odpalił papierosa ? Gdyby mógł udzielić ci odpowiedzi zrobiłbym to natychmiast. Sama wiesz najlepiej, że nigdy nie chciałem dopuścić do tego co się stało. Ale jednak, nie udało się. Zostałaś straszliwie skrzywdzona. Po części z mojej winy.
Wziął głęboki wdech. Co miał jej powiedzieć, jak pocieszyć?
- Ale ty niczego nie rozumiesz ? Powiedziała, starając się mówić spokojnie choć głos jej się łamał ? To co się stało, nigdy się nie odstanie. Jestem brudna. Będę brudna do końca moich dni. Jak ty w ogóle możesz na mnie patrzeć?
Sanji odwrócił się do niej.
- A żebyś wiedziała, że mogę - Powiedział cicho patrząc jej prosto w oczy ? I zawsze będę mógł.
- Ale...
Chciał ją w tym momencie pocałować, ależ to by było piękne. Zamknąć jej w ten sposób usta, sprawić, że poczuła by się błogo, że wszystkie troski odeszłyby natychmiast. Wiedział jednak, że więcej mogłoby to przynieść szkody niż pożytku. Po tym co się stało, nie dziwił się, że chciała z siebie zmyć dotyk Sigmy. I z pewnością nie chciała być dotykana przez nikogo.
- Zamknij już się. ? Cmoknął ją delikatnie w czoło, tak po przyjacielsku, choć nie mógł tak naprawdę ukryć niczego co targało jego sercem i wnętrznościami. Z trudem zmusił się by mówić normalnie. ? za kwadrans czekam na ciebie na dole. Zrobię wspaniały obiad.
Wspomnienie o obiedzie przypomniało mu jak dawno nie jadł i jak bardzo jest głodny. Wstał i schwycił duży, pomarańczowy ręcznik wiszący na suszarce. Położył go na taborecie obok wanny i uśmiechnął się. Nami nie odzywała się, tylko wpatrywała się w niego uważnie.
- Jeśli myślisz, że ktokolwiek z nas jest człowiekiem, który odwróci się od ciebie, dlatego, że spotkało cię coś takiego, to bardzo się mylisz. ? Powiedział uśmiechając się serdecznie. ? należysz do Załogi Słomianego Kapelusza. A tutaj przyjaciel jest wszystkim. Utrwal to sobie.
- Sanji ? kun... ? Zaczęła Nami, ale kucharz znów jej przerwał.
- A ja nigdy nie przestanę patrzeć na ciebie. Choćbyś miała dziesięciokrotnie większe blizny na karku i była trzydziestokrotnie brzydsza. Nigdy.
To powiedziawszy odwrócił się i wyszedł z łazienki i zszedł na dół po schodach.
Mijając załogę uśmiechnął się tylko i poinformował, że za chwilę poda coś dobrego do zjedzenia, po czym udał się do kuchni, gdzie wyciągnął składniki i zaczął przygotowywać posiłek. Doskonale rozumiał uczucia Nami. Nienawidził niczego co miało związek z tą wyspą, ale wiedział już, że z niej nie odpłyną, przynajmniej dopóki zemsta się nie dokona. Luffy jeszcze o niczym nie wiedział. Co z nim się działo?
A potem przypomniał sobie twarz Nami gdy na niego spojrzała. Twarz pełną bólu i cierpienia, twarz osoby, która utraciła swoje miejsce i poczucie bezpieczeństwa. Pochylił się nad stołem i gorzko zapłakał.


Marisa stąpała ostrożnie. Maści nałożone na jej ranę przez doktora House?a skutecznie tłumiły ból, ale nie mogły natychmiastowo wyleczyć obrażeń, więc wiedziała doskonale, że musi uważać, by rana dobrze się goiła i nie trysnęła znów krwią. Znała się nieco na pierwszej pomocy, więc wzięła niezbędne przedmioty do tego by opatrzyć się w razie czego.
Gdyby Takeyama dowiedział się, że udała się na patrol wpadłby w szał. Dla niej jednak misja była najważniejsza, więc szła teraz po lesie ściskając rękojeść miecza, zaś drugą ręką torbę z medykamentami.
Kierowała się w stronę wulkanu, tam gdzie najprawdopodobniej niedługo przybędzie Cortez, robił to w końcu od dłuższego czasu, codziennie. Obserwacją jego osoby zajmowali się różni z rebeliantów, w zależności od tego na kogo przypadała kolej. Dzisiaj musiała zrobić to Marisa, nikt inny nie wybrałby się zamiast niej, a wiadomości o poczynaniach samozwańczego władcy wyspy musiały trafiać do rebeliantów regularnie.
Zasady były proste. Po cichu usuwać każdą osobę która znalazła się w promieniu pięciuset metrów od wejścia do kryjówki rebeliantów, a nie miała na sobie czerwonej chusty. Było to dość surowe rozwiązanie, bo gdyby rebeliant stracił swój symbol podczas patrolu, nie miałby prawa zbliżyć się nawet do kryjówki. W ten sposób jednak można było zachować względny spokój patrolujących. Marisa modliła się, żeby tym razem nikogo nie spotkała, wczoraj przecież natknęła się na The Guards i o to jak się skończyła tamta eskapada.
Zwykle gdy na czymś ci zależy z pewnością nie przypadnie ci to w udziale, niestety stare porzekadło i w tym wypadku się sprawdziło. Marisa spostrzegła wyraźnie dwie sylwetki zbliżające się w jej stronę.
Pierwsza z postaci była średniego wzrostu i miała coś na głowie, druga zaś sięgała jej do kolan, pewnie małe dziecko. Marisa nie potrafiła sobie wyobrazić, że miałaby zabić malucha, zasady rebelii były jednak jasne. Nie podejmując decyzji zachowała się instynktownie. Natychmiast schowała się za drzewo dobywając miecza. Zacisnęła zęby. Szybciej bijące serce sprawiło, że krew szybciej krążyła i czerwona plama na jej bluzce powiększyła się nieco.
Postaci tymczasem się zbliżały. Słyszała ich roześmiane głosy, rozmawiali o czymś niezobowiązującym. Jeszcze dziesięć metrów, jeszcze pięć. Nie mieli chust z całą pewnością, nie zachowywali się jak rebelianci. Jeszcze dwa metry. Musiała działać. Teraz.
Wyskoczyła zza drzewa natychmiast tnąc na wysokości szyi. Totalnie spudłowała.
- OOOJ! ? Krzyknął chłopak w słomianym kapeluszu odchylając głowę do tyłu, ostrze śmignęło nad nim muskając rąbek jego kapelusza.
Stojący obok niego mały renifer wrzasnął z przerażenia i natychmiast powiększył się do rozmiarów mocno napakowanego człowieka.
Marisa stanęła jak wryta. Luffy i Chopper, obaj z listów gończych, obaj spotkani na plaży. Ich się tu nie spodziewała. Stali tak przez chwilę patrząc się na siebie bez słowa, a potem Chopper zaczął biegać w kółko znów przyjmując formę małego pluszaka i panikując.
- Myśmy się nie widzieli czasem na plaży? ? Zapytał Luffy wlepiając oczy w Marisę.
- Ratunkuuu! Mordują!
- Chyba tak... ? Odparła dziewczyna ? Wybacz ten atak. Co tu robicie? Słyszałam, że was dorwali...
- Pomocy, lekarza!!!!!
- A ty, ranna przecież jesteś? Co robisz sama w lesie? ? Luffy spojrzał na krwawą plamę na jej bluzce.
- Pomocy, ratujcie!!!! Zabijają!!!
- ZAMKNIJ SIĘ WRESZCIE!! ? ryknęła Marisa na Choppera, ten zaś uderzył niechcący głową w drzewo i powoli się uspokoił.
Usiedli na trawie rozmawiając o tym, co spotkało Słomianych. Chopper po krótce opowiedział o Elenie i o spotkaniu z nią, zaś Luffy wspominał pyszne mięso, którym ich uraczyła. Marisa uśmiechnęła się szeroko, ale szybko dobry humor jej przeszedł. Przypomniała sobie po co tu jest i co ma zrobić. Wstała i wyprostowała się.
- Wybaczcie, ale mam coś do zrobienia.
- Co takiego? ? Zainteresował się Luffy.
- Mała misja szpiegowska. Muszę rozejrzeć się za Cortezem.
Słomiany wyszczerzył zęby w ogromnym uśmiechu. Chopper od razu wiedział co się święci, ale nie spodobało mu to się. Wiedział, że Cortez musi władać dziwną mocą jeśli tak potraktował drzewo, że nawet Luffy nie dał rady go rozwalić. Nie wiedział czy dadzą radę go pokonać, a zdawał sobie sprawę, że kapitan, jak to on, od razu rzuci się na niego z pięściami.
- To w takim razie idziemy z tobą. Ciekawe kim jest ten Cortez.
Marisa zaskoczona spojrzała na Luffy?ego. Chopper wiedział, że nie da rady temu zapobiec, ale prawie zemdlał ze strachu.
- Jesteś pewien? A potrafisz się cicho zachowywać? ? Marisa nie była o tym do końca przekonana.
- Potrafię ? Odrzekł krótko Luffy i również wstał. ? Chopper, idziemy!
Marisa zastanawiała się przez chwilę, ale nie znalazła żadnych przeciwwskazań, żeby nie pozwolić Luffy?emu sobie towarzyszyć. Zawsze było raźniej w grupie, więc powoli ruszyła w stronę wulkanu dając piratom gest by podążyli za nią.


Daleko od tego miejsca admirał Kizaru szedł długim pomostem wzdłuż rzędu niewielkich statków bojowych zastanawiając się, który wybrać. Zależało mu na szybkości znacznie bardziej niż na sile rażenia, załogi zamierzał wziąć ze sobą tylko dziesięć osób. Wiedział, że musi to załatwić szybko i bezboleśnie. Dostrzegł wysoką osobę zbliżającą się do niego z naprzeciwka. Uśmiechnął się rozpoznając starego kompana.
- Witam, admirale Ao Kiji ? powiedział zatrzymując się.
- Witam ? odparł tamten i spojrzał na statek, obok którego się zatrzymali.
- Widzę, że wybrał pan, dobrą jednostkę ? rzekł Ao ? wszyscy z mojego otoczenia mówią dużo o misji za którą chce się pan zabrać. Tylko czy jest pan w stu procentach przekonany o jej znaczeniu?
Kizaru spojrzał na statek przy którym stali. Istotnie był doskonały, więc od razu zdecydował się na niego.
- Oczywiście. A czy pan zamierza zrobić coś w tym kierunku? ? zapytał patrząc Ao Kiji?emu prosto w oczy.
- Nie. Według mnie to pańska sprawa. Ja nie podzielam tej opinii.
- No cóż ? Kizaru wzruszył ramionami ? może kiedyś pan zrozumie, że dla marynarki ta osoba jest wrogiem numer jeden.
Ao podrapał się po głowie i wyminął Kizaru.
- No nic... powodzenia ? Odchodząc jeszcze raz się obrócił. ? Mam tylko jedno pytanie. Czy to, co uważa pan, że ma się stać ma cokolwiek wspólnego z Białym Starcem?
Kizaru poprawił okulary i uśmiechnął się.
- Ma ? odparł. ? więcej niż może pan przypuszczać.
Po tych słowach wkroczył na pokład statku zostawiając Ao samego ze swoimi myślami.


Ciąg dalszy nastąpi

Dramatyczne Pytania:

Czy Nami poradzi sobie z przykrymi wspomnieniami?
Czy Takeyama odkryje, że Marisa opuściła kryjówkę?
Jak będzie przebiegać misja szpiegowska?
Co zamierza zrobić Kizaru i kim jest biały starzec?

Część 12 to: Wulkan. Decyzja Zoro.




12. Wulkan. Decyzja Zoro

Marisa delikatnie przycupnęła przy drzewie kryjąc się za krzewem porzeczek. Wraz z Luffy?m i Chopperem dotarła na skraj lasu, teraz widać było wyraźnie olbrzymi wulkan o piaszczystym, stromym zboczu, który musiał już stać się symbolem wyspy. Był on uśpiony z całą pewnością, nie dało się dojrzeć jakiegokolwiek dymu ulatniającego się z krateru, a trzęsienia ziemi zdarzały się niezwykle rzadko. Niemniej jednak Marisa doskonale wiedziała, iż dochodzi południe, lada chwila z przeciwnej strony powinien się wyłonić Cortez. Wiedziała, że wejdzie na szczyt wulkanu, i obejdzie go dookoła po czym zniknie im z oczu i uda się do swojej siedziby. Tak przynajmniej działo się codziennie, i choć nikt jeszcze nie odważył się wejść na szczyt, rebelianci doskonale rozumieli, że ich samozwańczy władca nie robi tego powodowany chęcią spaceru. Cortez coś knuł i było to bardziej niż pewne.
Luffy siedział koło młodej rebeliantki i uśmiech nie znikał mu z twarzy. Zdążył już spałaszować wszystkie porzeczki jakie znalazł po swojej stronie, jednak poważne spojrzenie Marisy zatrzymało go przed przejściem na drugą stronę. Istotnie, łatwo można byłoby go wtedy zauważyć, ale tak przyziemne sprawy nie interesowały króla piratów. Znajdowali się w zasadzie już poza linią drzew i nie byli zbyt dobrze ukryci, więc nie chciał pogarszać sprawy; i tak lepszego punktu obserwacyjnego nie znaleźliby tutaj. Szczyt wulkanu widać było idealnie, i choć znajdowali się spory kawał od niego, osoba przechadzająca się wokół krateru nie umknęła by ich uwadze. Niestety działało to również w drugą stronę.
- No i gdzie on jest? ? Zapytał zniecierpliwiony Luffy. Czekanie nigdy nie należało do jego ulubionych czynności.
- Za trzy minuty południe. Cortez jest punktualny. ? Odparła Marisa.
Poczuła ukłucie bólu. Z rany delikatnie sączyła się krew, dziewczyna modliła się, by jak najszybciej móc już położyć się w wygodnym łóżku. Zmieniła na szybkiego opatrunek już wcześniej, ale najwidoczniej nie odniosło to spodziewanego efektu.
- To poważne ? Powiedział Chopper z przejęciem słysząc jak ranna stęka z bólu a na jej czoło wstępuje pot. ? powinniśmy wracać, zajmę się tobą.
- Głodny jestem... ? jęknął Luffy.
Dziwni byli, to Marisa wiedziała z pewnością. Nie czuli w ogóle powagi sytuacji. Nie rozumieli, że jeżeli Cortez ich zauważy, zamorduje ich bez mrugnięcia okiem.
- Zamknijcie się już ? Warknęła.
Jeszcze minuta. Jeszcze pół minuty.
I w końcu pojawił się.
Był sam, szedł pewnym krokiem uważnie obserwując okolicę. Luffy, który miał lekkie problemy z widzeniem na daleką odległość(Chopper ostrzegał go już, żeby uważał na głowę, bo od tego może się odkleić siatkówka), nie mógł do końca stwierdzić jak Cortez wygląda. Widział, że jest wysoki, co najmniej tak jak Zoro, ale samą sylwetkę ma dość szczupłą. Widział, że włosy ma krótkie i nie ma najprawdopodobniej żadnego płaszcza ani narzuty. Widział w końcu, że porusza się bardzo zdecydowanie, ale jego ruchy pełne są niewymuszonego wdzięku.
Marisa zesztywniała i półświadomie przygniotła Choppera do ziemi. Była na tym patrolu już nie pierwszy raz, ale zawsze Cortez robił na niej to samo wrażenie.
Mężczyzna tymczasem zaczął się powoli przechadzać po krawędzi krateru wyraźnie patrząc w dół i... Marisa w tym momencie zdębiała. Zrobił coś innego niż zwykle! Wrzucił coś do krateru! O nie, Cortez tak się nie zachowywał wcześniej, myślała decydując już, że natychmiast o tym poinformuje Takeyamę i resztę. Znów spojrzała na znienawidzonego przez siebie człowieka. Najwyraźniej ich nie widział. Szedł bardzo powoli jakby się ociągając.
- To jest ten Cortez, tak? ? Zapytał Luffy.
- Tak, to on ? Odparła Marisa i w ostatniej chwili schwyciła za ramię Luffy?ego, który machinalnie już próbował wyskoczyć z krzaków i atakować. ? Co ty wyprawiasz?
- Wybacz.
Trwało to dłuższą chwilę. Cortez nie poprzestał na jednym kółku i rozpoczął drugie.
Problem polegał na tym, że Luffy co chwila próbował się wyrwać i rzucić się na niego i Marisa miała coraz większe problemy, żeby go powstrzymać. Na pomoc przyszedł jednak Chopper. Wiedział, że kapitan długo mu tego nie wybaczy, ale zdecydował się zrobić to ze względu na Marisę, widział ile znaczy dla niej ta cała akcja i nie chciał, aby Luffy zepsuł wszystko nagłym wypadem. Nim ktokolwiek się zorientował, lekarz wyciągnął ze swej torby niewielki spray i skierował go na twarz Słomianego.
- Co to do cholery? - Luffy natychmiast zaczął się krztusić i po kilku sekundach zwalił się na ziemie by smacznie zachrapać.
Marisa spojrzała na Choppera z niemałym zaskoczeniem, ale zrozumiała jego decyzję. Istotnie, zabranie Luffy?ego tutaj było błędem, nie spodziewała się, że aż tak jest porywczy.
Chwilę później Cortez zniknął po drugiej stronie wulkanu wrzucając do środka jeszcze coś, czego ani Marisa ani Chopper nie mogli rozpoznać. Trwali przez chwilę bez ruchu.
- Poszedł? ? Zapytał młody lekarz wychylając się nieco zza krzaków.
- Tak. Nie wróci do jutra. ? Odpowiedziała Marisa i wstała. Ruszyła na przód, w stronę wulkanu.
- Zaczekaj! ? Rzekł szybko Chopper. ? Nie powinnaś wrócić i opowiedzieć o tym swojemu... szefostwu?
- Nic nie zaszkodzi sprawdzić. ? Dziewczyna zostawiła za sobą Choppera i zaczęła wspinać się po stromym zboczu.
Lekarz spojrzał na swojego kapitana, który właśnie smacznie chrapał, leżąc na plecach, powalony specyfikiem. Wzruszył ramionami, przybrał formę renifera i ruszył u boku Marisy na górę.
Pokonali odległość dzielącą do szczytu, dosyć szybko, mając oczy na około głowy, tak na wszelki wypadek. Kiedy już tam dotarli Marisa pochyliła się, by spojrzeć w dół, Chopper zaś poszedł w jej ślady.
Nie dojrzeli niczego poza sklepieniem z zastygłej lawy, które zwykle pokrywało uśpione wulkany. Nie dymiło się, nie było zbyt gorąco, ale też nie było widać tego, co Cortez mógł tam wrzucić. Spoglądali tam przez chwilę, a potem odwrócili się zniechęceni.
- Czyli nic nam nie wiadomo. Może to jednak są zwykłe spacery? ? mruknęła zrezygnowana Marisa.
- Czyli co, wracamy? ? powiedział Chopper niemniej zawiedzony. ? Obudzimy Luffy?ego i pokażesz nam tą waszą kryjówkę, o której wspominałaś po drodze. Mówisz, że nasi tam już są? Sanji i Nami też?
- Nie wiem, leżałam w łóżku. Wciąż byli w łapach Sigmy kiedy ostatni raz rozmawiałem z resztą waszych przyjaciół.
- Luffy wpadnie w szał. ? jęknął Chopper i zbladł.
Marisa miała bardzo dziwną minę.
- Co się stało?
Z twarzy dziewczyny spływał zimny pot, źrenice miała malutkie, zaś same oczy przeogromne. Rozwarła usta jakby próbowała coś powiedzieć, ale nie była w stanie. Drżała.
- Marisa! ? Chopper trącił ją pyskiem i spojrzał w oczy. Patrzyła gdzieś ponad niego. I w tym momencie zrozumiał. Modlił się aby nigdy, przenigdy nie musiał się odwracać.
- C...C...ccc....Cortez... ? wyszeptała dziewczyna.
To był koniec.



Wszyscy byli wręcz zachwyceni potrawami, które przyrządził Sanji, Takeyama zaprosił wielu ze swoich ludzi na ten obiad, kiedy zobaczył, że kucharz z prostych składników potrafi zrobić takie frykasy, jakie ich oczy od dawien dawna nie widziały. Przy stole siedziało mnóstwo osób, jednak panowała dość przygnębiająca atmosfera i nie było czemu się dziwić. Za namową Robin nawet Nami usiadła do stołu i choć nawet nałożyła na oczy makijaż, nie zdołała ukryć zapuchniętych policzków, każdy wiedział, że to co ją spotkało musiało się strasznie odcisnąć na jej psychice. Także Sanji był nie w sosie.
Ludzie Takeyamy jedli z ogromną powagą, sprawiali wrażenie gotowych na atak w każdej chwili. Usopp co prawda próbował żartować razem z Franky?m, ale atmosfera jaka panowała skutecznie sprawiła, że miny im zrzedły.
W pewnym momencie drzwi otworzyły się, a do sali wpadł Kabuu. Miał zadyszkę jakby przebiegł spory kawałek, a jego mina nie wskazywała na żadne dobre wieści.
- Co się stało? ? Zapytał natychmiast Takeyama wstając od stołu.
- Nic dobrego. ? Wydyszał tamten. ? Ta informacja jest już potwierdzona. Cortez mobilizuje swoich ludzi.
Zapadła grobowa cisza.
- Co więcej... Marisa wyruszyła na patrol. Z zaufanego źródła wiem, że właśnie jest, wraz z jakimś jeleniem, obok krateru wulkanu.
- CO?! ? Ryknął przywódca rebelii uderzając stalową dłonią w blat stołu.
- To jeszcze nie koniec... Cortez też tam jest. Stoi z nią oko w oko.
Podniosła się wrzawa. Mężczyźni chwycili za broń, Takeyama starał się ich za wszelką cenę uspokoić. Wiedział jednak, że na wiele się to nie zda. Wszyscy lubili Marisę, była ona w końcu przełożonym wielu z nich, choćby ze względu na doskonały zmysł taktyczny. Teraz było prawie pewne, że zginie. Zwłaszcza w takim stanie, nie było nawet szans na ucieczkę. I gdy tak panika sięgnęła zenitu rozległ się głośny męski krzyk.
- Zamknijcie się!!!!!
Wszyscy umilkli i spojrzeli na Zoro który stał teraz wyprostowany patrząc na wszystkich z pogardą. Hałasowali, zamiast trzeźwo pomyśleć. Miał wrażenie jakby widział wokół siebie trzydziestkę Usoppów.
- Masz jakiś pomysł kaktusie? ? Warknął Sanji zapalając papierosa.
- Mam, żebyś wiedział kucharzyno ? Rzekł Zoro i rozejrzał się po wszystkich zgromadzonych. - Zbierzcie ludzi, trzeba myśleć o obronie tego miejsca!
- To chyba oczywiste... ? Powiedział Kabuu ? już wydałem odpowiednie rozkazy.
- To dobrze. ? Zoro był zdecydowany. Obrócił się do swoich przyjaciół ? Wstępuję, do tej cholernej rebelii. I lepiej, żebym tego nie żałował.
- Jestem pełen podziwu. ? Mruknął Franky. ? to bardzo dobrze.
Takeyama obszedł pokój dookoła. Zdecydowany głos Zoro, przywrócił wszystkim trzeźwość myślenia, jemu też dodał otuchy.
- Idę na wulkan ? oświadczył w końcu. ? Ktoś musi uratować Marisę. Ja się tym zajmę.
- Nie. Ja tam idę.
Wszystkie spojrzenia natychmiast pobiegły do miejsca z którego dochodził głos. W drzwiach stał Shin.
- Przeze mnie Marisa wyruszyła na patrol, ja jej nie zatrzymałem. ? Powiedział spuszczając głowę. ? Ja się tym zajmę.
Takeyama przez chwilę walczył z myślami, ale nie mógł się nie zgodzić. Poczucie honoru Shina było wysokie, nie chciał go urazić odbierając mu prawo do naprawienia błędu.
- Słyszałem, że dobrze strzelasz ? zwrócił się Shin do Usoppa, który do tej pory pomijany w rozmowach nagle zaczął się trząść. Wiedział do czego zmierza mężczyzna ? pójdziesz ze mną, dobra?
Usopp nigdy nie był odważny. Nie zdążył poznać Marisy, polubić jej, ani nic z tych rzeczy. Wiedział jedno. Ona była przyjaciółką wszystkich stąd. Pamiętał, aż za dobrze kiedy cała grupa z Water 7 pomagała odbić Robin, mimo, że nie mieli ze sobą prawie nic wspólnego. Wiedział, że Słomianym pomogli. Wiedział, że Słomiani pomogą.
- Jasne, że idę!!!!!! - Ryknął na całe gardło mając nadzieje, że to zagłuszy jego strach.
- W takim razie ja też... ? Zaczął Sanji, który nie chciał by Usopp szedł tylko z Shinem. Ryzyko było zbyt wielkie.
- Chyba cię pogrzało głupi kuku. ? Warknął Zoro ? Nami nigdzie nie pójdzie, jest w fatalnym stanie. Ty w nieco lepszym, ale to nie ma żadnego znaczenia. Zostań z nią i postaw ją na nogi.
- Mogę iść przecież... ? Nami chciała coś powiedzieć, ale istotnie nie czuła się zbyt dobrze. Miała wrażenie, że jej słowa dobiegają z innego miejsca.
- Nie chrzań głupot. Tylko zbierz się w sobie. Sama powinnaś się zemścić na tym kolesiu, który ci to zrobił ? warknął Zoro ? Ale, żeby to zrobić, nie możesz być w takim stanie!
Sanji skinął głową. Musiał przyznać szermierzowi rację. Położył rękę na ramieniu Nami by dalej się nie sprzeczała, ale i tak nie była w stanie. Siedziała ze spuszczoną głową.
- Ja pójdę. Wiem, aż za dobrze, co to znaczy walczyć o kogoś ? Rzekł w końcu szermierz. ? Reszta niech się zajmie tym czym powinna.
Nastała chwila ciszy. Potem wszyscy zaczęli mówić w jednym momencie, ale Takeyama uciszył ich swoim tubalnym głosem, po czym kazał na siebie zaczekać i wyszedł z pomieszczenia. Wrócił chwilę później ściskając w rękach kilka czerwonych chust.
- Jesteśmy wam wdzięczni za to, że chcecie nam pomóc ? Powiedział ? Jest tylko jeden sposób w jaki mogę wam dziękować. Uroczyście przyjmuje wszystkich Piratów Słomianego Kapelusza do Rebelii Czerwonych Chust!!!
To mówiąc wręczył każdemu po jednej chuście, którą zawiązali na nadgarstku. Chwilę później Usopp był już przy drzwiach razem z Zoro i Shinem. Franky natychmiast ruszył się by pomóc w przygotowaniu ludzi do walki, a Robin z dziwnym uśmiechem zaproponowała, że mu pomoże. W końcu w pokoju zostali tylko Sanji i Nami, która teraz już bez zahamowań zaczęła płakać. Czuła się zupełnie nie potrzebna, jakże Luffy by się z niej śmiał. Sanji usiadł koło niej i objął ją ramieniem.
- Wszystko będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze...


Chopper wiele razy znajdował się w sytuacjach pozornie bez wyjścia. Otrzymał nie jedną ranę, stoczył niejedną walkę. Tym razem jednak wiedział, że nie ma żadnej nadziei i przeklinał siebie za to, że uśpił Luffy?ego. Kapitan jednak smacznie spał u podnóża góry, w krzakach. Nie mógł im pomóc. Nikt nie mógł im pomóc. Marisa także to wiedziała, bo w jej oczach kryła się ewidentna rezygnacja.
Cortez był niespełna trzydziestoletnim, szczupłym i wysokim mężczyzną o krótkich, postrzępionych blond włosach. Błękitne oczy miał podłużne i inteligentne, gotowe wychwycić nawet najmniejszy ruch, i sprawiające wrażenie jakby przewiercały na wylot. Na mocnej, długiej szczęce widać było kilkudniowy zarost co dodawało temu człowiekowi nieco zadziorności. Ubrany był w wojskową kamizelkę, pod którą świeciła goła klatka piersiowa oraz luźne bawełniane spodnie. Stopy miał bose i sprawiał wrażenie człowieka, który gotów jest na wszystko.
- Cortez.... ? powtórzyła cicho Marisa chwytając za miecz.
- Tak właśnie się nazywam ? odparł tamten głosem świszczącym niczym wiatr. ? Mam małe pytanie. Co tu robi dziewczyna warta trzysta milionów?
Marisa nie odpowiedziała.
- Hm. Niech zgadnę. Jest młoda i głupia i spodziewała się, że przejrzy mój plan zaglądając w wulkan tak?
Nie mogła się nie zgodzić, ale znów milczała.
Chopper wiedział, że szansę będą mieli tylko jedną. Trzeba go było zaskoczyć. Przybrał swoją zwykłą formę, ale nie wzruszyło to Corteza. Ukradkiem sięgnął po Rumble Ball. Musiał tego użyć.
- Teraz jesteście tu we dwójkę. Ty i jeden z tych ... ekhem.. ?piratów?, o których tak głośno. I spodziewacie się natychmiastowej śmierci z mojej ręki.
- Nie my zginiemy ? warknęła Marisa przez zaciśnięte wargi. Dobyła miecza ? Lecz ty. Za wszystko co nam wyrządziłeś.
Cortez uśmiechnął się lekko.
- Chyba wyjątkowo, pozwolę wam odejść. ? Powiedział. ? Ostrzeżcie swoich, że za dwadzieścia dni cała ta farsa się skończy.
Marisa stanęła jak wryta.
- Co?
- A no tak. Po prostu. Zmiatajcie nim zmienię zdanie.
Chopper wiedział, że to była jedyna szansa. Odwrócił się i rzucił się biegiem w dół ciągnąc za sobą Marisę. Nie dobiegli daleko. Przed nimi coś uderzyło wzniecając ogromną burzę pyłu wulkanicznego. Gdy wszystko opadło dojrzeli sporej wielkości lej tuż przed nimi.
- Żartowałem ? powiedział Cortez opuszczając rękę.
Ciekawe jaką moc posiada ten który mnie zabije, pomyślał Chopper i rozgryzł Rumble Ball. Nie było już odwrotu. Nic już się nie liczyło. Może Luffy ich pomści.
- TERAZ!!!
Wraz z Marisą rzucili się na Corteza. Biegli po śmierć.


Ciąg Dalszy Nastąpi

Dramatyczne pytania

Kiedy obudzi się Luffy?
Czy Nami uda się pozbierać?
Czy Zoro i reszta zdążą na czas?
Czy to koniec przygody Choppera i Marisy?

Część 13 to: ?Wybacz Sogekingu. Tajemnica ludzi Corteza.?



13. ?Wybacz Sogekingu. Tajemnica ludzi Corteza?

Kiedy Luffy w końcu się przebudził słońce chyliło się już ku zachodowi rozlewając się szkarłatem po całym nieboskłonie. Był zły na siebie, że dał się zaskoczyć Chopperowi i wściekły na niego, że przez jego głupi wybryk stracił szansę by osobiście wycisnąć z Corteza miejsce pobytu Sanji?ego i Nami. Nie tego się po nim spodziewał, zupełnie nie rozumiał tego irracjonalnego strachu, który tak często trawił lekarza. Tylko, że Chopper jeszcze nigdy nie posunął się do tak radykalnych działań.
Słomiany usiadł na ziemi nakładając na głowę kapelusz, czuł jeszcze lekkie swędzenie w nosie, pozwolił sobie na to by obscenicznie w nim podłubać. Potem wstał i spojrzał w górę wulkanu. Coś tu było nie tak.
To co zapamiętał, gdy jeszcze patrzył na zbocze, to to, iż powierzchnia była gładka, piaszczysta. Teraz tuż przy kraterze widniał spory lej. Luffy jednak widział nie jedną eksplozję w życiu i zdawał sobie sprawę, iż to nie materiały wybuchowe do tego doprowadziły. Lej wyglądał na wydrążony siłą natury.
Szybkim krokiem zaczął się wspinać po zboczu wytężając wzrok, by po chwili wytrzeszczyć oczy. Mały kształt, który wydawał się być kamieniem teraz się poruszył. Luffy obawiając się najgorszego rzucił się biegiem w tamtą stronę i po chwili był już pewien. To nie była skała ani nic w tym stylu. Na zboczu leżał, twarzą w dół, lekarz okrętowy Słomianych Kapeluszy ? Chopper.
- Hej! Nic Ci nie jest? ? krzyknął Luffy dopadając do przyjaciela i szybko obracając go na plecy.
Przeraziło go to co zobaczył. Chopper broczył krwią z rany na czole, całe ciało miał umorusane pyłem wulkanicznym i pokryte sinymi pręgami.
- Luffy... ? jęknął tamten i otworzył oczy.
Pirat nienawidził takich momentów. Kiedy jakikolwiek z jego przyjaciół był ranny, on też odczuwał ból, może i większy niż oni. Cortez....
- Marisa. ? Chopper najwyraźniej nie mógł mówić już więcej, bo zakaszlał potężnie odpluwając krwią, na wargi wystąpiły mu czerwone bańki, a ciało wygięło się w łuk.
- CHOPPER!!! ? ryknął Luffy potrząsając przyjacielem.
Renifer był w bardzo złym stanie, aczkolwiek żył. Przynajmniej na razie. Luffy obejrzał się w obie strony szukając Marisy i istotnie dojrzał dziewczynę. Siedziała na ziemi oparta o spory kamień, głowę miała spuszczoną, zaś dłonie zaciśnięte na rękojeści katany, która spoczywała jej na kolanach. Włosy zasłaniały jej twarz, Luffy nie mógł od razu stwierdzić czy jest ranna, czy nie, stwierdził jedynie, że się nie rusza. Kiedy jednak podszedł bliżej zobaczył, że jej jasna bluzka przesiąknięta jest krwią. Usłyszała go nim zdążył coś powiedzieć i podniosła głowę. Uśmiechnęła się.
- Dobrze spałeś?
- Co się stało?! ? Luffy był wściekły do granic możliwości. Jak mógł dopuścić do czegoś takiego?
- Nie udało się go pokonać ? powiedziała dziewczyna cichym głosem. ? a owocu użył tylko raz....
- Jaką ma moc?
- Nie wiem... Nie dojrzałam.... Za szybko... ? Marisa jęknęła z bólu. ? Powiedz Takeyamie... że... przepraszam...
- Sama mu to powiesz. ? mruknął Luffy po czym spojrzał ze szczytu wulkanu w dal. Wziął głęboki wdech.
- CORTEEEEZ!!!!!!!!! Gdziekolwiek jesteś, wyłaź!!! SKOPIĘ CI DUPSKO!!!!!!!!!
Odpowiedziała mu długa i przeciągła cisza.
- Nie da rady w ten sposób ? rzekła Marisa. ? Nie przyjdzie. Będziesz musiał na niego zaczekać.
- O nie, moja droga ? warknął Słomiany ? Ja po niego pójdę!
To mówiąc wziął Marisę na barana, Choppera zaś podniósł jedną ręką. Zaczął powoli schodzić z wulkanu myśląc o Cortezie. Postanowił już, że go pokona.


Kilka godzin przed tym jak Słomiany otworzył oczy po spokojnym, sztucznie wywołanym śnie, Cortez właśnie powolnym krokiem, wręcz się ociągając schodził po zboczu wulkanu. Marisa i Chopper, świeżo powaleni, zostali za nim z tylu, tego co się stało nie można było nazwać nawet walką. Cortez nigdy nie należał do specjalnie okrutnych ludzi, dlatego wstrzymał się od zadania śmiertelnych ciosów. Takich płotek nie było sensu zabijać, wiedział o tym aż za dobrze. Był pełny podziwu dla dzielności tej dwójki, ale wiedział też, że taki pokaz jego umiejętności doskonale zatrzyma ich od węszenia wokół wulkanu. Przy skraju lasu, który otaczał wulkan czekała na Corteza piękna, młoda kobieta, w turkusowej yukacie, z długimi, czarnymi włosami spiętymi w koński ogon wysoko z tyłu głowy. Była szczupła, o doskonałych kształtach w jej brązowych oczach kryła się figlarność, zaś twarz spowijała maska szacunku. Skłoniła się Cortezowi, gdy ten zatrzymał się naprzeciwko niej.
- Kichiru... ? powiedział przyjmując od niej hołd. Rozejrzał się.
- Czujesz to prawda, Cortez ? san? ? spytała.
- Istotnie. ? rzekł przeczesując dłonią skronie. Pierwsze siwe włosy pojawiły się już wśród jego blond czupryny. Za dużo miał stresu w życiu. ? Ktoś się zbliża. Potrój straże i wyślij sporą grupę w las. Obawiam się, że rebelianci mogą zbytnio węszyć.
- Domyślam się ? rzekła Kichiru. ? tylko, że ja i Kidari również idziemy. Sprawa może wymagać szybkiego rozwiązania. Co z piratami?
- No cóż, dostałem wieści, że uciekli z koszar The Guards, Sigma strasznie cierpi z tego powodu. Myślę jednak, że póki co nasza trójka, z Ozumą, nie będzie się wtrącać do tej sprawy. Ja chcę tylko i wyłącznie trochę spokoju. Zajmiesz się wszystkim, prawda?
- Oczywiście. Z największą przyjemnością.
- W takim razie masz wolną rękę. Nie zapomnij wysłać kogoś do Białego Starca, dobrze? ? nie czekając na odpowiedź mężczyzna dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Niemniej jednak Kichiru skłoniła się nisko.
- Tak jest, Cortez ? san.



Usopp biegł szybko, ile miał tylko siły w nogach. Zoro jednakże również był szybki i znacznie bardziej pewny siebie. Miał w końcu trzy katany przy boku, to nie to samo co nędzna proca Usoppa. Długonosy nie miał zbytnio okazji by odwiedzić Thousand Sunny i wziąć Kabuto, musiał radzić sobie z tym co miał.
Shin miał podwójny powód by się śpieszyć. Po pierwsze musiał uratować Marisę, bo to właśnie przez niego taka sytuacja zaistniała. Obiecał, że ją uratuje, że naprawi to co stało się z jego winy. Po drugie za dobrze pamiętał cierpienia, które Kaneyama otrzymała od Corteza. Wszystkie rany które odniósł w walce z jego ludźmi paliły go teraz żywym ogniem. Musiał zabić uzurpatora. Miał przecież najlepszą strzelbę po tej stronie świata, sam ją modyfikował, miała zasięg dalszy niż jakakolwiek inna broń w posiadaniu piratów lub ludzi Corteza. I dodatkową amunicję. Modlił się by mocą Corteza nie okazała się jakaś logia.
- Stójcie. ? powiedział nagle Zoro, gdy tamci, zaaferowani szybkością działania zupełnie nie usłyszeli tego co on. Zoro był jednakże zbyt uważny by puścić mimo uszu taki szczegół. Cichy świst. Coraz głośniejszy i głośniejszy.
- Co się dzieje? ? zapytał Shin zdejmując instynktownie strzelbę z ramienia.
- Ktoś lub coś tu leci ? odparł szermierz. ? coś. ? dodał po chwili.
- To znaczy.... ? zaczął Usopp, ale nie skończył.
To stało się w ułamku sekundy.
Błysk stali, wrzask Zoro, Sandai Kitetsu wysuwający się z Saya i przepotężne cięcie. Zoro nie krzyknął, nie ostrzegł, niczego nie powiedział. Zdawał sobie sprawę iż na to jest za późno, że po prostu trzeba działać. Przeciął na pół kulę armatnią, która o mało co nie roztrzaskała mu czaszki. Liczył się z tym, że to koniec. Że za chwilę nastąpi eksplozja i cała trójka przeniesie się do innego świata. Nic takiego jednak się nie stało.
- Co to do diabła? ? zapytał Usopp, wyciągając procę i wpatrując się w rozciętą na pół kulę. ? gdzie jest proch?
- Nie ma, nigdy nie słyszałeś o tego typu pociskach. Niszczą nie tworząc niepotrzebnej eksplozji.
- Ale one zawsze są łączone z łańcuchem... ? zaczął Usopp i w tym momencie wszyscy usłyszeli pękające drzewa, jakby uderzyła w nich niesamowita wichura.
Z tego samego kierunku co poprzednia kula leciała druga, ciągnięta łańcuchem, pomalowanym na zielono. Istotnie, w lesie, o zachodzie słońca ze stresem, który nie pozwalał myśleć można by nie zauważyć łańcucha. Tym razem jednak mieli przewagę widzieli kulę już wcześniej.
- Dobra... ? warknął Zoro i dobył drugiej katany.
Poczuł dotyk ręki na ramieniu. Usopp wyminął go z zacięta miną i stanął naprzeciwko lecącej kuli.
- Nie wtrącaj się Zoro. Muszę się od czasu do czasu na coś przydać.
- Ale... ? Shin był zaskoczony tą sytuacją. Przecież Usopp zginie!
Kula była coraz bliżej, zaś pirat sięgnął do torby.
Zoro zadrżał. Ryzykował własnym życiem ufając długonosemu, ale wierzył w niego. Przynajmniej chciał wierzyć. Odsunął się. I w tym momencie zamknął z przerażenia oczy.
Usopp wyciągnął rękę. Ostatnie co Zoro zauważył to to, że kula go w nią trafia. Kilka sekund później, kiedy spodziewana śmierć nie nadeszła odważył się je otworzyć.
Jego przyjaciel trzymał kulę armatnią wyciągniętą w prawej dłoni. Uśmiechnął się i skierował ramię w stronę z której przyleciała kula.
- IMPACT!!!!!!!!!!!!!! ? krzyknął i pocisk wystrzelił jak z armaty mknąc w ciemny las i pociągając za sobą jedną z połówek drugiej kuli.
Shin otworzył oczy z wrażenia, nie spodziewał się czegoś takiego. Nie wierzył wręcz temu co ujrzał.
- Jak ty to zrobiłeś? ? jęknął nie mogąc ustać z przejęcia.
- Jeśli nie znasz diali długo ci będziemy musieli to tłumaczyć. ? westchnął Zoro. ? Niemniej, Usopp ma parę przydatnych umiejętności.
Długonosy uśmiechnął się słysząc pochwałę z ust przyjaciela i pokazał Shinowi muszlę którą miał przywiązaną do dłoni. Strzelec pokiwał głową mimo, że niczego nie rozumiał. Nie to jednak w tej chwili go obchodziło. Bardziej interesowało go z kim mają do czynienia, kto strzelał.
Nie musiał długo czekać na odpowiedź.

Była sama. W pierwszej chwili wydawała się zwykłą zagubioną niewiastą, jednakże po chwili Shin już wiedział, że taką nie jest. Z cienia drzew wyszła w ich stronę młoda kobieta w turkusowym kimonie, jednakże ze zdecydowanym wyrazem twarzy. Rebeliant poznał ją od razu ? była to Kichiru, jedna z najbardziej zaufanych wojowniczek Corteza, przywódczyni drugiego plutonu The Guards. Nie było czasu na to by mówić o tym Słomianym, widział jednak, że oni też wyczuwają, iż coś jest nie tak.
- Jestem zaskoczona. ? powiedziała nie zwalniając kroku. ? Nie spodziewałam się, że odbijecie coś takiego.
Tutaj już Zoro i Usopp nie mieli żadnych wątpliwości. Była wrogiem.
- Rebelia Czerwonej Chusty, tak? Piękna nazwa do podręcznika z historii. ? zakpiła Kichiru widząc kawałki materiału na ich nadgarstkach i idąc teraz nieco wolniej ? Niestety, każdy wie, że wszystkie rebelie upadają. Wasza już za dwadzieścia dni.
Shin nie zrozumiał o co jej chodziło, ale nie odniósł się do tego. Nie było teraz pory na dekoncentrację.
- Ale póki co, nie dopuszczę byście przeszkadzali panu Cortezowi ? rzekła i zatrzymała się przed nimi.
- Co powiedziałaś maleńka? Niby jak chcesz nas zatrzymać? ? prychnął Zoro ? W pojedynkę?
- Ach oczywiście, że nie. ? zaśmiała się Kichiru. ? Nie w pojedynkę.
Usopp pierwszy spojrzał w las i dostrzegł jak powoli wyłaniają się z niego ludzie. Każdy miał na sobie czarny prochowiec. Ich liczba szła w dziesiątki i cały czas ich przybywało. Nikt z nich nie dzierżył żadnej broni, pirat wiedział jednak aż za dobrze, że to nic nie znaczy. Sytuacja wcale, a wcale nie wyglądała różowo.
Po chwili dało się usłyszeć kolejne kroki i z pomiędzy drzew wyszedł najwyższy człowiek jakiego Usopp kiedykolwiek widział na oczy. Miał co najmniej 3 metry wzrostu i choć widać było, że olbrzymem nie jest, to jednak krzepę musiał mieć jak olbrzym. Niósł ze sobą wielki łańcuch wieńczony z obu stron kulami armatnimi, jedną rozciętą na pół. Długonosy od razu pojął, że to jego sprawka, że to on rzucał.
Zoro natomiast uśmiechnął się szeroko.
- Za mało.
- Co? ? Kichiru zdziwiła się nieco jego miną.
- Jest was za mało. ? powtórzył szermierz chwytając oba miecze.
Kobieta nawet się nie odezwała. Dała ręką malutki gest i cała grupa natychmiast rzuciła się do przodu. Do ataku.
- Za mało tak?! ? ryknął pierwszy, który zbliżył się wystarczająco by przekrzyczeć ogłuszający wrzask tłumu za nim.
Zoro jedyne co zrobił to wypuścił powietrze z płuc i pozwolił by ogarnęła go pustka.
- Tak. ZA MAŁO! Nana-jyu-nii pondo hou!!! ? uderzył nie czekając na atak. I trafił idealnie. W sam środek tłumu.
W powietrze wzniosło się mnóstwo dymu, Shin uśmiechnął się widząc moc ataku szermierza, jednak sekundę później uśmiech mu zbladł. Z dymu wypadł jeden z The Guards i z całym impetem wszedł Zoro łokciem w podbródek. Tylko swojemu zadziwiającemu instynktowi bojowemu szermierz zawdzięczał to, że nie stracił swych mieczy. Zacisnąwszy odruchowo pięści jak przy każdym otrzymanym przez siebie ciosie, pozwolił by jego ciało przekoziołkowało i uderzyło plecami w drzewo o bardzo grubym pniu.
- Zoro!! ? ryknął Usopp, ale było już za późno. Kolejnych dwóch wyskoczyło na niego.
Uderzyli szybko i bezbłędnie. Długonosy padł plackiem na ziemię wypuszczając z dłoni procę.
Shin spodziewał się co nastąpi teraz. Przymierzył i czekał. Trzech rzuciło się na niego. Wypalił natychmiastowo celując pierwszemu z nich w serce. Trafił, jednakże tamten nie padł. Zdziwiło go to do tego stopnia, że prawie nie zauważył kiedy Guard wymierzył mu celny cios w klatkę piersiową. W pierwszym momencie nie poczuł bólu, ale sekundę później strumień krwi trysnął mu z ust, zaś z drugiej strony pleców rozdarła się koszula. Buchnął ogień.
Zaraz, ogień?, pomyślał Shin po czym upadł na trawę wymiotując krwią.
- Co to do cholery było... ? jęknął Zoro skacząc na równe nogi. ? dlaczego mój atak nie podziałał?
- Niestety, ich nie zranisz ? odezwał się roześmiany głos z góry. Zoro zerknął do góry i dojrzał Kichiru siedzącą na gałęzi sporego drzewa i najwidoczniej obserwującą jedynie starcie.
- Nie? ? Zoro uśmiechnął się i otarł krawędzią dłoni stróżkę krwi, która spłynęła z rozbitej wargi. ? zaraz zobaczymy.
- Niczego nie zobaczymy. Zgniecie w przeciągu kilka chwil. Potem przyjdzie kolej na tą dwójkę na wulkanie. A ten wasz słynny kapitan? Gdzie on niby jest? Podobno wpadł do wody uciekając przed naszym Sigmą.
- Zamknij się... ? warknął Zoro zaciskając mocniej dłonie na rękojeściach katan.
- Zwiewał tak, że zapomniał, że zjadł diabelski owoc. Utopił się! ? szydziła Kichiru. ? Co? Nie zgadzacie się? Widzę to po waszych minach. Więc w takim razie powiedzcie mi. Gdzie jest kapitan Słomianych Kapeluszy?

- KAEN BOSHI!!!
Kichiru nie zdążyła zareagować. Spojrzała w lewo i dostała w twarz pociskiem, który eksplodował tworząc barwną kulę ognia. Spadła z drzewa uderzając się w plecy i natychmiast rzuciła się by zgasić płomienie. Gdy już podniosła poparzoną twarz spojrzała na tego, który tego dokonał. Zaledwie dziesięć metrów od niej stał wyprostowany Usopp trzymając w dłoni procę.
- Tutaj. ? odezwał się drżącym głosem.
- Co?
- Kapitan jest tutaj. Kiedy nie ma Luffy?ego, to ja jestem zastępcą!!! ? długonosy nałożył kolejną ze swych pachinko.
Kichiru powoli podniosła się z ziemi jakby już delektowała się tym co za chwilę nastąpi, po czym sięgnęła za pazuchę i wyciągnęła.... niedużą, ręczną procę.
- Nie ruszać mi pinokia ? rozkazała swoim ludziom. ? sama go zabiję.
Strzeliła, to że Usopp nie zginął od razu było jedynie dziełem przypadku. Poczuł ból w kostce wywołany poprzednim ciosem i opadł na kolano podczas gdy pocisk przeleciał nad nim. A potem ogromna eksplozja przegoniła z lasu wszystkie ptaki, jakie jeszcze pozostały.
Długonosy spojrzał na nią z przerażeniem. Miała bardzo, ale to bardzo dziwne pociski.
- Skoro tak się śpieszysz na tamten świat, pomogę ci w tym. ? powiedziała kobieta i strzeliła kolejny raz.
Usopp nie musiał już dłużej udawać kogoś innego, zresztą i tak nie mógł. Po prostu rzucił się do ucieczki. Wybuch rozerwał kolejne drzewa.
- Zostawcie ją mnieee!!!!! ? wrzasnął jeszcze po czym zniknął w głębi lasu.
Kichiru pognała za nim.

Biegł ile tylko miał sił w nogach. Walczył już wiele razy, wiele razy przechodził sam siebie, jednakże tym razem trafił na procarza! Nigdy jeszcze nie spotkał kogoś władającego taką samą bronią jak on sam i nigdy jeszcze nie widział takich pocisków. On takich nie miał. Wokół niego eksplodowały kulki pachinko Kichiru. Drzewa waliły się jak pod wpływem wichury, zaś dźwięki eksplozji nieznośnie brzmiały w uszach. Byłą tuż tuż.
Usopp obejrzał się za siebie i zobaczył jak jego przeciwniczka wkłada kolejną kulkę do kieszeni procy.
- Kemuri Boshi! ? wrzasnął rzucając się na ziemię i jednocześnie strzelając w jej stronę. Trafił. Zasłona dymna rozprzestrzeniła się w ułamku sekundy i po chwili mógł już salwować się ucieczką.
Biegł dalej, odwrócił się plecami do przeciwniczki i... gorzko tego pożałował.
- Kiri Boshi ? usłyszał spokojny głos i poczuł piekący ból w lewej nodze.
Spojrzał w dół. Zwolnił kroku. W jego udo wbity był spory kawał metalu, ciepła posoka spływała po nodze. Już nie pobiegnie. Nigdy nie przypuszczał, że można do walki używać tak okropnych rzeczy.
Następna kulka poleciała już bez słowa. Uderzyła go w brzuch i eksplodowała pozbawiając go oddechu. Potem kolejna. I jeszcze kolejna. Wypuścił z rąk procę i padł na ziemię. Pasek od torby pękł i zawartość rozsypała się wokół niego.
Wybacz, Luffy... Zawiodłem, pomyślał po czym spojrzał w górę. Stała nad nim Kichiru z kolejnym ostrym kawałkiem stali w naciągniętej procy.
- Tak kończą ci, którzy odważą się mnie zaatakować.
Usopp spojrzał w niebo myśląc, że widzi je po raz ostatni, potem zerknął na swoje rzeczy. Młotek... Diale.... Maska Sogekinga...
Przyjaciel. Druga osobowość. Czy Sogeking mógłby go teraz uratować? Wyciągnął rękę w stronę maski i schwycił ją końcem palców.

- Ten Sogeking był naprawdę niesamowity! ? mówił Luffy gdy płynęli już z dala od Water 7.
- Naprawdę? ? dopytywał się Usopp uśmiechając się pod nosem.
- No! Świetny był. Ale cieszę się, że ty wróciłeś ? Słomiany wyszczerzył się w uśmiechu ? nie zastąpiłbym ciebie żadnym strzelcem na świecie. Jesteś moim przyjacielem!!!

Usopp uśmiechnął się szeroko.
- Co się szczerzysz? Tak ci spieszno na tamten świat? ? warknęła Kichiru.
Puścił maskę.

Wybacz Sogekingu, ale tę walkę stoczy Usopp, pomyślał. Przyjaciel człowieka, który zostanie królem piratów.

- Usoppu Hamma!!!
Kichiru schwyciła się za piszczel zaskoczona nagłym atakiem i upadła na ziemię koło długonosego. Ten zerwał się koślawo na równe nogi i schwycił mocno procę upuszczając jednocześnie młotek, który zostawił siny ślad na nodze jego przeciwniczki. Wymierzył jej kopniaka w szczękę zdrową nogą, obciążył tym ranną i stęknął z bólu, ale wytrzymał.
- Nie wygrasz ze mną. ? powiedział spokojnie.
- Niby czemu? ? warknęła wstając powoli.
- Czemu? ? uśmiechnął się ? Bo już się nie boję.


Ciąg dalszy nastąpi

Dramatyczne pytania:

Kto zwycięży w tym starciu?
Czy Rebelia Czerwonych Chust ma szanse powodzenia?
Kiedy dojdzie do ostatecznej bitwy?
Co ukrywa Cortez?

Część 14 to: ?Dwadzieścia dni. Ostateczne przygotowania?

Posłuchaj jak śpiewam i gram:):
www.myspace.com/lukaszjedrys
15.01.2010, 05:39
Return to top
perkos Offline
Szczur Lądowy
Pirat

*
Liczba postów: 30
Dołączył: 14.01.2010
Skąd:
Post: #18
 
super jest ten fanfik Smile masz talent Big Grin
20.01.2010, 20:21
Return to top
Najuch Offline
Bóg Urlopu
Pirat

*
Liczba postów: 919
Dołączył: 26.03.2009
Skąd: Olsztyn
Post: #19
 
14. ?Dwadzieścia dni. Ostateczne przygotowania?

Zoro odczuwał brak Yukibashiri dotkliwie. Znał mnóstwo technik korzystających z dwóch ostrzy i często je stosował, obok tego miał w swoim arsenale sporo ataków jednym mieczem, jednakże wszystkie potężne uderzenia, które wypracowywał przez lata, wszystko co mogłoby jednym uderzeniem zmiażdżyć przeciwnika wymagało jeszcze jednej katany. Wręcz czuł, że brakuje mu tego znajomego ciężaru w ustach. Może nie nazwałby tej walki najtrudniejszą w swoim życiu. Może nie powiedziałby, że nie ma żadnych szans, lecz wiedział, że nie będzie łatwo. Zresztą już nie było.
- Shin, za tobą!!! ? krzyknął, zaś strzelec odwrócił się by w ostatniej chwili posłać kulę w pierś Guarda przymierzającego się do ciosu. Tamten upadł ale wstał niemal natychmiast.
Zoro nie rozumiał dokładnie co się dzieje. Ilekroć zadawał, jak myślał śmiertelny cios, mężczyzna wstawał od razu, zupełnie jakby prochowiec był swego rodzaju ochroną. Próbował celować w głowę, ale ani razu mu się to nie udało, gdyż napór przeciwników był zbyt duży. Shin również miał ten problem, otrzymał potężny cios i nie mógł skupić myśli na właściwym, celnym strzale. Jego strzelba mimo, że pół automatyczna, miała magazynek jedynie na 8 pocisków. Nie raz musiał uderzać kolbą i szukać schronienia za plecami Zoro by zmienić magazynek.
- Jak tak dalej pójdzie, będzie po nas! ? warknął strzelec przeładowując broń.
- Zaraz będzie jeszcze gorzej ? Zoro spojrzał na mężczyznę, który górował nad innymi z The Guards. ? On zaraz włączy się do walki.
Miał rację. Olbrzym zakręcił łańcuchem i uderzył między nich, w ostatniej chwili udało im się dać susa na boki. Zoro dojrzał kątem oka Guarda wyciągającego pistolet i ciął na ślepo, będąc wciąż jeszcze w powietrzu. Nie spodziewał się zbyt wiele, ale po chwili ciepła krew spryskała zieloną trawę. Trafił mężczyznę w szyję i przeciął mu tętnicę, ten zaś osunął się na ziemię i znieruchomiał.
- Celuj w głowę! To płaszcze ich chronią! ? zawołał do Shina i spojrzał na największego spośród przeciwników. To nie będzie teraz takie trudne, pomyślał.
W momencie kiedy Guard znów zamachnął się na niego łańcuchem wiedział co robić.
- Saikuru!!! ? uderzył ile tylko miał sił.
Nie trafił w głowę, ale siła uderzenia wyniosła przeciwnika w powietrze. Miał okazję.
- Taka Nami! ? i tym razem atak dosięgnął celu, uderzył w plecy.
Olbrzymi Guard upadł na ziemię z głuchym łoskotem, zaś Zoro otarł pot z czoła.
Z dwoma tylko mieczami to nie będzie proste, tego był pewien.


Usopp jeszcze nigdy nie był taki spokojny. Mimo, że ledwo trzymał się na nogach, miał dotkliwie zranioną nogę i prawdopodobnie uszkodzone organy wewnętrzne stał wyprostowany i gotowy do działania. Wypełniało go miłe uczucie, jakby wszystkie troski się ulotniły, Kichiru wydawała się tak odległa jakby nie z tego świata. Rany także nie sprawiały mu teraz bólu, myślał szybko i ostro. Miał wrażenie jakby coś, co od zawsze go hamowało teraz uciekło.
- Czy ty się nie za pewnie czujesz? ? jakiś kobiecy głos dobiegł jego uszu.
Nie odpowiedział. Ścisnął mocniej procę i spokojnie sięgnął do torby by zawiązać zerwany rzemień. Kątem oka dojrzał jak Kichiru nakłada na procę pocisk. Był szybszy.
- Tamago boshi. ? trafił w środek jej twarzy.
Wydawało mu się, że strzela celniej, szybciej. Spokojniej. Zarzucił torbę na ramię szybkim ruchem, przez trafienie jajkiem w twarz Kichiru zyskał czas potrzebny na zapakowanie wszystkiego co rozsypało się po trawie. Uśmiechnął się.
- Kayaku Boshi! Kaen Boshi! Sakuretsu Saboten Boshi! ? takiej serii nikt nie mógł przetrwać.
Długonosy zawsze był dumny ze swoich zdolności strzeleckich, zazwyczaj trafiał w cel, wymyślił tak różne pociski, że na każdą okazję miał coś przygotowanego. Wiedział, że długo to nie potrwa, Kichiru nie wytrzyma takiego natężenia ataków. Wiedział jednak też, że przed oczyma robi mu się ciemno, że ból doskwiera mu coraz bardziej.
Kobieta podniosła się z ziemi z wściekłym wyrazem twarzy. Była poparzona, szrapnele w wielu miejscach boleśnie wbiły się w jej ciało. Naciągnęła procę. Jak mogłaby pozwolić by przegrać z kimś takim?
Usopp wiedział, że ma tylko jedną szansę. Nie umiał walczyć, co do tego nie było wątpliwości. Żył jednak w ten sposób, że musiał się przemóc. Ile razy Luffy lub ktoś inny go ratował? Ile razy był ciężarem dla swoich przyjaciół? Teraz jednak był im równy. On też się nie bał. Przynajmniej w tym momencie.
Naciągnął procę. Widział w myślach tor lotu pocisków, wymierzył...
- Kayaku Boshi! ? krzyknęli oboje w tym samym momencie.
Usopp nie trudził się unikać, i tak by nie zdążył. Pachinko musnęło jego policzek zostawiając bolesną szramę, ale nie trafiło bezpośrednio. Eksplozja nastąpiła daleko za nim. Kichiru nie miała tyle szczęścia. Kulka Usoppa uderzyła centralnie w jej procę trzaskając ją na kawałki i eksplodując natychmiast. Kobietę odrzuciło do tyłu, uderzyła plecami w drzewo i opadła na ziemię kaszląc krwią.
- Cholerny gnoju... ? jęknęła podpierając się na ramionach.
- Nie masz jak walczyć ? uśmiechnął się długonosy. ? Przegrałaś.
- Nie przegrałam! ? krzyknęła. ? Ja nigdy nie przegrywam!
Usopp ruszył wolnym krokiem w stronę miejsca gdzie jego przyjaciele walczyli z The Guards. Musiał im pomóc. Nie wiedział na ile się przyda, bo ból był do tego stopnia uciążliwy, że musiał walczyć ze sobą by nie stracić przytomności. Wyminął Kichiru bez słowa. Przegrała, nie musiał jej dobijać.
- Gdzie ty idziesz? ? wrzasnęła. ? Ja nie przegrałam! Walczymy dalej słyszysz?
Nawet jeśli Usopp słyszał to na pewno nie słuchał. Zacisnął zęby. Potem będzie czas na cierpienie. Teraz trzeba walczyć. Uśmiechnął się krzywo i zaczął biec. Do uszu dobiegł go łamiący się głos rannej kobiety.
- Dorwę cię! To jeszcze nie koniec!
Ale na razie to był koniec. A Usoppa nic więcej nie obchodziło.


Zoro miał rację. Shin mimo, że zostawiony sam, ze sporą grupą The Guards nie miał najmniejszych problemów w tym, żeby po kolei wysyłać ich na tamten świat. Nigdy zbytnio się nie patyczkował. Strzelał, a wszystkie kule trafiały, był strzelcem wyborowym, jakby nie patrzeć. Broni jaką władał mogli by pozazdrościć wszyscy, tak samo jak jego zdolności. Dowodem na to była góra trupów która wkrótce urosła wokół niego. Spojrzał na Zoro. Wciąż się zmagał z tym olbrzymem. Rzeczywiście, różnica ich wzrostu była taka, że ciężko było szermierzowi trafić w głowę. A przeciwnik najwyraźniej się nie patyczkował. Atakował z zaciekłością i coraz ciężej szermierzowi było unikać ataków. Shin był jednak za bardzo związany walką z przeciwnikami tutaj by pomóc Zoro. Odwrócił się więc i strzelił kolejnemu Guardowi w głowę rozsadzając czaszkę.
- Silny jesteś draniu, co? ? mruknął Zoro wskakując na gałąź drzewa. Przeciwnik nie odpowiedział tylko wyciągnął po niego swoją olbrzymią rękę. Szermierz tylko na to czekał.
Po prostu przebiegł po jego ręce. W mgnieniu oka znalazł się przy jego twarzy i z uśmiechem wymierzył mu potężnego kopniaka. Olbrzym zwalił się na ziemię, ale to jeszcze nie był koniec. Zoro wbił miecz w jego dłoń, nieosłoniętą płaszczem część ciała. Istotnie podziałało. Przeciwnik ryknął z bólu, z rany chlusnęła krew. Machnął ręką i odtrącił Zoro od siebie, tamten jednak był na to gotowy. Wypuścił z rąk miecz, który przyszpilał dłoń Guarda do podłoża i jeszcze w powietrzu uderzył z całych sił.
- San-jyu-rokuu pondo hou!!! ? Guard akurat usunął z dłoni katanę Zoro i zaczynał wstawać. W momencie kiedy podniósł głowę atak go dosięgnął wyrzucając go daleko w tył. Pod jego naporem złamało się drzewo, potem następne i jeszcze jedno, a kiedy mężczyzna opadł już na ziemię był już nieprzytomny. Płaszcz ochronił go przed śmiercią, ale takiego uderzenia nie mógł przyjąć ze spokojem. Na ustach pękały mu bańki krwi i nie ruszał się.
Szermierz uśmiechnął się do siebie i podniósł z ziemi Sandaia Kitetsu, którym przyszpilił dłoń olbrzyma. Odwrócił się do Shina i zobaczył, że The Guards nerwowo się wycofują widząc z jaką celnością mężczyzna strzela. Wokół niego leżało co najmniej dwudziestu martwych wojowników. Rebeliant wystrzelił jeszcze dwukrotnie, dwóch kolejnych padło bez życia, co reszcie odebrało jakąkolwiek wolę walki. Rzucili się do ucieczki nie zważając już na nic. Nie minęło wiele czasu i Zoro wraz z Shinem zostali na polance sami.
- Niezły jesteś. ? rzekł szermierz widząc martwe ciała. Wszyscy zginęli w ten sam sposób. Kula ugodziła ich dokładnie po środku czoła. ? Kiedyś też spotkałem dobrego strzelca. Tylko, że on, był moim przeciwnikiem. ? Zoro przypomniał sobie Brahama.
- Chodź. Nie czas na gadanie. Trzeba ratować Marisę. ? Shin spojrzał ze smutkiem na ludzi których zabił ? Kolejnych dwadzieścia osób. Przez Corteza...
Zoro spoważniał.
- Wiesz, że tak musiało się stać ? rzekł spokojnie ? wiesz, że Luffy nigdy mu tego nie wybaczy.
Shin mruknął coś niewyraźnie i już odwrócił się żeby odejść, ale posłyszał cichy szelest dobiegający z pomiędzy drzew. Zoro również musiał to usłyszeć gdyż obaj mężczyźni położyli natychmiast dłonie na broni. Uspokoili się jednak, gdy sekundę potem ich oczom ukazał się Usopp.
- Wygrałeś? ? zapytał Shin.
- Ta... Tak ? powiedział długonosy z trudem łapiąc oddech ? przegoniłem frajerkę!!!
Po tych słowach zachwiał się i runął bezwładnie na trawę. Zoro natychmiast dostrzegł głęboką ranę na nodze i krew która teraz potoczyła się Usoppowi z ust. Natychmiast znalazł się przy nim.
- Hej, nic ci nie jest?! ? warknął przewracając przyjaciela na plecy i delikatnie nim potrząsając.
- Spoko... ? jęknął ranny ? Ale... muszę przez chwilę odpocząć...
Shin spojrzał w stronę wulkanu i zacisnął pięści. Spojrzenia jego i Zoro spotkały się. Szermierz od razu zrozumiał i nie próbował protestować kiedy Shin spokojnym głosem poprosił:
- Zostań z nim. Ja idę zrobić to co do mnie należy.
Zielonowłosy uśmiechnął się tylko i skinął głową.
Chwilę później Shin biegł już ile sił w nogach wiedząc, że za chwilę wybiegnie z lasu, a przed nim wyłoni się Cortez walczący z ranną Marisą i jednym ze Słomianych Kapeluszy. Przed nim wyłoni się jedna jedyna szansa kiedy będzie mógł pociągnąć za spust i modlić się by Cortez nie władał żadną logią. Przyspieszył kroku. Jeszcze sto metrów. Jeszcze pięćdziesiąt. Wyłoniło się szkarłatne już niebo. Jeszcze dziesięć metrów, widział wulkan. Metr...
Wypadł na otwartą przestrzeń z bronią gotową już do strzału, ale ten nigdy nie padł. Wiedział już, że przybył za późno. Corteza po prostu już tu nie było.
- Cholera ? zaklął, ale w tym momencie poczuł czyjąś obecność po swojej lewej stronie. Natychmiast się odwrócił i ujrzał kogoś, kogo się nie spodziewał zupełnie.
Ledwo dziesięć metrów od niego stał Monkey D. Luffy i patrzył mu prosto w oczy wzrokiem kogoś, kogo nic nigdy nie może zaskoczyć. Na baranach niósł Marisę, ponad wszelką wątpliwość nieprzytomną, zaś lewą ręką utrzymywał lekkiego Choppera, również znieruchomiałego.
Stali tak przez chwilę w milczeniu, po czym Luffy uśmiechnął się szeroko.
- Jestem Luffy, a ty?
Jego bezpośredniość była bardzo dziwna w tym momencie, ale Shin wiedział już, że może mu zaufać. Podszedł do niego wolnym krokiem i ścisnął krótko jego ramię.
- Nazywam się Shin, rebeliant czerwonej chusty ? powiedział cicho po czym jego spojrzenie spoczęło na Marisie ? żyją?
- Tak, żyją. Są ranni, Marisa nawet dość poważnie, dobrze spotkać kogoś od niej. ? Twarz Luffy?ego rozjaśnił wyraz ulgi.
Shin przejął od niego ranną dziewczynę, po czym przypomniał sobie o czymś ważnym. O czymś co Luffy na pewno chciałby wiedzieć.
- A właśnie, twoi wszyscy towarzysze są z u nas. Niedawno dotarli ten kucharz i ta dziewczyna... Nami, tak?
- Wspaniale! ? Luffy uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Zoro i długonosy procarz są ze mną, wasz snajper lekko ranny. Reszta została w naszej kryjówce i czekają na ciebie.
- W takim razie chodźmy! ? zakrzyknął się Luffy. ? Tylko, żeby było dużo mięsa!
Shin jednak spoważniał.
- Są tez mniej dobre wieści. Blond kucharz został poważnie ranny. Z całą pewnością był torturowany.
Luffy zesztywniał i zatrzymał się. Nie spojrzał na Shina.
- Co więcej, dziewczyna... została najprawdopodobniej zgwałcona. I również jest ciężko ranna....
- C...co? ? Słomiany spojrzał na niego z przerażeniem. Sanji... Nami... Wiele razy byli ranni, ale nikt nigdy nie pastwił się nad nimi. A Nami? Ta miła uśmiechnięta Nami... zgwałco... Nie mógł dokończyć myśli. Spojrzał na Shina zbielały z gniewu. ? Kto to zrobił?!
- Ludzie Corteza... ? odparł Shin. ? Myślisz, że walczymy przeciwko ?tym dobrym??
Monkey D. Luffy miał w życiu coś ważniejszego niż przygody i mięso. Coś ważniejszego niż piractwo i samo życie. Przyjaciele. Ktoś uderzył w jego czuły punkt. Ktoś uderzył go poniżej pasa.
- Dziewczyna siedziała zapłakana przez parę godzin, nawet teraz, gdy szykujemy się do bezpośredniego starcia siedzą z kucharzem w kryjówce. Rozwaleni psychicznie ? Shin ciągnął swoją opowieść bezlitośnie.
Luffy patrzył na niego jak w transie. Nie mógł tego słuchać. Był szczerze, szczerze przerażony. I już w momencie gdy chciał coś powiedzieć, wrzasnąć na całe gardło, czy też uderzyć w ziemię z całych sił, odezwała się Marisa:
- Luffy... ? jęknęła po czym splunęła krwią. ? Nie pokonasz Corteza...
Shin spojrzał na nią z troską, zaś Słomiany z szokiem w swoich okrągłych oczach.
- Nie pokonasz... Ma zbyt wielką moc... Jak zdejmie wisiorek... To będzie koniec...
- Przestań się odzywać... ? skarcił ją Shin. ? Jesteś ciężko ranna, musisz wypocząć.
- Luffy... pokonaj Corteza, błagam Cię. ? powiedziała Marisa nie zważając na Shina, który trzymał ją w ramionach ? Ostatnie co powiedział Chopper zanim... ? tu przerwała. ? to było twoje imię. Pokładał w tobie nadzieje do ostatniego momentu, aż zasłonił mnie przed atakiem, a sam... padł...
- Marisa! ? warknął Shin, jednakże Luffy stał spokojnie i słuchał.
Po policzkach rannej dziewczyny popłynęły łzy.
- Widziałam jak ci ufał... i wiem, że jesteś godny tego zaufania.... dlatego proszę... Pokonaj... Cor...teza... Uwolnij... nas... ? nie powiedziała już nic więcej. Na ustach pękły jej krwawe bańki i straciła przytomność.
Shin spanikował. Była zbyt bliska śmierci. Dlaczego pozwolił jej na ten cholerny patrol?
- Słomiany, chodź! Wracamy do kryjówki!
Luffy jednak się nie poruszył. Skrył oczy pod rondem kapelusza. Nie chciał, żeby ktokolwiek zobaczył tak straszliwą złość jaką teraz przedstawiało jego oblicze. Odwrócił się plecami do Shina i położył Choppera na ziemi.
- Zabierz ich oboje.
Strzelec znieruchomiał.
- A ty?
- Pozdrów moich przyjaciół. Ja muszę coś załatwić. Coś bardzo, bardzo ważnego.
- Ale...
-Nie martw się o mnie. Spotkamy się... dokładnie za 20 dni od teraz. Tyle czasu potrzebuje.
Shin znów próbował coś powiedzieć, ale tym razem Luffy spojrzał mu w oczy. Uderzyło go coś dziwnego, coś co sprawiło, że dreszcze przeszły mu po całym ciele. Czuł, że jeszcze chwila i się przewróci.
- Przekaż to moim przyjaciołom. Wrócę za dwadzieścia dni. I skopię dupsko temu Cortezowi. Przysięgam.
Strzelec znów się uśmiechnął. Dawno nie widział kogoś tak zdeterminowanego, a zarazem o tak dobrym sercu. Sięgnął do węzła swojej chusty.
- Nie wiem co chcesz robić przez te dwadzieścia dni. Mało mnie to obchodzi. Jeszcze nie wiem kiedy ruszymy do ataku, jeśli przegramy to ty to załatwisz. A skoro tak, to ty również jesteś w Rebelii Czerwonej Chusty. Od tego momentu jesteś jednym z nas.
Luffy przyjął ów materiał i przewiązał nim prawe ramię. Uśmiechnął się do Shina.
- Ok. ? po czym odwrócił się i pobiegł najszybciej jak tylko zdołał.
Rebeliant jeszcze przez chwilę odprowadzał go wzrokiem, aż tamten zniknął między drzewami. Potem on sam odwrócił się i biorąc pod pachę Choppera ruszył w drogę powrotną. Będę musiał się nieźle tłumaczyć, pomyślał i pomknął w stronę Zoro i Usoppa.


Takeyama szedł wraz z Kabuu wzdłuż rzędów swoich wojowników. Nie była to grupa uporządkowana, nie mieli jednolitego munduru poza jednym elementem ? czerwoną chustą, zawiązaną w dowolnym miejscu. Nie zależało mu na bezwzględnej organizacji, wiedział, że tutaj wszyscy się znają, że każdy osłoni tu każdego, że wszyscy są przyjaciółmi. I, że walczą o wspólny cel.
- Słuchajcie ? powiedział odchrząkując. ? Nie jestem zbyt dobry w takich zebraniach, ale chciałem zakomunikować, że Jin wrócił z nowymi informacjami. Przesuwamy bitwę o 20 dni.
Z tłumu dało się wychwycić pomruki niezadowolenia.
- Uspokójcie się. ? rzekł głośno ? mam podstawy twierdzić, że nie wszystko jeszcze jasne. Czekamy na rozwój sytuacji i wykorzystujemy czas, żeby się jeszcze lepiej przygotować.
- Ale dlaczego? ? zapytał ktoś z tłumu.
- Ponieważ bardzo możliwe, że niedługo odkryjemy plany Corteza i położenie jego siedziby.
Buchnęły okrzyki radości. Takeyama powiedział już swoje i ze spokojem wrócił do siebie. Słyszał jeszcze jak Kabuu krzyczy ?Macie dwadzieścia dni, rozejść się?.
To będzie bardzo krótkie dwadzieścia dni. Bardzo krótkie, pomyślał.

Luffy biegł ile sił w nogach. To będzie krótkie dwadzieścia dni, przeszło mu przez głowę.

Cortez uśmiechnął się siedząc w wygodnym perkalowym fotelu.
- Dwadzieścia dni... ? powiedział do siebie. Po czym roześmiał się w głos, aż solidnie się zakrztusił.


Ciąg dalszy nastąpi

Ile dni?
No ile?
No ile do cholery??!

Część 15ta to ?Dzień pierwszy. Ten najlepszy drink.?





15. ?Dzień pierwszy. Ten najlepszy drink.?

Nami przeszła się jeszcze raz pokoju przeglądając się w wysokim elipsoidalnym lustrze, wstawionym tu na jej prośbę. Dostała osobny gościnny pokój, gdyż Takeyama rozumiał iż niepodobne, by dziewczyna spała w jednym pokoju z mężczyznami, zaś Nami taka sytuacja odpowiadała podwójnie, bo do uspokojenia skołowanych myśli najbardziej była jej potrzebna samotność. W nocy Franky, robiąc przerwę w przygotowywaniu kryjówki do ewentualnego napadu zakradł się na Thousand Sunny, by zabrać najpotrzebniejsze słomianym rzeczy. Z radością wrócił bez żadnych problemów informując, że statek stoi jak stał, jest nienaruszony i na sto procent nikt go nie śledził. Przyniósł Nami ogromną walizkę, do której napakował tyle jej ubrań ile tylko zdołał. Dziewczyna uśmiechnęła się patrząc na jej zawartość. Cyborg zapakował tam wszystko o czym tylko pomyślał, od ogromnej porcji bielizny(ależ musiał się rumienić jak to brał!), aż do sukni wieczorowej. Ta jednakże nie była jej w ogóle potrzebna, więc powiesiła ją na wieszaku, na szafie. Stanowiła teraz jedyną ozdobę.
Na dworze pewnie zawitał już poranek, choć nieustanne światło Lamp Diali w niczym nie różniło się od tego, jak świeciło nocą. Nami jednakże wstała, jak wskazywał zegarek o swojej zwyczajnej porze(wcześnie rano) i od razu zaczęła robić to co lubiła najbardziej poza pieniędzmi(grzebać w strojach). Spojrzała jeszcze raz w lustro. Miała na sobie tylko bieliznę i widziała dokładnie swoje ciało, o pięknej sylwetce i gładkiej, w nie zranionych miejscach, skórze. Opatrunków nałożono jej sporo, na brzuchu, rękach, szyi i karku, nogach. Wokół głowy miała opaskę z bandażu, a drobne ranki na twarzy i wardze, choć goiły się powoli zostawiła bez opatrunku. Nie chciała wyglądać jak mumia.
Na początku nie zdawała sobie sprawy, że podświadomie szuka najmniej seksownych rzeczy jakie miała. Dziękowała bogu, że Franky wziął jej ulubiony zielony sweterek z golfem. Choć było całkiem ciepło, nie chciała odsłaniać dekoltu, który szpecił teraz opatrunek, na ranie po... Wolała nie przypominać sobie po czym. Wyrzuciła rzeczy zabrane z miejsca gdzie ich więziono. Nie chciała na nie patrzeć, a poza tym były przesiąknięte krwią i potem. Założyła dżinsową spódniczkę, ale pod nią ubrała czarne legginsy ? nogi również miała całe w bandażach. Resztę rzeczy zatrzasnęła w walizce.
Kiedy schodziła na dół na śniadanie, postanowiła niczego po sobie nie pokazywać. Dzięki temu, że została wczoraj w domu Takeyamy udało jej się nieco uspokoić. Po części przez to, że Sanji okazał się świetnym pocieszycielem, a po drugie łzy po prostu już jej się skończyły. Nie myślała zresztą już o sobie. Bardziej obchodziło ją to, czy Luffy już czeka na dole i pałaszuje niezliczone ilości mięsa.
Nie czekał.
W salonie na parterze było zupełnie pusto, nie licząc Sanji?ego, który spał na kanapie, przykryty bawełnianym kocem. Wydawało się, że nikt jeszcze nie wstał, w sumie na statku oprócz Nami, o tej porze na nogach była jedynie Robin i czasem Sanji, to była jedyna chwila w której mógł pobyć z dziewczynami na osobności i zaparzyć poranną kawę prawiąc komplementy. Tym razem Sanji jednak nie powitał jej z uśmiechem stojąc przy kuchence, lecz chrapał cicho obok niej.
Stanęła przy szynkwasie w ogromnym aneksie kuchennym łączonym z salonem jadalnią. Nasypała kawy do dwóch kubków i nastawiła wrzątek. Ktoś zostawił wyjątkowy rozgardiasz na blacie, wiedziała, że to Sanji, w końcu wczoraj zrobił ogromną kolację.
- Zabierasz mi obowiązki Nami ? swan. ? usłyszała głos obok siebie. Sanji obudził się i cichutko podszedł do niej szczerząc zęby. ? Jak ty pięknie dziś wyglądasz! Może buziaczek na dzień dobry?
Przysunął się bliżej wychylając usta jakby istotnie wierzył, że zostanie pocałowany.
- Chyba buła na dzień dobry. ? to mówiąc Nami zdzieliła kucharza po głowie, aż zarył twarzą w blat.
Podniósł się jednak szybko i rzekł ze śmiechem.
- No, widzę, że humor wrócił.
W milczeniu zalał kawę, którą Nami przygotowała, a potem usiedli oboje na kanapie rozkoszując się gorzkim napojem.
- Jak tam? ? zapytał kucharz przerywając ciszę. ? Czujesz się choć trochę lepiej?
- Trochę. Dzięki za wczoraj. ? wymamrotała i uniosła kubek do ust.
Spojrzała na Sanji?ego. Uśmiechał się nie patrząc na nią i odpalił papierosa. Również był poraniony, na policzku i czole miał wielkie opatrunki z gazy, Nami wiedziała, że pod koszulą nosi co najmniej dwie rolki bandaża. Z doświadczenia mogła powiedzieć, że bandaż leczy wszystkie rany, ale w dalszym ciągu nie była w stanie stwierdzić, czy jego żebra zdążyły się choć trochę zrosnąć. Wczorajsza bezczynność musiała przyprawiać go o dreszcze, mimo iż siedział z nią. Sanji do tego się po prostu nie nadawał. Nami była pewna, że żałował, że nie ruszył do walki.
- Cieszę się, że wczoraj tu zostałem z tobą ? powiedział znienacka jakby czytając jej myśli. ? Uspokoiłaś się.
- Byłam pewna, że chciałbyś raczej walczyć ze naszymi nakama przy boku.
- Ależ walczyłem wczoraj. ? uśmiechnął się. ? walczyłem wraz z tobą. Tylko tym razem przeciwnikiem był ktoś inny. Ktoś kto zadawał rany nie fizyczne, ale gorsze ? rany ducha ? ty sama i twoje wspomnienia.
Boże, toż on jest królem tandety, pomyślała Nami, ale jest w tym nieco prawdy.
- Sanji skończ chrzanić, lepiej zrób śniadanie. Zaraz zejdzie tu Luffy i zeżre pół lodówki. ? powiedziała. Atmosfera zrobiła się nieco duszna bo Sanji za długa patrzył jej w oczy.
- To ty nie wiesz? ? kucharz wytrzeszczył oczy. ? Toć Luffy nie wrócił.
- Nie?
- Nie. Kaktusowy szermierz, Usopp i Shin wrócili w nocy z Marisą i Chopperem, Shin powiedział, że Luffy zjawi się za dwadzieścia dni, lub coś takiego. Nie zrozumiałem tego zbyt dokładnie, bo byłem strasznie śpiący.
- Chopper jest cały i zdrowy tak? ? upewniła się Nami.
- Jest ranny ? odparł Sanji. ? oberwało mu się od Corteza.
- Czyli przełożonego...
- Tak. JEGO przełożonego. Wydaje mi się, że Luffy już obiecał, że go skopie. Shin przeprasza, ale powiedział mu o tym co się stało z nami.
Nami zacisnęła pięści. Znów łzy napłynęły jej do oczu, ale powstrzymała się. Już wystarczy tego użalania się, przecież żyję, pomyślała ze złością.
- No niech jeszcze ten idiota rozgłosi to całej wyspie. ? warknęła Nami.
- Kto jest idiotą? ? rozbrzmiał czyjś głos. ? I co ma rozgłosić?
Odwrócili się i zobaczyli Franky?ego schodzącego po schodach.
- Nie... nieważne ? powiedziała Nami szybko widząc cyborga. ? dziękuje za stroje.
- Nie ma sprawy ? odparł tamten. ? Miałaś od groma stringów i staników-siateczek, nie wiedziałem, które wziąć, dobre wybrałem?
Nami przybrała kolor buraka, ale Sanji... Sanji wyglądał jak morze krwi, czerwony olbrzym, płomień Ace?a, dojrzała wiśnia i wszystko inne co ma cokolwiek z czerwonym wspólnego począwszy od podkreśleń w Wordzie, a skończywszy na kolorze nicka Blackmaldera na naszym forum. Nie odezwali się jednakże.
- A gdzie Robin? ? zapytał Sanji.
- Nie... nie wiem. Pewnie jeszcze śpi. ? odparł tamten i Nami mogła przysiąc, że widzi na twarzy cyborga lekkie zaróżowienie.
Cieśla podszedł do lodówki i wyciągnął butelkę zimnej Coli.
- To tylko niepotwierdzona plotka, ale możliwe, że między Frankym a Robin coś się wczoraj wydarzyło. ? szepnął Sanji do Nami, ale nie mówił na ten temat już więcej, bo cyborg wrócił i usiadł z nimi.
Chwilę później na dół zszedł Shin, a potem Zoro wraz z Robin. Sanji podjął się zrobienia śniadania i zniknął po chwili za aneksem kuchennym, zaś Nami spojrzała na ścianę nie słuchając w ogóle co mówią pozostali.
A gdyby tak... odetchnąć?


- Cholera jasna, czemu ten matoł i idiota jest takim kretynem! ? warknął Usopp usiłując podnieść się z łóżka.
Leżał w dużej sali medycznej, wypełnionej białymi łóżkami i setkami tajemniczych lekarskich instrumentów.
- Leż. Masz hipertrofię, schizofrenię, chorobę Heinego-medine?a, osteoporozę... ? zaczął wymieniać doktor House kładąc długonosego siłą na miękkie poduszki.
- Panie doktorze... ? zaczął strzelec widząc, że House wymienia coraz to nowe choroby, których nikt poza nim nie widział.
- Co? ? burknął tamten.
- Nie ma pan czasem objawów ospy fenyloalaninologicznoentyloneogenetyczno- firycznosyntelizaterotycznoambiwalentnogenoharadańskostyrycznej? - zapytał Usopp uśmiechając się pod nosem.
- To może być to! ? jęknął doktor House i pokuśtykał w stronę swojego gabinetu. ? Idę się przebadać, a wy leżcie spokojnie, bo was sklepię laską jak wrócę.
Usopp odetchnął z ulga i spojrzał na Choppera, który aktualnie obudzony, również cieszył się z tego iż nawiedzony lekarz poszedł zająć się czymś innym. Wrócili do tematu.
- Czemu Luffy nie wrócił? ? zapytał cicho Usopp.
- Nie wiem, byłem nieprzytomny ? odparł renifer. ? Wiem tylko to co powiedzial Shin. Luffy wróci za dwadzieścia dni. A my musimy do tej pory być zdrowi. Rany nie są duże, ale zwłaszcza ty musisz leżeć.
Usopp uśmechnął się krzywo, ale wiedział, że Chopper ma rację. Położył się spokojnie.
- Bardziej mnie jednak martwi Marisa... ? mruknął pod swoim długim nosem.

Krew... dużo krwi...
Leżała na ziemi ściskając kurczowo w dłoni miecz. Wszystko wokół płonęło, tylko nie ona sama, choć marzyła by ją też strawiły płomienie. Nie chciała już żyć.
- Po co ci Meitou, maleńka? Pozwolisz, że je wezmę ? i tak nie umiesz z niego korzystać. ? zaśmiał się głos.
- Sigma, uspokój się ? odezwał się drugi głos. ? Powinno Ci wystarczyć to, że zabiłeś jej dwóch starszych braci. Poza tym miecz jest jej, dopóki żyje, nie możesz go zabrać.
- Ty i twoja posrana moralność ? odparł pierwszy głos.
W tym momencie podłoga zadrżała.
- Nie żyją ? powiedział ktoś kto właśnie wszedł do pokoju. ? Idziemy dalej. Ci już nie będą przeszkadzać. Pieprzona banda szpiegów.
Ogień parzył jej płuca i nie mogła się poruszyć. Bolało ją wszystko. Krew... dużo krwi.
Za dużo.

Marisa obudziła się niemalże z krzykiem na ustach. Uświadomiła sobie, że znów jest w tym pokoju. I że znów jest ranna. W pierwszej chwili chciała wstać, wrócić do walki, jednakże wiedziała, że nie może. Musi leżeć, musi wyzdrowieć. Spotkanie z Cortezem uświadomiło jej to w zupełności. Wiedziała, że jakby nie trenowała nigdy się do niego nie zbliży, ale miała inne nadzieje. Luffy. Był zupełnie innym człowiekiem niż ci których spotykała do tej pory. Biło od niego dziwne światło, był dobry, beztroski, jakby nic go nie mogło wystraszyć, a jednocześcnie jakby obchodziło go wszystko. Te jego oczy, gdy widział jak zakrwawiona wisi na ramionach Shina. I obiecał. Był światełkiem w tunelu. Usłyszała od Shina raport i wiedziała mniej więcej, że już za dziewiętnaście dni ruszy bitwa. Że w jakiś sposób do niej dojdzie. Wiedziała, że wtedy będzie gotowa. Obróciła się na druki bok. Odpoczynek... odpoczynek...

Śniadanie było jak zawsze bardzo obfite, choć upłynęło w niezbyt przyjemnej atmosferze. Shin opowiedział po krótce o wydarzeniach na wulkanie. Takeyama wysłuchał go z posępną twarzą, Kabuu aż gotował się ze złości, ale nie chciał wybuchać przy wszystkich. Potem każdy wrócił do swoich obowiązków i powoli jadalnia opustoszała. Było wiele do zrobienia. Zaopatrzenie. Zabezpieczenie dróg ucieczki. Nie było co się zastanawiać, a czasu też mogło brakować, więc dla każdego znalazła się praca. Bojąc się jednak o stan Nami i Sanji?ego Takeyama polecił im kolejny dzień odpoczywać. Ten brak ruchu doprowadzał kucharza do szału. Zajął się tym co lubił najbardziej. Gotowaniem.
Mijały godziny, cała podziemna wysepka żyła zbliżającą się bitwą. Dom Takeyamy był praktycznie opustoszały. Sanji stał sam w pustej jadalni, akurat wrzucił na patelnie sporo składników, robił dobrą potrawkę z myślą już o obiedzie. Widział już oczyma wyobraźni jak Nami się zachwyca, jak nawet Zoro patrzy na niego z podziwem. Otworzył lodówkę grzebiąc w poszukiwaniu śmietany i zerknął na wysoką przezroczystą butelkę z przezroczystym płynem w środku. Wziął ją natychmiast, odkręcił i łyknął. Alkohol. Mocny. Nie próbował jeszcze czegoś takiego, nieco przypominało sake, zerknął na etykietę ciekawy, cóż to takiego. ?Vodka? głosił napis, i choć Sanji nigdy nie raczył swych ust tego rodzaju trunkiem natychmiast docenił jej smak. Zaświtał mu w głowie wspaniały pomysł i zabrał się do roboty.

Nami siedziała za biurkiem i starała się nie myśleć o niczym innym jak nad tym by w spokoju przyłączyć się do innych i pomóc w przygotowaniu do walki. Miała na nadgarstku czerwoną chustkę, przypomniała sobie Alabastę. Tam też mieli wspólny znak. Tutaj jednak to było czymś więcej niż symbolem przyjaźni i walki ze wspólnym wrogiem. Tutaj czerwona chusta była pewnym rodzajem ideologii, czymś co łączyło najprawdopodobniej pokolenia i będzie je łączyć, dopóki Cortez nie upadnie. Rozmyślanie przerwało jej pukanie do drzwi.
- Proszę... ? powiedziala cicho, nie odwracając się.
Sanji wszedł do pokoju niosąc ze sobą tackę z drinkiem. Uśmiechał się do siebie, spróbował swojego dzieła wcześniej, był zachwycony. Wiedział, że Nami jest fanką mocnych drinków, dodał tutaj wszystkiego co tylko mogłoby jej zasmakować. Sok z cytryny i kaktusa, grenadina... Same smakołyki. Wszystko ozdobił parasolką i z wielkim uśmiechem podszedł do dziewczyny.
- Nami ? swan, przyniosłem coś dobrego.
- Dziękuje. Drink?
- Najlepszy z najlepszych.
Sanji nie przechwalał się zbyt często. Zdawał sobie sprawę z własnych zdolności, ale nie był typem człowieka który biegałby w kółko i krzyczał jak to on wspaniale gotuje. Niemniej jednak, czekał teraz na reakcję Nami, lubił widzieć uśmiech na twarzach ludzi, gdy próbowali czegoś jego autorstwa. Dziewczyna wzięła szklankę i postawiła na biurko obok. Uśmiechnęła się do niego, ale drinka nie spróbowała. Sanji przełknął ślinę i dalej stał nad nią nie ruszając się nawet o milimetr.
- Coś nie tak? ? zapytała patrząc na niego ze zdziwieniem.
- Czekam, aż przetestujesz. ? odparł ze zdrnerwowaniem.
- No cóż... ? wzięła szklankę do ust i pociągnęła łyk.
Nastała chwila milczenia. Długa chwila.
- Niedobre, tak? ? mruknął Sanji. W sumie nigdy nie robił czegoś takiego, miało prawo nie wyjść.
- Świetne. ? odparła krótko i beznamiętnie Nami i znów spojrzała w ścianę.
Sanji natychmiast wyszedł z jej pokoju skołotany. Zabolało go straszliwie, włożył w drinka całe serce, oczywiście ten musiał nie wyjść. Staruszek miał rację, pomyślał, jestem kucharzem do bani. Nigdy nie miał tendencji do załamywania się, jednak rany, bezczynność i teraz ten zawód przeciążyły. Ruszył wolnym krokiem w dół, ale usłyszał za sobą łoskot otwieranych drzwi.
- Sanji ? kun! ? zawołała Nami.
Odwrócił się. Wyglądała na straszliwie zakłopotaną.
- Hm? ? mruknął niezrozumiale.
- Przepraszam. Nie mogę zebrać myśli... ? powiedziała dziewczyna jąkając się. ? Ten drink jest naprawdę niesamowity! Świetny! Zrób jeszcze tego najlepszego drinka!!
Teraz Sanji zauważył. W dłoni ściskała pustą szklankę.
- Musiałeś poczuć się strasznie, wiem ? rzekła po przerwie ? Ale to nie moja wina. Ja chyba wpadłam w jakąś depresję! Będę dla wszystkich ciężarem! Nie mogę z tego wyjść.
Zebrało jej się na zwierzenia, pomyślał. No cóż, nikt nie może być bez przerwy radosny i uśmiechnięty. Może poza Luffym. Podszedł do niej powoli i delikatnie dotknął jej ramienia.
- Słuchaj ? zaczął powoli. ? Nigdy nie będziesz dla nikogo ciężarem. Choćbyś miała niewiadomo jaką depresję. Choćbyś niewiadomo w jakim stanie była. Jesteś jedną z nas, już ci to mówiłem. Ja też teraz nie mam lekko. Wariuję z tej bezczynności. ? przerwał i zaczerpnął powietrza. ? ja... mam wrażenie, że my dopiero uczymy się czym jest życie. Pamiętasz naszą kłótnię tam... w celi? Pomogłaś mi wtedy. Wiesz dlaczego? Powiedziałaś mi parę prostych słów, które tak bardzo do mnie trafiły. Nie wiem czy będę potrafił powiedzieć tobie coś o takiej samej wartości. Ale zapamiętaj to, też to już mówiłem, jesteśmy wszyscy jedną grupą, która zawsze będzie się wspierać. I tu nie tylko chodzi o danie w mordę komuś kto cię niszczy. Nie tylko na tym polega przyjaźń.
Nami patrzyła mu prosto w oczu i chłonęła jego słowa. Sanji widział jej spojrzenie, wiedział, że jest totalnie zmiażdżona psychicznie i choć mogłoby się wydawać, że już jest nieco lepiej, tak naprawdę było jeszcze gorzej. Zapragnął po raz kolejny wziąć ją w ramiona. Tak na poważnie, nie jak robił to zawsze, nie chodziło tu o urodę czy tego typu sprawy.
- Nie chcę udawać mędrca ? ciąnął ? ale widzę w twoich oczach, że straszliwie cierpisz. Słuchaj, przetrwałaś Arlonga. Ty i Robin ? chwan jesteście kobietami, które najbardziej na świecie podziwiam, bo potrafiłyście stawić czoła takim nieszczęściom, że tylko Chopper i ewentualnie Franky może się z wami równać. Obie jednak się nie poddałyście. Dlaczego więc, miałabyś się poddać teraz. Stało się coś, czego nie odwrócimy prawda. Ale ja widzę przed sobą kobietę z czystym ciałem, za to z zabrudzoną duszą. A to można wyczyścić.
- Jak? ? mruknęła cicho.
- Jak? ? kucharz uśmiechnął się lekko. ? Tak.
Wiedział, że posuwa się za daleko. Wyciągnął ramiona, schwycił Nami i przyciągnął ją do siebie. Objął ją najdelikatniej jak mógł i przytulił.
- Nie wiem jak się czujesz, nigdy nie wiedziałem. I nigdy nie będę wiedział. Ale mogę ci przysiąc, że Sigma zginie z mojej ręki. Ale zginie nie po to byś poczuła się czystą. Zginie dlatego, że nikt nie ma prawa w ten sposób krzywdzić ludzi. Ty natomiast musisz sama uporać się z tym co czujesz. ? gładził ją delikatnie po głowie i dostrzegł po chwili, że rozluźnia się, mimo, że dotyk mężczyzny musiał przypominać jej przykrości których doznała. ? I wierzę... nie, WIEM, że sobie z tym poradzisz. Bo jesteś najsilniejsza z nas wszystkich. Zawsze byłaś i zawsze będziesz. ? urwał by nie powiedzieć, czegoś zbyt tandetnego. Nie był dobry w przemowach.
Nami podniosła głowę i spojrzała na niego. Oczy lśniły jej od łez.
- Uśmiechnę się?
- Do licha, jasne, że tak. I uśmiechniesz się zupełnie szczerze. Wtedy kiedy łzy już nie będą ci potrzebne. A kiedy to będzie, zależy już od ciebie.
- Może być? ? zapytała Nami i na jej twarzy zakwitł delikatny uśmiech.
Coraz szerszy i szerszy.
- Oj może. Jak najbardziej może. ? Sanji poczuł, że Nami przestaje drżeć i poczuł się cholernie niepewnie. Bał się, że jego uszy są czerwieńsze niż wino. Natychmiast postanowił przerwać ciszę. ? to co, zrobić kolejnego drinka? Tym razem spróbuję dodać soku wiśniowego, i może trochę jeszcze...

- Sanji... Dziękuję.

Jej usta musnęły jego wargi.

Pięć sekund potem Sanji stał po środku korytarza z opuszczonymi rękoma i wzrokiem wlepionym w dal. Słyszał cichnące kroki Nami po schodach, jej głośny śmiech, potem trzaśnięcie drzwi.
- To już czwarty raz... ? powiedział cicho po czym uśmiechnął się. ? wróciłaś, Nami.
Po czym udał się na dół zrobić jeszcze jednego ?tego najlepszego drinka?.

- To jest ta Kaneyama?
Istotnie byli bardzo niedaleko wyspy.
- Tak, panie admirale. Lądować? ? odezwał się jeden z marynarzy stojących obok.
- Nie. Zaczekamy. Raki?
- Jestem, panie admirale.
- Zlokalizuj siedzibę Białego Starca. Masz trzy dni. I nikomu się nie pokazuj.
- Tak, panie admirale.
- Lądujemy za trzy dni. Ten mały nie oznakowany okręt nie zwróci ich uwagi. -
mruknął Kizaru po czym odwrócił się i ruszył pod pokład. ? Kręćmy się wokół wyspy.
Spojrzał raz jeszcze na wyspę. Potem spojrzał na mały przedmiot który trzymał w lewej dłoni.
Na malutkiego, złotego Den-den Mushi.


Ciąg dalszy nastąpi.

Część 16ta to: Dzień czwarty. Spotkanie trzech.





16. ?Dzień czwarty. Spotkanie trzech.?


Od spotkania na którym zapadły wszystkie decyzje dotyczące dalszego rozwoju wojny minęły cztery dni. Wszystkie były naprawdę upalne, ewidentnie Kaneyama była letnią wyspą, letnią w każdym słowa tego znaczeniu, zaś każde wyjście na zewnątrz mogło skończyć się udarem słonecznym, wystarczyło tylko trochę pobyć na słońcu.
Sanji, po porannej toalecie i trzygodzinnym modelowaniu zarostu ( po to, żeby na podbródku zostało dokładnie pięć kreseczek gdyż w Alabaście nosił cztery, ale stwierdził, że pięć lepiej mu pasuje ) zszedł wolnym krokiem na dół, do swojego ulubionego miejsca w domu Takeyamy ? do kuchni. Jego przenośne lunche zrobiły taką furorę wśród rebeliantów, że dostał za zadanie przygotować takie przekąski dla każdego z nich, w razie gdyby bitwa się przeciągała. Problemów z zapasami na szczęście nie było, gdyż Jin i jego ludzie skutecznie zajmowali się tymi sprawami, toteż Sanji dzień w dzień od rana do wieczora siedział w kuchni i gotował.
Bardzo cieszyła go zmiana, która zaszła w Nami, a właściwie powrót do starej Nami. Dziewczyna żartowała, pomagała w najróżniejszych pracach, jej rany fizyczne i duchowe powoli się goiły. Choć Sanji wiedział, że sine pręgi jakie zostały dziewczynie na karku nigdy nie znikną, to był pewien, że takie coś nie strawi jej psychiki. Była za silna. Z uśmiechem rozbił jajka i wrzucił je na patelnie. Dla niej, zrobi dziś coś specjalnego. Może nawet tamtego drinka... Przypomniał sobie dotyk jej ust, ale natychmiast wyrzucił to wspomnienie z siebie. Widział, że to było spontaniczne i pewnie już się nie powtórzy. Pociągnął łyk wódki z butelki, odpalił papierosa i wrócił do pracy.

- No to mamy mały problem... ? powiedział spokojnie Takeyama.
Siedział za swoim podłużnym biurkiem z rękoma założonymi pod brodą. Na kanapie pod ścianą siedział Kabuu, wyraźnie podenerwowany z odkręconą flaszką rumu w dłoni.
- Mały? Poważny... Jin zabrał właśnie wszystkich swoich ludzi, próbują zrobić dokładny raport w sprawie sił Corteza. I dowiedzieć się ile wiedzą. A akurat teraz potrzebujemy kogoś kto poszedł by sam! ? mówił szybko i z naciskiem.
- Nie możemy posłać Shina, albo kogoś z twoich ludzi? ? zapytał Takeyama.
- Żartujesz sobie? ? warknął Kabuu ? przecież moi ludzie to nasi najlepsi wojownicy! Pierwsza ekipa uderzeniowa ( chciał powiedzieć jedenasta dywizja Shinsengumi, ale w porę się powstrzymał. Za dużo Bleacha, pomyślał )! Chyba jasne, że w tej chwili dają z siebie wszystko i trenują od rana do wieczora. A Shin musi doglądać strzelców.
Takeyama wyglądał jakby w ogóle nie przejął się tym problemem bo wyraz jego twarzy nic się nie zmienił. Postukał knykciami w czoło i mruknął cicho.
- To odpuśćmy dziś ten patrol.
- Zwariowałeś chyba... ? Kabuu wstał ? Musimy wiedzieć co Cortez robi na tym wulkanie. To zbyt ważne. A nikt z nas nie może pójść...
- Ja mogę.
Obaj mężczyźni odwrócili się natychmiastowo. W drzwiach stał Roronoa Zoro i uśmiechał się poklepując rękojeść miecza. Uśmiechał się nerwowo. Kabuu poczerwieniał ze złości i ruszył w jego stronę.
- Nie masz prawa... tu wchodzić! ? wycedził przez zaciśnięte zęby i sięgnął po tasak.
- Uspokój się Kabuu ? rzucił krótko Takeyama i przeniósł wzrok na Zoro ? Myślisz, że dasz sobie radę szermierzu?
- Dlaczego miałbym nie dać... ? mruknął Zoro ? chce zobaczyć tego który podobno jest tak niesamowicie silny. Bardzo mnie to interesuje.
- Tu nie są ważne takie rzeczy... nie masz kwalifikacji i w ogóle... ? zaczął Kabuu ale Takeyama przerwał jego wypowiedź.
- Dobrze, idź, przyjmujemy twoją pomoc.
Najbliższy doradca Takeyamy zdębiał i spojrzał na swojego dowódcę z przestrachem w oczach. Ten jednak wpatrywał się w Zoro z lekkim uśmiechem widząc ewidentne podniecenie tamtego. Szermierz uśmiechnął się odwrócił i wyszedł totalnie ignorując Kabuu, który zaś wyglądał jakby miał ochotę roztrzaskać go na kawałki.
- Zwariowałeś? Tego świrniętego szermierza chcesz wysłać na wulkan? Czy on zna się na szpiegowaniu choć trochę?
- A sam pójdziesz? A ktokolwiek inny pójdzie? ? Takeyama spojrzał mu w oczy.
Kabuu milczał, dowódca rebelii uśmiechnął się. Wygrał.
- No. Wracajmy do trenowania.

Roronoa Zoro był człowiekiem, który jak już raz podjął jakąś decyzję nigdy nie zwracał z obranej drogi. Jeden jedyny raz zmusiła go do tego Marisa, wplątując go w wyzwanie pojedynku, ale to się nie liczyło.
Decyzję, że pójdzie na wulkan, podjął już wcześniej, koniecznie chciał zobaczyć człowieka, który sponiewierał Marisę i Choppera w kilka chwil. Nie wiedział jednak, że okazja nadarzy się już dzisiaj i kiedy usłyszał przypadkiem wzburzony głos Kabuu natychmiast wszedł do pokoju i zaproponował swój udział.
Znał już drogę wyjściową z kryjówki więc jakoś udało mu się nie zgubić i szedł teraz tą samą trasą, którą jeszcze niedawno biegł z Shinem i Usoppem. Nie śpieszył się, do południa miał kupę czasu, w miejscu gdzie walczyli z The Guards zauważył ewidentne ślady walki, choć ciał już nie było, ktoś się nimi zajął. Do wyjścia z lasu dzieliło go już nie więcej niż kilkaset metrów gdy usłyszał kroki.
Ktoś się zbliżał od zachodu i Zoro, który bynajmniej kierunków nie rozróżniał, uznał, że na ten moment lepiej dać nura w krzaki. Oczywiście, nie po to, aby się schować. Nie chciał po prostu ryzykować, że osoba, kimkolwiek by się nie okazała ucieknie, nim Zoro dowie się czegokolwiek co pozwoliłoby mu w spokoju wyciągnąć miecze i zaatakować lub zignorować i przesiedzieć w ukryciu nieco dłużej.
Nie minęło wiele czasu i na polanę wszedł wysoki mężczyzna o czarnych, krótko przystrzyżonych włosach i typowym stroju podróżnym składającym się z dżinsowych spodni, glanów i luźnej kurtki. Zoro uśmiechnął się widząc przy jego pasie ostrze, jednakże nie był to miecz taki jaki znał i uwielbiał, bardziej szabla, o cienkim i długim zakrzywionym ostrzu. Roronoa nigdy nie lubił takiej broni, niemniej kilka razy był już zmuszony do jej używania.
Po chwili zastanowienia krótszej niż dwa oddechy wyszedł z krzaków zdecydowanie aczkolwiek łagodnie. Mężczyzna od razu go zauważył i schwycił za miecz, jednakże chwilę później, gdy ujrzał czerwoną chustę na ramieniu Zoro, uspokoił się.
- Kim jesteś? ? zaczął ostrożnie zielonowłosy. Miał miecze w pogotowiu.
- Nazywam się Raki. ? odparł tamten. ? Jesteś rebeliantem, prawda?
Zoro dostrzegł błysk w jego oku, ale, że nie wiedział co może on oznaczać, zignorował to. Nie wyglądał na zbyt silnego...
- Powiedzmy. A ty po czyjej stoisz stronie?
- Oczywiście po waszej. ? odparł Raki i wskazał na pochwę swojej szabli.
Istotnie, była przewiązana czerwoną chustą, Zoro zganił się za swoją podejrzliwość.
- Co tu robisz? ? spytał Zoro ? patrol?
- Y... tak. ? powiedział szybko nowoprzybyły. ? ty też, tak? Może mi potowarzyszysz? ? roześmiał się głośno i serdecznie. Roronoa zmierzył go wzrokiem. Był dziwny i dziwnie się zachowywał, ale wiele już rzeczy było dla szermierza dziwne. Postanowił na razie mieć go na oku.
- Zgoda ? odparł po chwili. ? idę w stronę wulkanu, chcesz to chodź ze mną, tylko wiesz, kompletna cisza.
- Rozkaz szefie ? odrzekł Raki z uśmiechem i wspólnie ruszyli do wyjścia z lasu.
Mężczyzna poruszał się z gracją, miał długie palce i smukłe dłonie, Zoro wiedział, że są stworzone do układania się na rękojeści miecza, Raki musiał być doskonałym szermierzem. Czy to znaczy, że powinien go pokonać?
Wspólnie dotarli do skraju lasu i usiedli na trawie by czekać. Do południa było jeszcze pół godziny, a ciepło bijące od słońca które zbliżało się do zenitu było nie do zniesienia. Raki przez cały czas usiłował nawiązać jakąś rozmowę, ale Zoro nie był zbyt rozmowny, milczał wpatrując się w niebo. Siedzieli na trawie w cieniu, pot spływał po ich twarzach, Zoro w ogóle nie wyobrażał sobie jak ktoś w taką pogodę, mógłby spokojnie spacerować po krawędzi wulkanicznego krateru, ale czekał. Poprzednimi dniami wcale nie było chłodniej, a Cortez się pojawiał. Raporty się pojawiały i Zoro czuł, że tym razem nie będzie inaczej. I nie było. Tyle, że tym razem na wulkan przyszły dwie osoby. Ten drugi miał długi dobrze skrojony płaszcz, wysokie buty, równą bródkę i, tu Zoro zbladł, siedem katan przy pasie. Raki także był zdziwiony, w milczeniu oceniał wszystko wzrokiem.
Po chwili mężczyzna z mieczami wolnym krokiem ominął szerokim łukiem krater, mieli wrażenie, że za wszelką cenę stara się nie zajrzeć do środka, i ruszył w dół po zboczu, kierując się prosto na nich. Zoro zamarł ściskając rękojeść katany.
- Spokojnie. Usuńmy się stąd lepiej. ? rzekł Raki kładąc mu dłoń na ramieniu. ? Jeśli ma się wywiązać walka, to lepiej nie tak blisko Corteza.
Roronoa uznał słowa mężczyzny za mądre i powoli obaj się wycofali pareset metrów w głąb lasu czekając, aż tamten podąży za nimi. Istotnie, poszedł. Wolnym krokiem zbliżył się do nich i zatrzymał jakieś dwadzieścia metrów od nich.
- Pan Cortez polecił by mu nie przeszkadzać ? rzekł spokojnym głosem.
- A kto mówi o przeszkadzaniu mu? ? mruknął Zoro ? tylko chcemy zobaczyć co tam porabia.
- Myślę, że to też nie zalicza się do jego interesów. Nazywam się Ozuma i jestem prawą ręką pana Corteza. I nie pozwolę wam mu przeszkadzać.
Zoro czuł nadchodzącą walkę, ale spokój jaki bił z Ozumy, kazał mu przypuszczać, że do niczego nie dojdzie jeśli go nie zaatakują. Po prostu stał niewzruszony i mierzył ich wzrokiem. Roronoa widział nad jego ramieniem jak Cortez idzie po krawędzi wulkanu, jak zwykle. Czyli wszystko było tak jak być powinno. Tylko ten Ozuma. Coś dziwnego biło z jego osoby. Jego rozmyślania przerwał Raki.
- Dobrze, odejdziemy. Ale wcześniej mam jedno pytanie.
- Słucham. ? odparł kulturalnie Ozuma
- Czy wiesz, gdzie mogę znaleźć Białego Starca?
To trwało sekundę. Zoro w życiu nie widział tak szybkiego ruchu miecza ani ciała. Ozuma natychmiast wybił się z miejsca dobywając katany i ciął z całej siły celując w głowę Raki?ego. Chwilę potem nastąpił drugi, równie szybki ruch i metal uderzył o metal. Raki dobył szabli i zablokował uderzenie Ozumy. Zrobił to jednym ruchem, bez problemu. Ot tak po prostu.
- Skąd do licha wiesz o Białym Starcu? ? ryknął Ozuma przerzucając katanę do lewej ręki. ? kim ty jesteś?
Raki uśmiechnął się wyzywająco i oparł szablę o ramię.
- Nie poznajesz? ? zaśmiał się.
Zoro bynajmniej nie poznawał. Widział tego człowieka po raz pierwszy w życiu, ale wiedział już, że jest on nie lada wojownikiem.
Nagle na twarzy Ozumy pojawił się wyraz zrozumienia.
- Kapitan Raki! ? wykrzyknął. ? Niemożliwe, co ty tutaj robisz?!
- Kapitan Raki? ? Zoro zupełnie nie rozumiał o co chodzi.
- Kapitan Marines... ? powiedział raz jeszcze Ozuma. ? Jeden z najlepszych szermierzy w całej organizacji...
Mężczyzna zakręcił szablą i opuścił ją wzdłuż ciała. Wyglądał bardzo spokojnie, był wręcz lekko uśmiechnięty, choć ten uśmiech nie obejmował oczu, zimnych i wyrachowanych.
- Brawo Ozuma, zgadłeś. Widać zrezygnowałeś z bycia piratem - powiedział. - niemniej twoja ręka wciąż jest wprawna. Może ją przetestujemy?
Zoro nie miał najmniejszej ochoty siedzieć i patrzeć jak tych dwóch rzuca się na siebie, a że to nastąpi, był pewien - czuł napięcie w powietrzu. Postukał palcami w saya swojej katany.
- Chcecie to sobie testujcie. Ja idę sprawdzić co robi Cortez.
Ozuma odwrócił się do niego.
- Nigdzie nie idziesz.
- Czyżby?
Zoro ruszył przed siebie i wyminął Ozumę niemal natychmiast. Rzucił się biegiem w stronę wulkanu, posłyszał dźwięk obudzonej stali i sam dobył miecza, mógł być teraz aż nazbyt potrzebny. Po chwili ktoś stanął przed nim, ale nie był to Ozuma. Był to Raki.
- Chwileczkę Roronoa Zoro. Nie myśl, że od tak sobie stąd pójdziesz.
Szermierz nie czekał. Zaatakował trzymając miecz oburącz, prosto w głowę Marine'a.
Nawet nie zahaczył o jego czapkę. Raki schylił się pod ciosem i sam wyprowadził uderzenie. Zoro szybko wysunął drugie ostrze z Saya i przyblokował klingą. Raki był szybki.
- Roronoa!! - ryknął ktoś zza pleców Zoro, szermierz odwrócił się i W ostatniej chwili odtrurlał się od potężnego cięcia Ozumy. Miecz mężczyzny wbił się w grunt.
Zoro podniósł się i zobaczył jak dwaj pozostali szermierze wymieniają ciosy. Byli niemalże równie szybcy i równie precyzyjni. Chwilę potem Ozuma odskoczył od Raki'ego i rzucił się na Zoro.
Zaczął się młyn.
Roronoa Zoro nigdy jeszcze nie miał okazji walczyć we trzech w systemie każdy na każdego, toteż zaczął dosyć ostrożnie. Nie spodziewał się sytuacji, żeby ktokolwiek spróbował na chwilę zawiązać przymierze, by wyeliminować trzeciego, ale wiedział też, że każda próba zastosowania jakiejkolwiek techniki powodowała natychmiastowy atak obydwu przeciwników. Oni także wymieniali się ciosami, ale do niczego to nie prowadziło. Raki poruszał się z gracją, jego szabla tańczyła. Ozuma walczył dwoma mieczami, tak jak Zoro, pięć katan wciąż spoczywało jednak, przy jego pasie. Zoro nie wyobrażał sobie nanatou-ryu, chyba, że wojownik miałby owoc jak Robin, więc z początku sądził, że to po prostu albo zapasowa broń, albo trofea. Jednakże szybko przestał tak uważać.
Akurat Raki zadał cięcie tak potężne jakiego Zoro nigdy jeszcze nie widział. Ozuma przyjął je na oba miecze i oba natychmiastowo wypadły mu z rąk. Szermierz nie poddał się jednak, szybko sięgną po kolejne dwie katany, jedną z nich podrzucił wysoko w górę, po czym dobył kolejną. Raki spojrzał na miecz, który aktualnie spadał centralnie na niego i usunął się bez problemu zostawiając ostrze za plecami. Rzucił się na Ozumę, Zoro próbował również się wtrącić, ale to co zobaczył osadziło go w miejscu. Miecz doradcy Corteza, ten który został podrzucony, nagle wzniósł się w powietrze i ruszył w stronę Raki'ego. Ten jednak w porę zdołał usunąć się sprzed ostrza, a Ozuma złapał broń w locie. Wróciła do niego. Chwilę potem miał już pięć katan przy pasie.
Nikt nie chciał odpuścić. Walka trwała w najlepsze i co najgorsze, przeciągała się. Upał był straszny i Zoro czuł jak koszulka przykleja mu się do ciała. Zaczynało mu też brakować oddechu. Ale nie tylko jemu. Ozuma, który odważył się przybyć w płaszczu był cały czerwony, Raki również miał lekką zadyszkę. Chwilę potem, zaatakował on potężnie Ozumę i mimo iż ten zablokował cios, to czuł się jakby go wgniotło w ziemię.
- Ja chcę tylko wiedzieć, gdzie jest Biały Starzec! - powiedział przez zaciśnięte zęby Raki.
- Nigdy się nie dowiecie! - ryknął Ozuma i napiął mięśnie.
Zoro znalazł tu okazję. Stanął w swojej ulubionej pozycji. Pozycji do Onigiri. Brakowało mu trzeciego miecza, ale tym razem cięcie dwóch musiało wystarczyć.
- A ty czasem nie powinieneś się pospieszyć i wracać? - rzucił Ozuma do Zoro patrząc jak ten napina się do ciosu.
- Co? - zapytał Roronoa. - wracać?
- Ach... to widzę, że wasza siatka wywiadowcza słabnie... odwal się w końcu! - Ozuma potężnie ciął odrzucając Raki'ego do tyłu.
Zoro nie spodziewał się tak szybkiego ataku i już po chwili cofał się pod nawałnicą ciosów Ozumy.
- Lada chwila, wasz przywódca zginie. - powiedział Ozuma cicho, acz z naciskiem coraz to zaskakując Zoro niespotykanynymi kombinacjami ataków.
- Co masz niby na myśli?
- Proste. Pan Cortez wysłał kogoś, kto się nim zajmie. Już za chwilę.
- Skrytobójca?!
- Brawo.
W tym momencie do walki wkroczył Raki. Zoro poczuł uderzenie na klatce piersiowej i odleciał do tyłu, Marine kopnął go robiąc swoje wejście, po czym chciał go dobić, ale Ozuma szybko zaskoczył go z tyłu i znów na jego szablę spadły uderzenia.
Zoro podniósł się szybko i zobaczył jak Ozuma, choć atakuje Raki'ego obserwuje go kątem oka. Musiał jednak zaryzykować. Wiedział, że technika sporo straci na mocy przez skrócnie czasu jej wykonywania, ale nie było wyjścia.
- San-jyu-rokuu pondo hou!!! - Zoro uderzył jednym tylko mieczem, nie poświęcając nawet chwili na skupienie. Atak nie był zbyt imponujący, ale wystarczył na tyle, by wytrącić Ozumę i Raki'ego z równowagi i wzniecić spore kłęby dymu.
A potem Zoro po raz pierwszy w życiu uciekł z miejsca walki.

- Przepraszam Takeyama-san. Przyniosłam herbatę.
- Proszę, wejdź.

Chwilę później Roronoa gnał już nie oglądając się na nic wokół. Żałował, że zostawia za sobą taką walkę, jednak wiedział, że życie Takeyamy jest zagrożone, a w tym momencie, bez przywódcy rebelia upadnie. Miał mało czasu.
Nagle poczuł dziwne mrowienie w stopach. Dziwne. Dlaczego biegnę tak wolno, pomyślał. Czy naprawdę nie stać mnie na więcej? Stopy są lekkie. Miecze są lekkie. Wszystko jest lekkie. Potem wszystko poszło jak z płatka. Widział to w sobie już wcześniej. Chwilami udawało mu się to wykonać pół świadomie, może teraz przyszedł właśnie taki moment?
Tylko, że tym razem nazwa sama spłynęła mu do ust.
- Soru.

- Dziękuje, możesz już iść.
- Nie Takeyama-san, jeszcze zostanę.

Nie widział skąd. Nie wiedział jak. Nie wiedział dlaczego. Obiecał sobie jednak nie zawracać tym głowy w tej chwili, potem był czas na zastanawianie się. Teraz najważniejsze było sprawdzić czy Ozuma ma rację.
Zoro wpadł przez podłużny tunel do kryjówki rebeliantów. Właściwie to nie schodził, a wręcz się stoczył po stromej jaskini, i natychmiast rzucił się biegiem do domu Takeyamy. Był w swoim gabinecie, nie było innej możliwości. Pierwsze drzwi. Drugie drzwi... Gabinet.

- Żegnaj Takeyama-san. - młoda dziewczyna wyciągnęła zza pazuchy pistolet i wycelowała w jego czoło.

- NIE!!!

Chlusnęła krew, zabrzmiał strzał. Zoro nie zdążył nawet przełożyć mieczy na drugą stronę. Podjął najlepszą z możliwych decyzji.
Dziewczyna przechyliła się do tyłu i padła na plecy zaciskając zęby z bólu, Zoro przeciął jej ścięgna achillesa co natychmiast powaliło ją na ziemie, zaś kula z jej pistoletu utkwiła w suficie pomieszczenia.
Takeyama spojrzał ze zdziwieniem na Roronoę ten zaś odwrócił się do rannej.
- Nie miej mi tego za złe.
- Skąd... skąd wiedziałeś??
- Powiedzmy, że jestem jasnowidzem. - po tych słowach Zoro wsunął Sandaia Kitetsu do saya.


Ciąg dalszy nastąpi.

Dramatyczne pytania:

Kim jest Biały Starzec?
Czy Raki odnajdzie jego siedzibę?
Jakie są plany Starca, Kizaru i Corteza?
I gdzie tak naprawdę udał się Luffy?


Część 17ta to: Dzień siódmy. Przeklęte miasto.

Posłuchaj jak śpiewam i gram:):
www.myspace.com/lukaszjedrys
20.01.2010, 23:44
Return to top




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Wymiana
One Piece Vampirciowo Fairy Tail Valid XHTML 1.0 Transitional Poprawny CSS!

Kontakt | One Piece Nakama | Wróć do góry | Wróć do forów | Wersja Mobilna | RSS | Mapa Nakama